.
Rozdział 9
Możesz ukryć za maską każdą emocję, ale uważaj, bo nie tylko ty udajesz
.
Gdy za Snape'em zamknęło się przejście, a niewerbalne zaklęcie zostało nałożone na drzwi sypialni, jakby zastawiono je barykadą, Harry porzucił swoją maskę całkowitej obojętności i szyderczego rozbawienia, po czym odrzucając kołdrę, począł krążyć po pokoju niczym rozszalała zwierzyna zamknięta w klatce.
Czuł bicie własnego serca, dudniącego w piersi jak orkiestra dęta, odetchnął głęboko, przecierając dłonią rozpalone czoło, starając się skupić na planowaniu dalszych posunięć, ale im bardziej zmuszał umęczone neurony do intensywniejszego działania, tym wytwory pracy jego szalonego umysłu były coraz to bardziej absurdalne.
Na litość Morgany — zrugał się w myślach mężczyzna — potrafisz pokonać najgroźniejszego czarnoksiężnika epoki, a pozwalasz się więzić jakiemuś marnemu Naczelnikowi? Jak beznadziejny jesteś!
Każda bariera jest możliwa do przełamania - nauczył się tego już dawno temu. Jego przeszłość to czerwone oczy i lodowaty ton szepczący paraliżujące rdzeń kręgowy groźby, jego przeszłość to zielony rozbłysk światła odbijający się od pustych ścian. Pokonał zieleń - pokonywanie ograniczeń nie powinno mu sprawiać trudności.
Podszedł do drzwi i przyłożył do nich policzek - drewno było chłodne pod jego skórą, na kostkach czuł ciągły przeciąg z korytarza prześlizgujący się przez szczelinę pomiędzy drzwiami a podłogą. Odetchnął głęboko, z całych sił starając się uspokoić swoje przerażone serce i sięgnął drżącymi palcami po różdżkę - Snape nie zabrał mu jej (jak nisko go cenił?); wkładając jej rozżarzony koniec w dziurkę od klucza, prawie wierzył w banalność rozwiązania.
— Alohomora — wyszeptał błagalnie i nacisnął klamkę.
Drzwi nie ustąpiły, Harry przełknął niespokojnie ślinę.
— Alohomora — powtórzył, napierając na przejście całym ciężarem ciała, myśląc, że ten cichy, wielki budynek doprowadzi go wkrótce do obłędu. — Otwórzcie się, do cholery!
Nie posłuchały, bezlitosne, skazując Harry'ego na to ciche więzienie.
Palce zielonookiego błądziły po drewnie, szukając szczelin, paznokcie rysowały gładką powierzchnię niczym pazury niespokojnego lwa.
Musi istnieć jakiś sposób - pomyślał mężczyzna, zamykając oczy - choćby nad wyraz skomplikowany, musi istnieć metoda, dzięki której wydostanę się z tego kręgu piekielnego, jakaś sztuczka, której nie wypróbowałem, jakaś uszczelka, która puści zaczep po odpowiednim jej wykorzystaniu, fragment konstrukcji słabszy od pozostałych, przegroda umożliwiająca bezszelestne wyślizgnięcie się z tej klatki...
Przegroda!
Powieki Harry'ego uniosły się gwałtownie, czoło odsunęło od gładkiej powierzchni drewna, wzrok przeczesał ściany pomieszczenia, zatrzymując się na, pokaźnych rozmiarów, oknach zajmujących znaczną powierzchnię bocznych ścian. Oczy Wybawiciela rozbłysły.
To szalone — pomyślał mężczyzna, zbliżając się w kilku krokach do okiennej szyby. — To absolutnie, niezaprzeczalnie szalone.
Spoglądając w dół, widział tylko metry dzielące go od ziemi i zastanawiał się, dlaczego czarodzieje nie wymyślili zaklęcia umożliwiającego im unoszenie się w powietrzu bez zbędnych rekwizytów - w każdym razie zaklęcia legalnego, opatentowanego i dostępnego szerszemu gronu odbiorców - jakby nie patrzeć miotła nie zawsze znajduje się pod ręką, nieprawdaż?
Harry odetchnął głębiej, czując skakanie własnego pulsu w zagłębieniu gardła i przeklinając swoją gryfońską odwagę, otworzył okno na oścież, zanim przyszło mu się rozmyślić.
Klamka ustąpiła pod jego palcami - nie wiedział tylko, czy dla niego oznacza to błogosławieństwo, czy rzucaną przez zmyślny los klątwę.
Porywisty wiatr uderzył w twarz młodego mężczyzny jak oddech dementora i Harry nie potrafił powstrzymać drżenia, które wstrząsnęło jego ciałem, jakby stan młodego organizmu był bliski temu, który wkrada się w duszę po zażyciu silnych dopalaczy.
Powoli, bardzo ostrożnie podciągnął się na parapet, myśląc, że jeśli niefortunnie zabije się w tych bramach piekielnych, być może społeczność czarodziejów wszcznie bunt przeciw władzy silniejszy od tornada. Przełknął ślinę i wypuścił drżąco oddech - jego kolana drżały, gdy przekładał nogę poza framugę. Zabłąkany liść przesunął się szeleszcząco po zewnętrznym parapecie. Usiadł na nim, starając się rozeznać w elewacji budynku - jedno piętro pod nim uchylone okno błyskało do Harry'ego kusząco jak pragnienie. Zielonooki wstrzymał powietrze. Rynna, zamontowana na lewo od zajmowanej przez niego pozycji biegła przy krawędzi ściany, sunąc ku ziemi jak tor rollercoastera - mężczyźnie robiło się słabo od samego patrzenia.
Harry ocenił na oko wytrzymałość elementów mocujących rynnę do ścian i stwierdzając, że jest to działanie najpewniej samobójcze, sięgnął dłońmi jej powierzchni i uczepił się walcowej stali niczym pajęczak swojej lepkiej sieci.
Chłodny wiatr chłostał go po karku, mężczyzna poczuł łzy majaczące mu w oczach jak utrata nadziei. Pierwsze kilka centymetrów pokonał niemal bezwdechowo - przekonany, że lada chwila jego nogi nie wytrzymają napięcia, zawodząc jego oczekiwanie, bądź całe orynnowanie runie w dół niczym wieża z klocków tchnięta lekkim przeciągiem. Porywy powietrza szarpały czarną szatą - materiał wirował na podmuchach jak wielkie, gawronie skrzydła. Harry, niepewny jak nigdy dotąd, przesunął się o kolejne centymetry w dół, przyklejając policzek do chłodnej stali - mgiełka jego oddechu tańczyła po jej powierzchni niczym tancerz baletowy.
Zwariowałem — pomyślał, przygryzając dolną wargę z taką siłą, że (niezliczony już raz w przeciągu ostatnich dwóch dób) poczuł posmak krwi na języku (ponoć siła nacisku ludzkich szczęk wynosi ponad pięćdziesiąt kilogramów — Harry wolał o tym nie myśleć); czuł, jak skóra jego dłoni ściera się aż do krwi. — Cóż, przynajmniej pozostawię po sobie ślad — pomyślał mężczyzna z rozgoryczeniem; kolana zastrzykały w głośnym proteście przeciw podobnym ekscesom.
Podobno śmierć spowodowana upadkiem z wysoka jest szybsza niż zaśnięcie. Mężczyzna czuł mdlącą suchość w gardle i odegnał od siebie niepożądaną myśl, jakby ta była mewą przymierzającą się do porwania ryby z nadmorskiej smażalni. Jego oddech kotłował się między zębami z szybkością zbliżoną do przepływu sprzężonego powietrza w instalacji wentylacyjnej. Rynna zdawała się lodowata pod jego zaciśniętymi kurczowo palcami, jednak nie zawiodła go jeszcze pod względem stabilności - przełykając ze wzmożoną częstotliwością, Harry przesunął się kolejne centymetry w dół, modląc się do wszelkich znanych mu bóstw, aby wstawiły się po stronie jego przyszłego, długiego życia.
Ta odległość nie wydawała się tak długa — pomyślał z rozgoryczeniem mężczyzna, przeklinając swą brawurę i dobre chęci. — Źle ci było w ciepłej komnacie pod przykryciem miękkich pościeli? — zganił się w myślach, zsuwając się ostrożnie kolejne kilka centymetrów.
Kiedy rozbiegany wzrok Harry'ego zarejestrował, że jego ciało zawieszone jest na wysokości, na której znajdowało się okno docelowe, pomyślał, że to było najdłuższe kilka metrów w całym jego, marnym życiu.
Zielonooki wstrzymał powietrze i jedną ręką przytrzymując się rynny, drugą sięgnął powoli w stronę kantu wnęki okiennej. Czując przeszywające całe jego ciało zimno, odbił się ramieniem od chłodu rynny i skoczył w stronę stabilnej wnęki.
Kolana uderzyły o grube szkło szyby, nogi napięły się, starając się znaleźć utraconą stabilność, ciało Harry'ego zachwiało się niebezpiecznie, jego serce podjechało na wysokość gardła; dłoń chwyciła krawędź chropowatej ściany przytrzymując się jej powierzchni niczym liny ratunkowej. Nie wiedział, jakim cudem złapał równowagę; kiedy uświadomił sobie, co właśnie uczynił w tym, jakże obłąkańczym, zrywie wyzwoleńczym, lodowaty chłód zmroził jego wnętrzności. Oddychając łapczywie, jakby czynił to pierwszy raz po latach wstrzymywania powietrza, przywarł policzkiem do przyjemnie chłodnej szyby okiennej jak do bastionu bezpieczeństwa, czując, jak jego ramiona zaczynają drżeć niekontrolowanie niczym ogarnięte gorączką.
O Merlinie, chyba przez całą tę sytuację nabawiłem się choroby umysłowej — pomyślał, gdy szaleńcze uderzenia własnego serca stały się niemalże bolesne.
Starając się uspokoić oddech, przesunął dłonie na szybę, błądząc po niej jak po podwodnej mapie oceanów.
Okno było uchylone - Harry drżącymi palcami sięgnął do wewnętrznej kieszeni szaty i wydobył z niej różdżkę, która roziskrzyła się złotym błyskiem.
Zaklęcie było proste, choć inkantacja mogła zwodzić - magia przecięła drewnianą framugę jak nóż olejowy do cięcia szkła.
Harry wślizgnął się do środka, marząc, aby zniknąć z tego miejsca raz na zawsze; nie zaprzątał sobie głowy naprawieniem szkód, jakie po sobie pozostawił, ruszył pospiesznie korytarzem, zaciskając krwawiące palce na drewnie własnej różdżki - wolał nie rzucać teraz zaklęć leczniczych - nie miał pewności, czy w pobliżu nie znajduje się niepożądana jednostka zdolna wyczuć przepływ mocy w powietrzu.
Jego przewodnikiem stały się głosy. Niosły się po pustym korytarzu niczym wody przypływu. Jeden z nich zaniepokoił Harry'ego jak nic innego - przemęczony, dyszący i słabnący z każdą zgłoską wydostającą się na powierzchnię.
Harry intuicyjnie przyspieszył kroku.
-VVV-
Każdy ma swoje własne granice - jakieś bariery, które pozwalają człowiekowi przetrwać całe zło i nie pozwolić się spopielić, jakieś wyznaczniki, które wskazują konkretny punkt psychicznej i fizycznej wytrwałości. Po przekroczeniu takich barier człowiek zaczyna się sypać - nigdy własnowolnie, nigdy z ulgą - to zawsze jest ciężkie, znaleźć się w punkcie, w którym wychodzą na wierzch najbardziej pierwotne instynkty ludzkie, kiedy to racjonalność przestaje być wyznacznikiem postępowania, a kolejnymi działaniami zaczyna kierować pierwotna dzikość - pragnienie przetrwania.
Draco nie znał granic swojej wytrzymałości, ale podejrzewał, że leżą one tuż u jego stóp. Ból paraliżował jego układ nerwowy, naruszał zmysł równowagi, odbierał zdolność logicznego myślenia; kiedyś, dawno temu, sądził, że poznał smak prawdziwego cierpienia - mylił się.
Powietrze było parzące; Draco starał się ograniczyć jego pobór do płuc, jednak im silniej klątwa trzymała się jego ciała, tym jego układ oddechowy pracował intensywniej - nie panował nad nim i miał tego gorzką świadomość - powietrze przesuwało się po jego języku jak smoła, kursując pomiędzy płucami a otoczeniem z częstotliwością skurczów mięśnia sercowego (zupełnie jakby wewnętrzne organy zmówiły się, by odszukać wspólne tempo koncertowania - poszczególne nuty nachodziły na siebie, tworząc psychodeliczny, nielogiczny wzór, okrutną, bezwzględną zależność). Jego skóra paliła jak potraktowana kwasem, młody mężczyzna nie był w stanie sklecić w całość choć jednej, spójnej myśli - ogień trawiący jego ciało od środka był jedynym, na czym potrafił się skupić.
Ból nie był niczym nowym - był dawno zapomnianym koszmarem, który powrócił, by zasiać ziarno niezgody między krwią z krwi, był prześladującą go marą, spoglądał mu w oczy uśmiechając się demonicznie - rząd ostro zakończonych kłów błyskał szarookiemu przed źrenicami jak zbyt jaskrawe wyładowania atmosferyczne.
Draco pamiętał ból.
Nagle wszystko się skończyło, pozostawiając po sobie mdłe uczucie odrętwienia smakujące dość mizernie.
— Okrutność ludzka nie zna granic, nieprawdaż? — W uszach Dracona, jakoby uderzenia werbla, rozbrzmiał, przytłumiony tępym pulsowaniem własnych żył na skroniach, cichy głos przesiąknięty mrokiem tak intensywnym, że niemal materialnym. — Człowiek jest jedyną istotą na ziemi, gotową skatować innego przedstawiciela własnej rasy dla samego poczucia kontroli. Zadziwiające, w jaki sposób działa ten nasz wykształcony, logiczny umysł.
Draco oblizał wargi i uniósł powieki - oczy zapiekły, jakby wlano w nie kwas, gdy uderzyło w nie suche powietrze.
Leżał pomiędzy dwoma, górującymi nad nim sylwetkami, których właściciele mierzyli się wzrokiem gdzieś ponad jego głową.
— Czyżbyś pił, Severusie, do moich metod wychowawczych? — Głos ojca był szyderczy, Draconowi zebrało się na wymioty.
— Metod wychowawczych — powtórzył cicho Snape, w jego głosie czaiła się groźba. — Ależ skądże Lucjuszu, jak mógłbym nawiązywać do czegoś, czego nawet nie stosujesz?
Młody Malfoy odważył się unieść głowę do góry (tępy ból w karku uderzył w niego jak grom z jasnego nieba, przyprawiając o silne mroczki) i spojrzeć kolejno, mało przytomnie, na dwójkę czarodziejów; onyksowe przepaście Naczelnika zsunęły się na jego oczy; wargi Dracona wygięły się w szyderczym grymasie.
— Chłopak cię okradł, Snape, jak zapewne jeszcze nie wiesz — powiedział powoli Lucjusz Malfoy, jego głos ociekał jadem (Draco dziwił się, że sam dźwięk jego słów nie zatruwa czystego, jak tabula rasa, umysłu Snape'a). — Interesujące, nie uważasz? Chciałbyś wiedzieć, jakie papiery zabrał z twojego gabinetu, Naczelniku? — zaszydził jego ojciec.
Krótka pauza, podczas której brwi Snape'a uniosły się nieznacznie, jego oczy nie opuszczały drwiącego z niego spojrzenia Dracona.
— Niczego nie zabrałem. — Aksamitny głos młodzieńca wzbił się do góry i osiadł na ciałach dwójki starszych magów jak śnieg. Chłodny uśmiech zakwitł na jego twarzy jak przebiśniegi, zupełnie jakby nie doświadczył, dopiero co, zmyślnej katorgi. Sięgnął powoli do swoich kieszeni, obserwowany przez dwie pary czujnych oczu i wywinął je na lewą stronę, ukazując ich bezwzględną pustkę. — Niczego przy mnie nie znajdziecie.
Była w tym pewna ironia. Draco miał szczerą nadzieję, iż młoda Katrina jest ostatnią osobą, którą będą podejrzewać o współpracę w kradzieży dokumentacji z gabinetu własnego ojca.
Snape przyglądał się chwilę jego twarzy wygiętej w wyrazie szyderstwa (zupełnie jak kiedyś, za szkolnych czasów, gdy po wywinięciu kolejnego, głupiego żartu Potterowi i dwójce jego przyjaciół, w oczach opiekuna własnego domu pozostawał całkowicie bezkarny). Kiedy czarnooki mężczyzna ruszył powoli w jego stronę, Draconowi zaschło w ustach.
— Mój drogi Draco — wyszeptał czarodziej, klękając przy młodszym magu, pochylając się nad nim nieznacznie; onyks jego oczu błysnął jak świetlówka — czyżbyś nie wiedział, że kłamstwo ma krótkie nogi?
Draco przełknął ślinę.
— Niczego przy mnie nie znajdziecie — powtórzył.
Naczelnik uśmiechnął się, a uśmiech ten był niemal łagodny.
— Och, nie wątpię. — Czarne oczy prześwietlały go jak promienie rentgena. — Bowiem zawsze byłeś zapobiegawczy, nieprawdaż?
Różdżka, nie wiadomo skąd, zamajaczyła w palcach Snape'a jak latarnia morska. Jej końcówka z niebywałą delikatnością oparła się na białym policzku trwającego na ziemi mężczyzny; Draconowi zrobiło się biało przed oczami, przerażenie zakuło jego umysł niczym sztylet.
— Nie mam prawa sądzić twojego syna, Lucjuszu — powiedział Snape tonem, jakby nad czymś głęboko rozmyślał.
— Ależ masz je, Severusie. — Głos drugiego mężczyzny zabrzmiał niczym osąd na objętości długiego korytarza. — Zawsze miałeś.
W czarnych oczach rozbłysło światło, które sprawiło, że mięśnie Dracona zacisnęły się, jak przy silnym skurczu. Kąciki wąskich warg byłego profesora zadrżały w chłodnym uśmiechu - oto czym był, zwierzęciem mroku noszącym twarz człowieka, za którą kryły się intencje bestii powstałej z piekielnych czeluści, groźnym drapieżcą dostosowującym się do tła wydarzeń jak kameleon. Blade usta otworzyły się, by wypowiedzieć ciche słowa:
— Skoro tak twierdzisz... Sectum...
— Crucio. — Chłodny, zrównoważony głos zabrzmiał w korytarzu jak wyrok śmierci. Draco, którego umysł szybował gdzieś poza granicami własnego ciała, nie pojmując do końca, co właśnie miało miejsce, spiął się w oczekiwaniu na palący ból - który nie nadszedł.
Klątwa przecięła powietrze przy jego ramieniu, Draco poczuł dreszcze wstrząsające jego ciałem, jakby dosięgnął go chłód kostnicy, Snape przesunął się gwałtownie w bok, podnosząc się na nogi z szybkością pociągu pędzącego po szynach (jego szata zafalowała jak chusta na wietrze), zaklęcie minęło go o milimetry, wypalając dziurę w ścianie za jego plecami.
Czarne oczy zmrużyły się groźnie, szyderstwo odmalowane na bladej twarzy przeszło w lodowatą bezwzględność, powieki drgnęły w ślepej furii, gdy jego spojrzenie zatrzymało się na osobie, z której ust padły słowa niewybaczalnej klątwy.
Znajome ramiona oplotły Draco w pasie, podniosły na nogi i pociągnęły go w bok (chude palce wbiły się w jego żebra jak pazury dzikiej bestii) - szarooki dopiero po chwili zorientował się, że z różdżki jego ojca wydobył się srebrny jak sierp promień świetlny - rozprysnął się on na podłodze niczym szklana ampułka.
— Reaguj — wysyczał niepowściągliwy głos drapieżnika, gorący oddech musnął jego skórę jak język ognia.
Młody Malfoy poczuł, jak jego serce przyspiesza niczym maratończyk po dwudziestym kilometrze.
— Jak... — wyrzucił z siebie zdławionym głosem; panika wspinała się po jego ciele niczym Diabelskie Sidła.
— Nie pytaj.
Z różdżki przytrzymującego go maga posypał się szereg klątw mniej i bardziej dotkliwych, rozpełzł się on po przestrzeni dzielącej ich ciała od dwóch, starszych magów niczym świeży atrament po pergaminie.
— Dosyć — wyszeptał Snape, jego dłonie uniosły się, jakby chciał tym zakomunikować, że nie ma wobec nich złych zamiarów, ale różdżka zapobiegawczo pulsowała w długich palcach, wycelowana w twarz Harry'ego jak wskaźnik. — Jesteśmy dorośli, na Morganę, więc zachowujmy się jak dorośli. Z tej walki nic nie wyniknie, może ona jedynie skomplikować wiele, prostych spraw. Sugeruję, abyśmy porozmawiali, wspólnie decydując, jak postąpić, mając na uwadze dobro ogółu.
Draco zastanawiał się, czy się nie przesłyszał - chłodny strach zacisnął się na jego gardle, gdy przez jego umysł przetoczyła się myśl, że być może oszalał, postradał zmysły i nie odbiera już rzeczywistości takiej, jaka jest, a taką, jaką chciałby, aby się stała - słyszał o tym niejednokrotnie - ofiary klątwy popadające w obłęd, ból otwierający w umysłach nieznane dotąd, ślepe korytarze, poprzez których objętości gęste szarości zasnuwały umysł jak opary trujących eliksirów krążące po ścianach zamkniętego pomieszczenia.
Cienie sunące po ścianach przytłaczały go, waliły się na jego kark i na barki, i Draco myślał, że nie wytrzyma dłużej tego ciężaru (zupełnie, jakby znów trwała wojna czarodziejów i czarna magia krążyła w powietrzu jak gawrony, przytłaczając klatki piersiowe nawet oswojonych z nią czarodziei).
Draco miał dość uciekania, nie miał tyle siły, nie starczało mu nerwów - nigdy nie należał do osób o stalowej autokontroli - czuł, jak jego dłonie zaczynają drżeć i to już nie był jedynie strach - to była panika, tak samo ostra, tak samo zabójcza, co kiedyś.
-VVV-
Wszystko zamarło, zupełnie jakby ktoś przełączył klatkę w filmie; Harry wpatrywał się z niedowierzaniem w ziemistą twarz Snape'a, zastanawiając się, czy zmysł jego słuchu wciąż działa prawidłowo.
Palce Dracona, niczym w majaku, odszukały dłoni zielonookiego, zaciskając się na niej mocno, tak mocno, że Harry poczuł, jak kostki jego palców strzykają nieprzyjemnie pod naciskiem owej gładkiej niczym płatki storczyka ręki. Kątem oka, zielonooki był w stanie dostrzec, jak skóra twarzy dziedzica Malfoyów zbielała niczym grudniowy poranek - przez moment bał się, że Draco ponownie straci panowanie nad własnymi emocjami - lata mijały, a gorąca krew, bulgocząca w jego organizmie niczym lawa, jak płynęła dorzeczami tętnic, tak płynie nadal. Cienie majaczące w korytarzu padały na nadgarstki Wybrańca jak noże, podczas gdy trybiki w jego mózgu zaczynały pracować ze zdwojoną prędkością.
Dłoń Draco drżała pod palcami Harry'ego; co oni ci zrobili? — pomyślał Wybawca Czarodziejskiego Świata, czując posmak goryczy na języku, mając wrażenie, że wcale nie chciałby poznać odpowiedzi - odpowiedzi bywają czasem ostre jak żyletki; Harry zacisnął mocniej palce na tej chudej, gładkiej dłoni, by przypomnieć mężczyźnie, że nie został sam z własnymi obawami.
Zielonooki powoli zaciągnął się powietrzem; w jego umyśle kotłował się żal gorzki jak lekarstwo - Harry nie potrafił sobie nawet wyobrazić, co przeszedł szarooki, młody mężczyzna stojący u jego boku, napięty jak struna instrumentu szarpanego, owego pamiętnego dnia w gmachu, w którym urzędowało Naczelnictwo, skoro jego wieloletni profesor Eliksirów, zawsze faworyzujący go ponad przeciętność, był tym, którego nauczył się bać. Bez namysłu przesunął się nieco w bok, aby odgrodzić Dracona od przeszywających, obsydianowych oczu Severusa Snape'a.
— Nie chcę walczyć — odezwał się cicho Harry, ważąc słowa.
— Jak mądrze z twojej strony — odparł Naczelnik, jego oczy rozbłysły jak tlące się w palenisku węgle.
— Jednakże cóż innego mam począć, kiedy na przestrzeń tej cichej rezydencji padają słowa klątwy, klątwy, której, muszę dodać, inkantacji nie słyszałem, odkąd wojna czarodziejów dobiegła końca. Przywykłem do realiów wojny. Przywykłem do walczenia o przetrwanie. Na ogień odpowiem ogniem, zawsze.
Snape uśmiechnął się.
— Jakby nie patrzeć — rzekł cicho, jego głos przyprawił Harry'ego o dreszcze — zaklęcie nie było przeznaczone tobie. Oczywiście, nie pochlebiam działaniu mojego drogiego przyjaciela, Lucjusza, ale to nie on pierwszy zaatakował.
— Rzucił... — zaczął polemizować z usłyszaną informacją Harry.
— Różnica między atakiem a zasłużoną karą jest kwestią sporną, panie Potter — przerwał mu Snape; jego głos był tak spokojny, że zielonookiego mężczyznę zemdliło. — Zaklęcie nie było przeznaczone tobie — powtórzył — a i ciebie nie powinno być teraz w tej części posiadłości. Czyżbym niedokładnie zamykał za sobą drzwi?
Harry wpatrywał się pustym wzrokiem, nieco odrętwiałym, nieco zmęczonym w głębokie jak bezdenna studnia oczy Severusa Snape'a.
— Niektóre wyjścia są bardziej intuicyjne od innych — powiedział cicho Harry spuszczając wzrok.
— Chętnie o tym usłyszę trochę więcej — głos Snape'a kusił jak obietnica raju — jeśli pójdziesz ze mną do gabinetu.
Kącik warg Harry'ego drgnął w gorzkim rozbawieniu.
— Pański gabinet, Naczelniku, to sanktuarium magii umysłu. Nie zamknę się w nim z panem, nawet gdyby popędzano mnie batem.
Snape westchnął teatralnie.
— Wciąż tak samo uprzedzony... — zamruczał, brzmiąc, jakby wypowiadał się o ulubionym zwierzęciu domowym, nie o człowieku.
Palce Harry'ego zawinęły się wokół dłoni Dracona jeszcze silniej; czuł migotanie przyspieszonego pulsu pod opuszkami palców.
— Wobec tego — powiedział gardłowo Harry, napinając mięśnie nóg — będzie mnie pan tam musiał doprowadzić siłą.
Palpitacje serca wzrosły, adrenalina uderzyła w jego żyły niczym dzwon, przyspieszając procesy ruchowe, wspomagając refleks.
W zielonych oczach zabłysła pierwotna dzikość, różdżka skierowała się na ramę ponurego obrazu przedstawiającego nadmorski pejzaż; obraz spadł z głośnym hukiem na ziemię - Lucjusz Malfoy odsunął się gwałtownie, zanim jego kant nie zawadził o ramię okryte czernią materiału.
Harry zaczerpnął głęboko powietrza i przyciągnął ciało Draco do swego rozgrzanego boku, jakby bał się go puścić, jakby bał się, o to, co może nastąpić, gdy pozwoli mu się zbytnio oddalić.
Ogień zatańczył na jego różdżce jak baletnica, po czym wylał się na podłogę, jakby był wrzącą lawą. Pasmo pomarańczu zamajaczyło pomiędzy nimi a byłymi sługami tego samego Pana.
W następnej chwili, nie widząc nic, poza korytarzem, na którym majaczyły cienie, biegli.
-VVV-
Draco wyraźnie walczył o to, by nabrać w płuca błogosławionego powietrza, jego nogi sunęły po posadce, jakby był mechaniczną zabawką, która nie kontroluje toru własnego ruchu; poprzez spazmatyczne oddechy wstrząsające jego ciałem, usilnie starał się przecisnąć przez usta drżące, lękliwe słowa.
— Kat...rina... — Wargi mężczyzny były suche jak piasek, słowa wypadały poprzez nie niczym w ślepym amoku. — Poszła... po ciebie. Pobiegła...
Ciało Harry'ego, sunące tuż obok, jakby było niczym więcej, jak pędem powietrza, napięło się niczym ugodzone zaklęciem petryfikacji - mężczyzna jednak nie zatrzymał się w miejscu, nie spojrzał na kompana, nie przeklął opóźnienia, z jaką owa informacja padła na przestrzeń pomiędzy nimi; jego oczy wlepione były w pustkę korytarza.
— Ona... — wysapał Draco pomiędzy rozchwianymi wdechami a gwałtownymi wydechami — to ona... przy sobie...
— Nie kończ — wysyczał Harry, rozpaczliwie starający się zebrać myśli.
Młody Malfoy roześmiał się z niemą paniką.
— Ostatnio często... rzucasz we mnie... imperatywami.
Harry wypuścił ze świstem powietrze z własnych płuc, czując tępy ból gdzieś we wnętrzu własnej klatki piersiowej. Zmrużył oczy, starając się skupić myśli wokół słów jasnowłosego mężczyzny, wokół wysokich ścian, wokół drogi, która została im jeszcze do pokonania - wokół wszystkiego, byle nie myśleć o szarpiącym kłuciu wyczerpanych mięśni.
— Zdajesz się tego paradoksalnie potrzebować.
Głuchy jęk wyrwał się z gardła Dracona, gdy z rozpędem wpadli na podłużne stopnie schodów.
— To... obłęd.
— Nie tak wielki, jak myślisz — mruknął pod nosem zielonooki, w głębi duszy przypominając sobie wszystkie groteskowe sytuacje, w których, w ciągu swego intensywnego życia, przyszło mu uczestniczyć. — Expecto Patronum!
Choć Harry'emu zdawało się, że od ostatniego razu, kiedy użył tego zaklęcia, minęły wieki, wciąż odczuwał go tak samo: najpierw myśl - krótka i nieco chaotyczna, niemal zawsze ta sama (w jego umyśle nie istniało wiele silnych wspomnień, mających w sobie jakąkolwiek moc - coraz częściej gościły w nich popioły, a w parze z nimi nieme, głębokie przejęcie, osiadający na nadgarstkach strach), spojrzenie zielonych, kobiecych oczu, męski głos - najprzyjemniejszy, jaki znał, choć nigdy nie przyszło mu go usłyszeć, nie tak naprawdę. Przepływ magii przez pulsujące żyły wciąż był czymś, do czego nie potrafił przywyknąć (czasami znów czuł się jak jedenastolatek, dowiadujący się o istnieniu czarów), moc wyciekająca przez różdżkę jak ropa z tankowca. Jaśniejący srebrem, pełen majestatu jeleń niemal oślepiał i Harry musiał zmrużyć oczy, aby na niego spojrzeć. Wielkie zwierzę wstrząsnęło łbem i odwróciło się z lekkością sennej mary, jego kopyta wybiły równy takt o posadzkę, gdy przemierzał on korytarz, jakby płyną, jakby był łodzią kołyszącą się na łamach oceanu. Światło, które go otaczało, rozpraszało mroki; owo światło wniknęło głęboko w serce Harry'ego, dając mu siłę do dalszej walki o własne prawa; jesteś silny — szeptało gdzieś w głębi jego podświadomości głosem Remusa Lupina — jesteś silny, nie poddawaj się.
Szare oczy Dracona odprowadziły wzrokiem patronusa Harry'ego, gdy ten wyprzedził ich i zniknął za rogiem jak iluzja. Kiedy blondwłosy mężczyzna zwrócił na niego swój wzrok, w jego źrenicach tliła się iskra niemego podziwu. Harry uchwycił ową iskrę i poczuł się, jakby wokół gardła oplotły mu się duszące pęta.
— To tylko zaklęcie, Draco — wyszeptał, łapiąc oddech. — Nie pozwól, by jego widok dekoncentrował twoje myśli.
Szarookie spojrzenie opadło na posadzkę niczym kurz.
Wypadli za róg w ślad promieniejącego światłością jelenia i pospieszyli szerokim korytarzem, wzdłuż którego, na wysokich ścianach, ciągnął się rząd malowideł przedstawiających górskie pejzaże.
— Ja... nie potrafię rzucić tego zaklęcia, wiesz? — odezwał się niespodziewanie Draco.
Harry spojrzał na niego z niemym zdumieniem, omal nie potykając się przy tym o własne nogi.
— Nie jestem zdolny nawet do postawienia pomiędzy sobą a dementorami, tymi stworzeniami karmiącymi się cudzym życiem, przyzwoitej tarczy. Ja... To nie tak, że nie próbowałem, po prostu...
Draco odetchnął głęboko, skupiając swój wzrok na ścieżce poprzez mury posiadłości, otwierającej się przed nimi jak Droga Mleczna.
— Mówią, że tylko potężny czarodziej może wyczarować patronusa. Czasami zastanawiam się, jaką postać przybrałby mój własny, wyobrażam go sobie w ciemnościach, rozświetlającego moją drogę.
To był impuls - krótki, ostry przebłysk świadomości, myśl wymagająca działania - Harry wyciągnął rękę i chwycił dłoń Malfoya w silny, pewny uścisk własnych palców. Draco spojrzał na jego rękę tak, jakby jego skóra piekła pod tym dotykiem i kiedy Harry'emu wydawało się już, że wyrwie się on z owego, pewnego siebie uścisku, poczuł, jak chłodne palce Draco drgają niepewnie i oddają uścisk z nieznacznym wahaniem.
— Wszystko będzie dobrze — powiedział Harry, ciągnąc Malfoya w dół schodów; ich podeszwy uderzały miarowo o posadzkę jak końskie kopyta o brukowaną aleję. — Obiecuję.
Malfoy milczał, ale głęboki oddech, który zaczerpnął, zdawał się dodać mu sił.
Harry wiedział, że Snape musiał znajdować się niedaleko - zastanawiał się tylko, czemu jeszcze ich nie dopadł. Możliwe, Harry modlił się o to w myślach, że zgubił trop, ten pies gończy o kłach ostrych jak sztylety, w gwałtownym pośpiechu skręcił nie tam, gdzie powinien - zielonookiemu wydawało się to wielce wątpliwe - ogień ogniem, ale nawet on nie ma tak wielkiej siły, by wstrzymać tak potężnego czarodzieja, jakim był Severus Snape, na tak długo.
Zeskoczyli ze schodów, jakby rzucali się w czeluści piekielne i rozejrzeli się po wielkim holu, które było pierwszym miejscem na owych kilkunastu, jeśli nie kilkudziesięciu kilometrach kwadratowych podłogi, jakie ujrzeli po pojawieniu się w tej posiadłości - kilka (być może więcej niż jedynie kilka) godzin temu - Harry nie ufał upływowi czasu.
Biegła ku nim, jakby świat wokół nie istniał, ich złota niewiasta o demonicznych oczach i anielim sercu.
Harry usłyszał wściekły syk Dracona, a zaraz za nimi słowa podszyte rosnącą paniką.
— Miałaś stąd uciekać!
Jego głos potoczył się po holu, odbijając się od ścian niczym kauczuk, tworząc cały akompaniament głosów wołających: „Miałaś stąd uciekać... stąd uciekać... uciekać!"
Spotkali się w połowie drogi; hol był pusty, a mimo to niepomiernie głośny; zielonookiemu dzwoniło w uszach (to niemal przypominało pierwszy lot na miotle - szaleńcza adrenalina oraz atoniczny pisk, gdy pęd powietrza zagłuszał wszelkie, pozostałe dźwięki roznoszące się wokoło). W jednej chwili biegł, a w następnej zderzył się boleśnie z kłębkiem czarnych szat, które wplotły się w jego rękawy i już nie wiedział, gdzie kończy się jego odzież, a zaczyna cudza. Harry, wyrwany z rzeczywistości, jakby nie istniał, a dryfował uwięziony pomiędzy światami jak zbłąkana dusza, odkrył, że ma palce pełne długich, miękkich jak śnieżny puch włosów, że do jego ciała przyciskało się raptownie drugie ciało, niemalże pozbawiając oddechu, że w jego nozdrza wkradał się doskonale znany, słodki zapach, przez który zaczynało kręcić mu się w głowie.
— Nie uciekłabym bez was. — Zielonooki mężczyzna poczuł, jak wraz z tymi słowami na jego szyję zakradają się kłębowiska gorącego jak para wodna powietrza. — Patronus... znaczy Harry, nakazał nie robić nic głupiego. Co byłoby większym głupstwem niż zostawienie was tutaj samych sobie? Nie wiedziałabym nawet, dokąd powinnam pójść. Ze mną... ze mną macie o wiele większe szanse na wydostanie się z tego miejsca, niż kiedykolwiek mielibyście beze mnie.
— Wyjście — podłapał natychmiast Harry, odsuwając od siebie roztrzęsioną Katrinę na odległość wyciągniętych ramion. — Jak stąd wyjść niepostrzeżenie?
— Jest... korytarz — zaczęła nieskładnie młoda dziewczyna, nerwowo zaciskając palce na kosmyku własnych włosów — a potem zapadnia i podziemne przejście biegnące aż do iglastego lasu oddalonego o pięć kilometrów. To... długa droga, nie będę was oszukiwać, ale najbezpieczniejsza, jaką znam. Ojciec stworzył ją na wypadek krytycznych sytuacji - szturmu na posiadłość lub buntu szerzącego się po okolicy, sam ją budował, sam prowadził podziemne ścieżki pod przebadanym gruntem, sam ubezpieczał tę drogę - wzdłuż korytarza ciągnie się pochód pochodni, jest też składzik z leczniczymi eliksirami znajdujący się mniej więcej w połowie drogi między wlotem a wyjściem. I ojciec, wbrew wszelkiej logice, wciąż nie zdaje sobie sprawy, że wiem o istnieniu tego przejścia. To może być nasza szansa. Jedyna, jaką mogę wam zagwarantować.
Katrina przygryzła dolną wargę, jej ramiona drżały niekontrolowanie - Harry czuł to wyraźnie pod opuszkami palców i pragnął odebrać jej chociaż namiastkę tego napięcia, uspokoić szalejące w jej piersi serce zapewnieniem, że nie spadnie na ich ciała żadne, realne zagrożenie.
Palce Dracona odszukały jej drobnej dłoni - jego wzrok co rusz uciekał w stronę schodów jakby w obawie przed kolejną konfrontacją ze zwierzętami mroku rezydującymi w tej posiadłości.
— Chodźmy już — ponaglił; w jego głosie czaiło się niezmierzone napięcie. — Poprowadź nas przez ten korytarz.
Katrina przełknęła głośno, jej oddech kotłował się pomiędzy wargami jak wiatr szalejący po dolinach.
— Nie wiem... nie wiem, czy mamy wystarczająco czasu, żeby tam dotrzeć. Ja... spróbuję was do niego zaprowadzić, ale... wejście do tego korytarza znajduje się w całkiem innej części domu, bliżej wschodniego skrzydła, w części podpiwniczonej... Czas... mamy go zbyt mało.
Draco pokręcił głową i spojrzał w stronę zielonookiego mężczyzny, mocniej zaciskając palce na dłoni dziewczyny - pod opuszkami czuł jej szalejący dziko puls. Nadzieja tląca się w jego źrenicach jak latarnia morska sprawiła, że gardło Wybawcy Magicznego Świata zacisnęło się boleśnie, a gorycz zapulsowała w jego czaszce ze zdwojoną siłą.
— Mamy Harry'ego — wyszeptał. — Mamy Harry'ego, a on, jakby nie spojrzeć, nie z takich tarapatów wychodził już obronną ręką.
Problem polega na tym — pomyślał młody Potter, czując bezradność rozlewającą się po jego żołądku jak trucizna — że nie wiem, ile, po tym wszystkim, co przeżyłem, byłbym w stanie jeszcze przetrwać.
