.
Rozdział 3
Nie wiedziałem, że odfrunie, co się rzekło
.
Harry, bardziej blady od topielca, pokonał przeszkodę, jaką dla jego zmęczonych mięśni były strome schody obecnej kwatery Naczelnictwa, która od dnia wczorajszego przeniosła się na czas naprawy i remontu gmachu z Ministerstwa Magii do starej, opustoszałej rezydencji na pograniczu ziejącego ciemnością lasu wiekowych świerków. Zielonooki czuł się, jakby poruszał się po chwiejnym gruncie, mając wrażenie, że cały świat faluje mu pod stopami jak wody oceanu. W powietrzu unosił się duszący zapach lilii, co było jakąś koszmarną ironią - mężczyzna rozpoznawał u siebie pierwsze objawy nadchodzącej nieubłaganie migreny.
Przed drzwiami gabinetu, który był celem jego podróży, zatrzymał się i mając wrażenie, że spogląda na wszystko z oddali, jakby duchem nie przebywał wcale we wnętrzu własnego ciała, uniósł rękę i zapukał w ciemne drewno, wywołując tym samym we własnej głowie efekt niczym porażenie gromem - cichy stukot zabrzmiał dla niego jak salwa armatnia w godzinach nocnych.
Dlaczego dobrowolnie przychodzę do tego, od którego najbardziej miałbym ochotę teraz uciec? — przemknęło mu przez myśl w tej samej chwili, gdy aksamitny, zrównoważony głos zza owej pionowej bariery, której nie miał ochoty przekraczać, zaprosił go do środka.
Harry pchnął drzwi, jak przez mgłę widząc pokój i jego lokatora, opierającego się niedbale o duże okno, przez które do środka wpadały ciepłe, słoneczne promienie, rzucając drżące światło na terakotową, pedantycznie czystą posadzkę.
Otworzył usta, aby coś powiedzieć, jednak istniało tak wiele słów, które pragnął z siebie wyrzucić, a których namiastka racjonalności pulsująca nieprzyjemnie w jego umyśle jak latarnia morska, zakazywała mu wypowiadać.
Zamknął je, nie wydawszy z siebie najmniejszego dźwięku, po czym wymuszając na sobie spokój i z grubsza dostrzegalną z zewnątrz niewzruszoność, ponownie je otworzył.
— Witam, szanowny panie Naczelniku. — To zabrzmiało trochę, jak wykuta na blachę formuła jakiegoś skomplikowanego zaklęcia i Harry pomyślał, że zaczyna pustoszeć od środka, jakby wielka, czarna dziura zżerała bezczelnie kolejne neurony w jego mózgu.
Wzrok Snape'a zatrzymał się na jego twarzy, zielone oczy skrupulatnie unikały tych drugich, ciemnych jak przepaść bez dna.
— Potter. — Krótkie skinięcie głową, kosmyk włosów wpadający na przepełnione czernią jak smołą oczy. Wąskie brwi unoszące się w niemym pytaniu. — Co cię do mnie sprowadza?
Piekące uczucie zaciskające jego gardło jak modelinę, bezkształtny uśmiech przywołany na twarz jak stare, ledwo zapamiętane wspomnienie.
Sprowadzała go tu pamięć o Molly Weasley i żal, i złość, i świadomość, że była to zbrodnia doskonała, a wszelkie tropy wskazujące na ingerencję w tę sprawę czarnookiego mężczyzny zostały zatarte i zniweczone. W końcu żadną anomalią nie była w obecnych czasach śmierć z rąk mugolskich ludzi, prawda? Osobiste podejrzenia nie grały w tej scenie wielkich ról.
Harry poczuł, jak robi mu się słabo, spojrzenie wbił w duże dłonie Naczelnika, dłonie, które przyczyniły się do tylu nieszczęść w jego życiu, dłonie, które nawet czyniąc dobro, czyniły zło.
— Co mam robić dalej?
— Słucham?
— W związku z tym całym szerzeniem nowych, lepszych idei i większego dobra, i prawa sprawiedliwości, i całej reszty tego ujmującego podejścia do świata, mającego świetlany scenariusz i liczne dorzecza, jeszcze bardziej szlachetne od rzeki, i resztą tych...
Harry zamilkł, zanim na sam koniec nie dodał niepożądanego określenia: i resztą tych totalistycznych bzdur.
Snape patrzył na młodszego mężczyznę krótką chwilę, która w oczach Harry'ego trwała przez czas niebezpiecznie zbliżony do wieczności, po czym ruszył w stronę biurka i stanął naprzeciw zielonookiego, opierając dłonie o własny fotel barwy popiołu, za którym się ulokował, jakby był on bronią wymierzoną w twarz Wybawiciela.
— Można spytać gdzie pan zapodział pana Malfoya, panie Potter? — Snape pochylił nieco głowę, aby móc pochwycić spojrzenie wpatrującego się konsekwentnie w blat Harry'ego, ale ten odwrócił wzrok, udając niebywałe zainteresowanie kałamarzem stojącym na rogu bielonego drewna biurka.
— To nie tak, że ja za niego odpowiadam, panie Naczelniku — odezwał się do szklanej buteleczki zapełnionej w połowie granatem atramentu. — Jest dorosły i sam potrafi podejmować własne decyzje. Nie jestem mu potrzebny w ich ustanawianiu.
Snape nie odpowiedział. Odsunął własny fotel i gestem wskazał Harry'emu, by zajął miejsce naprzeciw.
— Czy pan Malfoy doszedł do siebie po tym nieszczęśliwym, niefortunnym wypadku, owym trefnym uderzeniu w głowę?
— Nigdy poważnie nie ucierpiał, panie Naczelniku, wobec czego nie zaistniała potrzeba, by dochodził do zdrowia — rzekł młodszy czarodziej, zasiadając we wskazanym miejscu. — To była jedynie chwilowa niedyspozycja, nigdy nie stała się procesem potrzebujący czasu.
— Rozumiem. — Mężczyzna zajął swój fotel i wpił czerń swych źrenic w omijającego go wzrokiem Harry'ego. — A teraz, panie Potter, byłby pan tak uprzejmy i spojrzał mi w twarz?
Serce zakołatało w żebra młodszego mężczyzny; Harry mógłby przysiąc, że usłyszał w słowach byłego profesora nutę brzmiącą zupełnie jak ostateczność, kategoryczność jego głosu zmroziła zielonookiemu kości - wyraz jego twarzy pozostał obojętny, ale oczy - oczy, te okna duszy - bał się, że one nigdy nie nauczą się milczeć, w tym samym stopniu, w jaki nauczył się tego jego język. Źrenice uniosły się i osadziły na krawędzi między podbródkiem Snape'a, a jego gardłem dokładnie zasłoniętym wysokim kołnierzem.
— W oczy — sprecyzował mężczyzna i Harry mógł przysiąc, że jego serce stanęło na krótką chwilę.
Przecież to nie tak, że coś ukrywam — pomyślał, nie chcąc uciekać, ale w rzeczywistości wolał zostać odebrany jako tchórzliwy, niż jako rzucający wyzwanie.
To wszystko pachniało kuriozalnością, jeśli zdać sobie sprawę, że, po pierwsze: sam przyszedł do tej nory węża, po drugie: przez lata potrafił bez strachu zajrzeć w czerwone, nieludzkie ślepia Voldemorta, a lękał się oczu człowieka pokroju Severusa Snape'a. Choć gdyby się nad tym zastanowić, być może właśnie w tym tkwiła esencja: patrząc wprost w szkarłat tęczówek Czarnego Pana, nigdy nie odnosił wrażenia, że spogląda na drugiego człowieka, Harry patrzył na Voldemorta, jak na bazyliszka w Komnacie Tajemnic, któremu feniks wyłupał gałki oczne - jak na potwora bez sprawnie funkcjonującego umysłu, jak na stworzenie powstałe z mroku.
Rzuciłem w twoją stronę pustą pogróżką, a ty się na mnie zemściłeś, zabierając mi to, co kocham i to, na czym mi zależy. Nie widzę celu w twojej chęci zajrzenia w moje oczy, chyba że intryguje cię kształt złamanej duszy — pomyślał Harry, unosząc wzrok, natychmiast czując łaskoczący, wątły jak płatki róży nacisk na swoją podświadomość, jak nigdy wcześniej pragnąc uciekać, wstać i biec tak długo, i tak daleko, że nikomu nie przyjdzie go odnaleźć.
Ból głowy odbierał mu siły.
— Dlaczego pan nie zapyta? — odezwał się młodszy mężczyzna, ciężkim od zmęczenia głosem.
— O co?
— O to, co pragnie pan zobaczyć w moim umyśle. — Harry wzruszył ramionami; skurcz przecinający jego serce jak strzała. — Przecież pan wie, Naczelniku, że nie potrafię kłamać.
Snape uśmiechnął się i jego uśmiech był niemal uprzejmy. Niemal - ponieważ posiadał w sobie coś z niebezpiecznego, przesiąkniętego sprytem, dzikiego zwierzęcia.
— Powiedz mi, Potter, co tak naprawdę sprawiło, że postanowiłeś się pojawić w tych, znienawidzonych przez ciebie, progach? — Jego oczy były głębią kosmosu, a Harry poczuł ból ściskający jego serce jak trucizna.
Nie wierzył, by Naczelnik naprawdę nie znał odpowiedzi na zadane przez siebie pytanie, podejrzewał, że chce jego całkowitego upadku, który oznaczałby jego własne przyznanie się do klęski - jakiż to honor dla niego, wygrać z bohaterem.
— Tak naprawdę — zgłoski wyleciały z jego ust wibrujące jak struny instrumentu szarpanego — zrozumiałem, że niemożliwa jest walka z dzierżącymi władzę, w momencie, gdy tej władzy bezpośrednio się podlega. Tak naprawdę uznałem pańskie zwierzchnictwo. Tak naprawdę — nacisnął na to sformułowanie, jak na słowa zaklęcia wiążącego — to poddałem się.
Snape przypatrywał się jego twarzy, jakby widział prawdę i w nią nie wierzył.
Harry wzruszył ramionami i odwrócił głowę; za oknami, tak, jak w jego własnym umyśle, wzbierało się kłębowisko ciemnych, ponurych chmur.
— Tom miał rację, kiedy mówił, że zna moją wielką słabość — powiedział to na wpół z obojętności klejącej się do jego serca, na wpół z poczucia, że nie istnieje żaden inny temat na ziemi, który Severus Snape uznałby za nader delikatnej natury (chyba że wspomnieć o własnej matce, ale była to kwestia, o której sam Harry wolał raczej zapomnieć - czyż to, że mężczyzna był zakochany w członku jego, tragicznie zmarłej, rodziny, wykluczało fakt, iż był z natury złym człowiekiem?). — Tom często miewał rację, ale zaślepiła go wizja wieczności. Wieczność bywa zdradziecka, czyż nie? — Harry zamyślił się, próbując zrozumieć, co, tak naprawdę, wie na temat wieczności. Na pewno tyle, że ta nieskończona droga czasu i przestrzeni nienawidzi być oszukiwana. Jeżeli wieczność istnieje, nie da się jej połączyć z czasoprzestrzenią, w której egzystuje ludzkość.
Zielone oczy ponownie zwróciły się ku czarnym, gdy mężczyzna wstał z zajmowanego miejsca. Ciche kroki zabrzmiały jak wyrok w pustym pomieszczeniu. Naczelnik okrążył biurko, oparł się tyłem o kant blatu, zatrzymując się centralnie na wprost Harry'ego i spojrzał z góry w jaśniejące jak szmaragd oczy.
Młodszy mężczyzna poczuł się nieswojo, osaczenie zdawało się emitować od strony drugiego czarodzieja jak promieniowanie.
— Siedź. — Harry zatrzymał się w połowie podnoszenia się z krzesła i nie spuszczając wzroku z twarzy Snape'a, czując się, jakby obserwował dziką bestię, która w każdej chwili byłaby zdolna zaatakować bez najmniejszego ostrzeżenia, wrócił powoli do poprzedniego położenia, splatając dłonie na kolanach.
Biurko było swego rodzaju barierą, której mu odmówiono, powinien był bardziej uważać na słowa, głupi, głupi Potter.
— Dlaczego — głos Snape'a był muzyką, która zacisnęła żołądek Harry'ego jak skurcze — sugeruje pan, że władzy należy się poddać, akceptując jej wymogi bądź z nią walczyć, sprzeciwiając się zasadom? Władza jest sprawiedliwością, panie Potter. Władza jest jak religia, nie jesteś jej więźniem, a wyznawcą.
Harry utkwił wzrok w tak czarnych, tak znanych sobie przestrzeniach.
— Nigdy nie śmiałbym walczyć przeciw rządom, panie Naczelniku — zapewnił cicho, starając się nie zaciskać dłoni w pięści.
Snape pokiwał powoli głową - ten gest zioną sarkastycznością.
— Tak naprawdę — powtórzył słowa swego gościa, pochylając się nad nim jak nad kociołkiem pełnym bulgoczącego eliksiru, jego oczy wywiercały dziury w twarzy Harry'ego — uznałeś moje zwierzchnictwo? — Nacisk, jaki położył na swoich słowach, omal nie wyrył szczeliny w murze opanowania zielonookiego.
— Tak.
Kąciki ust Snape'a wygięły się w wyraz chłodnego rozbawienia.
— Słyszałem o tej tragedii, która przydarzyła się nieszczęsnej pani Weasley. — Głos Snape'a wwiercił się w głowę Harry'ego jak łom, zielonooki ledwo powstrzymał drgnięcie, gdy lodowaty dreszcz przebiegł wzdłuż jego kręgosłupa; migrena zapulsowała ze zdwojoną siłą. Marzył o tym, by odwrócić wzrok, by nie musieć dłużej patrzeć w te, zdające się rozkładać go na części i obierać z warstw ochronnych jak owoc ze skóry, mroczne jak noc oczy, ale wiedział, doskonale wiedział, że to byłoby jak przyznanie mu, że ma rację.
— Tak — wyszeptał, jego głos nie drgnął, jego twarz pozostała pusta - być może poddał się dużo wcześniej, dużo szybciej, niż był to w stanie przyznać przed samym sobą. — To wielkie nieszczęście.
Snape pokiwał głową - gdyby Harry nie wiedział, że to jedynie znakomita gra aktorska powiedziałby, że uczynił to współczująco.
— Przyjmij, proszę, moje kondolencje.
Mechanizm puścił. Serce pękło, sypiąc się po posadce w drobny mak, wpadając w wątłe szczeliny przy ścianach, przekształcając się jak ewoluujące zwierze, gardło zacisnęło się boleśnie, jakby ktoś zawiązał na nim solidną pętlę.
Jednak Harry nie rzucił się Naczelnikowi do szyi z dzikim szałem jakoby rozjuszony drapieżnik. Wbił paznokcie we wnętrza dłoni, samotna łza spłynęła po jego policzku i znikła, spadając na czystą posadzkę - Harry nie pozwolił sobie uronić więcej łez. Kąciki jego warg wygięły się w sztucznym, lodowatym jak grudniowy mróz, uśmiechu, oczy przewierciły źrenice Snape'a jak gwoździe.
— To niezmiernie uprzejme z pana strony. — Głos był słabszy, ale nie drgnął ani o oktawę. — Pragnę z całego serca podziękować.
Wiem, że to ty ją wydałeś — pomyślał w zamian. — Czuje to, ty bezlitosny, niemiłosierny draniu.
— Potter?
— Słucham, Naczelniku.
— Czy przekazałeś już nowe przepisy ludności cywilnej?
Harry nikomu niczego nie przekazywał, ale skinął powoli głową i odezwał się cichym, matowym głosem:
— Z pewnością nie wszystkim, ale zacząłem już szerzyć informacje o nowym prawie, Naczelniku. Minie trochę czasu, zanim wieści się rozejdą.
Brwi mężczyzny uniosły się o milimetry. Leniwym krokiem przemierzył dzielącą ich odległość, po czym pochylił się nad młodszym czarodziejem, kładąc luźno dłonie na krawędziach oparcia jego krzesła. Serce podeszło Harry'emu do gardła, gdy oddech Naczelnika musnął jego szyję jak pióro.
— Nie ma minąć trochę czasu, panie Potter — odezwał się powoli, każdej głosce poświęcając tak wielką uwagę, jakby była błogosławieństwem. — Ma to zostać rozpowszechnione teraz. W ciągu kolejnych dni i to najszybciej, jak będzie to realnie możliwe.
Czarne oczy będące tak blisko były pułapką, w którą bał się wpadać.
— Tak jest. — Głos był silny, ale oczy uciekły w popłochu jak osaczona zwierzyna.
— Kiedy mam się spodziewać rezultatów? — Oddech Snape'a miał miętowy zapach jakichś pastylek odświeżających, Harry całą siłą woli powstrzymał się od przełknięcia śliny, ale serce - to nieposłuszne, naiwne serce - wybijało kankana w jego piersi i przez moment bał się, że Snape wyraźnie słyszy jego uderzenia.
Mężczyzna ponownie posłał mu chłodny uśmiech (był to uśmiech demona, który przeraził zielonookiego bardziej, niż jakiekolwiek słowa byłyby w stanie), po czym pochwycił nieruchomego, milczącego, bardzo bladego Harry'ego za podbródek, zaciskając na nim palce jak szczypce.
— Uznałeś moje zwierzchnictwo, panie Potter. — Usta Snape'a zamajaczyły przy jego uchu, wysyłając serię lodowatych drgań wzdłuż jego kręgosłupa (ogarnęły one ciało młodszego maga niczym wstrząsy sejsmiczne). — Bądź konsekwentny. Odpowiadasz przede mną. Rezultaty, panie Potter.
Harry spuścił wzrok - nierozważnie było tak buńczucznie zaglądać owej groźnej bestii w oczy. Uderzenie gorąca było jak choroba i przeszyło go niczym grom z jasnego nieba.
— Być może za dwa tygodnie, a być może za trzy — odezwał się cicho; jego dusza płakała w samotności własnego ciała. — Z pewnością w niedalekim czasie.
Palce zacisnęły się boleśnie, szarpiąc za podbródek młodzieńca z siłą agresywnego zwierzęcia. Harry nie uniósł wzroku na te niewzruszone tunele, dobrze wiedział, kiedy ryzyko jest zbyt wielkie.
— „Niedaleki czas" to pojęcie względne, panie Potter. — Głos był nienaganny, pobrzmiewał takim spokojem, jakby była to jedynie kurtuazyjna wymiana zdań przy herbacie.
— Proszę więc określić, panie Naczelniku, ile dokładnie daje mi pan czasu na rozpowszechnienie nowej idei? — Harry przejął ten głos, jak swój, posługując się nim jak kuglarskimi piłkami.
Snape uśmiechnął się.
Uścisk puścił, mężczyzna wyprostował się, ale nie wycofał w bezpieczną dla Wybrańca strefę obejmującą obszar za stojącym biurkiem.
— Tak lepiej — zdawał się mówić do siebie, zmrużył oczy wlepione w młodzieńczą twarz, jakby męczyła go jakaś przelotna, niecierpiąca zwłoki myśl. — Teraz, panie Potter, proszę mi przysiąc, że wypełni pan powierzone panu zadanie w przeciągu jedenastu dni od chwili obecnej.
Mdłości uderzyły w zielonookiego jak panika. Gardło zacisnęło się, jakby ktoś oplótł wokół niego wisielczy sznur.
Jedenaście dni — pomyślał Harry, czując pustkę wypełniającą go jak dmuchaną zabawkę. — Niecałe dwa tygodnie. To niewiele, to bardzo niewiele.
Harry wzniósł martwe, puste oczy na byłego Mistrza Eliksirów.
— Przysię...
Drzwi otworzyły się z trzaskiem, uderzając z całą siłą o ścianę, odłupując proszek tynku od białej powierzchni. Harry zamilkł, jego spojrzenie skierowało się na osobnika, który pojawił się w progu, młodzieńcza twarz Wybawiciela z szarawej stała się śnieżno biała, migrena zapulsowała ze zdwojoną siłą.
W wejściu stanął Draco Malfoy, ogarnął pomieszczenie rozognionym, szarookim spojrzeniem, po czym utkwił wzrok w Harrym siedzącym (białym jak kartka papieru, acz starającym się zachować pozory spokojnego i niewzruszonego) naprzeciw wiszącego nad nim jak dementor Snape'a.
Drzwi trzasnęły ponownie, gdy Draco cisnął je w stronę futryny z siłą rozgniewanego, greckiego herosa (futryna zatrzęsła się w niemym sprzeciwie).
— Wiedziałem. — Z ust blondyna wyrwały się nuty na wpół ziejące przerażeniem, na wpół ledwo tłumionym gniewem. — Wiedziałem — powtórzył, jego ręce zaczęły drżeć — że cię tu znajdę, ty uparty, uparty ośle. Ty głupi kretynie. Ty śmieszny wariacie. — Draco zaczerpnął głęboki wdech i, napięty jak struna, przestąpił krok w stronę dwóch mężczyzn. — Nie możesz poświęcać się dla każdego.
Harry milczał, szukając słów, czując się, jakby został odizolowany od świata, zamknięty z okrągłej, szklanej bańce jak w akwarium, dokąd wszelkie głosy z zewnątrz dochodzą przytłumione; Snape uniósł wysoko głowę, mrużąc oczy jak drapieżnik w trakcie łowów.
— Pan Mal...
— Obiecywałeś mu coś? — syknął Malfoy (przerwał jemu - jak nie lękał się mu przerwać?), w kilku kolejnych krokach podchodząc do Harry'ego i ku wielkiemu zaskoczeniu zielonookiego, zamiast osaczyć go, jak uprzednio Snape, ukucnął tuż przed nim, chwytając mocno jego dłoń, spoczywającą na kolanach. — Merlinie, nie mów tylko, że zdążyłeś mu coś poprzysiąc ty uczuciowy, głupi...
— Panie Malfoy...
— ...impulsywny kretynie. — Palce zacisnęły się tak mocno na dłoni Harry'ego, że ten poczuł nagły płomień bólu liżący jego kości, zielone oczy osadziły się na twarzy Dracona z pustką, która potrafi wypalać dziury w sercach. — Harry — jego głos był pełen niedowierzania, jego umysł musiał być w ciężkim szoku, skoro imię bohatera wypadło przez nie jak rozpacz zbudowana z głosek — to ci jej nie wróci. Pani Weasley nie żyje, oni ją wydali, on ją wydał, a ty przychodzisz do niego potulnie niczym...
Uderzenie.
Harry'emu zadrżały wargi. Siła rozpędu odrzuciła głowę Malfoya w bok, Naczelnik wisiał nad blondynem niczym dementor, z wciąż uniesioną, po trafnym ciosie, dłonią.
Poczuł się, jakby wyłaniał się spod powierzchni, jakby ciśnienie w pomieszczeniu gwałtownie zaczęło się zmieniać, jakby świat zatrzymał się w miejscu, aby moment później ruszyć z posad z przyspieszeniem godnym stada rozpędzonych antylop.
Zielone oczy patrzyły na to wszystko, ze źrenicami rozszerzonymi do niebotycznych rozmiarów.
O najsłodsza Morgano, Snape uderzył Malfoya, Malfoy został uderzony przez Snape'a, świat oszalał, na litość Merlina... — pomyślał Wybawca Czarodziejskiego Świata.
Harry patrzył, jak zaskoczenie, szok i niedowierzanie malują się w jednej chwili na twarzy Dracona, który uniósł natychmiast głowę, aby spojrzeć, nieco zdezorientowany, w oczy napastnika, w oczy swojego oprawcy.
Snape z opanowaniem oddał to spojrzenie, opuścił rękę, jakby uprzednio błogosławił, nie ranił i uśmiechnął się uprzejmie, z suchym, mętnym zainteresowaniem w oczach.
— Chciałby pan coś dodać, panie Malfoy?
To się stało w ułamkach sekundy.
Wściekłość i zimna, niema furia zapłonęły w oczach Draco jak pochodnie. Mężczyzna zerwał się z ziemi i z nieopamiętaniem wyszarpnął różdżkę z kieszeni szaty. Harry widział, niczym w spowolnionym tempie, jak broń unosi się w kierunku byłego Mistrza Eliksirów.
Serce zielonookiego podjechało wysoko jak ciągnięte niewidzialną windą; chwile później zdawało się utknąć mu głęboko, głęboko w gardle.
— Malfoy, nie! — ryknął, zrywając się z miejsca i rzucając się w stronę blondyna, jakby od tego, czy zdoła do niego doskoczyć, zależało całe jego przyszłe życie; oplótł palce wokół jego nadgarstka, próbując siłą opuścić ową chudą dłoń, ale było już za późno.
Zaklęcie wystrzeliło z różdżki Dracona jak z procy i w przeciągu ułamków sekund zostało z dokładną precyzją i niezwykłą sprawnością zablokowane przez Mistrza Eliksirów.
Drzwi ponownie się otworzyły, a przez nie, niczym widma bez twarzy, wkroczyło czworo mężczyzn, którzy z szybkością mrugnięcia powiek obezwładnili łypiącego na wszystko z niemą furią Malfoya.
Harry poczuł, jak czyjeś ręce chwytają go mocno w pasie i ciągną do tyłu; automatycznie przechwycił własną różdżkę, gdy próbowano wysunąć ją z jego kieszeni, przerażenie zatłukło o jego czaszkę jak cykuta.
— Harry, proszę...
Kingsley — pomyślał zielonooki, gdy głuchy szept napłynął do jego ucha jak szmer potoku pośród wysokogórskich skał; z jego ust uleciało powietrze jak z przebitego balona. Zamknął oczy i pozwolił członkowi Naczelnictwa odebrać sobie swoją własność z dziecinną wręcz łatwością.
— Nie wyczyniaj głupot, proszę cię, nie wyczyniaj głupot, Harry, słyszysz?
Harry uchylił powieki i niemal niewidocznym gestem, bardzo powoli skinął głową przydeptanemu dywanowi. Ręce Kingsleya poluźniły swój szczelny uścisk. Zielonooki uniósł głowę i zobaczył, że dwoje ludzi przytrzymuje szarpiącego się jak dzika bestia Malfoya i siłą sprowadza go na kolana, czwarty z przybyłych mężczyzn wycofał się w tył z różdżką Dracona dzierżoną w dłoni jak berło.
— Draco — Harry'ego przeszedł dreszcz od intensywności, jaka rozbrzmiała w głosie Naczelnika jak zaraza — czy ty rozumiesz, że niezaprzeczalnie, całkowicie i na wyłączność odpowiadasz przede mną za swoje czyny?
— Ty przeklęty...
Z ust Harry'ego wypłynął ostrzegawczy syk, przechodzący prawie w dawno zapomnianą, dawno porzuconą mowę wężów, przeciął powietrze jak grom, odbił się echem po jego własnym umyśle jak uderzenie w głowę. Niemal w tej samej chwili dłoń Kingsleya spoczęła na jego ustach, skutecznie zagłuszając ów dźwięk niczym knebel.
— Nie, nie wtrącaj się, proszę cię. — Głęboki niepokój w szepcie sączonym w jego ucho, czarne oczy wędrujące ku jego twarzy naznaczone nieczytelnym wyrazem; Harry'emu przemknęło przez myśl, że przytrzymujący go mężczyzna obawia się tego, który nad nim stoi na tych absurdalnych stopniach dzierżonej władzy.
Owa reakcja osiągnęła jednak swój cel, Draco zamilkł i spuścił głowę w geście skruchy, która była złudna i nieprawdziwa jak sen.
Młody Malfoy odchrząknął.
— Tak, oczywiście, że rozumiem. Zapomniałem się, pan wybaczy, nerwy już nie te, co dawniej.
Panika zakiełkowała w ciele zielonookiego jak choroba na dźwięk owego zuchwałego tonu, jaki opuścił usta szarookiego mężczyzny.
Nie kpij z niego, na litość boską! — Harry rzucił tą myślą w Dracona tak, jakby krzyczał. Malfoy drgnął i zacisnął wargi w cienką linię. Jednakowoż nie był jedynym, który zdawał się przechwycić ową myśl, ów krótki, sprawny komunikat. Snape zwrócił ku zielonookiemu swe oblicze w tej samej chwili, w której opuściła ona jego umysł. Czarne oczy przewierciły się przez jego własne, migocząc leniwym zainteresowaniem, Harry opuścił twarz ku ziemi.
— Niezaprzeczalnie, całkowicie i na wyłączność odpowiadam przed panem, Naczelniku — odezwał się Draco, zdając się wypowiadać te słowa jedynie po to, by odwrócić od Harry'ego gorącą uwagę Snape'a.
Poniekąd się to udało. Poniekąd - ponieważ Snape był nader zaintrygowany skruszoną postawą dziedzica Potterów, a czyż istniało prawdopodobieństwo, że już niebawem przydarzy mu się kolejna, tak doskonała okazja, by wypróbować granice wytrzymałości samego Wybrańca?
Prawdopodobieństwo być może istniało, ale, jak to z prawdopodobieństwami bywa, nie było pewne - po co marnować tak cudowny zbieg cholernej okoliczności?
Snape ponownie zerknął na Malfoya i kiedy zdawało się już, że to na nim skoncentruje swą uwagę, wyminął klęczącego mężczyznę i ruszył w stronę Harry'ego, z ociąganiem, jak się zdawało, celowym, aby przedłużyć jak najbardziej tę ulotną chwilę triumfu.
Zielonooki nie podniósł głowy, wzrok utkwił w skraju falującej szaty mężczyzny, zastanawiając się, co, tak naprawdę, pragnie on od niego usłyszeć.
Serce Harry'ego zamarło, gdy gładka dłoń byłego Mistrza Eliksirów spoczęła na jego policzku z łagodnością skrzydeł motyla.
— Popatrz mi w oczy.
Gardło zielonookiego zawiązało się w supeł, upewnił się, że jego maska opanowania nienaruszenie spoczywa na jego twarzy jak tarcza i uniósł głowę. Zieleń niemal natychmiast została uwięziona w silnym połączeniu magii emanującej z jednolitej czerni drugiej pary oczu. Podejrzewał, że nawet gdyby spróbował odwrócić teraz wzrok, nie byłby w stanie tego uczynić. Długie palce przeciągnęły się po jego policzku, wywołując drażniącą suchość w gardle.
— Boisz się mnie? — Cichy pomruk zabrzmiał jak kołysanka, wplótł się w jego układ nerwowy jak trucizna.
Tak.
— Tak!
Zielone i czarne oczy skierowały się w stronę Malfoya w tym samym momencie.
— Tak, Naczelniku, boję się pana — jego głos zabrzmiał płochliwie, jakby samą prawdą było jego świadectwo strachu — boję się pana niezmiernie, zjada mnie paniczny lęk, kiedy myślę o tym, jak wielką magią pan dysponuje.
Harry wypuścił powoli wstrzymywane powietrze, jego serce uspokoiło swój szatański przemarsz, jego oczy na kilka sekund spotkały się z szarymi.
Malfoy wiedział. Malfoy wiedział doskonale i zrobił coś, czego Harry nigdy by się po nim nie spodziewał - stłamsił własną dumę, zrzucił ją na dalsze tory i uczynił to jedynie dlatego, by Snape nie dowiedział się prawdy - prawdy, która miała zdolność obudzić jego najgłębsze i najciemniejsze demony - to zadziwiające, jak łatwo jest wydobyć zło z ludzkiego umysłu.
Brwi Snape'a uniosły się nieznacznie.
— Pytałem pana Pottera, Draco, choć muszę przyznać, że czuje się niezmiernie zaskoczony twoją odpowiedzią.
Też jestem zaskoczony — pomyślał Harry — tym wielkim kłamstwem, które tak łatwo się przyjęło.
Harry zwrócił głowę w stronę Snape'a, który opuszczał właśnie dłoń na jego ramię.
— Tego pan szuka? — zapytał powoli, marszcząc brwi jak zagubiony uczeń. — Mojego strachu? — Czarnooki wzrok musnął jego źrenice. — Należy go szukać pod ziemią, Naczelniku. — Harry wzruszył ramionami; jego usta wyciągnęły się w gorzkim grymasie. — Pogrzebałem go wraz z Tomem Riddle'em, Tom zabrał go ze sobą, jak nasz mały, prywatny sekret, zabrał go tam, gdzie nikt go już nie odnajdzie.
Intensywność spojrzenia czarnych oczu przyprawiła go o mdłości, twarz przysunęła się bliżej jego własnej twarzy, a długie palce zacisnęły się tak mocno na jego ramieniu, że dreszcze przepłynęły wraz z falą bólu przez całe jego ciało, od czubka głowy po koniuszki palców.
— Oddaj mi go — wyszeptał czarnooki, panika, gorąca i duszna panika, uderzyła do ciała młodzieńca jak choroba. — Oddaj mi swój strach.
Harry powoli, głęboko zaczerpnął powietrza, czekając, aż wypełni ono całe jego ciało, wypleni koszmarny ból głowy, oczyści myśli.
— Jak mam oddać panu coś, czego nie posiadam?
— Kłamiesz. — Palce wystrzeliły w stronę jego twarzy jak strzały i ponownie uwięziły w szczelnym uścisku jego podbródek. — Nie można nie bać się niczego.
— Można nie bać się ludzi. Po latach walki ze wcieleniem samego diabła nawet najokrutniejszy demon nie zwali mnie z nóg.
— Wobec tego twierdzisz, że się mnie nie lękasz?
— Twierdzę, że nikt, kto w swoim życiu nie był związany magicznie, mentalnie i duchowo z kimś takim jak Lord Voldemort, nie zrozumie tego. — Jego głos odnalazł zagubioną gdzieś siłę i uczepił się jej jak opiłki żelaza magnesu. — To tak, jakby inna, mroczniejsza osobowość żyła na dnie twojej duszy, a ty nie byłbyś w stanie jej przegonić, ponieważ nie istniałaby żadna magia zdolna wznieść się ponad magiczny związek. To tak, jakby rozdzierano cię żywcem na poły, jedna połowa błaga o kontakt z tym niechcianym, odrębnym bytem, a druga pragnie od niego uciekać, wyrywać się i szarpać do utraty tchu, choćby miało to oznaczać rozerwanie własnego umysłu. W pewnym momencie budzisz się z kolejnego, dręczącego cię koszmaru i już nie wiesz, gdzie kończysz się ty, a zaczyna on, ponieważ patrzycie tymi samymi oczami umiejscowionymi w dwóch odrębnych ciałach, ponieważ posługujecie się tymi samymi dłońmi, tymi samymi ustami i nie potrafisz powiedzieć, który z gestów należy do ciebie, a który do tej innej, odmiennej istoty. To tak, jakbyś nigdy nie miał pewności czy te wszystkie morderstwa, te wszystkie, wielkie krzywdy, których jesteś świadkiem, są dziełem twoich rąk, czy dokonał ich ktoś inny. To tak, jakby twoje własne uczucia zdawały się czymś obcym i niechcianym, niepasującym do schematu. Masz pojęcie, jak to jest, patrzyć na osobę, za którą bez namysłu oddałoby się własne życie i czuć nienawiść przesiąkającą do otoczenia każdym porem skóry, nienawiść tak gorącą i tak żywą, że można dla niej zabić? Wiesz, jak to jest, Naczelniku, dzielić głos z kimś, kto milczy, kiedy ty pragniesz jedynie krzyczeć i krzyczeć z bólu, z bezsilności, z braku nadziei i ze wszystkiego tego jednocześnie? Bo ja wiem. I nie pamiętam sytuacji, w której osiadło w moim umyśle, w moim sercu równie zwierzęce przerażenie, niż wówczas, gdy całe moje życie zamykało się na otaczający mnie świat, a otwierało się dla mordercy. — Harry zaczerpnął głębiej powietrze i odwrócił głowę, nie chcąc patrzeć mu w oczy. — Oto, szanowny panie Naczelniku, czym jest strach.
Snape stał nieruchomo, wpatrując się w niego jak w obraz w galerii sztuki (Harry pragnął uciekać), kontemplował przebłyski na twarzy, oceniał mimikę, doszukiwał się sobie jedynie wiadomych rzeczy w zmarszczkach na czole, jakby spodziewał się, że ukryte wśród nich będzie więcej, o wiele, wiele więcej, niż to, co usłyszał, niż to, co zostało wypowiedziane.
Wargi Snape'a rozchylały się powoli.
— Shacklebolt.
— Słucham, Naczelniku.
— Chce zostać na osobności z panem Potterem. Proszę zabrać pana Malfoya i z uprzejmą gościnnością pokazać mu Pokój Odizolowania.
Harry drgnął. Nie chciał zostawać z nim sam, nie teraz i na pewno nie w takich okolicznościach, jak te. Bał się tego, do czego mężczyzna potrafił być zdolny.
Malfoy został pociągnięty na nogi przez jednego z mężczyzn (nie protestował, nie szarpał się, próbując wyrwać) i zanim został wyprowadzony, rzucił przelotne, pełne niepokoju spojrzenie w kierunku swego rówieśnika. Zielonooki odwrócił wzrok od tych szarych, pełnych pytań oczu, obawiając się wnikliwości Snape'a, którego źrenice nie opuszczały jego białej jak kreda twarzy.
Drzwi zamknęły się z cichym kliknięciem, a wraz z nimi zamknęła się jakaś cząstka Harry'ego, zatrzasnęła się jak wieko sejfu, ostatecznie i szczelnie. Przełknął głośno ślinę, co zabrzmiało przeraźliwie wyraźnie w głuchej ciszy jaka zapadła.
To był, zdaje się, jakiś wyznacznik, który nakazywał Snape'owi zajęcie głosu. Odstąpił on kilka kroków od trwającego w bezruchu mężczyzny, jego oczy spoczęły na twarzy młodszego czarodzieja jak cielesny dotyk.
— Myślisz, Potter, że ja nie wiem, jak to jest?
Harry zamrugał zdezorientowany. Głos Naczelnika nie brzmiał ostro. Jego głos był pusty, jak szklany wazon do połowy nienapełniony wodą, w którym usychają polne kwiaty.
— Słucham?
— Zapytałem — powtórzył powoli Snape — czy wydaje ci się, że ja niczego nie rozumiem?
Harry powstrzymał odruch, który kazał mu przygryźć wargi jak spłoszona łania.
— Gdzież bym śmiał, panie Nacze...
— Skończ wreszcie z tymi formalnościami — przerwał mu Snape, przymykając oczy i rozmasowując sobie skroń kolistymi ruchami palców. — Przecież wiem, że twoja uprzejmość jest nieszczera. Znam cię, odkąd miałeś jedenaście lat. Prędzej byś mi nóż wbił w plecy, niż — wąskie wargi wygięły się cynicznie — tak naprawdę uznał moje zwierzchnictwo, jak to pięknie sformułowałeś, Potter.
— To absurdal...
— Potter, na litość Morgany! Przez ostatnie lata ubiegłej wojny kłamałem przed samym Czarnym Panem, a przez kilka, długich lat przed jego pierwszym upadkiem wiernie mu służyłem. Uwierz mi, potrafię rozpoznać nieautentyczność i odróżnić ją od szczerości. Zdaje ci się, Potter, że tylko ty byłeś związany z nim magią? Myślisz, że Mroczny Znak nie był źródłem przepływającej między ciałami zależności? Myślisz, że nie rozumiem, jak to było otwierać się dla niego, otwierać się przed nim, odkrywać swoją własną osobowość, swoją własną duszę?
— To...
— Przestań przede mną kłamać! Rozumiem strach. Znam strach.
Harry wbił spojrzenie w podłogę. Miał nieodparte wrażenie, że wnętrze jego ust przeistoczyło się w pustynię.
— Skoro zna pan strach, Naczelniku, czemuż to pragnie pan mojego?
Snape nie odwrócił głowy.
— Widząc twój strach, wiedziałbym, że nie zgubiłeś jeszcze własnej osobowości. Widząc twój strach, wiedziałbym, że wciąż potrafisz odczuwać. — Snape głęboko zaciągnął się powietrzem, wciąż przyglądając się z wnikliwością i natężeniem godnym prądu elektrycznego, uciekającemu wzrokiem po głuchych, niemych kątach, zielonookiemu magowi. — Nie rozumiesz, Potter? Jesteśmy jednym. Zawsze byliśmy, ty i ja. Kręcimy się w objęciach tej samej karuzeli, tańczymy wokół siebie na tym ruchomym gruncie, zataczamy obaj zsynchronizowane kręgi, jak ptaki stadne podążające za swym gatunkiem jak po nitce od kłębka.
Harry zacisnął ręce w pięści, przed oczami rozkwitł obraz widmowej twarzy Voldemorta.
„Jesteśmy jednym" brzmiało niemal tak, jak „należysz do mnie" i Harry żałował, że nie może wsadzić swojej głowy w piasek.
— Musisz się pogodzić ze światem i uczynić to, o co cię proszę, czego od ciebie wymagam, ponieważ jesteś dzieckiem wojny i potrzebujesz lidera, bez którego błądzisz jedynie we mgle za własnymi ideałami jak za własnym ogonem. Znam cię, słyszysz? Znam cię.
— Nie wiem, czy jesteśmy jednym. — Cicho oznajmił swą postawę zielonooki. — Być może zna mnie pan lepiej, niż mogłoby mi się wydawać, ale ja nie znam pana i nigdy pana nie znałem choć w ułamku tak bardzo, jak pan zdaje się rozumieć mnie. To jest proces powrotny. Nie możemy być tym samym, skoro jeden z nas nie zna drugiego.
— Nie bądź skromny. — Snape rzucił w towarzysza słowami jak zniewagą. — Nie próbuj mnie wyprowadzić z pantałyku. Przemierzałeś moje własne wspomnienia. Przeżyłeś moje życie. Widziałeś to, czego nie widział nikt inny. Nie myśl, że o tym zapomniałem.
— Nie chciałem tego.
— To nie ma nic do rzeczy. Przestań się mnie bać. Nie musisz się mnie bać, słyszysz?
— Nie...
— Nie kłam, na litość Morgany, dlaczego wciąż kłamiesz, Potter?
Harry wykrzywił wargi w kwaśnym grymasie, próbując jednocześnie okiełznać skaczące w piersi serce.
— Myślałem, że pragniesz mojego strachu.
Snape pokręcił głową, ale jego słowa rządziły się swoimi prawami.
— Nie masz pojęcia jak bardzo. Jednakże strach zmieniłby twoje słowa w nieautentyczność. Chcę twojej szczerości. Chcę, żebyś odpowiadał przede mną.
— Nie będę, na litość boską, popierał czegoś, czego...
— Nie kończ.
Harry zamilkł i zamknął oczy. Odetchnął głęboko, starając się uspokoić rozedrgane nerwy.
— Czy mogę już pana opuścić, Naczelniku?
— Nie.
— Czemu: „nie"?
— Chcę odpowiedzi.
— Jak każdy na tym ziemskim padole.
— Widzę, że czegoś się boisz. Nie wiem jedynie czy prawdy, czy mojej osoby.
— To bez znaczenia.
— Boisz się moich możliwości, czyż nie? Lękasz się, że przyjdziesz do domu i dowiesz się, że któryś z twych przyjaciół został aresztowany pod pretekstem ataku na władzę. Okazujesz mi szacunek, ponieważ obawiasz się, że jeśli tego nie uczynisz, jeszcze dzisiaj dowiesz się o rychłej, tragicznej śmierci, jaka spotkała jednego z twoich bliskich. Boisz się niesprawiedliwości, ponieważ wiesz, że nie mógłbyś mnie o nic posądzić, nie mając rzetelnych dowodów. Boisz się władzy, którą nad tobą dzierżę.
— Pragnie pan mojego poparcia, mam rację? Wie pan, że beze mnie osiągnie pan wiele, ale nie potrafi pan przejść obojętnie obok tego, jak mnóstwo byłby pan w stanie osiągnąć, mając mnie pod ręką. Z moim błogosławieństwem pańskie słowa dotarłyby dalej i zostały potraktowane poważniej, pragnie pan władzy absolutnej, którą jedynie ja mogę panu ofiarować.
— Tak.
— Tak.
Mechanizm ruszył.
-VVV-
Taki już urok ludzki - mówimy rzeczy, których nie chcemy powiedzieć, a potem żałujemy ich bardziej, niż własnych grzechów.
Czy tego chciałem, czy nie chciałem, zwołałem zgromadzenie ludowe, na którym, mając nadzieję, że nie zostanę potraktowany poważnie, powtórzyłem monotonnym, niemrawym tonem listę zakazów i nakazów obowiązujących od chwili obecnej w magicznej społeczności, mając nadzieję, że robię coś dobrego dla swoich bliskich, którzy, być może w oburzeniu i niedowierzaniu, ale żywi i oddychający rzucą mi w twarz zarzutem gorącym jak ogień i palącym moje serce jak kwas.
Potter, ty sentymentalny głupcze — powie Malfoy, gdy przyprowadzą go na powrót do gabinetu Naczelnika, nieco bledszego, trochę rozchwianego, ale nie posiadającego żadnego uszczerbku na ciele, dzięki Merlinowi.
— Ty sentyme...
— Nie emocjonuj się tak. To zdarzenie jest już za nami.
— Tak jak wiele innych, które dopiero się wydarzą w przyszłości.
Na moje szczęście nie potraktowano mnie poważnie. Szczególnie tego: „Wielce Czcigodnego, Miłosiernego Guru, który czuwa nad bezpieczeństwem czarodziejskiej społeczności". Co głupsi zasalutowali, pokiwali głową i zapomnieli już na kilka godzin od wzniosłego: „Pokój z Wami!", którym dziarsko spuentowałem wcześniejsze zarządzenia. Mogłem przez przypadek ugodzić w dumę pewnego Naczelnika, ale nikt nie mógł mi zarzucić, że nie dopełniłem powierzonego mi obowiązku.
Mniej więcej w tym właśnie okresie, pomyślne wiatry rzuciły nam w objęcia pewną młodą damę, która wynurzyła się spod oceanów ludności społecznej jak deska rozbitego okrętu spomiędzy morskich pian. A potem utkwiła między nami jak pianka izolacyjna wciskana w szczeliny pomiędzy dachówkami. Prawdziwy anioł. Spadła nam z nieba jak gwiazda i, jak na ironię, okazała się świetnym materiałem na kartę przetargową.
Nie, nie jestem nieludzki. Sama wysunęła tę kwestię, zrzuciła ją na nas jak odłamkowy i nie chciała słyszeć o najmniejszym sprzeciwie. A kimże okazało się być to cudo, ten fenomen, ta kryształowa perełka, która miała uśmiech anioła i spojrzenie demona! Otóż nasza droga sojuszniczka, młoda, zaledwie piętnastoletnia szatynka, jak się okazało, była córką...
Ale, co ja się będę wdrażał w szczegóły?
Dział opowieści, w którym zaczyna się jej udział, ma swój start w miejscu, w którym przyszło nam się spotkać. Wróćmy więc do tego pamiętnego popołudnia, w którym to, stojąc na deskach przenośnej sceny, którą umiejscowiono kilka przecznic za Pokątną, wsłuchiwałem się w gromkie brawa tłumu, wypowiadając rządowe obietnice, w które sam nie wierzyłem, gromiony wzrokiem przez markotnego Dracona, trwającego u podnóża tej prowizorycznej sceny jak strażnik mojej prywatności. Tego dnia było piękne słońce.
