.

Rozdział 5

Kłamstwa i kłamstewka, którymi żyjemy

.

Na spotkanie obrał dawną Kwaterę Główną Zakonu Feniksa, teraz opuszczoną, od dawna nieużywaną. Gestem zaprosił napiętego do granic możliwości, acz starającego się tego nie okazywać Snape'a do środka i w ciszy przeprowadził go obok drzemiącego portretu pani Black do kuchni. Harry po cichu zamknął kuchenne drzwi, słysząc za plecami sprężyste kroki piętnastolatki. Zaledwie się odwrócił w stronę pomieszczenia, już musiał pochwycić młodą dziewczynę, która, całkowicie nie przejmując się obecnością ojca, skoczyła na zielonookiego, zaplatając nogi wokół jego talii.

Katrina machnęła głową, odrzucając zwiewnie długie, brązowe, rozpuszczone włosy do tyłu i położyła płasko dłonie na jego policzkach.

— Witaj, Adonisie. — Perlisty głos, który roztopiłby zapewne serce nawet największego drania, zabrzmiał nad jego głową jak słowiczy trel. — Czekałam na ciebie.

Z gardła Snape'a wyrwało się coś pośredniego między warkotem a sykiem, jednak ani jedno słowo nie opuściło jego ust, jakby mężczyzna zdawał sobie doskonale sprawę z faktu, że znalazł się na terytorium, na którym to nie on już dyktuje warunki.

Harry przeszedł przez pokój, podtrzymując owiniętą wokół niego dziewczynę za pośladki i bezceremonialnie posadził ją na podłużnym stole. Odwrócił się do niej tyłem i oparł niedbale o kant stołu pomiędzy jej rozłożonymi nogami. Słodka Katrina przysunęła ustka do jego szczęki i musnęła ją koniuszkiem gorącego języka.

Z kolejną chwilą jej głowa była już unieruchomiona w szczelnym, niemniej czułym uścisku palców Harry'ego.

— Przyprowadziłem do ciebie gościa, skarbie — odezwał się zielonooki, patrząc wprost w czarne oczy nienaturalnie cichego Snape'a. — Nie jesteś nim zainteresowana?

Słodziutki anioł rzucił swemu ojcu przelotne spojrzenie i uśmiechnął się jak kociak, który otrzymał swój przysmak.

— Być może gdyby był kilkadziesiąt lat młodszy, miał mniej zmarszczek i bardziej kształtną twarz rozważyłabym...

— Chyba nie chce znać dalszej części tego zdania — wybuchnął siedzący przy kuchennym stole Draco, obserwujący małą dewotkę spod zmrużonych oczu. — Ta mała ma całkowicie spaczone poczucie...

— Dobrego smaku? — wtrąciła dziewczyna.

— Nie przerywaj mi, do diabła, bo zrobię użytek z kuchennych noży i...

— Sugerowałbym — wtrącił Harry przyciszonym, miękkim jak aksamit głosem — żebyśmy nauczyli się patrzeć na świat z perspektywy stoicyzmu. — Oczy Snape'a z niejaką ostrożnością prześwidrowały jego twarz. — Zapraszam pana, Naczelniku — rzekł, wskazując uprzejmie jedno z krzeseł przy podłużnym stole.

Snape powoli przeszedł przez kuchnię obserwowany czujnie przez trzy pary oczu, sunące za nim jak ptaki stadne. Harry wiedział, że muszą to rozegrać prawidłowo, że nie będzie drugich szans ani możliwości poprawy błędów - jeśli zależy im na udanej negocjacji z samym Naczelnikiem, powinni trzymać się swoich stanowisk i ani na chwilę nie zbaczać z kursu.

Harry odsunął od siebie delikatnie dziewczynę i zajął miejsce obok Draco, który co chwile łypał na Katrinę nieprzychylnym wzrokiem zwierzęcia głodnego świeżej krwi. Zielonooki udał, że tego nie zauważa - nawet wówczas, gdy oczy Naczelnika przesunęły się po twarzy blondyna niczym strumień lodowatej wody.

Czarne oczy napotkały zielone. Usta Harry'ego wygięły się w chłodnym uśmiechu.

— Proponuję wymianę, szanowny panie Naczelniku — obwieścił zwyczajnie zielonooki, jakby handlował owocami, a nie żywym towarem. — Obustronną korzyść, można by rzec.

Czarne oczy na sekundę przesunęły się ku twarzy córki. Harry podążył za jego spojrzeniem, podczas gdy Katrina beztrosko zakręcała sobie kosmyk włosów wokół palca, jakby wcale nie targowano się o jej ciało.

— Powiedz mi, Potter... dlaczegóż to miałbym zgadzać się na jakąkolwiek wymianę? — Słowa Snape'a płynęły powoli jak rzeka, Harry wsłuchiwał się w nie z uwagą, obserwując rozmówcę spod rzęs. — Ja nie mam ci nic do zaoferowania, a i Katrina, chciałbym ci uświadomić, jest niepełnoletnia, z racji czego ja, jako opiekun prawny...

Dziewczyna bez słowa uniosła się na dłoniach opartych o blat i zeskoczyła ze stołu. Harry nie drgnął ani na milimetr, jego oczy spoglądały w czarne obsydiany z chłodnym, nieszczerym zdziwieniem.

— Usiądź — wysyczał Snape, intensywność jego spojrzenia wezbrała na sile, gdy rzucał wzrokiem w młodą dziewczynę niczym kamieniem.

Harry uniósł brwi, obserwując bladą twarz niezmiennie "niewzruszonego" Naczelnika.

Draco Malfoy się uśmiechnął.

Katrina obeszła wokół siedzisko Harry'ego z niezachwianą obojętnością — mała, uparta sztuka — przemknęło zielonookiemu przez myśl. Gdy tylko znalazła się w zasięgu rąk Dracona, były Ślizgon wyciągnął ramię i pochwycił dziewczynę za nadgarstek, w dość brutalny sposób przyciągając do siebie. Dziewczyna nawet nie pisnęła, gdy nagłe szarpnięcie spowodowało jej dotkliwe potknięcie, przez co z niemałym rumorem uderzyła o kant stołu i upadła pod nogi Malfoya, przygważdżana do ziemi jak worek kartofli.

Harry westchnął znudzony i założył ręce na piersi.

— Mogę sobie gadać o bezzasadności demoralizowania młodzieży do woli, a i tak mam wrażenie, jakbym mówił do kawałka zimnej ściany.

— Ta kruszynka sama do mnie podeszła. — Draco wzruszył ramionami, ciągnąc Katrinę boleśnie za włosy, aby móc z lepszej perspektywy przyjrzeć się jej twarzy. — Jak mógłbym się oprzeć?

— Puść ją — powiedział dość opanowanym głosem Snape, choć powieka mu zadrżała. — Dobrze wiecie, że jeśli stanie jej się krzywda, zniszczę wszystko i wszystkich wokół was.

Lodowaty śmiech Dracona zabrzmiał w niewielkiej kuchni jak uderzenie i był, jak na ucho Harry'ego, niemal bliźniaczy do szyderczego śmiechu jego ojca skrywającego niegdyś twarz za maską Śmierciożercy.

— To zabrzmiało tak, jakbyś w innym wypadku tego nie robił. — Palce Malfoya zacisnęły się mocniej na włosach młodej dziewczyny.

Uśmiech Naczelnika stał się krzywy.

— Obaj wiemy — głos złagodniał, stał się miękki niczym aksamitne włókna — Draco, że tak naprawdę nie zrobisz jej...

Malfoy szarpnął dłonią głowę Katriny, jakby była piłką, nieduży nos zachrzęścił w kontakcie z nogą stołu, czerwona krew buchnęła z niego na kamienną podłogę, oczy Snape'a zrobiły się okrągłe z niemego zaskoczenia, po czym zwęziły się w wąskie szparki i zabłysły groźbą potężniejszą od ostrzeżeń.

Harry skrzywił się i przesunął czubkiem buta po kropelce krwi brukającej posadzkę przy jego krześle.

— Mógłbyś — wycedził przez zęby zielonooki — z łaski swojej nie niszczyć mi podłogi?

— Zastanawiałem się nad złamaniem jej kilku palców u rąk, ale pomyślałem, że te śliczne paluszki mogłyby ci się przydać w celach rozrywkowych.

— Nie bardziej niż usta — mruknął Harry pod nosem, wyciągając dłoń do dziewczyny w nienachalnym zaproszeniu. — Daj rękę, pomogę ci się podnieść. Bardzo dobrze. Nie wycieraj twarzy rękawem, wiesz, jak trudno spiera się zaschnięta krew z materiału? Nie? Więc uwierz na słowo, że przeważnie trudno. Życzysz sobie coś do picia?

— Wiadro wódki, poproszę.

— Myślałem raczej o czymś niezawierającym procentów, Katrino — przewrócił oczami Harry.

— Jako znieczulenie, oczywiście — dodała dziewczyna. — Przecież nie do celów rozrywkowych.

— Oczywiście.

— Oczywiście.

— Mniejsza o to. — Harry zwrócił swój ziejący obojętnością wzrok w stronę Snape'a. — Na czym skończyliśmy, szanowny panie...

— Nie mogę słuchać tych tytułów — sarknęła Katrina, wypluwając krew na białą posadzkę, jak gdyby nigdy nic ponownie zaczynając bawić się kosmykiem długich włosów; cienka stróżka krwi płynęła w dół jej brody.

— ...Naczelniku? Ach, już pamiętam. Jak już mówiłem, proponuję wymianę. Cóż mogą oznaczać żywi i oddychający ludzie, których nazwiska z miłą chęcią dostarczę panu na piśmie wobec zdrowej i szczęśliwej nastolatki, nieprawdaż? — Harry uśmiechnął się z niewinnością, jaka w nim nie istniała. — Czy to wystarczająca cena?

Czarnooki milczał, wpatrując się w twarz Malfoya, jakby samym wzrokiem mógł przeszyć jego czoło na wylot niczym kula z karabinu maszynowego. Jego oczy pociemniały nieznacznie, a usta zadrżały ledwo zauważalnie w niemej furii.

— Powinieneś się nauczyć, Potter, że nie pogrywa się z silniejszymi od siebie. Może to doprowadzić do nieprzyjemnych, nieoczekiwanych... konsekwencji, rozumiesz? Jest tyle szlachetnych żyć, które mogą okazać się twoją klęską, jest tyle istnień, których zerwanie może cię złamać.

W następnej chwili stało się kilka rzeczy naraz.

Zaklęcie Dracona przecięło powietrze jak wystrzał z procy, krzyk Katriny potoczył się echem po kuchni jak odległy sen, jedno z krzeseł upadło z głośnym trzaskiem na ziemię, gdy czarnooki mężczyzna zerwał się na równe nogi, a Draco Malfoy wylądował kilka metrów dalej, zatrzymując się z impetem na solidnej, grubej ścianie, po której osunął się z głuchym jękiem udręki.

Harry spojrzał na sztylet wciśnięty w miękkie ramię dziewczyny, następnie przeniósł wzrok na dłonie Snape'a łagodnie odsuwające kawałek rozciętego materiału, aby móc wydobyć ostrze z ciała, a na koniec rzucił okiem na Dracona, który potoczył rozkojarzonym wzrokiem po kuchni, klnąc jak szewc i rozmasowując kolistymi ruchami palców tył głowy (po jasnym karku spłynęła kropla świeżej krwi).

— Jak z dziećmi. — Chłód i zniecierpliwienie wezbrały w głosie Harry'ego, zatrzymując nieskuteczne próby Katriny odepchnięcia od siebie swojego ojca. Zielonooki wzrok zatopił się w oczach Snape'a jak nóż. — Byłbym rad, zacny panie Naczelniku, aby wstrzymał pan ten, jakże uroczy, pokaz paniki i zajął swoje uprzednie miejsce, na jasną, Merlinie, cholerę, uprzejmie pana proszę.

— Ty draniu... — wyszeptał Snape, jego palce drgnęły w poszukiwaniu różdżki.

Katrina wreszcie wyrwała się z ramion ojca i podnosząc się zamaszyście z ziemi, odskoczyła z zasięgu jego troskliwych rąk. Pospieszne kroki bębniące o podłogę i dziewczyna przypadła do obserwującego wszystko ze znużeniem Harry'ego, zatapiając palce w jego ubraniu jak w krystalicznie czystym strumieniu. Zielonooki sprawnym, płynnym ruchem obrócił Katrinę przodem do Snape'a, przytrzymując ją za ramiona.

— Daj mi odpowiedź — zarządał Harry, mrużąc ze zniecierpliwieniem oczy. — Teraz.

Harry wydobył z kieszeni różdżkę i jak za mrugnięciem powiek przystawił jej koniec do odsłoniętej skroni dziewczyny.

Snape spojrzał mu w oczy, zdając się szukać w nich potwierdzenia swoich własnych przypuszczeń. Harry wciągnął głęboko powietrze.

— Jedno życie za listę osób mających pozostać nietknięte, bez skazy, bez zadrapania. Proszę o odpowiedź, panie Naczelniku.

Dłonie Snape'a zacisnęły się w niejakiej bezradności w pięści.

— Wystarczy jedno, krótkie słowo — wyszeptał Harry.

— Ty...

Avad...

— Zgadzam się! — Snape wyrzucił z siebie słowa jak alkohol na drugi dzień po intensywnej libacji. — Przysięgam, Potter. Zgadzam się, na Merlina.

To zadziwiające jak wielką moc mają sylaby. Zielonooki poczuł się, jakby ciężar spadł mu z serca. Jego oczy spotkały się z oczyma Draco, przez które przesunęło się jak mgła szczere niedowierzanie. Do uszu Harry'ego dotarło ciche westchnienie ulgi ulatujące z płuc Katriny jak stado wolnych ptaków. Ciało dziewczyny zwiotczało w jego dłoniach; Harry pochwycił ją mocno pod ramiona i z troską opuścił na ziemię, jego palce drżały, gdy kropla jej krwi zamajaczyła na jego skórze. Uklęknął na posadce koło jej drżącego ciała. Spuszczając wzrok na młodą, odważną córkę wielkiego Ślizgona życzył sobie, żeby nigdy więcej nie przyszło mu być zmuszonym zranić jednych dla ochrony drugich - sądził, że kiedy wojna się skończyła został zwolniony z tego obowiązku, ale świat, jak zawsze, potrafił zaskakiwać.

Cała ta scena pachniała kuriozalnością, zupełnie jakby ktoś przełączył klatkę w mugolskim filmie na kilka ujęć do przodu, jakby przeskoczył jakiś włącznik i nadał szarości i brązom kolorów.

Z gardła nieco poturbowanej dziewczyny wydostał się nerwowy śmiech, pachnący gorzkim niedowierzaniem. Jej głowa opadła na kolana Harry'ego, jakby była kukłą teatralną, której w jednym momencie ucięto wszystkie sznurki.

W następnej chwili Draco klęczał już przy nich, na przemian przepraszając i szepcząc wszelkie znane sobie czary uzdrawiające nad posiniaczoną, zakrwawioną, umęczoną, acz promieniującą satysfakcją niemal wyczuwalną w powietrzu, Katriną.

— Zgodził się — jęknęła dziewczyna, ubarwiając swoje słowa śmiechem brzmiącym jak ulga zaklęta z dźwięku. — Zgodził się.

Kąciki ust Harry'ego wygięły się w uśmiechu pełnym wyczerpania. Zielone i szare oczy wisiały nad pobladłą twarzą, łagodność ich źrenic muskała jej skórę jak łabędzie pióro kołyszące się na powierzchni jeziora.

— Mhm. Nie odzywaj się przez chwilę. To trochę zapiecze. — Wybawca Czarodziejskiego Świata wskazał różdżką na twarz dziewczyny. — Episkey! Bez najmniejszej niepewności mogę cię uznać za bohaterkę dnia. Wiesz, to poświęcenie dosyć Gryfońskie, nie uważasz?

Nos zachrzęścił jak wiór pod podeszwami, gdy złamane chrząstki na nowo spajały się w całość.

— No wiesz co! — wykrzyknęła z oburzeniem Katrina, jak na wyczerpanie widoczne na jej twarzy brzmiąc dość butnie; Potter i Malfoy spojrzeli po sobie. — Ty naprawdę jesteś okrutny.

Śmiech wyrwał się z gardła Harry'ego i Dracona w tym samym momencie i zabrzmiał jak werble w cichej kuchni Blacków. Zielonooki z niewielkim uśmieszkiem na ustach przystąpił do uleczania rozciętego ramienia dziewczyny.

— Skoro już mowa o cechach adekwatnych dla danego domu z Hogwartu, to twój plan, Potter, był nader przebiegły, jak na Gryfona.

— Tak, cóż Malfoy, musiałem jakoś przetrwać te długie lata ubiegłej wojny, a z moim nieprzemijającym talentem do włażenia w sam środek głębokiego bagna, bez znajomości kilku nieczystych sztuczek przepadłbym bez pamięci.

— Trudno mi sobie wyobrazić twój sposób myślenia, wiesz? — mruknęła Katrina. — Z jednej strony podejmujesz poważne ryzyko, a z drugiej manipulujesz ludźmi, jakbyś był do tego stworzony, potrafiąc obrócić każdą, nawet najgorszą, sytuację na swoją korzyść. Co się stało z tym nieroztropnym, lekkomyślnym chłopcem, o którym nasłuchałam się swego czasu od ojca?

— Realia wojny czarodziejów go ukształtowały, Katrino, oto co się stało — odparł Harry; jego oczy zmrużyły się z troską. — Boli cię coś jeszcze?

Dziewczyna poruszyła się powoli, jakby niepewnie, przykładając palce do lekko opuchniętego policzka.

— Chyba nabawiłam się migreny, jeśli o to pytasz — jej westchnienie osiadło na skroniach Harry'ego jak stado szarych wróbli. — Sytuacja mnie przerosła.

— Jestem nieprawdopodobnym ślepcem. — Głos, który przerwał ich wymianę zdań, był cichy, zdawał się rozpadać na kawałki jak zamek z piasku.

Harry uniósł głowę, spoglądając na milczącego do tej pory Snape'a. Stał w tym samym miejscu co uprzednio, zasłaniając oczy dłonią - mógłby być posągiem zastygłym na wieki, gdyby nie ramiona, które drżały ledwo dostrzegalnie. Jego czoło naznaczone było pasmem głębokich zmarszczek jak poprzecinane ostrzem.

Naczelnik zaczerpnął drżąco oddech przez nieco pobladłe usta i pokręcił głową, nie opuszczając dłoni z twarzy.

— Trzeba być idiotą, aby nabrać się na sztuczkę dwóch dwudziestokilkulatków i piętnastolatki. Trzeba być niewidomym, aby nie zauważyć kłamstwa na ustach własnej córki.

— Przyrzekłeś — napomniał Draco, choć nie musiał. — Ślizgoni winni są dotrzymywać danego słowa.

Cichy śmiech wyrwał się z gardła Snape'a i brzmiał jak jęk przegranego z losem.

— Na wskroś perfidnie z waszej strony. Z twojej strony, Potter. — Dłoń opadła bezwładnie, czarne oczy zmrużyły się i zatrzymały na twarzy Harry'ego, przeszywając go intensywnością, która mogłaby spopielić duszę.

Chłopak spuścił wzrok. Nie posiadał w sobie więcej siły na walkę o godność - nie ona była dzisiejszą stawką.

— Muszę odpocząć — wyszeptała Katrina, zamykając oczy.

Serce Harry'ego ścisnęło się boleśnie, gdy jej powieki przymknęły się i otworzyły niczym płatki kwiatu; wyciągnął dłonie i podłożył ramię pod jej kolana, drugą ręką oplatając jej chude ramiona.

— Na górze jest sypialnia — powiedział i uważając, aby jej nie zaszkodzić, wziął ja na ręce, podkładając jedno ramię pod jej kolana, drugie zaś opierając na napiętych plecach. Wstał niespiesznie, delikatnie podnosząc piętnastolatkę. — Nieużytkowana przez długi czas, ale mógłbym zmienić pościel i rzucić kilka czarów rozgrzewających na pomieszczenie... jeśli chcesz, oczywiście.

Kąciki ust Katriny drgnęły nieznacznie, a powieki opadły na oczy jak welon.

— Zawsze jesteś takim romantykiem, Harry?

Zielonooki owinął szczelniej dłoń wokół chudych ramion i odgarnął długi kosmyk włosów, który wpadał do jej czarnych oczu.

— Tylko dla wybranych — odparł, uśmiechając się lekko, kierując się w stronę wyjścia z kuchni.

— W takim razie — Katrina westchnęła przeciągle i schowała twarz w zagłębieniu jego ramienia — szczęściara ze mnie.

Kiedy wchodził po schodach, zasnęła mu na rękach.


-VVV-


On zawsze mnie znał. Zawsze bardziej, niż bym chciał. Zawsze rozumiał lepiej motywy, które kierowały moimi działaniami, zawsze potrafił przejrzeć moje intencje, zawsze widział serce, którego nie widział nikt, widział wszystko to, co ukryte na dnie mojej zmarnowanej duszy.

I nienawidziłem go za to, nienawidziłem bardziej, niż siebie samego.

Oczywiście, nie byłby sobą, gdyby nie czekał, aż zejdę z piętra gotowy jednym spojrzeniem przyszpilić mnie do ściany.

Mówiąc, że był rozeźlony, minę się z prawdą. Minę się z nią szerokim łukiem.

Nie, Severus Snape, Główny Naczelnik panujących rządów, tegoż wieczoru, gdy wykorzystaliśmy jego córkę do walki przeciw niemu samemu, wcale nie był „rozeźlony".


-VVV-


— Nie wygrasz z władzą, Potter. Nie wygrasz ze mną.

— Wiem.

— Wiesz?

— Tak, wiem.

— Więc dlaczego wciąż walczysz?

Harry wzruszył ramionami i przeszedł powoli przez kuchnię, zajmując uprzednie miejsce, jak ognia unikając czarnych oczu Naczelnika. Draco, w niespodziewanie stronniczym geście, zacisnął dłoń na jego ramieniu.

— Czasami walka jest jedynym, co pozostaje. Czasami na nic innego nie starcza już sił — powiedział pustym, bezbarwnym głosem zielonooki obserwując porysowane drewno blatu stołowego, jakby było mapą planowanych podbojów. — Czasami, jedynie ją podejmując, nie przychodzi nam zgubić własnej osobowości w ogromie zmieniającego się świata. Być może to tylko jedna, niewielka wygrana spośród wielu, licznych porażek, ale właśnie z tego składa się sukces - z niewielkich kroków, jakie stawiamy na drodze do jego osiągnięcia. Czasami jeden, nieduży krok może przeważyć szalę.

Snape przyglądał się jego dłoniom, wodził wzrokiem wzdłuż zmarszczek na czole, spoglądał na splecione palce, leżące na drewnianym blacie.

— Nie każdego można uratować, Potter. — Czarne oczy zatrzymały się na jego źrenicach. — Sądziłem, że przez te wszystkie lata zdołałeś już się tego nauczyć. Mogę obiecać twoim bliskim nietykalność, ale nie odpowiadam za oddziały mugolskie, powinieneś o tym wiedzieć.

Harry otworzył usta, aby powiedzieć, że rozumie więcej, niż przekazują słowa, że nie wierzy we wszystko, co wypisane czarno na białym w gazetach, ale ostatecznie tylko pokręcił głową - nie było sensu mówić o rzeczach, z których obaj doskonale zdawali sobie sprawę.

— Wiem, Potter, że walkę masz we krwi. — Zielonooki uniósł głowę dostatecznie szybko, by spostrzec niedbałe wzruszenie ramion byłego profesora. — I że nie łatwo jest ją porzucić. Tyle że czasami... — Błysk czarnych oczu padających na zielone jak morska latarnia. — Czasami lepiej pozwolić sytuacji rozwijać się samej. Czasami lepiej odpuścić.

Czasami lepiej odpuścić, cóż za prawdziwe spostrzeżenie. Problem leżał na całkowicie innej płaszczyźnie, jakby nie patrzeć, a Snape... był wężem, doskonale wiedział co powiedzieć, by ułagodzić przeciwnika, by uśpić jego czujność i w odpowiednim czasie zaatakować ze zdwojoną siłą.

Potter ułożył wargi w lodowaty uśmiech i pokręcił głową. Zielone oczy, mimo chłodu nałożonego na twarz jak karnawałowa maska, stały się szkliste.

— Mówi pan to wszystko jedynie po to, by ratować Katrinę. Wiem to.

— Wiesz? Czasem twoja pewność co do swych słów mnie zadziwia, Potter. — Głos mężczyzny był cichy, przelewał się pomiędzy ich umysłami jak jakiś zmętniały, gęsty eliksir w obłych ściankach szklanej fiolki. — Być może przyszedłem tu dziś dla niej, jest moją córką, Potter i jakkolwiek źle o mnie nie myślisz, przyjmij do wiadomości, że kocham ją tak mocno, jak każdy rodzic kocha własne dziecko. No, przeważnie każdy, ale pojąłeś kontekst, nieprawdaż? Mniejsza o to, Potter, próbuję ci uświadomić, że nie dla Katriny próbowałem nakłonić cię do cichej współpracy. I wiedziałem, zawsze wiedziałem, że prędzej, czy później się do mnie zgłosisz i nie zrobisz tego dla siebie ani choćby dla mnie. Wszystko, co czynisz, wszystko, czym się kierujesz, jest rozpatrywane przez pryzmat bezpieczeństwa twoich przyjaciół, twoich bliskich. Twoje myśli podchodzą pod konkretny schemat, brzmiący: być może podejmując takie działanie, ściągnę na siebie nienawiść ogółu, ściągnę na siebie ból i niełaskę, ale jeśli właśnie to ma uratować tych, których kocham, zrobię tak bez zastanowienia. To naiwne myślenie, Potter. I nie zaprowadzi cię daleko.

Zielonooki ledwo powstrzymał się od nerwowego przygryzienia warg. Jego serce załomotało w sprzeciwie o mostek. Spojrzenie wpiło się w czerń źrenic mężczyzny, tak bezduszną, tak żądną władzy, że odbierała zrównoważony oddech. Harry czuł się, jakby się rozpadał, jakby nie potrafił utrzymać własnej osobowości w ryzach, miał wrażenie, jakby jego dusza pękała pod przytłaczającą czernią onyksowego spojrzenia.

— To naiwne, jak pan to określił, Naczelniku, myślenie pomogło mi wygrać ostatnią wojnę. I proszę mi nawet nie próbować wmówić, że wygrałem ją jedynie przez przypadek, bo to kłamstwo, w które nie uwierzę.

Źrenice Snape'a pociemniały, wąskie usta drgnęły ledwo zauważalnie.

— Nie wkładaj w moje usta słów, które nigdy nie padły. — Ton był spokojny, ale spojrzenie było niczym sopel lodu wbijany prosto w duszę, rozkładało ją na części, to spojrzenie paliło jak żywy ogień.

Harry zamknął oczy i przyłożył palce do skroni. Jego opanowanie pękło. Jego samokontrola posypała się pod ich stopami jak ziarna maku. Gardło zapętliło się w piekący supeł ani myśląc okazać bodaj grama litości.

— Nie rób ze mnie idioty — wyszeptał, nie mając już sił utrzymywać dalej tych wzniosłych, formalnych określeń. — Błagam cię, nie rób ze mnie idioty, nie zniosę tego.

— Czy uświadamiając cię, że istnieją na świecie bariery nieprzekraczalne, wybiłem cię z rytmu, Potter?

— Nie rozumiem. — Harry zaczerpnął drżąco oddech i zaśmiał się niemal histerycznie. — Nie rozumiem cię. Wszystko zdaje się takie oczywiste, wiesz? Wszystko, naprawdę. Ty na stanowisku Naczelnika i chaos, chaos, który nie jest pożogą, ale nie jest także spokojem, który miał nastąpić, panika rosnąca jak plaga, szepty krążące po mieście jak duchy i twoje przepisy, twoja wizja lepszego, nowego świata, w którym wszystko i wszystkich byłbyś w stanie kontrolować zza swojego wielkiego, wygodnego biurka. To takie przewidywalne, można powiedzieć, Śmierciożerca z perspektywą sięgnięcia po władzę, propozycja pojawiająca się ot tak — pstryknął chaotycznie palcami — z nikąd, no bo Potter i jego relacja, no bo bohater wojenny, no bo szpieg, szpieg, na Merlina, jak mógłbyś się oprzeć takiej okazji, Snape? Jedynie mroczny umysł był w stanie wymyślić tak ograniczające czarodziejów, tak restrykcyjne przepisy, tylko mroczny umysł mógłby pragnąć całkowitej kontroli. I wszystko maluje się czarno na białym, cały twój obraz, cały ten ponury pejzaż rzeczywistości, gdyby nie jedna kwestia, która nie daje mi spokoju, jedna, jedyna rzecz, która wciąż, po tylu latach, spędza mi sen z powiek. Miałbym jasny, klarowny obraz zaistniałej sytuacji, gdyby nie, na najdroższą Morganę, te przeklęte, przeklęte wspomnienia — głośny huk, gdy zielonooki uderzył pięścią w stół — te zdarzenia zaklęte w płynie, ta przeszłość wirująca przed oczami, wprawiająca mnie w obłęd, w szaleństwo, w niepojmowanie.

— Harry! — Głuchy krzyk Dracona przerwał tę litanię trosk, wyrywając Harry'ego ze stanu uniesienia jak ze snu i teraz - teraz gdy wszystko to, co tłamsił wewnątrz siebie, wreszcie uleciało z jego ciała jak dym - poczuł zmęczenie, a było to tak nagłe i tak silne wyczerpanie, że wszystko traciło przy nim znaczenie.

Zielonooki pozwolił swojej głowie opaść, a ta, ku jego ogromnemu zaskoczeniu wsparła się o coś ciepłego i miękkiego; uniósł wzrok, żeby zweryfikować źródło tego niespodziewanego podparcia i chwilę mu zajęło zorientowanie się, że to Draco - Draco pochylający się nad nim ze strachem w oczach (dlaczego w jego oczach jest strach?), Draco błądzący palcami po jego policzkach, starający się otrzeć łzy spływające w dół jego twarzy jak perły (Harry za nic nie mógł sobie przypomnieć, w którym momencie osłabł tak bardzo, że pozwolił sobie na płacz przykryty płachtą milczenia).

— Wystarczy — powiedział na jednym wydechu blondwłosy mężczyzna, nie spuszczając pełnego przestrachu wzroku z mokrej od łez twarzy Wybrańca. — Wystarczy. Snape, wynoś się z tego domu.

— Nie. — Harry zaśmiał się szaleńczo, histerycznie na własne słowa. — Niech zostanie. Musi mi wreszcie wszystko wytłumaczyć, bo nic nie rozumiem, naprawdę nic.

— Potter, źle się czujesz — wyszeptał Malfoy, kładąc zielonookiemu otwartą dłoń na czole. — Powinieneś się położyć. Może potrzebujesz czegoś na uspokojenie?

— Nie, Merlinie. — Harry odsunął się od dłoni Dracona, odchylając głowę do tyłu i zamykając oczy. — Nie dawaj mi eliksirów. Nie dawaj mi...

— Dobrze, dobrze, niczego ci nie podam! — Panika - zabrzmiała w głosie Dracona, jakby nie potrafiąc się w nim odnaleźć. — Niczego ci nie dam, obiecuję, tylko uspokój się już, uspokój się, weź głęboki wdech, dobrze, teraz powoli wydychaj powietrze. Powoli. Merlinie, Potter, przestraszyłeś mnie, nie masz pojęcia, jak mnie przeraziłeś. Już dobrze? Może chcesz herbaty?

Nie było dobrze, gdyby zielonooki był zobligowany do określenia własnego samopoczucia, ująłby to w ten sposób: symptomy - nadwrażliwość, nerwowość, zmęczenie; generalny przejaw oderwania od rzeczywistości; stan umysłu: jak po szatkowaniu, mieleniu i rozwałkowywaniu - ogólnie rzecz biorąc substancja bliżej nieokreślona o konsystencji dość przerzedzonej ulokowana w miejsce organu wewnętrznego, jakim jest ludzki mózg.

Harry rozmasował obolałe skronie.

— Nie zachowuj się, jakbyś był moją matką, Malfoy — powiedział cicho, nie unosząc powiek. Drżący oddech zaświszczał w jego ustach jak wieczne przekleństwo. — Post Scriptum: nie do twarzy ci w przestrachu.

Nerwowy śmiech Dracona przetoczył się po pomieszczeniu jak słaby żart przeciskany ciężko przez gardło.

— Dosyć tych kuriozalności! — Chłód, który wypadł z ust Snape'a miał w sobie siłę mogącą przenosić góry. — Utwórz, Potter, tę przeklętą listę, którą wywalczyłeś, a ja zabiorę ze sobą Katrinę i zniknę ci z oczu na długi czas.

— Nie pozwolę ci jej zabrać. Ona sama ci na to nie pozwoli.

— Nie macie w tej kwestii nic do powiedzenia. Skorzystaj z mojej oferty, póki jestem łaskawy.

Łaskawy. Wiem, że jesteś człowiekiem, którego powinienem się bać — pomyślał Harry — ale nie potrafię, nie po tym wszystkim, czego się dowiedziałem, nie potrafię cię ocenić, nie potrafię cię zdefiniować, ale wiem także, że nie boję się ciebie w takim stopniu, w jakim powinienem. Nie skrzywdzisz mnie, Snape, choćbyś musiał. Będziesz okrutny, bezwzględny, żądny władzy i wymagający mojego bezwzględnego posłuchu, ale nie zranisz mnie, bo nie potrafisz.

Chyba tylko owa pewność dała mu siłę na to, aby się sprzeciwić.

Powieki Harry'ego uniosły się powoli. Kąciki jego warg zadrżały. Mokre od łez oczy spotkały się z oczyma obojętnymi jak kamienie górskich szczytów.

— Twoja łaskawość, Naczelniku, mnie zachwyca, ale nie wypuszczę z sideł swojego uroku twojej córki, nie uczynię tego tak długo, póki sama nie zechce odejść. Chciałbym, aby zostało wypowiedziane to raz, a precyzyjnie: znajdujemy się w moim domu, ona znajduje się w moim domu i będziesz miał prawo odwiedzać ją tak często oraz pozostawać przy niej na tak długo, jak ci się żywnie podoba, ale Katrina zostanie tutaj, nie opuści wraz z tobą granicy tej posiadłości. Czy wyraziłem się jasno?

Snape obnażył zęby; wyglądał trochę tak, jak rozjuszony drapieżnik sposobiący się do skoku.

— Nie ty o tym decydujesz, Potter — splunął nazwiskiem Wybrańca jak pogardą. — Jestem w stanie zabić w tobie całą tę rzewną potrzebę konspiracji. Jestem w stanie cię zniszczyć.

— Nie śmiem wątpić, panie Naczelniku. — Brwi Harry'ego uniosły się niezobowiązująco. — Jednakże nie odpowiadam za czyny, które po pańskim, gorącym sprzeciwie podejmie pańska córka. Prawdziwy z niej anioł, doprawdy. Prawdziwy cud natury. Nasza współpraca będzie korzystna dla obu stron, proszę mi uwierzyć. Ja będę wierny przepisom prawnym i społecznym, nie będę wychylał się poza standardy, a pan obieca mi nietykalność bliskich mi osób i voilà, po kłopocie, cóż za przyjemny układ, nieprawdaż? Nikogo nie krzywdzi, nikogo nie mierzwi, nikogo nie dyskryminuje. Pan złożył przyrzeczenie, którego pan dopełni, ponieważ gdyby pan nie dopełnił, zacząłbym się obawiać, czy ktoś się z panem na ciała nie pozamieniał, a Katrina, słodka duszyczka nasza, będzie bezpiecznie trwać u mojego boku. Oczywiście — Harry wykonał nieokreślony gest dłonią — jak pan doskonale zdołał zauważyć, pozostanie całkowicie bezpieczna w moim towarzystwie.

Nie wiedział, czy ten fascynujący monolog do czegoś zaprowadzi, trochę z poczucia własnej słabości, trochę z wrodzonej buty ciągnął ten skandal, zamierzając rozciągnąć żyłkę jak najbardziej, modląc się skrycie, aby nie pękła. Snape widział jednoznaczność tej wypowiedzi, Snape zaczął mocno uważać na słowa Harry'ego, od kiedy pozwolił się oszukać, ale Snape wciąż nie potrafił ocenić do jak wielu czynów zielonooki mężczyzna potrafiłby się jeszcze posunąć - doskonale wiedział, że po wszystkim, co młodszy mag zdążył przeżyć w swym krótkim życiu, nie ma on już nic do stracenia.

— Ona wróci ze mną, Potter — wycedził po chwili, obnażając zęby po każdym słowie. — A ty jesteś nikim, żeby mnie powstrzymać.

Harry poczuł magię, czarną i gęstą jak smoła, drżącą w powietrzu wokół Snape'a jak mieszanka łatwo wybuchowa. Lodowaty dreszcz spłynął w dół jego kręgosłupa. Wiedział, że biorąc pod uwagę siłę magiczną jednostki, mógłby bez obawy postawić się Naczelnikowi i definitywnie dopiąć swego. Jednakże jeżeli nie pragnął zabić owego najważniejszego spośród obecnych polityków (a wiedział, że nie jest do tego zdolny, wiedział, że nigdy nie potrafił zabić drugiego czarodzieja z całkowitą tego świadomością, z całkowitą premedytacją, używając w tym celu technik uzasadnienie zakazanych), upokarzając go w tej chwili i puszczając wolno, skazałby się najprawdopodobniej na list gończy i przyjazną obecność dementorów, przed którymi potrafił się bronić, lecz przed którymi nie potrafił uciekać.

— To prawda — powiedział cicho zielonooki, schylając głowę, acz nie opuszczając spojrzenia. Snape obserwował spod kaskady rzęs, jak młodszy mag z niesamowitą usłużnością schodzi mu z drogi, jakby nigdy nie pragnął wywalczyć własnych praw. — Nie zatrzymam pana, jeśli postanowi ją pan zabrać ze sobą choćby w tej chwili. Jednakże wówczas zostanie przeniesiona, nie będąc tego świadoma i gdy tylko zrozumie, co się stało, znów przyjdzie do mnie, przyjdzie tam, gdzie pan jej nie odszuka i żadna przeszkoda nie będzie w stanie jej powstrzymać. Nie ścierpi pan tego, wiem to. Ta zdrada zapiecze ze zdwojoną siłą.

Rozsądek podpowiadał Harry'emu, że mężczyzna, który stał w bezruchu niecałe kilka kroków od niego, jest całkiem bliski uduszenia go gołymi dłońmi, co nakazywało mu schować głowę w piach i zamilknąć na wieki wieków, amen, ale brawura, która kiedyś go zgubi, wysyłając kilka stóp pod ziemię, dzielnie zwalczyła ten przejaw zdrowego rozumowania, nakazując trwać naprzeciw rozjuszonej kobry jak posąg z kamienia wyryty na konkretnym kwadracie przestrzeni.

Snape odetchnął głośno, raz, drugi, trzeci, usilnie starając się okiełznać swój temperament.

— Potter... — Snape westchnął ciężko, pokręcił głową, przyglądając się zielonym oczom z niejaką dozą niesmaku, po czym uniósł dłoń, ze zmęczeniem przecierając prawą skroń. — Starasz się mnie prześcignąć w tej walce o pozycję, ale to nie wystarczy. Nie podobają ci się moje działania, ponieważ ich nie pojmujesz. Przywykłeś do wojny, która wiecznie trwa i nie potrafisz... pogodzić się z losem, nie potrafisz zrozumieć, że nie zawsze życie biegnie po naszej myśli, dlaczego nie możesz pojąć tak prostych, banalnych prawd? Wyczyniasz... głupstwo i nawet, o ironio, wydajesz się zdawać z tego sprawę. Jeśli się uprzesz, wreszcie dopniesz swego, ale jakim kosztem?

Harry pokręcił przecząco głową, patrząc Snape'owi prosto w oczy.

— Już panu mówiłem, poddałem się panu, nie jestem takim głupcem, by choć starać się z panem walczyć bez konstruktywnego motywu. Jednakże jestem zwierzęciem stadnym. Jeśli przeczuwam, że w zagrożeniu pozostają bliscy memu sercu ludzie, atakuję, choćbym był w takowej napaści tak absurdalny, jak szczeniak rzucający się z nierozwiniętymi całkowicie kłami na dorosłą hienę. Ma pan rację, mówiąc, że nie wygram z panem - ale nikt nie będzie mógł mi zarzucić, że nie spróbowałem smaku rywalizacji, nikt mi nie powie, że poddałem się z podkulonym ogonem.

Snape, zapobiegawczo nie odwracając się do Harry'ego tyłem, przesunął się powoli w stronę schodów na piętro.

— Zabieram ją. Jesteś dla niej zagrożeniem, na które nie zważa.

Zielonooki milcząco wpatrywał się w czarne oczy Naczelnika, który to stawiał właśnie stopę na pierwszym stopniu.

— Być może zyskując wpływy, które obecnie dzierżę, zacząłem sądzić niewinnych, ale jest to przymiot, do którego mam prawo.

Ma pan prawo, które sam pan ustala, Naczelniku — przemknęło Harry'emu przez myśl — to absurdalność, a nie sprawiedliwość.

Snape wykonał kolejny krok ku leżącemu za jego plecami piętru, czym dał Harry'emu nikłą nadzieję na to, że poruszając się w ten sposób dalej, potknie się o rąbek własnej peleryny i padnie na, szydzące sobie z was, krawędzie schodów, łamiąc kręgosłup.

— Popełniasz błąd, Potter i przekonasz się o tym niebawem. — Tak, jakby błędem nie był sam fakt, że pozwolił kiedykolwiek skupić na sobie całkowitą i bezwzględną uwagę Naczelnika, tak, jakby błędem nie była większość jego życiowych decyzji. Snape odwrócił się i pokonał schody z szybkością dementora (jego czarna peleryna wzdymała się, gdy przecinał kilka stopni naraz - zupełnie, jakby obawiał się ataku, na który Harry nie pozwoliłby sobie nigdy), a zielonooki spoglądał za nim z chaosem w umyśle, który starał się przykryć za obojętnością nałożoną na twarz jak zaklęcie maskujące.

Obyś potknął się o własną dumę — pomyślał, mając nadzieję, że jego sfera myślowa wciąż pozostaje obszarem prywatnym, w którym mógł analizować fakty i stawiać własne wnioski.

Harry pragnąłby złamać mu serce i spoglądać w milczeniu, jak rozsypuje się po posadce, pragnąłby go zniszczyć, pokonać i uczyniłby to bez zawahania, gdyby tylko potrafił. W głębi duszy lękał się, co byłby w stanie z nim zrobić Snape w zemście za to, że ośmielił się wymusić na nim własną wolę, w głębi serca, które szalało w jego klatce piersiowej jak zagubiona w świetle ćma, wiedział, że przyjdzie mu jeszcze zapłacić za bezwarunkową miłość, której nie potrafił z siebie wykorzenić.

Lista nazwisk nie była długa i gdy wręczał ją bez słowa Naczelnikowi, który ze śpiącą Katriną na rękach zszedł powoli na parter, został obdarzony spojrzeniem przewiercającym duszę jak młot pneumatyczny i nie potrafił nie odwrócić wzroku. Lekka purpura wkradła się na jego szyję - nazwiska Weasleyów, tych, którzy jeszcze pozostali, lśniły na pergaminie jak ostateczność, szeptały o smutnej rzeczywistości. No i Malfoy, oderwany od kontekstu Malfoy, rzucający się z ostatniego miejsca w oczy jak księżyc na tle czarnego nieba.

— To pańska cena — odezwał się Harry, starając się brzmieć pewnie; z gorzkim rozczarowaniem stwierdził, że jego głos wypadł na wskroś słabo. — I mój warunek.

— Dziewięć nazwisk?

— Dziewięć żyć cenniejszych od złota.

— Nie widzę wśród nich twojego własnego.

Na twarz zielonookiego wpłynął, jak fala oceaniczna uderzająca o portowy brzeg, gorzki uśmiech.

— Moje jest bez znaczenia.

Snape nie opuścił wzroku, Harry denerwował się pod przykryciem jego oczu, jakby znów miał jedenaście lat i został przyłapany na przebywaniu poza dormitorium w czasie trwania nocnej ciszy.

Nie zachowuj się jak głupi, zlękniony smarkacz — zganił się w myślach zielonooki — jesteś dorosły, na Merlina.

Czerń była o wiele bardziej przytłaczająca, niż mógłby się tego spodziewać.

— Ten świat i tak nie ma dla mnie żadnej przyszłości. — Harry wzruszył ramionami, przesuwając wzrokiem po pasmach długich włosów Katriny lejących się w dół ramienia Naczelnika. — Mój czas już minął. Czasami lepiej umrzeć będąc uznanym przez świat, zapamiętanym jako bohater, niż żyć w zapomnieniu, gasnąc w samotności, apatii i bezruchu, dusząc się we własnym ciele jak w trumnie.

— O czym ty mówisz? — wyszeptał starszy czarodziej, w jego głosie niczym chwilowa nieostrożność zatlił się niepokój. — Dziecko...

Krótkie ukucie bólu, jakby ktoś przeszywał jego serce długą, cienką igłą, dwie pary oczu spotykające się w połowie drogi, ciężar spojrzenia, które milczy.

— Potter — poprawił się Snape, spuszczając wzrok.

To jakaś katastrofa — przemknęło przez myśl młodszemu mężczyźnie — niech on już zniknie, póki owo kuriozalne spotkanie nie przerodziło się w prawdziwą walkę o honor.

Harry odetchnął głębiej, odwracając głowę, starając się zapomnieć o rozbłyskach zieleni muskających barierki Astronomicznej Wieży.

— Powinien pan już iść — zasugerował sucho zielonooki mężczyzna, wpatrując się w pustkę wysokiej ściany. Wizja chłodnych jak szkło pokryte szronem wspomnień zamajaczyła przed jego oczami jak piętno. Zaczerpnął głęboko powietrze, wypuszczając je powoli i z umiarem. — To nie miejsce dla pana, Naczelniku.

— Dlaczego nie zapytasz?

Harry modlił się w duchu, aby owo pytanie nie okazało się tym, czym myślał, że jest.

— Słucham?

— Dlaczego nie zapytasz, ile jest warte twoje słowo wobec moich rządów, dlaczego nie zapytasz gdzie leży granica, której nie powinieneś przekraczać, dlaczego nie zapytasz, czemu to wszystko w ogóle ma miejsce?

Harry uśmiechnął się, a był to uśmiech przegranego z losem.

— Otrzymałbym odpowiedź?

— Nie przekonasz się, póki nie spróbujesz.

Prawda była taka, że nie chciał odpowiedzi - bał się wpływu, jaki mogła na nim wywrzeć, prawda była taka, że patrząc w owe czarne, pełne potęgi i pewności siebie oczy widział nastolatka o przetłuszczonych włosach, opatulonego szczelnie przetartą szatą. Lękał się, jak mógłby on wykorzystać jego ciekawość, lękał się jego zdolności manipulacji słabszymi jednostkami.

Świadomość obecności trwającego u jego boku Dracona przywracała Harry'emu zdolność podejmowania słusznych decyzji, dlatego też, czując pustkę wielką jak ocean bez dna, pokręcił głową i wbił wzrok w czubek własnych butów.

— Zaprowadzę pana do drzwi. Wyjście jest...

— Pamiętam, gdzie w tym budynku są drzwi, Potter.

Stał tam - ten czarodziej zbudowany z tajemnic - i patrzył w młodą twarz Wybawiciela - długie palce wplecione w brązowe włosy jego córki doprowadzały zielonookiego do obłędu. Chłopak zastanawiał się, czy kiedykolwiek wcześniej widział, aby trzymał on przy sobie kogoś tak blisko, aby przyciągał kogoś do siebie z taką zaborczością - Harry nie potrafił znaleźć na to innego określenia, choć, Merlin mu świadkiem, starał się, starał się naprawdę mocno.

Głos Snape'a niemalże przyprawił go o zawrót głowy.

— Więc, Potter, moje przeżycia stały się twoją zgubą, powiadasz? — Szyderstwo; zakuło umysł Wybrańca jak trucizna.

Harry drgnął, słysząc te słowa i spuścił oczy ku ziemi, szukając słów, którymi mógłby zaprzeczyć.

— On nic takiego nie powiedział — żachnął się Draco, jego chłodne, błękitne oczy błysnęły jak stal. — Nie wiem skąd to panu...

— Zamilcz, proszę — przerwał mu czarnooki, poprawiając zwinnie ułożenie Katriny w swych ramionach. — I racz nie odzywać się nieproszony.

Draco, nie wiedzieć czemu, zacisnął usta w cienką linię i odwrócił wzrok - na jego twarzy malowało się napięcie.

Harry zakodował sobie w pamięci, aby delikatnie, acz skutecznie wypytać młodego dziedzica Malfoyów o zachowanie gościnności szacownego Naczelnictwa oraz o zdarzenia mające miejsce, podczas gdy on sam był zajęty osobistą dyskusją z wszechstronnym przewodniczącym wspomnianego organu władzy.

— Potter?

Zielonooki przywołał na swą twarz wyraz uprzejmego zdziwienia i zaprzeczył ruchem głowy.

— Otóż nie, szanowny panie Naczelniku — odparł z całkowitym stoicyzmem. — Pamiętam po prostu piękną historię jednej miłości, w której bohaterem był pewien podobny do pana jegomość, ale to nie mógł być pan, nie ten sam, teraz jestem tego pewien.

Chłodne oczy Naczelnika przeszyły go niczym sztylety. Harry na moment wstrzymał oddech, czując na duszy ciężar tego spojrzenia.

— Doprawdy?

Harry oblizał wargi i odwrócił wzrok.

— Mam dobrą pamięć. — Wzruszył ramionami i udał namiętne zaintrygowanie własnymi paznokciami.

Snape poczęstował go grymasem pełnym niesmaku i mrużąc w zdegustowaniu oczy, puszczając jego stwierdzenie mimo uszu, skierował się do wyjścia. Harry spojrzał na niego znad wzniesionej do twarzy dłoni, Katrina poruszyła się niespokojnie w ramionach ojca i ułożyła głowę pod innym kątem, wzdychając cicho. Jej klatka piersiowa falowała w spokoju kojącego snu.

— Panie Naczelniku. — Głos Harry'ego zatrzymał Snape'a z jedną ręką leżącą na klamce drzwi prowadzących na podwórze. Czarne oczy rzuciły mu ponaglające, znudzone spojrzenie. — Proszę uważać po opuszczeniu posiadłości. To miejsce jest obserwowane przez jednostki mugolskie. Najlepiej pan uczyni, nie trzymając się otwartych przestrzeni i deportując się od razu ze schodów.

Patrzyli na siebie krótką chwilę, zanim Snape pierwszy nie odwrócił wzroku i, skinąwszy młodszemu magowi głową, nie otworzył drzwi. Harry uchwycił obraz znikającej z pola jego widzenia, drobnej sylwetki śpiącej beztrosko w ramionach opatulonych czarną, nieprzeniknioną peleryną.