.
Rozdział 4
Swą tajną miej broń, nie rozstawaj się z nią
.
Promienie słoneczne świeciły Harry'emu w oczy, gdy stojąc przed wsłuchującym się w jego głos tłumem, starał się uchwycić spojrzenie Malfoya, który jeszcze godzinę temu, protestując gorąco i próbując go powstrzymać, zarzucił mu niedbałość o własną egzystencję i obłąkańczą manię dogodzenia światu, który uwielbia go jedynie w chwilach jego triumfu.
Słowa płynęły poprzez publikę jak nuty, przechwytywane przez pełne zaintrygowania uszy, przekazywane z głów do głów, skaczące pomiędzy ludźmi jak sroki, którym udało się dostrzec jaśniejącą w słońcu błyskotkę. Zielonookiego zastanawiało, co myślą wszyscy ci osobnicy, kiedy z taką beztroską powierzane są im tak wielkie absurdy.
Harry zamilkł na moment, by zwilżyć wargi; wyprostował się i poprawił zsuwające mu się z nosa okulary. Rozglądając się wśród przybyłych nie dostrzegał zbyt wiele znajomych twarzy - kilka osób kojarzył jeszcze z czasów szkolnych, z kilkoma z nich miał przyjemność większą - bądź mniejszą swoją drogą - pracować, a jeszcze innych kojarzył zza lad sklepowych, z którymi zapewne przyszło mu kiedyś wymienić dwa słowa na temat nowej szaty czy zeszytu oprawionego w czarną skórę, krzyczącego nowością z najwyższej półki znajdującej się w witrynie.
No i wszechobecny Severus Snape, gotów dopilnować prawidłowego przebiegu zdarzeń, hebanowy upiór na tle pogodnych spojrzeń i podochoconych uśmiechów - oczywiście uraczył go swoją frekwencją na zapowiedzianej, tłumnej przemowie - nie wplótł się w tłum, stał raczej na uboczu, w cieniu wysokiego budynku, który kiedyś był niczym innym, niż domem schadzek, będącego obecne sklepem z magicznymi kieszeniami wszelakiej maści, do której zmieściłby się, jak Harry podejrzewał, sam człowiek, martwy czy żywy, nieruchomy czy szarpiący się - bez znaczenia. Szanowny Naczelnik zapewne myślał, przychodząc tu dziś dzień, że nikt niepożądany nie dostrzeże jego obecności, a zielonooki nie planował wyprowadzić go z błędu, toteż omijał szerokim łukiem swego wzroku jego sylwetkę skrytą w cieniu.
Przemówienie nagrodzone zostało gromkimi brawami, choć Harry nie wiedział, za co był ten optymistyczny aplauz - za fatygę pokazania się publicznie czy za wypowiedziane słowa absurdu, które ledwo przeszły mu przez gardło, podejrzewał, że ani za jedno, ani za drugie.
Ludzie z tłumu wykrzykiwali jakieś pytania, których treści i przesłanie nie docierały do jego uszu, skłonił się ludności z wątpliwym zainteresowaniem i postanowił jak najszybciej ewakuować się z miejsca przemowy.
Zszedł z podwyższenia, natychmiast przechwycony przez młodego arystokratę, chyba nawet nadepnął jakiemuś, nieraczącemu przepuścić go, by bez przeszkód mógł opaść z ostatniego stopnia, wątpliwie dystyngowanemu jegomościowi na stopę; z pomocą Dracona zaczął przeciskać się przez napierający na niego tłum, starając się ignorować tysiące pytań spływających na jego osobę jak wodospad pretensji, podziwu i jawnego gniewu (jakaś słowna tęcza emocjonalności, przez chwilę zastanawiał się, czym owi obcy mu obywatele tak ogromnie się przejęli - chyba, że naiwność ludzka sięgała dalej, niż mógł przypuszczać i sądzili, że, doprawdy, z gorącym zapałem zamierza dostosowywać się do wszelkich zarządzeń nowego prawa - zdawało się, że nigdy nie dotarły do nich pogłoski o jego buntowniczym nastawieniu do życia).
Kiedy przeciskał się przez rzędy zgromadzonych ludzi, starając się nie patrzeć nikomu w twarz, czując się jak, nie przymierzając, wyżęta szmata, nagle, spośród tłumu przecisnęła się w jego stronę młoda, na oko młodsza od niego, dziewczyna i z rozmachem oraz niezdrową zapalczywością chwyciła go za nadgarstek.
Harry zacisnął zęby i bez słowa wyrwał się z uścisku nachalnej młódki, ale ta była tym bardziej żarliwa, im usilniej starał się przed nią odpędzić, jednocześnie sunąc za torującym mu drogę Malfoyem; przywodziła mu na myśl czarnego gawrona z kryminalnych opowieści, który z zapalczywością krąży nad rozkładającymi się zwłokami, starając się oderwać od wystygłych kości płat zgniłego mięsa.
— Nie, poczekaj, proszę! — usłyszał za plecami pełen napięcia krzyk, który wybił się spośród wielu jak celny strzał z procy. — Nie powinni zobaczyć, że próbuję się z tobą porozumieć. Oni mają oczy i uszy wszędzie, zrozum! A ja...
Harry, podejrzliwy do granic możliwości, obejrzał się, spoglądając w twarz dziewczyny o gładkiej, brzoskwiniowej cerze i oczach, które niesamowicie mu kogoś przypominały.
— Nazywam się Snape, Katrina Snape, musisz mnie wysłuchać, proszę!
Snape.
Harry zatrzymał się i odwrócił w stronę młódki. Dopiero teraz zorientował się, w czyje, tak znajome, oczy przyszło mu spoglądać.
— Harry!
Zielonooki spojrzał przez ramię na Dracona, który stał kilka kroków dalej i starał się przekrzyczeć ogólny zgiełk; pomiędzy Harry'ego, a jego kompana wdarło się kilka niepożądanych jednostek, w czym jedna, niezwykle namolna kobiecina podsuwająca mu pod nos mocno przetarte pióro, prosząca o autograf na stronie postrzępionego, pomiętego zeszytu pomiędzy czymś, co wyglądało na numerologiczne obliczenia a listą zakupów.
Nie wiadomo, kto mógł ich obserwować spośród tego tłumu, zapewne nie jeden osobnik, gotów donieść o wszystkim, co usłyszy zacnemu Naczelnictwu; nie miał pewności, ale zdawało mu się, że miejsce, w którym stali było jako tako osłonięte przed oczami Snape'a, czającego się na uboczu. Harry podjął decyzję w ułamku sekundy - był to przymiot, którego wojna nauczyła go doskonale - niby przez całkowity przypadek potrącił notes, który kobiecina podsuwała mu pod twarz, po czym zanurkował w nogach tłumu, by po niego sięgnąć, klękając przy samej ziemi, modląc się jednocześnie, by nie zdeptano mu dłoni. Podniósł oczy i ujrzał, tak jak się spodziewał, tuż przed twarzą patrzące na niego z niemą prośbą czarne, błyszczące oczy.
— Dzisiaj o ósmej wieczorem po mugolskiej stronie, w kawiarni, na Holison Street dwadzieścia. Bądź sama.
Harry wstał, nie spoglądając na dziewczynę, ściskając zeszyt w dłoni, niby mimochodem wziął pióro od starszej kobieciny i nakreślił na pergaminie jakiś zawijas, który z pewnością nie nadawał się do posiadania go jako oficjalny podpis, po czym oddał kobiecie jej własność i bez słowa odwrócił się, spiesząc za walącym właśnie kogoś łokciem po żebrach Malfoyem.
Nad ich głowami wciąż górowało palące skórę, zalewające czoła potem słońce.
-VVV-
Katrina, wspaniała, wierna jak Penelopa Katrina, pomost pomiędzy mną a Malfoyem, róża wiatru zachodniego, z jedną dłonią na moim kolanie, z drugą dłonią we włosach Draco, mały, drobny wróbelek przeskakujący z gałęzi na gałąź, z gałęzi na gałąź. Katrina, jak nic pragnąca sprawiedliwości, wyznająca równouprawnienie, będąca całkowicie przekonana, że związek bigamiczny nie musi się opierać na jednym mężczyźnie i kilku kobietach, a odwrócić go można o sto osiemdziesiąt stopni, przeskakując między słowami, jak w dziecinnej przeplatance, kilka mężczyzn, jedna kobieta - przy czym nie nazwałbym kobietą tej upartej, zanadto pewnej siebie piętnastolatki, tej czarnej duszyczki o oczach swego ojca oraz sercu pełnym współczucia i miłości. Mała, cwana, niezmiernie pomocna istotka, buntowniczka z natury, całkiem, jak jej ojciec, drobna kobietka kochająca prowokacje.
Draco, który usłyszawszy o kruszynce o oczach Naczelnika, był całkowicie przekonany, że tkwi w tym wszystkim jakiś podstęp, zdarł sobie niemalże gardło na bezcelowej próbie pertraktacji ze mną, gotującym się do wyjścia z beztroskim zadowoleniem.
-VVV-
— Jego córka?!
— Może źle to odebrałem, może to bratanica, dawno zapomniana, zamieszkująca dotąd inne miasto, być może inne państwo...
— Snape nie miał brata. Jesteś pewien, że dobrze zrozumiałeś? Było tłoczno, duszno i głośno, być może ona powiedziała coś innego? Może Stick albo Smith?
— Mogła powiedzieć nawet: "Arizona". Malfoy, przecież mówię ci, że nie jestem pewien, co usłyszałem. Była młodziutka, na oko dużo młodsza od nas.
— Jak dużo?
— Nie wiem, Malfoy, jak dużo, przecież mówię, na Morganę, że oceniam na oko.
— Więc teraz, tak po prostu, zamierzasz tam iść i dowiedzieć się czego chciała?
— Świetnie, że nie muszę tego tłumaczyć dłużej.
— I nie przyszło ci do głowy, że ona może być podstawiona, nie przyszło ci do głowy, że to może być tylko pułapka na twoją łatwowierność?
— Nie przekonam się, póki nie sprawdzę. A teraz puść moje ramię, jeśli łaska, nie chciałbym się spóźnić na spotkanie z wyżej napomnianą, młodą damulką.
— Zwariowałeś, Potter?! Uważasz, że pozwolę ci wyjść samopas?
— Ależ skądże znowu, Malfoy. Uważam, że, jak najbardziej, powinieneś iść tam ze mną.
— Ty naprawdę jesteś pomylony...
— Nie wyobrażasz sobie nawet, jak się cieszę, że doszliśmy do porozumienia.
-VVV-
I cóż może oznaczać szaleństwo, jeżeli nie parę zbłąkanych we mgle ludzi spieszących w milczeniu do sobie tylko znanego celu, który mógłby być przecież wszędzie - w starym domu dawno wymarłej rodziny, na ławce w parku pomiędzy rzędem kołyszących się na wietrze świerków a koszem na śmieci, w tłumnie oblężonym, przydymionym barze, w którym okrągły stolik lepi się od rozlanego kiedyś piwa (nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem — powie Katrina, poprawiając makijaż przed podręcznym lusterkiem poplamionym szminką).
Katrina ma sukienkę krzyczącą ekstrawagancją i pudrowy róż na policzkach, Katrina mruga zalotnie rzęsami, jakby były skrzydłami ptaków, a czarny pyłek tuszu sypie jej się pod oczy jak spadający śnieg, Katrina wyciąga niedużą rączkę o palcach (o boginie) Snape'a poprzez stół i kładzie na dłoni Malfoya, jak pragnąca skusić bogatego klienta panna lekkich obyczajów, Katrina ma nawyk przygryzania dolnej wargi, z której szminka pozostawia czerwony ślad na jej przednich zębach.
I Katrina, ponad wszelką miarę, pragnie uchodzić za niezależną, samowystarczalną kobietę, niepomna złego wizerunku swojego ojca, jakby była kwiatem, który rozkwitł dzięki pyłkom przenoszonym przez wiatr.
-VVV-
— Za trzy miesiące mam urodziny — powiedziała dziewczyna, zajadając bezowe ciasto, gdy tylko usiedli naprzeciwko niej przy niedużym, kwadratowym stoliku.
Draco uniósł brwi i rzucił Harry'emu przepełnione kpiną, wymowne spojrzenie.
— Moje najgorętsze życzenia — odpowiedział z przesadną sympatią Harry, na co umalowane na krzykliwy, czerwony kolor ustka wygięły się w uśmiechu rozbawienia. Czarne, migoczące oczka przesunęły się po twarzy Wybrańca, jakby był rzeźbą wystawioną na pokaz w narodowym muzeum. — Które jeśli mogę spytać?
— Skończę piętnaście lat.
— Czyli zaczynasz piętnasty rok życia — sprostował Harry. — Wspaniałe lata.
Dziewczyna zawinęła sobie kosmyk długich włosów wokół palca i zaświergotała gładkim głosem:
— Jesteś aurorem. — Pochyliła się nad stołem, jakby zamierzała wyznać jakiś ogromny, niebotyczny sekret. — Tata mi powiedział. Z zawodu auror, z powołania głupiec — oznajmiła konspiracyjnym szeptem, na co Harry uniósł brwi i wymienił z Draco krótkie spojrzenia.
— Naprawdę? — zainteresował się Harry, postanawiając oddać filuterny uśmiech, którym obdarzała go młódka. — I co jeszcze powiedział ci tata?
Czerwone usta zbiła w dzióbek i opadła na oparcie krzesła, które zaskrzypiało w sprzeciwie na tak beztroskie traktowanie.
— Nie mów do mnie, jak do dziecka. — Dziewczyna prychnęła niczym kotka w rui. — Przecież powiedziałam, że mam piętnaście lat.
— Oczywiście — uśmiechnął się zalotnie Harry.
— Jesteś już prawie dorosła — pokiwał ze zrozumieniem głową Draco.
— Jak masz na imię, skarbie, jeśli to nie jest żadna tajemnica? Mogę mówić ci: "skarbie", czy to nie godzi się w odniesieniu do dorosłej córki Naczelnika? — zamruczał Harry, przypatrując się, jak dziewczyna manewruje niewielkim widelczykiem przy podstawie bezowego ciasta, zastanawiając się, czy potwierdzi ona swoje pochodzenie, czy zaprzeczy raptem, mówiąc, że jej ojcem nie jest ten Snape, o którym myślą.
Drobna kruszynka zastukała paznokciami w poplamiony blat stołu i nie zaprzeczyła.
— Możesz mi mówić nawet: "kochanie", jeśli chcesz, przystojniaku — zachichotała dźwięcznie i włożyła do ust duży kawałek słodkiego poczęstunku. — Moje imię i nazwisko brzmi tak, jak imię i nazwisko twojej przyszłej narzeczonej.
Harry zaśmiał się cicho, Draco wydał z siebie pełne zniecierpliwienia prychnięcie. Zielonooki pomyślał, że ta mała ma tupet, ale może być dla nich niezwykle cennym nabytkiem. Wyciągnął rękę przez stół i wyjął widelczyk z dłoni piętnastolatki. Dziewczyna podniosła na niego zaskoczony wzrok, a on posłał jej uśmiech zwierzęcia spowitego z cieni, uśmiech człowieka o demonicznej duszy oraz sercu przykrytym cieniami i niespiesznie włożył mały widelczyk w swoje usta, nie przejmując się odciskiem szminki na jego metalowych zębach.
Beza była słodka i rozpływała się na języku, Harry zmrużył lubieżnie oczy.
— Przepyszne — oznajmił, oblizując widelczyk, jak kot wylizujący miskę po mleku (odcisk szminki rozmazał się na metalowej strukturze). — Czy mógłbym poznać imię mojej przyszłej narzeczonej, kochanie?
Dziewczyna wlepiała wzrok w jego usta, kąciki warg Harry'ego drgnęły w rozbawieniu.
— Mam na imię Katrina. Jestem nieślubną córką Sophie Fisher i Severusa Snape'a. — Dziewczyna wyciągnęła rękę przez stół i wyrwała widelczyk spod warg Harry'ego. — Wychowała mnie matka, w dzieciństwie z ojcem widywałam się stosunkowo rzadko. Moje istnienie utrzymywali w tajemnicy - kiedy niemal dwadzieścia lat temu Czarny Pan odszedł po raz pierwszy, poznali się w małej, cichej restauracji, gdzie matka dorabiała jako kelnerka.
Katrina. Słodka, urocza Katrina, która odgarnęła włosy z twarzy i ponownie wbiła widelczyk w swoje bezowe ciasto.
— Co było dalej? — Draco oparł się łokciami o stół i podparł brodę o splecione w powietrzu dłonie.
Dziewczyna wzruszyła ramionami, unosząc na Dracona swe czarne oczy, równie głębokie, co oczy jej ojca.
— Jeżeli spodziewasz się pięknej historii o wielkiej miłości, muszę cię rozczarować — oznajmiła beztrosko Katrina. — To nie ten rozdaj opowieści, przystojniaku.
Oczywiście, że nie — pomyślał Harry. — Sophie Fisher z pewnością nie była wielką miłością Severusa Snape'a. Wielka miłość Severusa Snape'a umarła zapewne kilka miesięcy, a może nawet kilka tygodni wcześniej, zanim rodzice młodej dziewczyny się spotkali. Severus Snape musiał szukać ukojenia w ramionach pięknej kobiety, ale nie była to żadna odmiana miłości.
— Katrino — zwrócił na siebie uwagę Harry. Czarne oczy przestały kontemplować z ciekawością bladość skóry szyi Dracona. — Dlaczego chciałaś się ze mną widzieć? Przecież nie po to, by opowiedzieć nam, tę, jakże uroczą, historię, o poznaniu się twoich rodziców.
Katrina posłała w stronę mężczyzn cukierkowy uśmiech. Jej płaski but zastukał o nogę stołu.
— Widzę, co się dzieje w kraju. Być może jestem bardzo młoda, ale nie głupia.
— Nigdy tak nie myśleliśmy — zapewnił Draco, gdy dziewczyna zamilkła, zamyślając się nad czymś głęboko.
— Tak, cóż, chodzi o to, że polityka, którą prowadzi mój ojciec... — Katrina przygryzła wargę i zabębniła palcami w blat stołu, Harry uniósł brwi, czekając cierpliwie na dalszy ciąg tych, fascynujących niezmiernie, słów. — Ty Wybraniec... czy jakkolwiek cię teraz nazywają. — Usta zielonookiego drgnęły w niemym rozbawieniu, gdy to drobne wtrącenie zabrzmiało zupełnie, jakby padło z ust samego Naczelnika. — Wiem, że czarodziejom może się to nie podobać. Wiem także, że ojciec potrafi wyegzekwować wiele, posługując się środkami, które przeważnie nie należą do sprawiedliwych. Wiem, że nie istnieje niemalże nic, co byłoby w stanie go namówić do zmiany swoich własnych planów. Nie posłucha niczego ani nikogo. Jednakże, pomimo swoich restrykcyjnych zapędów, kocha mnie na swój własny, dziwaczny sposób. — Katrina westchnęła i przetarła oczy dłońmi w sposób niemal bliźniaczy do tego, jak czynił to jej ojciec. — Być może mi nie uwierzycie, ale... chciałabym jakoś pomóc, przydać się do czegoś, sama nie wiem. Pomyślałam, że jeśli chcielibyście się z nim licytować, dobrze byłoby, gdybyście mieli mocną kartę we własnej talii. — Dłonie opadły na stół, czarne oczy zajrzały głęboko w szare, po czym przeniosły się na tło zielonych. — Co odpowiecie?
Harry i Draco wymienili spojrzenia, obaj równie zaskoczeni niespodziewanie skuteczną bronią, jaką ta młoda dziewczyna wkładała im prosto w ręce.
Dziewczyna przełknęła głośno, jakby obawiając się reakcji dwójki czarodziejów na te odważne, szczere słowa.
— Co odpowiecie? — powtórzyła.
Uśmiech spowity z mroku oblepił twarz Harry'ego jak pajęczyna, zielone oczy przewierciły się przez tę młodziutką twarz jak trucizna, czarna aura otulająca jego duszę jak pierzyna zdawała się odbijać w jego oczach jak światło świec.
Harry Potter zaśmiał się lubieżnie, jego śmiech był niczym kryształki lodu, osiadające w powietrzu jak rosa.
— Niewypowiedzianie się cieszę, że cię poznałem. Kochanie...
-VVV-
Młodziutka Katrina niezmiernie dużo mówiła o jakichś tajnych dokumentach zawierających plany zbrojeniowe przeciw armii mugolskiej, co nie zainteresowało Harry'ego tak bardzo, jak krótka wzmianka na temat listy nazwisk figurujących w rejestrze Naczelnictwa osób stanowiących tak zwane: "zagrożenie polityczne". Stali w ruinach dawnego gmachu Ministerstwa Magii, ukryci za resztką ścian trzymających się w pionie, Draco słuchał w milczeniu głosu dziewczyny, stojąc oparty o spopielony stół, kreśląc palcem plątaniny wzorów na zasmolonym blacie.
— Stop. — Harry zmrużył oczy, Katrina, beztrosko siedząca na zakurzonej podłodze, oparta o zwęgloną tapetę zwijającą się na ścianie jak schodzący naskórek po słonecznym oparzeniu, uniosła głowę na kucającego naprzeciw niej dwudziestokilkulatka. — Lista nazwisk? — upewnił się Harry, świdrując wzrokiem te czarne, błyszczące oczy.
Katrina wzruszyła ramionami.
— Nie zaskoczyłabym się, gdyby figurowała na niej połowa magicznego społeczeństwa, wiesz, te zapiski są bardzo długie i bardzo monotonne. O dziwo, nie natknęłam się w nich na twoje nazwisko. To raczej podejrzane, nie uważasz? Można pomyśleć, że powinieneś stać pod numerem pierwszym.
Ręka Dracona zatrzymała się w połowie rysowania okręgu na smole. Głowa podniosła się, a wokół szarych oczu uwidoczniła się drobna pajęczyna głębokich zmarszczek.
Harry milczał przez chwilę, wpatrując się z uwagą w siedzącą dziewczynę, która, orientując się, że uwaga jej słuchaczy raptownie wzrosła, uniosła w niemym pytaniu brwi.
— To, co mówisz, jest... bardzo ciekawe.
— Prawda? — Słodka gwiazdka odrzuciła do tyłu długi warkocz kasztanowych włosów. — Ale jest na niej Draco. — Dziewczyna wskazała podbródkiem na wspomnianego blondyna. — I wiele innych nazwisk, trochę z tych, o których nie tak dawno czytało się w gazecie, tych, mających związek z ostatnią wojną czarodziejów. — Katrina zwilżyła czerwone, wymalowane ustka koniuszkiem języka. — Jest tam na przykład ta dziewczyna, Granger, ta, która nie tak dawno zawsze figurowała obok twojego nazwiska. Tyle że ostatnimi czasy zapisywana jest jako Granger Weasley. Najwyraźniej ten twój dawny kompan nie jest już kawalerem. — Czarnooka skinęła Harry'emu głową uśmiechając się przy tym jak bogini mroku, jej obsydianowe oczy zamigotały jak jaśniejący firmament gwiazd na tle ciemnych przestrzeni. — No i cały szereg Weasleyów, jeśli już przy jednym z nich stoimy, zajmują niemal całą stronę, wiecie? Czy oni w wolnym czasie podążają namiętnie za zaleceniem: "bądźcie płodni i rozmnażajcie się", czy może poprzedni rządzący płacili im za liczbę powitych na świat istnień? Nie, nie chcę raczej o tym wiedzieć, nie odpowiadajcie, proszę. Jest też jakaś Lovegood, zwróciłam na nią uwagę, bo spodobało mi się jej nazwisko. Love. Good. Przydałoby się do tego jeszcze Like i Respect i byłaby z tego wszystkiego świetna wyliczanka. Zabawne, prawda?
Katrina szybciej przewijała językiem, niż obracały się taśmy starych, mugolskich filmów (cechą dziedziczną być to nie mogło, a jeśli było, to zielonookiego niezmiernie zastanawiał gust Naczelnika w wyborze trzyminutowych partnerek).
— Tak — mruknął obojętnie Harry, wzruszając biernie ramionami z markotnością klejącą się do serca jak popiół do ścian komina. — To bardzo zabawne.
Katrina westchnęła głęboko i przeniosła ciężar ciała na kolana, wsuwając stopy pod pośladki. Klęcząc naprzeciw kucającego Harry'ego, odszukała swą drobną, kobiecą rączką jego dłoni. Zielone oczy napotkały czarne.
— Bardzo mi przykro — powiedziała cichutko dziewczyna, zaciskając palce na dłoni mężczyzny.
Harry uśmiechnął się bez rozbawienia i wyciągnął drugą rękę w stronę twarzy czarnookiej piękności. Skórę miała gładką i gorącą, mężczyzna pogładził palcami jej ciepły policzek.
— To nie twoja wina.
Katrina przygryzła dolną wargę, kąciki jej ust drgnęły w uśmiechu samozadowolenia.
— Gdzieś na końcu zapodziałeś to urocze "kochanie", brzmiące w twoich ustach jak dwuznaczna propozycja — rzekła z przekąsem, przekręcając nieznacznie głowę i cmokając Harry'ego w czubki palców.
Harry przewrócił oczyma i opuścił dłoń z twarzy nieskromnej dziewczyny.
— Wobec tego, co zdradziłaś, niebawem powinienem się spodziewać kolejnego zaginięcia, pod pretekstem wkroczenia mugolskich wojsk, w gronie mojego bliskiego otoczenia, czy tak?
Katrina zawinęła sobie kosmyk brązowych włosów wokół palca.
— Tak mi się wydaje — odparła, wzruszając ramionami. — W każdym razie, jest to całkiem prawdopodobną przyszłością. — Zacmokała cicho, po czym przesunęła wzrokiem pomiędzy Draco a Harrym. — Wierzcie mi albo nie, ale ja mówiłam całkiem poważnie, wspominając, że mogłabym spełnić funkcję waszego łupu przetargowego.
Harry nie odpowiedział. Coś w jego oczach musiało zdradzać, co właściwie myśli o całej tej, kuriozalnej sytuacji, bo Katrina westchnęła ciężko, jakby z poddaniem.
— Mówię serio — odezwała się dźwięcznym głosem. — Nie dla wszystkich mogę wydać się idealnym towarem, wiecie, ale dla mojego ojca... on będzie chciał mnie wykupić za wszelką cenę. Zawsze będę stać za stwierdzeniem, że nie da się stworzyć doskonałego systemu, zawsze będę sądziła, że nie można podporządkować sobie wszystkich. Skoro mój ojciec jest święcie przekonany, że pozostaje bezkarny, i że to on dzierży powinność rozdawania kart w tej grze, pozwólmy mu zrozumieć, że talia przechodzi z rąk do rąk, nie utrzymując się długo w jednej pozycji.
— Błyskotliwa kruszyna — skwitował zaczepnie Harry, zastanawiając się, czy jest to aby dobry pomysł: zaczynać emocjonalną przepychankę z samym, wszechmocnym dyktatorem. Jedno spojrzenie w stronę Malfoya powiedziało mu, że jego kompan podziela owo zdanie.
Katrina, uparta, drobna Katrina, twardo stała przy swoim.
— Posłuchajcie, jestem najwyższą, żywą kartą w tej grze i to właśnie wy trzymacie mnie w ręku.
— To, istotnie, mnie niepokoi — mruknął pod nosem Harry, marszcząc czoło.
— Nie bądź taki świętoszkowaty — syknęło to zaciekłe stworzenie. — Skoro przychodzi do ciebie kobieta i mówi ci, żebyś ją wykorzystał, to skorzystaj z tego.
— Niepełnoletnia dziewczyna, chciałaś powiedzieć, słoneczko — prychnął Harry.
— Poza tym, to zabrzmiało raczej sugestywnie — wtrącił Draco z krzywym uśmiechem.
Katrina skrzywiła się mocno, śląc Draconowi chłodne spojrzenie, czym przywiodła Harry'emu na myśl Snape'a wiszącego nad wyjątkowo próżnym, studenckim wypracowaniem. Następnie piętnastolatka zamaszyście rozplątała zawiązane włosy, zmierzwiła je niedbałym ruchem ręki i pochwyciła twarz Harry'ego w swoje drobne palce.
Zielonooki odwrócił głowę w innym kierunku. Rozchylone ustka natrafiły na kącik jego warg, pozostawiając na nim krwawo-czerwony odcisk szminki.
— Katrino, przestań mi udowadniać, do czego jesteś skłonna się posunąć. — Głos zielonookiego pozostał spokojny, choć jego serce ścisnęło się boleśnie w klatce piersiowej.
— Przecież będziesz musiał nieco potrząsnąć moim ojcem, przystojniaczku. — Oddech dziewczyny otarł się o jego zęby.
Harry westchnął, ujął chudą, drobną twarz w swoje dłonie i łagodnie odsunął od siebie piętnastolatkę.
— Być może nie zajdzie taka potrzeba.
— A jeśli, istotnie, zajdzie?
— Wówczas będę improwizował. To coś, z czym często musiałem się stykać w moim długim, ciekawym życiu.
Katrina westchnęła pełna zawodu i wycofała się z wyraźnym niezadowoleniem.
— Wobec tego zgadzasz się, żeby spróbować? — zapytała, marszcząc brzoskwiniowe czoło.
Usta Harry'ego zalał lodowaty uśmiech godny najmroczniejszych demonów, zielone oczy zwróciły się w stronę szarookiego spojrzenia Dracona.
— Skoro — odezwał się głosem, na który dreszcz wstrząsnął młodym ciałem piętnastolatki — okazja sama do mnie przychodzi, kimże bym był, aby z niej nie skorzystać?
Tak oto zaakceptowany został nieskromny plan, mający na celu uświadomić cudownemu Naczelnikowi, że nie wszędzie, gdzie spojrzy, dzierży władzę absolutną.
-VVV-
Byliśmy zdeterminowani, zdesperowani wręcz i zanadto pewni swego - chyba jedynie to przyczyniło się do powstania kuriozalnego planu zainicjowanego na poczekaniu, który, nie wiedzieć czemu, sprawdził się z niesamowitą skutecznością. Do swojego arsenału mogliśmy odtąd wliczyć środek bojowy, o którym nawet nie marzyliśmy - a jakże skuteczną bronią okazało się to młode dziewczę nieposiadające wstydu! Wiedzieliśmy, że musimy rozegrać to raz, a dokładnie, i że nie będzie drugich szans ani innych, pomyślnych okoliczności. Karta była jedna i mogliśmy jedynie dobrze nią zagrać albo zepsuć zagrywkę, nie wykorzystać sposobności.
-VVV-
Harry wkroczył do gabinetu Naczelnika bez jakiejkolwiek zapowiedzi, po cichym pukaniu, którym obwieścił gospodarzowi, że będzie on miał wątpliwą przyjemność goszczenia potentata. Przesunął wzrokiem po pomieszczeniu, zatrzymując się na ziemistej twarzy, unoszącej się zza jakichś, wątpliwej sławy, dokumentów. Na ustach Harry'ego wykwitł lodowaty uśmiech mający siłę, by zmrozić ocean marzeń. Zamknął za sobą drzwi, przeszedł przez pokój i zasiadł naprzeciw Naczelnika, spoglądając mu, z niejakim zaciekawieniem, w oczy. Uśmiech uwity z mroku nie spłynął z jego twarzy jak grad, niema, chłodna satysfakcja przyjemnie zmierzwiła jego umysł.
— Proszę nikogo nie wzywać — odezwał się Harry spokojnie, gdy Snape otworzył usta. — Proszę — z gardła Harry'ego wypłynął drapieżny, cichy śmiech — milczeć i słuchać.
Podbródek Snape'a uniósł się nieznacznie, oczy zapłonęły żywą chęcią mordu, Naczelnik powoli podniósł się z krzesła, położył dłonie płasko na blacie biurka i wychylił się w stronę młodszego mężczyzny niczym kat, zawisając nad młodszym ciałem niby wielki, rozjuszony drapieżnik.
— Jak śmiesz. — Szept, który wydostał się z jego ust, równie dobrze mógł brzmieć jak zaklęcie torturujące.
Zielonooki nie przejął się oblężeniem Naczelnika, uśmiechnął się lodowato, niespiesznie sięgnął do kieszeni. Czarne oczy Snape'a podążyły za jego dłonią, długa różdżka momentalnie znalazła się tuż przed jego twarzą. Harry westchnął teatralnie, nie spoglądając na jej - iskrzący się ostrzegawczo - koniec.
— Spokojnie — powiedział gładko. — Nie śmiałbym, Naczelniku, wyciągać przeciw panu materialnej broni.
Brwi Snape'a podjechały wysoko na czoło, Harry bardzo powoli, z ostrożnością, patrząc wprost w czarne, głębokie tunele, wyciągnął z kieszeni małe, kwadratowe urządzenie, stary wynalazek bliźniaków, podobny do krótkofalówki, lecz działający na większych dystansach.
— Radziłbym — powiedział płynnie Harry, wymawiając głoski z niezwykłą mu uwagą — nie unosić się zanadto. Pańska zbytnia agresja może wyjść komuś na niekorzyść.
Głowa Naczelnika wzniosła się wyżej.
— Podlegasz mi — wyszeptał Snape, jego źrenice zapłonęły groźbą. — Uważaj na słowa, dziecko.
Harry uśmiechnął się drapieżnie i niespiesznie wyciągnął rękę. Snape zmrużył oczy, obserwując tor ruchu jego palców, jakby spodziewał się zamachu. Zielonooki spokojnie nacisnął duży przycisk na leżącym na stole urządzeniu, które odpowiedziało mu cichym, zobowiązującym piknięciem. Chłopak pochylił się nad urządzeniem, kąciki jego warg uniosły się w słodkim wyrazie.
— Jesteś tam, cukiereczku?
W urządzeniu zaszumiało głucho, a potem rozległ się anielski świergot, nieco przytłumiony fatalną jakością gadżetu.
— To do mnie, czy do tego blond przystojniaczka o twarzy greckiego Adonisa?
Z ust Harry'ego wyrwał się cichy, suchy śmiech, brzmiący, jakby śmiał się sam szatan. Pochwycił nadgarstek Snape'a, którego dłoń wystrzeliła w stronę urządzenia jak z procy i uniósł wynalazek, przysuwając mikrofon do ust.
— Aleś ty zabawna, słonko.
Twarz mężczyzny pobladła niczym pierwszy, grudniowy poranek po późnej jesieni. Powoli wycofał dłoń i pomału, niespiesznie zajął swoje miejsce za przestrzennym biurkiem, splatając razem długie palce.
Harry miał przyjemność oglądać, jak jego grdyka unosi się i opada, gdy niespokojnie przełykał ślinę.
— Czego chcesz? — Jego ton głosu pozostał chłodny jak listopadowa ulewa.
Zielonooki zaśmiał się dźwięcznie. Snape, w którego oczach pobłyskiwał czysty gniew, powoli podniósł się ponownie (jakby nie do końca panował nad ruchami własnego ciała) z zajmowanego fotela, spoglądając z góry w zielone oczy mężczyzny promieniejące satysfakcją.
— Ależ spokojnie, szanowny panie Naczelniku. Po co te nerwy? Widzi pan, ta słodka kruszynka przyszła do mnie własnowolnie kilka dni temu. Urocze stworzenie, doprawdy. Jest obecnie pod troskliwą opieką Dracona i absolutnie nic jej nie grozi z jego strony — zamruczał Harry, a Snape zacisnął zęby, zupełnie, jakby młodszy mag obwieścił mu, że zamierzają znęcać się nad dziewczyną i odesłać jej okaleczone ciało matce.
— Brzmisz, jakbyś co najmniej chciał zabrać mnie ze sobą do łóżka, przystojniaku — odezwał się słodki głos z głośnika, prawie odzwierciedlając jego galopujące myśli.
Harry zamruczał wymijająco w odpowiedzi, rzucając głośnikowi intensywne spojrzenie.
— Co mówiłem à propos nie wtrącania się w rozmowę, słodziutka? — W głośniku rozbrzmiał kuriozalnie zniekształcony głuchym szmerem urządzenia, zirytowany głos Malfoya.
— Pojęcia nie mam. Musiałam przespać tę część tamtego nudnego wykładu.
Harry odpowiedział im perlistym śmiechem i zacmokał z udawanym zamyśleniem.
— Oj, Katrino, kochanie, nie powstrzymam jego wybuchowego temperamentu z odległości, wiesz?
— No popatrz, a myślałam, że jesteś wszechmocny.
— Milczeć. Wszyscy. Natychmiast. — Z ust byłego Mistrza Eliksirów wyrwał się złowieszczy, nieznający sprzeciwu rozkaz, jego głos obiecywał długą i powolną śmierć. Odetchnął głęboko i wpił spojrzenie w oczy Harry'ego jak w poduszkę na szpilki. — Jeśli coś jej się stanie, nigdy więcej nie usłyszysz głosu uroczej, rudej Ginerwy Weasley.
Harry Potter westchnął teatralnie i również podniósł się z krzesła.
— Ależ szanowny panie Naczelniku — jego głos przeszedł w głęboki, wibrujący ton, wciągający jak oceaniczne wiry — jeśli pójdzie pan ze mną, nic nikomu nie mówiąc oraz nie wzywając ochrony, w ciche, przytulne miejsce, w którym moglibyśmy na spokojnie podzielić się różnicą poglądów, zobaczy pan to piękne stworzenie już dzisiaj, już teraz.
— Robię się zazdrosna o własnego ojca — doszedł was rozkapryszony głos Katriny. — Mi nie obiecasz samotnej wyprawy w ciche, przytulne, spokojne miejsce, przystojniaku?
Harry, tym razem, nie powstrzymał się od przewrócenia oczami.
— Urocza propozycja. — Obrócił magnetofon w palcach. — Co jeszcze mi zaoferujesz?
Cichy chichot i zalotne cmokanie.
— A co byś jeszcze chciał dostać, Harry?
Snape uderzył pięścią w stół. Zielone oczy podniosły się na lodowate jak mróz oczy Naczelnika.
— Wystarczy — zasyczał Mistrz Eliksirów, wymijając biurko. Jego źrenice płonęły ogniem nienawiści, gdy chłodne palce zacisnęły się na podbródku Pottera tak mocno, że chłopak był pewien, iż pozostawi on po sobie sine ślady własnych rąk. Harry starał się nie okazać swego strachu, gdy twarz Mistrza Eliksirów przysunęła się do jego własnej, a wąskie usta zamajaczyły przy jego uchu, przy każdym słowie muskając małżowinę. — Wyjdę z tobą na zewnątrz, Potter, a potem deportujemy się tam, dokąd ci się podoba. Odbędziemy tę, zapewne niezwykle fascynującą, rozmowę, a następnie oddasz mi córkę całą, zdrową i bez najmniejszego draśnięcia na skórze, rozumiemy się?
— Myślałem, że to ja dyktuję warunki. — Harry uniósł brwi.
Snape zazgrzytał zębami.
— Uduszę cię, ty...
— Słodziutka, podejdź no do mnie — rozległ się ostry głos Dracona, a następnie szelest i stłumione kroki.
Snape zamarł w bezruchu, nasłuchując niczym polujący drapieżnik.
— Świetnie, teraz uklęknij między moimi nogami i rozepnij...
— Pójdę z tobą, ty cholerny draniu, pójdę z tobą! — wybuchnął ze ślepą furią Snape i odsunął się błyskawicznie od zielonookiego, zupełnie, jakby podejrzewał, że Dracon nie tylko słyszy ich osobistą rozmowę.
Harry uśmiechnął się lekko.
— Draco — odezwał się z rozbawieniem w stronę mikrofonu — nie demoralizuj nam, proszę, dzieci.
— Mam piętnaście lat! — zaprotestowała, przeciw takiemu określeniu, Katrina.
Harry westchnął ciężko.
— Oczywiście, że masz piętnaście lat — mruknął z niejakim zmęczeniem — strasznie dużo uwagi poświęcasz na podkreślenie tego faktu.
— Miałam na myśli...
— ...że jesteś prawie dorosła i będziesz robiła, co ci się żywnie podoba. Tak, zrozumiałem — skrzywił się Harry. — Tylko może z zapoznaniem się z ekscesami, jakimi są łóżkowe zabawy dorosłych, trochę byś jeszcze poczekała, co?
— Przystojniaczku, akurat w twoim przypadku do dyspozycji miałbyś nie tylko moje ustka, ale i...
— Nie kończ, skarbie — zatrzymał ten niepożądany rozpęd Harry, przeczesując dłonią włosy.
Gdzieś obok niego Snape wyglądał, jakby go zmroziło, jakby ogromny ciężar przytłoczył jego piersiową klatkę, pozbawiając dopływu tlenu do mózgu.
— Szanowny panie Naczelniku — Harry nacisnął guzik wyłączający magnetofon i podszedł do drzwi, które otworzył przed Snape'em z prześmiewczym ukłonem — mogę prosić?
