.
Rozdział 2
Ramiona sprawiedliwości i ich brak
.
Przyszłość zaczęła się i skończyła jednego dnia. Jakby nad czarodziejskim światem ciążyło fatum - przytłaczające i gorzkie zrządzenie sił, na które człowiek nie ma żadnego wpływu. Kiedy Czarny Pan ostatniej epoki na zawsze przepadł w czeluściach niebytu, mugolskie urzędy, w zamkniętych na klucz salach, już musiały debatować szeptanymi słowami o pogłoskach krążących niby starożytne mity pośród społeczeństwa, o opowieściach prześlizgujących się po zbrukanych deszczem ulicach jak po lodzie, o wiadomościach z minionych miesięcy - w tych ostatnich coraz częściej figurowały takie słowa, jak: „magia", „czary", „czarodzieje", idąc w parze z krzykliwymi epitetami: „barbarzyńscy", „nieokiełznani", „przerażający". Ludzie nie znali nas, a oceniali, ale taka już jest natura ludzka, że człowiek lęka się nieznanego - pierwotny instynkt, który nie pozwolił zagrzebać się latom postępu cywilizacji.
-VVV-
Kawiarnia była cicha i przytulna, a młoda kelnerka o brązowych oczach uśmiechnięta i nader uprzejma. Harry zamówił podwójne espresso ze spienionym mlekiem, zajął niewielki stolik znajdujący się w najgłębszym kącie i wyjął z kieszeni płaszcza podręczne wydanie „Gry w klasy" Cortázara, pogrążając się w lekturze.
Espresso było mocne oraz korzenne, takie, jakie cenił sobie najbardziej, pozostawiało na języku posmak palonej kawy. Harry miał głęboką nadzieję, że przez kilka najbliższych godzin nikt nie zakłóci jego chwili spokoju, chwili, w której mógł zapomnieć o otaczającym go świecie i zrzucić z ramion wszelkie, nękające go troski, pozbyć się ciężaru minionych dni, ciężaru niedopasowania do zmieniającego się hiperbolicznie świata.
Niewielu ludzi, oprócz niego, zatrzymywało się w kawiarence na dłużej. Ci, co wchodzili - za każdym razem lustrowani przez czujny wzrok Harry'ego, który dochodząc każdorazowo do konkluzji, że nie stanowią dla niego zagrożenia, powracał wzrokiem do gęstych linijek tekstu przepełniającego białe strony kartek - odbierali uprzednio zarezerwowane zamówienia bądź kupowali czarną kawę na wynos i wychodzili, równie anonimowi i bezosobowi, jak w chwili wkroczenia przez przeszklone przejście. Dlatego jego serce zatrzymało się na kilka sekund, kiedy drzwi, po raz enty odkąd się tu znalazł, otworzyły się, a w wejściu, niczym widmo jego starego świata, stanął młody mężczyzna o włosach tak jasnych, że niemal wpadających w biel, lustrujący pomieszczenie swymi szarymi oczyma, błyszczącymi pod wachlarzem gęstych rzęs. Wzrok przybysza przesunął się po niemal opustoszałym wnętrzu i zatrzymał się na twarzy jedynego, poza podstarzałą kobietą, siedzącą na środku sali, pałaszującą wycinek owocowego ciasta krzyczącego różnorodnością kolorytu jak tęcza, gościa kawiarni. Bez wahania (bądź też bez wahania, które byłoby dostrzegalne dla oczu) ruszył w stronę zajętego przez Harry'ego, okrągłego stolika.
Zielonooki zamknął książkę i wsunął ją na powrót do kieszeni płaszcza, po czym spojrzał na zimną resztkę napoju połyskującą w filiżance na jego stoliku, zupełnie nie potrafiąc sobie przypomnieć, kiedy zdążył wysączyć zakupioną kawę.
Nowoprzybyły odsunął sobie krzesło naprzeciw Harry'ego i zasiadł na nim jak na tronie, wyprostowany niczym struna. Zielone i szare oczy spotkały się nad niewielkim stolikiem.
— Potter. — Mężczyzna skinął sztywno głową, wyglądając przy tym, jak mechaniczna zabawka napędzana starą baterią.
— Malfoy. — Harry odwzajemnił ten gest, przywołując, niczym ulubione zwierzę, wyraz uprzejmego zainteresowania na swoją twarz, zastanawiając się, czy aby jego szkolny wróg nie został tu wysłany przez o wiele potężniejszych Wrogów.
Młody dziedzic fortuny rodu Malfoyów odwrócił wzrok, udając wielkie zaintrygowanie więdnącymi storczykami, które licznie obsiewały parapety. Jego zaczesane do tyłu włosy lśniły od żelu, jakby były przepełnione nicią gwiazdozbiorów wplatających się w jasne jak alabaster kosmyki.
Szpilki niewysokiej kelnerki zastukały o gładką podłogę, usłużny uśmiech zamajaczył na jej młodej twarzy, jak barwna farba rozmywająca się w szklance wody.
Malfoy monotonnym głosem zamówił karmelowe latte i wbił wzrok w blat niedużego stołu.
— Mam ogon — powiedział tak cicho, że Harry zastanawiał się, czy aby dobrze usłyszał jego słowa. Szare oczy zwróciły się ku jego twarzy i zielonooki mężczyzna pomyślał, że jeszcze nigdy nie widział w ich wnętrzu tak wielkiej powagi, i tak stabilnego zdecydowania.
— Ja zapewne też — odrzekł powoli, nie wiedząc, czy nie spisuje się tym samym na straty. Malfoy pokiwał głową, jakby został jedynie utwierdzony w swych uprzednich przypuszczeniach.
— Chciałbym... — mężczyzna urwał i namyślił się krótką chwilę. — Chciałbym ci wiele powiedzieć.
Harry nie odpowiedział. Spuścił wzrok i wbił spojrzenie w nietknięte latte stygnące na stoliku pomiędzy nimi.
— Potter. — Głos przybysza stał się gorętszy, nicość przeszła w zaaferowanie. — Naprawdę chciałbym...
Zielone oczy uniosły się; ostrzeżenie biło z nich jak gromy, głos był kategoryczny, kiedy przemawiał.
— Nic nie mów.
Malfoy umilkł i zamknął oczy; wyglądał, jakby walczył z jakimiś wewnętrznymi instynktami, które usiłowały się przedostać na światło dzienne poprzez jego krtań.
— Może powinniśmy...
Cichy szept Dracona przerwał odbierający zdolność prawidłowego myślenia, ogłuszający huk z przeciwległej strony ulicy.
Harry zarejestrował jedynie krzyk.
Nie wiedział, że dochodzi on z jego własnych ust.
To, co rozpętało się na ulicy przeszło ich najśmielsze oczekiwania.
Lewe skrzydło Ministerstwa Magii (Ministerstwa Magii, na Merlina, które powinno być niewidoczne z mugolskiej kawiarni, jakkolwiek blisko placówki magicznej by się takowa nie znajdowała) stało w płomieniach, rozszarpany strop dymił intensywnie, szkło sypało się z okien jak spadający, z czarnych chmur, śnieg.
W uszach Harry'ego dzwoniło, doniosłe wrzaski od strony ulicy dochodziły do niego, jakby z oddali, nie wiedział, w którym momencie Draco Malfoy upadł na kolana, z twarzą szarą jak popiół i oczyma pełnymi nieskrywanego szoku, wiedział jedynie, że teraz tam był, skulony przy stoliku, z dłońmi opartymi o podłogę, niczym maratończyk sposobiący się do biegu. Młody Malfoy oczy miał blade i przerażone (Harry próbował przypomnieć sobie czasy, w których zawsze migotała w nich buńczuczna brawura); wpił je w płomienie wspinające się, jak kłębowisko węży, po walących się ścianach gmachu, nie zauważył więc tego, co zwróciło uwagę Harry'ego, który, starając się zorientować w chaosie, który zapanował na ulicy, ujrzał sunących niczym drapieżniki, uzbrojonych w karabiny maszynowe żołnierzy, którzy poprzez dym przesuwali się w stronę, uciekających w popłochu z gmachu, czarodziejów.
Harry przypadł obok Malfoya wraz z pierwszymi odgłosami wystrzałów. Z sercem podeszłym do gardła wyciągnął dłonie, zakleszczając je na ciele swego szkolnego wroga, jakby jego palce były haczykami, na które ten powinien się nadziać. W jego głowie zaszumiało jak po intensywnej libacji alkoholowej, żołądek zacisnął się z siłą Diabelskich Sideł.
— Musimy uciekać! — krzyknął mu do ucha, ciągnąc z całej siły za ramię. — To mugolskie wojsko, musimy stąd znikać!
Draco dopiero teraz oprzytomniał i w pierwszym odruchu chciał zerwać się z chłodnej ziemi i rzucić w kierunku drzwi. Harry złapał go, nim ten zdążył powstać i siłą przewrócił na szarą posadzkę, na której spoczywały, niczym drobinki kurzu, okruchy suchego ciasta.
— Nie! Zobaczą cię! — zawołał Harry, czując, jak serce niemalże wyrywa się z jego piersi, przytrzymując ramiona Malfoya, tak mocno, że był pewien, iż zostawi czerwone, rozległe ślady na białej skórze arystokraty. — Z tabunem mugolskiej armii na ulicy nie możemy wyjść przez główne drzwi...
Harry rozejrzał się, sam nie będąc pewien, czego szuka. Jego wzrok zatrzymał się wpierw na zszokowanej kelnerce kulącej się koło lady, następnie przesunął się głębiej w stronę lokalu, lądując na drzwiach prowadzących na zaplecze.
— Tamtędy — syknął napiętym głosem i spojrzał na szarą twarz wstrząśniętego Dracona - Dracona, którego srebrne tęczówki pałały niezrozumieniem, niepojmowaniem, Dracona, który zastygły w niemym przerażeniu wpatrywał się w nicość jak kamienna rzeźba greckiego herosa. W pierwszym odruchu złapał go za ramiona i potrząsnął ciałem towarzysza niczym manekinem za kulisami teatru - pasma białych włosów podskoczyły kilka razy, uderzając o uwydatnione kości policzkowe. Szare oczy nabrały światła, jakby czerpały z nieskończonych, niewyczerpalnych zapasów i skupiły się na jego twarzy. — Musimy się stąd wydostać. Nie zostawaj w tyle.
Harry wypuścił jego ciało z rąk, zrzucił z krzesła swoją pelerynę i na czworaka zaczął przemieszczać się w stronę lady, mając nadzieję, że Draco będzie miał tyle rozumu, by ruszyć za nim. Wyminął przerażoną kelnerkę, nie zaszczycając jej ni jednym spojrzeniem, aby po chwili znaleźć się na zapleczu pełnym mechanicznych sprzętów, sieci przewodów wentylacyjnych oraz równinie blatów kuchennych. Po prawej stronie dojrzał drzwi od zaplecza i, nie szczędząc ni chwili, zerwał się na nogi i rzucił biegiem w stronę wyjścia, wyciągając w połowie drogi różdżkę - jedyny atrybut, czyniący go zdolnym do samoobrony - ukrywając ją niezwłocznie w rękawie. Obejrzał się pospiesznie, niepewny, czy Dracon nie pozostał w tyle - był on tuż za Harrym, szok na jego twarzy ustąpił chłodnemu zdecydowaniu, spojrzał w zielone oczy kompana i skinął bez słowa głową, jakby chciał powiedzieć: zróbmy to. Harry zaczerpnął głośno powietrze głęboko w płuca, zarzucił płaszcz na ramiona i pociągnął za klamkę. Chłodne powietrze i zapach strzelniczego prochu uderzyły w jego twarz jak strumień wody. Harry rozejrzał się. Nie znajdowali się w centrum tej szalonej apokalipsy, jednak byli na terenie objętym barierą antyteleportacyjną, jedyną szansą na wydostanie się z pułapki było przedarcie się w dół ulicy do najbliższego skrzyżowania - za skrętem w prawo, przy najbliższym sklepie zoologicznym kończą się zapory i można uciec od szaleństwa, które miało miejsce przed ich oczami.
— Miej różdżkę w pogotowiu, lecz nie na widoku. Staraj się mnie nie zgubić. I nie daj się zabić mugolom, na Merlina — krzyknął w stronę Malfoya.
— Oczywiście, że nie dam się zabić mugolom, Potter — odwarknął Dracon, a Harry odetchnął z ulgą, widząc, że stan emocjonalny młodego arystokraty nie jest w takim rozbiciu, jak pierwotnie mu się zdawało.
— Dobrze. Biegniemy na trzy. Raz. Dwa.
— Trzy! — zawołał Malfoy i rzucili się w szaleńczy bieg po życie, doskonale wiedząc, że przez ową parę, ciągnących się w nieskończoność, minut będą wystawieni na odstrzał mugolskich broni palnych i z pewnością otrzymają kulkę w plecy, jeśli tylko zostaną zauważeni.
Harry wbił wzrok w najbliższy zaułek znajdujący się po przeciwnej stronie ulicy i rzucił się ku niemu w szaleńczym tempie, cały czas mając wrażenie, że któraś z zabłąkanych kul już jest o krok od rozłupania mu czaszki.
Oddech chwiał się na jego języku, jak stary, zużyty mebel na rozdygotanych nogach i nikt, kto choć przez moment nie był osaczony śmiercionośną bronią, czując na karku świst zbłąkanych kul, nie zrozumie tego - to trochę tak, jakby czas na moment zwolnił swój bieg, jakby umysł zaciążył ze zdwojoną siłą, a każdy wdech wydawał się tym ostatnim.
Fatum było im przychylne tego dnia.
Z rozpędu wpadli pomiędzy dwie ściany sąsiadujących budynków, dysząc oraz plując śliną, przystanęli na moment i oparli się o kamienne mury, unosząc głowę i patrząc na siebie w milczeniu, jeden bardziej zaskoczony od drugiego, że udało im się przedrzeć poza oczyma wroga przez całą szerokość oblężonej ulicy (los potrafi bywać zaskakujący). Harry, starając się uspokoić własny oddech, odwrócił głowę i spojrzał w głąb wąskiego zaułka - nie miał pojęcia, dokąd prowadzi, co więcej, nie miał pewności, czy w ogóle dokądkolwiek wiedzie - być może to zdradziecka, ślepa uliczka, która zamknie ich bezlitośnie na drodze bez wyjścia.
Za plecami usłyszeli strzały będące zaskakująco blisko, zdawało się, że oddziały zbrojeniowe są gdzieś niedaleko wlotu do przejścia, w którym się obecnie znajdowali, ich spojrzenia spotkały się nad zwilgotniałym chodnikiem, gdzieniegdzie porosłym przez mech. Nie odwracając się, nie mówiąc ani słowa, łapczywie łapiąc powietrze w obolałe płuca, pobiegli w dół zaułka, który po kilku metrach skręcił ostro w prawo, prowadząc ich koło kolejnych budowli, których stan architektoniczny już od dawna nie zdawał się równać z użytkowym.
Kiedy dotarli do rozgałęziania, wpadając w biegu, jak zabłąkane, dzikie konie, na rozwidlenie przejść, ciszę rozdarł wściekły krzyk dochodzący gdzieś z lewej strony od miejsca, w którym się zatrzymali. Harry odwrócił głowę i spojrzał wprost w lufę karabinu maszynowego wycelowanego pomiędzy swoje oczy. Działając instynktownie oplótł ramiona wokół żeber Malfoya i z rozmachem wepchnął ich w korytarz, z którego właśnie wybiegli. Plecy jasnowłosego arystokraty uderzyły z werwą w zabłocony mur kamienicy, Harry wpadł na niego, potykając się o szczelinę w szarym chodniku, ratując się przed upadkiem chwyciwszy się dłońmi chudych ramion Malfoya i omal nie przewracając ich tym samym na brudną ziemię. Naboje przecięły przestrzeń, na której stali jeszcze sekundę temu, jak mugolskie odrzutowce, głuchy świst powietrza zabrzmiał w ich uszach jak przekleństwo. Harry przygwoździł ciało Malfoya do ściany, w ułamku sekund przycisnął dłoń do jego ust, pozbawiając możliwości werbalizacji swego oburzenia zmieszanego z popłochem spowodowanym kilogramami adrenaliny kotłującej się w jego żyłach, jak opary nad bulgoczącym kociołkiem eliksiru, zamknął oczy i krzyknął ile sił w płucach:
— Nie strzelać, jestem Tomas Hard, hydraulik, mieszkam w tym bloku od przeszło ośmiu lat na piętrze piątym pod numerem sześćdziesiąt!
Dracon spojrzał na niego z szeroko otwartymi oczyma, z pewnością nie rozumiejąc z tej krótkiej przemowy, za kogo dokładnie podał się zielonooki. Strzały ustały. Harry, z sercem na wysokości gardła, rzucił Malfoyowi ostrzegawcze spojrzenie, zdjął palce z jego ciała i wyszedł z zaułka z podniesionymi do góry rękami. Umundurowany opuścił nieznacznie karabin, łypiąc na niego podejrzliwie zza krzaczastych brwi.
— Hydraulik, mówisz... — Jego głos przywodził zielonookiemu na myśl postacie z animowanych kreskówek, które w dzieciństwie zwykł oglądać jego kuzyn - skrzekliwy, nieco nosowy, całkowicie niegodny zaufania. — Dobrze, w takim razie powiedz mi, co to jest pralka? — zażądał wysokim głosem mężczyzna i Harry, po raz pierwszy w swym życiu, błogosławił nad niebiosa swoich mugolskich krewnych.
— Co to za absurdalne pytanie? — udał nad wyraz oburzonego. — Pralka jest to elektryczne urządzenie, programowane obecnie automatycznie, służące do prania i płukania ubrań w bębnie poruszającym się ruchem wirowym z szybkością zależną od zaprogramowanego, wybranego przez użytkownika programu. Czy mam panu, do cholery jasnej, opowiedzieć o klasie energetycznej pralek, żeby przestał mi pan celować lufą karabinu w gardło?
Mężczyzna roześmiał się głośno - nieco nerwowo, jak na ucho Harry'ego - po czym opuścił karabin, posyłając zielonookiemu współczujący uśmiech.
— Proszę mi wybaczyć, panie... — mężczyzna zmrużył na byłego Wybrańca swe guzikowate oczy.
— Mówiłem przecież — wycedził przez zęby zielonooki — nazywam się Tomas Hard.
— ... panie Hard — podchwycił mugolski wojskowy, kiwając aprobująco głową w jakimś kuriozalnym amoku — wziąłem pana za kogoś innego — oznajmił przepraszającym tonem mężczyzna, a Harry opuścił powoli ręce, postanawiając, tak dla stuprocentowej pewności, nie wykonywać przy owym, uzbrojonym po zęby, człowieku nader gwałtownych ruchów.
— Za kogoś innego? — warknął wściekle, przywołując na twarz oblicze irytacji jak ulubionego, zwierzęcego pupila. — Zapewniam pana, że zgłoszę pana do sądu za napaść z bronią na cywila, proszę mi spisać swoje dane osobowe, jeszcze mnie pan popamięta!
Wojskowy poczerwieniał na twarzy i z zawstydzeniem spuścił wzrok.
— Pan wybaczy, myślałem, że... no wie pan... to któryś z nich zdołał zbiec, nie było moim zamiarem nastraszyć przypadkowego, prostego obywatela — zaczął chaotycznie tłumaczyć, a Harry zmrużył oczy, wbijając oskarżycielskie spojrzenie w owego mężczyznę w szarym stroju, o równie szarej twarzy.
— Cóż, zapewne, jednakowoż nastraszył pan — wysyczał chłodno, odgradzając się murem zbudowanym z oschłości niczym obwałowaniem obronnym, mając wrażenie, że własne serce stoi mu w gardle jak kość.
Żołnierz pokiwał głową, pełen skruchy za nieumyślne zdenerwowanie napiętego jak struna Harry'ego, który, wciąż przerażony, tym, że mógłby się w jakiś sposób zdradzić - gestem, słowem, spojrzeniem - czymkolwiek, obserwował starszego mężczyznę, jakby był jego przeciwnikiem na polu bitwy (to, co robił, nie różniło się bardzo od pełnej rozmachu rozgrywki, od krótkiego, szybkiego pojedynku). Ponadto, zielonookiego zastanawiało, czy mężczyzna zdołał dojrzeć, że miał on towarzystwo, czy w natłoku zdarzeń umknął ten fakt jego uwadze.
— Proszę nie zgłaszać tego do urzędu, obiecuję, że już nigdy nie będę pana niepokoił, ale, widzi pan, nie mogę sobie pozwolić na wezwania do sądu, jestem tuż po przegranej sprawie o prawa rodzicielskie, może pan sobie wyobrazić, drogi panie, że raczej niechętnie ponownie wracałbym na salę sądową. Gdyby był pan tak uprzejmy...
Harry wpatrywał się w zmieszanego mężczyznę, który zabiłby go bez zastanowienia, gdyby wiedział, kim on jest, a stał się niezmiernie potulny w momencie, w którym pozwolił się oszukać.
Działa niczym maszyna — przemknęło Harry'emu przez myśl. — Kategoryzuje ludność.
— W porządku, nie pozwę pana — mruknął Harry pod nosem. — Ale żebym więcej pana tu na oczy nie widział. — Miał szczerą nadzieję, że to nie zabrzmiało jak groźba.
Ciężar wyraźnie spadł żołnierzowi z serca; nazywając się sługą państwa, podziękował wylewnie obserwującemu go z czujnością Harry'emu i odwrócił się pospiesznie, by oddalić się w stronę głównej ulicy.
Różdżka Harry'ego wysunęła się z rękawa jak piorun, słowa zabrzmiały w jego umyśle jak wieczne przekleństwo, zielony błysk rozświetlił na moment wąski zaułek.
Umundurowany osunął się z głuchym rumorem na ziemię, lądując twarzą w zatęchłej wodzie uwięzionej w jednej z wąskich szczelin w betonowanym podłożu.
Harry na powrót wsunął różdżkę do rękawa i sięgnął ręką po nadgarstek przyległego do ściany, wstrzymującego oddech Malfoya.
— Wynośmy się stąd, nim zaczną go szukać — wyszeptał zielonooki, ciągnąc pobladłego Dracona, który wyglądał, jakby był obecnie w stanie najwyższego szoku, za nadgarstek.
Powolne, pobrzmiewające niewzruszonym spokojem słowa zadzwoniły Harry'emu w uszach nie mniej piskliwie, niż uprzedni wybuch przy przydrożnej kawiarence.
— Bez pośpiechu, panie Potter.
Harry odwrócił się niczym wskazówka w zegarku, mając wrażenie, że odbiera mu zdolność mowy. Poczuł żelazny uścisk Malfoya na lewym ramieniu — ty sentymentalny głupcze — pomyślał, zanim się zastanowił, z umysłem otwartym niczym w zaproszeniu, jak furtka prowadząca do prywatnego ogrodu.
Przed nimi, beztrosko opierając się o ścianę mieszkalnego bloku, stał Severus Cholerny Snape z rękami swobodnie skrzyżowanymi na piersi i obserwował ich z zaciekawieniem spod czarnej kurtyny przetłuszczonych włosów.
-VVV-
Takim oto sposobem nasza współpraca wydała się, zanim zdążyła naprawdę zaistnieć.
— Wypraszam sobie nazywanie mnie: „sentymentalnym głupcem".
Obaj byliśmy głupcami. Przecież nie ulegało wątpliwości, że obaj jesteśmy śledzeni, każdy swoją drogą, oczywiście, co musiało wywołać sensacje w Radzie, kiedy, przez dwóch, anonimowych zwiadowców, doniesiona została informacja, że oto jeden i drugi cel obserwacji znalazł się w tym samym miejscu, pod tym samym dachem, co więcej, przy tym samym stoliku. Najpewniej zostało to uznane, przez czcigodnego Naczelnika, za swego rodzaju osobliwość i ten, jakież wyróżnienie, postanowił osobiście dowiedzieć się, z jakiej to przyczyny dwóch szkolnych wrogów spotkało się w tak zacisznym miejscu. Oczywiście, do żadnych, rozsądnych wniosków nasza rozmowa nie mogła go doprowadzić, na domiar złego trwała za krótko, żeby wyciągnąć z niej cokolwiek sensownego.
Nie bardzo wiedziałem, jak powinienem się zachować, choć Malfoy, jak mi się zdaje, zmagał się z tym samym problemem, przez co omal nie zatamował przepływu krwi w moim ramieniu.
Snape zachował formalny ton konwersacji, toteż poszedłem w jego ślady, nie mając zamiaru wychylać się poza standardy, jednocześnie silnie trzymając swój niewyparzony język na wodzy - za obrażenie Naczelnika zapewne spotkałby mnie los o wiele, wiele gorszy, niż Azkaban. Ja udawałem, że nie miałem pojęcia o posiadaniu ogona, a on udawał, że znalazł się w tamtym wąskim, wilgotnym zaułku całkowicie przypadkowo, choć i on, i ja wiedzieliśmy, jaka jest prawda.
No i Malfoy, zirytowany jak hipogryf, który zapominając najwyraźniej, z jakiego pochodzi domu zachował się niczym rozdrażniony Puchon...
Nawet nie staraj się zaprzeczać, ponieważ, gdybym cię nie powstrzymał, natarłbyś na swego byłego opiekuna domu jak rozjuszone zwierzę.
— Ja... cóż...
No właśnie. Potrafiłbyś sobie wyobrazić, jakie mogłyby być konsekwencje twojej agresji wobec Najwyższego Naczelnika?
— Nie myl ogólnego biegu wydarzeń, Potter.
Oczywiście, jeszcze wtedy było za wcześnie, byś pokładał wiarę krążącym opowieściom o Radzie.
— Tak, cóż, głównie dlatego miałem prawo nie być zaznajomiony z ich najnowszymi metodami.
Tak właśnie myślałem.
-VVV-
Wmówienie czegoś Naczelnikowi, więcej, wmówienie czegoś Severusowi Snape'owi, kilkuletniemu, niezawodnemu szpiegowi w szeregach wroga podczas minionej wojny czarodziejów, nie mogło należeć do zadań banalnych. Harry nawet nie starał się go okłamać, wiedział, że mógłby na tym polec - żonglował półprawdami (oraz ujmującą uprzejmością) niczym kuglarz na cyrkowym pokazie.
— Dobry wieczór, panie Naczelniku — odezwał się ze zrównoważeniem zielonooki, na wszelki wypadek mówiąc głośniej, niż miał w zwyczaju, gdyby się okazało, że należy zagłuszyć, wyglądającego jak wilk przysposabiający się do skoku, Malfoya. Oczywiście, nie pomylił się co do Dracona.
— Ty bezli...
— Jakie przepiękne gwiazdy, nieprawdaż? — zapytał Harry głośno, niby przypadkiem nadeptując Malfoya na stopę, podczas nagłego, namiętnego zapału do kontemplowania nieboskłonu.
Draco, dzięki ci Merlinie — pomyślał Harry, ugryzł się w język i zaciskając zęby tak mocno, że zachrzęściły o siebie nawzajem, podążył wzrokiem ku górze.
Niebo było niemal bezgwiezdne tej nocy, gdzieniegdzie majaczyło bladym światłem pojedyncze, osamotnione ciało niebieskie.
— Tak, rzeczywiście — okiełznał swój temperament dziedzic Malfoyów — wspaniały wieczór.
Stali tak długą chwilę, z zadartymi wysoko głowami, gapiąc się w niebo jak sroki w gnat.
— Chętnie bym pokontemplował z panami nieboskłon, jednakże nie mogę się nadziwić nad wyborem przez panów miejsca do czynienia astronomicznych oględzin — odezwał się Snape, przerywając pustą ciszę.
Harry opuścił głowę, spoglądając wprost w czarne, nieprzeniknione oczy mężczyzny. Odwaga odwagą, ale jego młode serce wybijało właśnie żwawy rytm w klatce jego żeber, niczym szarpiący się słowik, starający się wyrwać na wolność.
— Otóż, widzi pan, znaleźliśmy się obaj w tym miejscu ze względu na całkowity zbieg okoliczności — odrzekł beztrosko, ze spokojem, którego nie czuł, jakby ich obecność tutaj nie była niczym niezwykłym, niczym niepożądanym.
— Jakiż to zbieg okoliczności, o ile, oczywiście, wolno mi spytać?
Harry rozpaczliwie starał się nie zapominać, żeby oddychać.
— Uciekaliśmy przed mugolskim oddziałem zbrojnym, naturalnie każdy na własną rękę. Złowiliśmy swoje spojrzenia w tłumie i gdzieś po drodze, między desperacją a wściekłością, została podjęta niewypowiedziana decyzja, mówiąca o tym, że uciekniemy razem, mając w ten sposób większe szanse przetrwania, niż w pojedynkę — rzekł Harry, siląc się na spokój, od którego był daleki jak odległość od Ziemi do Słońca. — Chyba nie jest to jeszcze przestępstwem, nieprawdaż?
Snape uniósł brwi i spojrzał na, leżące twarzą w dół, ciało mugolskiego szturmowca.
— Nie, nie jest.
Harry'emu przeszło przez myśl, że musiał on być świadkiem mającego tu miejsce zdarzenia, jednak postanowił zgrywać idiotę, nie będąc pewnym, na jak wiele, w świetle prawa, może sobie pozwolić.
— Samobójca — oznajmił Harry z fałszywym współczuciem.
— Biedny człowiek — zawtórował mu nieoczekiwanie Malfoy.
— Powiedział, że nie może dłużej patrzeć na śmierć niewinnych ludzi — pokiwał głową Harry, kładąc rękę na sercu i chyląc czoła.
— Niech ogień świeci nad jego duszą.
— I Merlin, rzecz jasna.
— Tak, Merlin też — zgodził się Malfoy z powagą wypisaną na twarzy.
Tym razem jednomyślnie wbili wzrok w ziemię, pogrążając się w należnej, jakże sprawiedliwemu żołnierzowi, minucie ciszy.
Gdyby sytuacja go nie przerastała, Harry zapewne śmiałby się w głos z ich obłędnej zgodności.
— Samobójca — powtórzył cicho Snape, a Malfoy pokiwał w potwierdzeniu głową, chociaż słowa te nie brzmiały jak pytanie. — A w jaki sposób dokonał tegoż haniebnego aktu?
— Strzelił sobie...
— Narkotykiem w żyłę! — wciął się w słowa Malfoya Harry, rzucając mu krótkie spojrzenie, mówiące pi razy drzwi: „na ziemi nie ma krwi, idioto, a on nie ma rany wlotowej w skroni". — Wstrzelił sobie śmiertelną dawkę heroiny w żyłę. Potem wyrzucił strzykawkę, ponieważ, jak mówił, nie chciał, aby uznano jego śmierć za haniebną - rozumie pan, ludzie czasami stawiają własny honor na pierwszym miejscu, zanadto przejmując się opinią publiczną, nawet jeśli chodzi o skrajności, jak się okazuje. Wpadła ona do tamtej studzienki. — Harry wskazał palcem na nieduży, niemal niedostrzegalny w ciemnościach, zakratkowany otwór pomiędzy ścianą budynku a pękającym cementem.
Malfoy spojrzał na niego spod rzęs. Nie ulegało wątpliwości, że w życiu nie słyszał o czymś takim, jak substancja narkotyczna.
— Hmm, tak — przytaknął z powagą — właśnie to chciałem powiedzieć, Potter.
Snape zlustrował wzrokiem twarz Harry'ego. Przez chwilę, krótką jak mignięcie światła latarni, zielonookiemu zdawało się, że dostrzegł nieme zainteresowanie w owych czarnych, mrocznych jak noc oczach. Ta chwila przepadła bezpowrotnie (bądź wcale nie miała miejsca, Harry nie potrafił jasno określić), gdy tylko skupił wzrok wokół ziemistej twarzy byłego profesora.
— Rozumiem — odpowiedział Snape, po czym uśmiechnął się tak chłodno, że Wybawiciel Czarodziejskiego Świata poczuł, jak dreszcz przebiega mu wzdłuż kręgosłupa niczym iskry. — Zakładam, że wasze spotkanie toczy się wedle nowo nakreślonych przepisów, które, jak świetnie się składa, pan, panie Potter, zna doskonale i, jak wierzę, zdążył pan już przekazać ich treść, w dobrych intencjach, panu Malfoyowi.
Harry zmartwiał, jego twarz przybrała kolor grudniowego śniegu.
Dobrze wiesz, że niczego nikomu nie powiedziałem ty wredny, stary draniu — pomyślał Harry, zastanawiając się, jakież to sankcje nakładane są za niezastosowanie się do zasad, od momentu ich zapisania, na wieki wieków, amen, na czarodziejów.
— Oczywiście, szanowny panie Naczelniku, gdzieżbyśmy śmieli nie dostosować się do poleceń Rady? — wyrecytował zielonooki, starając się utrzymać całkowitą pewność w tonacji głosu.
Snape zaśmiał się cicho, a był to śmiech tak lodowaty, że Harry poczuł się, jakby szron oblepił jego serce, wtapiając się w jego powierzchnię jak w szkło.
— Czyżby zapomniał pan o punkcie, w którym to zakazuje się chodzenia po ulicach magicznej Anglii po zmroku? — zapytał konwersacyjnym tonem czarnooki, choć jego wzrok nie opuszczał nieruchomej jak kamień twarzy Harry'ego.
— Zatem, co ty, na różdżkę Morgany, robisz w tym zatęchłym zaułku, skoro przepisy zakazują ci wychodzenia po zmroku, Snape? — Głos Malfoya przeciął powietrze jak sztylet, przerażając Harry'ego jak nic innego do tej pory. — Trzymaj się swoich idiotycznych poleceń, dając tym samym zacny przykład społeczeństwu. — Draco uczynił, pełen brawury, krok do przodu, a Harry, zbyt zaszokowany, by cokolwiek począć, wpatrywał się tępo w jego drżące, z tłumionej złości, ramiona. — Masz się za nie wiadomo kogo, podczas gdy naprawdę jesteś jedynie...
Niewielki płat kamienia oderwał się od ściany kamienicy i spadł młodemu dziedzicowi Malfoyów wprost na głowę. Draco osunął się nieprzytomny na ziemię, w ostatnim momencie pochwycony przez Harry'ego, ratującego go przed bolesnym upadkiem, pod ramionami.
Zielonooki błyskawicznie ukrył różdżkę w rękawie peleryny i ze zgrozą, której nawet nie musiał udawać (słowa jego kompana wmurowały go w grunt, uczyniły niepewnym, co do dalszej przyszłości; jak nic innego przerażał go fakt, co Severus Snape byłby w stanie uczynić w zemście za oczywistą zniewagę rzuconą w jego twarz jak balon przepełniony słoną wodą), spojrzał na odłupany fragment ściany zewnętrznej.
— Ktoś powinien odrestaurować te bloki, zanim zwalą się ludziom na głowę, nie sądzi pan, panie Naczelniku? — zapytał Harry, mając nadzieję, że napięcie nie jest tak doskonale słyszalne w jego głosie, jak mu się zdawało - w ostatnim momencie zdołał powstrzymać Malfoya przed powiedzeniem czegoś, za co z kwitkiem odesłany by został do Azkabanu w ślad swego drogiego ojca.
Harry łagodnie opuścił blondyna na ziemię i nic sobie nie robiąc z górującego nad nimi Snape'a, przyklęknął obok nieprzytomnego ciała, przytrzymując palce na jego szalejącym pulsie, następnie upewnił się, że spadający kamień nie zranił Malfoya, nie uczynił mu żadnej fizycznej szkody, nie pozostawił ciętej, podłużnej jak szyny na torowisku rany.
— Potter, spójrz na mnie — usłyszał gdzieś nad sobą spokojne słowa Snape'a i z trudem powstrzymał się od zaciśnięcia dłoni w pięści.
Powoli, bez pośpiechu, nie będąc pewnym, czy pośpiech nie zostanie błędnie odebrany przez strategiczny umysł Snape'a, Harry podniósł głowę i zajrzał w czarne, niegościnne przestrzenie oczu Najwyższego Naczelnika, podwójnego agenta, niegodnego zaufania przedstawiciela państwowego.
— Nie powinniście szwendać się po nocy — rzekł aksamitnym głosem Snape, przyglądając się zastygłej w bezruchu, kamiennej twarzy Harry'ego. — To może skończyć się katastrofalnie, jeśli za nic będziecie mieć najnowsze rozporządzenia.
— Przepraszamy — powiedział Harry i natychmiast zrugał się w myślach za użycie owej zdradzieckiej liczby mnogiej. — To się więcej nie powtórzy.
Czarna peleryna Snape'a powiała na subtelnym przeciągu, jaki utworzył się między ścianami budynków, gdy ten podszedł powolnym krokiem do nieprzytomnego Malfoya, tym samym, do ściskającego jego ramię Harry'ego, który zakleszczał palce na jego ciele tak mocno, jakby Dracon miał się zaraz zerwać na równe nogi i skoczyć Snape'owi do gardła.
— Nie przepraszaj. Nigdy w nieswoim imieniu, ponieważ kiedyś się na tym potkniesz, Potter. — Jego głos był miękki, co było złudne jak fatamorgana na rozległej, dusznej pustyni. — Wstań z ziemi, to nie miejsce dla bohatera. — Harry dałby sobie rękę uciąć, że posłyszał w jego głosie ziarno kpiny. Zmusił się do rozluźnienia napiętych palców spoczywających na ramieniu nieprzytomnego. Nic nie mówiąc, podniósł się powoli, jakby miał do czynienia z dzikim zwierzęciem, którego nie wolno spłoszyć, jeśli, oczywiście, jego zamiarem jest przetrwanie. Czarne oczy przesuwały się w ślad za jego twarzą, gdy stawał na nogi, w jego źrenicach odzwierciedlało się łagodne zapewnienie, że jego osoba nie stanowi najmniejszego zagrożenia dla pary młodych czarodziejów, co było złudne jak sen, jak marzenie. — Musisz zrozumieć, Potter, że mamy wojnę, która nie rozchodzi się na trzy fronty. Fronty są jedynie dwa, mugole i czarodzieje, wobec czego ty, Potter, nie musisz tak starannie uważać na słowa w obecności innych magów. Stoją oni bowiem po tej samej stronie barykady.
Drań, kłamca i do tego manipulator.
Harry pokiwał gorliwie głową.
— Oczywiście, czcigodny panie Naczelniku — przytaknął z pełną powagą. — Skoro mugole potrafili zjednoczyć się przeciw wspólnemu wrogowi, czarodzieje także powinni być do tego zdolni.
W tym stwierdzeniu tkwiła jakaś ironia, przysłowiowa igła w stogu siana, wpijana wprost w blade czoło byłego profesora.
Snape wykrzywił usta w chłodnym uśmiechu, czarne oczy zabłysły niczym para sztyletów.
— Potter, Potter, Potter... — zamruczał niczym wygłodniały wilk, przypatrując się zieleni oczu rozmówcy. — Czy ty pojmujesz, w jak niekomfortowej sytuacji się znalazłeś? Właśnie byłem świadkiem tego, jak bez rozkazu, całkowicie samowolnie, zamordowałeś mugolskiego żołnierza. Ach, a z jaką wprawą i przebiegłością tego dokonałeś, jest, doprawdy, godne podziwu. Jednakże twoją zdolność do morderstw społeczeństwo mogłoby opacznie zrozumieć, pojmujesz, Potter, ludzie boją się geniuszu, a już na pewno lękają się geniuszu, który zdolny jest dokonać czynów brutalnych bez choćby mrugnięcia powieką. Co więcej, źle mogłoby to zostać odebrane przez obecną władzę, nie uważasz? Jak wspaniale się składa, panie Potter, że to właśnie ja stoję na jej czele, pojmujesz: moje słowo, przeciw słowom urzędników ma nadrzędne znaczenie. Jeśli napomnę mimochodem o twoim czynie, znajdziesz się na celowniku. Jednakże możemy zawrzeć mały, niezobowiązujący układ, taki pakt można rzec. Otóż ja będę milczał jak zaklęty, a ty będziesz donosił mi o każdej podjętej przez cywilów akcji antyrządowej, zgoda? To będzie nasza mała, słodka tajemnica. Oczywiście — Snape posłał Harry'emu kuriozalnie delikatny uśmiech — będę wiedział, kiedy mnie okłamiesz.
Młodzieniec stał w bezruchu, wpatrując się w skrytym za maską opanowania, oszołomieniu tym czarnym, znajomym oczom, połyskującym jak onyksy. Jego głos zawierał w sobie obietnicę - ale Harry dostrzegał znacznie więcej, Harry widział żądzę osiągnięcia całkowitej kontroli, widział upór, który każe władzom pozyskać sobie Złotego Chłopca, pozyskać sobie Wybawiciela, zaskarbić sobie silnego sprzymierzeńca i tym samym zwiększyć liczbę osób przystających na prawa rozpowszechniane przez Naczelnictwo.
To już raz, w dziejach ludzkości, miało miejsce - Snape nie może o tym wiedzieć, ale powiela metodę innego czarodzieja, czarodzieja, który dzierżył ogromną władzę i popełnił błąd, starając się ugiąć pod siebie Złotego Chłopca Dumbledore'a - przegrał, prawda zawsze wypływa na powierzchnię.
Harry odmówił współpracy z ministerstwem wówczas, wobec czego był zdolny do odrzucenia propozycji również w innych, jakkolwiek podobnych, okolicznościach. Wiedział, że konsekwencje jego bezpośredniości mogą okazać się nieprzyjemne. Jednak wygrał już jedną wojnę i nie pozwoli pochłonąć się polityce, nawet w czasie kolejnego zbrojnego konfliktu; nie pozwolił na to niegdyś i nie pozwoli na to teraz.
Coś w zielonych oczach zaczęło się przekształcać i formować na nowo, coś stabilnego i twardego, coś, czego nie sposób stłamsić kilkoma słowami, na których osiada szron. Wyminął nieprzytomnego Malfoya i zatrzymał się naprzeciw Snape'a będąc gotowym do stawienia mu czoła jak nigdy przedtem. Jego źrenice płonęły ogniem potęgi.
— Proszę nie popełniać błędów swoich poprzedników, panie Naczelniku — powiedział cicho, z niezmierzonym stoicyzmem na języku. — Jeden z ministrów, okrzyknął mnie niezrównoważonym pomyleńcem, opowiadającym same łgarstwa, będącym nieobliczalnym i rozchwianym emocjonalnie, pamięta pan? Jestem pewien, że tak. Rok później stracił posadę, stracił fotel, wpływy i szacunek społeczeństwa. Ja wyszedłem z tamtej konfrontacji jako zrehabilitowany bohater. Jego następca natomiast, podobnie jak pan, próbował ze mnie uczynić marionetkę ministerstwa. Dwukrotnie. Nie zrozumiał, że nie popieram jego poglądów, że nie przyklaskuję jego działaniom. Wpełzł w sam środek politycznego bagna. Umarł niecałe pół roku później, ponieważ zignorował moje sugestie dotyczące przedsięwzięcia odpowiednich strategii obronnych. Uważał, że utrzymując pozory normalności kwestia krwiożerczej bestii czającej się w cieniach, rozwiąże się sama, a w społeczeństwie nie wybuchnie panika. Nie poprę polityki, której nie szanuję. Nie poprę polityki, której nie uznaję. A pan nie zrzuci mnie z piedestału, choćby otrzymał pan nakaz podarowania mi pocałunku dementora. Przeżyłem Voldemorta, przeżyję i pana.
Snape milczał, jego oczy lustrowały źrenice Harry'ego, jakby pragnął się w nich doszukać tajemnic istnienia rasy ludzkiej. Bariery nałożone na czysty umysł Wybawiciela parzyły jego podświadomość, w momentach, w których starał się je przełamać. Harry Potter uśmiechnął się.
— Nie będę panu zawadzał, panie Naczelniku, nie będę panu zawadzał tak długo, póki pańskie działania nie zaczną odbijać się rykoszetem od mojej twarzy. Póki pan i pańska dyktatura będziecie odsunięci na bezpieczną odległość, ja i moja magia, nie będziemy was niepokoić. — Zielonooki odstąpił od mężczyzny, nie chcąc dłużej przytłaczać go swoją obecnością. — To obietnica.
Czarne oczy Snape'a były tunelami zdarzeń, mrocznymi odmętami, w których czaiło się niebezpieczeństwo.
Harry, w swym akcie ślepej odwagi, stawianym z taką pewnością, z takim zapałem, nie przewidział jednego.
Naczelnik znał pewną, bardzo poważną, bardzo wrażliwą słabość młodego mężczyzny, coś, co potrafiło zwalić z nóg, okroić serce i wyrwać krzyk z głębi dwudziestokilkuletnich płuc.
Snape, nie mówiąc wiele, odszedł, pozostawiając Pottera i Malfoya w wąskim, niewygodnym zaułku, zatapiając się w aleje ulic, w których czaiło się o stokroć poważniejsze niebezpieczeństwo.
Następnego dnia mugolska armia porwała z domu starszą kobietę. Nikt nie wiedział, skąd dostarczony został im cynk - posiadłość ta bowiem była obtoczona magią powodującą, że żaden niemagiczny osobnik nie mógł jej dostrzec gołym okiem, zaklęcie zostało przełamane i to było najbardziej przyprawiającym o trwogę, wykraczającym ponad ludzkie pojęcie faktem w całym tym zdarzeniu. Aresztowana została, stawiająca gorący opór, niekryjąca się z wyrażeniem swego głębokiego sprzeciwu, niemająca jednakowoż wystarczających sił witalnych, aby bronić się przez dłuższy czas przed zajadłym natarciem, pięćdziesięciokilkuletnia Molly Weasley.
Jej rodzina nie zobaczyła jej już nigdy więcej.
Artur Weasley zmarł kilka tygodni po porwaniu żony. Mówiono, że w ostatnich słowach bez przerwy powtarzał jej imię. Mówiono, że umarł z tęsknej miłości.
Społeczeństwo powoli zrozumiało, że Naczelnictwo nie jest przyjazną społeczeństwu organizacją, a celnie wymierzoną bronią przeciw prawom człowieka.
Jednakże, kiedy ludzie zorientowali się w sytuacji, okazało się, że jest już za późno, by cokolwiek jeszcze udało się naprawić.
-VVV-
Niebawem moje źródła uświadomiły mnie w pełni o brutalnej prawdzie. Brzmiała ona ni mniej, ni więcej w ten sposób: Nie ma na świecie sprawiedliwości, wszystko, co nas dotyka, jest wymierzoną w nas z precyzją bronią, którą możemy zwalczyć bądź się jej poddać. Co głupsi skandowali wyzwoleńcze hasła, następnie wyrzekając się ich jak religii, gdy zmuszeni byli wyciągać własne potomstwo zza więziennych murów (wiadome było powszechnie, że dementorzy nie próżnowali - nagle okazało się, że z Azkabanu można powrócić i to z kwitkiem do ogrodu botanicznego). To zamknęło społeczeństwu usta i przez moment zagorzała frustracja mieszała się z niemocą, dostrzegalna jedynie w oczach wiekowych starców, przyglądających się rzeczywistości spod jeszcze starszych kamienic. Obiekcje płynęły tylko z ust przydrożnych pań o obyczajach nader wątłych, które najpewniej i tak nie miały już wiele do stracenia, a i na nie nikt, tak naprawdę, nie zwracał uwagi - wszystkie oczy skierowane były w stronę nowej siedziby Naczelnictwa, a w umysłach ludności kłębiły się setki pytań, na które żaden z wolnych obywateli owej wolnej społeczności nie potrafił znaleźć odpowiedzi, choćby był najznamienitszym filozofem.
-VVV-
— Potrafisz dochować tajemnicy? — Było pierwszym, co usłyszał Malfoy po przebudzeniu się w gorącym łóżku, pod grubą pierzyną.
Ostatnim, co pamiętał, była ucieczka z kawiarni. I czarne oczy byłego obrońcy w głębi wąskiego zaułka.
Draco nie zapomniał uderzenia. Rozrywający ból w głowie i głuchy pisk we wrażliwych uszach był czymś, co śniło mu się kilkukrotnie, przed otwarciem oczu na świat, tego dnia.
— Potter? — zapytał nieprzytomnie, uchylając powieki i szukając wzrokiem właściciela natarczywego głosu.
— Tajemnica, Malfoy. Potrafisz jej dochować?
Wybawca Czarodziejskiego Świata wisiał nad nim jak strach na wróble, roztrzepane włosy zasłaniały bliznę na jego czole.
— Nie, jeśli chcesz mi powiedzieć, że Severus Snape jest tak naprawdę zakamuflowanym krwiopijcą z całą hołotą niezrównoważonego kuzynostwa za plecami, które rozpierzchło się po świecie jak nieokiełznane wrony.
Zielonooki przewrócił oczyma i wykrzywił usta w kwaśnym wyrazie.
— To mój dom — oznajmił z powagą, na co Draco uniósł brwi, zastanawiając się, czy aby Złoty Wybawiciel również nie doznał uprzednio poważnej kontuzji głowy.
— To jest owa, jakże znacząca, tajemnica, od której zależą przyszłe losy świata - wielki Harry Potter posiada dach nad głową? Tak, cóż, dochowam milczenia, obiecuje nie zdradzić ciekawskim reporterom, że ich Wybawca nie śpi na ulicy.
Potter chwycił róg grubej kołdry i, z agresywnym błyskiem w oku, ściągną ją z głuchym szelestem na ziemię. Chłodne powietrze uderzyło w rozgrzane ciało najmłodszego członka rodu Malfoyów, który nie potrafił powstrzymać drżenia, jakie wtopiło się w jego organizm, aż po same kości.
— Malfoy, skup się — zbulwersował się Potter, ściskając w ręku uprzednie okrycie zainteresowanego. — Znajdujesz się w siedzibie tajnego ruchu oporu, pojmujesz? Oporu, który nie doznałby błogosławieństwa z rąk szanownego Naczelnictwa.
Draco, z wściekłością wypisaną na twarzy, wychylił się przez krawędź jednoosobowego łóżka i sięgnął po swoje nakrycie.
— Świetnie, wobec tego od dzisiaj należę do jakiejś tajnej, podziemnej grupy sprzeciwu, która swój wolny czas spędza na deliberowaniu o tym, co by było, gdyby wszystko zrobione zostało inaczej. — Młody arystokrata zaczął siłować się z Potterem, ciągnąc białą kołdrę w stronę stygnącego materaca, starając się wydobyć ją z rąk stawiającego zażarty opór, zielonookiego. — Oddaj mi moje przykrycie, ty sangwiniczny draniu.
Harry westchnął i wypuścił narożnik ściskanego materiału, a Malfoy, z pomrukiem zadowolenia z racji odzyskania swej ochronnej otoczki, owinął się nim niczym gąsienica ciasnym kokonem.
— Twoja wdzięczność mnie zachwyca — mruknął ponuro zielonooki, co zostało skwitowane bezlitosnym prychnięciem.
— Ach, dziękuję ci, ty litościwy dobroczyńco, że dałeś za wygraną w tej szaleńczej bitwie o mój komfort cieplny — ironizował Draco.
— Ja nie mówię, o twojej idiotycznej kołdrze, Malfoy — sprostował Potter, krzyżując ręce na piersi. — Ja wiem, że myślenie jest ciężkie, ale czasami bywa czynnikiem przyczyniającym się do naszego przetrwania, wobec czego sugeruje, żebyś nauczył się korzystać z tego przymiotu.
Draco rzucił Harry'emu powątpiewające spojrzenie.
— Jesteś chodzącą delikatnością, Potter. Doprawdy, twoje słowa są tak subtelne, jak uderzenie tępej klingi.
— To miłe z twojej strony — stwierdził ozięble Potter, mrużąc w irytacji oczy — że masz o mnie tak wysokie mniemanie.
Malfoy westchnął ciężko i potarł nasadę nosa, pod uważnym, skupionym spojrzeniem Harry'ego, który wpatrywał się w krótkie palce arystokraty jak w przedziwny okaz tropikalnego gatunku w egzotycznym zoo.
— Gdybym tego nie chciał — zaczął powoli Draco, zdając się w skupieniu dobierać słowa — nie przysiadłbym się do twojego stolika w tej podrzędnej, mugolskiej kawiarni. Udałbym, że cię nie zauważam, przeszedłbym koło twej osoby bez słowa i nigdy nie znalazłbym się w położeniu, w jakim mnie stawiasz. — Blondyn uniósł wzrok, spoglądając w lustrujące go oczy towarzysza. — Tylko tak mogłem uciec, rozumiesz? Jesteś jedynym i ostatecznym rozwiązaniem moich rozterek. Nigdy więcej nie zamierzam znaleźć się po stronie barykady, która mnie stłamsi i powolnie zacznie zabijać we mnie wszystko, co ludzkie.
Zielonooki nie odpowiedział. Podszedł do stojącego w kącie fotela i zagłębił się w nim z niejakim wyczerpaniem.
Problem polega na tym — pomyślał Harry — że Severus Snape ma umysł i bystrość porównywalną bardziej do młodego Riddle'a, niż do jego późniejszego wcielenia.
— Boisz się go? — zapytał cicho, mierząc Dracona przeszywającym spojrzeniem spod kaskady gęstych rzęs, rzucających długie cienie na jego policzki.
Draco uniósł brwi z autentycznym zamętem w oczach.
— Kogo?
Kąciki warg Harry'ego drgnęły w chłodnym, ledwo dostrzegalnym, ironicznym grymasie.
— Snape'a — dopowiedział tonem tak zdawkowym, że nie można było wyczytać z niego podstaw, na jakich oparł swą ciekawość.
Malfoy splótł palce na kolanach i zakręcił młynka kciukami.
— Nie, oczywiście, że nie — mruknął do swoich dłoni. — Dlaczego miałbym bać się kogoś, kto zawsze przejawiał wobec mnie dobre intencje?
Zielonooki zmrużył oczy wszczepione w twarz Dracona jak oszczepy.
— To przejaw ludzkiej głupoty — zauważył przyciszonym głosem. — Powinieneś się go bać.
Malfoy skrzywił się i oparł głowę o zagłówek łóżka, wbijając szarookie spojrzenie w pożółkły, stary sufit, po którym tu i ówdzie rozlewały się plamy mętnej wilgoci.
— Ty się go nie lękasz — oznajmił tak, jakby stwierdzał czysty fakt. — Nigdy się nie lękałeś.
— Mylisz się. — Słowa wypadły z ust Harry'ego jak kamień uderzający o dno jeziora. Spojrzenie Dracona pełne nieskrywanego, bezbrzeżnego zdumienia osiadło na jego twarzy jak mgła. — Napawa mnie trwogą, myśl, do czego mógłby być zdolny, mając mnie pod swą całkowitą jurysdykcją. Jest niczym demon ukryty w mroku, krąży wokół mnie, czekając na moje potknięcie, czekając cierpliwie, z chłodno kalkulującym umysłem, aż popełnię błąd, za jaki mógłby okazać swą mściwość, za jaki mógłby uwidocznić przede mną zakres dzierżonej przez siebie władzy.
Draco patrzył na niego, jakby pragnął nie wierzyć.
— Wobec tego nie boisz się jego, a zakresom władzy, którymi dysponuje. Boisz się jego możliwości, Potter, nie osoby.
Harry uśmiechnął się pusto i wzruszył ramionami.
— Wbrew pozorom, Malfoy, jedno jest zadziwiająco bliskie drugiemu.
