.
Rozdział 12
Trochę knuta w kieszeni
.
Nie sądzili, że słucha, ale ona zawsze słuchała - milcząca obserwatorka ginąca w tle, szara mysz, której nikt nie zauważał, mogła znikać i pojawiać się, ot tak, na skinięcie palcem, była w stanie wtopić się w ścianę, zlać z bielą odrapanego tu i ówdzie gipsu, jak kameleon zmieniać powłoki, jak duch przemykać się niespostrzeżenie. Informacje kleiły się do jej palców jak plastelina, poruszano przy niej tematy, które w momencie wydostania się na ulicę miałyby siłę wręcz destrukcyjną, zabójczą, ale nie bano się mówić przy niej otwarcie, nigdy przy niej - gdy ktoś usłyszał, jak wchodzi do pomieszczenia (zawsze z uniesioną głową, nigdy się z tym nie kryjąc), spoglądał na nią z popłochem, który ulatniał się z jego twarzy, gdy tylko mózg zarejestrował to, co widziały oczy — to tylko ta wariatka z gazetą czytaną od prawej do lewej, od dołu do góry, czy jak tam inaczej — zdawały się mówić jego źrenice, a delikwent beztrosko wracał do przerwanej czynności, sądząc, że ona nie widzi, że nie potrafi patrzeć uważnie.
Luna, choć nigdy nie dostrzegała potrzeby przyznania się do tego głośno, nie była tak naiwna, za jaką niemal wszyscy ją uważali.
Od zawsze wyśmiewana przez rówieśników, niepodnosząca głosu, uśmiechająca się sennie na wydźwięk wyjątkowo kąśliwego kawału rzucanego na jej godność, Luna - potrafiła słuchać; przez siedem lat szkolnictwa słuchała szeptów wypowiedzianych nieopatrznie, głosów brzmiących ostrożnością, gdy nachyleni ku sobie spiskowcy, młodzi wojownicy - bez względu na to, po której stronie barykady się znajdowali - knuli przyciszonymi głosami dalekosiężne plany, nie zważywszy na drobną blondynkę, o włosach tak jasnych, jakby były tlenione, siedzącą beztrosko na parapecie we wnęce okiennej, rysującą palcem niestworzone monstra o kilku twarzach na zaparowanej szybie.
-VVV-
Luna spojrzała ponad miską budyniu na młodego mężczyznę, palącego powoli papierosa w otwartym oknie, opartego leniwie o zakurzony parapet. Powiewy nocnego wiatru muskały jego czarną czuprynę, która podrygiwała, jakby była nutami pod batutą zwinnego dyrygenta. Podążając za jego wzrokiem, dostrzegła Psią Gwiazdę, migoczącą do nich intensywnym blaskiem i, trochę ze zrozumieniem, a trochę z sentymentem, uśmiechnęła się smutno do czarnego nieba.
Zamieszała łyżką w misce gęstego puddingu, stawiającego nieznaczny opór jej metalowej powierzchni.
— Jak on zareagował? — zapytała cicho, odstawiając naczynie na kuchenny stół (kilka kropli budyniu przelało się poprzez krawędź miski i uciekło niespiesznie po jej ściance ku drewnianemu blatu).
Mężczyzna drgnął, wyjmując papierosa z ust; gdy zwracał głowę w jej stronę, kilka obłoków dymu uleciało spomiędzy jego lekko uchylonych warg. Jego oczy powoli zyskały na ostrości, gdy głęboka zaduma odpływała z jego źrenic, jak dym papierosowy rozmywający się w powietrzu koło jego twarzy.
— Kogo masz na myśli?
Nie zapytał, kiedy tutaj weszła, od jak dawna tu jest, nie zapytał nawet o to, jak wiele wyczytała z rysów jego twarzy - ale z nim zawsze było inaczej niż z innymi, on zdawał się wiedzieć, zdawał się dostrzegać, że ona pojmuje pewne rzeczy może nie lepiej, ale inaczej (tak, to dobre słowo) od reszty ludzkich istnień, że jej rozumowania biegną innymi torami, być może nieco abstrakcyjnymi, ale zawsze wiodącymi do pewnego celu.
— Profesora Snape'a — odparła cicho, odgarniając z twarzy perłowo białe włosy. — Co odpowiedział?
Nawet nie starała się udawać, że nie wie o co, tak naprawdę, chodzi; jeśli ktokolwiek kazałby jej określić samą siebie w jednym tylko zdaniu, nie wspomniałaby o własnych marzeniach, nie wspomniałaby o poczuciu osamotnienia, nie oświadczyłaby nawet wówczas, że nie wymaga od świata jego akceptacji, że potrafi z godnością przyjąć każdy okrutny żart od losu, powiedziałaby za to, że szczerość stawia na pierwszym miejscu - bezkonkurencyjnie.
Kąciki ust Harry'ego drgnęły w lekkim uśmiechu, pokiwał głową, jakby wcale nie zaskoczyło go, że ona wiedziała - Luna zawsze wiedziała, przez wszystkie lata ciążących na niej zniewag, ześlizgujących się po niej jak woda, jak deszcz, rozumiała każde słowo wypowiedziane przez dręczyciela, każdą przykrość rzucaną pod jej nogi jak kłodę, tylko nie zawsze przelewała własne myśli w słowa - nauczyła się akceptacji, milczącej akceptacji oraz nadstawiania drugiego policzka.
— Z pewnością wydobyłabyś z jego słów o wiele, wiele więcej, niż ja kiedykolwiek byłbym w stanie — odparł Harry, grzebiąc w kieszeni zbyt obszernej marynarki. Wydobył spomiędzy jej połów papierosową paczkę i wyciągnął zapraszająco w stronę obserwującej go lśniącymi jak światło księżyca oczyma kobiety.
Luna nie zareagowała na ten niemy gest zaproszenia i poprzestała na przypatrywaniu się z zamyśleniem jego lekko napiętej, przedwcześnie pomarszczonej twarzy. Harry wzruszył ramionami, zamknął niedbałym gestem opakowanie i schował paczkę na powrót do kieszeni.
Srebrne oczy przyglądały się, jak zielonooki mężczyzna odwraca się w stronę okna i zwiesza szyję, spoglądając w warstwę kurzu osiadłą na parapecie.
Tak właśnie wygląda człowiek, na którego barki zrzucają o wiele więcej, niż jest on w stanie na siebie przyjąć — pomyślała gorzko kobieta, przygryzając wargi, których milimetrowe otarcia trzymały się, jakby były haczykami wpijanymi w skórę.
Mężczyzna westchnął ciężko i zaciągnął się głęboko papierosem, po czym strzepnął go na zabrudzony parapet (wypalony tytoń osiadł w plątaninie gęstej pajęczyny tkwiącej w zakurzonym rogu okiennej wnęki, przepalając w niej bezkształtne dziury, powoli wytaczając ścieżkę ku dołowi).
— Snape nic nie powiedział, w gruncie rzeczy. Albo ja nie potrafię słuchać uważnie — odezwał się powoli Harry, ponownie zaciągając się dymem.
— Zdaje mi się — w głosie Luny dało się słyszeć lekkie rozbawienie wibrujące w jej głosowych strunach niczym włókno naciągniętej pajęczyny — że, wręcz przeciwnie, jesteś w stanie wsłuchiwać się w ludzkie słowa bardzo uważnie.
Harry pokręcił głową, ale nie starał się polemizować z jej cichą uwagą.
Po ścianie koło okna pospiesznie spełzł włochaty pająk, dotarł do wątpliwej czystości posadzki i czmychnął w ciemny kąt pokoju, zamiatając odnóżami naręcza kurzu. Luna prześledziła jego ścieżkę przemarszu, po krótkiej chwili ponownie ogniskując swój wzrok na spokojnie wypalającym papierosa, którego końcówka żarzyła się czerwonym ognikiem, starszym mężczyźnie.
— Powiedz, co ty o tym myślisz, Harry — poprosiła, podchodząc bliżej i spoglądając w jego twarz, obsianą zmarszczkami zamyślenia - twarz tak niepodobną do twarzy młodego wiekiem człowieka. — Co myślisz? Odpowiedz mi, tak szczerze.
Mężczyzna odetchnął głęboko i zgasił papierosa o betonowy parapet.
— Sądzę — odezwał się powoli, przyglądając się warstwie popiołu koronującego zakurzony żelbeton — że zależy mu na magicznym świecie o wiele bardziej, niż jest gotów to po sobie pokazać.
Luna zebrała koniuszkiem języka resztki budyniu osiadłe w kącikach jej warg i przechyliła w zainteresowaniu głowę.
— Więc uważasz, że przychyli się ku naszym oczekiwaniom?
Harry odetchnął chwiejnie i przetarł dłonią zmęczone oczy.
— Tego nie wiem — odpowiedział powoli, zatrzymując palce u nasady nosa — nie potrafię przewidzieć jego ruchów. Metry kwadratowe magicznej Anglii są dla niego niczym ogromna szachownica, na której rozgrywa zasadniczą partię.
W głębi duszy Luna przyznała mu bezkompromisową rację, jeśli coś potrafiła powiedzieć o tym pełnym zagadek człowieku, na którego ramionach ciążyła zła sława, było to właśnie tyle, że jego życie jest grą toczoną ze światem - grą, w której niekoniecznie istnieją jedynie dwie strony.
Przez chwilę stali w milczeniu, przyglądając się mrugającym do nich zza grubej szyby gwiazdom.
— Co z jego córką? — zapytała niespodziewanie Luna, sprawiając, że czujny wzrok Harry'ego spoczął na jej twarzy jak celownik mugolskiej broni palnej; jej uwadze nie umknął fakt, że ostatnimi czasy jej szkolny znajomy zaczął coraz bardziej uważać na słowa wypowiadane przy publice osób trzecich.
— Co masz na myśli? — wyraźnie dostrzegła ostrożność, z jaką podjął kwestię Katriny, jakby była ona niebezpiecznym gruntem, z którego mógłby ześlizgnąć się w czarną toń wodną gotową pochłonąć jego szczupłe ciało, zamykając się nad jego głową jak rosiczka.
Luna wzruszyła niedbale ramionami i zaczęła rysować okręgi opuszką palca na zakurzonej szybie.
— Czy nie uważasz, że będzie starała się was odnaleźć? — sprecyzowała Luna, ziewając przy tym sennie. — Czy nie uważasz, że ucieknie, o ile już nie uciekła, z dala od wpływowego uścisku swego ojca? Ze słów, które Draco wygłosił przed Antoniuszem, zrozumiałam, że Katrina zdała się przywiązać do ciebie oraz do niego.
Powieki opadły na zielone oczy, a napięty grymas przeciął twarz Harry'ego jak grom.
— Miejmy nadzieję, że się mylisz — powiedział cicho, z wyraźną niewiarą we własne słowa skrytą w głosie, przykrytą grubą warstwą solidnego opanowania, tak nieprawdziwego, jak ludzkie życie. — Ona ma piętnaście lat. Nie poradzi sobie w pojedynkę z ogromnym, zawistnym światem.
Luna zwróciła ku niemu swoje duże, srebrne oczy, jej brwi zmarszczyły się nieznacznie, przez moment toczyła w głębi siebie zaciekły, wewnętrzny spór, zastanawiając się, czy jest gotowa przyczynić się do przebiegu przyszłości i nie odczuwać przez to głębokich wyrzutów sumienia. Przetarła z zamyśleniem skronie i uchwyciła spojrzenie jego zielonych oczu, zanim nabrała głęboko w płuca powietrza śmierdzącego nikotyną.
— Skoro już zacząłeś działać za plecami Antoniusza, mogłabym to dla ciebie zakończyć.
Młodsza kobieta nachyliła się w stronę swego rozmówcy, w jej srebrnych oczach wciąż trwał stoicyzm, z jakim zwykła podchodzić do życia.
— Nie narzekam na nadmiar obowiązków, Harry — wyszeptała z hardością, której Harry zapewne nie oczekiwałby po niej nigdy. — Odszukam ją, przyprowadzę tutaj, jeśli tego chcesz, oczywiście...
Mężczyzna przyglądał się długą chwilę determinacji malującej się na jej twarzy - rozmyty obraz z zawijasów farby, powstały pod pędzlem impresjonisty.
— Świat nie jest doskonałym miejscem dla dwudziestokilkuletniej dziewczyny, wiecznie chodzącej z głową w chmurach — odezwał się powoli, marszcząc z niepokojem czoło.
— Świat przeważnie nie jest miejscem doskonałym, o ile dobrze się orientuję — zgrabnie odbiła piłeczkę, czym wywołała lekki uśmiech na męskiej, nieznacznie napiętej twarzy. — Poradzę sobie lepiej od któregokolwiek z was, wybacz mi moją szczerość, ale kobietę zawsze najlepiej zrozumie druga kobieta.
— Dobrze więc — powiedział Harry i ewidentnie pożałował własnych słów zaraz po ich wypowiedzeniu (na twarzy rok młodszej dziewczyny rozkwitł uśmiech bezgranicznego szczęścia).
Kobieta skinęła z zapałem głową (jej włosy podskoczyły i opadły na ramiona jak śnieg), a potem, nie szczędząc ni chwili, ruszyła w stronę wyjścia.
— Jeśli jednak nie znajdziesz jej przez dobę, musisz tutaj wrócić, Luno — sprecyzował pospiesznie Harry; narastający niepokój wstępujący w żyły jak ołów był wyraźnie dostrzegalny w jego lekko drżącym głosie. — Słyszysz mnie Luno? Musisz tu wrócić...
Kobieta odwróciła się w jego stronę we framudze drzwi, które niedługo zapewne wypadną z zawiasów, sądząc po ich obecnej stabilności. Na jej twarzy błąkał się uśmiech niebotycznie przypominający rozleniwionego, polarnego niedźwiedzia.
— Nie martw się o mnie, Harry — jej głos brzmiał dźwięczniej, niż kiedykolwiek przedtem, jej serce zakołatało mocniej o klatkę żeber — obie wrócimy jeszcze przed świtem, to obietnica.
Wyszła z kuchni, zaplatając długie, jasne włosy w gruby, ciasny warkocz, zostawiając za plecami lekko oszołomionego, wpatrującego się w wejście, lecz zdającego się go nie dostrzegać Harry'ego, z głową napęczniałą od dręczących go nargli.
-VVV-
Gwałtowny, rzęsisty deszcz uderzał o brukowaną ulicę, rozwijając nad ziemią nieprzejrzystą kurtynę wody, duże krople rozbijały się pod nogami nielicznych przechodniów o wątpliwej sławie, łypiących na świat zza przydługich kapturów nasiąkniętych wilgocią.
Ciemny makijaż rozmywał się na gładkiej, dziewczęcej twarzy, która przebiegała od jednego zadaszenia, do drugiego, przeklinając na czym świat stoi i starając się walczyć z wiatrem, który za punkt honoru obrał sobie zwiane z jej głowy cienkiego materiału kaptura.
Katrina uniosła nieznacznie głowę i mrużąc oczy, starała się odczytać zardzewiałe litery składające się w nazwę jakiegoś szemranego baru (kilka liter było wybrakowanych, tu i tam brakowało jakiejś kropki, gdzieniegdzie skradziono cały stalowy znak alfabetyczny, zapewne w celu przetopienia go i zarobieniu na nim kilku, nędznych groszy) - wreszcie poddała się przy trzeciej już, nieudolnej próbie rozszyfrowania jego nazwy i machnąwszy obojętnie ręką, pobiegła w jego stronę poprzez ścianę ulewnego deszczu. Wysoko na niebie jaskrawe światło błyskawicy przecięło czarne niebo, rzucając blady refleks na drżące od deszczu, okienne szyby.
Katrina zignorowała mętne oczy obserwujących ją, zalanych w trupa mężczyzn, chwiejących się przy okrągłym stole stojącym najbliżej okna i pchnęła wejściowe drzwi, pozwalając by skwaśniałe, przydymione powietrze uderzyło ją w twarz. Dziewczyna skrzywiła się ze zgorszeniem, walcząc ze stawiającym zaciekły opór wiatrem, zatrzasnęła za sobą drzwi i zaczęła sumiennie wyżymać wodę z przemoczonych do suchej nitki włosów.
Jeden z mężczyzn obserwujących ją spod okna, wstał chwiejnie od okrągłego stolika, zapierając się o śpiącego z głową na jego blacie osobnika, którego wieku nie sposób było odgadnąć i oblewając się obficie ściskanym w dłoni piwem, ruszył zygzakiem w stronę nowoprzybyłej.
— Zgu... — pijaczyna czknął głośno i zatoczył się na ścianę — ...biłaś się, stokrotko?
Katrina zacisnęła zęby, omotała się szczelniej cienkim płaszczem, żałując decyzji o ściągnięciu kaptura i ignorując natręta, ruszyła energicznie w stronę baru.
— Po... — czknięcie — ...czekaj, złotko, jak cię wołają? — zawołał za nią zadziornie zalany w sztok facet i podpierając się o wszystko, co stanęło na jego drodze, ruszył w stronę Katriny, która, z sercem na wysokości gardła, starała się wyglądać na całkowicie tym faktem nieprzejętą. Przyspieszyła kroku, wpijając spojrzenie w zaplamiony, odrapany blat baru, zza którego przyglądały się jej podejrzliwie blado-niebieskie oczy barmana nalewającego właśnie piwa do koszmarnie brudnego kufla. — Cukie... — czknięcie — ...reczku!
Czyjaś, obrzydliwie lepka, gorsząco przepocona dłoń zacisnęła się brutalnie na jej nadgarstku i szarpnięciem odwróciła ją w miejscu. Katrinę owiała nieprzyjemna woń brudu i alkoholu, przyprawiając ją o lekkie nudności; skrzywiła się kwaśno, starając się wyrwać z uchwytu mężczyzny, ale palce zacisnęły się na jej szczupłej dłoni z graniczącą z sadyzmem siłą, wyrywając z jej gardła zbolały syk.
— Hola, hola! — czknął głośno ochlajtus. — Gdzie ci tak spieszno? — wysyczał, starając się skupić rozbiegany wzrok na jej twarzy. — Może pójdziesz — czknięcie — ze mną...
Katrina nie doczekała się zakończenia tego drażliwego bełkotu, ponieważ w tym momencie czyjaś dłoń wyrwała z uścisku pijaczka jej drobną rękę, a zgrabny prawy sierpowy zgruchotał natrętowi nos - kość trzasnęła, a potok krwi spłynął po przepoconej, zaczerwienionej twarzy, szklanka z piwem wypadła ze śliskiej, dużej dłoni, naznaczonej wieloma otarciami i kilkoma, paskudnie gojącymi się ranami, po czym roztrzaskała się efektywnie na brudnej posadce, rozlewając wokół pieniący się alkohol o barwie niezdrowego moczu. Znokautowany zatoczył się i wpadł na samotnie stojący stolik, przełamując go ciężarem własnego ciała na poły, aby wraz z drewnianymi resztkami starego mebla wylądować na twardej, kamiennej posadce. Czyjeś ręce podniosły go do góry, ściskając za przemoczony piwem podkoszulek i pchnęły w kierunku wyjściowych drzwi.
— Mówiłem ci, Walker, że jeśli jeszcze raz wszczniesz raban w moim barze, to wylecisz stąd na zbity pysk!
Katrina zamrugała i spojrzała ze zdumieniem na rozjuszonego barmana, którego twarz wykrzywiona była w szale gorącej furii.
Pijak czknął tak głośno, że jego ciałem aż zarzuciło, po czym podniósł pospiesznie ręce w geście oficjalnego poddania.
— Spokojnie, szefuniu, ja tylko... — czknięcie — ...chciałem się grzecznie przywitać, ja nie chciałem, żeby...
— Zjeżdżaj, Walker — warknął barman, wcinając się bezlitośnie w słowa darmozjada i podchodząc do niego energicznie, aby chwycić go za kołnierz i dowlec do wejściowych drzwi jak szmacianą kukłę. — Idź szlajać się gdzie indziej.
Katrina zdołała jedynie zobaczyć, jak ochlajtus potyka się o próg i spada z łomotem wprost w głęboką kałużę rozlewającą się w szerokiej dziurze w brukowanej ulicy, zanim drzwi na powrót nie trzasnęły, a wyblakłe oczy barmana nie zatrzymały się na jej twarzy, lustrując jej sylwetkę z chłodną podejrzliwością.
— Coś ty za jedna? — odezwał się opryskliwie jej wybawca i zamachnął się w powietrzu wyciągniętą zza pasa, brudną ścierką, wyglądając przy tym, jakby odpędzał się od wyjątkowo natrętnej muchy. — Nie potrzebujemy tutaj nowych kłopotów i tak jest już zbyt wielki bajzel ze starymi. — Barman wskazał chaotycznie gestem podbródka na grupkę zalanych mężczyzn siedzących w kącie, po czym skrzyżował ręce na piersi i spoglądając z góry na Katrinę, wykrzywił usta w wyjątkowo paskudnym grymasie.
— Wyluzuj, Tommy — rozległ się kobiecy głos zza jego pleców — ja ją znam.
Katrina spojrzała ponad ramieniem starszawego barmana, mając wrażenie, że kojarzy to wysokie, piskliwe pianie i chwilę jej zajęło rozpoznanie w owej twarzy wykrzywionej szyderczym uśmiechem, dziewczynę, która zaczepiła ją tego dnia na ulicy.
Brew barmana podjechała do góry, a na jego twarzy rozlał się powątpiewający grymas, ale, ku ogromnej uciesze Katriny, mężczyzna przestał wymachiwać jej przed twarzą zaplamioną ścierką.
— Nowa? — zapytał, podpierając się dłońmi pod boki, lustrując z oceną sylwetkę czarnookiej.
Katrina otworzyła usta, aby wyrazić swe oburzenie, ale ubiegł ją irytujący głos nawiniętej z kąta sali młódki.
— No... niezupełnie. — Dziewczyna wstała od stołu; Katrina spoglądała w milczeniu, jak podchodzi, kołysząc leniwie biodrami, ubrana we wciąż tą samą, kusą sukienkę, ledwo zakrywającą jej krągłe pośladki. — Ale możesz jej postawić piwo, Tommy — dziewczyna zarzuciła rudymi, zaniedbanymi, przesuszonymi włosami na plecy i uśmiechnęła się ze słodyczą w stronę starego barmana. — Na mój koszt.
Bufetowy odburknął coś pod nosem, wytarł ręce w umorusaną ścierkę i oddalił się w stronę kontuaru, całkowicie ignorując połamany stół, którego drzazgi chłodny przeciąg rozsypywał po dalszych częściach baru.
Rudowłosa zmierzyła wzrokiem milczącą Katrinę i zakręciła pasmem ognistych włosów wokół kościstego palca.
— Jak się nazywasz, słońce? — zapytała, wydymając przykryte różowym błyszczykiem usta.
— Doris — skłamała od niechcenia Katrina, wzruszając niedbale ramionami, bardziej skupiona na wykręcaniu wody z materiału własnego okrycia.
Dziewczyna prychnęła i zaszurała wysoką szpilką o posadzkę; jej błyszczące oczy przeciągnęły się wzdłuż czarnego, sięgającego kostek płaszcza piętnastolatki i na moment spoczęły na ostrej czerwieni obcasów.
— Niech będzie. — Chłodna ręka, ku wielkiemu zaskoczeniu młodej córki Naczelnika, wplotła się w palce Katriny, przerywając jej proces doprowadzania do jako takiego porządku własnej garderoby i pociągnęła ją w głąb pomieszczenia do okrągłego stolika stojącego pod poszarzałą ścianą, klejącego się od brudu, rozlanego alkoholu i czegoś jeszcze, o czego pochodzeniu Katrina wolała nie myśleć.
Siedzący przy oknie mężczyźni wybrali ten moment, aby głośno oraz fałszywie zawyć refren jakiejś nierytmicznej, monotonnej piosenki.
Kuso ubrana młódka usiadła na chwiejącym się niczym zapowiedź upadku krześle, założyła beztrosko nogę na nogę i zacisnęła palce na szklance do połowy wypitego piwa.
— A jak ty się nazywasz? — zapytała Katrina, chcąc usiąść na podłużnej ławie, ale szybko rezygnując z tego pomysłu, gdy jej wzrok padł na rozwaloną na jej powierzchni, nieprzytomną brunetkę, w której szybko rozpoznała wcześniejszą towarzyszkę swej rozmówczyni. Katrina, zachowując kamienną twarz, zatoczyła wzrokiem po przydymionym wnętrzu, przyciągnęła sobie krzesło, dotychczas odsunięte bezładnie od sąsiedniego stolika i, jak gdyby nigdy nic, zasiadła naprzeciw rudowłosej, mierząc ją spojrzeniem pełnym niekrytej niechęci.
— A jak byś chciała? — zapytała zadziornie dziewczyna, uśmiechając się przy tym z wyższością i opierając łokieć o lepiący się blat, zdrowo pociągnęła z trzymanego w dłoni szkła.
Katrina przewróciła oczyma, czym zasłużyła sobie na głośny chichot swej towarzyszki, który potoczył się w głąb baru i przepadł pośród dźwięków ogólnego zgiełku.
— Na Nokturnie jestem znana jako Lottie — odpuściła rudowłosa, oblizując łakomie wargi z piwnej piany, rozmazując nad górną wargą klejący się, tani błyszczyk — ale naprawdę mam na imię Judith.
— Mhm — przyjęła do wiadomości Katrina, uderzając czubkiem obcasa o drewnianą nogę okrągłego stolika.
Lottie obrysowała kościstym palcem wilgotną krawędź szklanki i zamaszyście starła kciukiem ślad różowego błyszczyka ze szklanej powierzchni, by po chwili zogniskować na Katrinie spojrzenie swoich bladych oczu; jej powieki zmrużyły się z chłodną podejrzliwością.
— Nie wyglądasz jak królowa nocy z naszego gniazdka prowadzonego niezobowiązująco przez braci Brewerów. Musisz być od pana Russo, jesteś od pana Russo, mam rację?
Katrina zastanawiała się dobrą chwilę, jakie przywileje mogłaby mieć panienka „od pana Russo", które nie dotyczyły siedzącej przed nią prostytutki; w krótką chwilę podjęła decyzję, żeby postarać się, by doświadczyć korzyści z tego, wątpliwej przyjemności, spotkania i powołując się na autorytet, jakim - jeśli dobrze rozumiała - był wspomniany pan Russo, wypytać się o to i owo popijającej zdrowo ze szczerbatej szklanki dziewczyny.
Czarnooka przywołała na swą twarz przymilny uśmiech, zamrugała zalotnie do siedzącej naprzeciw prostytutki i odrzuciła zgrabnym ruchem dłoni kasztanowy brąz długich włosów na plecy.
— Przejrzałaś mnie, Lottie — zaśmiała się dźwięcznie Katrina i, jakby coś sobie wraz z tymi słowami uświadamiając, wyciągnęła dłoń poprzez stół, aby uchwycić delikatnie wychudzone przedramię dziewczyny. — Mam nadzieję, że nie każesz mi przez to szukać innego baru? — zaświergotała, starając się brzmieć na lekko zaniepokojoną. — Nie zamierzałam zwabiać klientów na waszych rewirach, uwierz mi, proszę. Znalazłam się tam jedynie dlatego, że mój chłopak, nazywany czasem Spartańskim Lisem, handlował w pobliżu świeżym towarem — skłamała bez mrugnięcia powieką, by zaraz uśmiechnąć się nieśmiało - można rzec, że na swój sposób przepraszająco - i wzruszyła bezradnie ramionami. — Słyszałaś może o moim chłopaku?
Lottie zmarszczyła czoło, czym spowodowała, że zaschnięta warstwa podkładu, którą miała na twarzy, popękała etapowo wzdłuż jej niewysokiego czoła.
— Jesteś pewna, że nie masz na myśli Wąskiego Lisa, skarbie? W naszej dzielnicy nie znajdziesz nikogo o pseudonimie Spartański. No, chyba że pomyliłaś dystrykty...
Karina zganiła się w duchu za nieuwagę, ale po szybkim namyśle wyszczerzyła zęby niczym bardzo zadowolony z siebie kocur.
— Zawsze wiedziałam, że coś kręci z tym przydomkiem — odezwała się dobitnie, przeczesując palcami wciąż mokre od deszczu włosy.
Lottie roześmiała się fałszywie i najwyraźniej zamierzała rzucić jakąś kąśliwą uwagę, ale zamilkła, kiedy jej wzrok zatrzymał się na zbliżającej się ku nim osobie.
Podstarzały barman zatrzymał się przy ich stoliku, by postawić przed Katriną szklankę zimnego piwa wyglądającego dosyć mętnie, a pachnącego jeszcze gorzej - na jej zewnętrznej powierzchni dało się dostrzec odbitą plątaninę linii papilarnych.
— Wyskakuj z drobnych, Lottie, już ja nie zapomniałem, jak ostatnim razem obskubałaś mnie z siedmiu funtów — burknął mężczyzna, mierząc towarzyszącą czarnookiej dziewczynę ponurym spojrzeniem.
— Oj, Tommy, nie darujesz stałej klientce? — zaświergotała Lottie, uśmiechając się z taką słodyczą, że Katrinie zrobiło się niedobrze od samego patrzenia. — A może ci wynagrodzę w nadgodzinach, co, Tommy?
Znudzony wyraz na twarzy kelnera nie zmienił się ani na jotę. Katrina spoglądała z rezerwą, jak podstarzały mężczyzna pochyla się nad stołem, chwyta rudą pannę za brodę i, nie dając sobie wejść na głowę, powtarza konsekwentnie:
— Pijesz - płacisz, dziewczyno. Nie płacisz, zabieram piwo i wcisnę je jutro, z ogromną radością i chorą satysfakcją, Walkerowi za potrójną cenę.
Lottie naburmuszyła się, mruknęła coś o nieuczciwym traktowaniu stałych klientów, z werwą trzepnęła palcami nadgarstek mężczyzny i zaczęła szperać dłonią w dużym dekolcie, podczas gdy kelner wycofał swoją rękę i skrzywił się kwaśno, spoglądając posępnym wzrokiem w stronę przyglądającej się mu zza gęstych rzęs Katriny.
— Przypominasz mi kogoś, złotko — oznajmił, taksując spojrzeniem odsłoniętą szyję piętnastolatki.
Serce Katriny zatrzymało się na moment. Czarnooka zmusiła się do przywołania na twarz pełnego zaciekawienia wyrazu, co, sądząc po minie, jaką posłał jej barman, wyszło jej dosyć nędznie.
— Naprawdę? — zaświergotała Katrina i nadrabiając walorami zewnętrznymi, zamrugała zalotnie w stronę starego gbura. — Kogo takiego?
Tommy stracił zainteresowanie jej osobą, gdy Lottie dogrzebała się do kilku drobnych monet i rzuciła nimi z pogardą na lepki od rozlanego kiedyś piwa stół. Mężczyzna wyciągnął rękę i zgarnął drobniaki zamaszystym ruchem, jakby obawiał się, że jeżeli szybko ich nie przechwyci, przepadną one bez pamięci zagubione w niebycie (lub w szczelinach posadzki — pomyślała Katrina, rzucając taksujące spojrzenie przeciągłym pęknięciom znaczącym starą podłogę).
— Nie wiem — mruknął, na wpół koncentrując się na wypowiadanych słowach, na wpół na przeliczeniu nominału kilku monet. — Chyba jakąś piosenkarkę country, czy coś podobnego.
— Kasa się zgadza? — burknęła niezadowolona Lottie, chwytając zamaszyście szklankę piwa, wylewając przy tym część jej zawartości na brudny stół.
— Nie — odparł barman, chowając drobne do nerki uwiązanej u pasa — ale pal diabli. Utnę sobie z twojej stawki, Lottie, gdy najdzie mnie ochota na skorzystanie z twoich względów.
Ruda gołąbeczka się rozpogodziła, wyszczerzyła rząd żółtych zębów w promiennym uśmiechu i cmoknęła czubek swych palców, dmuchnąwszy, posyłając mentalnego całusa staremu barmanowi.
— Jesteś boski, Tommy — zaświergotała. — Niech ci opaczność w dzieciach wynagrodzi.
Barman prychnął z pogardą, zasunął zacinający się zamek nerki i odwrócił się z wyraźnym nadąsaniem, rzucając na odchodnym:
— Bezczelna dziewucha.
Kąciki warg Lottie drgnęły w rozbawieniu i dziewczyna, zerkając w stronę milczącej Katriny, puściła towarzyszce perskie oko, po czym ponownie zajęła się zawijaniem kosmyka przesuszonych włosów wokół wskazującego palca.
— Więc — podjęła z wścibskim zaciekawieniem Lottie — w agencji nie spadły obroty? Słyszałam, że odkąd weszła nowa ustawa dotycząca pałętania się po ulicach pomiędzy godziną dziewiątą wieczór a piątą rano, pan Russo chodzi wściekły jak osa, wyklinając organ sprawujący władzę wykonawczą z równą pasją, co zadłużonego klienta.
Czujnik Katriny uaktywnił się jak uśpiony przez lata wulkan - spojrzała na rozmówczynię, starając się ukryć zaaferowanie za kpiarską obojętnością i wydęła usta jak naburmuszona primadonna.
— Nie rozumiem, dlaczego przywiązuje do tego zarządzenia tak wielką uwagę, wiesz Lottie? — podjęła w mig poruszony temat, starając się przekrzyczeć te nędzne szumowiny, które na drugim końcu sali właśnie zaczynały stawiać zakłady o to, który z nich jest w stanie wypić więcej czystej za jednym razem. — Bo czy to pierwszy raz, kiedy osoby stojące na wyższych szczeblach społecznych wydają decyzje kolidujące z naszą skromną działalnością? Zawsze uważałam, że wewnętrzne sprawy Nokturnu pozostają na Nokturnie i, cóż, nie sądzę, żeby konieczne było tak sumienne przykładanie się do wypełniania tych irracjonalnych zarządzeń, które dotarły, no wiesz, z góry.
Lottie zatrzymała szklankę z piwem w połowie drogi do ust i zmarszczyła mocno brwi, spoglądając w twarz Katriny, jakby ta urwała się z choinki, aby następnie odłożyć niespiesznie szkło na umorusany stolik, nie skosztowawszy gorzkiego alkoholu. Kiedy jej blade oczy rozejrzały się pospiesznie po ludziach obecnych w barze, czarnooka pomyślała, że chyba powiedziała właśnie coś, czego mówić najwyraźniej nie powinna, lecz zbagatelizowała tę myśl moment później, gdy Lottie pochyliła się nad lepiącym się stolikiem i zapytała półszeptem:
— Mówisz... tak na serio? — Jej elokwencja nie sięgała daleko i Katrina ledwo powstrzymała się przed szyderczym wygięciem warg; w zamian posłała dziewczynie pełnie niezrozumienia spojrzenie. — Ale wiesz, kto obecnie sprawuje władzę, no nie? — zapytała Lottie z nagłym niepokojem, przeciągając językiem po żółtych jak u nutrii zębach.
— No... — zawahała się Katrina — ten cały Snape, czyż nie?
— Sza! Nie tak głośno! — Lottie ponownie rozejrzała się z rozgorączkowaniem, po czym zatrzymała blade oczy na twarzy piętnastolatki - w jej rysach dostrzec było można wyraźne wahanie. — On jest naznaczony, słońce, naznaczony, nie mogłaś o tym nie słyszeć...
— Ach, o to więc chodzi — prychnęła Katrina i bagatelizując całą sprawę, machnęła niedbale ręką. — Nie rozumiem, o co cały ten szum, przecież koniec końców okazał się stać po stronie jasności, wiesz, Dumbledore i te sprawy, swego czasu pisano w prasie, że nawet szpiegował, a to nie jest błahostka, nie uważasz, Lottie?
Dziewczyna nerwowo zakołysała nogą i z drętwym napięciem złożyła ręce na kolanach.
— Wychowałam się na Nokturnie — oznajmiła nieoczekiwanie i oblizała wargi, z których różowy błyszczyk starł się już niemal zupełnie — i jeśli mogę ci cokolwiek powiedzieć o tym otoczeniu to tyle, że tutaj wszystko rozchodzi się szybciej. Po tutejszych ulicach kręcą się różne szemrane typy, Doris, które często mają informacje z pierwszej ręki, donosy, tak to nazwijmy, o ludziach, których istnienie może im w jakikolwiek sposób zaszkodzić. Nie pytaj, jak się to wszystko zaczęło i ile z większej całości przeróżnych pogłosek jest prawdą, a ile powielaną wielokrotnie plotką, ale największe szumowiny Nokturnu czują respekt przed Snape'em. W wąskich kręgach nazywany jest on cichym mordercą, pojmujesz, Doris? Mówi się, że swojego czasu był delegatem od załatwiania brudnych spraw, plamił sobie ręce krwią, kiedy coś musiało zostać załatwione bez publiki.
Katrina poczuła, jak dreszcze przebiegają wzdłuż jej kręgosłupa, doznając lekkiego otępienia uderzającego jej do głowy jak wino - nie wiedziała, czy to efekt usłyszanych słów, czy może robota wysączonych promili. Nie bez zgrozy przypomniała sobie reakcję Harry'ego na wspomnianą przez nią, na początku ich znajomości, listę nazwisk, na której figurowały osoby powiązane ze Zbawcą Ode Złego - osoby bez problemu mogące zostać wykorzystane w ramach szybkiego, gładkiego, nieczystego szantażu.
— Chodzą opowieści o tym, że za czasów, gdy Sama-Wiesz-Kto zaskarbiał sobie swych przyszłych zwolenników, za czasów, gdy po raz pierwszy sięgał po władzę, ludzi, których nie uznawał za godnych tego, by umrzeć z jego ręki, zostawiał właśnie jemu na pożarcie. Krążą plotki o tym, że bez większych trudności wkradał się do domów czarodziejów, którzy sprzeciwili się jego władcy, mówią, że potrafił zabijać we śnie, nie mając litości dla nikogo - dziecko czy starzec - byli dla niego jedynie kolejnym, bezimiennym celem - a następnie skrupulatnie zacierał za sobą ślady i z całkowitą precyzją pozorował nieszczęśliwy wypadek. Ponoć na miejscach jego zbrodni nigdy nie odnaleziono jego magicznej sygnatury. Gdyby później, dużo, dużo później, podczas trwania swojego procesu, nie przyznał się do popełnionych przez siebie morderstw, nikt nigdy nie zdołałby dociec, że były one dziełem jego rąk. — Lottie przygryzła wargę, zdając się szukać słów, którymi byłaby w stanie wytłumaczyć coś, co głęboko przekracza jej zwykłe pojęcie. — Wyobraź sobie zabójstwo bezbłędnie zatuszowane, co więcej - skrupulatnie przemyślane, zorganizowane co do detalu i pomyśl, tylko pomyśl, jaki człowiek mógłby posunąć się do tak szeroko rozumianego okrucieństwa? Doris zrozum, że... on nie był szaleńcem, który mordował w afekcie - tacy się zdarzali, owszem, ale jego czarna sława czyniła go bardziej przerażającym, od większości jemu podobnych. Te zabójstwa były wykonane przez osobę, która była doskonale świadoma każdego swojego ruchu, która utrzymywała pełną kontrolę podczas samego zbrodniczego aktu, która lubiła przyglądać się cierpieniu odzwierciedlającemu się w cudzych oczach, a następnie patrzeć na to, jak stopniowo gaśnie w nich światło życia. — Lottie odetchnęła głęboko i przełknęła, z niejaką dozą niepokoju, ślinę; jej palce powędrowały do skroni, którą przetarła z głębokim zmęczeniem - zupełnie jakby ona sama nie potrafiła podźwignąć ciężaru wypowiedzianych słów.
Katrina, z lekko rozwartymi wargami, wpatrywała się w przykrytą makijażem twarz rozmówczyni, starając się powoli ułożyć we własnym umyśle nowo usłyszane wiadomości - próbowała zachować w głowie bodaj namiastkę zorganizowanego porządku, ale stopniowo zaczynała pojmować, że jedyne, co jest w stanie zrobić, to patrzeć w pełne trwogi, blade oczy Lottie, słysząc we własnych uszach przyspieszone bicie swego młodego serca i głuchy, ostry pisk dochodzący zewsząd, kłujący jej skronie jak długa, ostra, przeszywająca ciało igła chirurgiczna.
— Więc... to dlatego? — wydusiła z siebie Katrina, starając się ze wszystkich sił sklecić jedno, logiczne zdanie, ale jej głos odmówił jej posłuszeństwa, słabnąc jak dogorywający ptak wypadły z gniazda.
Lottie posłała jej kwaśny, wszechwiedzący uśmiech i wygrzebała z kieszeni połamanego papierosa, by kolejne kilka sekund poświęcić na nieudolnych próbach odpalenia go. Wreszcie tytoń zajarzył się czerwonym ognikiem, a dziewczyna zaciągnęła się głęboko dymem.
— Chcesz zapytać, czy to dlatego pan Russo stawia na piedestale nakazy wyszłe spod ręki Snape'a? — Lottie wygięła usta w pełnym antypatii grymasie. — Tak, Doris, to dlatego że, wyobraź sobie, tak działa świat: pan każe - sługa musi i basta, bez dyskusji, szczególnie gdy wspomnianym panem jest mający osobowość kameleona, były Śmierciożerca nastawiony antyspołecznie, potrafiący przystosować się do każdego otoczenia. Nigdy nie wiesz, czy ktoś taki nie wyciągnie za moment jakiegoś asa z rękawa, skazując cię na spalenie na stosie niczym za dawnych, starożytnych czasów. — Lottie zaciągnęła się głęboko dymem, uśmiechnęła się do pobladłej, przyglądającej się jej w bezruchu Katriny i wyciągnęła w jej stronę dłoń naznaczoną wieloma otarciami, spomiędzy której palców wystawał ledwo napoczęty papieros. — Może chcesz się poczęstować, słońce?
Ciałem czarnookiej wstrząsną ostry, niemający w sobie ni krztyny rozbawienia, chichot - dziewczyna pochwyciła szklankę z piwem i odchylając głowę do tyłu pod czujnym okiem Lottie, wychyliła całą jego pozostałość na jednym, płytkim wdechu.
-VVV-
Okrutnie zestalona — pomyślała Luna, przeskakując ponad rozległą kałużą pozostałą po ulewie, która nadeszła i odpłynęła w dal, jakby była czasem — ta Twoja miłość do nich, Katrino.
Luna szła pustymi, mokrymi po deszczu chodnikami ulicy Pokątnej, zerkając w okienne szyby przydrożnych, tanich kafejek, licząc na dostrzeżenie w nich samotnej uciekinierki sączącej napar ze zwietrzałej kawy przy którymś ze stolików zastawionych sztucznymi kwiatami.
Wiem, jak szybko zakochać się potrafią piętnastolatki, byłam piętnastolatką i wciąż pamiętam — przewinęło się przez jej głowę i natychmiast odcięła tę myśl od własnej świadomości. — Oni nie są Ci przeznaczeni, Katrino — pomyślała w zamian, zatrzymując się przy rozbitej witrynie sklepowej i rozglądając się po opustoszałej okolicy — żaden z nich.
Potarła czubkiem lewego buta prawą piętę i zmarszczyła w zamyśleniu brwi.
Niesamowicie tutaj pusto — przemknęło Lunie przez myśl — a niegdyś mogłoby się wydawać, że po wojnie czarodziejów obroty na Pokątnej ponownie staną się tak wysokie, że Florian Fortescue ledwo będzie się wyrabiał z produkcją słodkich deserów lodowych. W zamian okazało się, że nie ma ani lodziarni, ani Fortescue'a.
Ruszyła pospiesznie wzdłuż wieloletnich budynków, mając nadzieję na skrycie się w ich cieniach; zza chmur zaczynały przebijać się przeciągłe wiązki słonecznych promieni - Luna przyspieszyła kroku.
Jeśli jej ojciec zdoła odnaleźć ją przede mną — pomyślała w roztargnieniu, zaciskając zęby — to osobiście zadba o to, by nikt więcej już nigdy nie zdołał wyrwać się z jego lokum bez jego nadzoru.
Luna zerknęła na wodę spływającą z krawężników, lejącą się w dół ulicy, wpadającą do przydrożnej studzienki - jej podeszwy przemakały z prędkością wprost proporcjonalną do jej obecnego nastroju.
Chyba że to wszystko jest farsą, a Katrina jedynie szpieguje dla swojego ojca, czyniąc to niebywale skutecznie. — Dziewczyna gwałtownie wstrząsnęła głową niczym rumak odganiający się od natrętnej muchy. — Harry nie pomyliłby się w ocenie zagrożenia — odpowiedziała sobie natychmiast. — Harry nie popełnia tak rażących błędów.
Wiatr zawył przeraźliwie niczym stado wilków w księżycową pełnię. Szemrzący głosik z tyłu jej czaszki skrobał pazurem po jej podświadomości i uśmiechając się jadowicie, mruczał: Jesteś przekonana?
Luna dotarła do rozwidlenia dróg i marszcząc brwi, spojrzała w głąb jednej z zabudowanych alej. W bramie jednej z kamienic stał szeroki w barkach osiłek i powoli pociągał ze ściskanej w dłoni piersiówki. Kiedy wzrok dziewczyny skrzyżował się z jego własnym, uśmiechnął się paskudnie, uwidaczniając dziurę ziejącą w pierwotnym miejscu dwóch górnych jedynek.
— Ile liczysz sobie za dwie godziny, mała? — zapytał niewyraźnie, nie dociągając końcowych sylab.
Luna już miała odburknąć urażona, żeby trzymał język za zębami, bo może ten język bardzo szybko stracić, ale nagle słowa mężczyzny zaświtały jej w umyśle i blondwłosa aż przystanęła olśniona nagłą ideą.
Kobieta przechyliła głowę, przyglądając się, dość umięśnionemu, uśmiechającemu się prowokacyjnie mężczyźnie.
— Właściwie — odrzekła spokojnym tonem, uśmiechając się samym kącikiem warg — to szef oczekuje mnie w naszym skromnym domu rozkoszy cielesnych. Miałam się stawić godzinę temu, ale, na litość Morgany, niech nie wysyła mnie tak daleko od naszego lokum, skoro oczekuje, że będę chodzić jak w szwajcarskim zegarku. — Luna uśmiechnęła się sennie i wzruszyła ramionami. — Może pozwoliłabym się odprowadzić, jeśliby pan chciał. Na miejscu może pan przedyskutować dowolny termin z szefem, to już nie moja w tym głowa. Stawka, jak sądzę, także jest do ugadania, ale ostrzegam, że nie można mnie tanio kupić.
Mężczyzna zmrużył oczy i zatrzasnął wieko piersiówki, mierząc Lunę łakomym wzrokiem, zdając się szacować ilość pozytywów i negatywów w przyjęciu jej propozycji. Wreszcie wyszczerzył się do niej tym bezzębnym, cygańskim uśmiechem i chowając piersiówkę do wewnętrznej kieszeni przeciwdeszczowej, zbyt szerokiej kurtki, wyszedł z bramy, przeciągając się jak zaspany kocur, który zbyt długo drzemał w jednej pozycji.
— Jeśli ten twój alfons nie wybuli ode mnie kwoty o wartości połowy mojego portfela, to poszedłbym z tobą nawet na koniec świata.
Luna wzruszyła ramionami.
— Mierz siły na zamiary, odpowiedziałabym, gdyby wolno mi było arogancko traktować klientów.
Mężczyzna złapał się dużymi dłońmi za brzuch i wybuchnął ożywionym rechotem.
— W porządku, mała — rzekł przez śmiech, obcierając kilka łez zamaszystym ruchem dłoni.
Ruszył, jak z kopyta, w dół ulicy, popędzając Lunę nieskoordynowanym ruchem nadgarstka.
— Tylko pospiesz się, no wiesz, w trakcie, muszę być za dwie godziny na powrót w chałupie, kiedy moja żona wróci z pracy. Stara kura domowa z niej, kruszyno, stara kura, mówię ci.
Luna mruknęła coś niejednoznacznie, starając się trzymać dwa kroki za mężczyzną, z niezachwianą determinacją udając, że doskonale zna kierunek, w którym podąża.
— Mówiłaś, jak się nazywasz? — rzucił osiłek, drapiąc się po źle wygolonym policzku.
Został bezwzględnie, konsekwentnie i w pięknym stylu zignorowany, na rzecz kontemplowania poluzowanych dachówek szarpanych silnymi powiewami wiatru u szczytu mijanych kamienic.
— A zresztą — prychnął obojętnie dryblas, machając z lekceważeniem dłonią — co to za różnica.
Zza chmur powoli wyłaniało się jaśniejące jaskrawo, ciepłe słońce, przyjemnie grzejąc skostniałe dłonie. Luna uśmiechnęła się do przejaśniającego się nieba, wiedząc, że w życiu najistotniejszą powinnością jest sumienne spełnianie tych obowiązków, które spadają na ludzi naturalną koleją rzeczy.
-VVV-
Severus Snape zatrzymał się pośrodku starej kuchni i oparł się dłońmi o krawędź blatu stołowego. Oczyma bez wyrazu przyglądał się, jak jego palce zostawiają przeciągłe pręgi pośród mgiełki kurzu przykrywającego stary mebel. Pod ścianą kotłowały się pośród drobin piasku stare, dawno zapomniane koperty, których kolorytu z pewnością nie można było nazwać białym.
Ten dom to jedynie opuszczona rudera — przemknęło mu przez myśl, gdy spuścił głowę, starając się skupić na jakimś istotnym detalu, który mógłby mu umknąć - animagia, transmutacja zaawansowana, peleryna niewidka, Zaklęcie Kameleona - istniało tak wiele metod wprawnego rozpłynięcia się w powietrzu w niedogodnym momencie; kosmyki czarnych włosów wpadły mu do oczu. — Oczywiście, że jej tu nie znajdziesz, imbecylu — pomyślał Severus z niemą goryczą pulsującą w umyśle jak arszenik. — Sądziłeś, że Potter jest na tyle naiwny, aby zaproponować ci handel, ach, szlag by to, żywym towarem w tym samym miejscu, w którym się ukrywa? Jakże naiwny musiałeś być, żeby w to uwierzyć.
Naczelnik odetchnął głębiej, starając się uspokoić rozchwiane nerwy; odepchnął się ramionami od stołu i jeszcze raz, żywiąc te kilka ostatnich przejawów posiadania w swym sercu nadziei (tego przymiotu głupców), zrobił obchód poprzez posiadłość - kuchnię, jadalnię, salon, pokoje na piętrze, łazienkę - wciąż na nowo i na nowo, jakby za kolejnym razem cokolwiek mogło ulec zmianie.
Snape odgarnął z twarzy lejące się pasma czarnych włosów i zatrzymał się na środku ciemnego, pustego, martwego salonu Blacków, w którego kącie mole zorganizowały sobie ucztę na spłowiałej firance.
— Katrina? — zawołał raz jeszcze z nikłą, drobną iskrą ostatniej wiary.
Nie usłyszał jej śmiechu.
