.
Rozdział 6
Aniołowie w metalowych bunkrach
.
— Czy mógłbyś, Harry Potterze, z łaski swojej powtórzyć, co takiego zrobiliście?
Zielonooki oparł głowę o framugę salonowych drzwi głośnej siedziby ruchu oporu i westchnął ciężko.
— Cóż, doskonale usłyszałaś, jak mniemam — rzucił w stronę drewnianej obwódki okalającej przejście do pokoju, splatając dłonie przed sobą. — Użyliśmy szantażu wobec znamienitego Naczelnika, posługując się jego kilkunastoletnią córką. Wymusiliśmy na nim zapewnienie, że bliscy nam ludzie pozostaną nietykalni.
Aby stawić się dziś na zapowiedzianym zebraniu, musiał wypić dwie filiżanki podwójnego Espresso, a i tak miał wrażenie, jakby dryfował w przestworzach. Wiązka światła przesączająca się przez śnieżnobiałe firanki kuła go w oczy jak materia.
— Nie patrz na mnie, Granger — żachnął się Malfoy. — Ja jestem jedynie wojownikiem stojącym za plecami Pottera. Nie zatwierdzam kluczowych decyzji, jedynie je wypełniam.
Harry posłał Malfoyowi ponure spojrzenie i mocniej opatulił się podróżną peleryną.
— Nie odgrywajmy tragedii. — Zielonooki potarł w geście zmęczenia skronie. — Ten bydlak ma w swoim archiwum spis czarodziejów stanowiących: „zagrożenie polityczne". Myślisz, że stworzył go po to, aby porzucić na zakurzonej półce i oddać w niszczycielskie obroty molom?
Hermiona poprawiła się na zajmowanym krześle i spojrzała wymownie w stronę czarodzieja zajmującego głęboki fotel.
— Nie zamierzasz nic dodać, Antoniuszu? — wysyczała niczym rozjuszona kotka, a wspomniany mężczyzna spojrzał na nią znad okrągłych szkieł okularów.
Oczywiście — pomyślał ze zrezygnowaniem Harry. — Ona zawsze musi powołać się na autorytet, bez tego nie byłaby sobą.
Antoniusz Grey był cichym mężczyzną w podeszłym wieku z ilorazem inteligencji dorównującym, zapewne, samemu Albusowi Dumbledore'owi. Wszyscy bezsprzecznie traktowali go niczym mędrca organizacji, niezaprzeczalnie widząc w nim znamienity autorytet. Choć starszy człowiek często bywał zgorzkniały, zwłaszcza w okresie księżycowej pełni - mimo iż nikt nie znał tego prawdziwej przyczyny, potrafił rozumować i wyciągać logiczne wnioski na podstawie zasłyszanych opowieści członków stowarzyszenia. To on, w znacznej mierze, decydował o krokach, jakie organizacja miała podejmować tak, aby nie pozwolić wprowadzić się w istną pułapkę dającą kres ich ruchowi oporu.
Malfoy przygryzł dolną wargę i przeniósł spojrzenie na starszego mężczyznę, Harry zamknął oczy i odchylił głowę do tyłu, opierając się potylicą o niezbyt wygodną framugę.
Antoniusz zaciągnął się fajką trzymaną w dłoni i ogarnął spojrzeniem grupę zebranych osób, zatrzymując wzrok na spoglądającym w sufit Potterze.
— Więc Severus Snape ma córkę... toż to dopiero świeża nowina. Utrzymywał jej istnienie w tajemnicy, wobec czego z pewnością nie zadziałał na jego korzyść fakt, że jego młódka wyszła z cienia w pełne światło naszych reflektorów. Pytanie brzmi: dlaczego to zrobiła?
— Jeśli wierzyć jej słowom — mruknął cicho Malfoy — była nader zdeterminowana, aby sprzeciwić się jego rządom. Była niezmiernie chętna nakreślić przed nami, nieznane nam uprzednio, plany Naczelnictwa.
— Cóż za dotkliwa zdrada. — Antoniusz zmarszczył cienkie brwi, ssąc leniwie ustnik wygiętej niczym kocie wąsy fajki.
Zielonooki, patrząc na tę starczą, pomarszczoną twarz doszedł do wniosku, że czarodziej nie ufa ani na jotę młodej Katrinie, która pojawiła się dla nich niczym gwiazda z nieba.
— Wierzę w jej zmianę frontów — odezwał się Harry z całkowitym zdecydowaniem. — Ufam jej zapewnieniom.
Hermiona wydała z siebie niezadowolone prychnięcie; siedząca obok niej Luna Lovegood położyła dłoń na jej ramieniu. Kobieta łypnęła na odzianą w niezachwianą biel Lunę i już otwierała usta, by wyrazić swoją ogólną dezaprobatę dla bezgranicznej ufności Harry'ego, kiedy spokojny głos wkradł się w przestrzenie staromodnego wnętrza salonu.
— Popełniliście olbrzymią omyłkę, pozwalając owej młodej damie narzucić się waszym osobom.
Owe słowa uderzyły Harry'ego niczym kilkukilogramowy dzwon; zwrócił swe, przepełnione niezmierzonym zamętem, oczy ku starszemu, bardziej doświadczonego życiem magowi.
— Ha! — wykrzyknęła, dumnie niczym paw, Hermiona. — Doprawdy, mówiłam wam...
— Jednakowoż — wkradł się w jej słowa głos Antoniusza roszcząc sobie ich przestrzeń — mimo głupoty, jaką uczyniliście, pozwalając bez całkowitej pewności wpleść się obcej jednostce w nasze tajemne życie, mam przeczucie, iż owa dama autentycznie odpowiedziała się po naszej stronie barykady.
Draco zamknął oczy, wyglądając, jakby ogromny, przytłaczający ciężar spadł z jego ramion, przywracając oddech oraz równomierność w rytmie bicia jego serca; rozluźnił się nieznacznie i zapadł głębiej w swoje krzesło. Niedowierzające spojrzenie Hermiony przemknęło po twarzy starego człowieka jak cień, a następnie zatopiło się w zielonych oczach swego przyjaciela.
Harry wytrzymał ze spokojem przeszywające spojrzenie Hermiony.
— Ona jest odpowiedzią — powiedział cicho, mierząc się wzrokiem z przyjaciółką ponad gładkim blatem stołu. — Bez niej nie mielibyśmy pojęcia o żadnym spisie prowadzonym przez Naczelnictwo. Teraz przynajmniej wiemy, by pilnować się z własnym zachowaniem, z własnymi postępkami poza terenami tej posiadłości oraz mieć się na baczności. Można się pokusić o stwierdzenie, że młoda Katrina ostrzegła nas, z ogromnym zapałem, o niebezpieczeństwie, jakim jest obecny organ rządzący. To już nie są żadne pogłoski - tak wygląda rzeczywistość. Bez niej to wciąż byłyby jedynie nasze, mniej bądź bardziej trafne, przypuszczenia. Nie oszukujmy się, jeśli mowa o Naczelnictwie, a co dopiero Severusie Snape'ie, wciąż nie wiemy prawie niczego.
Starszy mężczyzna przyglądał się Harry'emu z zamyśleniem - zdawało się, iż cały salon zamarł w oczekiwaniu na jego opinię. Płomienie świecy uwidaczniały głębokie zmarszczki na jego twarzy, minione lata zapisane były na jego powiekach, które ciążyły wyraźnie w niemym zmęczeniu.
Powolny, krótki ruch głową Antoniusza wyrażający zgodę - spróbujmy jej zaufać — mówiły jego oczy — dajmy jej szansę. Harry wypuścił z płuc, nieświadomie wstrzymywane, powietrze i skłonił z respektem głowę przed sędziwym magiem.
— Dziękuję — wyszeptał, czując, jak ciężar spada z jego serca. Zielone oczy odnalazły szare i przez jeden, krótki moment dzielili tę samą ulgę przelewającą się przez ich twarze jak krople deszczu.
— Dosyć tych sentymentów. — Antoniusz potarł pomarszczone skronie. — Skupmy się na realnych problemach.
Harry spiął się ponownie - lekkie napięcie mięśni, a jednak wciąż tak bardzo przytłaczające - ponieważ, jak dobrze zdołał poznać starszego mężczyznę, słowa: „realny problem" w jego ustach zawsze oznaczały nadchodzącą akcję w terenie (małe apokalipsy - jak to mawiała Luna, błyskając dużymi oczyma znad stron czytanego do góry nogami Żonglera). Espresso w jego filiżance zaczynało stygnąć - pociągnął duży łyk czarnego napoju, zastanawiając się, czy na jakąkolwiek misję starczy mu jeszcze sił.
— Dostaliśmy cynk na mugolski schron, swego rodzaju bazę, można by rzec — odezwał się spokojnie Antoniusz, wypuszczając z ust siwe obłoki dymu, którego źródłem była raz po raz przytykana do warg fajka. — Jak nam wiadomo, w bazie tej znajdują się dokumenty z adnotacją: „ściśle tajne", dotyczące prognoz działań wojsk ludności niemagicznej. Dwoje z was, dwoje najbardziej przebiegłych i najzdolniejszych w kamuflażu, prześlizgnie się na jej teren. Ich zadaniem będzie założenie podsłuchu na mugolskie aparaty komunikacyjne oraz dotarcie do ukrytych dokumentów i przekopiowanie ich zawartości. Oczywiście, wszystko powiedzie się dobrze, jeśli nikt was nie przyłapie: grunt, nie pozostawić po sobie śladu, przemknąć się jak cień i nie dać mugolom podstaw do podejrzeń o spisek.
— Stała czujność — mruknęła Hermiona. — Skąd ja to znam — westchnęła przeciągle i przetarła oczy jak po wielogodzinnym śnie. — Dobrze więc, z kim będę miała przyjemność dzielić tę misję?
Krzywy uśmiech Antoniusza przyprawiał o dreszcze, wnikliwe oczy spoczęły na byłej Gryfonce jak sztanga.
— A któż to powiedział, że jedną z tych osób będziesz ty, Granger?
Dłoń Hermiony opadła, jak pozbawiona czucia, błysk brązowych oczu zatlił się niedowierzaniem. Kobieta otworzyła i zamknęła usta, po czym jej ciężki wzrok spoczął na Malfoyu (jej oczy zmrużyły się, a ramiona napięły jak struny).
— Skoro nie ja, to...
— Potter i Malfoy, zgadza się.
Draco uchwycił spojrzenie Harry'ego, którego dłoń trzymająca filiżankę kawy zamarła w połowie drogi do ust.
— Dlaczego...?
Hermiona zamilkła, gdy Antoniusz uniósł otwartą dłoń, prosząc milcząco o spokój.
— Ponieważ, Granger, obaj oni przeszli przez kurs aurorski, który przygotowywał ich do radzenia sobie w ekstremalnych warunkach i w niepospolitych sytuacjach — uciął ostro wszelkie wątpliwości starszy mężczyzna, po czym westchnął przeciągle, widząc niezadowolenie malujące się na twarzy Hermiony jak gradowe chmury. — Wierzę, że poradzą sobie perfekcyjnie — dodał już spokojniej i zlustrował spojrzeniem dwójkę magów.
Harry odetchnął głębiej, czując, jak jego serce ponownie przyspiesza, a adrenalina uderza do żył.
— W porządku — powiedział cicho, siląc się na spokój. Krótkim zaklęciem odesłał swoją filiżankę z wystygłą, na wpół wypitą kawą do kuchni i wyprostował się powoli. — Wrócimy jeszcze przed świtem.
Draco skinął głową i wstał z zajmowanego miejsca, podążając, z nieoznaczonością wypisaną na twarzy, w stronę stojącego w drzwiach Harry'ego.
— Moją radą jest, abyście nie ignorowali swojego przeciwnika, uważając go za godnego waszego czasu i waszych poświęceń. Pamiętajcie jednak — przypomniał starszy czarodziej, zaciągając się swoją, nieporzucaną nigdy samotnie, fajką — że mugole nie mogą was zobaczyć. — Odchylił się w fotelu i spojrzał w sufit. — Inaczej całą akcję szlag trafi, a ja utwierdzę się jedynie w waszej wierutnej niekompetencji.
Harry odpowiedział na ostre słowo szyderczym wygięciem warg, po czym zaklęciem zapiął swą pelerynę podróżną aż po samą szyję i nie żegnając się z nikim ani słowem, wyszedł na korytarz, czując, że w końcu, pierwszy raz od dawien dawna, zrobi w swoim życiu coś pożytecznego.
-VVV-
Piękna posiadłość. Nasza mała, chwilowa ostoja, zdająca się istnieć samoczynnie oddalona od świata, oddalona od wszystkiego, co mogłoby ją spopielić.
— Wydawała się niezniszczalnym miejscem. Zdawała się schronem najbezpieczniejszym na ziemi.
Nic nie jest takie, jakie się wydaje - nauczyłem się tego już dawno temu.
Misja, na którą nas posłano była tym, czego od dawna oczekiwaliśmy, próbą sprawności, próbą wytrzymałości - choć przypuszczam, że drogi, stary Antoniusz od dawna planował powierzyć owo działanie naszej dwójce. Gustowna rezydencja, trzeba przyznać, ten mugolski bunkier - okazał się willą na skalę arystokracji, zaczęło mnie zastanawiać, czy nie jest chroniony w jej murach jakiś prezydent czy premier, w każdym razie osobowość nader istotna w mugolskim społeczeństwie. Umundurowani stali na każdym rogu, kręcili się po dziedzińcu otaczającym ów pałac jak kruki i nagle największym problemem nie było to, jak znajdziemy żądane dokumenty, ale jak w ogóle przedostaniemy się do środka. Szybko odkryliśmy, że przestrzeń nie jest objęta barierą antydeportacyjną, jednakże w teleportacji istniał jeden, znaczny mankament - nie mogliśmy się aportować w miejscu, którego nigdy nie widzieliśmy. Najłatwiej, zapewne, byłoby podszyć się pod dwojga z nich - zwiadowców obserwujących przyległy do owej bazy teren bądź też pod roztrzepanego dostawcę jedzenia, jednakże słowa Antoniusza mówiące o tym, że nie możemy pozwolić się zobaczyć nikomu, dźwięczały nam w uszach jak wieczne przekleństwo. Na domiar złego pierwsze utrudnienia pojawiły się, zanim zdążyliśmy się choćby lepiej rozeznać w okolicy.
-VVV-
Harry wypuścił świstoklik z rąk i rozejrzał się wokół - otaczały ich skaliste wzniesienia sięgające chmur, miejsce, w którym stali porośnięte było z rzadka lasem iglastym - o ile można w ten sposób nazwać kilka drzew piętrzących się w stronę słońca schowanego za gęstymi chmurami. Zielonooki zaciągnął się głęboko powietrzem, myśląc, że wcale nie obraziłby się na wizję skromnego życia w górskich klimatach - wiatr przyjemnie muskał ich twarze, zdając się lżejszy i bardziej rześki od tego, z którym byli zaznajomieni.
Głuchy, cichy syk przerwał zielonookiemu kontemplowanie krajobrazu, a chłodne wargi zostały przytknięte do jego ucha jak pocałunek cienia.
— Padnij! — wyszeptał Malfoy, wdmuchując na skórę Wybrańca masy gorącego powietrza.
Harry poczuł pociągnięcie za nadgarstek i chwilę później przypadł, z Draconem u boku, na brudną, miałką ziemię za sporych rozmiarów głazem. Zwrócił w stronę Malfoya pytający wzrok, a on pokręcił głową i przyłożył palec do ust, nakazując bezsprzeczne milczenie. Kroki usłyszał chwilę potem. Serce podeszło Harry'emu do gardła, różdżka wysunęła się z rękawa jak nieodłączna towarzyszka. Zaczęli niespiesznie, ostrożnie przesuwać się najciszej jak potrafili, sunąc tuż przy ziemi jak dzikie węże, równolegle do nadchodzącej jednostki - powoli okrążyli głaz i zastygli w bezruchu po drugiej jego stronie, nasłuchując uważnie. Dwie sekundy, cztery.
Kroki zdawały się powoli oddalać. Malfoy odetchnął głęboko i przymknął na moment oczy.
— Patrol — oznajmił Harry pustym, bezbarwnym głosem, opierając tył głowy o oklepaną, twardą ostoję.
Szare oczy spojrzały na niego tak, jakby towarzyszący mu mag spodziewał się, że za moment zielonooki przedstawi mu błyskotliwe przedsięwzięcie mające na celu zniwelowanie tegoż nieprzewidzianego obchodu prowadzonego przez mugolskie jednostki.
— Jaki mamy plan? — zapytał, wpatrując się w drugiego mężczyznę tak intensywnie, jakby się bał, iż za moment Potter zapadnie się pod ziemię, a oni pozostaną sami - on i przyszłość.
— Nie wiem, Malfoy, nie obmyśliłem jakichś monumentalnych wizji, mających na celu wyplątanie nas z tej sytuacji — warknął Harry z nieco większym rozdrażnieniem, niż wymagała tego sytuacja; miał wrażenie, że serce niebawem wyskoczy z jego piersi.
Szare oczy zrobiły się okrągłe niczym spodki.
— Daj spokój, Potter, w przeszłości potrafiłeś wydostać się nawet z więzienia w posiadłości mego ojca, a wierz mi, ucieczka z Malfoy Manor o stokroć przewyższa poziomem trudności, jak mi się zdaje, przedostanie się na tereny mugolskie. — Draco przygryzł w zniecierpliwieniu wargę, podczas gdy zielonooki wpatrywał się w niego tępo, zastanawiając się, jak wielkie strategie rysowane na murach tamtych obskurnych lochów wyobraża sobie dziedzic rodu Malfoyów.
— Nie mieliśmy żadnego, ogromnego planu, Malfoy, jeśli o to ci chodzi, to było najbardziej spontaniczne działanie, jakie można sobie wyobrazić.
Dracon wciągnął głęboko powietrze, po czym wypuścił je chwiejnie spomiędzy warg.
— Ty chyba żartujesz — niemalże wypluł, przecierając oczy dłońmi. — Tamta pułapka była nie do przejścia, tamte lochy karmiły się magią przebywających w nich osób, w tamtych podziemiach zmarło wiele dojrzalszych, starszych i bardziej wykwalifikowanych czarodziejów od ciebie, a ty mi mówisz, że poszedłeś na żywioł?
Harry obrzucił Malfoya spojrzeniem pełnym niekrytej niechęci.
— Tak, właśnie to powiedziałem — wysyczał przez zęby, czując przeszywający ciało chłód na wspomnienie owego pamiętnego dnia. — A teraz racz się zamknąć, póki strażnicy nas jeszcze nie usłyszeli.
Draco odetchnął głęboko, wyraźnie próbując uspokoić swe rozedrgane nerwy. Harry ocenił, że jego ostra przygana ma się nijak, do nawiązania głębszej współpracy i z cichym westchnieniem przeklął w myślach swój chłodny ton.
— Dobrze więc, musimy się przedostać do środka — rzekł cicho arystokrata, ryjąc bladymi palcami w drobny mech wciśnięty pomiędzy co większe płaty kamieni; kiedy oderwał od nich dłoń Harry przypatrywał się krótką chwilę drobinom zielonych listków roślin naczyniowych, osiadłych pod jego paznokciami. — Bez rzucania się w oczy nie wejdziemy głównym wejściem. A wnioskując po patrolach nachodzących tę okolicę, nie wejdziemy nawet żadnymi z bocznych drzwi.
Harry zmrużywszy oczy, przypomniał sobie ogromne, wężowe cielsko, poruszające się niegdyś po Hogwarcie w sposób szybki i niepozwalający na odkrycie swej obecności tysiącom uczniów i całej kadrze nauczycieli, potwora, którego obecność wszyscy przeczuwali, choć bliższe z nim spotkanie zaliczyli jedynie nieliczni - zawsze w pojedynkę, zawsze w osamotnieniu.
— Rury — mruknął pod nosem, starając się odgadnąć, w którym miejscu, na tej ogromnej przestrzeni mugole mogli umieścić kanalizację ściekową bądź wentylacyjną.
— Ty chyba oszalałeś — jęknął, brzmiąc nadzwyczaj słabo, Malfoy.
Wzrok Harry'ego zatrzymał się na umiejscowionym w niższych partiach, na podgórskiej łące starym, ledwie dostrzegalnym z miejsca, w którym stali, zdaje się, że mocno przerdzewiałym wentylatorze. Oczy Dracona podążyły za spojrzeniem kompana.
— O Merlinie — wyszeptał, oddychając nieco zbyt głęboko i niemal krztusząc się przy tym powietrzem. — Nie możesz mówić poważnie...
Harry wychylił głowę zza głazu i spojrzał za dwoma strażnikami, aby upewnić się, że tamci już dawno zniknęli z pola widzenia. Wstał szybko i pociągnął Malfoya za rękę (blada dłoń drżała w jego palcach, naciskając na jego skórę, zarysowując nieintensywnie acz nieco boleśnie paznokciami, znacząc we wnętrzu dłoni Harry'ego nieuchwytne labirynty).
— Chodź. I postaraj się nieco ochłonąć. Na nic się nie zdasz, gdy wciągną cię prądy paniki.
Malfoy, niemal automatycznie, pospieszył za pewnie stąpającym po śliskich kamieniach Harrym, życząc sobie, aby nigdy więcej nie przyszło mu partnerować w znaczącej misji komuś tak spontanicznemu, komuś tak niepohamowanemu. W tym momencie przeklinał z całych sił Antoniusza, że nie pozwolił wyruszyć tutaj przemyślnej i logicznie rozważającej najdelikatniejsze detale Granger, czując się niczym owca pośród stada łakomych wilków.
Kiedy stanęli przy wlocie do rurociągu, serce Malfoya ogarnęła bezduszna, niema trwoga, wżerająca się w ciało niczym rak, zagarniająca sobie jego, coraz to większe, obszary. Z kanału docierał ich wywiew kwaśnej wilgoci i mętnej stęchlizny, omal nie przyprawiając Dracona o odruchy wymiotne. U wlotu, grzbietem do dołu, leżał na wpół zjedzony przez robaki kłębek szarego futra, który kiedyś musiał być zapewne szczurem - Malfoy nie był całkowicie pewien.
— Zwymiotuję... — wyszeptał słabo Draco, przełykając gwałtownie ślinę.
Harry skrzywił się i spojrzał spod rzęs na jego bladą jak u topielca twarz.
— Daj spokój, Malfoy, można by pomyśleć, że w czasie wojny czarodziejów nie naoglądałeś się wystarczająco martwych ciał w o wiele gorszym stanie.
— Ale nie w większym stadium rozkładu — mruknął dziedzic fortuny Malfoyów, po czym przetoczył koniuszkiem własnej różdżki truchło szczura ku krawędzi i zrzucił z ich drogi na twardy kamień - małe ciałko, na kontakt z podłożem, wydało z siebie głuche mlaśnięcie. Draco, bardziej blady od księżyca w pełni, wstrzymał powietrze i wpełzł do kanału niczym wąż wodny, przeciskając się przez klaustrofobiczne rury z niemą determinacją (jakby samemu sobie starał się udowodnić własną wartość).
Harry westchnął i wślizgnął się do środka tuż za nim.
— Postaraj się być cicho — wyszeptał zza pleców Malfoya, którego ręce ślizgały się po wilgotnych ściankach rurociągu. — Nie masz pojęcia, jak bardzo niesie się dźwięk po takich długich, zamkniętych przestrzeniach. Trochę, jak w sali akustycznej, tylko z większą werwą. Bo widzisz...
— Błagam cię, Potter, zamilcz już.
Harry uniósł brwi słysząc lichy szept Malfoya, który brzmiał, jakby wzbierało mu się na mdłości.
— Nie zemdlej mi tutaj, chojraku — rzekł, przekrzywiając głowę, aby dojrzeć w półmroku twarz kompana.
— Obiecuję, że się postaram. — Draco splunął pod swoje ręce, mrugając, jakby odganiał mroczki sprzed powiek i przyspieszył przesuwanie się w głąb kanału. — Rusz się, na Merlina, nie zamierzam tu zgnić, czekając, aż mnie dogonisz.
Kiedy dotarli do wylotu, Harry z ulgą stwierdził, że przed nimi rozciąga się ciemna, nieużytkowana piwnica, której zatęchłe, skwaśniałe powietrze było błogosławieństwem w porównaniu do duszności ciasnych, zaśniedziałych rur.
Malfoy padł na podłogę, spod zmrużonych powiek obserwując, jak zielonooki gramoli się w ciszy z wylotu kanału i przesuwa wzrokiem po pomieszczeniu, jakby w oczach miał zamontowane skanery.
— Jeśli się stąd wydostaniemy, przyrzekam, że cię zamorduję. — Draco doczołgał się do betonowej ściany i oparł się o nią całkowicie wyczerpany. Harry przesunął wzrokiem po jego, zazwyczaj pedantycznie ułożonych włosach, które sterczały teraz na wszystkie strony, lepiąc się od niezidentyfikowanej posoki, brudu i kurzu. Próbował sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek widział Malfoya bez ideału na twarzy, bez białego jak śnieg lica, bez żelu trzymającego zgrabną fryzuję, bez całkowitej wyższości osiadającej na twarzy jak pył.
— No i na co się patrzysz, idioto? — prychnął Draco, zaciskając dłonie w pięści. — Przyjmij do wiadomości, że w obecnej chwili mógłbym być, równie dobrze, twoim lustrem.
Harry, mimo wszechogarniającego go zmęczenia i niesmaku, wygiął usta w krzywym uśmiechu i przytrzymując się krawędzi dopiero co opuszczonej rury, podniósł się chwiejnie na nogi.
Malfoy, oddychając ciężko, pochwycił się pierwszej rzeczy, jaka znalazła się pod jego ręką, aby podźwignąć się do pionu.
Głuchy rumor rozbrzmiał echem po starej piwnicy, Harry instynktownie doskoczył do Dracona i w ostatniej chwili pochwycił osuwającą się na niego konstrukcję.
— Uważaj, na boga — syknął zielonooki. Jeszcze nie zdołał spostrzec, że Malfoy wytrzeszczył oczy i zamarł, wpatrując się w coś nad jego ramieniem, jakby zobaczył nieboszczyka. Zreflektował się, dopiero gdy ten, drżącą ręką wymacał różdżkę i skierował ją na twór, który osunął się przed chwilą na jego ciało. Harry odwrócił gwałtownie głowę i niemal krzyknął. Jego serce podjechało do gardła, a krew zastygła w żyłach, kiedy pusty, niewidzący błysk spojrzenia spoczął na nim jak klątwa. Zielonooki przełknął ciężko i już zamierzał podjąć ofensywę, gdy zorientował się, że wpatruje się w szklane oczy witrynowego manekina. Zastygł w bezruchu, spoglądając na gipsową twarz nieruchomą niczym odlew pośmiertny, a oddech uciekł z jego gardła jak ostatnie tchnienie, kiedy wszechogarniająca go ulga otuliła jego serce jak pierzyna. Pokręcił dynamicznie głową - kilka kosmyków wpadło mu do oczu; Kiedyś mnie wykończysz, pajacu — pomyślał ze zmęczeniem, czując silny uścisk palców blondyna na swoim szczupłym nadgarstku, po czym odłożył delikatnie, starając się nie narobić hałasu, sztuczną konstrukcję na chłodną ziemię; kilka kasztanowych kosmyków z syntetycznego włókna musnęło jego szczękę. — Uspokój się, Malfoy, to tylko atrapa.
— Co? — Draco wytrzeszczył oczy na manekina leżącego na betonowym podłożu, próbując ułożyć w swojej głowie, jak ktokolwiek mógłby stworzyć twór tak podobny do ludzkiego i w jakim celu miałby to czynić.
Zielonooki podszedł do drugiego maga i ujął jego twarz w swoje dłonie, zmuszając do spojrzenia mu w oczy.
— To kukła, Draco. Nie ma w sobie życia.
— Na pewno posiada jakąś iskrę, która ją napędza... — zaczął niepewnie Malfoy, acz jego różdżka opuściła się nieznacznie.
Harry pokręcił głową.
— Nie istnieje w niej magia. Nie ma w sobie żadnego generatora. Zaufaj mi, znam mugoli, rozumiem mugoli.
Draco oblizał, z wyraźnym niepokojem w oczach, usta.
— Więc... to nie jest coś w rodzaju inferiusa, tak? — wymruczał niepewnie, a Harry potrząsnął energicznie głową.
— W żadnym stopniu nie jest do niego podobny — zapewnił, zdejmując ręce z owej pobladłej twarzy, mając coraz mniejsze nadzieje na to, że nie popadną w szaleństwo i nie utoną w białej gorączce, zanim jeszcze zdążą przedsięwziąć jakiekolwiek skuteczne działanie. — Morgano, błagam cię, nie zachowuj się tak paranoicznie, przyprawisz mnie o zawał.
Draco odetchnął głęboko i przetarł umazaną brudem twarz dłonią.
— Cóż, jedno jednakowoż udało nam się osiągnąć — powiedział, oblizując nerwowo wargi. Jego wzrok zaczął skakać po pomieszczeniu jak szaleniec w zakładzie zamkniętym.
— Co takiego? — westchnął z wyczerpaniem Harry, myślami będąc na poziomie rozważań, dotyczących tego, gdzie w tych ciemnościach są, na Merlina, schody prowadzące na wyższe kondygnacje.
Malfoy uchwycił jego rozbiegany wzrok i uśmiechnął się ponuro.
— De facto, Potter, udało nam się dostać do środka. To o wiele, wiele dalej, niż tam, gdzie początkowo sądziłem, że uda nam się przedrzeć.
-VVV-
Przez chwilę dwoje mężczyzn stało w bezruchu w drzwiach piwnicznych, wpatrując się w milczeniu w pusty, głuchy korytarz. Wiszące przy suficie kandelbary wydawały się Harry'emu scenerią wziętą wprost ze średniowiecznej opowieści i przez chwilę zastanawiał się, jak chciwi muszą być architekci tej posiadłości, skoro nie zadowoliły ich zwykłe żarówki chwiejące się na kablu, otoczone pospolitym kloszem. Bura, dywanowa wykładzina ciągnęła się u stóp wysokich ścian, znikając w mroku korytarzy.
Zielonooki pozwolił sobie na zaczerpnięcie głębokiego oddechu niczym przed skokiem na głęboką wodę. Kiedy ruszył, aby zatopić się w ciemność korytarza, własne kroki dzwoniły mu w uszach, zdając się zbyt ciężkie, zbyt głośnie, niestosowne do zaistniałej sytuacji.
— Zajmę się montowaniem podsłuchu, ty znajdź w tym czasie jakieś archiwa — zarządził Harry, przeczesując spojrzeniem ciemność pochłaniającą korytarz.
— Nie wygaduj absurdów — wysyczał drżąco Dracon do jego ucha. — Wiesz, jak łatwo zgubić się w tak ogromnej posiadłości? Wiesz, ile pomieszczeń może znajdować się na każdym piętrze? Mieszkałem w takim latyfundium, Potter, i uwierz mi, jeśli nie znamy planu korytarzy i rozkładu apartamentów, lepiej uczynimy, trzymając się razem.
Harry skrzywił się, jak po połknięciu cytrynowego kwasku.
— Wtedy przeszukanie tej rezydencji zajmie nam dziesięć razy więcej czasu, niż pierwotnie zamierzaliśmy na to przeznaczyć — zauważył.
— Jeśli tego nie uczynimy, owo przeczesywanie budynku zaserwuje nam największe poszukiwanie na sam koniec, gdy nie będziemy w stanie odnaleźć własnego towarzystwa — zaszydził Draco, zaciskając palce na ramieniu Harry'ego tak mocno, iż ten poczuł tępy ból w kościach.
Zielonooki zdusił w sobie chłodny komentarz i wyciągnął różdżkę, kładąc ją płasko w otwartej dłoni.
— Jak uważasz. Wskaż mi telefon stacjonarny.
Różdżka drgnęła, a następnie zawirowała, a Harry wpatrywał się ze zrezygnowaniem, jak szaleńczo zatacza koła na jego wyciągniętej dłoni.
— Nie wiem, czym jest ten... cokolwiek byś nie powiedział, ale sądzę, że jest tu tego istne zatrzęsienie.
Zielonooki zacisnął dłoń w pięść, wstrzymując wirowanie długiego, wyszlifowanego drewna, a z jego gardła wyrwał się pełen frustracji warkot.
— Czy ty myślałeś...
— Zamilcz, proszę — wysyczał Wybraniec, chowając różdżkę do zagłębienia rękawa.
Harry, zaciskając usta tak mocno, że poczuł, jak jego wargi pieką niemiłosiernie, z wyrazem twarzy świadczącym o wysokim stopniu zbulwersowania, ruszył pospiesznie korytarzem, po raz pierwszy, lecz nie ostatni, myśląc, że ta szlachetna akcja jest szaleństwem absolutnym.
W otaczających ich ciemnościach zdawali się parą cieni majaczących na chłodnym drewnie wyglądającym niepewnie zza wydeptanej wykładziny.
Wreszcie, na końcu owej ciemności, ukazały im się drzwi - cztery na ścianach bocznych - prawej i lewej, oddalone od siebie o kilka metrów i jedne naprzeciw, czarne jak smoła, zdające się imitować wejście do świata umarłych. Spod drzwi wiodących na wprost wylewał się snop drżącego światła, jaśniejący pasek, zdający się być znamiennym światłem na końcu tunelu. Harry strzepnął rękaw, wydobywając różdżkę z czeluści materiału peleryny i skierował ją na jedne z bocznych drzwi. Mdła, szarawa poświata, która zamajaczyła na jej krańcu, powiedziała dwójce magów, iż pomieszczenie jest opuszczone. Draco wypuścił wstrzymywane powietrze i wyciągnął własną różdżkę, kierując ją na drzwi po przeciwnej stronie korytarza.
Pusto. Spojrzeli po sobie.
Harry machnął różdżką, zakładając zaklęcie tłumiące dźwięki na drzwi znajdujące się na wprost i nie ociągając się ani chwili pchnął jedne z przejść, które z łatwością ustąpiło pod jego dłońmi. Ogarnął wzrokiem dość przestronny składzik na środki czyszczące i nie potrafiąc się powstrzymać, przewrócił wymownie oczami. Obejrzał się za siebie, aby dojrzeć, że Draco, z niejakim grymasem, wpatruje się w składowisko szczotek i mopów do mycia podłóg i niemal prychnął, gdy ujrzał pełen zawodu wyraz roszczący sobie przestrzeń na twarzy młodego Malfoya.
— Pusto — prychnął Draco, gdy chwilę później utwierdzili się w przekonaniu, że w dwóch sąsiednich pomieszczeniach jest nic innego, niż zsyp śmieci i pomieszczenie pełne kompaktowych skrzynek na prąd, na których obdarty, żółty napis głosił: „Uwaga! Pod napięciem".
— To korytarz wiodący do piwnicy, czegoś się spodziewał?
— Rezultatów, być może.
Harry pokręcił głową.
— Rezultaty mają to do siebie, że należy na nie zapracować. Nic nie dostaniesz w zamian za brak odpowiednich poczynań. Chodź. I bądź cicho, jak mniemam, za ostatnimi drzwiami jest hol i sądzę, że jeśli nie ma za nimi zatrzęsienia mugoli, to jest przynajmniej ich namiastka. Jakaś sekretarka, być może. Z telefonem. — Harry uśmiechnął się i krótkim skinieniem różdżki nałożył na nich zaklęcie kameleona, po czym pozamykał otwarte drzwi i ostrożnie zdjął zaklęcie dźwiękoszczelne z ich przejścia, uważając, aby nie naruszyć gładkiej struktury.
Zielonooki ostrożnie uchylił drzwi i prześlizgnął się przez szczelinę pomiędzy klamką a futryną. Fala światła zalała jego twarz, oślepiając na krótką chwilę. Przywarł do ściany, odsuwając się z drogi Draconowi. Kiedy poczuł na klatce piersiowej nieduże, chłodne dłonie, splótł razem ich palce, nie mając najmniejszej ochoty zgubić się już z samego początku, ignorując to, co mógłby o tym myśleć czy nie myśleć dziedzic Malfoyów. Zamrugał kilkakrotnie, starając się przyzwyczaić do światła.
Pomieszczenie, zaiste, było holem. Dość pokaźnym, trzeba przyznać. Biało-złota mozaika zdobiła podłogę, rozciągając się od obrotowych drzwi, aż do szerokich schodów wachlarzowych zbudowanych z lśniącego marmuru, od którego odbijało się światło żyrandoli.
No proszę, nasz starożytny zamek przemienił się w gustowny pałac - pomyślał Harry, podziwiając ozdobną barierkę biegnącą w górę schodów, zwijającą się jak ogon ogromnego, czarnego węża. Przy ścianie, niedaleko obrotowych drzwi, siedziała blondwłosa sekretarka w dużych, okrągłych okularach, będąca całkowicie pochłonięta rozmową z barczystym mężczyzną, opierającym się leniwie o długi, biały kontuar. Na podłużnej kanapie siedział elegancki mężczyzna z kilkudniowym zarostem i czytał wyświechtaną gazetę, co rusz uśmiechając się do nadrukowanych stron, jak na słowa dobrego żartu.
Zielonooki zacisnął mocniej palce na dłoni Malfoya, rzucił zaklęcie tłumiące dźwięki na ich podeszwy i pociągnął go za sobą w stronę kontuaru.
Pod długim blatem, jak się okazało, znajdowało się mnóstwo pojedynczych, niewielkich półek opisanych białą karteczką z nadrukowaną czarnym tuszem cyfrą. Wciśnięty w kąt, pomiędzy szklaną popielniczką a niedużą, niebieską niszczarką na papiery, znajdowała się czarna słuchawka podłączona kablem ze stacją numeryczną, przywodząca na myśl atrybut wyjęty żywcem z lat trzydziestych. Harry zagryzł wargę i, niemalże obawiając się brać zbyt głębokie wdechy, wyciągnął różdżkę, po czym wypowiedział w myślach długą inkantację zaklęcia podsłuchu, podłączając go automatycznie z główną bazą ich trefnej organizacji. Czuł dłoń Malfoya zaciśniętą mocno na jego własnej oraz swoje oszalałe serce, wybijające kankana w jego piersi, powoli odsunął różdżkę i zacisnąwszy palce na dłoni Malfoya dał mu sygnał, że mogą ruszać dalej.
Przemknęli się koło rozchichotanej recepcjonistki, zaśmiewającej się ze słabego żartu jej rozmówcy i z bijącymi, jak w otumanieniu, sercami przemknęli się niczym duchy w kierunku schodów.
— A dokumenty? — szepnął mu na ucho Malfoy, gdy pokonywali po kilka stopni naraz.
— Znajdziemy archiwum, znajdziemy też dokumenty — odpowiedział mu Harry z umiarkowanym zapałem. — Na razie przydałby mi się dokładny plan tego miejsca, bo czuję, że, istotnie, przyjdzie nam się w nim zanurzyć jak w labiryncie.
— Twój optymizm mnie zadziwia — westchnął Draco, mocniej zaciskając palce wokół jego dłoni.
Na piętrze ścieżka korytarzy, na których rozwidleniu się znaleźli, przywiodła Harry'emu na myśl układ krwionośny jakiegoś ogromnego ssaka.
— O Merlinie — wyrwało się z ust Dracona. — Ten stary piernik powinien tu przysłać cały zespół poszukiwawczy. Czy naprawdę nie istnieje żadne zaklęcie, które byłoby w stanie ułatwić nam robotę?
— Tak sobie myślę...
— A może je przywołamy, co? — przerwał Harry'emu Draco, ciągnąc go bezlitośnie za skraj peleryny. — Zaklęcie Accio powinno dać sobie radę z mnogością tych dziwnych przedmiotów, a nam poszłoby o wiele szybciej, prawda? Wystarczyłoby nałożyć zaklęcie na każde z tych... tele-cośtam z osobna i odesłać je na powrót do miejsc docelowych, a wtedy...
— Genialne, Malfoy. — Harry wtrącił się ze zniecierpliwieniem w ten bezsensowny wywód, wyrywając z jego chaotycznych palców materiał własnej peleryny. — Chciałbym zobaczyć wyraz twarzy naszej drogiej sekretareczki, kiedy jej służbowy telefon zwyczajnie wyfrunie sobie zza lady. — Zielonooki rzucił w stronę Malfoya spojrzenie pełne sarkazmu, zanim sobie przypomniał, że ten i tak nie może tego dostrzec. Westchnął cicho i przetarł dłonią nasadę nosa. — Skup się, Draco, w jakich miejscach można trzymać sprzęt do stałego utrzymania komunikacji z przełożonymi, oficerami i całą tą federacją umundurowanych?
Malfoy wydał z siebie zirytowane prychnięcie.
— Ja swoją sowę trzymam w sowiarni, Potter — odparł chłodno.
Harry przewrócił oczami.
— Niezmiernie pomocne — mruknął ponuro. — Dziękuję bardzo.
— Polecam się na przyszłość — odgryzł się zaczepnie Draco, dając mu kuksańca w bok.
Przedarli się przez milczący korytarz przepełniony cieniami, zatrzymując się przed ostatnimi, znajdującymi się na nim, skrytymi w cieniach, drzwiami. Harry spojrzał sceptycznie na klamkę, pamiętającą, zapewne, czasy wojny secesyjnej, zastanawiając się, czy nie wyrwie jej z miejsca jej przeznaczenia, starając się wejść do pomieszczenia.
— Istne muzeum, doprawdy — wyszeptał, po czym machnięciem różdżki sprawdził, czy zastanie kogoś po otwarciu drzwi i rozpoczęciu wertowania pomieszczenia. — Pusto — obwieścił (całkowicie niepotrzebnie, jak się okazało, ponieważ Draco już pchnął przegrodę, wmuszając na nim siłą wejście do środka z takim zapałem, jakby się paliło). — Co do...? — słowa Harry'ego zostały stłumione chłodnym wnętrzem dłoni, która przycisnęła się do jego twarzy z siłą rwącej wody wodospadu. Chwilę po głuchym zamknięciu się za nimi przejścia usłyszeli na korytarzu odgłos swobodnie zatrzaskiwanych drzwi, a następnie szczęk klucza przekręconego w zamku. Mężczyźni wstrzymali oddech, nasłuchując. Kobiece obcasy zadudniły o podłogę, oddalając się w przeciwnym kierunku, cichnąc stopniowo niczym muzyka w auli operowej.
Draco, którego skronie zmiażdżył tępy ból migrenowy, w którego klatce piersiowej serce szalało z nienaturalną siłą, oparł czoło o chłodne drewno, opuścił rękę przyciskaną do twarzy Harry'ego wzdłuż ciała i wypuścił ze świstem powietrze.
— Gdybyś raczył pokontemplować sobie te rupiecie po fakcie, byłbym ci, doprawdy, niezmierzenie wdzięczny.
Zielonooki uniósł różdżkę i zdjął z nich zaklęcie kameleona.
— Za te rupiecie, jak to pięknie określiłeś, Draco, każdy antykwariusz powierzyłby ci nieprzyzwoitą sumę pieniężną — westchnął, rozglądając się uważnie po pomieszczeniu. Wyglądało na biuro należące do absolutnego pedanta - każdy długopis miał w nim swoje miejsce, lampka przy biurku była nienagannie ustawiona na jego skraju, nawet worek na śmieci tkwiący w niewielkim, prostokątnym koszu zdawał się mieć swoją własną, kuriozalną symetrię. Draco przeszedł przez pokój i sięgnął dłonią do uchwytu stojącej przy ścianie szafki. Dłoń Harry'ego wystrzeliła do przodu i pochwyciła go za nadgarstek, zanim zdołał czegokolwiek dotknąć. Malfoy zmarszczył czoło i spojrzał przez ramię na kompana.
— Co znowu? Jeśli naprawdę tak bardzo nam się spieszy...
— Niczego nie dotykaj — wysyczał ostrzegawczym głosem Harry, na co Draco zamarł i zlustrował wnikliwym spojrzeniem jego twarz.
— Czemuż to? Przecież...
— Mówi ci coś pojęcie „daktyloskopia"? — Zielonooki uniósł brew, uśmiechając się chłodno do Malfoya.
Czarodziej prychnął zdegustowany.
— Jeśli ma to coś wspólnego z daktylami...
— Nie, Malfoy, to mugolska technika śledcza. Pozwala ona na zdobycie twoich danych osobowych z rejestru na podstawie odcisków twoich palców. Widzisz, Malfoy, linie papilarne każdego człowieka są niczym jego podpis - odrębny, osobisty, mający własne cechy. Dotykając jakiegoś przedmiotu, pozostawiasz ich wzór na jego powierzchni.
Draco spojrzał na Harry'ego, jakby mu urosła druga głowa.
— Przecież popychaliśmy już, w tej świątyni anty-magii, tyle par drzwi, że nie zliczyłbyś ich na palcach jednej ręki — prychnął, nie pojmując zupełnie zastrzeżeń zielonookiego. — Sam dotykałeś klamki w piwnicy na dole, Morgano, zlituj się...
— Tak, ale w momencie, gdy zauważą jakąkolwiek anomalię, to nie piwnicę będą sprawdzać — burknął przyciszonym głosem Harry, po czym, krótkim skinieniem różdżki, otworzył wysuwaną szufladę za biurkiem. — No i proszę, tak oto wygląda komputer. Przypatrzyłeś się dobrze, Draco? Ponieważ na niego również mamy nakładać zaklęcie.
— Dlaczego miałbym...
— Ponieważ — zamruczał, niczym rasowy lew, Harry — zajmiesz się drugą stroną korytarza. Nie będziemy się rozdzielać, sprawdzimy jednakowoż przeciwległe pokoje. Nie odchodź z tej części posiadłości - po wszystkim spotkamy się na rozwidleniu przejść, tuż przy schodach. Dasz radę?
— Oczywiście, że dam radę, przecież...
— Świetnie — ponownie wciął się w jego słowa Harry, czyniąc ponaglający ruch dłonią. — Pamiętaj tylko, że po to masz różdżkę, aby to właśnie jej używać.
— Nie zapomnę — wysyczał Malfoy, bardziej, niż kiedykolwiek przywodząc Harry'emu na myśl przerośniętą żmiję.
-VVV-
Ulewa uderzała o szyby okien, gdy Harry zamykał zaklęciem ostatnią szafkę. Duże krople deszczu bębniły głucho o blaszany parapet. Jakiś osamotniony ptak zakrakał głośno w ciemności dworu.
Ich obłąkańcza wyprawa zakrawała na szaleństwo, Harry rozumiał doskonale potrzebę informacji, na podstawie której Antoniusz zdecydował się powierzyć im ową misję, jednakowoż, przemykając pomiędzy pokojami posiadłości jak cień, skradając się na palcach do sąsiadujących pokoi, zacierając własne ślady z drewnianych podłóg, miał nieustanne wrażenie, że jest obserwowany - zdarzały się momenty, w których obracał się napięcie w ciemności, gotów do samoobrony, jednakowoż jego oczy natrafiały jedynie na pustkę samotnych gabinetów.
Zielonooki już odwracał się, aby odejść, gdy nagle coś pomiędzy majaczącymi w pomieszczeniu cieniami przykuło jego uwagę. Harry rozświetlił koniuszek swej różdżki i podchodząc niemalże na ugiętych nogach, niczym skradający się kot, do przeszklonej komody, poczuł, jak jego serce przyspiesza. Na najwyższej półce stała kartoteka z dopiskiem: „ściśle tajne", gubiąca się niemal zupełnie pośród sterty czarno-białych gazet.
Ręce zielonookiego zadrżały, uniósł ramię i przyłożył różdżkę do niewielkiej dziurki od klucza, jej koniuszek wślizgnął się w otwór jak cień.
— Alohomora.
Przeszklone skrzydło szafki zatrzeszczało i uchyliło się przed nim jak tajemnica. Harry czuł, jak drżą jego palce, kiedy sięgał po dokumenty. Podszedł do stojącego na środku pomieszczenia biurka i otworzył zbiór kart, sumiennie powkładanych w czyste, niepomięte koszulki.
— O Morgano... — wyszeptał, jego oczy zrobiły się okrągłe jak spodki, jego źrenice rozszerzyły się nienaturalnie, różdżka zawirowała w powietrzu i stuknęła w zestaw kartek. — Kopiuj.
Czując, jak własny oddech przyspiesza w jego ustach, Harry oparł się plecami o chłodną ścianę i z mocno bijącym sercem śledził podwajające się egzemplarze kart, wyobrażając sobie minę Malfoya, kiedy wyjdzie z ostatniego gabinetu, przeznaczonego jego weryfikacji, z całkowitym kompletem dokumentacji pod pachą.
Nagle, niespodziewanie niczym uderzenie gromu, po korytarzu potoczył się głośny rumor, a następnie krzyk mający barwę wysokiego barytonu:
— Ej, ty!
Harry zastygł w bezruchu w połowie poprawiania włosów wpadających na czoło.
Świst przecinanego powietrza poniósł się po korytarzu jak wysoki gwizd, a tuż za nim pospieszne kroki stóp uderzających donośnie w podłoże - echo panicznego biegu wstrząsające jego zamarłym sercem jak impuls elektryczny.
Zielonooki zerwał się na równe nogi, czując się, jakby jechał w dół bardzo szybką windą. Usłyszał odgłosy odbezpieczanej broni i trzask zamykających się z rozpędem drzwi, a zaraz za tym, niemal jak dźwięk wiecznie idący w parze z chaosem, kilka kolejnych klamek uderzających z werwą o ścienny tynk. Pochwycił kopie dokumentów, składając je w pośpiechu na pół i wciskając do wewnętrznej kieszeni płaszcza; ruchem nadgarstka odesłał kartotekę na swoje miejsce i czując rozlewającą się w jego piersi panikę, zapieczętował zamek szybkim zaklęciem. Ulewa przybrała na sile, jakby za punkt honoru obrała sobie odzwierciedlenie jego myśli. Harry rzucił się w stronę drzwi, w biegu, upewniając się, że przekopiowane strony bezpiecznie spoczywają na dnie jego kieszeni, wytaczając opuszkami palców ścieżki po swojej piersi jak po labiryncie. Chwilę później wypadł na korytarz, nie potrafiąc usłyszeć nic, poza odgłosem odbezpieczanych broni, jakby był serią trąbek poprzedzających w instrumentalnym koncercie silne uderzenie bębna.
Jego oczom, jak senna mara, ukazał się rząd postaci wciskających się pospiesznie w korytarz na lewo od niego; Harry usłyszał głośne sapnięcie jednego z umundurowanych, błysk lufy zaiskrzył przed jego oczami jak wybuch supernowej i nie myśląc wiele, wyciągnął różdżkę przed siebie, wycelował ją w sufit u wlotu korytarza, z którego wylewała się fala wojskowych i wrzasnął:
— Bombarda Maxima!
Świat się rozpadł i posypał pyłem wokół ludzkich głów; celujący w Pottera mężczyzna odwrócił się błyskawicznie, zmuszony ratować skórę przed sypiącymi się płatami kamieni. Szary pył wzniósł się w powietrze, osiadając na ścianach jak kurz.
Harry wyobrażał sobie widok, który rozpostarł się przed, zaledwie chwilę temu trzymającym go na celowniku, człowiekiem - solidna konstrukcja, waląca się na karki jego towarzyszy niczym domek z kart. Świat kończący się za sprawą jednego rozbłysku światła - abstrakcja dla wierzącego w materializm umysłu.
Zielonooki, z sercem na wysokości gardła, przetoczył się na skraj korytarza i wypadł z niego, jak piorun rozrywający szare obłoki piętrzących się, deszczowych chmur - uczynił to w ostatniej chwili - zaledwie moment później zatrzęsienie karabinowych kul przecięło miejsce, w którym stał jeszcze kilka sekund temu.
Harry, nie myśląc wiele, dał nura w sąsiadujący korytarz. Kiedy chwilę później zobaczył przed sobą mężczyznę, niemalże siedzącego Draconowi, pędzącemu jak zaganiana do zagrody zwierzyna, na ogonie, przymierzającego się do wydania strzału z pistoletu zaciśniętego w dłoni jak indiański talizman, serce zamarło mu w piersi.
Dla Pottera wszystko, co nastąpiło chwilę później, toczyło się wzorem spowolnionego filmu, odtwarzanego klatka po klatce, albo odwróconej rzeczywistości snu, jednego z tych najczarniejszych i najcięższych koszmarów, z jakimi do tej pory zmagał się w okowach nocy. Niczym w majaku uniósł różdżkę i z błyszczącymi jak płomienie świec oczyma wysyczał:
— Avada Kedavra.
Własne słowa brzmiały w jego uszach jak echo dalekiej przeszłości.
Strzały padły w tym samym momencie, w którym przedostatnia zgłoska wydobywała się z jego gardła. Głuchy łomot rozniósł się po korytarzu, gdy trafiony prosto między łopatki mężczyzna wpadł z rozpędu na ścianę. Krople krwi uderzyły Harry'ego w twarz, gdy solidna konstrukcja rozłupała mu czaszkę z siłą, z jaką łamie się skorupa ślimaka pod butem nieuważnego przechodnia.
— Harry!
Zielonooki dopadł drugiego młodzieńca, nie widząc nic, poza srebrem jego oczu (które nagle przeistoczyły się w dwie gwiazdy wskazujące drogę w ciemności, które miały nieoczekiwany posmak świateł błyszczących na końcu tunelu) i w biegu pochwyciwszy jego dłoń, wciągnął ich roztrzęsione ciała w jeden z ciemniejszych, nieoświetlonych, bocznych korytarzy.
— Nic ci nie jest? — Harry nie wiedział, jak przecisnął te słowa przez gardło, jego struny głosowe powoli odmawiały mu swojej współpracy, oszalałe serce ostrzegało o niedalekim umiejscowieniu kresu jego wytrzymałości; kiedy poczuł silny i pewny uścisk dłoni na swoim przedramieniu, ocenił, że jest bliski wybuchnięcia histerycznym śmiechem.
— Chybił — uspokoił go Draco, choć jego głos wciąż był napięty jak struna instrumentu szarpanego, a Harry wypuścił ze świstem powietrze drżące pomiędzy wargami jak fale dźwiękowe, dziękując wszelakim bóstwom, że jego modlitwy zostały wysłuchane.
Biegnąc na złamanie karku poprzez ciemności, czując pod palcami gorącą dłoń tętniącą życiem, pomyślał, że obecność drugiego człowieka potrafi być ostają niemal magiczną.
— Ty pieprzony durniu, jeśli tak kończą się twoje misje pod tytułem: „Nikt nie może was zobaczyć" to nie mam najmniejszej ochoty z tobą więcej współpracować! — warknął wściekle Potter, gdy kilka naboi odłupało tynk tuż nad ich głowami, a jego serce zatłukło o żebra niczym kołatka o stare, dębowe wrota.
Kilka metrów dalej zielonooki spostrzegł schody. Rzucił się szaleńczo w ich stronę, na oślep posyłając zaklęcia ku goniącym ich jednostkom. Rozpaczliwie przytrzymując się barierki przeskoczył po kilka stopni niemal czując oddech Malfoya na własnym karku.
Zakręcając, Draco wystrzelił w stronę, krzyczących coś, mugolskich umundurowanych trzy szybkie klątwy; pociski rozbiły się o ścianę na zakręcie jak kuropatwy. Dotarli na wyższe piętro, skąd schody zakręcały, ciągnąc się jak nieskończoność na kolejne kondygnacje. Dysząc i plując zielonooki pochwycił Dracona w pasie i wkładając w to całą swoją siłę mięśni, wepchnął ich w boczny korytarz, nad którym zielona, fosforoscencyjna plakietka wskazywała drogę do wyjścia ewakuacyjnego. Niewiele myśląc wypalił z różdżki pospieszną Bobmardę, kierując jej czubek w stronę klatki schodowej, z której chwilę temu zbiegli.
W ich uszach rozbrzmiał ogłuszający huk walących się ścian i krzyki - krzyki niemal nieludzkie, odbijające się od sufitu jak kauczuk.
Harry nie poczuł litości - niepisana zasada istniejąca w przyrodzie mówiła: „zabij bądź zostań zabity"; w chwili zagrożenia zielonooki przeobrażał się w drapieżnika, gotowego walczyć o własną egzystencję, póki gorąca krew wciąż krążyła w jego obiegu krwionośnym, póki cyrkulacja powietrza między jego płucami a otoczeniem wciąż przebiegała prawidłowo.
Przeciskając ich cała przez wąskie drzwi prowadzące do schodów ewakuacyjnych, Harry modlił się rozpaczliwie, aby nad wysokimi stopniami nie było fotokomórki. Wbiegł na spocznik pomiędzy piętrami i zatrzymał się, odwracając gwałtownie w stronę Dracona; jego dawny, szkolny wróg wpadł na niego z impetem, omal nie przewracając ich obu na chłodną ziemię. Snop światła, którego z przestrachem wyczekiwał, nie padł na ich napięte, rozgrzane twarze.
— Nie poradzimy sobie — wysapał Harry, ledwo łapiąc oddech, czując kłujący ból w głębi piersiowej klatki. — Nie w pojedynkę.
— Co? — wysyczał Draco, trzęsąc się jak osika, wyglądając, jakby całe jego ciało było tykającą bombą z samozapłonem.
Wybawiciel Świata Czarodziejów doskonale pamiętał to spojrzenie - jak nikt inny rozumiał, że drugi mężczyzna może wybuchnąć w każdej sekundzie.
— Znak. Mroczny Znak. Widziałem, jak On to czynił. Widziałem wielokrotnie. Postaram się. Postaram się wezwać Snape'a — nieskładne słowa przecisnęły się poprzez wyschnięte, roztrzęsione wargi Harry'ego. Zielonooki próbował skupić myśli, ale wpatrzone w niego w szoku, okrągłe jak galeony, oczy wcale mu w tym nie pomagały. Głośne krzyki toczące się po budynku powiedziały dwójce magów, że ich pościg zorientował się już w ich roztropnym zboczeniu z trasy ucieczki.
— Proszę cię... — wyszeptał Harry; biel paniki błysnęła mu przed oczami jak światło flesza.
Draco gwałtownym ruchem podwinął rękaw i uniósł ramię pod jego palce, zagryzając chude wargi tak mocno, że z jego brody spłynął strumień lepkiej, szkarłatnej krwi.
Harry wziął głęboki oddech i modląc się, aby jego plan wypalił, skupił swoje myśli wokół Severusa Snape'a wyobrażając sobie jego czarne, przetłuszczone kosmyki, jego chudą, ziemistą twarz, jego niezmierzone jak ocean oczy.
— Błagam cię, Snape — jęknął Harry, gdy po położeniu palców na bladym, niemalże zatartym Mrocznym Znaku nic się nie wydarzyło. Odgłosy kroków zdawały się pobrzmiewać coraz bliżej, Harry poczuł łzy majaczące w kącikach jego oczu. — Błagam cię.
Mroczny Znak drgnął i poruszył się, Harry jęknął z ulgi, twarz Malfoya spięła się, a na jej oblicze jak fala wpłynął grymas tępego bólu.
— Przepraszam, przepraszam, tak bardzo...
— Zamknij się, Potter — wydyszał Draco, ucinając jego słowa, jakby były kawałkiem kolorowej wstęgi umilającej otwarcie nowego departamentu ministerstwa. — Wiejmy stąd.
Blada, drobna ręka młodego arystokraty pochwyciła mocno jego dłoń, nie zaprzątając sobie głowy zasłonięciem ramienia z wypaloną na nim, czarną sygnaturą i pociągnęła w górę schodów z taką siłą, iż zielonooki niemal stracił równowagę.
Potter, czując, że jeszcze moment i wypluje własne płuca, słysząc gdzieś niedaleko, roznoszący się echem po pustkach budynku jak krzyk, odgłos kilkunastu stóp niemal galopujących wzdłuż ściennych murów, pomyślał, że jeśli Severus Snape nie przybędzie na czas, obaj są już straceni.
W umyśle Harry'ego majaczył obraz dziesiątek luf wycelowanych w jego głowę; jego żołądek zawirował jak karuzela.
Ledwo dysząc, sunęli ku górze, wybawienie czekało jedynie kilka stóp nad ich głowami, w ich sercach zapalił się słaby, wątły płomień nadziei. Znajdowali się już blisko klapy prowadzącej na dach, gdy nagle, parę metrów przed nimi, ktoś zeskoczył z górnych stopni, odcinając im drogę ucieczki, zasłaniając swoim ciałem przejście prowadzące na powierzchnię, przejście będące ich jedyną szansą.
— Są tutaj! — ryknął mężczyzna, łypiąc na nich szaleńczo zza roztrzepanej grzywki. — Znalazłem ich! Tutaj!
Nogi Dracona wrosły w ziemię. Oczy zaszły mu mgłą. Harry ujrzał dymiącą lufę kierującą się wprost w jego twarz. To był instynkt - najbardziej pierwotne zjawisko, jakie można spotkać wśród ludzi. Nie myśląc wiele, złapał lufę karabinu i szarpnął nią w górę w dzikiej rozpaczy rozlewającej się w jego piersi jak panika. Huk wystrzału był ogłuszający i sprawił, że przed oczami zielonookiego odmalował się pejzaż kilkuset miliardów gwiazd Drogi Mlecznej. Pocisk zasyczał groźnie i odbił się od barierki schodów jak od gongu.
— Incarcerous! — wykrzyknął Draco, wreszcie reagując na zagrożenie; jego różdżka drżała mu w palcach, jakby pod gładkim drewnem tliło się życie.
Tysiące pęt oplotło się wokół ciała mężczyzny, który z głośnym rumorem zwalił się do stóp Harry'ego - trochę niczym kukła teatralna, której sznurki ucięto. Jedno z więzów zapętliło się wokół falującego gardła.
Odgłos kroków uświadomił ich, że nie byli jedynymi, którzy usłyszeli towarzyszący owemu zgiełkowi hałas. Zielone i szare oczy spotkały się nad jego ciałem.
— Ty pierwszy — wyszeptał słabo Draco, wskazując palcem na klapę nad ich głowami.
— Nie. Ty pierwszy. Idź. — Oczy Harry'ego zabłysły niemą groźbą, jego różdżka skierowała się na bladą jak papier, arystokratyczną twarz.
Malfoy wziął chwiejny oddech, na jego twarzy odmalowała się niepewność, coś kłębiącego się w źrenicach młodego pogromcy Czarnego Pana mówiło mu ze stanowczością, że nie przyjmie on odmowy - widniała w nich ostra jak brzytwa zaciętość, chłodny, bezwzględny nakaz.
Draco pochwycił się przymocowanej do ściany drabinki i podciągnął ku górze. Jednym szybkim zaklęciem otworzył klapę, która wyleciała z głośnym brzdękiem z zawiasów i potoczyła się w pustkę. Malfoy wygramolił się przez właz i wyciągnął rękę w stronę Harry'ego.
Piętro niżej drzwi prowadzące na schody pożarowe otworzyły się z hukiem, uderzając w ścianę jak w beton - towarzyszący temu trzask wstrząsnął ścianami schodowej klatki jak wybuch chemikaliów. Harry, czując na karku lodowate usta śmierci, pochwycił rękę Malfoya, odbił się od podłoża i pozwolił wciągnąć na płaski beton, jakby był workiem ziemniaków. Draco kopnął wściekle klapę, leżącą kilka kroków od Harry'ego, wycelował w nią różdżką i z impetem wskazał na ziejący pustką otwór w betonie, przez który docierały do nich podniesione głosy. Właz wrócił na pierwotne miejsce i zatrzasnął się z hukiem mogącym przyprawić o zawał. Harry spojrzał na towarzysza ponad przejściem, przez które się wygramolili - w szarych oczach malowało się przekonanie o niechybnej śmierci. Wybraniec rozejrzał się rozpaczliwie po połaciach dachowych - wokół nich rozpościerał się otwarty parking pełniący, najpewniej, rolę składowiska - worki i kadzie otaczały ich niczym ule zasiewające działkę pszczelarza; zerwał się do pionu i pociągnął Dracona na nogi.
— Kryj się — wysyczał Potter, ciągnąc szarookiego za stos równo ułożonych beczek na wino bądź ziarna zbóż. Harry opadł na ziemię za nimi i oparł się policzkiem o chłodne drewno. Draco przypadł na kolana tuż obok, dysząc, jakby właśnie pokonał ultra maraton; Harry, łapczywie łapiąc świeże powietrze, wycelował różdżkę w niebo i posłał w nie zielony, oślepiający snop światła.
I wtedy właz prowadzący na dach ponownie trzasnął, a odgłos ten potoczył się echem po okolicy jak salwa armatnia. Zielonooki momentalnie zerwał zaklęcie i chwycił drżący podbródek Dracona rozbieganymi, chłodnymi palcami kierując ku sobie jego twarz okutą lodem przerażenia. Harry, patrząc mu w oczy, uniósł wskazujący palec i przyłożył do jego pobladłych, drżących w niemej panice ust. Szmaragdowe oczy były groźbą zaklętą w barwie i szeptały w stronę szarości: „Spróbuj wydać z siebie choćby szmer, a pożałujesz, obiecuję".
Malfoy skinął głową, jakby ten przekaz wyrył się w jego umyśle jak na blacie drewnianej ławki, a Harry, bojąc się nawet oddychać, spróbował dojrzeć cokolwiek przez szparę między beczkami.
Mężczyźni wypełzali na dach niczym mityczne stwory, mierząc rewolwerami bądź pistoletami w każdy cień, który zadrżał zbyt wyraźnie. Harry oblizał suche wargi i kulistym ruchem palców rozmasował piekące bólem skronie.
Każda sekunda przybliżała ich do spodziewanego końca, z każdym, stawianym przez mugolskich wojskowych, krokiem byli coraz bliżej upadku; zielonooki słyszał, jak żołnierze rozpełzają się po dachu jak robaki po rozkładających się zwłokach.
Kiedy Dracon szturchnął go w ramię i wskazał palcem gdzieś w przestrzeń czarnego nieba, Harry, zwracając palący niepewnością wzrok we wskazanym kierunku, dojrzał dwie, czarne sylwetki płynące pod wiatr, zbliżające się do nich z szybkością spadającego deszczu; zielonookiemu przyszło na myśl, że jeszcze chwila i jego gorące serce rozpłynie się po szarym podłożu, jak gorąca czekolada sącząca się z przewróconego kubka - gdyby ktoś odważył się zasugerować w jego obecności, zaledwie rok temu, jak wielką ulgę przyjdzie mu poczuć w przyszłości na widok owej znajomej, brutalnej magii, piętrzącej się niczym chmury wokół jednostek naznaczonych symbolem Węża, których przedstawicieli coraz rzadziej można było napotkać wśród magicznej społeczności, wyśmiałby takowego delikwenta z łagodnością tępej klingi. Jego powieki opadły - jeszcze nie wiedział, że ulga nie należy do funkcji stałych.
Głuche westchnienie, które wyrwało się z płuc Dracona zmroziło Harry'emu szpik w kościach.
Zielone oczy otworzyły się i przesunęły po drewnianych beczkach, za którymi siedzieli. Czerwone od przemęczenia policzki w ułamku sekundy stały się białe jak papier.
Ktoś coś krzyknął, ktoś coś zawołał - do otumanionego umysłu Harry'ego dotarło tylko jedno słowo: proch. Jego głowa pękała od tępej migreny, gwałtowny pisk w jego czaszce nasilił się jak pułapka, w którą wpadał, wpadał, wpadał, rozległ się odgłos wystrzału, który zabrzmiał w jego uszach jak szybkie, pojedyncze uderzenie serca.
Ramiona Harry'ego zaplotły się wokół pasa Dracona, ciało szarookiego uderzyło w niego jak duszności, Wybraniec rzucił się w stronę krawędzi, zakleszczając ręce dookoła talii drugiego mężczyzny niczym pnącza winorośli, niczym Diabelskie Sidła.
Skoczył.
Pęd wiatru kaleczył bębenki jego uszu.
Beczki prochu wybuchły za ich plecami jak utleniający się gaz. Ściskając w śliskich dłoniach ciało Dracona czuł jedynie ostry zapach prochu i gwałtowne uderzenie gorącego powietrza.
Chwytające go szczelnie ramiona niemal pozbawiły go oddechu, wyciskając z płuc całe, tak rozpaczliwie potrzebne jego zużytemu układowi oddechowemu, powietrze. Świat zawirował onyksową czernią.
