.
Rozdział 8
Piekło wiąże się z ludźmi
.
Korytarze były kręte i ciemne, Harry czuł się w nich jak w głębokim labiryncie. Dłonie Snape'a z pewnością oraz zręcznością prowadziły go poprzez lejące się ze ścian cienie, manewrując na ostrych zakrętach, plączących się jak węzły zaciśnięte na nadgarstkach skazańca. Harry zastanawiał się, czy uda mu się odnaleźć moment, w którym niespostrzeżenie mógłby wysłać patronusa do Antoniusza, by spłoszyć jego, zapewne całkiem poważne, przekonanie, że wysłał dwójkę swych sojuszników na pewną, najpewniej brutalną, śmierć.
Pokój, do którego zaprowadził go Snape, wbrew wszelkim przypuszczeniom Harry'ego, nie był komnatą dziewiętnastowiecznego wampira. Był stosunkowo niewielkim pomieszczeniem z umeblowaniem nader skromnym, do którego zaliczało się szerokie łóżko z białym baldachimem i spore, solidne biurko z jasnego drewna.
Harry, odziany w jakiś czarny, zwiewny materiał (który, nie zdziwiłby się, gdyby był własnością jego cichego przewodnika) aksamitny w dotyku i pachnący odurzającą wonią Eliksiru Płynnego Szczęścia, został pociągnięty nielitościwie w stronę miękkiego materaca.
Zielonooki opadł bezwładnie na elastyczną powierzchnię łóżka i zaciągnął się głęboko zapachem świeżości.
— To twoja komnata, Naczelniku? — zapytał, opuszczając powieki, wciskając policzek w chłodną, delikatną poduszkę przesączoną subtelnym zapachem wiosny.
— Jedynie w twoich marzeniach, Potter.
Harry zaśmiał się cicho, czując błogi spokój głęboko w piersi. Chłodne ręce odgarnęły włosy z jego czoła, zielonooki pochwycił w swój uścisk jedną z eleganckich dłoni.
Szmaragdowe oczy przesunęły się po bladości jej skóry jak struga światła księżyca.
— Ona ma twoje palce — wyszeptał, przymykając oczy, będąc na granicy snu, na granicy jawy. — To absolutnie niemoralne, wiesz? Kiedy mnie dotyka, nie wiem, czy powinienem się jej poddać, czy uciekać. To uczucie dosyć...
— Zamilcz — szept przetoczył się przez żyły Harry'ego jak trucizna, ale chłodne dłonie nie uciekły od jego dotyku.
Zielonooki uchylił powieki i spojrzał w owe czarne ostoje. Gęste rzęsy rzucały w półmroku długie cienie na policzki Wybrańca. Młodszy mag posłusznie zamknął usta - dobrze wiedział, że z niektórymi koszmarami nie sposób walczyć, znał wszystkie, drobne słowa, które będąc splotem odrębnych głosek, całościowo tworzyły szkielet mający siłę omamić; Harry rozumiał - podlegam ci, to ogromne wyznanie.
— Gdzie jest Draco? — zapytał, zanim się powstrzymał. Czerń oczu Naczelnika rozbłysła światłem gwiazd.
— W bezpiecznych rękach — wyszeptał, wycofując własne ręce z zasięgu dłoni młodszego czarodzieja; jego słowa przeniknęły przez skórę Harry'ego jak lodowata woda.
— To brzmi nader niepokojąco w twoich ustach.
Snape zaśmiał się, wkładając w ten śmiech całą swoją mroczną duszę. Młodszy mag poczuł, jak potężna, nieczysta siła pęta jego drogi oddechowe. Ślepa, kłująca jak naostrzony sopel lodu panika naznaczyła jego oczy, palce zadrżały i zacisnęły się z miażdżącą siłą na krawędzi ciepłej pierzyny.
— Gdzie on jest, Naczelniku? — Panika, panika, ślepa, niewstrzymana panika prześlizgnęła się przez jego umysł jak chłodna wiązka wstrząsających swą upiornością wspomnień.
Onyksowe spojrzenie przesunęło się po jego twarzy, wywołując salwę dreszczy w młodym ciele.
— Czyżbyś nie ufał moim intencjom?
Usta Harry'ego wyciągnęły się w czymś na kształt uśmiechu - były zbyt pospieszne, zbyt paranoiczne, spoglądając na nie, Snape widział historię lęku, która nie zakończyła się wraz z upadkiem ostatniego upiora o sercu bestii i oczach nieludzkich niczym szkarłat zaklęcia torturującego.
Brak odpowiedzi był odpowiedzią dosyć jednoznaczną.
Jeśli wierzyć słowom Katriny — pomyślał młodszy czarodziej, zakopując twarz w gładkiej pościeli — Draco niebawem odzyska przytomność w jednym z pokoi tej obcej rezydencji. — Harry miał ogromną nadzieję, że ślizgoński, chłodny umysł szarookiego podsunie mu natychmiastową myśl o szybkiej, cichej ucieczce z owego przeklętego miejsca.
Dwójka byłych Śmierciożerców wyciągnęła ich ze śmiertelnej pułapki mugolskich jednostek, to prawda, jednakże nieomylna, jak dotąd, intuicja Wybrańca, podpowiadała mu, że z głośnym impetem wpadli z deszczu wprost pod rynnę.
— Więc — odezwał się Snape po krótkiej chwili błogiej ciszy — wysadziliście mugolską bazę.
Zielone oczy uniosły się na czarne, a choć w głosie mężczyzny nie było gniewu, poczucie przewinienia zaczęło wirować w ciele Harry'ego niczym lej powietrzny. To niechciane rozemocjonowanie obaliło w jego głowie tysiące tam rzecznych, przez które myśli zaczęły przelewać się jak słowa poety na karty notesu.
— Zdajesz sobie sprawę, jak wiele komplikacji na płaszczyźnie moich zamiarów wywołaliście swoim małym, bezmyślnym posunięciem? — Głos Snape'a był jedwabisty niczym odbitki zdjęć na papierze błyskowym, Harry zaczął modlić się w myślach do niewiadomych sił ponadnaturalnych, aby zacny Naczelnik stracił nim zainteresowanie i porzucił go samego w tym cichym, spokojnym pokoju.
— Na obecną chwilę nie wiem — odpowiedział cicho, uważając, aby nie potknąć się o własne słowa. — Jednakże to nie oznacza, że nie chciałbym o tym usłyszeć.
Zanim na ziemistej twarzy Mistrza Eliksirów rozkwitł wyraz chłodnego rozbawienia, w jego oczach zatliło się zaskoczenie ogromne jak bezdenna przepaść.
Mężczyzna uśmiechnął się i przeciągnął w zamyśleniu palcami po niesfornie lejącym się w dół policzka kosmyku czarnych jak węgiel włosów.
— Pasjonujące jest śledzenie, jak na każdym kroku grzeszysz przebiegłością, Potter.
Harry wpatrywał się w Snape'a z mętnym zrezygnowaniem: wszystko wskazywało na to, że nie dość, że się potknął, to jeszcze legł na twarz, na szyję, nużąc się w kurzu jak w kałuży.
Przeklęty Snape i jego przeklęta spostrzegawczość — pomyślał z markotnością młodszy czarodziej, odwracając od swego nemezis oczy przepełnione cieniami.
— Tym bardziej zastanawia mnie twoja dzisiejsza, bezmyślna perturbacja. Potter, powiedz mi, któż to taki dał wam pozwolenie na jakiekolwiek działanie?
To pytanie miało tysiące ukrytych znaczeń, rozmyślnie wplecionych w szereg słów, przykrytych uprzejmym zaintrygowaniem - dla niepoznaki; Harry'ego zaczynała męczyć migrena.
— A któż to powiedział, że mam jakiegokolwiek zwierzchnika? — odparł, z pozoru opanowany, wewnątrz kotłujący się pośród zbyt wielu znaków zapytania; dociekliwość potrafiła być tragiczna w skutkach - o tym wiedział na pewno. — Nie potrzebuje niczyjego pozwolenia, aby uczynić to, co uważam za prawidłowe.
— Doprawdy? — Brew mężczyzny uniosła się w chłodnym zdumieniu.
— Tak, cóż, jestem nieokrzesanym, bezmyślnym Gryfonem, pamięta pan?
— To zadziwiające — powiedział cicho Snape, patrząc na Harry'ego zza przymrużonych powiek — ponieważ na mój rozum jesteś, wręcz przeciwnie, niezwykle zapobiegawczym, genialnie podstępnym, młodym mężczyzną, Potter, a ja nie mylę się nadzwyczaj często.
Zielone oczy uniosły się na czarne; Wybawca Magicznego Świata zaczął głęboko rozmyślać nad możliwością tego, że w słowach maga kryje się jakiś wierutny podstęp.
— To złudne wrażenie — zaprzeczył Harry, zastanawiając się, czy nie przyjdzie mu zapłacić wysokiej ceny za sprzeciwianie się słowom dyktatora. Nieokreślone pasmo emocji w tych czarnych oczach nakazało mu chodzić na palcach wokół własnych słów. — Oczywiście, nie przeczę, że pańskie sądy są z grubsza nieomylne, panie Naczelniku — dodał ostrożnie, starając się zachować równomierny oddech i odkrywając, iż jest to o wiele trudniejsze, niż wstępnie przypuszczał. — Mówię o swoim imieniu idącym w parze z określeniem „podstępny". Jakkolwiek bardzo bym nie pragnął, aby to była prawda, obawiam się, że to zestawienie zawiera w sobie dwa antonimy.
Snape nie zaprzeczył i nie potwierdził, przyglądał się jego twarzy, jakby go oceniał; Harry poczuł się niepewnie pod intensywnością tego wzroku - to trochę tak, jakby Snape rozkładał go na części pierwsze, trochę tak, jakby był owocem, którego można powoli obrać z wierzchniej warstwy i pozostawić jedynie delikatny, podatny na uszkodzenia miąższ - odwrócił wzrok.
— Jesteś zdystansowany, Potter — ocenił mężczyzna, nie opuszczając wzroku z jego twarzy.
Harry spiął się nieznacznie, nie będąc pewnym jak zareagować.
— Ludzie lękają się pana możliwości — przyznał cicho, czując, jak jego serce przyspiesza.
— A ty?
— Ja nie — powiedział zbyt pospiesznie, zbyt zapalczywie; zaczerpnął głęboko powietrze.
Snape patrzył, jakby rozumiał, jakby wiedział i Harry zaczął się zastanawiać, po co wciąż zadaje on sobie ten trud, by zapytać.
Mężczyzna pokręcił powoli głową, jakby nie dowierzał wyznaniu zielonookiego maga, lecz gdy otwierał usta, aby rzucić sceptycznością w młodzieńczą twarz, dobiegło ich echo podniesionych głosów; wargi młodszego maga wyciągnęły się w nienaturalnym, lodowatym uśmiechu.
— Oho. Draco się odnalazł — oznajmił z przekąsem, za co został obdarowany chłodnym spojrzeniem i cichym, podirytowanym prychnięciem; mimo słów wypowiedzianych niedbałym tonem, twarz byłego Wybrańca pobladła nieznacznie, odzwierciedlając jego prawdziwe myśli.
Snape wyciągnął rękę i uniósł palec w niemej groźbie - jego oczy rozpaliły się onyksowym błyskiem, godząc w jadeitowe spojrzenie Harry'ego jak gromy.
— Jeśli spróbujesz coś wywinąć... — zawiesił złowieszczo głos, wpatrując się w drugą parę oczu, jak wilk mający na celowniku bezrozumną owcę.
— To skończę marną śmiercią — dokończył zielonooki, chyląc ironicznie głowę przed głównym Naczelnikiem.
Długie palce przeczesały czarne kosmyki włosów spadających na jego ziemistą twarz jak kurtyna.
— Tak — mruknął pod nosem, odwracając się plecami od Wybawiciela Magicznego Świata. — Zaiste, będzie to śmierć brutalna.
-VVV-
Nasza młoda, odważna róża wiatru zachodniego, jak się później okazało, spożytkowała czas, który ja spędziłem na karmieniu się wszelkimi, pochopnymi słowami Snape'a jak ambrozją i próbie uniknięcia niewygodnych pytań, w sposób o wiele korzystniejszy. Kto by pomyślał, że to właśnie ta mała, drobna kruszyna wykaże się największym sprytem i najgorętszą determinacją.
To, co wydarzyło się później, zapisało się w mojej pamięci jak całkowita abstrakcja i z żalem muszę wyznać, że sam nie do końca jestem przekonany nad realnością zdarzeń, które istnieją w mojej pamięci.
— Cóż, Potter, zdaje się, że w tym, krótkim odcinku historii moje wspomnienia są pewniejszym świadectwem od twoich własnych.
Nie zachwycaj się tak, Malfoy, nie na długo oddaję ci dyrygencką pałeczkę.
-VVV-
Draco powoli otworzył oczy, czując się, nie przymierzając, jak wyżęta szmata; słońce zalewające jego twarz niczym farba naniesiona na płótno, kuło go w oczy z brutalną intensywnością.
— Witamy w świecie cieni.
Głos wydał mu się znajomy, choć nie od razu skojarzył, skąd zna ową lekką, melodyjną barwę. Zamrugał, próbując pozbyć się mroczków sprzed oczu.
— Gdzie jestem?
— W Hadesie, niestety — odpowiedział Głos. — Całe szczęście, że to właśnie ja jestem w nim przewodnikiem umarłych.
Kontury zaczęły nabierać kształtów, podczas gdy źrenice przystosowywały się do światła. Obraz zafalował i powoli zaczął układać się w pełną, wyrazistą całość.
Wiszący nad jego twarzą onyksowy błysk niemal potwierdził uprzednio zasłyszane słowa, jakoby trafił w podziemne kręgi. Zmęczone ciało Dracona pozwoliło sobie na ciężkie westchnienie.
— Katrina — wymamrotał, przymykając oczy; poszczególne fakty powoli zaczęły wskakiwać na prawidłowe miejsca, rysując przed mężczyzną obraz szarej, cierpkiej jak pierwszy raz skosztowane, czerwone wino rzeczywistości.
Uniósł rękę i przetarł czoło, dziwiąc się, że jeszcze nie odezwała się w nim tępa migrena. Odetchnął głębiej, mając wrażenie, że jego płucom dostarczana jest zbyt mała dawka tlenu, czuł się ciężki i otumaniony. Chłodna dłoń, która spoczęła na jego policzku była ukojeniem dla rozgrzanej skóry.
— Dawaliście mi jakieś leki? — zapytał niemrawo, skupiając wzrok na wiszącej nad nim twarzy.
— Nie, o ile mi wiadomo. — Czarne oczy odnalazły drogę ku jego własnym. — Ale nie mogę ci tego zagwarantować ze stuprocentową pewnością.
Dziedzic Malfoyów skrzywił się kwaśno, starając się jednocześnie odtworzyć w pamięci przebieg ostatnich wydarzeń, które zapisały się w jego pamięci.
— Którego dziś mamy? — zapytał, wątpiąc, czy chce znać odpowiedź, zastanawiając się, za jakie grzechy został skazany na tak okrutny żart losu.
— Nie obawiaj się przystojniaku — odezwała się Katrina, a Draco powierzył wreszcie dziewczynie swoją całkowitą uwagę. — Jesteś nieprzytomny jedynie od trzech godzin.
— To o trzy godziny za długo — mruknął mężczyzna, masując jednocześnie blade skronie, starając się wysilić rozum.
Kiedy w jego dłoń została wciśnięta chłodna w dotyku fiolka, z nieodpartej nieufności niemal nie wypuścił jej z ręki.
— Uważaj — syknęła Katrina, błyskając oczami jak hiena. Jej dłoń asekuracyjnie pochwyciła jego własną. — Wiesz, jak ciężko było go zdobyć? Wykradłam go z prywatnych zapasów ojca i nawet nie pytaj, jakim cudem udało mi się przejść przez jego składzik niespostrzeżenie. Wiedziałeś, że segreguje wywary na sekcje, zamiast ustawiać je alfabetycznie? Sekcja uzdrawiająca to istny koszmar, przez moment zwątpiłam w to, że uda mi się przez nią przebrnąć.
Draco wbił, wciąż ogarnięte sennością, oczy w błyszczące w słońcu szkło.
— Co to takiego? — zapytał bez namysłu, śledząc mętnym wzrokiem światło rozpraszające się na denku niczym w kontakcie z pryzmatem.
Katrina łypnęła na niego niecierpliwie i ponagliła go ruchem dłoni.
— Eliksir na wzmocnienie, durniu. No wypij, nie mamy czasu.
Białowłosy arystokrata przymknął powieki, gdy promień słońca odbił się od gładkiego szkła, rażąc go w oczy.
— Pospiesz się, Draco — ofuknęła go Katrina. — Zachowujesz się, jakbyś wcale nie zamierzał odzyskać tych waszych papierzysk!
Malfoy otworzył oczy, jakby zalano go kubłem lodowatej wody. Usiadł na łóżku tak pospiesznie, że zrobiło mu się biało przed oczami. Zachwiał się niestabilnie, szukając rozbieganym wzrokiem tych znajomych, czarnych oczu.
— Skąd wiesz o... — jego słowa zostały skutecznie stłumione i Draco niemal się zadławił, gdy zmyślna dziewczyna, korzystając z sytuacji, przystawiła mu fiolkę do ust i przechyliła do góry dnem, przelewając do gardła mężczyzny prawie całą jej zawartość.
Malfoy pochwycił jej nadgarstek i oderwał od własnych warg chłodne szkło. Jego ciało stanowczo odmówiło mu podobnych ekscesów, objawiając swoje niezadowolenie ochrypłym kaszlem, jaki wstrząsnął jego ciałem. Ponadto eliksir był gorzki jak piołun, przez co w pierwszym odruchu Draco nie zamierzał zrobić nic innego, poza pośpiesznym wypluciem go na czystą pościel. Niegęsta ciecz spłynęła mu do gardła zdając się wręcz parzyć przełyk; mężczyzna skrzywił się jak po mocnym alkoholu niskiej klasy.
— Zabiję cię, jeśli to zwrócisz — jęknęła dziewczyna, jej głos zadrżał nieznacznie.
Nie minęły trzy sekundy, gdy Draco poczuł się, jak po zastrzyku energii (bądź po silnym kopie narkotyzującej substancji), jego serce uderzyło w pierś niczym oszalałe. Zlizał z warg posmak goryczy i skrzywił się niemiłosiernie, szukając wzrokiem dziewczyny, która była już w trakcie ściągania, bez najmniejszego zawahania, z jego rozgrzanego ciała ciepłego przykrycia. Chłód powietrza uderzył w niego jak bumerang. Jego ciało zatrzęsło się spazmatycznie; Draco poczuł silny ucisk w żołądku.
— Jesteś pewna, słodziutka, że nie to nie była adrenalina w płynie? — wydusił z siebie, starając się kontrolować własny oddech, który pognał nieproszony do przodu jak stado wściekłych, dzikich koni.
— Konkretniej mówiąc: nie ufasz moim zamiarom czy mojej inteligencji? — Czarne oczy obiegły skórę jego odsłoniętej szyi jak nadmorska bryza. Drobna ręka pochwyciła go za przedramię i pociągnęła w stronę krawędzi łóżka.
Draco wbił palce w brzeg materaca, powstrzymując nagłą chęć przewrócenia oczami i rzucenia kilku kąśliwych uwag.
Nie ufam reakcji własnego organizmu — pomyślał chłodno, gdy palpitacje serca nie ustawały, a własne ciało zdawało się ciężkie jak dzwon na kościelnej wieży.
Wstał powoli, obawiając się natychmiastowych zawrotów głowy: czekał na nie dwie sekundy, trzy; żadne mdłości nie nadeszły.
Katrina wychyliła się w kierunku jego twarzy.
— Trzyma je pod kluczem we własnym gabinecie.
Malfoy zmarszczył czoło, starając się ogarnąć umysłem sens słów drobnej młódki.
— Co takiego?
Dziewczyna jęknęła nerwowo i pochwyciła jego dłoń, zaciskając na niej drobne, chłodne palce.
— Skup się, Draco. — To zabrzmiało niemalże jak żądanie, Malfoy zastanawiał się, czy nie uświadomić jej istotnego porządku: jego osoba była o stokroć ważniejsza, od jej marzycielskiej osóbki - był w końcu z Malfoyów, a to chluba większa, niż noszenie takiego nazwiska, jakie miała ta zmyślna, mała spryciula, jednakże powstrzymał swoje zapędy przywódcze i pozwolił jej mówić. — Zaprowadzę cię — odezwała się, ściszając głos — do kancelarii mojego ojca. Trzyma w nim najpewniej wasz przeklęty łup wojenny.
Szarość wpatrywała się mętnie w czerń przez kilka, trwających nieskończoność sekund.
Nagła świadomość uderzyła w niego jak chłód wodospadu, zalewając jego oczy, spadając na jego kark i na szyję jak gwałtowny ciężar.
Draco wstrzymał oddech, jego źrenice rozszerzyły się do rozmiaru spodków.
— Musimy się spieszyć — powiedziała zduszonym głosem dziewczyna; jej wzrok z rozbieganej gorączkowości przeistoczył się w nieme błaganie. — Ojciec jest obecnie skupiony na Harrym, ale czort jeden wie, kiedy przejdzie mu chęć odgrywania roli sędziego, szczególnie kiedy obiekt jego zainteresowania z całą pewnością nie wyjawi mu nic istotnego.
Draco odetchnął głębiej - jego dłonie trzęsły się nieznacznie, ale w oczach była pewność i determinacja, których Katrina nie widziała w owej szarości jeszcze nigdy.
— Prowadź — poprosił; szarość zamajaczyła ołowianym srebrem.
-VVV-
Przemykali korytarzami jak cienie, dwa zwierzęta nocy o błyszczących, ciemnych oczach i pragnących zemsty ramionach, przyklejali się do ścian jak wilgoć i spełzali z niej ze zręcznością pajęczaków - dla Harry'ego - mówiły czarne źrenice palące się jak długoletnie gwiazdy na ogromie czarnego tła, ich stopy tańczyły na wypolerowanej posadce, gdy sunęli do przodu niczym duchy, wdrapywali się po marmurowych schodach jak drapieżniki powstałe z mroku.
— Kto jest jeszcze w tym sanktuarium ciemności? — zapytał szeptem Draco, trzymając się za dziewczyną, której długie włosy ciągnęły się za nią jak ogon komety.
— Przewijają się przez to miejsce przeróżni osobnicy. Nader podejrzane typy, jeśli by kogoś to ciekawiło. Na co dzień jednakowoż rezyduje tu mój ojciec, wraz z twoim, Draco. — Katrina obejrzała się na Dracona, gdy skręcali w pośpiechu za ciemny, cichy róg korytarza. — Czyżbyś nie wiedział?
Młody Malfoy odetchnął głęboko, starając się odegnać wszechogarniające poczucie niepokoju z własnej duszy, które szeptało w jego podświadomości głosem matki, ostrzegając, że powinien jak najprędzej ewakuować się z tego, przesiąkniętego cieniami miejsca.
— Nie, cóż, nie jestem wszechwiedzący — warknął, uśmiechając się sardonicznie, choć wcale mu nie było do śmiechu.
Katrina nie skomentowała jego słów, ale jej chude brwi drgnęły ledwo dostrzegalnie; kilka kosmyków wpadło na jej ciemne oczy.
— Nie ciekawi cię, czemu nie uciekłam ponownie? — zapytała niemal szeptem, jakby bała się własnych słów jak ognia. Zerknęła kątem oka w stronę owej jasnej twarzy o arystokratycznych rysach.
Draco westchnął ciężko i przyspieszył kroku.
— To, z całą pewnością, nie jest mój interes — odparł. — Nie jestem twoim zwierzchnikiem, żebyś musiała się przede mną tłumaczyć.
Katrina wzruszyła ramionami i odwróciła wzrok.
— Harry zapyta — powiedziała lekko, tak lekko, że Draco prawie uwierzył, że nie obchodzi ją zdanie wspaniałego Wybrańca.
— Harry, jakby nie spojrzeć, decyduje o tym, jakie kroki powinniśmy podjąć — rzekł cicho, siląc się na spokój. — Musi oprzeć na czymś własną decyzję, on nienawidzi popełniać błędów, boi się ich.
Dziewczyna westchnęła cicho.
— Nie pojmuję dlaczego. — Oblizała popękane wargi, na których widniał przetarty ślad czerwonej szminki. — Każdy popełnia błędy.
Draco przewrócił oczami, zastanawiając się, za jakie grzechy przyszło mu wyjaśniać jakimś młodym dewotkom coś tak oczywistego, coś tak prozaicznego.
— Nie każdy jednakże musi zapłacić za nie w niedalekiej przyszłości srogą cenę, Katrino.
Dziewczyna skrzywiła się i fuknęła z niesmakiem. Draco pomyślał, że jeszcze chwila i przeklnie ją w cztery diabły - nigdy nie posiadał cierpliwości Harry'ego.
— Już nawet przejąłeś jego słowa, jako własne — oznajmiła, prowadząc go w kolejny, ciemny, głuchy korytarz. — Na twoim miejscu zaczęłabym się niepokoić. Nie wydaje ci się czasem, że on jest trochę, no wiesz, jak dzikie, nieokiełznane zwierzę?
Szare oczy zanurkowały na moment w czarnych.
— Co masz na myśli? — zapytał cicho Draco, szczerze wątpiąc w chęć poznania szczerej odpowiedzi.
— Uważaj, zbroja. — Katrina złapała go za łokieć, by nie doprowadzić do jego kolizji z ozdobnymi antykami tego miejsca, gdzieś nad ich głowami kołysały się pogaszone na okres dzienny świece. — To tutaj.
Draconowi, który otwierał właśnie usta, by ponowić podjętą kwestię, pytanie całkowicie wyleciało z głowy; zamienił się w słup soli i podążył wzrokiem za spojrzeniem dziewczyny, zatrzymując oczy na drzwiach stojących przed nimi niczym nieprzekraczalna bariera.
Niektóre przejścia, jak niektóre słowa, nie były dostępne dla każdego.
— Są obłożone magią ochronną — zdumiał się Draco, wyraźnie wyczuwając w powietrzu falowe przepływy potężnej mocy.
Katrina zaśmiała się śmiechem tak niepodobnym do siebie, że mężczyzna spojrzał na nią z nieskrywaną obawą i cofnął się kilka kroków, gotów w każdej chwili podjąć tchórzliwą dezercję.
— Spodziewałeś się, że będą szeroko otwarte w zaproszeniu, a nad drzwiami będzie widniała neonowa tablica z informacją: „Tak, to tutaj"? — zapytała sardonicznie, łypiąc na Draco spode łba.
Mężczyzna oblizał wargi i marszcząc wąskie brwi, przeniósł oczy na zastawioną drogę ich ścieżki koniecznej do przebycia.
— Spodziewałem się, że wystarczy zwykła Alohomora — wycedził przez zęby, studiując wzrokiem strukturę magicznej osłony pulsującej przeźroczystą mgiełką niczym opary znad kociołka pełnego zabójczej trucizny. — Magia Krwi. Aby wejść, należy zapłacić. Nie zaskoczyłbym się, gdyby jedynie jego własna krew dawała bezpieczny dostęp. Mógłbym spróbować to obejść, ale to zajęłoby...
— Po co? — warknęła ze zniecierpliwieniem Katrina, a Draco spojrzał na nią z całkowitym zaskoczeniem.
— Musimy w jakiś sposób ominąć zabezpieczenia — zaczął powoli, wypowiadając słowa takim tonem, jakby kierował je do niewiele rozumiejącego dziecka — aby dostać się do gabinetu, Katrino.
Dziewczyna przewróciła oczyma; przez moment Draconowi zdawało się, że wyciągnie różdżkę, starając się, w napadzie naiwnej determinacji, złamać zaklęcie, ale owa młoda istota podwinęła jedynie rękaw własnej szaty i spojrzała na kompana z intensywnością godną własnego ojca.
— Jestem jego córką, Draco. Krew z krwi, pojmujesz?
Szare oczy napotkały czarne, zrozumienie zatliło się w tych pierwszych jak nadzieja. Mężczyzna delikatnie ujął wyciągniętą w jego stronę rękę za nadgarstek.
— Pozwolisz? — Jego głos złagodniał, serce nieco uspokoiło swój szaleńczy galop, kąciki jego ust zadrżały w szelmowskim uśmiechu.
Katrina przytaknęła z niezłomną determinacją.
— Z ogromną przyjemnością — wyszeptała; w jej głosie tliła się nadzieja na zaistnienie lepszych dni, pełnych technikoloru i swobody ducha.
Draco wyciągnął różdżkę i przeciągnął powolnie po gładkiej, jasnej skórze, Katrina zadrżała, ale nie zabrała ręki spod ostrości jego zaklęcia. Młody mężczyzna schylił się do owej niewielkiej dłoni i musnął wargami jej wierzch niczym skrzydłami motyla.
— Zaczynam rozumieć powód, dla którego Harry docenia cię tak bardzo — mruknął przyciszonym głosem z ustami przy jej skórze; kiedy się prostował, natrafił wzrokiem na jej delikatny, łagodny uśmiech.
Katrina zachichotała niczym dziewczynka i zabrała rękę z lekkiego uścisku jego palców. Jej nadgarstek zbliżył się do gładkiego drewna; Draco spoglądał, jak szkarłatna krew bruka klamkę i przesuwa się wzdłuż frontu. Drzwi zatliły się jasnym, acz zimnym światłem, a oplatająca je jak pajęczyna mgiełka zaczęła osiadać u ich stóp jak pierwszy, grudniowy śnieg. Czarnooka zaczerpnęła głęboko w płuca powietrza i pchnęła drzwi.
Drewno ustąpiło pod jej palcami z dziecinną łatwością; powieki opadły na szare oczy, gdy obserwujący to mężczyzna oddał się na kilka sekund bezgranicznej uldze.
Katrina splotła ich palce razem, a Draco, nie sprzeciwiając się takiemu obrotowi spraw, pozwolił wciągnąć się tym drobnym dłoniom do środka przestronnego gabinetu.
— Czego dokładnie szukamy? — zapytała dziewczyna, rozglądając się z ciekawością po prostej, uporządkowanej kancelarii.
Draco zacisnął mocniej palce na jej drobnej dłoni i pociągnął ją w kierunku biurka, stojącego w rogu, przy ścianie.
— Dokumentów zawierających pełną prognozę przyszłych działań oddziałów mugolskich.
Kartina spojrzała na kompana zza kosmyków długich włosów.
— Może Accio tu jakoś pomoże? — zapytała niepewnie, a Draco zmarszczył czoło, zastanawiając się głęboko nad tym, prostym jakby się zdawało, rozwiązaniem.
— Papiery nie są spięte — odezwał się po chwili. — Są w jednym miejscu, to prawda, ale osobno przetrzymywane. Jeśli teraz użyjemy zaklęcia przywołującego, jedne pomieszają się z drugimi i będziemy mieli ogromny kłopot w późniejszym rozeznaniu się w ich kolejności.
Dziewczyna przestąpiła nerwowo z nogi na nogę i zerknęła z niepokojem w oczach w stronę wejścia do gabinetu.
— Wobec tego pospieszmy się — rzekła cicho, odsuwając pierwszą szufladę, jakby była sejfem bankowym.
Draco zacisnął mocno palce na jej dłoni i uniósł ją pod światło słoneczne padające z niewielkiego okna.
— Co znowu, na... — Katrina zamilkła, gdy zaklęcie zasklepiające rany owiało jej nadgarstek niczym ciepły oddech, nacięcie zasklepiło się, czarne oczy odnalazły szare. — Och.
Draco uśmiechnął się z niejaką dozą ironii i wypuścił jej dłoń ze swego uścisku.
— Później mi podziękujesz — rzekł z przekąsem i zaczął wertować równy, niewielki stos pergaminów leżących na sterylnym blacie.
— Na twoim miejscu — odezwała się jego kompanka, obserwując jego poczynania zza długich rzęs — skupiłabym się na szufladach, ze szczególnym uwzględnieniem tych zapieczętowanych.
Mężczyzna puścił uwagę mimo uszu i starając się nie pozostawiać po sobie zanadto ewidentnego śladu przewracał leżące na biurku strony z mięśniami twarzy napiętymi do granic możliwości.
Katrina, po chwili wyraźnego zawahania, zaczęła kolejno otwierać szuflady, sprawdzając ich zawartość. W pierwszej z nich znalazła jedynie kilka pustych fiolek po jakimś eliksirze, na wpół opróżniony kałamarz i kilka piór walających się po dnie. Druga zawierała książkę o czarnej okładce i przetartym grzbiecie; Draco zerknął pobieżnie na jej tytuł: „Świat według Garpa" - głosił wijący się, jak ogon żmii, nadrukowany tytuł.
— Co do...
— To mugolska pozycja — wytłumaczyła pospiesznie Katrina, biorąc do ręki książkę i ze zmarszczonym czołem zaczęła wertować jej strony.
Draco skrzywił się kwaśno i wrócił do przeglądania papierów leżących na blacie, przerzucając je pospiesznie, starając się nie pomieszać ich kolejności. W pewnym momencie coś przykuło jego uwagę. Pochwycił spiętą zaklęciem, leżącą w środku stosu, kupkę pergaminów i podstawił je pod światło wpadające do środka przez szybę, aby lepiej się przyjrzeć. Przeczytał wypisaną znajomym pismem, niedużą adnotację u rogu pierwszego pergaminu i poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła.
— O najdroższa Morgano — jęknął, przymykając oczy.
Katrina, przyciągnięta jego gwałtowną reakcją, uniosła głowę znad trzeciej szuflady.
— Znalazłeś? — zapytała z głęboką nadzieją, zbliżając się w dwóch krokach i zaglądając mężczyźnie przez ramię.
Jej oczy natrafiły na zgrabne, schludne pismo własnego ojca. „Program eliminacji jednostek niepożądanych" — głosiły słowa wciśnięte na wolnej przestrzeni, u góry strony.
Spis rzeczy:
1. opis projektu
2. administratorzy
3. możliwe rozwiązania
4. podjęte działania
5. prognozowane efekty
Katrina poczuła, jak jej świat wiruje niczym w kalejdoskopie. Jej drobna ręka spoczęła na ramieniu Dracona i zacisnęła się na nim jak imadło.
— Draco, zostaw to — wyszeptała, mając wrażenie, że każdy mięsień jej twarzy napina się nienaturalnie. — Proszę cię, odłóż to, nie po to tu przyszliśmy.
Malfoy stał jak wmurowany w ziemię, nie potrafiąc oderwać oczu od zgrabnego, zdystansowanego do kreślonej treści pisma. Jego dłonie zacisnęły się na pergaminach tak mocno, że skóra jego palców pobielała.
— Draco...
Mężczyzna rozluźnił palce, pergaminy wysunęły się z jego dłoni i upadły na dywan, pod ich stopy. Katrina jęknęła głucho i rzuciła się na podłogę, mamrocząc coś pod nosem o rozchwianych emocjonalnie weteranach wojny; jej drobne dłonie błądziły po zapisanych stronach, zbierając je z ziemi i z powiększającą się, niczym funkcja rosnąca, paniką starając się uporządkować je w prawidłowej kolejności. Malfoy osunął się na stojący przy biurku fotel. Czarne oczy przepełnione zamętem niczym jezioro ze stojącą wodą przesunęły się po jego twarzy jak zimne ognie.
— Nie, nie, proszę cię, nie możemy się teraz poddać — jęknęła błagalnie Katrina; w jej obsydianowych oczach zamajaczyły łzy.
Draco, z oczyma pustymi jak mosiężne dzwony zerknął na podłużną szufladę ciągnącą się przez całą szerokość blatu. Z niemym zrezygnowaniem pociągnął ją, spodziewając się ujrzeć w środku kolejne szokujące udokumentowania haniebnych poczynań Naczelnictwa. Szuflada była zamknięta na klucz.
Dłonie Katriny, która z rosnącą cyklicznie paniką zbierała z ziemi upuszczone przez Dracona dokumenty, zamarły jak ogarnięte paraliżem. Jej oczy powiększyły się do rozmiarów Niezidentyfikowanych Obiektów Latających.
Malfoy poczuł, jak jego serce ponownie przyspiesza, drżącą dłonią sięgnął po różdżkę i włożył jej czubek do mosiężnego zamka.
— Alohomora — spróbował szczęścia.
Nic się nie stało.
Katrina upuściła na ziemię dopiero co zbierane kartki, które jeszcze przed chwilą zdawały się pochłaniać całą jej uwagę, podniosła się z ziemi i pochwyciła z blatu niewielki nożyk do papieru.
Draco spoglądał z szaleńczo bijącym sercem, jak dziewczyna klęka przy biurku i zaczyna manewrować niewielkim ostrzem w małej dziurce od klucza.
Właśnie wtedy, kiedy sądzili, że pomyślność sprzyja im jak nigdy, na korytarzu usłyszeli kroki. Ręka Katriny zamarła; ich oczy spotkały się, dwie pary źrenic rozszerzonych do rozmiarów księżyca w pełni skrzyżowały się w połowie drogi. Draco uniósł drżącą dłoń i przyłożył palec wskazujący do warg.
Kucnął przy zastygłej jak rzeźba dziewczynie i przysunął usta do jej ucha zasłoniętego ciemnobrązową kurtyną włosów.
— Pośpiesz się — wyszeptał, wskazując palcem na dziurkę od klucza; jego dłoń zacisnęła się mocno na jej ramieniu.
Oddech Katriny przyspieszył, nożyk do papieru poszedł w ruch, dziewczyna, co chwilę przełykając ślinę, skupiła całą swą uwagę na pracy przy zatrzaśniętym zamku.
— Szybciej — zaniepokoił się Draco; jego wargi zadrżały, różdżka zapobiegawczo skierowała się w stronę drzwi wejściowych.
— Szybciej nie dam rady — zaoponowała Katrina, pochylając się bardziej nad niewielką dziurką. Jej ciało trzęsło się spazmatycznie.
Nagle zamek kliknął cicho i ustąpił z cichym zgrzytem. Draco wypuścił ze świstem powietrze, jego dłonie zanurkowały w głębokiej szufladzie. Kiedy ujrzał spoczywający na jej dnie ich najdroższy w obecnej chwili skarb, z jego płuc wyrwało się westchnienie pełne ulgi. Pochwycił dokumenty i przycisnął je do piersi, jakby nie było dla niego dyskomfortem żyć przyrośniętym do ich powierzchni. Jego ramię zawinęło się wokół talii Katriny i pociągnął ją w stronę regału stojącego przy drzwiach, nie zaprzątając sobie głowy zbieraniem rozsypanych przez nich pergaminów. Ukrył się za nim, mając nadzieję, iż uda im się wymknąć niespostrzeżenie; przywarł plecami do drewnianej powierzchni, z Katriną przyciśniętą do własnej klatki piersiowej tak mocno, iż poczuł zawroty w żołądku w tym samym momencie, gdy klamka drgnęła i drzwi otworzyły się, zalewając gabinet sztucznym światłem padającym z oświetlonego korytarza. Dłoń Dracona spoczęła w pośpiechu na ustach córki Naczelnika, uniemożliwiając jej wydanie z siebie choć szeptu. Po podłodze gabinetu rozlał się cień wysokiej sylwetki.
Zamarli w wyczekiwaniu, bojąc się oddychać zbyt głośno. Głośne, soczyste przekleństwo uciekło z ust Lucjusza Malfoya, szybkie kroki uświadomiły ich, że mężczyzna wszedł do gabinetu. Za niezamkniętymi drzwiami rozpościerał się długi korytarz będący ich jedyną trasą ucieczki.
Draco najpierw spostrzegł cień wirującej szaty. Modląc się, aby ojciec nie spostrzegł ich niepożądanej obecności w tej norze demonów przeszłości, obserwował, jak wysoka postać wyłania się zza regału jak widmo, jego wyprostowane plecy zakuły jego oczy niczym zbyt jaskrawe światło, lejące się w dół kręgosłupa, białe włosy, tak bardzo bliźniacze kolorytem do jego własnych, wywołały ostry ból gdzieś głęboko w jego piersi.
Lucjusz podszedł pospiesznie do biurka, jego szata zafalowała tuż przy kostkach.
Jest nieco przydługa — pomyślał chaotycznie Draco. — Póki mieszkaliśmy w Malfoy Manor skrzaty sumiennie pilnowały, aby odzienia naszego rodu były idealnie skrojone, z perfekcją dopasowane do ciał niczym szyte na miarę.
Młody Malfoy zmusił się do oderwania wzroku przyklejonego do rąbka szaty swego ojca, zebrał w sobie całą siłę woli i napinając mięśnie niczym czarna pantera, pochwycił Katrinę za rękę. Rzucili się do ucieczki, jakby ich przyszłe życie zależało jedynie od tego, czy zdążą uciec na czas; kuląc się w sobie, wypadli na korytarz niczym dwójka więziennych zbiegów, którzy otrzymali jedyną, niepowtarzalną okazję na odzyskanie wolności.
Draco usłyszał, jak jego ojciec, ostrzeżony szelestem ich szat, odwraca się napięcie w stronę drzwi; na czole młodego mężczyzny pojawiły się kropelki potu, gdy złoty snop klątwy przeciął powietrze tuż nad jego ramieniem.
— Dracon! — Echo głosu jego ojca doścignęło ich niczym zawodowy sprinter i zapiekło - zapiekło tak silnie, tak ostro - Draco pomyślał, że nie istnieje silniejsza klątwa od echa jego, pełnej zamętu, przeszłości. — Wracaj tutaj!
Kiedyś słowo ojca było wartością nadrzędną; kiedyś na myśl o sprzeciwie zaczynało kręcić mu się w głowie. Kiedyś.
Wpadli za róg korytarza, jakby się paliło - mężczyzna czuł się, jakby znów miał siedemnaście lat i uciekał na złamanie karku przed Szatańską Pożogą, którą sam ściągnął na swój gnący się, od ciężaru wojny, kark. Tym razem nie było przy nim Harry'ego, który, odrzuciwszy wszelkie uprzedzenia, podałby mu rękę - Draco pamiętał - bez namysłu pochwycił jego ramię, na którym piętno Mrocznego Znaku przypominało mu o największym błędzie swojego życia. Tym razem nie było Harry'ego, ale była Katrina - Katrina, która pociągnęła go na ścianę w pobliżu niewielkiego okna z siłą, o jaką nigdy by jej nie podejrzewał, Katrina, w której oczach płonęła determinacja mogąca podpalić stosy ustawione przez ich własnych ojców; uderzając plecami w twardą powierzchnię, Draco jęknął, myśląc, że oboje są już straceni. Przez sekundę, która w jego oczach miała wydźwięk wszystkich, minionych lat, pomyślał, że tak właśnie przyjdzie mu umrzeć - będąc powalonym przez własnego ojca i wbrew wszelkiej logice miał ochotę roześmiać się szyderczo z kuriozalności tej sytuacji. Ściana obróciła się niespodziewanie, zatoczyła krąg jak mugolskie drzwi obrotowe. Mężczyzna zamrugał i spojrzał w głąb pokrytego kurzem, ciemnego przejścia, w którym widoczność ograniczona była do minimum. Usłyszał szelest szat za ścianą, gdy były Śmierciożerca przeciął powietrze zaledwie kilka centymetrów od ich kryjówki; miał wrażenie, że wszystkie włoski zjeżyły się na jego karku.
— Ojciec nie wie, że znam to przejście — wyszeptała Katrina; szare oczy zatrzymały się na jej brzoskwiniowej twarzy skrytej w mroku. — W ścianach tej posiadłości jest istna sieć labiryntów.
Draco zamknął oczy i oparł głowę o chłodną ścianę. Jego myśli gnały w czaszce z szaleńczą prędkością. To chłodna dłoń Katriny okazała się jego stabilną ostoją. Zacisnęła się mocno na jego własnej i pociągnęła w głąb korytarza.
Zanurzyli się w duszną, klejącą się do ciała ciemność.
-VVV-
Przemierzając pospiesznie odmęty mroku Draco poczuł wzbierającą w jego ciele duszność. Czuł się jak inferius pełznący bez tchu po szarej ziemi, marne odzwierciedlenie kogoś, kim był za życia.
— Już niedaleko — wyszeptała Katrina, zupełnie jakby oklumowała jego umysł; Draco zastanawiał się, czy nie powinien zacząć się niepokoić. Do ścian kleiły się srebrne nici pajęczyn, które czepiały się jego palców jak szczypce.
Katrina odwróciła się na chwilę i spojrzała w bladą twarz Dracona.
— Jeśli się nie mylę wyjdziemy w pobliżu kwater mojego ojca — oznajmiła, oblizując nerwowo wargi. — Jeśli pomyliłam drogę...
— Nie pomyliłaś — odrzekł stanowczo Draco, zaciskając mocniej palce na jej drobnej dłoni. — Z pewnością się nie pomyliłaś.
— Miejmy nadzieję. Nie chcę wiedzieć, co nastąpi, jeśli się tu zgubimy.
— Nie zgubimy się.
— Wiesz, jak rozkłada się ludzkie ciało? Nasze komórki za pomocą enzymów zaczynają trawić same siebie...
— Chyba nie chcę tego wiedzieć — przerwał jej słabo Draco, przełykając ciężko; sprawiało mu to wyraźny trud.
Katrina odgarnęła długie włosy z twarzy; mężczyzna ledwo mógł dojrzeć w owych przenikliwych ciemnościach jej rysy.
— Enzymy zalewają cały, nasz organizm, a skóra zaczyna schodzić, z początku powoli, następnie ściągając się całymi płatami...
— Katrino! — przerwał gwałtownie ten wykład Draco, czując, jak jego żołądek wywraca się wokół własnej osi. — Powiedziałem, że nie chcę o tym słyszeć!
Dziewczyna wzruszyła ramionami i spuściła wzrok.
— Czasem dobrze jest wiedzieć, co się z tobą stanie po śmierci.
— Ze mną? — fuknął Draco, starając się zmyć wyraz całkowitego oszołomienia z własnej twarzy.
— Z nami — poprawiła się Katrina, unosząc brodę, by na niego spojrzeć. Jej czarne oczy rozbłysły w ciemności niczym pochodnie. — Z nami.
Draco potrząsnął głową, pragnąc odegnać niepożądane myśli. Gwałtowny ruch cieni gdzieś przy jego kostkach, przyprawił go o zawrót głowy. Jego różdżka uniosła się gwałtownie, zaklęcie Lumos rozpierzchło ciemności, po jego kostce przesunęło się coś zimnego; ciałem Dracona wstrząsnęły dreszcze.
— To tylko szczur — uspokoiła go Katrina, rzucając spojrzenie na drobnego gryzonia uciekającego z pola padania bladego, intensywnego światła. — Te korytarze nie są niebezpieczne, wiesz? Gorszy los czeka na ciebie poza ich granicami.
Draco nie wyglądał na przekonanego.
— Już niedaleko — zapewniła dziewczyna.
— Już to mówiłaś — fuknął zdegustowany mężczyzna, czując przesiąkający go chłód promieniejący ze ścian.
— Odrobina cierpliwości ci nie zaszkodzi, skarbie.
Dłoń Katriny zdawała się ciepła i stabilna w jego palcach, prowadziła go poprzez ciemne, zwilgotniałe przejścia z niezachwianą pewnością.
Blade światło tańczyło na ścianach jak fatamorgana, tworząc zawiłe kształty i drżące kleksy przywodzące Draconowi na myśl taniec sosnowych drzew w głębi ciemnego lasu. Korytarz wił się niczym akrobata w pełni formy, nieustannie zmieniając kierunek, plącząc się, zjadając własny ogon. Draco miał głęboką nadzieję, że wydostaną się z tej pułapki cieni w jakieś przestronne, ciche miejsce, wychodząc na bardziej otwartą przestrzeń, w której stosunek tlenu do reszty mieszaniny, jaką jest powietrze wynosiłby dwadzieścia jeden na sto - od przeciskania się między ciasnymi ścianami nabawił się klaustrofobii.
Drobna dłoń Katriny zadrżała w jego palcach.
— Draco? — Cichy głos chwiał się w jej ustach, jakby wcale nie chciał ich opuszczać. — Co zrobimy, jeśli nie znajdziemy Harry'ego?
Mężczyzna przełknął ślinę, myśląc, że nie odejdzie bez tego upartego idioty, choćby go poszczuli wściekłymi psami.
— Draco?
— Nic nie mów — wyszeptał, kręcąc głową, czując, jak w jego ciało wkrada się iskra obłędu. Mocniej przycisnął do klatki piersiowej plik pergaminów, zastanawiając się, jakie sankcje są nałożone na tych, którzy ośmielili się wtargnąć nieproszeni na prywatny teren Severusa Snape'a. Na samą myśl robiło mu się słabo.
Korytarz urywał się niespodziewanie, kończąc się szarą, mętną ścianą oblepioną pajęczynami; Draco zatrzymał się, spoglądając na nią szaleńczo błyszczącymi oczami, jego twarz z szarej przybrała odcień śnieżnej bieli.
Ślepy korytarz — pomyślał Draco, rozglądając się w panice. — Przeklęty, ślepy korytarz!
Zanim zdołał wypowiedzieć ową myśl na głos, wlewając w nią całą swą niepewność majaczącą w jego umyśle jak trucizna, Katrina puściła jego dłoń, oparła się barkami o ścianę zastawiającą im drogę do szaleństwa, w które zamierzali wkroczyć i pchnęła ją z całej siły. Stabilna bariera ustąpiła pod jej palcami, przesuwając się niczym właz, niczym potężny kamień ryglujący wejście, milimetr po milimetrze.
— Pomożesz mi? — Jej słowa miały zapewne zabrzmieć zaczepnie, ale zmęczenie wkradło się w jej głos jak cichy złodziej. — Może uważasz, że mam sobie poradzić z tym sama?
Draco, starając się pozbyć z własnej głowy zamętu, wystąpił do przodu i naparł na kamienną konstrukcję.
Ściana ustąpiła pod ich naporem - spodziewał się ogłuszającego hałasu, a zaraz potem wściekłych krzyków i skrzącej się czerwienią różdżki wycelowanej we własną twarz jak w insekta, ale przesunęła się ona cicho, niespodziewanie zwinnie jak na tak wielkogabarytową przegrodę.
Odsunął się, by przepuścić Katrinę i przemknął się tuż za nią - przejście zamknęło się za ich plecami bez najmniejszego szelestu jak widmowe wrota, za którymi skrywana jest tajemnica.
Spojrzeli na siebie - oboje wiedzieli, że muszą uciekać, oboje wiedzieli, że złamali podstawowe kodeksy, że bariery właśnie upadały z trzaskiem pod ich stopy - oboje wiedzieli, że zdradzili własnych ojców; w ich oczach iskrzyła jednakowa determinacja. Draco wcisnął skradzione papiery do wewnętrznej kieszeni szaty, licząc liczbę własnych oddechów. Przy piątym zaczęli biec - nie oglądali się za siebie.
Nie wiedzieli, co zamierzają zrobić - wpaść na wdechu do komnat Severusa Snape'a, wyrywając z jej szponów Harry'ego i uciec z nim daleko, tak daleko, gdzie nikt ich nie odnajdzie, a może odwrócić uwagę Naczelnika, skierowawszy ją na siebie, dając zielonookiemu czas na podjęcie akcji. Jednego byli pewni - nie spoczną, póki nie upewnią się, że były Złoty Chłopiec, teraz już w pełny świadomy mężczyzna, najbardziej sprytna persona, jaką mieli przyjemność poznać, pierzchnie jak gradowe chmury, rozpłynie się jak wiatr nad dolinami.
Słyszeli za sobą pęd powietrza - nagromadzenie czarnej magii zawisło nad ich głowami jak fatum, a oni już wiedzieli, już rozumieli, że Lucjusz Malfoy nie jest tak naiwny, tak nieporadny, jak utrzymywali.
Draco zatrzymał się, jakby wrósł w ziemię i zapuścił korzenie, Katrina miała łzy na twarzy, kiedy odwracała się gwałtownie, by na niego spojrzeć (jej sukienka oplotła się wokół jej nóg jak pnącza rośliny pnącej). Arystokratyczne palce mężczyzny sięgnęły do wnętrza wewnętrznej kieszeni i po chwili wciskały w ramiona młódki skradzioną dokumentację - w szarych oczach nie istniało wahanie. Katrina przełknęła ślinę, przyciskając papiery do swojej piersi, jakby w ich treści mogła odnaleźć wyznanie miłości. Różdżka ślizgała się w palcach młodego Malfoya jak lód, dłoń chwyciła drobny, dziewczęcy podbródek w swoje palce.
— Biegnij — wyszeptał Draco. — Wyprowadź stąd Harry'ego.
Źrenice Katriny były wielkie jak po zażyciu dopalaczy, w jej oczach gromadziły się łzy.
— Wrócimy po ciebie — wypowiedziała roztrzęsione słowa, łzy płynęły w dół jej policzków niczym rzeczne dorzecza, tworząc istną mapę sieci trakcyjnej na jej pobladłej skórze. — Nie odejdziemy bez ciebie.
Draco chciał, aby odeszli, chciał, aby uciekli - jeśli dzięki jego zwłoce choć jednemu z nich udałoby się wyrwać spod zaborczych rządów Naczelnika, nie zawaha się ani na chwilę.
Kiedyś już stanął przed podobnym wyborem - kilka lat temu wybrał źle, patrząc w czerwone oczy Śmierci, przeszedł przez plac, na którym osiadały chmury opadających popiołów, wybrał łatwiejszą opcję, wybrał stronę; nigdy więcej nie popełni tego samego błędu - nigdy więcej nie odpowie się za ramieniem, którego nie szanuje.
Jego palce zacisnęły się na kawałku drewna z większą pewnością, w jego szarych oczach zalśniła determinacja.
Katrina stanęła na palcach i oparła pobladłe czoło o czoło pochylonego nad nią Dracona, jej powieki zacisnęły się tak mocno, że musiało jej to sprawiać ból.
— Wrócimy — powtórzyła szeptem. — Obiecuję.
Wiem — pomyślał młody Malfoy wbrew sobie. — Znam wasz, głęboko zakorzeniony, sentymentalizm. Mój ojciec zawsze powtarzał, żeby nie przywiązywać się do ludzi - mniejszy ból sprawi wówczas ich nagłe, raptowne odejście - najwyraźniej, jakkolwiek trudno w to uwierzyć, w tej jednej, drobnej kwestii się nie pomylił.
W następnej chwili młoda Katrina odwróciła się i rzuciła w głąb korytarza, Draco obserwował, jak jej długa sukienka znika z pola jego wzroku. Uniósł głowę i odwrócił się, wyciągnąwszy ramię z różdżką. Czas zmierzyć się z własnym ojcem i nie pozwolić się powalić.
Czekanie, jak się okazało, było gorsze od działania; gdzieś za jego plecami ścienny zegar wybijał powolne takty melodii czasu.
Czarny dym, który otoczył jego ciało zewsząd, pojawiając się w szybko zmniejszających się abcugach, niemalże zwalił go z nóg.
Draco zaczerpnął głęboko w płuca kłębowisko duszącego go niemalże powietrza, całkowicie przekonany, że czyni to po raz ostatni w życiu - w jego nozdrza wkradł się znajomy zapach wiatru, a tuż za nim otumaniająca woń cynamonu i bergamotki. Przymknął oczy.
— Przyszedłeś mnie zabić, ojcze? — zawołał, przekrzykując narastający szum we własnych uszach.
Spośród kłębowiska czerni wyłoniły się szare, tak podobne do jego własnych, oczy.
— Nie — rozległ się donośny głos Lucjusza Malfoya, który potoczył się lodowatą nutą po korytarzu niczym mroźny, górski wodospad. — Przyszedłem dać ci lekcję, której nigdy nie zapomnisz.
Kiedy pierwsze zaklęcie uderzyło w jego ciało, mimo zaciśniętych pięści i paznokci wbitych w naskórek niczym rząd krwawych szponów, nie potrafił powstrzymać krzyku.
