.

Rozdział 7

Moje prawo to jest pańskie lewo

.

Harry zwalił się na ziemię i przetoczył się po podłodze. Nie wiedział, gdzie jest, ale dywan, w którym zanurzyła się jego twarz, był tak przyjemnie miękki, tak wspaniale rześki, tak świeżo pachnący, jak słoneczny poranek w środku lasu - mógłby nauczyć się żyć z twarzą przyrośniętą do jego powierzchni.

Najpierw oddech - tak dla próby, aby zobaczyć, czy wciąż jest w stanie pobierać tlen z otoczenia - jego płuca paliły żywym ogniem, jakby ktoś polał je benzyną.

Ucisk gdzieś w miejscu żołądka przyprawiał go o mdłości.

Harry... — usłyszał orientacyjnie z prawej strony, gdzieś w pobliżu, tuż obok siebie przepełniony niemą trwogą i bezgranicznym napięciem jęk Dracona.

Zielonooki otworzył oczy, czuł, jak jego klatka piersiowa faluje przy każdym, zbyt szybko zaczerpywanym oddechu, jego gardło piecze, jakby wlano mu w przełyk chemiczny kwas.

— Zabiję cię, ty przeklęty durniu — wysyczał, nie odrywając twarzy od miękkiej otoczki muskającej jego skórę jak błogosławieństwo.

Z gardła Malfoya wyrwało się pełne ulgi westchnienie.

Harry poczuł, jak emocje ulatują z jego ciała, a wraz z nimi wzbiera w jego umyśle szaleńczy, zwierzęcy szał - biała gorączka ślepej furii.

— Rozerwę cię na strzępy, ty nieokrzesany kretynie — wyszeptał, jego głos osiadł na ich ciałach jak szron.

Draco jęknął i poruszył się gdzieś obok niego, blisko, bardzo blisko, zaledwie na wyciągnięcie ręki.

— Nie sądziłem, że kiedykolwiek to powiem — wysapał Malfoy, Harry słyszał w prawym uchu jego chwiejny, niespokojny oddech — jednakowoż wspaniale jest usłyszeć twój zuchwały głos, Potter.

Zielonooki poczuł tępe, głuche dudnienie we wnętrzu własnej czaszki.

— Wizja bliskiej śmierci tak cię raduje? — wycedził Harry, przekręcając się na plecy, używając do tego resztek swoich sił. Obrócił głowę w bok, jego policzek zatonął w delikatnych włóknach dywanu. Obok niego, skulony na ziemi, rozedrgany jak galareta, leżał Draco - nieco poturbowany, niesamowicie spięty, ale żywy i oddychający.

— Jakże fenomenalnie widzieć was w jednym kawałku — rozległ się chłodny, nieznający litości, tak doskonale znajomy, głos gdzieś nad ich głowami.

Harry, czując, jak mdłości ogarniają jego ciało jak pasma obłędu, podźwignął się na klęczki, mając wrażenie, że jego żołądek przekręca się boleśnie niczym wyżęta szmata i z trudem, czując tępy ból w karku, uniósł głowę, aby spojrzeć w oczy swemu wybawcy.

Severus Snape miał spojrzenie bezdenne i nieobliczalne, miał oczy, jakich nie miał nikt inny na świecie - nawet jeśli częstowały chłodem, nawet jeśli na ich krańcach czaiła się pierwotna dzikość - być może właśnie to nadawało im owego wyjątkowego blasku? Jego spojrzenie było tajemnicą równającą się tajemnicom Wszechświata.

Tego — wysapał Draco pozwalając swojej głowie luźno opaść na dywan — jak mi się zdaje, też nie planowałeś, co, Potter? — W jego umęczony głos wkradała się lekko pokpiwająca nuta.

Harry poczuł się, jakby zbyt jaskrawe światło zaślepiło mu oczy.

— Jakkolwiek absurdalne ci się to wydaje, przyjmij do wiadomości, że nie, nie planowałem tego — jego głos przybrał jakąś nieznaną dotąd nawet jemu samemu, wysoką oktawę, która przetoczyła się po pomieszczeniu jak lodowaty potok. — Życie nauczyło mnie, że planowanie zazwyczaj na niewiele mi się zdaje, a moje plany szlag jasny trafia.

Stojący nad nimi Snape uniósł wąską, elegancką brew, wzrok Harry'ego przesunął się na stojącego obok niego mężczyznę, który z plecami wyprostowanymi jak struna, wpatrywał się zimnymi, jasnymi oczyma, które tak dobrze w ostatnich dniach zdołał poznać Harry, w ich rozedrgane, tkwiące pod jego stopami ciała.

Lucjusz Malfoy miał twarz trochę bardziej szarą, niż ta, którą zapamiętał zielonooki czarodziej, zmarszczki nieco głębsze, a cienie pod oczami rozlewające się, jak wino sączące się z przewróconego kieliszka; Harry'emu przeszło przez myśl, że ten stary, bestialski łajdak powinien właściwie gnić w Azkabanie.

— Ty chyba kpisz, Potter, do cholery jasnej. — Sfrustrowany głos Dracona sprawiał, że zielonooki miał ochotę czymś rzucić, coś rozbić, coś rozłupać na drobne kawałki. — Ten szlachetny, jakże ryzykowny pomysł, ten sposób wykorzystania tego starego, przeklętego połączenia, ta, do diabła, najbardziej błyskotliwa idea, jaką kiedykolwiek słyszałem z cudzych ust, wpadła ci do głowy, ot tak, nagle, w trakcie całego tego zgiełku i postanowiłeś z niej skorzystać?!

Harry odetchnął głęboko, starając się odnaleźć równowagę w zaczerpniętych wdechach i skierował swój wzrok na, wciąż niepodnoszącego się z ziemi, Dracona, który przymknął oczy, wciągając głęboko w nozdrza woń świeżego dywanu (wyglądał przy tym niczym zwierzę, które, po długim okresie trzymania w klatce, wreszcie wypuszczono na wolność).

— To niezmiernie miłe z twojej strony, że zachwycasz się mną, jak nie przymierzając, Severusem Snape'em — zaszydził głosem, który mógłby przeistaczać w lód, czując, jak jego dłonie zaczynają drżeć niekontrolowanie.

Błysk szarych tęczówek jak uderzenie młotem, parszywy uśmiech wkradający się na wargi Harry'ego jak bluźnierstwo, zieleń oczu paląca szarość jak ogień.

— Nie zapomniałem także o tym, że wysadziłeś połowę budynku, Potter! — warknął Draco z agresją zwierzęcia zapędzonego w kąt, w którym nie ma dalszych możliwości ucieczki. — Taka jest twoja definicja „nierzucania się w oczy", nieokrzesana bestio? Jak my się z tego wytłumaczymy? Nawet nie staram się sobie wyobrazić, co będzie miał na ten temat do powiedzenia...

— Zamilcz, proszę — wyszeptał Harry, jego oczy rozbłysły agresywnym blaskiem niczym u drapieżnika przymierzającego się na przyszłą ofiarę.

Draco przeciągnął koniuszkiem języka po zębach, jakby rozważał rzucenie się Potterowi go gardła.

— Ależ nie, kontynuuj, Draco — cichy, lejący się, jak czarne, lepkie stróżki trucizny, głos był niczym noc zaklęta w dźwięku. — Chętnie usłyszę, któż to taki zlecił wam tę... intrygującą wycieczkę krajoznawczą.

Twarz Dracona zapłonęła czystą, nieskalaną furią, jego palce wbiły się w dywan niczym szpony dzikiej bestii, obrzucił Snape'a spojrzeniem pełnym rozszalałej nienawiści, jego mięśnie napięły się w ostatnim zrywie szaleństwa. Szarooki skoczył Snape'owi do gardła jak czarna pantera rzucająca się na osobnika słabszego gatunku w celu zdobycia świeżego mięsa - jego działaniem kierowała czysta selekcja naturalna w jej najbardziej mechanicznym obliczu (jeszcze nie wiedział, że to nie on jest zwierzęciem bardziej zaadaptowanym do ekstremalnych sytuacji).

Harry jęknął, jego serce podeszło pod sam przełyk - nie liczyło się już nic - ani piekąca gorycz w zagłębieniu gardła, ani tornado wściekłości szalejące w jego głowie, ani ból rozrywający każdy mięsień jego ciała, rozpalający zmysły jak pożoga - jego umysł zdawał się przełączyć na tryb akcja - reakcja, jego ramiona napięły się jak mięśnie roślinożernej zwierzyny, która zmuszona jest wszcząć szaleńczy, pełen popłochu galop w ślepej ucieczce przed zagrożeniem. Zielonooki skoczył w kierunku Malfoya jak wilk przeganiający konkurenta ze swego terytorium - ich ciała zderzyły się w locie. Draco wydał z siebie głuchy skowyt bólu, ich sylwetki zmieniły tor przelotu; z hukiem przyprawiającym o ból głowy padły one na twardą podłogę, wypadając z powierzchni dywanu jak wirujące monety zlatujące z blatu stołowego i przetoczyły się po ciemnym drewnie - ich kończyny splotły się w jakiś zagmatwany wzór żywcem wyciągnięty z płótna szalonego artysty. Harry zorientował się, że leży na klatce piersiowej towarzysza, górując nad jego głową jak demon pełen niezmierzonej furii - korzystając ze swojego położenia przyszpilił Dracona do ziemi, wpijając palce w jego ramiona jak w modelinę. Błyszczące, lodowate jak najgłębszy mróz, zielone oczy wszczepiły się w szarość tęczówek rówieśnika jak pijawki w skórę.

Malfoy warknął wściekle i zaczął szarpać się pod jego dłońmi z bezbrzeżną agresją wypisaną w źrenicach. Serce Harry'ego zmieniło się w kamień, w lodowiec tak chłodny, jak ślepe ostrze sztyletu przeciągane po chudym gardle byłego kochanka, pochylił się nad walczącym opętańczo mężczyzną, jego twarz zawisła nad twarzą Dracona jak zmyśle fatum.

Dosyć — jego szept owiał skórę Malfoya jak cień, jak noc, jakaś mroczna, nieopisana aura otoczyła ich ciała niczym kopuła.

Draco przestał się miotać, jego mięśnie zwiotczały i opadły w niemym poddaniu, jego usta wyciągnęły się w pełnym żałości grymasie, jego oddech uleciał z jego płuc jak nocna bryza, owiewając skórę szyi Harry'ego z tragiczną łagodnością.

Obaj dyszeli ciężko, przyglądając się sobie bez słowa, oczy przy oczach; trochę jak dwa drapieżniki po zaciekłej walce o dominację, jeden - promieniując groźbą, drugi - odsłoniwszy kark, ukazując swą uległość.

Powieki zielonookiego opadły, zdjął przytwierdzające Dracona do ziemi palce z owych chudych ramion i osunął się z jego ciała na chłodną podłogę; jego dłoń odnalazła drogę do czoła i schłodziła rozpaloną jak w gorączce skórę.

— Przyprawiasz mnie o hemikranię.

— Mhm. I o nudności — wyszeptał Draco, przełykając kilkukrotnie ślinę. Jego pierś falowała jak po wielokilometrowym biegu.

— I o nudności.

— I o bóle żołądkowe.

Harry poczuł, jak napięcie ulatuje z jego ciała, a wraz z nim wyrywa mu się z gardła głęboki, tłumiony śmiech, którego w żaden sposób nie potrafił powstrzymać. Jego ciało zadrżało w niekontrolowanym rozbawieniu, mięśnie jego twarzy wyraziły głuchy protest, napinając się niemal boleśnie.

— Chyba mdleję — wymamrotał Draco, mrugając z niesamowitą częstotliwością (jego powieki drżały jak skrzydła kolibra).

Odpowiedziały mu zbliżające się kroki, ktoś przykucnął tuż obok nich, Harry poczuł, jak chłodny cień zalewa jego twarz; uchylił powieki.

Lucjusz Malfoy, z niezwykłą sobie delikatnością, wsunął ramiona pod ciało mężczyzny o włosach tak samo jasnych, jak jego własne i podniósł go z ziemi. Głowa Dracona opadła bezwładnie na jego ramię. Szarooki, starszy czarodziej wstał powoli, nie poświęcając drugiemu, tkwiącemu na zimnej ziemi młodzieńcowi choćby namiastki spojrzenia.

Harry miał ochotę zerwać się z ziemi i wszcząć walkę, coś przeraźliwie lodowatego zacisnęło się na jego sercu jak łańcuchy; męskie, młode ciało wyglądało w ramionach byłego Śmierciożercy, jakby właśnie odnalazło miejsce, jedyne na ziemi, w które potrafiło się wpasować z całkowitą perfekcją, z kującą oczy symetrią. Zielonookiego poruszył drażniący umysł niepokój, jednak jego mięśnie stanowczo oprotestowały możliwość ich współpracy.

Kroki Malfoya seniora zaczęły się oddalać, Harry poczuł nieprzyjemną, drażniącą suchość w ustach i pustkę w sercu głęboką jak Czarna Dziura.

Chłodne, długie palce spoczęły na jego policzku, czyniąc go bezbronnym, jak jeszcze nigdy wcześniej, Harry czuł się pokonany, czuł się nagi i otwarty na ból płynący ku niemu z bezlitosnej rzeczywistości.

— To jego ojciec — szept obił się o jego skórę jak skrzydła kolibra. — Nie skrzywdzi go.

Zielone oczy Harry'ego powędrowały ku klęczącemu przy nim mężczyźnie; na młodszej twarzy odmalował się gorzki uśmiech.

— Już to zrobił — odparł zielonooki, starając się przełknąć ślinię i zwilżyć nieco wyschnięte gardło.

Chłopak podźwignął ciężar własnego ciała na drżących ramionach i uniósł głowę, by spojrzeć wprost w niezmierzone, czarne przestrzenie oczu klęczącego przy nim mężczyzny; usiadł na chłodnej ziemi, pewne, silne dłonie przytrzymały jego ciało, gdy osłabione mięśnie zaczęły protestować przed podjęciem jakiegokolwiek fizycznego wysiłku - długie, zimne palce spoczywające na żebrach wywołały salwę dreszczy, która przemierzyła w górę i w dół jego kręgosłup.

— Dlaczego to robisz? — zapytał Harry oblizując wyschnięte wargi i przymykając ciążące jak przekleństwo powieki.

Druga dłoń Snape'a nie opuszczała jego policzka, opuszki zimnych palców przeciągnęły się po przemęczonej, mokrej od potu, drżącej skórze jego twarzy jak muśnięcie łabędziego pióra.

— Co takiego robię, Potter? — szept owiał jego kości policzkowe jak górski wiatr tańczący między szczytami. — Co takiego robię?

Harry zaciągnął się głęboko powietrzem przesiąkniętym znajomym mu zapachem eliksirów oraz tą jedyną, odrębną wonią przywodzącą mu na myśl morską wodę - Snape pachniał niczym silny afrodyzjak, Harry'emu zakręciło się w głowie. Z trudem skupił swój wzrok na czarnych oczach wpatrzonych w jego własne.

— Odpowiedziałeś na zawołanie — przecisnął przez zaschnięte na wiór gardło, zielone oczy zabłysły jak diamenty. — Przybyłeś, aby nas stamtąd wyciągnąć.

Mroczny uśmiech, który poruszył kąciki warg Naczelnika, wkradł się w najdrobniejsze neurony ciała Harry'ego.

— Błagałeś tak gorliwie — wciągający głos, który wymruczał ciche słowa tuż nad jego twarzą, sprawił, że ciało Wybrańca zadrżało jak w gorączce. — Jak mógłbym się oprzeć?

Kopia dokumentów dokładnie ukryta w wewnętrznej kieszeni peleryny zaciążyła Harry'emu jak sztanga - to, że powolne palce Snape'a zaczęły błądzić po jego kieszeniach, wcale nie pomagało.

— Przed kim odpowiadasz? — wyszeptał mężczyzna.

Zielonooki czuł, że dzisiejsza akcja, która zakrawała na próbę samobójczą całkowicie odebrała mu siłę do dalszej walki, mimo to pochwycił poły własnej peleryny i spróbował odsunąć się od dłoni Naczelnika w ostatnim zrywie defensywy.

Harry.

Potter zaciągnął się głęboko rześkim powietrzem, wypełniło ono jego ciało niczym eudajmonia.

— Przed tobą — odpowiedział z niesamowitą żarliwością, bez najmniejszego zająknięcia się, Harry. — Mówiłem ci już dawno temu, że odpowiadam przed tobą.

Na ustach Snape'a wykwitł drapieżny uśmiech.

— Sprytni jesteśmy, co, Potter? — jego głos wibrował dźwięcznie, jego dłonie przygwoździły osłabionego mężczyznę do podłogi (kręgosłup Harry'ego uderzył w twarde podłoże jak w głaz), chciwe palce zsunęły z jego ramion podróżną pelerynę, która zatrzymała się na zgięciach łokci.

— Zostaw — warknął Harry, starając się odepchnąć od siebie dłonie mężczyzny. — Puszczaj mnie ty...

— Nie ośmielaj się mnie znieważyć — wyszeptał Snape, jego oczy błysnęły niczym źrenice jadowitego węża. — Ocaliłem cię. Nie po raz pierwszy, zresztą.

Harry jęknął przeciągle, gdy jego nadgarstki zostały unieruchomione nad jego głową, a długie palce lewej dłoni mężczyzny zaczęły zakradać się do kieszeni jego płaszcza, do kieszeni spodni, do szerokich rękawów.

Jego różdżka została odrzucona na bok niczym nieistotny przymiot, kilka zapasowych guzików podzieliło jej los, palce Snape'a wślizgnęły się do wewnętrznej kieszeni; w oczach Harry'ego zatliły się łzy bezsilności - z całej siły szarpnął swym ciałem, ale osłabione mięśnie ani myślały uratować go z opresji. Błądzące dłonie wymacały plik kartek, czarne oczy zmrużyły się podejrzliwie, Snape wyciągnął z jego płaszcza dokumenty, odsunął się od zielonookiego, odchodząc w kierunku półkola światła padającego zza wysokich okiennic i przyjrzał się uważnie trzymanym w rękach papierom; jego wąskie wargi zadrżały.

Tak naprawdę zielonooki poddał się już dawno - zanim to wszystko się zaczęło, poddał się, zanim po raz pierwszy powiedział o tym głośno przed drugim człowiekiem. Poddał się, gdy jego pogrążony w rzewnej rozpaczy umysł, wciąż na nowo i na nowo, odtwarzał pod jego powiekami scenę, o której starał się zapomnieć - starcze, słabe, tak drogie mu ciało przechylające się przez blanki Wieży Astronomicznej, znikające w niebycie; poddał się, a jego poddaniu towarzyszył upiorny rechot Bellatrix Lestrange i słowa pieczętujące jego położenie jak ogień, słowa napominające rzewnie o zaufaniu i okrutnej zdradzie.

Głowa Harry'ego ponownie opadła na podłogę, jego policzek przykleił się do ciemnego drewna, w jego piersi wzbierał rzewny, łzawy, krwawy lament i nawet myśl o tym, że po raz kolejny, szczęśliwie, uniknął czającej się na niego śmierci, nie potrafiła go zatrzymać. Własny oddech w jego ustach smakował goryczą, szelest kartek pod cudzymi palcami i zaciśnięcie pęt na sercu, które niemal krwawiło, niemal łkało.

Przez chwilę, dłużącą się Harry'emu jak nieskończoność, między ich ciała nie wkradał się żaden dźwięk.

Czarne oczy padły na twarz Wybrańca jak kamień, jedna z cienkich, czarnych brwi podjechała wysoko na blade czoło.

— Więc po to tam byliście — odezwał się cichym głosem, wywołującym u Harry'ego dreszcze. W źrenicach mężczyzny zatliło się zrozumienie. — Po mugolskie plany zbrojeniowe.

Młodszy mężczyzna nie odpowiedział, jego oczy śledziły mgiełkę własnego oddechu muskającą ciemne drewno jak płatki róż.

Severus Snape, bezwzględny przywódca obecnych rządów, pewny siebie Naczelnik ukształtowany przez wieki służenia ciemnościom oraz temu, kto był z nich uwity, ojciec delikatnej, lojalnej Katriny - ten sam Severus Snape, w których wspomnieniach zielonooki niegdyś zatonął, oddając się ich bezkresom jak dobrowolna ofiara, ruchem dłoni odesłał dokumenty w sobie jedynemu znane miejsce (papier rozpłynął się w powietrzu jak dym) i podszedł powoli do nieruchomego mężczyzny, który zdawał się pogodzić już ze swoim losem. Czarna szata zafalowała, poruszając powietrze, gdy owa mara uwita z mroku klękała koło jego ciała, jak diabeł zamierzający porwać zbłąkaną duszę do piekła.

Obsydianowe oczy odszukały szmaragdowych. Delikatny, niczym motyle skrzydła, dotyk musnął rozgrzany policzek.

— Dlaczego nie zapytasz? — ponowił znane już kiedyś Harry'emu pytanie; zbolały grymas przykrył twarz Wybrańca jak maska.

Młody mężczyzna odetchnął głęboko: raz, dwa razy; czuł posmak porażki w ustach.

— Gdybym zapytał, dostałbym w ogóle konstruktywną odpowiedź?

Wzrok Snape'a był hipnotyzujący, wciągał zielone oczy jak Czarna Dziura. Ziemista twarz pochyliła się nad jego własną, grafitowe kosmyki musnęły jego skórę.

— Być może — wyszeptał mężczyzna.

Potwór mroku wyciągnął swoje skrzydła i zawinął je wokół jego ciała; jego ramiona były ostoją, jaką nie powinny stać się nigdy.

Gdyby nie wyczerpanie i pragnienie odpoczynku, które przewyższało wszelkie jego życiowe potrzeby, gdyby nie serce uderzające w jego pierś, jakby było skrzydłami ogromnego ptaka, gdyby nie szczelne ramiona, które nie pozwoliły mu rozbić się u podnóża tamtego, mugolskiego bastionu, Harry nigdy by nie dociekał prawdy - ale rzeczywistość zdawała się w tamtym momencie tak nierealna, jak sen, umysł zielonookiego falował, jakby otaczający go świat był jedynie plamami koloru na startym płótnie - nierzeczywisty, wyobrażony.

Lejące się pasma włosów były na wskroś miękkie pod jego palcami, jak na nierealność tego, co go otaczało.

— Powiedz mi — przecisnął przez swoje usta Harry, zaciskając dłoń na czarnych jak otchłań kosmykach. — Ile oznacza moje słowo na ołtarzu twojej władzy?

Oblicze Naczelnika zalał uśmiech szakala, czarne oczy rozbłysły jak tajemnica.

Wąskie usta przysunęły się do jego ucha.

Ołtarz mojej władzy — powtórzył czarnooki szatan głosem, który zdawał się wyostrzyć wszelkie zmysły przemęczonego mężczyzny leżącego u jego stóp; ramiona młodszego maga zadrżały, jego żołądek ścisnął się boleśnie. — Piękne sformułowanie w twoich ustach, dziecko.

— Nie jestem dzieckiem — wyrwało się z gardła Harry'ego, zanim ugryzł się w język. Jego powieki opadły jak kurtyna.

Chłodna dłoń przemierzyła drogę w dół jego policzka, miękki opuszek palca musnął jego zaciśniętą szczękę.

— Dla mnie zawsze nim pozostaniesz.

Klatka piersiowa Harry'ego zafalowała, dotyk Snape'a był jego przekleństwem i błogosławieństwem zarazem, wywoływał we wciąż młodym organizmie szereg przeciwstawnych reakcji, które kolidowały same ze sobą, sprawiał, że jego ciało płonęło, choć sam nie potrafił powiedzieć, czy ogarnia go niezmierzony chłód, jakby usta śmierci muskały jego kark, czy zalewa go niczym lawa wszechstronne gorąco, wywołujące w nim niemalże stan podgorączkowy.

Zielonooki odsunął się, aby móc spojrzeć w czarne, głębokie oczy.

— Powiedz mi.

Snape się uśmiechnął - jego uśmiech był przepaścią, był pożerającą Harry'ego ciemnością, był przyprawiającym o dreszcze demonicznym piętnem.

— Jeśli ja jestem papieżem posiadającym najwyższą, pełną władzę, ty, moje słodkie dziecię wojny, jesteś moim biskupem.

Przez moment wpatrywał się jedynie w te czarne, szatańskie oczy, nie komentując jego słów.

— To dość... wysoka pozycja — zauważył powoli Harry, mówiąc przyciszonym głosem, lękając się własnych słów jak śmierci.

— Która nie zmienia faktu, że jesteś mi podległy — przypomniał Snape z nieco drapieżnym wyrazem twarzy, jego ramię zacisnęło się silniej wokół talii zielonookiego. — Jakkolwiek porywająco nie wyglądasz, znajdując się u moich stóp, byłbym zobligowany, gdybyś raczył mi pomóc przetransportować własne ciało na piętro, ponieważ ani mi się śni nosić cię na rękach.

Harry podźwignął się na nogi, podpierając niemal cały ciężar własnego ciała na ramionach Naczelnika. Świat zawirował wokół niego jak w kalejdoskopie.

— Powinieneś mnie nienawidzić — mruknął, starając się odegnać mroczki sprzed oczu. Głuchy pisk w uszach ponownie zaczął odbierać mu rozum, wżerać się w jego mózg jak obce, toksyczne komórki. — Jakby nie spojrzeć, w dość ordynarny i brutalny sposób wykorzystałem twoją córkę.

Milczenie, które mu odpowiedziało, zmusiło młodszego maga do podniesienia, nie bez trudu, głowy i spojrzenia w twarz prowadzącemu go, krok po kroku, mężczyźnie.

— Słyszałeś, co powiedziałem? — odezwał się Harry. — Użyłem sobie twojej córki do własnych celów.

Obsydianowe oczy nie spojrzały na niego z wściekłością, a z rozmysłem. Wąskie usta rozchylały się powoli.

— Następnie oddałeś całe swoje szlachetne serce, aby ją za to przebłagać. Tak, nie zapomniałem. Wzruszające, doprawdy.

Schody pięły się w górę niczym pnącza winorośli, ich stopnie zdawały się zwielokrotnić swoją pierwotną ilość, jakby za punkt honoru obrały sobie wyczerpanie Harry'ego na amen. Gołe ściany świeciły pustkami, nie mówiąc zielonookiemu nic o posiadłości, w której nietrefnie się znalazł.

— Czyżbyś zamierzał ulokować mnie we własnej sypialni, drogi panie Naczelniku? — młody mężczyzna nie powstrzymał kpiny, która wdarła się na jego język jak największa słodycz.

Wargi Snape'a wygięły się w chłodnym uśmiechu.

— Skoro już pytasz, Potter, planuję dociągnąć cię do łazienki i otrzeźwić twój butny umysł wodą lodowatą jak syberyjski śnieg.

Harry skrzywił się, jakby przełknął cytrynę, w jego ciało wkradło się ślepe zniesmaczenie.

— To urocze — mruknął z nieznacznym zażenowaniem, starając się brzmieć na absolutnie pewnego siebie. — Słodka Katrina znowu oznajmi, że jest ślepo zazdrosna o własnego ojca.

Snape westchnął przeciągle, acz nie skomentował jego aroganckich wypowiedzi - Harry pomyślał, że czas jednakowoż potrafi nauczyć cierpliwości nawet najbardziej burzliwych osobników.

U góry schodów zielonooki poczuł mdłości jaskrawe niczym promienie słońca kłujące oczy. Białe plamy przed źrenicami stosunkowo zniechęciły go przed podejmowaniem podobnych akcji w najbliższej przyszłości. W myślach przeklinał pomysłowego Antoniusza, zauważając tym samym nadzwyczajną ironię sytuacji: mężczyzna, przeciw któremu spiskowali w zaciszu posiadłości Blacków oraz w szarych kątach ich zmyślnej bazy, był tym, który wyciągnął go żywego i oddychającego z jednej z największych opresji, w jaką wpadł w całym swym życiu. Dłonie mężczyzny przytrzymały jego ciało; Snape oparł się o jedne z bocznych drzwi i wciągnął Harry'ego do przestronnej, mrugającej bielą łazienki. Buty Harry'ego zaszurały na kafelkach imitujących marmur.

Snape, ani myśląc zostawić młodszego mężczyznę na osobności, posadził go na brzegu wanny, upewniając się, że boczna ściana jest wystarczającym podparciem dla jego ciała i cofnął się, aby zamknąć drzwi z impregnowanego drewna.

— Uderzyłeś Dracona. — Harry nie wiedział, dlaczego akurat ta myśl zamajaczyła wówczas w jego głowie, jednak zielone oczy śledziły odzianą w czerń sylwetkę, jakby w fałdach jej szaty istniały podpowiedzi mogące mu powiedzieć coś więcej o człowieku, którego miał przed sobą.

Naczelnik odwrócił się i przyjrzał się jego twarzy zalanej światłem dziesiątek świec unoszących się pod sufitem. Patrząc na niego, Harry doszedł do wniosku, że głęboko nad czymś rozmyśla, niemal czuł, jak trybiki jego umysłu zwiększają swą prędkość kątową. W obsydianach jego oczu kryła się nieoznaczoność, która go określała, która czyniła z niego subtelnego syna ciemności.

Upadły anioł o oczach spowitych tajemnicą przechylił nieznacznie głowę, wpatrując się w jego twarz z taką intensywnością, że Harry zaczął się zastanawiać, czy nie powinien wszcząć ucieczki.

— Miesiąc temu, kiedy przybyłem do twojego gabinetu, gotów w bezmyślnym akcie czarnej melancholii oddać się dobrowolnie w twoje amoralne dłonie nieodróżniające dobra od zła, kiedy zarzekałem się, że moja uległość jest do twojej dyspozycji, naiwnie sądząc, że ocalę tym samym tych, na których mi zależy, wyrywając ich z kręgu twojego zainteresowania, Draco przybiegł tam za mną, aby zniechęcić mnie do tego zamiaru i odroczyć moje bliskie spotkanie z obłędem, pamiętasz?

Nemezis Harry'ego w oczach miał mnogość całego wszechświata; musiał wiedzieć, że młodszy, smukły mężczyzna tonął w ciemności jego źrenic bez możliwości ratunku, musiał wiedzieć, jak duży wpływ miało na zielonookiego jedno jego spojrzenie.

— Ja nie zapominam — wyszeptał, obserwując uważnie swego młodego rozmówcę spod wachlarza rzęs.

Musiał wiedzieć, kogo przywiodą Harry'emu na myśl te słowa, musiał wiedzieć, jaki chłód wkradnie się do dwudziestokilkuletniego ciała jak huragan. Jego kroki odbiły się od ścian, kiedy zaczął przesuwać się w stronę nieznacznie spiętego mężczyzny niczym wilk skradający się na miękko ugiętych łapach do przyszłej ofiary.

Harry wcisnął się w ścianę łazienki, jakby jej sfera była scenicznymi kulisami; szmaragdowe oczy nie ześlizgnęły się z ziemistej twarzy.

— Uderzyłeś go.

Wąskie wargi wygięły się w uśmiechu krwiożerczego potwora z najmroczniejszych filmów grozy.

— Jestem zwierzęciem ciemności, Potter. Skoro nie dostrzegł, na którym stopniu hierarchii się znajduje, postanowiłem mu go wskazać.

Harry przytrzymał się ręką kantu wanny, na której siedział, we wnętrzu własnego żołądka na powrót poczuł dręczące zawirowania. Przełknął ślinę, starając się odetchnąć głębiej, zbierając się na zadanie pytania, które przez cały ten czas nie dawało mu spokoju.

— Dlaczego nie podniosłeś ręki na mnie?

Snape zatrzymał się naprzeciw zielonookiego i sięgnął po kurek; strumień ciepłej, pomimo jego uprzednich ostrzeżeń, wody spłynął do wanny; pojedyncze, zagubione krople osiadały na dłoniach Harry'ego jak rosa.

— Ty, Potter — wyszeptał, opierając się chudymi dłońmi o kant prostokątnej wanny i wychylając w stronę młodszego mężczyzny jak widmo, jak upiór — o dziwo, zdajesz się doskonale rozeznany w szczeblach drabiny społecznej.

Harry uniósł brwi, nie spuszczając wzroku z tej ziemistej twarzy, której nie znaczyło najmniejsze napięcie, na której nie było śladów niepewności.

— Doprawdy? — mruknął. — Okazuję to zatem, zwracając się do ciebie na „ty", chociaż obaj wiemy, jak zafiksowany jesteś na punkcie odpowiednich tytułów. Nieprawdaż, panie Naczelniku?

Obsydian mrocznych tuneli lustrował jego twarz, jakby widział w niej całe jego życie, długie, chłodne palce uniosły się i sięgnęły do jego ramion, zsuwając z nich ciężką pelerynę.

— Pozwolisz mi sobie pomóc? — zapytał cicho Snape, patrząc w zielone, zmęczone oczy.

Na usta Harry'ego wkradł się obłudny uśmiech, a choć powieki ciążyły mu jak kotary okienne, w jego źrenicach pojawiła się jadowita iskra.

— Dajesz mi wybór? — wyszeptał, przechylając teatralnie głowę w szelmowskim zainteresowaniu. — Jakież to wspaniałomyślne z twojej strony.

Chude brwi uniosły się nieznacznie, ale palce leżące na jego ciele nie drgnęły ani o jotę.

Harry westchnął ciężko i spuścił wzrok.

— Może pan czynić honory.


-VVV-


— Może był tobą zainteresowany, co, Potter?

To nader wątpliwe, aby był mną zainteresowany, Malfoy, patrząc po jego poprzednich wybrankach. Koniecznie musiałeś mi przerwać ciągłość akcji? Tak niezrównanie mi szło.

— Nie mogłem się oprzeć wtrąceniu swoich trzech groszy.

Cóż, być może bym o tym wcale nie wspominał, gdyby nie fakt, że esencja tego zdarzenia tkwi w tym, że dobrowolnie podał mi pomocną dłoń. Dosyć nietypowe, jak na okrutnika i despoty, na jakiego go kreujemy, nieprawdaż? Cóż, jak widać nawet największy oszołom polityczny, po bliższym przyjrzeniu się jego osobie, może się niespodziewanie okazać dobrym człowiekiem.

Tak, Malfoy, zauważyłem, że właśnie nazwałem Naczelnika „dobrym człowiekiem". Nie był on aniołem, chyba że upadłym. Bardziej przywodził na myśl krwiopijcę gotowego bez zawahania się opróżnić ludzkie ciało z kilku litrów gorącej krwi. Przemieszczał się jak cień, przyprawiając moje serce o palpitacje, a sposób, w jaki spoglądał drugiemu człowiekowi w oczy, jakby przyglądał się odkrytej, nagiej duszy, wzbudzał we mnie niekontrolowane pragnienie pierzchnięcia, gdzie pieprz rośnie. Jednakowoż w gruncie rzeczy, czuwał na straży mojego istnienia jak Anioł Stróż, nawet jeśli jego dłonie były rękami łowcy cieni, nawet jeśli jego palce były palcami drapieżnika, nawet jeśli jego spojrzenie miało wgląd w ludzkie dusze. Pilnował mnie na swój dziwny, pokręcony sposób i nigdy, przenigdy nie porzucił mnie samemu sobie w chwili największego zagrożenia.


-VVV-


Harry oparł głowę o kant wanny i zamknął oczy. Ciepła para tworzyła obłoki nad jego głową, układała się w zwiewne aureole; wciągało się ją, jak opary unoszące się znad Eliksiru Spokoju.

— Co planujesz uczynić w związku z dokumentami, które mi zabrałeś? — zapytał cicho Harry, nie unosząc powiek. Jego mięśnie rozluźniły się nieznacznie po początkowym napięciu.

Gładkie palce z niesamowitą delikatnością obmywały jego ciało, jakby był dzieckiem, któremu zaszkodzić mógł każdy silniejszy nacisk na wrażliwą skórę.

— Przeczytać je, naturalnie. W każdym razie wstępnie. Na podstawie ich zawartości zdecyduję co dalej.

Palce zatopiły się w czarnych włosach, prowadząc jego głowę ku kołyszącej się tafli wody, gładkie, niespieszne ruchy przeczesały krótkie kosmyki, gdy rozpełzły się pod powierzchnią jak parzydełka meduzy.

— Wiesz, co w nich znajdziesz. — Harry odważył się unieść powieki i spojrzeć w owe atramentowe źrenice zlewające się z tęczówkami. Mężczyzna oddał jego spojrzenie, nie zatrzymując swoich palców przeczesujących czarne, nieco przydługie włosy. — Zamiary mugolskich dowódców przeciwko twojemu społeczeństwu.

Wyraz twarzy Snape'a się nie zmienił, jego oczy powróciły do śledzenia ruchów własnych dłoni.

— Mojemu społeczeństwu, Potter? — zapytał cicho, jego głos miał w sobie jakąś hipnotyzującą nutę, odbił się od białych, kafelkowych ścian jak magia od przeźroczystej otoczki tarczy Protego.

Harry zamilkł, powstrzymując swój niewyparzony język od podyktowania Naczelnikowi, jak ma rządzić, wiedząc, że nie skończyłoby się to dla niego szczęśliwie; widząc samowystarczalność na jego naznaczonych doświadczeniem skroniach, zastanawiał się, jak wiele dla jego zimnego umysłu oznacza jego niesukcesywne, szybkie wspięcie się na szczyt drabiny społecznej. Jego wzrok nie opadł zmieszany własnymi słowami z ziemistej twarzy mężczyzny - pomiędzy chudymi brwiami dostrzegł drobne, przeciągłe zmarszczki.

— Przeciwko ludziom, którzy do ciebie przynależą — odezwał się zielonooki, na jego twarz wkradł się uśmiech pełen smutku. — Przeciwko ludziom, którzy do ciebie przynależą, Naczelniku.

Dłonie mężczyzny zatrzymały się, jego oczy wpatrywały się niewidzące otoczenia we własne palce.

— Dziecko... zostaw politykę w spokoju — odpowiedział cicho; w jego głosie nie było żalu, ale była jakiś płynna jak woda cierpliwość, która nigdy nie widziała sztucznie stawianych granic.

— Powiedziałeś mi kiedyś, że chcesz, żebym przed tobą odpowiadał, zestawiając to ze stwierdzeniem, że pragniesz mojego strachu — rzekł Harry; czarne oczy uniosły się na jego własne. — Kim bym był, przechodząc obok tego obojętnie?

Mężczyzna powrócił do zaniechanych czynności, jego dłonie łagodnie osiadły na barkach zielonookiego. Na szerokim lustrze zamgliła się para, uniemożliwiając Harry'emu dojrzenie własnych oczu, gdzieniegdzie skraplała się ona na szklanej powierzchni, tocząc się w dół szklanej struktury jak plama krwi.

— Pragnę — wyszeptały chude, bladawe usta po długich minutach ciszy, którą zagłuszał jedynie szum mąconej wody, po której powierzchni wodził palcami młodszy mężczyzna, kreśląc zawiłe wzory, znane jedynie jego wyobraźni. Harry zamrugał zdezorientowany, wracając umysłem ku rzeczywistości.

— Czego? — zdziwił się, marszcząc w niepewności czoło.

Kąciki warg Snape'a drgnęły w uśmiechu pełnym ciemności. Czarne oczy pochłonęły jasną zieleń.

— Pragnę twojej asysty. Pragnę cię po swojej stronie. Marzę o twoim lęku. W moich snach klęczysz przede mną, jak ja kiedyś przed Czarnym Panem, śnią mi się twoje oczy wpatrzone w moje, oczy, w których widzę poddanie, oczy, w których widzę uległość, śnią mi się twoje usta wypowiadające obietnice wierności. Mówiłem ci, Potter, że jestem synem mroku.

Harry nie odpowiedział. Zdawało mu się, że słowa mężczyzny jeszcze długo odbijały się od ścian, krążąc po łazience niczym myśli w błędnym kole. Palce Snape'a z taką samą ospałością, co pielęgnowały jego barki, przeniosły się na jego klatkę piersiową. Ręka młodszego maga, jeszcze chwilę temu przecinająca nieruchomą powierzchnię kołyszącej się spokojnie wody, utonęła w odmętach ażurowej cieszy przybierającej barwę alabastru w kontakcie z aksamitnymi w dotyku szamponami, znad których unosił się subtelny, usypiający zapach lilii wodnych.

— Nie zamierzasz nic powiedzieć? — zapytał czarodziej, jego głos miał w sobie głębię, w której można było się zagubić.

Kąciki ust zielonookiego drgnęły w niemal niedostrzegalnym, skropionym namiastką mrozu uśmiechu.

— A co takiego pragnąłbyś ode mnie usłyszeć?

Prawdopodobnie jego słowa były zaklęciem otwierającym Puszkę Pandory. Niewykluczone, że on zawsze nosił w sobie cienie.

Cichy, mroczny jak najgłębsze ciemności, śmiech przetoczył się po pomieszczeniu jak koła pociągu parowego.

— Być może magiczną, ponętną strofę o ołtarzu mojej władzy.

Harry nabrał w otwartą dłoń obłok mydlanej piany, od której płomienie świec odbijały się całą paletą barw. Delikatnie dmuchnął w ową zwiewną chmurkę, trzymającą się jego palców jak gęsta, lepka mgła.

— Spodobało ci się to określenie, co? — zamruczał, przyglądając się w zaintrygowaniu pienistej wysoczyźnie. — Mam w zanadrzu kilka podobnych metafor.

— Podaj przykład — szept mężczyzny był niczym nocna bryza pachnąca wilgotną roślinnością.

Harry spojrzał w owe głębokie jak niekończące się tunele oczy.

— W konfesjonale twojego wzroku.

Palce mężczyzny zatrzymały się, jakby napotkały niematerialną barierę. Owo spojrzenie mroku ogarnęło go jak wysoka, morska fala, zalewając bezlitośnie jego drogi oddechowe.

W konfesjonale mojego wzroku? — powtórzył szeptem.

Z gardła Harry'ego wydobył się ni to potwierdzający, ni zaprzeczający pomruk. Kąciki warg mężczyzny drgnęły w wątłym uśmiechu przepełnionym cieniami.

— Adekwatne — zawyrokował, przyglądając się młodszemu mężczyźnie z jakąś nieokreśloną nutą w spojrzeniu. — Przemawia do mnie bardziej, niż na ołtarzu mojej władzy.

Zielonooki odgarnął z twarzy zlepione wodą kosmyki. Przyjrzał się uważnie temu mężczyźnie, który z bezwzględnością tworzył przepisy zaciskające kajdany na nadgarstkach obywateli magicznej Anglii. Przygryzł wargę.

— Nie uwierzę, że nie obchodzi cię zawartość tamtych papierów — powiedział cicho, śledząc nieoznaczoność zamarłą na tej ziemistej twarzy. — Znając zamiary mugolskich wojsk, mógłbyś przewidzieć ich ruchy, mógłbyś postawić kilka kroków naprzód, mógłbyś ich prześcignąć i podczas gdy oni sądzić będą, że pozostałeś daleko za ich plecami, zaskoczyć ich z tyłu. Mógłbyś uczynić tak wiele.

Snape nie spojrzał mu w twarz.

— Mógłbym.

— Więc dlaczego tego nie robisz? — zapytał przyciszonym głosem Harry, jak nic, pragnąc zrozumieć tego cichego mężczyznę, którego postać owiewała słodka woń tajemnicy.

Mężczyzna rozchylił wargi, rozmyślając głęboko nad własną odpowiedzią.

I wówczas drzwi łazienki zaskrzypiały, zrywając pomiędzy nimi tę wątłą nić porozumienia, pospieszny tupot bosych stóp rozbrzmiał na kafelkowej podłodze, a chwilę potem, z głośnym pluskiem, ktoś wskoczył do ciepłej wody, rozchlapując jej krople po ścianach i przygniatając klatkę piersiową Harry'ego z taką siłą, że w głowie Wybrańca przez moment zatliła się myśli, iż jeszcze chwila i wypluje własne płuca.

Znajomy zapach wkradł się w jego nozdrza, długie włosy nakryły jego twarz jak całun, Harry poczuł chude ramiona owijające się wokół jego talii z siłą nieadekwatną do ich chudości.

— Jesteś tu... — cichy jęk utonął w zagłębieniu jego szyi jak w czeluściach głębokiej studni.

Przez moment zastanawiał się, czy to kilkunastoletnie ciało nie pociągnie go na dno. Ciężki materiał jasnej sukienki przykleił się do jego ramion. Harry wydał z siebie pełen rozdrażnienia, niemal zwierzęcy warkot i pochwycił dłońmi drobne nadgarstki, starając się oderwać od swojej skóry drżące, niewielkie dłonie. Zapalczywe, długie palce wszczepiły się w jego ciało jak haczyki.

— W jednej z gościnnych sypialni natknęłam się na Draco w stanie całkowitego omdlenia — drżący oddech zamajaczył we wgłębieniu jego szyi. Głowa przyklejona do jego piersi uniosła się, na brzoskwiniowej twarzy stróżki łez kreśliły zawiłe korytarze. Czarny tusz rozmazał się pod opuchniętymi oczyma oraz na pełnych policzkach jak czekolada. Pozlepiane rzęsy trzepotały jak skrzydła wrony. — Zajrzałam do każdego pokoju, do każdego pokoju, i nie mogłam znaleźć ciebie. — Klatka piersiowa dziewczyny zadrżała w niemym szlochu. — Myślałam, że nie żyjesz. — Jej oddech był tak szybki, że Harry przez moment zastanawiał się, czy dziewczyna nie ma jakiejś zapaści.

— Ja nadal tak myślę — wysyczał niczym kobra mająca za moment złożyć swój śmiertelny pocałunek. — Złaź ze mnie, ty rozpustna wariatko.

Odpowiedział mu przeciągły jęk, a następnie drobne dłonie wyrwały się z uścisku jego palców i zwinięte w pięści zaczęły na ślepo okładać jego pierś. Harry'emu zdawało się przez moment, że powierzchnia jego skóry jest jednym, wielkim siniakiem.

— Nigdy więcej mi tego nie rób, słyszysz?! — dźwięczny, jak kościelne organy, głos Katriny poniósł się echem po niemałej łazience, dudniąc w czaszce mężczyzny jak odgłos werbli. Jakaś struna, zaszczepiona głęboko w umyśle Harry'ego, pękła niczym cięciwa łuku. Z siłą, o jaką się nie podejrzewał, pochwycił te chude ramiona i patrząc na ślad czarnego tuszu na jasnym materiale dziewczęcej sukienki, odciągnął ją od siebie na odległość wyciągniętych ramion. Młódka zaczęła szarpać się w jego dłoniach, jej równe, białe zęby zatopiły się w jego nagim przedramieniu.

Harry skrzywił się z niesmakiem, mrużąc wściekle oczy.

— Słodka Morgano, zabierz ode mnie tę nieskromną paranoiczkę.

Drobinki różu odklejające się z jej policzków wpadły mu pod powieki.

O wiele większe, silniejsze dłonie pochwyciły Katrinę pod ramiona i wyciągnęły ją z wanny. Woda ociekała z jej włosów i sukienki jak z przemoczonego ulewą kota. Makijaż spływał w dół jej twarzy jak z obrazu przedstawiającego nieszczęśliwego, pogrążonego w depresji, cyrkowego klauna.

— Chyba powinienem zacząć zamykać za sobą drzwi na klucz — warknął Snape. Spoglądając w jego twarz, Harry widział ponure zgorszenie.

Czarnooki mężczyzna podniósł przemoczoną nastolatkę i podszedł z nią do koszyka, w którym poukładane w kostkę leżały ręczniki. Chwycił jeden z nich, o barwie głębokiej szarości i zaczął wycierać długie, klejące się do szyi i ramion włosy dziewczyny.

W powietrzu unosił się słodki zapach jej duszących perfum.

— Musiałam wiedzieć — rozchwiany głos Katriny odbił się krystalicznie od zaparowanych, wilgotnych ścian.

— Zatem już wiesz — odrzekł beznamiętnie mężczyzna ścierając z jej policzków ślad taniego tuszu.

Harry mógł dostrzec na ramie białej wanny ślady krwistoczerwonej szminki.

Snape wyciągnął różdżkę i stuknął jej końcem w czubek głowy dziewczyny. Zaklęcie otuliło ją jak koc i spłynęło po jej ciele jak ciepły, letni wiatr.

— Pójdź poszukać wujka Lucjusza.

— Zostanę z nim.

— Nie — kategoryczny głos Snape'a nie przyjmował sprzeciwu. Czarne oczy przewierciły się przez te drugie, niemal tak bliźniacze. — On potrzebuje odpoczynku, którego ty mu nie dasz. Uwierz mi, znam jego potrzeby. Widzę jego granice.

Katrina oblizała wargi, do których kleiła się resztka czerwonej szminki.

— Nie krzywdź go.

Snape przyglądał się długo twarzy swojej nastoletniej córki.

— Nie zamierzam — odpowiedział cicho. Pochylił się nad jej twarzą i musnął wargami jej blade czoło. — Zaopiekuję się nim.

— Obiecujesz?

Snape westchnął i popchnął dziewczynę w stronę drzwi.

— Tak, na brodę Merlina — rzekł cicho, z pewnym zniesmaczeniem w głosie. — Zostawisz nas samych?

Czarne oczy wychyliły się zza ramienia ojca i odnalazły zielone. Harry przyglądał się w milczeniu całej scenie z lekko ospałym, zmęczonym wyrazem znaczącym jego twarz jak blizny.

Katrina przygryzła dolną wargę i pokiwała głową, jej drobne palce owinęły się wokół klamki.

— Harry, ja...

— Wyjdź, proszę — uciął przyciszonym głosem zielonooki, zanim zdążyła go poprosić o darowanie winy, której nawet w niej nie dostrzegał.

Młoda dziewczyna wypuściła powietrze z płuc.

Kiedy drzwi się za nią zamknęły, nad ciałem Harry'ego pozostały tylko trzy rzeczy: woda, pustka i otępienie.