.
Rozdział 13
Stuka tępy licznik grzechów i uniesień
.
Martwiłem się, owszem, niepokoiłem się niezmiernie i miałem do tego niezaprzeczalne prawo. Całkiem słusznie, jak się później okazało. Wiele ryzykowaliśmy, naturalnie - ucieczka Katriny była jedynie moim domniemywaniem, nie była niczym pewnym, niczym oczywistym i nasza mała samowolka przypuszczalnie zostałaby szybko ukrócona, gdyby choć lichy szept o jej istnieniu dotarł do uszu Antoniusza. Nadejdzie czas, kiedy Katrina zapyta się mnie o to, dlaczego wówczas po nią posłałem, dlaczego nie pozwoliłem jej zaginąć w mętliku wielkiego świata i nie zapomniałem o jej istnieniu, zupełnie, jakby przypuszczała, że posiadana przez nią wiedza na tematy związane z własnym ojcem jest bezwartościowa (jakby sądziła, że ona sama nie jest warta czyjejkolwiek uwagi). Draco spojrzy wówczas na nią, jak na wyjątkowo bezrozumną kwokę, przewróci szarymi oczyma i wcielając się w rolę adwokata, odburknie tak, jakby jej nieobecność była mu obojętna: „Bo tak mu było wygodnie", po czym odwróci się do niej plecami, uważając temat za zamknięty, ignorując oburzoną piętnastolatkę, wściekle tupiącą nogą w wyrazie bezgranicznego rozdrażnienia.
-VVV-
Harry nie potrafił zasnąć; leżał w mglistej, bladej poświacie księżyca z oczami utkwionymi w rozległym zacieku na biało-szarej ścianie i liczył upływające godziny. Jego myśli wciąż uciekały w stronę Katriny, jakkolwiek mocno nie starałby się skupić na poważnych problemach, które nakreślił przed nimi sam Antoniusz. Siłą własnej podświadomości przywoływał w myślach słowa ich lidera, oddychał głęboko, próbując skierować własne wyobrażenia ku wojennym planom, ku obecnej władzy, której postawa wobec chaosu w kraju była tak chwiejna, jak targana przez wiatr słoneczna parasolka, ku własnej potrzebie przeżycia, ale jedynym, co nachalnie podsuwał mu jego zmęczony umysł, były czarne oczy błyszczące jak dwa naturalne satelity planety, zalotnie mrugające gęste rzęsy, chude, blade palce z ospałą powolnością przesuwające się po jego dłoni.
Zielonooki warknął z gorącą frustracją i przekręcił się na drugi bok, wlepiając niewidzące wiele oczy w szary, zużyty mebel stojący przy oknie. Na drugim piętrze, gdzieś nad jego pokojem, słyszał lekki stukot miarowego chodu krążącej po posadce osoby - lekko wygłuszony jakby tłumił go przetarty, spłowiały materiał starego dywanu.
Luna powinna dać sobie radę z odnalezieniem Katriny — pomyślał mimowolnie zielonooki, powolnie zamykając i otwierając powieki, jakby były płatkami tropikalnej rośliny. — Wysłałeś ją samopas, nie poinformowawszy o tym nikogo, coś ty sobie myślał? — krzyczał irytujący, przyprawiający go o bóle żołądkowe głos jego sumienia.
Harry nakrył dłonią oczy, starając się odnaleźć równomierne tempo własnego oddechu, czując kłujące, kłębiące się w jego ciele jak chmara komarów zniecierpliwienie.
Ile już czasu minęło, odkąd za Luną zamknęły się wejściowe drzwi?
Mężczyzna prychnął z rozdrażnieniem, odrzucił kołdrę chaotycznym gestem, pozwalając, by chłodne powietrze kotłujące się w pokoju uderzyło w jego bose stopy i usiadł na łóżku, przecierając palcami skronie.
Potrzebuję kofeiny — przemknęło mu przez myśl jak nadgorliwemu, absolutnemu narkomanowi na głodzie.
Rzucił wściekłe spojrzenie tarczy księżyca majaczącej na ciemnym, chłodnym niebie, obwiniając ją o własną bezsenność, odrzucając majaczące na granicy świadomości przeświadczenie, że faza księżyca ma z jego problemem z zaśnięciem niewiele wspólnego i nie zaprzątając sobie głowy poszukiwaniem wychłodzonych kapci, wstał z łóżka, myśląc o tym, że ostatnie, o czym marzy to wyziębienie własnego organizmu w pustych przestrzeniach niewielkiej, mizernej kuchni. Mężczyzna odetchnął kilka razy, starając się uspokoić nadwyrężone nerwy i próbując zachować ciszę, wyszedł z pokoju, zastanawiając się, czy przeżyje gwałtowny napad gniewu Antoniusza, gdy Luna nie wróci z podjętej przez nią wyprawy.
Wypatroszy mnie — pomyślał z rezygnacją Harry, czując kłujący ucisk w gardle, przez którego trudniej było oddychać; przełknął ciężko ślinę i pchnął drzwi prowadzące na korytarz. — Jeśli one nie wrócą, to, na dobrą sprawę, ja sam będę pierwszym, który powyrywa sobie włosy z głowy.
Drzwi zamknęły się za nim z cichym kliknięciem, rzucając długi, pełznący cień na drewnianą podłogę skąpaną w świetle księżyca wpadającym przez niewielkie, korytarzowe okno.
-VVV-
Dom publiczny mieścił się w podziemnym lokalu zamglonym rozproszonymi światłami o chłodnych odcieniach i kadzidłowymi dymami. Z wewnątrz sączyła się cicha muzyka jazzowa, krążąca pomiędzy ścianami lokalu jak echo odległych obietnic. Katrina spojrzała na młodą, wyraźnie starszą od niej dziewczynę, opierającą się leniwie o ścianę przy wejściu, ubraną w stary, wygnieciony szlafrok, wypalającą niespiesznie grubego papierosa, trzymanego pomiędzy pomalowanymi na bordowo, długimi paznokciami. Dziewczyna posłała jej znudzone spojrzenie, gdy, ciągnięta za rękę przez Lottie, przechodziła przez otwarte w zaproszeniu drzwi.
Katrina rozejrzała się z niepewnością po wnętrzu, natrafiając wzrokiem na ładną, młodą kobietę, z nogami długimi niczym żywcem wyciągniętymi z obrazów Salvadora Dali, opierającą chudą dłoń o mostek starszego wiekiem człowieka, mrużącego z przyjemności zamglone oczy. Kobieta, nie spoglądając nawet na dwie, przybyłe dziewczyny, powolnym, pełnym seksapilu ruchem odpięła niewielkie guziki swej pomiętej, błękitnej koszuli i niedbałym gestem odrzuciła od siebie materiał, uśmiechając się z przekąsem jak dziecko, które wywinęło właśnie jeden z psotnych, alogicznych kawałów.
Lottie zacisnęła mocniej palce na ręku towarzyszki i przepchnęła się pomiędzy dwoma, na oko trzydziestoletnimi mężczyznami, dyskutującymi o czymś sennie przyciszonymi głosami.
Prowadząca ją dziewczyna odwróciła ku niej głowę i uśmiechnęła się uspokajająco, widząc nietęgą minę Katriny. Lottie wyciągnęła głowę w jej stronę i przystawiła usta do odsłoniętego ucha, za które wetknięte były długie pasma kasztanowych włosów.
— Obdarz ich swoimi wdziękami, kochana, obdarz ich swoimi łaskami, a w zamian za to otrzymasz podarunki, o których nawet ci się nie śniło — wyszeptała Lottie, wdmuchując gorące powietrze do zmarzniętego ucha czarnookiej.
Katrina spuściła wzrok, pozwalając pociągnąć się głębiej w tę rozpadlinę rozpusty, czując się w niej niczym szarawa ryba zamknięta w jednym akwarium z całą mgławicą złotych rybek.
Lottie zatrzymała się przelotnie w wysokich drzwiach prowadzących do przestronnej sali i zerknęła w jej głąb, błyskając oczyma, jakby były galeonami.
Katrina, podążając wzrokiem za jej spojrzeniem, ujrzała przestrzenną aulę pełną okrągłych stolików i krążących między nimi dziewczyn odzianych tak skromnie, że eksponujących niemal całe ciało, noszących okrągłe tace z kolorowymi trunkami, falującymi delikatnie w wysokich, stożkowatych szklankach. Na środku pomieszczenia stała prowizoryczna scena, na której młoda, naga kobieta tańczyła swobodnie, przeskakując z miejsca na miejsce z taką lekkością, jakby była piórem noszonym przez delikatne powiewy wiatru. Jej długie, jasne włosy opadały na jej ciało w kaskadach zwiniętych jak sprężyny loków, owijając się wokół nagich bioder niczym na obrazie „Narodziny Wenus" Botticelli'ego.
Czarnooka stała w przejściu, potrącana co rusz przez wchodzących bądź wychodzących ludzi, nie potrafiąc oderwać wzroku od kołyszącej się miarowo kobiety.
Lottie oparła policzek o ramię Katriny i uśmiechnęła się z niejakim rozmarzeniem.
— Jest piękna, prawda? — odezwała się Lottie; w jej głosie dało się posłyszeć nuty nikłej zazdrości.
Katrina zmusiła się do oderwania wzroku od wijącej się w pląsach kobiety i spojrzała z onieśmieleniem w twarz swej domniemanej rówieśniczki.
— Dlaczego tańczy właśnie tutaj? — odważyła się spytać Katrina. — Z jej talentem i jej urodą, przede wszystkim, przyjęliby ją w wielu miejscach dla lubujących się w tanecznej sztuce. Mogłaby wyjść na ludzi, mogłaby pracować gdzie indziej, z o wiele lepszym zarobkiem.
Lottie zaśmiała się głośno, odgarniając z twarzy pasma wpadających jej do oczu włosów.
— Oczywiście, że mogłaby stąd odejść, Doris — odparła, kręcąc głową. — Mogłaby odejść i zostać kimś innym, kimś lepszym. Myślisz, że my jej tego nie mówimy? — Lottie uśmiechnęła się gorzko i ponownie zwróciła głowę ku tańczącej kobiecie. — Problem polega na tym, że ona wcale nie chce stąd odchodzić. Wszczepiła się w to życie, przyrosła do niego jak jemioła. Podejrzewam, Doris, że ona nie zna innego życia poza tym tutaj. — Lottie rozłożyła ręce i wskazała w nieokreślonym kierunku, wzruszając ramionami. — Żadna z nas nie ma serca, żeby ją stąd odsyłać, jest jedną z nas, jest rodziną.
Katrina, nie znajdując słów, by cokolwiek powiedzieć, wstrzymała oddech, ponownie zwracając oczy ku płynącej lekko przez parkiet kobiecie; patrząc na jej wijące się w łagodnej, tanecznej plątaninie ciało poczuła, jak na jej twarz wychodzą gorące wypieki.
Lottie położyła palce na jej łopatkach i poprowadziła ją w górę korytarza do krętych schodów prowadzących jeszcze dalej w głąb ziemi.
— Chodź, Doris — zwróciła się łagodnym tonem ku kompance — zaprowadzę cię do braci Brewerów.
-VVV-
Siląc się na spokój, starając się trzymać głowę uniesioną wysoko, Luna weszła za prowadzącym ją mężczyzną w ciemny, wilgotny zaułek, dla bezpieczeństwa kładąc prawą rękę na lewej kieszeni szaty, ciesząc się z dotyku drewnianej różdżki, której kontury odcinały się ledwo dostrzegalnie lekkim zgrubieniem na czarnym materiale. Wokół unosił się rdzawy zapach metalu i zgniły odór przyprawiający kobietę o bóle żołądkowe; Luna przetarła ze zmęczeniem czoło, marszcząc z obrzydzeniem niewielki nos, mając wrażenie, że jeszcze chwila, a zwymiotuje pod własne nogi.
Kobieta zerknęła na szerokie barki człowieka, przez którego znalazła się w tym zatęchłym miejscu i odetchnęła głębiej przez usta, starając się ograniczyć pobieranie powietrza przez nos do absolutnego minimum.
— Nie znałam tego przejścia — odważyła się powiedzieć, mijając pękającą gdzieniegdzie ścianę budynku; pajęczyna rys rozchodziła się w kilka stron świata, kilka odgałęzień spadało ku ziemi jak przeciągła błyskawica.
Mężczyzna zerknął przez ramię w jej bladą twarz wyciągniętą w kwaśnym grymasie.
— To skrót — odparł, wzruszając ramionami. — Przesmyk znany jedynie szumowinom ulicy. — Wyszczerzył żółte zęby i ponaglił ją ruchem ręki. — Nie bój się, mała, nie zamierzam cię zaatakować z nożem w ręku.
Luna nie odpowiedziała, myśląc, że jednakowoż woli szerokie, otwarte przestrzenie publicznych ulic, a od krążenia po ciasnych przesmykach niebawem nabawi się klaustrofobii, ale bez sprzeciwu ruszyła za mężczyzną szemranym zaułkiem.
Pomiędzy dachami budynków przeskoczył biały kocur i zniknął z pola ich widzenia, zarzucając długim ogonem, przebiegając przez dach z cichym szemraniem miękkich łap na dachówkach. Kobieta ściślej opatuliła się peleryną i z mieszanymi uczuciami zerknęła w stronę ostrego zakrętu w prawo, do którego się zbliżali.
Czuła przenikliwy chłód dotykający jej szyi, nadgarstków i łydek, zimno osiadało na jej ciele jak szron, sprawiając, że jej wargi nabrały sinego, niezdrowego kolorytu; odetchnęła głęboko, ponownie skupiając się na obserwowaniu swego milczącego przewodnika.
— Jestem zaznajomiona z najbliższą okolicą, przecież tu pracuję. A mimo to nigdy nie zapuściłam się pomiędzy budynki, to sprzeczne z moim zatrudnieniem — odezwała się Luna, nie potrafiąc wytrzymać ciszy klejącej się do jej skóry jak wody z mokradła.
Spodziewała się oszczędnego w słowa wytłumaczenia, a to, co otrzymała, sprawiło, że coś w jej żołądku zacisnęło się nieprzyjemnie.
Dryblas zaśmiał się paskudnie, wywołując u kobiety dreszcz, który przemknął wzdłuż jej kręgosłupa od odcinka szyjnego aż po krzyżowy.
— To dlatego, że przechadza się nim jedynie największa chuliganeria ulicy, mała. — Jego przekrwione oczy zerknęły na nią przelotnie. — Więc twój szef nie byłby zadowolony, wiedząc, gdzie się szlajasz?
Luna ponownie wzruszyła ramionami i odgarnęła włosy z twarzy, starając się nie okazywać własnej niepewności.
— Sądzę, że jest mu to całkowicie obojętne — odparła spokojnie, skręcając za róg i z ulgą odnotowując, że przesmyk kończy się kilka niedługich metrów dalej.
Kobieta zwolniła kroku, przepuszczając mężczyznę przodem, a ten, z lubieżnym uśmiechem, od którego aż ją mdliło, przyspieszył znacznie, kierując się do wylotu uliczki, jakby goniło go stado rozpędzonych hipogryfów. Luna zerknęła na stróżkę brunatnej wody płynącej pod jej nogami i powoli, nie starając się czynić gwałtownych ruchów, sięgnęła po różdżkę skrytą w kieszeni; jej chude palce owinęły się wokół zimnego drewna i powoli, obserwując rozochoconego mężczyznę znajdującego się tyłem go niej, wyjęła swą własność wykonaną z orzecha, w której wnętrzu skrywał się włos z ogona testrala i opuściła rękę luźno, obok ciała.
Mężczyzna zatrzymał się na końcu alejki i obrócił głowę ku jej twarzy; w jego oczach tliła się chora satysfakcja.
— To genialny skrót, mała — zaśmiał się, wskazując podbródkiem na coś, znajdującego się u wyjścia z zaułka, wyglądając przy tym, jak wywyższający się ignorant, puszący się niczym paw.
Luna zbliżyła się powoli do mężczyzny i z chłodną rezerwą spojrzała we wskazanym kierunku. Jej oczy natrafiły na wejście wyglądające, jak droga do piwnicy, z dyndającym na wietrze szyldem, na którym, ze względu na stopień zabrudzenia, mogło być napisane praktycznie wszystko. Z wnętrza sączyła się muzyka jazzowa, wypływająca na chodnik jak potoki górskie i rozpływająca się leniwie po bruku. Niedaleko wejścia stała nastoletnia dziewczyna zalotnie mrugająca do idącego w dół ulicy, przypadkowego przechodnia, mimochodem odpinającego górny guzik wyświechtanego płaszcza.
— Stawki dzisiaj zaniżone, John, może się skusisz? — zawołała za spacerowiczem inna dziewczyna, siedząca beztrosko na krawężniku, wypuszczająca z płuc kłęby dymu papierosowego.
Pieszy machinalnie machnął na nią ręką i nie spoglądając nawet w jej kierunku, wszedł w uliczkę kilka kroków dalej.
Dziewczyna wzruszyła ramionami i przytknęła do ust na wpół wypalonego papierosa.
Luna spięła się gwałtownie, gdy towarzyszący jej mężczyzna poruszył się i ponownie skupiła na nim całą swoją uwagę, gdy ten, wciąż uśmiechnięty niczym bardzo zadowolony kocur, uczynił krok, zamierzając wyjść z uliczki.
Nie dostrzegł zagrożenia, którym była. Za to niedopatrzenie przyszło mu zapłacić.
Kobieta uniosła różdżkę i wycelowała wprost w jego kręgosłup.
— Imperio — wyszeptała.
Mężczyzna zatrzymał się i opuścił ramiona, jakby w jednej chwili ich ścięgna zostały oderwane od ciała, jego głowa opuściła się nieznacznie, trochę nienaturalnie; przywodził kobiecie na myśl starego żółwia, bezrozumnie wyciągającego pomarszczony łeb po liść sałaty.
— Wracaj tutaj — zażądała półszeptem Luna, dla pewności nie opuszczając własnej różdżki (własne życie ceniła sobie nade wszystko, jak mało kto wiedziała, jak niezwykle ulotną marą potrafi być ludzkie istnienie); spod zmrużonych powiek obserwowała, jak mężczyzna, przypominając nieco mechanicznego robota, wykonuje jej polecenie z ospałą nieświadomością. Kobieta spojrzała w jego przekrwione, teraz zamglone oczy i cichym, zrównoważonym głosem wydała polecenie. — Teraz wrócisz do domu, sądząc, że ostatnie pół godziny spędziłeś na piwie w obskurnym barze i całkowicie zapomnisz o istnieniu tego miejsca, rozumiemy się?
— Tak — odrzekł bezbarwnym, nieposiadającym w sobie ni namiastki emocji, głosem dryblas i odwrócił się spontanicznie, ruszając drogą, z której nadeszli zaledwie kilka chwil temu. Luna odprowadziła go wzrokiem, opuściła różdżkę i krótkim zerknięciem w dół i w górę ulicy upewniła się, że nikt nie przyglądał się temu krótkiemu, cichemu zajściu. Ostatecznie, przekonując się w duchu, że nie jest obserwowana, ukryła różdżkę w wewnętrznej kieszeni szaty i biorąc głęboki oddech, wyszła ze skrywającego jej postać przejścia.
Z lokalu wylewały się kłęby pary; wzlatywały one w górę i rozpływały się w powietrzu jak dym ulatujący z komina. Luna, czując na sobie lustrujące spojrzenie wypalającej papierosa dziewczyny, siedzącej na brudnej ziemi, zanurzyła się w kłęby oparów, czując w nozdrzach słodko-duszącą woń, wtapiającą się w jej organizm jak cukier, wprawiającą ją w stan senności i lekkiego otępienia. Luna odetchnęła głębiej mętnymi wyziewami i wkroczyła wprost w otwartą paszczę ośrodka łakomstwa i demoralizacji.
-VVV-
Christopher Brewer przez dwie godziny był w transie. Siedząc w obrotowym, średnio wygodnym fotelu z szarym obiciem wypchanym pluszem, wpatrywał się ślepo w ścianę wypełnioną różnorodnością magicznych fotografii, z których chude zalotnice o szarych oczach wyciągały ku niemu uwiecznione na papierze błyskowym ramiona, uśmiechając się przy tym uwodzicielsko, w jakimś stopniu zapraszająco. Palcami prawej ręki bezwiednie wystukiwał fałszywy rytm o stos nieuregulowanych rachunków, ciągnących go bezdusznie na dno od przeszło czterech miesięcy, nawiedzających go w snach jak widmowe postacie majaczące w mrocznych głębinach starego, iglastego lasu.
Gdzie, do diabła, podziewa się Karl — pomyślał niechętnie, spoglądając w zaschniętą plamę na ciężkim, prostokątnym biurku. — Obiecywał, że przejrzy te przeklęte papiery i postara się, na miarę naszych możliwości, pospłacać najbardziej zaległe długi.
Christopher przesunął dłonią po biurku i zajął się zeskrobywaniem brudu z jego drewnianej powierzchni. Długa drzazga z lodowatą bezwzględnością postanowiła właśnie wleźć mu pod paznokieć; mężczyzna syknął z bólu, czując zdołowanie rozchodzące się po jego umyśle niczym chmura gradowa. Wsadził szczypiący palec do ust i zassał go mocno, przeklinając w myślach na czym świat stoi.
Przeklęty Karl, pewnie szlaja się gdzieś z jedną z naszych dziewczyn — pomyślał gniewnie Christopher, wolną ręką zamaszyście odsuwając od siebie skupisko papierów. — Niech sam się męczy z pierońską rachunkowością.
Ciche pukanie do drzwi oderwało mężczyznę od pochmurnych myśli; wyciągnął spomiędzy warg obśliniony palec i spojrzał krytycznie na kroplę krwi wzbierającą na jej opuszce.
Nie otrzymawszy odpowiedzi, ktoś ponownie zastukał w przejście, więc Christopher wytarł dłoń o spodnie i wyprostował się w fotelu. Jego kręgosłup strzyknął głucho, rozsiewając po twarzy mężczyzny kwaśny grymas.
— Proszę! — zawołał, rozmasowując palcami zesztywniały kark.
Drzwi otworzyły się z taką werwą, że omal nie uderzyły klamką o, i tak już odrapaną, ścianę. Christopher wyciągnął zapobiegawczo różdżkę, chcąc ratować tanią klamkę przed rozłupaniem się na twardej powierzchni, ale drobne ręce zatrzymały drzwi w ostatniej chwili, chwytając z całych sił za umorusaną kurzem, wąską krawędź przegrody.
— Salut, panie Brewer! — huknęła istota, która przedarła się przez futrynę i wyszczerzyła w stronę mężczyzny rząd żółtych jak u nutrii zębów.
Słodka Morgano, Ostatnia Wysoka Kapłanko, czym ja sobie zasłużyłem?
— Lottie, na boga, co ja ci mówiłem o atakowaniu moich drzwi i narażaniu ich na szybkie uszczerbki w budowie?
Dziewczyna rzuciła okiem na ściskany w ręku skraj drzwi i przechyliła głowę, jakby nie do końca rozumiała jego zarzut.
— Przecież złapałam — odcięła się ruda i zanim Christopher zdążył wyrazić swoje niezadowolenie, Lottie posłała mu maślane spojrzenie i uśmiechnęła się samymi kącikami warg. — Wiem, wiem. Przepraszam. Chciałam jedynie kogoś panu przedstawić.
Lottie sięgnęła dłonią w kierunku osoby stojącej za drzwiami, niewidocznej z zajmowanego przez Christophera miejsca i wciągnęła ją do pomieszczenia z szerokim uśmiechem samozadowolenia.
Christopher złapał dłonią krawędź biurka i wstał z fotela, ogniskując swe spojrzenie na młodej, kilkunastoletniej dziewczynie, rzucającej właśnie w kierunku Lottie spojrzenie pełnie niekrytego niesmaku.
— To jest Doris, proszę pana, wpadłam na nią w barze u Tommy'ego — odezwała się Lottie, przygładzając dłonią rude włosy. — Szuka zatrudnienia, więc pomyślałam...
— Źle pomyślałaś, Lottie — burknął Christopher, ściągając tym samym na siebie spojrzenie brązowowłosej dziewczyny, która zmarszczyła czoło, wyglądając przy tym, jak lodowata rzeźba greckiej bogini. — Nie możemy sobie w obecnej chwili pozwolić na zmianę składu. Prosiłbym o odprowadzenie koleżanki do...
— Och, proszę, panie Brewer, niechże pan ma serce i pozwoli jej zostać, chociaż na jedną noc. Powiedziała, że nie ma dokąd iść — wcięła się w jego słowa Lottie, zarzucając rudymi włosami na plecy.
Christopher odetchnął ciężko i obrócił twarz ku dziewczynie w milczeniu stojącej obok rudowłosej; jego wzrok przesunął się z niekrytą oceną po jej chudych nogach zgrabnie trzymających się na czerwonych obcasach, po wąskich biodrach, w pół zasłoniętych czarną peleryną, po czym pobiegł w górę, osiadając na uwydatnionych piersiach i ostatecznie spoczął na długiej, bladej szyi, odsłoniętej przez buńczucznie uniesiony podbródek. Kiedy jego oczy osiadły wreszcie na jej niebrzydkiej, przykrytej krzywo makijażem twarzy, chuda brew dziewczyny podjechała wysoko na czoło, jakby pytała się tym samym, czy zdała jego test.
— Doris — powtórzył bezwiednie Christopher, marszcząc czoło.
— Zgadza się — odparła pewnym swego głosem szatynka i przechyliła głowę, przypatrując się jego twarzy z równym zainteresowaniem, jakie on poświęcał jej nogom.
— W jakim jesteś wieku, Doris? — zapytał, świdrując wzrokiem czerwone ślady szminki krzywo przykrywające jej usta.
— Czy to ma jakieś znaczenie? — odpowiedziała pytaniem, wszczepiając w jego twarz spojrzenie najbardziej czarnych oczu, jakie kiedykolwiek wiedział.
— Żadnego — odparł, krzyżując ręce na piersi, po czym podszedł spokojnie do dziewczyny i bez ceregieli poślinił kciuk i zabrał się do ścierania z jej kości policzkowych rozmazanego tuszu.
Dziewczyna nie cofnęła się, co Christopher przyjął z ulgą; prowadzili z bratem dom rozkoszy, to prawda i owszem, pracowało u nich całe grono nieletnich, ale nikt nie mógł mu zarzucić, że traktuje źle zatrudniane dziewczyny; starał się troszczyć o swoje podopieczne, nie przejawiał wobec nich agresji, bronił przed pijanymi, nastawionymi walecznie klientami i wypłacał w terminie należne im pieniądze, a one (w każdym razie w większości) w ramach wdzięczności nie uciekały do bardziej ekskluzywnych lokali.
— Umiesz tańczyć, Doris, albo opowiadać ciekawe historie? Poradziłabyś sobie z uprzyjemnieniem dnia klientowi?
— Umiem śpiewać.
Kątem oka dostrzegł, jak Lottie uśmiecha się z triumfem i poczuł na sobie intensywność jej jednoznacznego spojrzenia.
Cóż, to prawda, że niewiele z pracujących tu dziewcząt było utalentowanych muzycznie oraz, trzeba przyznać, prawdą jest również, że szukali wraz z bratem ostatnimi czasy dziewczyny o pięknej prezencji i ładnym głosie, umiejącą wydać z siebie szereg czystych dźwięków; od fałszywego wycia starających się udowodnić swój talent kobiet pracujących u nich od długich miesięcy zaczynała go boleć głowa.
— Zaśpiewaj coś — poprosił, odnotowując w myślach, że musi oddać ją jednej ze starszych wiekiem pań, która dopilnowałaby nieco bardziej odpowiedniego do tego fachu stroju, w który powinna zmieścić się stojąca przed nim nastolatka. I okiełznałaby tę katastrofę, którą dziewczyna zapewne nazywa makijażem, klejącą się do jej skóry jak maska.
Dziewczyna odetchnęła głębiej, zaszurała czerwonym obcasem o podłogę i otworzyła usta.
Głos miała anielski, lekko marzycielski, acz brzmiący słodko jak dojrzała truskawka, płynący dźwięcznie poprzez przestrzeń jakby był oceaniczną falą.
Christopher Brewer pokiwał głową i z błyskiem w oczach uśmiechnął się samymi kącikami warg.
Oto nadeszła moja podwyżka — pomyślał zachłannie, śledząc nieomal maniakalnie poruszające się, wąskie wargi dziewczyny.
Ciemnowłosa anielica nie przestała śpiewać.
-VVV-
Opary unosiły się znad miedzianego kociołka, przykrywając niewielką salkę białawą pierzyną pary. Kilka kropel skroplonej mgiełki osiadało na powierzchni dużego naczynia, tocząc się ospale w dół zaokrąglonych ścianek kociołka.
Snape uniósł na wysokość oczu szklane szkiełko i długą pipetą starannie odmierzył pięć kropel wyciągu z płuc pancernika. Przechylił szkiełko nad kociołkiem z bulgoczącym cicho na ogniu wywarem i spoglądał, jak perlista posoka spada w wir wrzącej cieczy. Odłożył szkiełko na blat roboczy i sięgnął po deskę, na której rozłożony był posiekany równo korzeń pokrzywy. Mężczyzna wziął do ręki niewielką chochelkę i zgarnął nią do wywaru pokrojony składnik. Odetchnął głęboko, odkładając pustą deskę na blat i odszukał w kieszeni różdżkę, by zwiększyć ogień pod kociołkiem. Zamieszał chochelką sześć razy w prawo i raz w lewo i odczekał kilka sekund, aż wywar zmieni barwę z jasnożółtej na atramentowy granat. Zapach wywaru stał się ostrzejszy i Snape zmarszczył nos i wyciągnął rękę, sięgając po sproszkowane skrzydła ważki trzymane w szklanym flakoniku w szufladzie znajdującej się pod blatem roboczym. Odkorkował buteleczkę i przesypał odrobinę do plastikowego, niedużego pojemnika; chwilę potem stał nad sporych wielkości wagą i wstrzymując powietrze, postawił z delikatnością pojemnik na jednym skrzydle. Sięgną po odważnik o nominale ćwierć uncji i powoli, niespiesznie położył go na drugim skrzydle. Waga drgnęła i przeciążyła się o milimetry w stronę plastikowego pudełka, w którym maleńka górka proszku przesypała się na bok. Snape skrzywił się i sięgnął do szuflady po kilkucentymetrową szufelkę; zmrużył w skupieniu oczy i nabrał na nią odrobinę z wierzchołka sypkiego proszku. Szala wyrównała się, po czym zatrzymała i mężczyzna uśmiechnął się kącikiem warg i, starając się to uczynić jednocześnie, zdjął z wagi pudełko oraz odważnik; odstawił ciężarek obok wagi i podszedł do kociołka, z uwagą lustrując bulgoczącą, atramentową ciecz. Mężczyzna zaciągnął się głęboko jej zapachem, który z ostro pieprzowego stał się łagodniejszy, upodabniający się niemalże do gorącej czekolady; zmniejszył ogień pod kociołkiem i odczekał, aż wywar nieco się uspokoi, aby pomału, wąską strużką, wsypać do niego proszek ze skrzydeł ważki. Zamieszał chochlą trzy razy w prawo, spoglądając, jak wywar gęstnieje, upodabniając się konsystencją do zaczynu chlebowego. Odłożył wszystkie naczynia i spojrzał na zegarek, dając wywarowi dokładnie dwie minuty na wolnym ogniu.
Snape oblizał wąskie wargi i sięgnął do kieszeni po czysty nóż do siekania składników eliksirów. Nadstawił dłoń nad falującą powierzchnię cieczy i szybkim, wprawnym ruchem rozciął skórę wzdłuż linii życia. Dłoń zapiekła nieprzyjemnie, a w jej wnętrzu zaczęła wzbierać ciemna, szkarłatna krew. Czarne oczy w skupieniu obserwowały, jak we wgłębieniu dłoni tworzy się niegłęboka studnia czerwonej posoki; zacisnął dłoń w pięść i nadstawił nad kociołek.
— Jeden. Dwa. Trzy. Cztery — monotonnym, cichym głosem zaczął odliczać spadające do wywaru krople.
Kiedy dotarł do dziesięciu, cofnął w pośpiechu rękę, pilnując, by ani jedna kropla więcej nie uleciała z jego dłoni.
Eliksir ponownie zawrzał i zaczął się pienić, Snape sięgnął po różdżkę i wycelował w bulgoczącą mocno powierzchnię wywaru.
— Sanguinem Necessitudines — zaintonował gładko. Złota poświata ogarnęła zewnętrzną powierzchnię eliksiru, a ten uspokoił się i zastygł w bezruchu niczym głuche, martwe jezioro, które za jedynego towarzysza ma białą tarczę księżyca. Mężczyzna zaczerpnął głęboko powietrza i wypowiedział głośno, powoli i wyraźnie dwa słowa. — Katrina Snape.
Przez chwilę nic się nie działo. Snape zmarszczył czoło, w myślach powtarzając formułę zaklęcia, zastanawiając się, czy poprawnie ją zaakcentował, jego usta wygięły się w paskudnym grymasie niezadowolenia.
Przeklęta, starożytna magia — pomyślał z frustracją i już zamierzał zamaszystym ruchem wyłączyć ogień pod kociołkiem, gdy nagle, na falującej delikatnie powierzchni zaczęły pojawiać się przeciągłe, niewielkie pasemka ognia.
Snape zamarł i pochylił się nad powierzchnią wywaru, przyglądając się z niekrytą fascynacją, jak języki ognia układają się powoli, niemiłosiernie powoli w litery, a te odnajdują swoje miejsce, jakby były elementami większej układanki.
Mężczyzna nieświadomie wstrzymał powietrze.
Katrina Snape — mówiły ogniste, falujące słowa — dom schadzek, aleja Flamingów 18, Śmiertelny Nokturn.
Mężczyzna przez moment wpatrywał się drętwo w ogniste litery. Kiedy dotarło do niego ich znaczenie, powietrze uleciało jednym ciurkiem z jego zmęczonych, od wdychania ciężkich oparów, płuc.
— Cholera jasna — zaklął wściekle Snape, przymykając oczy.
-VVV-
Gwiazdy przebijały się przez lichą firankę, oświetlając twarz opartego o parapet mężczyzny.
Ciekawe do kogo należała niegdyś ta rudera — pomyślał on, odgarniając z twarzy lekko przetłuszczone kosmyki niemal białych włosów. — Być może w czasach swojej świetności jej wnętrza były największym krzykiem mody.
Wzrok mężczyzny zatrzymał się na solidnych regałach stojących przy ścianach, których półki zaginały się od ciężaru poupychanych tam, porcelanowych filiżanek, tworzących niemały płot ze swych wątłych uszu i gładkich, białych powierzchni.
Tak, istotnie, tak mogło być — przemknęło mu przez myśl.
Kąciki warg mężczyzny wygięły się w tęsknym uśmiechu.
Wiele starych, sięgających pokoleń domów ma za sobą długą, ciekawą historię. Nierzadko kryje się pod nią opowieść pełna krwi, czarnej magii i licznych przekrętów.
Kiedy był małym dzieckiem, matka opowiadała mu baśnie o widmach dawnych lokatorów nawiedzających stare posiadłości, podszeptujące w ciemnościach ciche sugestie co do toczącego się wokół życia obecnych mieszkańców. Nigdy nie były to złe duchy ani dusze przepełnione gniewem, jednakże wyobraźnia Dracona widziała jedynie takie. Przez kilka kolejnych nocy koszmary nawiedzały go jeden za drugim, każdy kolejny coraz bardziej realistyczny od poprzedniego. Kilkuletni Draco przebiegał na palcach przez pogrążoną w mroku posiadłość, odprowadzany wzrokiem obserwujących go z obrazów postaci, aby wtulić się wreszcie w matczyne objęcia, skarżąc się, że nie może zasnąć, nigdy nie podając prawdziwej tego przyczyny.
Przez bardzo długi okres swojego dzieciństwa Draco nie przestawał wierzyć w mroczne widma nawiedzające wiekowe rezydencje.
Mężczyzna westchnął ciężko, a mgiełka jego oddechu osiadła na chłodnej szybie. Nagle, całkowicie nieoczekiwanie poczuł na karku mrowienie czyjegoś spojrzenia, palącego jego skórę jak wrzątek, wysyłającego dreszcze w dół jego kręgosłupa; czując, jak serce lodowacieje mu w piersiowej klatce, Draco odwrócił się powoli i stanął twarzą w twarz z widmem uwitym z mroku, spoglądającym mu prosto w oczy. Jego oddech zamarł.
-VVV-
Harry przechylił głowę i uśmiechnął się ironicznie, poprawiając leniwie górę od piżamy; jego palce dotknęły górnych guzików, upewniając się, że jego koszula do spania nie jest rozchełstana na wszelkie możliwe strony, jak po spotkaniu z szalejącą wichurą. Wszystko zdawało się w porządku, wobec czego mężczyzna prychnął, wygładził dłonią nogawkę spodni od piżamy i zmrużył oczy, starając się nie okazywać własnej konsternacji.
— Czy jest jakiś powód, dla którego patrzysz na mnie, jakbyś zobaczył wilkołaka? — zaszydził, unosząc pytająco brwi.
Draco wypuścił ze świstem powietrze i przyłożył palce do skroni, opuszczając głowę i przeklinając pod nosem; jego oczy wróciły do standardowych rozmiarów, co wprawiło Harry'ego w niemałą ulgę, gdy doszedł do wniosku, że jego przypuszczenie, iż młody Malfoy najadł się podejrzanej, rzadkiej trucizny jest mylne.
— Och, to ty... — wymruczał, nagle zawstydzony, Draco. — To znaczy... myślałem...
Harry machnął z obojętnością ręką, chcąc mu przekazać, że nie ma o czym mówić i wyminął go, aby dostać się do czajnika.
— Ty też nie możesz spać? — zapytał cicho, podstawiając szyjkę czajnika pod kran i wlewając w niego strumień zimnej wody.
— Nie wiem — mruknął z rozkojarzeniem Draco i momentalnie oprzytomniał, gdy Harry posłał mu długie, oceniające spojrzenie. — Nie próbowałem zasnąć — wytłumaczył szybko i spoglądał, jak brew Harry'ego podjeżdża wysoko na czoło. — Trochę mnie niepokoi... — Draco uczynił nieokreślony gest dłonią, jakby chciał wskazać na otaczającą go przestrzeń — cała ta sytuacja — dokończył i wzruszył ramionami. — A ty...
— A ja przyszedłem na kawę — odezwał się zielonooki, posyłając mężczyźnie zadziorny uśmiech. — Przygotować też dla ciebie?
Draco zamrugał i spojrzał z konsternacją na stojący na ogniu czajnik.
— Co, teraz? — W jego głos wkradło się bezbrzeżne zdziwienie.
Harry zaśmiał się cicho z jego ogłupiałej miny.
— A czym ta godzina różni się od tej, która nadejdzie niebawem opiewana wschodem słońca? — zapytał Harry, unosząc brwi wysoko na niskie czoło.
Draco wzruszył ramionami i pomyślał, że kofeinie nie potrafi odmówić, czy byłaby właśnie pora dnia czy nocy.
— Być może tym — rzekł jednak przekornie — że ta jest nam znana, a zdarzeń mających swój czas w tej, która ma nadejść, nie przewidzimy.
Harry uśmiechnął się szeroko, a z jego gardła wydobył się przeciągły pomruk, jak z zadowolonego kota drapanego za uszami.
— Mój ty filozofie. — Harry puścił do niego perskie oko i odwrócił się, aby zabrać z szafki dwie, porcelanowe filiżanki. Draco obserwował jego poczynania z wątpliwym zainteresowaniem. — Cieszę się, że jesteś.
-VVV-
Zamknięta głęboko w sobie, pozwoliła, by skierowano ją na niewielką scenę; dano jej do ręki mikrofon i w zamian odebrano cienki sweter narzucony niedbale na odsłonięte ramiona. Starała się nie spoglądać w twarze obecnych w niewielkiej sali mężczyzn, obserwujących ją zza okrągłych stolików. Przez moment przeklinała samą siebie, dochodząc do wniosku, że nie jest tak silna, jak z początku myślała. Ich spojrzenia paliły, przesuwały się żrąco po jej bladej skórze, dotykały jej nerwów jak substancja odurzająca, wkradały się tam, gdzie nigdy nie powinny się znaleźć. Serce kołatało o jej żebra, jakby zapragnęło wyrwać się z piersi. Katrina zamknęła oczy, starając się zapomnieć o istnieniu świata; jestem bytem samym w sobie — myślała — nie istnieje nic poza mną, nic oprócz mnie. Oblizała drżące wargi koniuszkiem języka i przytknęła mikrofon do ust, mając wrażenie, że jeszcze chwila i jej dusza spopieli się na ich oczach, nie pozostawiając po sobie niczego, co świadczyłoby o jej niegdysiejszej obecności w młodym ciele.
Muzyka, która leniwie zakradła się w przestrzenie przydymionej sali, była jej kołysanką.
-VVV-
— Kiedy tylko jestem jedynie z Tobą, sprawiasz, że czuję się, jakbym ponownie wróciła do domu — dźwięcznie zaśpiewał głos należący do jakiejś młodej dziewczyny, dochodzący z jednej z sal w głębi lokalu.
Luna zmrużyła oczy i zamachała ręką przed twarzą, starając się odegnać sprzed oczu gęstą parę mieszającą się z papierosowym dymem, osiadającą na jej rzęsach jaki kurz. Starając się wyminąć młodą kelnerkę balansującą z tacą przytrzymywaną jedną ręką, podążyła za lekkim, melodyjnym głosem, nieco sennym, jakby samą intonacją krzyczał prawdę o okrucieństwie świata.
— Kiedy jestem jedynie z Tobą, my sami, sprawiasz, że na powrót czuję się całością — ciągnął głos, gdy kobieta wreszcie przecisnęła się do niewielkiej sali z rzędem stolików i odgarniając włosy z czoła, zajrzała do środka.
Luna poczuła nagłe ukłucie w sercu, gdy spojrzała w twarz skąpo ubranej dziewczyny, zdającej się śpiewać całym swoim wielkim sercem; jej oczy były zamknięte, długie, zabarwione mocnym tuszem rzęsy rzucały długie cienie na jej policzki.
Pomalowali ją niczym kapłankę ciemności — pomyślała Luna, przesuwając wzrokiem po jej mocnym makijażu z niezachwianą perfekcją nałożonym na jej młodą twarz. — Kiedy ona jest tylko dzieckiem, które nie jest jeszcze pewne, na czym stoi.
Kobieta zaciągnęła się głęboko przydymionym powietrzem i sięgnęła po różdżkę.
— Expecto Patronum — wyszeptała.
Jeśli ktoś zwrócił uwagę na pojawiającego się i znikającego momentalnie w jednej ze ścian zająca, nikt nie przyłożył do tego większej wagi. Luna opuściła powoli różdżkę i oparła się głową o futrynę, muzyka płynęła jak dostojny łabędź poprzez powietrze, dotykając leniwie jej bijącego szaleńczo serca.
Oczy Katriny otworzyły się, senny wzrok zatoczył się poprzez pomieszczenie, nie zatrzymując na niczyjej twarzy. Dziewczyna zakołysała biodrami, kładąc wolną dłoń na swoim udzie i przeciągając pomalowanym paznokciem w górę cienkich rajstop.
— Kiedykolwiek nie byłabym sama z tobą, doprowadzasz mnie do myśli, że ponownie jestem młoda.
Pomalowane paznokcie dotknęły twarzy i wpiły się w policzek, jakby sama Katrina mocno pragnęła, by sprawiało jej to ból. Jej kroki stawiane po parkiecie były miękkie, jakby należały do kota, czerwone obcasy zalśniły w świetle reflektora. Dziewczyna oparła się plecami o ścianę i przytrzymując dłonią mikrofon przy ustach, odchyliła głowę do tyłu.
— Kiedy jestem z tobą. Sama. Powodujesz, że na powrót czuję się zabawna.
Luna nie potrafiła powiedzieć, w którym momencie Harry pojawił się koło niej - wiedziała jedynie, że gdy zmusiła się do oderwania oczu od Katriny, on już tam był. Jego twarz była napięta, w jego oczach, nieruchomych jak cienie, wpatrzonych w chudą sylwetkę wyraźnie odcinającą się na tle obcisłych ubrań tliła się troska, troska tak rozczulająca, że Luna nie potrafiła nie wyciągnąć dłoni, aby dotknąć delikatnie jego ramienia. Jego usta drgnęły, ale oczy nie oderwały się od falującej klatki piersiowej śpiewającej dziewczyny, od jej przymkniętych oczu, od wilgotnych warg.
— Jakkolwiek bym nie była daleko, zawsze będę Cię kochać. — Emocje kotłujące się w tym młodym głosie ściskały serce, zabierały oddech; Luna przygryzła wargi, nie spuszczając wzroku z pobladłej, zastygłej jak gipsowy odlew pośmiertny twarzy przyjaciela. Jego zęby zacisnęły się tak mocno, że była przekonana, iż musiało sprawiać mu to ból.
Katrina sięgnęła zapięcia koszuli i powolnymi, niespiesznymi ruchami zaczęła ją rozpinać.
Stojący obok Luny Harry nie drgnął ani na jotę.
— Na jakkolwiek długo bym się nie zatrzymała, będę Cię zawsze kochała.
Koszula rozsunęła się, ukazując jej młode ciało, osłonięte jedynie niewielkim stanikiem. Gładki materiał spłynął na ziemię, jakby był firanką muskaną przez wiatr, jakby był cieniem. Powieki Katriny uchyliły się, a senny wzrok przeciągnął się po twarzach obecnych osób i odnalazł Harry'ego, milczącego, nieodwracającego wzroku, patrzącego wprost w czarne, migoczące w światłach reflektorów oczy.
Usta dziewczyny rozchyliły się w niemym zdziwieniu, lecz za moment na jej twarz napłynął wyraz tak głębokiego żalu, tak gorzkiej goryczy, że Luna musiała na moment spuścić wzrok.
Palce Katriny spoczęły w miejscu na piersi, pod którym biło gorące, żywe serce.
— Jakichkolwiek słów bym nie użyła, zawsze będę Cię kochać — zaśpiewała gorliwie Katrina, wychylając podbródek w stronę zielonookiego, jakby pragnęła się do niego zbliżyć, choć trochę, choć nieznacznie. Nie odwróciła w zawstydzeniu oczu, jakby pragnęła się przed nim odsłonić, jakby chciała, by wyśpiewywane przez nią słowa trafiały wprost do jego serca. — Będę Cię zawsze kochać.
Katrina osunęła się powoli po ścianie, przechylając głowę; kilka ciemnych kosmyków wpadło na jej młodą twarz. Luna spoglądała, jak czarnooka klęka na zimnej scenie i przesuwa się z lekka po podłodze w stronę jej krawędzi.
— Kiedy jestem sama z Tobą, Twoja obecność sprawia, że znów czuję, że jestem wolna.
Oczy Katriny uparcie wpijały się w puste źrenice Harry'ego, jej młoda twarz napięła się, jakby jej dusza była dręczona przez ból niemożliwy do wyrażenia słowami. Kilka łez uciekło z kącików jej wilgotnych oczu i popłynęło, wraz z drobinami czarnego tuszu, w dół jej przykrytych różem policzków. Drżące palce wetknęły za ucho kosmyk kasztanowych włosów.
— Kiedy jesteśmy razem dzięki Tobie mogę znów poczuć się nieskalana — rozpacz, nieme błaganie, przeprosiny; wszystko to wydostało się wraz z nutami przez jej okryte szminką usta; słone łzy osiadły na jej drżących wargach. — Jakkolwiek daleko, będę Cię zawsze kochała.
Harry zacisnął zęby i ruszył slalomem pomiędzy porozrzucanymi po sali stolikami, powoli zbliżając się do sceny.
Palce Katriny zacisnęły się kurczowo na brzegu prowizorycznego podestu.
— Na jakkolwiek długo nie pojawiłabym się w twoim życiu, będę zawsze Cię kochać.
Katrina pokręciła głową, jakby sama nie dowierzała słowom, które wypadają z jej ust, a zarazem wiedziała, że zawierają w sobie jedynie prawdę.
— Cokolwiek bym Ci nie powiedziała, zawsze będę Cię kochała.
Luna spoglądała, jak Harry zatrzymuje się pod sceną, unosząc głowę na zalaną łzami, młodą twarz.
— Zawsze będę Cię kochała — wyszeptała Katrina i opuściła rękę z mikrofonem.
Jej odsłonięte ramiona drgnęły z zimna; Harry bez słowa ściągnął własną pelerynę i z delikatnością zarzucił na jej chude ciało.
Katrina spuściła głowę, brązowe włosy zasłoniły jej zapłakaną twarz.
Luna przyglądała się w milczeniu, jak Harry łagodnym ruchem zabiera jej z dłoni mikrofon i odkłada na deski podestu (zużyty głośnik jęknął z ogłuszającym jazgotem), po czym ostrożnie bierze piętnastolatkę na ręce i nic nie mówiąc, odwraca się, by w spokoju przemierzyć drogę ku drzwiom.
Kilka oburzonych głosów potoczyło się z wnętrza sali, kilka uszczypliwości i kilka zniewag posypało się na ramiona zielonookiego; nie dał po sobie poznać, że je usłyszał.
Czuła, jak mocno bije jej serce, gdy spoglądał pustym wzrokiem w jej twarz i przez chwilę wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć - nie powie nic, odwróci głowę i przejdzie koło byłej Krukonki z drżącą Katriną wtuloną w jego pierś.
Kiedy będzie ją mijał, Luna usłyszy jedynie stłumiony płacz.
-VVV-
W ciele otyłego, podstarzałego pedanta było mu ciasno, nieswojo i niewygodnie. Obserwując świat zza zasłony kłębiących się obłoków pary i dymu miał wrażenie, jakby znajdował się w wielkim akwarium, pod powierzchnią mętnej wody. Jego oczy przesunęły się po obecnych w klubie mężczyznach i wzdrygnął się mentalnie na myśl, co też jego córce strzeliło tym razem do tej pustej łepetyny.
Chciał ją zabrać, natychmiast, bez słowa, samym spojrzeniem przelewając w nią swoją bezgraniczną furię - złość na to, że ośmieliła się uciec, na to, że przypałętała się do takiego miejsca, bardziej obskurnego, niż niegdysiejsze lochy w rezydencji Malfoyów.
Pierwszy szok nastąpił, kiedy Katrina weszła na scenę - jej czerwone obcasy zastukały o podłoże, jakby wybijały wolny rytm starej, dawno zapomnianej piosenki. Jej ubiór, bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej, krzyczał wyzwaniem i Snape zapragnął rzucić czymś o ścianę. Wmawiał sobie, że nie stanie się nic nadzwyczajnego, że nie stanie się nic niemoralnego, ale z całego serca miał ochotę, aby wstać i choćby za włosy i na klęczkach sprowadzić ją na powrót do domu.
Przeniósł ciężar ciała na nogi z zamiarem szybkiego podniesienia się z niewygodnego siedziska, lecz wtedy Katrina zaczęła śpiewać i poczuł słabość wstępującą w jego ciało jak wody przypływu, tak nagłą i tak porażającą, że opadł bezwładnie na krzesło i dobrą chwilę zajęło mu ponowne dojście do siebie.
Zauważył Pottera, oczywiście, że zauważył Pottera - jego i tą szaloną Lovegood trwającą u jego boku jak anielski wojownik, obserwujący go z uwagą śmiercionośnej kobry. Powinien skorzystać z okazji, Merlin mu świadkiem, że powinien, i jego również zabrać ze sobą - bo cóż to za szczęśliwy traf, wyruszyć w celu odnalezienia swej latorośli i natrafić na samego Zbawcę Ode Złego - ale coś w zielonych oczach, skierowanych w stronę jego córki rozkazywało mu, by jeszcze przez krótki, przelotny moment wstrzymać się od ingerencji i sprawdzić, jak zareaguje Wybraniec.
Potter, na dobrą sprawę, równie dobrze mógłby być posągiem wykutym z kamienia — pomyślał, obserwując jego twarz zastygłą w bezruchu. — To zadziwiające, jak bardzo potrafią zmieniać się ludzie.
Snape, mrużąc oczy niczym drapieżnik obserwujący swą ofiarę, doszedł do wniosku, że zbyt długo już zwlekał, zbyt długo pozwalał na postęp tej kuriozalności, ale kiedy już miał wstać, już miał przejąć kontrolę nad sytuacją, zobaczył twarz swojej córki, ujrzał oczy wpatrzone w Pottera, oczy, w których łzy walczyły z potrzebą zachowania godności i przegrywały tę bitwę i przez moment próbował sobie przypomnieć, w jaki sposób zmusić płuca do pobierania powietrza z otoczenia.
Istniało coś między nimi, jakaś więź, której nie dostrzegł (ty zaślepiony głupcze), jakieś uczucia, których nie potrafił nazwać, coś, co sprawiało, że w jego ciało wkradł się chłód, chłód ogarniający stopniowo jego tkanki, wsiąkający w żyły, mrożący płynącą w nich krew. Kiedy zdał sobie sprawę z tego, że jego córka śpiewa bezpośrednio do przybyłego mężczyzny, zaczął przeklinać się w myślach, nazywając kretynem, nazywając idiotą, pytając sam siebie, jak mógł tego wcześniej nie dostrzec, jak mógł nie zrozumieć; gorzkie słowa sączone prosto w twarz Pottera spływały po nim samym jak lodowaty strumień wody.
Zaciskając palce na krawędzi stolika tak mocno, by rozciąć skórę, śledził, jak jego córka rozpada się na drobne kawałki niczym fragment porcelany rzucony w pustą ścianę; bardzo długo nie potrafił sobie wybaczyć, że to nie on był tym, który poskładał ją na powrót w jedną całość.
Potter miał w oczach nieokreślony, absurdalny spokój, kiedy balansował między stolikami, przesuwając się jak widmo, jak dementor, bez pośpiechu kierując się w stronę sceny (jakby zawsze wiedział, jakby nie usłyszał nic, co byłoby w stanie go zaskoczyć).
Obserwował jego place z niemal maniakalną intensywnością, gotów w każdej chwili zainterweniować, gdyby Potter bodaj ośmielił się przekroczyć granicę, jaka powinna stać pomiędzy nim a Katriną, gdyby choć spróbował spojrzeć na nią w niewłaściwy sposób, dotknąć jej, jakby pożądał, uchwycić ją, jakby fantazjował.
Nie uczynił żadnej z tych rzeczy.
Snape bezradnie patrzył, jak się oddalają, razem, we dwoje, bez niego; ona - tuląca głowę go jego piersi, jakby chciała uważnie wsłuchać się w bicie jego serca i na zawsze poznać jego rytm, on - niepozwalający jej upaść, nie oskarżający, nie oceniający - Harry Potter na powrót ratujący ludzkie życie.
Katrina płakała w cudzych ramionach, a on nie miał odwagi, aby podejść i wykrztusić z siebie choć słowo.
* Piosenka śpiewana przez Katrinę to moje wolne tłumaczenie Lovesong Adele.
