.
Rozdział 11
W twojej głowie pełno tatuaży
.
Zapach druku mieszał się leniwie z wonią dymu tytoniowego, skręcającego się nad fajką Antoniusza jak zmyślny akrobata na cyrkowej estradzie. Harry, czując, jak powieki nieuchronnie ciążą mu w dół, jakby siły grawitacyjne, które na nie oddziałują, diametralnie wzrosły, za nic mając jego silną potrzebę usłyszenia, najlepiej jeszcze dzisiaj, pełnowymiarowego komentarza dotyczącego rozłożonych przed nimi dokumentów z ust ich zwierzchnika, znajdował się właśnie na cienkiej jak tępe ostrze noża granicy świadomości, mając wrażenie, że obecna doba chwieje się nad nim niczym tancerz balansujący na linie nad cyrkową sceną - trochę, jakby spoglądał na świat przez zakrzywiający przestrzeń pryzmat, trochę tak, jakby ten długi, odrapany stół i cztery ściany znajomej kuchni były jedynie iluzją senną, która za chwile pryśnie niczym bańka mydlana.
Antoniusz postukał sękatym palcem o czytane słowa dokumentu i sięgnął drugą ręką po kubek czarnej, mocnej, pachnącej jak niebo kawy, po czym zaczął kontemplować naczynie pod różnymi kątami, jakby w jego wzorzystej powłoce były zapisane wyraźne odpowiedzi na dręczące go rozterki.
Potem uniesie głowę, przeciągnie paznokciem po uchu wielobarwnego kubka i oznajmi konwersacyjnym tonem, że wszystko wskazuje na to, że brak jest w aktach jednej kartki.
Draco rozprostuje łokieć tak prężnie, że jego staw strzyknie w cichym proteście, uchyli jedną powiekę niczym aligator strzegący swoich terytoriów i łypnie na starszego człowieka spod jej ciemnych rzęs, jak na wyjątkowo namolną muchę kręcącą się przy nosie.
Tak, cóż — pomyślał Harry, nie powstrzymując ciężkiego westchnienia — te dokumenty przewinęły się przez ręce tak wielu osób w ciągu ostatniej doby, że gdyby były żywym stworzeniem, nie upilnowałyby należycie nawet własnego nosa.
— Nie wszystko poszło tak gładko, jak zakładaliśmy — mruknął zielonooki, nie mając już nawet siły witalnej, by zwrócić uwagę na to, że jednakowoż, wraz z Draconem wypełnili, z największą precyzją, na jaką było ich stać, powierzoną im misję (Harry nie potrafił myśleć o całym, minionym zdarzeniu inaczej, niż jak o jakiejś kuriozalnej próbie ich charakteru, sprawności i ogólnej nieustraszoności).
Antoniusz, schyliwszy w zamyśleniu czoła, przyjrzał się uważniej śladom zmęczenia wpisanego w skórę czarnowłosego maga, osiadłego pomiędzy przeciągłą zmarszczką a cienką brwią.
— Rozwiń swoją wypowiedź.
Zielonooki mężczyzna skrzywił się i odsunął się od stołu (cztery nogi krzesła zaszurały głośno o kuchenną podłogę).
— Muszę się napić kawy — mruknął Harry, mrugając zamaszyście, aby odegnać sen sprzed powiek — jestem bliski uśnięcia na stojąco.
I wówczas, kiedy zielonooki mężczyzna przeklinał w myślach całą tę absurdalną wojnę, to właśnie Draco - zwykle uznający jego przewodnictwo, czekający na jego słowo nawołujące do działania Draco - zreferował monotonnym, sennym tonem przebieg zdarzeń od momentu pojawienia się niedaleko mugolskiej bazy, do chwili, gdy nieoczekiwany Lucjusz Malfoy, wraz z zacnym Severusem Snape'em uratowali ich głowy przed rozerwaniem w powalającym na kolana wybuchu. Harry ograniczył się do milczącego przytakiwania i wtrącania, od czasu do czasu, swoich trzech groszy, gdy ciche słowa Dracona wymagały doprecyzowania - dopowiedzenia zielonookiego brzmiały trochę jak majaczenie człowieka wyrwanego z głębokiego snu.
— Musieliście wykazać się ogromnym sprytem, aby uciec spod reflektorów Naczelnika — powiedział w zamyśleniu Antoniusz, kiedy dziedzic Malfoyów, skrywając absolutnie przemęczoną twarz pomiędzy palcami, zakończył swoją przemowę (zatrzymując się, całkowicie absurdalnie, nie na ich spektakularnej ucieczce do tego samego miejsca, w którym owa kuriozalna misja została im powierzona, a na niemal samobójczym skoku z przeklętego na wieki dachu tamtej olbrzymiej, zaopatrzonej jak schron wojenny, bazy i błyskawicznym ratunku, z którym przybyła im dwójka niedzisiejszych Śmierciożerców).
— To nie my, to zasługa Katriny — wymruczał Draco w stronę własnych dłoni przyciśniętych do twarzy jak kompres, brzmiąc, jakby przemawiał zza szklanej otoczki, jakby jego głos utonął w ciasnym akwarium, a on, za wszelką cenę, starał się go wyłowić na powierzchnię.
Antoniusz zadumał się, pocierając w zamyśleniu, pomiędzy opuszkami palców pasmo siwych, mysich włosów i przysunął bliżej ku sobie jedną z kart dokumentacji.
— Tej rzekomej córki Naczelnika, o której wspominaliście przy poprzedniej okazji? — zapytała, brzmiąc, jakby była w hipnotycznym transie, Luna, tracąc na moment zainteresowanie gęstym budyniem pochłanianym przez nią, jakby był wodą pitną, wyglądającego, jak na oko Harry'ego, nader podejrzanie.
Kiedy ona, na litość boską, tu weszła? — przemknęło byłemu Wybrańcowi przez głowę, gdy zatrzymał spojrzenie na jej dużych, szarych oczach błyskających na niego zza jakiegoś abstrakcyjnego materiału nałożonego na czoło i nos, niebezpiecznie podobnego do foli spożywczej.
— W rzeczy samej, chodzi właśnie o nią — zgodził się niemrawo Harry.
— I nie ma w tym nic rzekomego, na dobrą sprawę — wtrącił uszczypliwie Draco, przyglądając się w zdegustowaniu gęstej, jasnej mazi obficie nabranej na łyżkę przez jasnowłosą kobietę.
Fajka zasyczała spokojnie, gdy Antoniusz zaciągnął się głęboko dymem, wodząc palcami po drukarskim papierze, wczytując się w jakąś kolumnę intensywnie nadrukowanej treści, wyglądającej niemal jak dziennik ustaw.
— Jest w tym wzór — oznajmił powoli, z rozmysłem ważąc słowa, po czym poślinił wskazujący palec i sięgnął po kolejną stronę czytanego dokumentu. — Spójrzcie na daty.
Antoniusz odsunął na bok większość pism i rozłożył na stole trzy, następujące po sobie kartki; przesunął je po blacie w stronę dwójki młodszych mężczyzn.
Harry zmarszczył brwi i wzorem Dracona nachylił się nad kartką, zawierającą szereg, nic mu nie mówiących, zwrotów w zestawieniu z rzędem cyfr nadrukowanych jedne pod drugimi.
Starszy czarodziej zastukał wskazującym palcem w jedną z sekwencji cyfrowych.
23-04 6.32 — przeczytał Harry, myśląc bez zapału, że zapis ten mówi mu tyle, co nic.
— Dwudziesty trzeci kwietnia, szósta trzydzieści — wygłosił Antoniusz, wykrzywiając usta z lekkim zdegustowaniem. — Data i godzina pierwszego zaginięcia odnotowanego w ministerialnej „Bibliotece". Dopiszmy temu nazwisko. — Mężczyzna pogrzebał w połach własnej peleryny, by po kilku długich sekundach przekopywania się przez magicznie powiększoną kieszeń wydobyć z niej zamknięty szczelnie kałamarz i gęsie pióro. Harry przygryzł dolną wargę, patrząc, jak palce mężczyzny otwierają buteleczkę i maczają w granatowym tuszu końcówkę pióra.
„Hestia Robinson - pierwsze, odnotowane zaginięcie"
Draco wciągnął ze świstem powietrze, a jego oczy przybrały rozmiarów okrągłych galeonów. Wpatrując się w pochyłe, zamaszyste pismo Antoniusza, drugi z młodych mężczyzn próbował usilnie przetworzyć w wycieńczonym umyśle znaczenie przeczytanego splotu niewielkich liter.
Cichy brzdęk zabrzmiał głucho w niewielkim, ciasnym pomieszczeniu - Harry, unosząc wzrok, spostrzegł, jak metalowa, niewielka łyżeczka wypada z dłoni Luny i toczy się zapomniana pod stół. Długie, niemal białe, włosy kobiety opadły jej na zwykle łagodną twarz, na którą wkradł się wyraz głębokiego zaaferowania, gdy obeszła w pośpiechu stół i wyciągnęła szyję, aby zajrzeć dwójce, zawisłych nad blatem mężczyzn, przez ramię.
Antoniusz pokiwał z niemym smutkiem głową i zakreślił w kółko atramentowym tuszem kolejne zestawienie cyfr.
29-04 11.47
— Dwudziesty dziewiąty kwietnia, godzina za dziesięć dwunasta — podjął ponownie mężczyzna, gasząc swoją wierną towarzyszkę - fajkę - i odkładając ją na bok niczym zapomniany atrybut sceniczny, porzucony niedbale po odbytym występie.
— Byrne, magomedyk, ostatni raz widziany, gdy wychodził z pracy po nocnym dyżurze — przypomniał sobie Harry, czując, jak mdłości zakradają się do jego ciała niczym senne koszmary.
— Zgadza się — przyznał Antoniusz, przymykając na moment powieki.
„Reece Byrne - zaginiony" — zapisał swym, lekko pochyłym pismem koło odpowiedniej daty.
01-05 9.30
— Pierwszy maja — przeczytał powoli Draco, oddychając ciężko niczym buldog francuski, dysząc przy tym Harry'emu w kark.
— Martin — rzucił Antoniusz z krzywym zgorszeniem — znałem gnojka, niesłychanie koszmarny krętacz, swojego czasu szlajał się po Nokturnie, sprzedając fałszywe bony na miotły wyścigowe, oczywiście, jeszcze zanim zaczął dążyć do ekspansji i kuglować ludzi na pieniądze. Gdyby nie list gończy, który swego czasu za nim posłałeś, Potter, nikt by nawet nie dociekał miejsca jego przebywania.
Mężczyzna ponownie przytknął stalówkę pióra do leżącej przed nimi kartki.
„Joe Martin" — zamaszyście nakreślił nazwisko u boku właściwych cyfr.
— Teraz już rozumiecie? — zapytał Antoniusz, z pogłębiającym się grymasem irytacji, sięgając po drugą z oddzielonych od pozostałego stosu kartek. — A to — rzekł, przysuwając ku sobie dokument po blacie stołu, jego lewa dłoń zacisnęła się w pięść — to jest, moi mili, najprawdziwsze pandemonium.
Antoniusz wyciągnął dłoń i zamaszyście podkreślił podwójną linią jedną z odnotowanych dat.
Harry, odnalazłszy wzrokiem wskazaną sekwencję cyfr, poczuł, jak w jego żyłach gotuje się krew - był tam, przeżył to, pamiętał i nigdy nie zapomni.
— Parszywe psy — wysyczał zduszonym głosem Draco, oddychając, jakby był chwilę po pokonaniu półmaratońskiego dystansu. Głuchy łomot zabrzmiał w małej kuchni niczym uderzenie werbla, gdy pięść młodzieńca o szarych oczach trzasnęła w ślepej furii w obskrobany, drewniany blat stołu. — Plugawe kreatury!
Przed ich oczami, niczym uszlachetniający czyny barbarzyńskie pomnik, stała nadrukowana czarno na białym data wtargnięcia mugolskich, uzbrojonych po zęby, żołnierzy na jasną, skąpaną w pięknym, gorącym słońcu, przepełnioną nagromadzeniem czarodziejskiej ludności cywilnej, wypoczywającymi aktywnie po pracy urzędnikami, robiącymi zakupy młodzieńcami, spacerującymi wraz ze swoimi dziećmi, pałaszującymi lody w chrupiących wafelkach, po których spływały stopniałe, słodkie krople, matkami ulicę Pokątną.
-VVV-
Była pewna korzyść płynąca z przejęcia tych dokumentów - otóż pod jaśniejącymi niczym gwiazdy, kłujące oczy swym intensywnym blaskiem, datami pieczętującymi czyny okrutne, było kilka terminów, mających w gruncie rzeczy dopiero nadejść. Niewiele nam one mówiły, trzeba przyznać, bo poza datą i godziną nie dopatrzyliśmy się w posiadanych przez nas rozporządzeniach niczego, co mogłoby wskazywać na przyjęte miejsce jakiegokolwiek zrywu mugolskich bojowników (choć Antoniusz przestudiował je od deski do deski i to dwukrotnie, sądząc po tym, że kiedy nocą wykradałem się do lodówki po coś zimnego do picia, wciąż wisiał, w otoczeniu kilku świec wyciągających głębokie cienie z jego twarzy, nad ich treścią, pochylony nad drukiem tak bardzo, że jego niewielki nos niemal ciągnął się po stołowym blacie), ale w gruncie rzeczy była to najbardziej ścisła informacja, spośród wszystkich, które do tej pory udało nam się pozyskać.
Mimo zdobytej przez nas wstrząsającej informacji pamiętam, że dawno nie spaliśmy tak dobrze, jak tamtej nocy - tak twardym, beztroskim snem, w kojąco miękkim, przytulnym łóżku.
— Mów za siebie, Potter, bo ja nie nazwałbym dobrym snem takiego, z którego jest się bezlitośnie wyrwanym w okolicach abstrakcyjnej, jak na moje odczucie, godziny piątej przez jakąś niezrównoważoną, nadwrażliwą histeryczkę.
Prawdą jest, że przybycie do naszej przystani naszej cudownej, drogiej Hermiony zostało rozgłoszone z wielkim przytupem głośnym dobijaniem się do drzwi zajmowanej przeze mnie sypialni i toczących się echem po korytarzach groźbach dotyczących kreatywnych wizji mojej szybkiej śmierci, jeśli raz jeszcze ośmielę się wyruszyć na misję, której prognozowany czas trwania przewidywał co najwyżej nieco ponad ćwierć doby, i nie wracać z niej przez kolejne dwa dni.
Antoniusz, dysponując nareszcie materiałem, na jakim mógłby oprzeć własne zarządzenia, zwołał posiedzenie dla kilku, najistotniejszych członków naszej tajnej, irracjonalnej organizacji antyrządowej, na którą wraz z Draconem zostaliśmy łaskawie zaproszeni. Nie potrafiłem ich ścierpieć, swoją drogą - pamiętając swój własny, dziecinny, niedzisiejszy zapał do poznania tematów poruszanych zaledwie kilka lat temu na spotkaniach szacownego Zakonu Feniksa (całe szczęście, że drogi dyrektor nie ochrzcił go Zakonem Cytrynowego Dropsa - to by brzmiało niedorzecznie, ale cóż, feniksy najwidoczniej były w jego zamyśle wystarczająco dostojnymi zwierzętami, aby zestawić je ze wzniosłym określeniem „zakon"), błogosławiłem nad życie niepiśmienną umowę napominającą o tym, że jego członkiem można było zostać dopiero po osiągnięciu pełnoletności.
-VVV-
Mat Steward kołysał się na tylnych nogach krzesła jak niebywale znudzony uczniak, łypiąc na wszystkich nieprzychylnie spod swojej przydługiej, brunatnej grzywki (Draco, obserwując go godzinę wcześniej ze szczytu żelbetowych schodów, nachylił się nad uchem Harry'ego i wyraził swą głęboką obawę przed przebywaniem z osobnikami, wyglądającymi, jakby za moment mieli kogoś udusić gołymi rękami, pod jednym dachem, a co dopiero w jednym pomieszczeniu).
Harry'emu, który obserwował jego, bujającą się jak na dziecięcej huśtawce, sylwetkę - to w przód to w tył, niesamowicie przypominałoby to jakiś skomplikowany trening gimnastyczny, gdyby nie to, że na oko trzydziestokilkuletni mężczyzna nie miał w sobie nic z fizjonomii atlety - jego piwny brzuch uwydatnił się rażąco, gdy brunet pochylił się gwałtownie do przodu, by zrównoważyć ciężar tracącego pierwotną równowagę krzesła.
— Więc... kiedy ma być ten atak? — zapytał Steward tonem, który świadczył o tym, że najchętniej leżałby teraz z puszką piwa na zatłoczonej plaży Madery, beztrosko nabierając kalorii, w niezastąpionym, jedynym w swoim rodzaju towarzystwie filtra przeciwsłonecznego.
Draco wydął wargi, spoglądając na mężczyznę kątem oka, a mięśnie jego twarzy nieznacznie drgnęły, jakby ostatkiem sił powstrzymywał się od rzucenia jakiejś kąśliwej uwagi na temat tuszy zadufanego w sobie mężczyzny.
— Wedle naszych przypuszczeń za niecałe dwa miesiące, siedemnastego listopada w okolicach godziny piątej wieczorem — przypomniał markotnym tonem Antoniusz, przeciągając w zamyśleniu palcami po paśmie srebrnych jak pajęczyna włosów.
— Ah-ha — burknął chrapliwie Steward, po czym odchrząknął i skrzyżował ręce na piersi, co mogło świadczyć o uznaniu swego wkładu w trwające zebranie za wystarczający, o zdystansowaniu się do próby wciągnięcia go w jakiekolwiek akcje wymagające częstego ruchu, w miarę skoordynowanego przy okazji, lub o przewlekłym bólu brzucha.
Młody Malfoy odetchnął głębiej, jakby trawiła go silna, wewnętrzna gorączka, nachylił się nad zajmującym sąsiednie krzesło Harrym i wdmuchnął w jego skórę pokłady gorącego powietrza, przemawiając bezpośrednio do jego ucha.
— To śmieszne — skomentował kwaśno Draco, którego myśli najwyraźniej kumulowały się wokół podobnych spostrzeżeń, ściszając głos.
To więcej, niż śmieszne — pomyślał szyderczo Harry. — To surrealne, a ten oszołom pozostaje ciemny jak tabaka w rogu.
— Antoniuszu — odezwała się nader delikatnie kobieta o nazwisku, które zaczynało się na jakieś „Bail..." czy „Bel...", ale jak brzmiało, Harry żadną miarą nie potrafił sobie przypomnieć. — Mam nadzieję, że rozważyłeś kwestię naszej nieokazałej liczebności.
— To słuszność idei może nas doprowadzić do sukcesu, a nie liczba jej wyznawców — zacytował gładko słowa Remusa Lupina zielonooki mężczyzna, czym zasłużył sobie na, tym razem jawne i niewstrzymywane, wymowne prychnięcie swego rówieśnika.
— Dobry Merlinie, wyczytałeś to w poradniku o szlachetnym tytule: „Jak poprawić własną samoocenę - w dwunastu krokach"?
— Jakbyś zgadł — zaszydził Harry, odchylając głowę i spoglądając w biały sufit, w którego rogach tworzyły się szare plamy zacieków. — Poza tym, w ostatniej wojnie ta teoria się potwierdziła, czyż nie mam racji?
— Cisza — fuknął Antoniusz, rozcierając skronie sękatymi palcami. — Jeśli niczego nie zrobimy, naiwnie sądząc, że to nas nie dotyczy, jeszcze - muszę podkreślić, to skończy się na tym, że osobiście będziemy świadkami ostatecznego upadku magii na ziemiach angielskich. Tego byście chcieli? Patrzeć, jak magia się wypala?
Steward, rysując paznokciem blat stołu, z którego zdawał się zdrapywać jakiś zaschnięty brud, podniósł wzrok na sędziwego wiekiem mężczyznę, a przez jego twarz przemknął wyraz głębokiego niepokoju.
— Na brodę Merlina, a na co, waść, wygłaszasz te apokaliptyczne wizje? — zapowietrzył się brzuchaty mężczyzna i spąsowiał na twarzy niczym wystawiony na mróz nastolatek.
Antoniusz wyglądał, jakby krew uderzyła mu do mózgu, więc Harry, starając się załagodzić rozdrażnionego mężczyznę, uniósł pospiesznie dłonie do góry i zabrał głos.
— Chwila moment, przemyślmy wszystko raz jeszcze, na spokojnie, bez skakania sobie do gardeł. Znamy datę i godzinę planowanego przez mugoli natarcia na tereny czarodziejów, nie znamy, natomiast, miejsca, w które uderzą, więc być może powinniśmy się przyjrzeć obszarowi, na jaki wkroczyli ostatnimi razy - wpierw porwali się na ulicę Pokątną, doskonale to wszyscy pamiętamy, niestety, następny ich atak obejmował natomiast Ministerstwo Magii, czy nie oznacza to, że ich celem są obecnie najbardziej główne punkty życia społeczności czarodziejskiej? Do takiego wniosku doszedłem już dawno, obstawiając ważne obiekty magiczne aurorami ze swego departamentu. Jeśli mugole mają ponownie uderzyć, skupią się na naszych instytucjach publicznych.
Draco utkwił wzrok we własnych dłoniach.
— Tak — przyznał dziedzic Malfoyów — masz rację. Tyle że najważniejsze budynki dla magicznego społeczeństwa nie są postawione ściana w ścianę. Jakby nie spojrzeć, od Munga do Hogwartu daleka droga.
Harry poczuł, jak chłodny dreszcz przebiega mu po kręgosłupie.
— Do Hogwartu? — powtórzył szeptem, myśląc o tym, że nigdy, przenigdy więcej nie zamierza być świadkiem upadku zamkowych wież. — Wierzę, że nie dotrą oni aż tak daleko.
Draco wzruszył ramionami, uśmiechając się gorzko pod nosem.
— Nie liczyłbym na to — odezwał się powoli — jeśli mugole posiadają jakieś dane dotyczące lokalizacji obiektów magicznych, albo są, przede wszystkim, świadomi istnienia takiego obiektu, to istnienie i położenie geograficzne Hogwartu jest dla nich, których to dzieci uczęszczały go niego od niepamiętnych czasów, czymś tak oczywistym, jak prezenty na Gwiazdkę.
Cisza, która zapadła w pomieszczeniu po słowach Dracona zakuła Harry'ego w uszy niczym wysoki pisk; zdawało mu się, że na jego kościach osiadł szron, a serce zastygło w bolesnym uświadomieniu, jakby już nigdy więcej nie miało podjąć swej pracy ponownie.
— O matko — wyszeptała ta sama kobieta, co zwracała się już do Antoniusza; Harry, spoglądając w jej siną twarz, mógł dostrzec bezgraniczny lęk czający się w jej sercu, niemal bliźniaczo podobny do tego, który zacisnął jego własne żyły. — Przecież szkoła, przez cały czas trwania konfliktu z mugolami funkcjonuje, być może liczba studentów gwałtownie zmalała, jednakże uczelnia nie została zamknięta, co więcej, zdaje się ona być dosyć... bezpieczną placówką, porządnie chronioną przez magię tak starożytną, jak egipskie piramidy. Chyba nie myślicie, że wojska mugolskie zwalczą, jakimś cudem, zabezpieczenia szkoły i świadomie zagrożą życiu dzieci?
Nie doczekała się odpowiedzi.
-VVV-
Kotara opadła ciężko na szybę, uniemożliwiając jaskrawemu słońcu wdzieranie się do pomieszczenia, Harry oparł się łokciami o lekko zakurzony parapet i przymknął oczy, czując, jak w umysł powoli wdziera mu się tępa migrena.
— Nie trzymacie tu eliksirów na zbicie bólu głowy? — cichy głos padający od strony drzwi zmusił zielonookiego mężczyznę do niechętnego odjęcia chłodnych knykci lewej ręki od pulsującej jak krew skroni.
— Nie myśl sobie, że ta baza nie jest perfekcyjnie wyposażona — mruknął Harry, oddychając głębiej, mając wrażenie, że zbiera mu się na wymioty. — W składziku na drugim piętrze można znaleźć cały korowód mikstur leczniczych, poczynając od zwykłego Eliksiru Słodkiego Snu, na różnej maści eliksirach przeciwkrwotocznych kończąc.
Harry odwrócił się, aby spojrzeć w twarz przybysza, gdy z jego ust wyrwało się szydercze prychnięcie.
— Mimo to wciąż brak jest w niej podstawowego, bazowego leku na ból głowy, zastanawia mnie, czyje to niedopatrzenie. — Malfoy przeczesał palcami nieco przydługie kosmyki białych jak alabaster włosów i uśmiechnął się szyderczo w stronę, mierzącego go wilczym wzrokiem, Harry'ego. — Nie patrz na mnie jak skrytobójca, Potter, ja jedynie zauważam pewne fakty.
Draco wkroczył do pomieszczenia, rozglądając się ze znudzeniem po jego wnętrzu, jakby szukał wad, a może wręcz przeciwnie, jakichś pojedynczych zalet pośród całej tej plątaniny zacieków tworzących się na obleśnych tapetach, zbijających się w bezkształtne plamy wilgoci, i naręcza kurzu osiadłego w kątach jak piach.
— Przypuszczenie, które wysnuliśmy na zebraniu, jest... więcej niż niepokojące — podjął, po krótkim zastanowieniu, temat, dla którego najpewniej postanowił złożyć Harry'emu wizytę Draco.
— Nie mógłbym się z tobą nie zgodzić — przytaknął zielonooki, gdy młody dziedzic Malfoyów spojrzał na niego krótko w oczekiwaniu na jakąś odpowiedź.
Jasnowłosy młodzieniec przeszedł leniwym krokiem przez pokój i oparł się z wdziękiem o parapet, przy którym stał drugi czarodziej, jakby nie znajdował się właśnie w przestarzałej posiadłości obsianej licznymi defektami, a w wiekowej, stylowej rezydencji stylizowanej na paryską kamienicę.
Draco wyjrzał za nieco porysowane okno, zdając się zgoła nie dostrzegać widoku, który się za nim rozpościerał.
— Dlatego — zaczął powoli, a na jego czoło wstąpiło pasmo głębokich zmarszczek — i tylko dlatego, muszę podkreślić, zastanawiałem się... nasza organizacja jest stosunkowo niewielka, rozumiesz...
— Przepraszam — przerwał mu Harry, przyglądając się nieznacznie napiętej twarzy Dracona zmrużonymi oczyma — ale czy ten monolog dąży do czegoś jednoznacznego?
Młody dziedzic Malfoyów westchnął ciężko i przetarł dłonią niewysokie czoło.
— Cóż, zastanawiałem się, czy nie poinformować o naszych przypuszczeniach Snape'a i przyglądać się temu, co z tym fantem uczyni — przyznał ze spokojem, na który nie wskazywały jego napięte ramiona, rzucając Harry'emu szybkie, niepewne spojrzenie.
Zielonooki milczał dłuższą chwilę, odwracając wzrok ku szybie i zostając z całkowitą skutecznością zaślepiony słonecznymi promieniami.
— I o czym zamierzasz go poinformować, Draco? — zapytał pochmurnie Harry, oblizując dolną wargę (pod koniuszkiem języka czuł naręcze drobnych otarć). — Zasadniczo, niczego nie wiemy, nie stuprocentowo i z niezachwianą pewnością. Po pierwsze: Snape - wyśmieje nas, gdy tylko oświadczymy mu, że znamy datę i godzinę kolejnego mugolskiego ataku, ale gdzie on nastąpi, jak będzie wyglądał i czy nie okaże się, wbrew naszym podejrzeniom, jedynie kolejnym aresztowaniem czarodzieja zamieszkałego na terenach mugolskich, tego nie wiemy. Wyobrażasz sobie jego nastawienie do podobnego typu informacji, bo ja tak i nie zamierzam marnować czasu na wysłuchiwanie, jakim to jestem beznadziejnym zwiadowcą, skoro potrafię jedynie dostarczyć nowiny, które nie wnoszą do bazy posiadanych przez nas danych właściwie nic, czego uprzednio byśmy nie wiedzieli. Drugą sprawą jest Antoniusz, który to, jakże optymistycznie, z pewnością zapała entuzjazmem, dowiedziawszy się o naszym planie i z całkowitą pewnością pozwoli na jego realizację — zaszydził Harry, kręcąc powątpiewająco głową — pomyśl tylko, Draco.
— Dlatego — powiedział młody Malfoy, kładąc przesadny nacisk na to jedno słowo, brzmiąc z powagą, o jaką Harry by go nie podejrzewał — nie powiemy Antoniuszowi.
Zielone oczy spoczęły na swym towarzyszu, przypatrując mu się z tak, jakby ten dorobił się drugiej głowy. Malfoy albo nie spostrzegł ciążącego na nim spojrzenia, albo było mu ono całkowicie obojętne, jakby było skrzatem domowym, który milczkiem zostawia kakao na nocnym stoliku swego chlebodawcy, a następnie ulatnia się, jakby był gazem w mugolskiej instalacji grzewczej.
— Jeśli chodzi o Snape'a — kontynuował nieprzerwanie — to mimo tego, jak wielka żądza władzy nie uderzyłaby mu do głowy, wciąż jest częścią czarodziejskiego świata i w pewnym stopniu musi, po prostu musi mu zależeć na powstrzymaniu destrukcyjnych działań mugoli, szczególnie jeśli sprawa tyczy się, jak snujemy domysły, Hogwartu. Jest związany z tą szkołą, być może w latach swej... świetności, tfu!, nienawidził nauczać, jednakże spędził w jej murach znaczną część swojego życia - każdy by zapałał pewnym gramem sentymentu do Hogwartu, nawet takie zimne, ironiczne dranie jak on.
— Doprawdy? Tylko nie mów, że wiesz o tym z autopsji — prychnął zielonooki, krzyżując ramiona na piersi, spoglądając w gładką twarz Malfoya jak w posąg greckiego, pewnego swojej wartości, herosa.
Draco zaszurał podeszwą o drugiej świeżości posadzkę i wzruszył ramionami z obojętną rezerwą.
— Rozumiem, że pomysł ci nie odpowiada — sarknął, przeczesując palcami jasne kosmyki włosów. — W porządku, to jedynie moja luźna propozycja, a skoro okazuje się nonsensowna...
— Nie powiedziałem, że nie widzę w niej sensu, Draco — zauważył Harry, spoglądając na towarzysza zza gęstych rzęs. — Mówiłem, że nie dysponujemy wcale jakimś powalającym zestawem rewelacji. Te dokumenty, to wszystko razem... jestem pewien, że to coś znaczy, co więcej, przekonuje mnie myśl, że znaleźliśmy się w posiadaniu niezwykle ważnej wskazówki co do działań, ku którym skłonić się mogą mugole. Problem polega na tym, Draco, że w obecnej chwili te dokumenty rozjaśniają nam jakiś abstrakcyjnie mały zalążek ich planów, no bo, powiedzmy sobie szczerze, co wynika z tego, że znamy zestawienie kilku pojedynczych dat i przypisane im, pewne godziny, skoro nie potrafimy nawet jasno określić, czego mogą owe daty dotyczyć - oczywiście, możemy snuć domysły, że następne uderzenie padnie, powiedzmy na Hogwart, albo chociażby na Bank Gringotta, ale zrozum, że jest nas za mało, aby przystąpić do czynnej ochrony tych instytucji.
— Chyba że — wtrącił Draco, kładąc solidny nacisk na własne słowa — zajmie się tym, lepiej przystosowane do podjęcia jakiejkolwiek obrony, Naczelnictwo.
Harry zasępił się i przetarł palcami bolącą głowę, zastanawiając się, czy nie mógłby zasnąć w wygodnym, ciepłym łóżku i już nigdy się nie obudzić.
— Nie wiem jak tobie, ale mi nie uśmiecha się wizja ponownej, szaleńczej ucieczki od jakkolwiek gościnnych nieruchomości Severusa Snape'a. Wiesz, ile metrów jest od okna kwatery, w której mnie ulokowano w jego skromnych progach, do ziemi? Bo ja wiem i nie zamierzam weryfikować tego po raz kolejny.
— Wiesz, Potter, w świecie magii istnieją także inne metody komunikacji interpersonalnej. Powiedzmy: wysłanie niezobowiązującej sowy z krótkim, treściwym listem.
Harry odetchnął głęboko, starając się utrzymać własne nerwy na wodzy i nie naskoczyć na swego rozmówcę jak niezrównoważona, przepełniona buzującymi hormonami, nastolatka.
— Genialne, Malfoy! Tylko bić brawa! Fenomenalne, wręcz! Moje jedynie pytanie brzmi: czy widziałeś, żebyśmy trzymali w naszej bazie jakąkolwiek sowę, na Morganę, bo jeśli faktycznie takowa się tu znajduje, to obawiam się o moją zdolność szybkiego, wnikliwego rozeznania się w nowym środowisku, która do tej pory mnie jeszcze nie zawiodła.
Malfoy zacmokał, jakby wiedział o czymś, co umknęło spojrzeniu zniecierpliwionego Harry'ego; nachylił się w stronę swego równolatka i oznajmił konspiracyjnym szeptem:
— Otóż, Potter, sową niestety nie dysponujemy, ale wyobraź sobie, że w tym sanktuarium nicości występuje... uważaj, bo to będzie zdumiewająca wieść... kominek.
Harry osłupiał i spojrzał na Draco spod brwi.
— Kominek — powtórzył, jakże bystro, czym zaskarbił sobie szeroki uśmiech samozadowolenia, który wpłynął na wargi Malfoya, jak na oblicze grubego, leniwego kota wygrzewającego się na słońcu.
— W rzeczy samej — potwierdził mężczyzna, wyglądając przy tym niczym rozochocony bałwan z szerokim uśmiechem sięgającym uszu stworzonym z okrągłych, dużych guzików.
Harry otworzył i zamknął usta, jak jakaś wielka, oślizgła ryba. Wreszcie odetchnął głęboko, a na jego usta zakradł się wyraz szyderczego rozbawienia.
— Draco — westchnął, brzmiąc, jakby zwracał się do kilkuletniego dziecka — to naprawdę niezmiernie pomysłowe z twojej strony, ale, wybacz mi moją sceptyczność, czy ty naprawdę uważasz, że Severus Snape, Najwyższy Naczelnik nie zablokował dostępu do swojego kominka osobom postronnym?
Młody Malfoy prychnął cicho jak niedoceniony przez wykładowcę uczniak i wykręcił leniwie nadgarstkami, które strzyknęły nieprzyjemnie w sprzeciwie.
— Jeśli już pytasz o zdane, to nie, szczerze wątpię, aby zablokował dostęp do własnej sieci kominkowej. Największa siła, która mu obecnie zagraża, wywodzi się od ludzi pochodzenia nieczarodziejskiego, wobec czego, póki mugole nie wynaleźli jakiś abstrakcyjnych machin zapobiegających spopieleniu ich ciał w kontakcie z ogniem, Snape nie ma potrzeby, aby zakładać blokady na swoją Sieć Fiuu.
Harry, wpatrując się w twarz Dracona, zastanawiał się, czy ten nie nabawił się może silniejszej migreny, niż on sam i czy jego słowa, wobec powyższego, nie są głębokim majaczeniem umęczonego umysłu.
— To drugi z najbardziej absurdalnych pomysłów, jakie miałem nieprzyjemność usłyszeć w swoim życiu — ocenił powoli, myśląc, że musi nim kierować prawdziwa desperacja, jeśli w ogóle rozważa jego zrealizowanie.
— A ten pierwszy? — zainteresował się Draco, odwracając głowę ku szybie i zatapiając wzrok w dalekim horyzoncie.
— Ucieczka na Spiżobrzuchu Ukraińskim ze skarbca twojej niezapomnianej, szurniętej ciotki, pomysł autorstwa Hermiony, swoją drogą.
— Co jest niepodważalnym dowodem na to, że w tym szaleństwie jest metoda — oznajmił Draco, a na jego twarz wpełzł uśmiech absolutnej dumy. — Na co zatem czekamy?
-VVV-
Ten pomysł był nonsensowny, smakował abstrakcją, a pachniał desperacją.
— Tak, Potter, wiem, jakie miałeś o nim mniemanie, mógłbyś skupić się na opisaniu jego przebiegu, zamiast analizować własne odczucia?
Jego „przebieg", jak to określiłeś, Malfoy, nie jest nader owocny w opisy. Choć z początku idea wprowadzenia w nasze ciche plany samego Naczelnika zdawała się błyskotliwą metodą na osiągnięcie szybkiego sukcesu, prędko okazał się nie być tak banalnym rozwiązaniem, jak przewidywaliśmy. Ależ, oczywiście - kontakt z Naczelnikiem nie stanowił problemu: odnalezienie w zgiełku codzienności, jaka toczyła się w kilku ścianach tego skromnego miejsca chwili czasu, gdzieś pomiędzy zapaleniem fajki przy kuchennym stole przez Antoniusza, który, obserwując kłęby dymu piętrzące się pod sufitem, prowadził ze sobą jakiś wyraźny konflikt wewnętrzny - głębokie zmarszczki jego czoła co rusz pogłębiały się, gdy na jego oblicze wpływał wyraz ślepego rozgorączkowania, a palce z nieco większą werwą uderzały o drewniany blat, po czym mięśnie jego twarzy rozluźniały się nieznacznie, w towarzystwie mgły głębokiego zamyślenia, która pojawiała się w jego oczach - a sięgnięciu przez Lunę do niespecjalnie obszernej w produkty lodówki; dziewczyna chwilę później siadała po turecku na wyświechtanym dywanie w niewielkim salonie, opierając się plecami o starą, przetartą kanapę, nad którą kumulowała się nieprzyjemna woń pleśni i wilgoci, zapisując coś skrupulatnie w opartym o kolana zeszycie o lekko zagiętych rogach. Problem leżał w skomplikowanej - z braku innego określenia - osobowości byłego szpiega (przeklęty introwertyk — warknie Draco, kopiąc w kafle migoczącego ogniem kominka tak mocno, że tylko cudem nie połamie sobie przy tym kilku palców prawej stopy). Cóż, o sobie samym mogę powiedzieć tyle, że pojawiłem się tam jak nierozgarnięty idiota - jeden z tych, co wpadając z butami w sam środek czyjegoś życia, wołają: „Huston, mamy problem!" i oczekują, że ktoś inny załata wszystkie odchyły od ich normalnej, bezwymiarowej, nudnej codzienności.
-VVV-
Severus Snape przewrócił właśnie stronę czytanej powieści historycznej o walkach toczonych na froncie podczas pierwszej wojny czarodziejów, gdy salonowy kominek rozpalił się cyjanowym błękitem, rzucając na jego, pełną zadumy, twarz, aureolę jasnego światła. Czarne oczy oderwały się od dwieście trzydziestej szóstej strony i zerknęły w stronę, pojawiającej się w płomieniach jak odbicie w tafli wody, gładkiej twarzy o rozbieganym wzroku, różdżka zapobiegawczo wysunęła się z rękawa (wciąż ją tam przechowywał - jeden z nawyków pozostałych po wojnie, jedna z ran, które najpewniej nie mają się już zabliźnić) i zajarzyła się rubinową czerwienią, w gotowości do przeklęcia nieproszonego śmiałka, który to nie bał się zakłócać jego, nie nadarzającej się ostatnimi czasy, chwili wolnego (od nadmiaru dokumentów obsianych ściśle drobnym drukiem jak makiem, zaczynał widzieć mroczki przed oczami).
— Na litość Merlina, każdemu delikwentowi celuje pan na powitanie bronią między oczy, czy może zaliczam się do wyjątków?
Ten irytujący, silący się na opanowanie głos - och, tak, Severus znał go doskonale - jego osobiste utrapienie we własnej osobie właśnie postanowiło, ze znaną sobie bezczelnością, łypać na niego wilkiem z jego własnego, osobistego kominka (Severus odnotował w pamięci, by przy najbliższej, nadarzającej się okazji zablokować dostęp do Sieci Fiuu - jak dotąd nie używanej - zastanawiając się, jak do tego doszło, że dopuścił się tak wielkiego niedopatrzenia — cóż, najwyraźniej nie jestem nieomylny — pomyślał z niesmakiem, mając nadzieję, że inni ludzie nie dojdą do podobnych wniosków). Severus opuścił dłoń z różdżką, patrząc w niebezpiecznie nieobce oczy byłego ucznia i dostrzegając w ich ogromie ślepą determinację mieszającą się z frustracją i bezsilnością.
Nie panuje nad sobą — pomyślał Snape, analizując każdy przebłysk w tych zielonych tęczówkach (kolejna pamiątka po wojnie, jak przypuszczał) — coś musiało się wydarzyć, jeśli pozwolił, by jego woalka stoicyzmu została zrzucona.
Snape nienawidził tego, że ten durny chłopak (mężczyzna, człowieku, przejrzyj na oczy — warknął w jego głowie irytujący, cichy głosik, ale zepchnął go natychmiast na dalsze tory) nie był już tym nieroztropnym, impulsywnym dzieciakiem, którym mógł potrząsnąć kilkoma celnymi słowami, kiedyś słowa były jego siłą - celne niczym zaklęcia wprawionego wojownika, trafiały prosto w Achillesową piętę, teraz nie sposób było zastraszyć smarkacza jednym, ostrzejszym spojrzeniem — a szkoda — pomyślał Severus, wstając i powoli zbliżając się do kominka.
— Czym zawdzięczam ten — wąskie wargi wyciągnęły się w szyderczym grymasie — niesamowity zaszczyt, że sam Wielki Harry Potter postanowił udzielić mi swojej audiencji? — zapytał tonem wibrującym jak nuty na pięciolinie i z godnością przykucnął przy tlących się płomieniach, by spojrzenie młodszego mężczyzny znalazło się na poziomie jego wzroku.
— Nie mamy czasu na uprzejmości — odpowiedział pospiesznie młody mężczyzna, patrząc na niego z niemą desperacją, desperacją wręcz alarmującą, zapalającą w umyśle Severusa migającą na wściekle czerwony kolor, neonową lampkę.
W rzeczy samej musiało zajść coś bardzo niepokojącego — pomyślał Naczelnik, marszcząc brwi, po czym, odpychając na bok swą krzyczącą o uwagę dumę, machnął dłonią w geście nakazującym kontynuację.
— Pamięta pan te papiery, które mieliśmy ze sobą podczas tej... niespodziewanej wizyty w pańskich progach? Pamięta pan, co wówczas powiedziałem? — Potter szybciej przewijał językiem, niż kręcą się taśmy starych, mugolskich filmów. — Mówiłem, że zawierają plany federacji mugolskiej przeciw czarodziejom — odpowiedział sam sobie, nie czekając na żadne wtrącenie przez Severusa swoich trzech groszy; ziarno niepokoju zostało zasiane w chłodno kalkulującym umyśle Naczelnika. — Otóż, udało nam się rozszyfrować załączoną do nich kartę z zestawieniem sparowanych cyfr i okazało się, że są to z dokładnością udokumentowane daty i godziny kolejnych ataków wymierzonych w stronę czarodziejów. Do tej pory wszystko stoi na właściwym miejscu, zgadza się każdy kolejny odnotowany czas najazdu mugoli, a wedle tego spisu siedemnastego listopada o piątej wieczorem nastąpi kolejny, planowany atak zbrojny. Siedemnasty listopada, słyszy pan?
Severus zamierzał wycedzić z lodem w głosie, że nie jest tak głuchy, za jakiego ten szczeniak go uważa, ale głos odmówił mu jakiejkolwiek współpracy - przez moment był zdolny jedynie do przypatrywania się napiętej twarzy młodszego mężczyzny, podczas gdy poszczególne zestawy informacji wskakiwały kolejno ma swoją własną przestrzeń w jego umyśle - atak, mugole, wieczór, listopad - Snape przez moment zastanawiał się, co ma począć z tą garstką lichych informacji (Albus by wiedział — przemknęło mu przez myśl, tratując jego wierzchnią warstwę umysłu niczym stado galopujących koni).
Powoli skinął głową, mając nadzieję, że ten gest nie jest wielce zobowiązujący i lustrując błyskające ślepą determinacją oczy Harry'ego uważnym wzrokiem, zapytał cicho:
— Nie powiedziałeś, gdzie ma nastąpić ten potencjalny atak.
Potter zasępił się i wykrzywił usta w wyjątkowo kwaśnym grymasie.
— Ponieważ nie posiadam takiej informacji — odrzekł, oddychając głębiej, po czym przygryzł nerwowo dolną wargę, marszcząc w napięciu brwi. — Nie wiadomo mi nic więcej, ponad to, co usłyszałeś.
Oszukujesz mnie, Potter, czy mówisz prawdę? — przemknęło przez jego myśli z prędkością błyskawicy, zielone oczy, nieoczekiwanie, milczały jak zaklęte i Severus, choć nigdy nie przyznałby się do tego nawet przed samym sobą, nie wiedział już, co ma z tym fantem uczynić, jak rozumieć słowa tego, którego umysł nie jest już księgą rozwartą na dwa fronty niczym w zaproszeniu.
Severus ponownie skinął głową, starając się, by nic poza zdystansowaną biernością nie odzwierciedliło się w jego twarzy, milczał dłuższą chwilę, czekając, aż Potter doda coś od siebie (nerwowość napięła mięśnie tej dwudziestokilkuletniej twarzy jak naciągnięty materiał trampoliny). Jak się okazało nie czekał długo - tak, cóż, Zbawca Ode Złego nienawidził ciszy, zwykł zagłuszać każde milczenie, jakby to miało dla niego jakiś głębszy, metaforyczny sens.
— Jeśli ktokolwiek może temu wszystkiemu zapobiec, tym kimś jesteś właśnie ty, rozumiesz?
Czarnooki, kontrolując każdy skrawek swego, buzującego jak płynna lawa, umysłu, nie pozwolił, by to, co sądził o nadmiernym spoufalaniu się mężczyzny, odbiło się w jego oczach.
— Niczego nie obiecuję — odezwał się powoli, z rozmysłem dobierając słowa (sieć głębokich, przeciągłych zmarszczek pojawiła się na czole Wybawiciela, tnąc na kawałki bladą bliznę widniejącą nad jego brwiami). — To nader ciekawe, że wreszcie zacząłeś wprowadzać swoje słowa w czyny, ale pewnym zdarzeniom nie można już zapobiec.
— Moje słowa w... — w zielonych oczach błysnęło zrozumienie, a na twarz wstąpiła lawina dalekosiężnej furii. Och, tu jesteś, Potter — pomyślał Snape z chłodną satysfakcją, gratulując sobie tak szybkiego wyprowadzenia mężczyzny z bądź co bądź niepasującego mu opanowania. — Nie przekazuję ci tego z poczucia obowiązku, Snape — warknął przez zęby chłopak, w jego głosie wibrowała chłodna pogarda. — Trafiło to do twoich uszu, gdyż twoim obecnym obowiązkiem jest bronić społeczeństwa przed upadkiem, rozumiesz? Twoim obowiązkiem, Snape. Nie balansujemy na skraju wojny, jesteśmy w samym jej ferworze, choć być może umknęło to twojej uwadze.
— Pozwól, że sam określę zakres własnych obowiązków, Potter — rzekł z niezachwianą powagą Severus, rozkoszując się nieopanowaniem, jakie kierowało ciałem zielonookiego mężczyzny, jakby jego umysł był sterem a własna irytacja żeglarzem.
— Och, na boga, powinieneś potrafić się jednoczyć z ludźmi w walce przeciw wspólnemu wrogowi, ponieważ ta nieumiejętność może się kiedyś na tobie odegrać, Snape — syknął zielonooki, czym wywołał niemalże koci półuśmiech, który wstąpił na ziemistą twarz Severusa z szyderczą satysfakcją. Zielonooki odetchnął głębiej, jakby usilnie starał się zapanować nad własnym temperamentem. — Zdecyduj się, czy stoisz po tej samej stronie barykady co ja, czy po przeciwnej. Być może ta wojna różni się od ostatniej, ale zajmując tak wysokie stanowisko, jakie przyszło ci dzierżyć, nie możesz pozostać jedynie jej milczącym obserwatorem. Musisz wybrać stronę, Snape. Siedemnasty listopada, pamiętaj. Wybierz stronę.
Zanim Severus zdążył cokolwiek odpowiedzieć, głowa Pottera wycofała się z kominka (niczym spłoszona sarna), barwa tańczących w palenisku płomieni rozmyła się i powoli przeszła, jak pod wpływem jakiejś zmyślnej substancji, na powrót w żywy pomarańcz. Wargi Severusa ułożyły się w kwaśny grymas; Naczelnik uniósł dłoń do twarzy i potarł palcami skronie zasłonięte czarnymi jak smoła pasmami dłuższych kosmyków. Ciepłe światło płomieni spoczęło na jego skórze jak aksamit; mężczyzna odetchnął głęboko, jakby właśnie wynurzył się spod głębokiej wody.
Nie wyobrażasz sobie nawet, Potter, jak proste i przepełnione szczęściem byłoby nasze życie, gdybym nigdy nie kochał twojej matki — pomyślał posępnie Severus, odrywając dłonie od pulsujących irytująco skroni i zatapiając wzrok w ogniu buzującym w kominku.
— Ten młody mężczyzna ma sporo racji — usłyszał chłodny głos dochodzący zza swoich pleców i zaciskając mocno powieki, zmusił się, aby ciche przekleństwo nie przeszło mu przez gardło.
Severus wstał powoli, wściekły jak osa, za to że pozwolił się zaskoczyć i powoli się odwrócił, marząc jedynie o flakoniku pełnym cykuty.
— Ten młody mężczyzna — powtórzył cicho, przeciągając palcami po paśmie włosów wpadającym mu na oczy, spoglądając w błękitne tęczówki skute warstwą lodu o grubości zbliżonej do tej, otaczającej jego serce — w najmniejszym stopniu nie potrafi zrozumieć, że świat nie jest dwupłaszczyznowy, wobec czego jego podejście do tego, co dzieje się wokół, jest nader ograniczone.
— Wobec tego, jesteście podobni.
Krzywy uśmiech, w którym nie istniały ślady rozbawienia, zamajaczył na twarzy Severusa jak rosa, czarne oczy otaksowały z bezlitosną obojętnością postać niedbale opartą o framugę drzwi.
— Przyszłaś, aby odebrać mi Katrinę, Soph? — zapytał cicho i gdyby nie górna warga, która zadrżała Severusowi przy wypowiedzianych słowach, można było przypuszczać, że owa kwestia jest mu całkowicie obojętna.
— Jak zawsze odznaczasz się zwykłym przesadyzmem, Severusie — odpowiedziała kobieta, odpychając się od framugi i podchodząc do śledzącego jej poczynania sokolim wzrokiem mężczyzny. — Przyszłam, aby, owszem, uskubnąć jej drobną duszyczkę, ale nie aby ubiegać się o wyłączność do opieki nad dzieckiem, a po to, by zabrać ją na weekend do moich rodziców. Ciotka Antonina, siostra matki, ma imieniny w niedzielę, zapowiedziałam już na nich naszą obecność.
Jej włosy, jak zwykle, miały zapach taniego tytoniu, na ustach z dokładnością trzymała się czerwona szminka, ledwo zakrywająca koszmarny zajad w kąciku warg; Severusowi zamajaczyło w głowie, że odcień kredki do ust wygląda na ten sam, którym jego córka regularnie przykrywa własne usta - przez moment, zawieszając wzrok na kobiecych wargach, poważnie rozważał zakupienie Katrinie nowej pomadki, której nie musiałaby z nikim dzielić (a łatwa omyłka była bardziej, niż domniemana - choć Severus przypuszczał, że dziewczyna dostała, bądź - co bardziej prawdopodobne - ukradła ją z matczynej kosmetyczki), narażając się na dostarczenie swemu młodemu organizmowi złośliwych bakterii.
— Cóż, w takim razie przyszło mi życzyć wam udanego wypoczynku — wyrzekł Snape, mając nadzieję, że ta rozmowa została już zakończona.
Jednak, ku jego głębokiej frustracji, kobieta nadal stała naprzeciw niego, wpatrując się w jego twarz w czymś na kształt wyczekiwania.
Snape zmrużył oczy, mając nadzieję spektakularnie przestraszyć nie najstarszą kobietę.
— Coś jeszcze? — wycedził przez zęby, zapominając, że Katrina musiała po kimś nabyć tę swoją absurdalną brawurę.
— Tak, skoro już pytasz — odezwała się Sophie, krzyżując ramiona na piersi, ani trochę nie przejmując się spojrzeniem pełnym chęci mordu, które posłał w jej stronę starszy, o niecałe trzy lata, mężczyzna. — Mógłbyś mi powiedzieć, gdzie ona jest?
Severus był tak zaskoczony pytaniem, że omal nie zapytał: kto?, ale pospiesznie ugryzł się w język, ganiąc się w myślach z bezlitosną ostrością, po czym, starając się ukryć własną konfuzję, posłał kobiecie pełen wyniosłości uśmiech.
— W swoim pokoju, oczywiście, mniemam, że nie zapomniałaś drogi? — zapytał głosem ociekającym drwiną, zapominając, że ta kobieta potrafi zignorować jego próby zniechęcenia jej do siebie, jakby były nic niewartym przymiotem.
— Nie zapomniałam — odparła chłodno, skupiając spojrzenie, mówiące, że władza dzierżona przez Severusa nie jest jej straszna, na jego oczach (co świadczyło dosadnie, zdaniem Severusa, o jej głębokich zaburzeniach emocjonalnych). — Pozwoliłam sobie odwiedzić jej pokój, Severusie. Nie zastałam naszej córki w środku.
W związku z czym boisz się, że poćwiartowałem ją i dodałem do kociołka jako składnik jakiegoś wymyślnego eliksiru? — pomyślał z zajadłą złośliwością Snape, ale bez słowa wyminął Sophie i podszedł do schodów prowadzących na piętro. Opierając niezdrowo białą dłoń o poręcz, zadarł głowę ku górze i zawołał:
— Katrino, zejdź na dół, proszę! Pojedziesz z mamą do dziadków na weekend!
Brak jakiejkolwiek odpowiedzi jedynie go sfrustrował, odetchnął głęboko, siląc się na spokój i postanowił ponowić prośbę (nikt mu nigdy nie wyjaśnił, jak ma się zadawać z nadpobudliwymi, równie łatwo zadzierającymi nosa, co obrażającymi się o nic, nastolatkami i Severus, przez większość czasu, czuł się, jakby poruszał się po śliskim gruncie).
— Katrino...
— Mówiłam ci — wcięła się bezczelnie Sophie, doprowadzając go niemal do szwedzkiej pasji — że nie ma jej w pokoju.
Snape obrócił twarz ku obserwującej go spod rzęs kobiecie i wykrzywił wargi w mocnym niesmaku.
— Właściwie, to jak tu weszłaś, co? — zapytał chłodno, mając nadzieję, że kobieta zarumieni się mocno i odwróci głowę. — Nie przypominam sobie, żebym dawał ci odbitkę kluczy. Jeśli dorobiłaś...
— Myślisz, że mnie przejrzałeś, dupku? — fuknęła kobieta niczym rozdrażniona hiena - nie mniej przy tym hienę przypominając - skutecznie przerywając jego słowa (czym doprowadziła go niemal do niekontrolowanego napadu szału) i z godnością uniosła podbródek. — Nie frasuj się, nie posunęłabym się tak daleko, mam swoją godność, wiesz? — Przeczesała palcami włosy, pod powątpiewającym spojrzeniem śledzącego jej poczynania Severusa.
Akurat ci uwierzę — zdołał pomyśleć mężczyzna, gdy kobieta znowu otworzyła usta.
— Drzwi frontowe stały otworem, wobec czego...
— Co powiedziałaś? — wyszeptał Snape, puszczając barierkę schodów, wyglądając tak, jakby zaraz miał naskoczyć na kobietę niczym głodna, rozjuszona bestia.
— Nie rzucaj się tak, Severusie, jestem przekonana, że słyszałeś w życiu gorsze epitety, niż...
Naczelnik pokręcił zamaszyście głową i wskazał palcem w kierunku korytarza prowadzącego do wyjścia.
— O drzwiach — sprostował szeptem Severus, jego oczy pociemniały, jakby nasiąknęły cieniami osiadłymi po kątach — co powiedziałaś o drzwiach?
Sophie zamilkła i podążyła wzrokiem we wskazanym kierunku. Przez chwilę wpatrywała się ślepo w korytarz intensywnym, przewiercającym wzrokiem swych chłodnych, niebieskich oczu, następnie jej wzrok ponownie, bardzo powoli, przesunął się w stronę Severusa. Zaczerpnęła głęboko powietrza, jakby od podstaw uczyła się, jak należy oddychać, a jej twarz poczerwieniała ze złości niczym dorodny pomidor.
— Tego, że nie potrafisz dopilnować własnych lędźwi potrafię zrozumieć — wysyczała powoli, napinając palce, jak wyciągający pazury, rozjuszony kot — ale nieupilnowanie własnej córki przekracza moją zdolność pojmowania.
Severus z niechęcią musiał przyznać, że dawno już nie słyszał czegoś bardziej prawdziwego.
-VVV-
Katrina jeszcze raz obejrzała się za siebie, upewniając się, że nie jest śledzona i powoli przeszła przez mało ruchliwą ulicę. Czerwone obcasy zastukały fałszywie o nierówno położony bruk, skrawek czarnego płaszcza zaczepił się o płytką wyrwę w podłożu, przyległy do ciała materiał rozerwał się u kostek z cichym szelestem.
— Hej, ty! — dobiegł ją kobiecy głos spod jednej z obskurnych kamienic, na której ścianie dyndał, niemożliwy do rozszyfrowania, przykryty szczelnie pierzyną kurzu, szyld o kształcie przywodzącym Katrinie na myśl zdechłego kota. Czarne oczy otaksowały pospiesznie zbliżającą się do niej postać młodej, nieznacznie od niej starszej dziewczyny, której odsłonięte, zabłocone nogi, chwiejące się na długich jak szczudła szpilkach, kuły nieprzyjemnie w oczy. — To nasze rewiry — warknęła wściekle młodziutka flama, wskazując głową na swoją towarzyszkę siedzącą niedbale na ziemi, z twarzą przepoconą jak po długotrwałym wysiłku fizycznym, z długą igłą sterczącą z jej wychudzonego, ubrudzonego czymś niebezpiecznie podobnym do sadzy, ramienia. — Idź polować na klientów gdzieś indziej.
Dziewczyna, która ją zaczepiła, miała rude, długie włosy zaniedbane, jakby były źdźbłami słomy okalającymi jej wychudłą twarz. Tania biżuteria błysnęła w stronę Katriny z jej odsłoniętego, głębokiego dekoltu, trzymany pomiędzy wargami papieros, na którego filtrze odciśnięty był ślad różowego błyszczyka, zasyczał głucho.
— Poczęstujesz mnie? — zapytała beztrosko Katrina, posyłając dziewczynie uśmiech zabarwiony tonami cukru.
Ruda wyjęła papierosa spomiędzy ust, wypuściła dym wprost w twarz Katriny i wigorem splunęła jej pod nogi.
— Głucha jesteś? — krzyknęła, wychylając się w stronę rozmówczyni, jak gotowa do bójki chłopczyca (jej oddech zionął tytoniem na kilometr). — Wynoś się stąd!
Katrina wzruszyła ramionami i odwróciła się napięcie od zaczepiającej ją rozpustnicy. Sięgnęła po kaptur czarnego płaszcza, aby wsunąć go głęboko na głowę, zakrywając przed niepożądanymi obserwatorami własne oczy i ruszyła pospiesznie w dół ulicy, z której wydobywał się swąd spalonej skóry, mieszający się w równych proporcjach ze wstrętną wonią kociego moczu.
Nad Nokturnem piętrzyły się granatowe chmury, zwiastun nadciągającej nieubłaganie burzy.
