.

Rozdział 14

Trochę w duszy jesieni

.

Jesień tego roku nadeszła w towarzystwie feerii barw roztaczającej się wokoło jakby była bezkształtnymi plamami na płótnie impresjonisty. Przed budynkiem kwatery rozkwitły wrzosy, których kojący zapach wtaczał się przez szeroko otwarte okiennice, rozwiewając duszność czterech ścian, roznosząc po ciasnych pomieszczeniach świeżą bryzę ciepłego wiatru, zmuszając lokatorów do poluźnienia kołnierzyka i odpięcia drobnych guzików w mankietach koszul. Wychylając głowę przez okno, dostrzec można było rząd kasztanowców, na których koronach dojrzewały brązowe, błyszczące kasztany wyglądające na świat zza kolczastej otoczki.

Przekształcająca się pogoda nie była jedyną rzeczą ulegającą zmianie. Największe bowiem przeinaczenia Harry zaobserwował, śledząc wnikliwie, niegdyś promieniejącą zadziornością, twarz Katriny. Niepokojąco często przyłapywał ją na milczącym wpatrywaniu się w jeden punkt, zdającą się nie dostrzegać reszty świata, pogrążoną głęboko we własnych myślach. Przyglądając się profilowi jej zamyślonej twarzy, coraz częściej napływała ku niemu refleksja, że Katrina nie jest już tą samą krnąbrną, ekstrawagancką nastolatką, którą poznał w mugolskiej kawiarni. Harry'emu zdawało się, że wydarzyło się to kilka stuleci temu, jakby czas, w którym wszystko się zaczęło, był oddalony o całe lata świetlne od punktu, w którym znajdowali się obecnie.

Zielone oczy obserwowały milcząco bezskuteczne próby Hermiony mające na celu wciągnięcie córki Naczelnika w luźną pogawędkę o pogodzie (odpowiedzi Katriny zredukowane były do bezzobowiązujących skinięć głową i poszczególnych, wypowiedzianych przyciszonym głosem słów ograniczających się do: nie, dziękuję, nie jestem głodna czy pokój gościnny mi odpowiada, wcale nie jest za mały). Kiedy starała się wyciągnąć od Katriny coś więcej, ta jedynie wzruszała ramionami i bez słowa wracała do kontemplowania rozległego zacieku majaczącego pod sufitem.

Atmosfera ogólnego napięcia wisiała w powietrzu jak mgła nad rozlewiskiem. Antoniusz coraz częściej zamykał się w jednym z pokoi z którymś z wyższych członków waszej organizacji pozarządowej, a kiedy wychodził, cienie pod jego oczami zdawały się jeszcze głębsze, a skronie jeszcze bardziej pomarszczone, jakby przez te kilka chwil nieobecności jego ciało postarzało się o parę lat.

Dni skreślanych sumiennie przez Lunę na wiszącym w kuchni, tuż obok lodówki, kalendarzu przybywało, a Harry nie raz i nie dwa uchwycił obserwujące go zza gęstego dymu spojrzenie Antoniusza, gdy pomiędzy jedną a drugą rozmową za zamknięciem czterech ścian siadał ze swoją fajką przy kuchennym stole, paląc dłużej i łapczywiej niż kiedykolwiek wcześniej.

— Chciałbym cię o coś prosić — przełamał się Harry, kiedy ranek pierwszego listopada przywitał go w kuchni, sączącego parującą, czarną kawę, obserwującego kłęby dymu ulatującego z fajki stojącego w otwartym oknie Antoniusza.

Mężczyzna wypuścił z płuc spore pokłady dymu, po czym odwrócił się i zatopił nieczytelne spojrzenie w skrobiącym paznokciem odprysk na uchu ściskanego w dłoniach kubka Harrym.

— Zastanawiałem się — odezwał się powoli młodszy mag, myśląc, że jeśli usłyszy odmowę, zakopie się pod kocem w jednym z pokoi posiadłości i nie wyjdzie stamtąd, póki nie wyciągną go z niego siłą — nad odwiedzeniem grobów rodziców. — Harry zaczerpnął głęboko powietrza i wyrzucił z siebie z zapartym tchem słowa wyjaśnienia: — Wiem, że w obecnej chwili to bardzo ryzykowne, szczególnie że Dolina Godryka nie jest zamieszkała jedynie przez czarodziejów, lecz także przez mugoli, ale dziś jest Wszystkich Świętych i tylko dlatego...

— Potter — przerwał mu ostrym tonem Antoniusz, wydychając dym z płuc i odsuwając z oczu siwe kosmyki. Starszy czarodziej przeszedł powoli przez pokój i zasiadł przy kuchennym stole niczym starożytny król zajmujący pozłacany tron mieniący się w słońcu na łagodnym podwyższeniu obitym czerwonym atłasem.

Harry spuścił wzrok, wiedząc, że odmowa zapiecze jak kwas wlany na skórę. Wzruszył ramionami i już zamierzał odejść, gdy słowa starszego wiekiem mężczyzny zatrzymały go w miejscu.

— Musimy omówić przebieg działań, które postanowiłem podjąć siedemnastego dnia tego miesiąca.

Harry wbił spojrzenie w okno, za którym na wysokiej koronie kasztanowca niewielki drozd wił finezyjnie, gałązka za gałązką, solidne gniazdo, skacząc zręcznie po grubej gałęzi. Czuł, że zbliżający się atak mugolskich wojsk, jest mu tak obojętny, jak fale uderzające o piaszczysty brzeg morza gdzieś po drugiej stronie globu.

— Usiądź, Potter — usłyszał zza pleców cichą prośbę Antoniusza i powstrzymując się od przeciągłego westchnienia, zacisnął mocniej dłonie wokół ciepłej szklanki pełnej kawy i ze zmęczeniem przecinającym jego młodą twarz jak gromy rozświetlające nocne niebo, zawrócił się, by osunąć się na krzesło obok wypalającego spokojnie swą fajkę mężczyzny.

Antoniusz odchylił się na krześle i spojrzał w sufit, zdając się głęboko nad czymś rozmyślać.

— Wysłałem do Hogwartu Mata Stewarda — powiedział bardziej do siebie niż do Harry'ego. Wyglądał tak, jakby zastanawiał się, czy wprowadzając w czyn swoje podejmowane w pośpiechu decyzje, nie spisuje kogoś na straty. — Poleciłem mu ostrzec Minerwę McGonagall przed zbliżającym się zagrożeniem. Pomyślałem, że mając więcej czasu, nauczyciele zdążą postawić silne bariery ochronne wokół szkoły i utrzymać je w chwili natarcia. Szesnastego listopada po zajęciach mają odesłać uczniów do rodzin i niezwłocznie przejść do umacniania tarcz w obrębie terenów Hogwartu. Potrzebuję cię do ściągnięcia do pomocy zaufanych autorów. Znajdź ich, poproś o pomoc, zgarnij ich tylu, ilu się da.

Młodszy mag przez moment przyglądał się poprzecinanej pajęczyną nierówności twarzy starszego człowieka.

— To może być trudne — odezwał się powoli Harry, marszcząc czoło. — Odkąd padły struktury ministerstwa ci, co mogli, skorzystali z możliwości podęcia współpracy z francuskim działem administracji państwowej. Większość z nich od dawna nie przebywa w obrębie granic naszego kraju.

Antoniusz zdawał się usłyszeć dokładnie to, czego się spodziewał. Uniósł sękatą dłoń do twarzy i rozmasował palcami prawą skroń.

— Musimy spróbować — odparł bez zapału, wyglądając, jak człowiek dręczony migreną. — Jeśli dojdzie do konfrontacji z mugolskim, elitarnym oddziałem wojska, nie poradzimy sobie sami. — Zaciągnął się głęboko fajką, jakby spodziewał się, że dym odegna z jego umysłu wszelkie troski; sękate palce zacisnęły się mocniej na jej gładkiej szyjce.

Harry przyglądał się, jak dym ulatuje powoli z jego ust.

— Rozumiem — zgodził się zielonooki, spuszczając wzrok na mrugającą do niego czernią powierzchnię własnej kawy. — Zobaczę, co da się zrobić.

Antoniusz zmarszczył czoło i podrapał się w zamyśleniu w tył głowy.

— Nasi ludzie skryją się na granicy Zakazanego Lasu — rzekł powoli, oddychając głębiej. — Ty i Malfoy zatrzymacie się tam wraz z nimi. Będziecie stamtąd patrolować okolicę i na bieżąco zawiadamiać innych, gdy tylko zdołacie zauważyć coś niepokojącego, w porządku, Potter?

Harry zastanawiał się, co wówczas będzie robił Severus Snape, o ile, oczywiście, wziął sobie do serca jego ostrzeżenie.

— Potter?

Zielonooki wykrzywił kwaśno wargi i ukrył się za gorącym naczyniem do połowy napełnionym kawą (ścianki kubka zaczęły parzyć go w opuszki palców).

— Zrozumiałem — odparł, skinąwszy Antoniuszowi głową i doszedł do wniosku, że najwyższa pora, aby ulotnić się do zajętej przez niego sypialni (od dymu ulatującego ze spalanej przez Antoniusza fajki zaczynała go boleć głowa). — Proszę się nie martwić — rzekł hardo, podnosząc się z miejsca — będę trzymał się wytycznych i nie wychylał swojego bohaterskiego nosa poza szeregi.

Harry zmierzwił włosy niedbałym ruchem dłoni, wylał resztkę przestygłej kawy do zlewu i ruszył pospiesznie w stronę wyjścia z kuchni, zastanawiając się, za jakie grzechy zasłużył sobie na uczestniczenie w wiecznej wojnie, która ani myśli ustąpić.

Ciche westchnienie uciekło z piersi Antoniusza, Harry usłyszał, jak nogi krzesła szurają po podłodze, gdy mężczyzna unosił się nad blatem kuchennego stołu.

— Jeszcze jedno, Potter — zawołał za nim mężczyzna, zanim ten zdołał ewakuować się na piętro. Harry zaklął siarczyście w myślach, przystanął na progu i nie kłopocząc się, aby odwrócić się w stronę mężczyzny, czekał na kolejne, krótkie, bezkompromisowe decyzje podjęte przez ich lidera. Najmniejsze polecenie nie padło na przestrzeń między nimi; Antoniusz, zamiast do niego, podszedł do blatu kuchennego i zabrał się za szykowanie sobie czarnej herbaty (odgłos szurających naczyń, gdy wygrzebywał z szafki swą ulubioną filiżankę, doprowadzał Harry'ego do szwedzkiej pasji).

— Niech ta mała Snape idzie z tobą do West Country — odezwał się nieoczekiwanie mężczyzna, z cichym jazgotem przestawiając w szafce nagromadzenie filiżanek. — Świeże powietrze dobrze jej zrobi. Już i tak włóczy się po domu jak cień, otwierając wszystkie okna, jakby jej było słabo.

Harry odwrócił się w stronę czarodzieja, a na jego twarzy, pierwszy raz od chwili przebudzenia się, rozkwitł prawdziwy, szeroki, promieniejący wdzięcznością uśmiech. Napięcie uleciało z młodszego ciała jak ostatnie tchnienie, a w oczach zabłąkały się iskry wesołości.

— Dziękuję — wyszeptał, dziwiąc się, jak wielka ulga zalała jego ciało wraz z tym krótkim, cichym słowem.

Antoniusz machnął niedbale dłonią i wskazał ruchem głowy na wyjście z kuchni; w kącikach jego warg tliło się rozbawienie.

— Uciekaj już, Potter, bo jeszcze się rozmyślę — sarknął starszy czarodziej, splatając ramiona na piersi i gdyby nie wesołe błyski jego jasnych oczu, można pomyśleć, że uchyla się ku prośbie młodego człowieka z kwaśnym niesmakiem.

Harry'emu nie trzeba było powtarzać tego dwa razy.


-VVV-


Harry zapukał do pokoju zajmowanego przez czarnooką dziewczynę i zastał ją siedzącą przy kominku, z głową opartą o twarde cegły, wpatrującą się bezmyślnie w sufit. Naprzeciw niej, na płaskim parapecie we wnęce okiennej siedziała, wsparta plecami o chłodną taflę szyby, jasnooka Luna, mówiąc coś rozmarzonym głosem, jakby była w trakcie sielankowej opowieści o młodych testralach (Harry nie był pewny, czy historie o magicznych zwierzętach, jakkolwiek niepodobnych do czarnych koni, były w tym wypadku wskazane - szczególnie gdy mowa o stworzeniach posiadających smoczy łeb, olbrzymie, błoniaste skrzydła, a tułów tak wychudzony przez postępy ewolucji, że przez czarną skórę przebijała się każda, najdrobniejsza kość).

Oczy Katriny powędrowały w stronę Harry'ego i przez moment zielonookiemu zdawało się, że dziewczyna wstanie z podłogi i podejdzie do niego, ale nie zrobiła tego. Kąciki jej ust drgnęły, a wargi wygięły się w nieznacznym uśmiechu - zupełnie jakby chciała nim powiedzieć: nie jestem tak otwartą księgą, jak zdajesz się sądzić.

Harry zbliżył się do dziewczyny i przykucnął przed nią na ziemi, jej czarnookie spojrzenie wwierciło się w jego źrenice; Katrina odgarnęła włosy z twarzy i przechyliła głowę w niemym pytaniu. Zielonooki obserwował, jak długi kosmyk włosów faluje lekko pod dyktando jej oddechu.

Słowa Luny zatrzymały się, ale cisza, która zapadła w pomieszczeniu wcale nie należała do nieprzyjemnych. Mężczyzna poprawił lekkim ruchem palców zsuwające mu się z nosa okulary i patrząc w głębokie, ciemne oczy Katriny zapytał:

— Poszłabyś ze mną do doliny Godryka? Na groby.

Jeśli pytanie, które zadał, było dla niej zaskoczeniem, nie okazała tego po sobie. Jej dłoń wyciągnęła się w stronę mężczyzny jakby w niemej prośbie o pomoc przy podnoszeniu się z ziemi. Harry wstał, po czym uchwycił delikatnie dłoń Katriny w swoją i łagodnie pociągnął dziewczynę do pionu.

— Mam to rozumieć jako tak? — zapytał Harry, śmiejąc się cicho pod nosem.

— Jeśli tylko Draco pójdzie z nami.

Gładki uśmiech spełzł z twarzy mężczyzny, zielone oczy na powrót utkwiły w czarnych. Jego dłoń puściła. Krok w tył - trochę jak w jakimś pokrętnym tańcu.

Draco nie jest idealnym kompanem do towarzystwa w podróżach ku ziemiom, na których przyszedłem na świat — przemknęło Harry'emu przez myśl. — Szczególnie gdy kryje się na nich piętno mojego utraconego dzieciństwa.

Harry uciekł wzrokiem i niemo pokręcił głową, po czym skierował się w stronę wyjścia.

— Wobec tego pójdę już — odrzekł Harry, a wszelki ślad zadowolenia rozmył się na jego twarzy, jak za sprawą lekkiej mżawki.

Odwrócił się z zamiarem odejścia, gdy drobna, chuda dłoń złapała go za nadgarstek.

— Dlaczego chciałeś, żebym to właśnie ja ci towarzyszyła? — zapytała cicho dziewczyna, zaciskając mocniej palce na jego skórze. — Dlaczego nie chcesz, abyśmy poszli we trójkę?

Harry wyrwał rękę z jej uścisku i przyciągnął dłoń do piersi, jakby jej skóra go sparzyła.

— Potrzebuję towarzystwa, nie eskorty, Katrino.

Katrina wydała z siebie szydercze prychnięcie i skrzyżowała ramiona na piersi.

— Sądzę, że boisz się przed nim pokazać, że posiadasz własne słabości. Sądzę, że nie chcesz, aby Draco zobaczył, gdzie tkwią twoje pięty Achillesowe — oznajmiła z całkowitą pewnością siebie, wydymając wargi i posyłając Harry'emu spojrzenie, które ten doskonale pamiętał z pięciu lat uczęszczania na Eliksiry do Snape'a.

Tym, czego nie potrafił zrozumieć, była powaga wypisana wyraźnie na jej młodej twarzy; czarne oczy nie połyskiwały krnąbrnie, jej palce nie bawiły się kosmykiem włosów z pełnym zadziorności grymasem. Otoczona owym kokonem ogłady znacznie bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej, przywodziła Harry'emu na myśl byłego Mistrza Eliksirów.

Brwi Katriny uniosły się wysoko na czoło, a kącik jej warg drgnął w sardonicznym grymasie.

— Nie ufasz Draconowi? — zapytała, unosząc podbródek; Harry miał nieodzowne wrażenie, że dziewczyna rzuca mu wyzwanie.

Uśmiechnął się chłodno i już chciał cisnąć w nią sarkazmem jak kubłem zimnej wody, gdy cichy, zrównoważony głos ubiegł jego zamiary.

— To nie Draconowi nie dowierza. Tylko sobie.

Spokój, z jakim zostały wypowiedziane te słowa, przyprawił Harry'ego o ból żołądka.

— Nie rozumiem — odparła Katrina, marszcząc nos jak nad wyjątkowo skomplikowanym egzaminem z numerologii.

Zielonooki posłał, machającej nogą z wnęki okiennej, Lunie ponure spojrzenie i zastanowił się, po co w ogóle wstąpił do tego pokoju; istna jaskinia dociekliwości, nie ma co — przemknęło mu przez myśl, zanim nie machnął na obie kobiety ręką i nie wycofał się żwawym krokiem z pomieszczenia, ignorując starające się go wstrzymać nawoływania młodej Snape.

Katrina dogoniła go, zanim jeszcze zdążył dotrzeć do schodów prowadzących na parter.

— Harry, poczekaj — zawołała za nim; jej głos przesiąknięty był zniecierpliwieniem, podeszwy jej miękkich kapci zaszurały o drewnianą podłogę. — Poczekaj!

Odwrócił się z takim rozmachem, że ciemnowłosa ledwo zdołała wyhamować, aby nie wpaść z rozpędu wprost w jego sylwetkę. Harry uniósł brwi w niejakim zniecierpliwieniu i spoglądając z góry na dziewczynę, ponaglił ją ruchem dłoni.

— Trochę mi się spieszy, wiesz? — rzekł głosem zabarwionym nutami cynizmu, lustrując przewiercającym spojrzeniem piętnastoletnią twarz. — Antoniusz nie będzie zachwycony, jeśli wrócę do kwatery po zmroku.

Katrina uniosła podbródek w niemym wyzwaniu; jakaś płomienna iskra, której nie widział w jej oczach, odkąd sprowadził ją do tej posiadłości, na powrót zatliła się w ziejących czernią źrenicach.

— Oczywiście, że poszłabym z tobą, Harry — wypowiedziała wyraźnie i dźwięcznie, przeczesując palcami brązowe, długie włosy, jakby były wstęgami bursztynowego aksamitu. — Jak zamierzamy się tam dostać?

Słowa dotarły do świadomości mężczyzny z lekkim opóźnieniem.

Harry jedynie cudem zdołał powstrzymać się od wymownego przewrócenia oczami; złapał upartą piętnastolatkę za rękę i bez słowa pociągnął ją w dół schodów (Katrina zachwiała się niebezpiecznie na krawędzi jednego ze stopni, jednak szybko złapała równowagę i pospieszyła za nim z kwaśnym grymasem przyoblekającym twarz jak korale); skierował się do wyjścia z budynku, w biegu dokonując transmutacji kapci dziewczyny na bardziej wyjściowe obuwie, i chwytając po drodze dwie, grube peleryny wiszące na samotnych wieszakach w starej, pachnącej naftaliną szafie, wypadł przez frontowe drzwi jak uosobienie rozdrażnienia, aby stamtąd pomknąć do najbliższego punktu deportacyjnego, znajdującego się kilka metrów dalej, w dolnych partiach ulicy, na wiejskim, rzadko uczęszczanym przez ludzi, skrzyżowaniu dwóch alej, przy którym piął się w stronę słońca wysoki, rozłożysty dąb.

Dziewczyna nie skomentowała napiętego stężenia, jakie zawładnęło mięśniami jego twarzy.

Kiedy znikali w szaleńczym wirze magii, w nozdrzach majaczył im błogi, kojący zapach bogato kwitnących wrzosów.


-VVV-


Minerwa McGonagall usiadła z gracją w dyrektorskim fotelu z porcelanową filiżanką wypełnioną po brzegi różaną herbatą i przyciągnęła ku sobie, stojący na granicy szerokiego biurka, turkusowy, nieduży talerz, na którym, rozsypane w nieładzie, leżały puszyste biszkopty. Od strony uchylonego okna docierały do niej rześkie podmuchy świeżego powietrza; dwa listopadowe liście przesuwały się z szelestem po zewnętrznym parapecie, tchnięte lekkim wiatrem przemykającym pomiędzy zamkowymi wieżami.

Rok szkolny w Hogwarcie rozpoczął się równo miesiąc temu i na korytarzach na powrót rozbrzmiewał codzienny zgiełk uczniowskiego życia. Minerwa nie potrafiła się doliczyć ile szlabanów z woźnym wlepiła w przeciągu ostatnich trzydziestu jeden dni - było ich stosunkowo zbyt wiele, ale co zrobić, gdy młodzież nie próżnowała. Co bardziej pomysłowe wybryki uczniów coraz częściej wprawiały ją w osłupienie (a sądziła, że po sześciu latach użerania się z bliźniakami Weasley żaden uczeń nie może już jej zaskoczyć). Kilka dni temu czwartoroczny Gryfon, Joel Roy, wyrzucił przez okno Wieży Zachodniej podręcznik od Zielarstwa swojego kolegi z ławki, a zapytany o powód, odparł, że badał drogą pomiarową prędkość wiatru, aby wiedzieć, czy nowo posadzone lewitujące drzewa nie odlecą z miejsca ich pierwotnego ustawienia. Parę dni później drugoroczny Puchon omal nie wysadził w powietrze sali ćwiczeniowej na Eliksirach - okazało się, że Horacy złapał go w ostatniej chwili na próbie dorzucenia do wrzącej bazy na eliksir kwasu pikrynowego, który wybucha w temperaturze trzystu stopni Celsjusza, a jego ciepło wybuchu wynosi nieco ponad cztey tysiące kilodżuli na kilogram. Delikwent dostał całoroczny szlaban polegający na cotygodniowym czyszczeniu łazienki na drugim piętrze, dodatkowo do napisania karny esej o właściwościach kwasu pikrynowego na cztery rolki pergaminu oraz minus sto pięćdziesiąt punktów od Hufflepuffu. Minerwa osobiście sądziła, że zważywszy na okoliczności była to zdecydowanie zbyt łagodna kara. Za głowę złapała się jednakowoż tego samego dnia wieczorem, gdy na skargę przyszła do niej Pomona Sprout z zamiarem pokazania jej pracy klasowej oddanej na zaliczenie przez szóstorocznego Ślizgona. Pod zapisanymi równo, piękną kaligrafią, ośmioma pytaniami testowymi, widniała adnotacja: Znam odpowiedzi na trzy z powyższych pytań, co daje mi w sumie 37,5% oraz ocenę niedostateczną, wobec czego nie widzę potrzeby bezcelowego produkowania się i marnowania swojego wolnego czasu, który mógłbym spożytkować na naukę bardziej wartościowych przedmiotów. Gorąco przepraszam i życzę miłego dnia. Z poważaniem, Carlise Fog.

Wobec powyższego, bez dwóch zdań, Minerwa miała już wszystkiego powyżej uszu, więc, zamiast zająć się, jak zawsze z początkiem roku, uzupełnianiem formalności i podpisywaniem dokumentów, wrzuciła zaległe papiery do biurkowej szuflady i rozsiadła się wygodnie z gorącym naparem ściskanym w dłoniach.

Kiedy rozległo się pukanie do drzwi, została jej niemalże połowa herbaty. Podniosła wzrok znad porcelanowego talerzyka i z trudem powstrzymała głębokie westchnienie, zastanawiając się poważnie, co tym razem zdążyli przeskrobać przekorni uczniowie.

— Zapraszam — powiedziała nie bez cienia wycieńczenia w głosie i z niebotycznym żalem odsunęła na bok talerz pełen biszkoptów, posyłając im tęskne spojrzenie zza swoich chudych okularów.

Do gabinetu dyrektorskiego wkroczył otyły mężczyzna, łypiący na Minerwę w taki sposób, jakby jego obecność tutaj była dla niego ogromną karą. Zamknął on za sobą drzwi, jak człowiek skazany na więzienie i odgarnął opuchniętymi palcami z czoła brunatną grzywkę.

— Witam, Minerwo — rzekł mężczyzna pełnym znudzenia głosem i wygiął wargi w cynicznym grymasie, splatając dłonie na swym uwydatnionym, piwnym brzuchu. — Nie patrz tak na mnie, zapewniam cię, że nie byłoby mnie tutaj, gdyby nie było to absolutnie konieczne.

McGonagall zmierzyła gościa surowo zza szkieł okularów i wstała, by sztywno przywitać się z nowoprzybyłym.

— Dzień dobry, Mat — rzekła, podchodząc stanowczym krokiem do mężczyzny, który wykrzywił się, choć zdawało się to niemożliwe, jeszcze bardziej, wyglądając nieco jak po połknięciu czegoś nad wyraz gorzkiego. Spoglądając mężczyźnie hardo prosto w oczy, Minerwa podała mu dłoń, na którą ten rzucił krótkie, niechętne spojrzenie, zanim podjął się jej uściśnięcia. — Antoniusz cię przysłał?

— Ah-ha — burknął potwierdzająco Mat Steward, rzucając szybkie spojrzenie biszkoptom leżącym na owalnym talerzyku na blacie biurka.

Minerwa westchnęła w duchu, zacisnęła usta w wąską kreskę i wskazała zapraszająco gestem dłoni, by mężczyzna zasiadł w fotelu dla gości.

Mężczyzna doczłapał do siedziska, jakby nakazano mu zasiąść na krześle elektrycznym i przez moment przyglądał się meblowi z taką nieufnością, jakby ten za moment miał przemienić się w gigantyczną rosiczkę. Powieka Minerwy drgnęła w niemej frustracji, jednak cierpliwie poczekała, aż Steward zdecyduje się usiąść po przeciwnej stronie jej biurka, zanim na powrót zajęła miejsce Albusa (wciąż nie potrafiła myśleć o nim, jak o swoim, to nigdy nie było jej siedzenie i szczerze powiedziawszy, o stokroć lepiej czuła się w swoich miękkich, wygodnych fotelach w dawnym gabinecie na korytarzu na pierwszym piętrze).

— Napijesz się czegoś? — zaproponowała, obserwując, jak Steward kręci się na swoim miejscu jak uczniak, który ma na sumieniu mało inteligentny wybryk.

Mężczyzna pokręcił przecząco głową, po czym przypomniał sobie, najwyraźniej, do czego służą struny głosowe.

— Nie, dziękuję.

Minerwa skinęła głową i splotła dłonie na blacie biurka.

— Jakie wieści? — zapytała krótko, nie mając najmniejszej ochoty na grzecznościowe pogaduszki.

Czarodziej podrapał się po skroni, zerknął raz jeszcze w stronę leżących nieopodal biszkoptów i odchrząknął chrapliwie.

— Potter i Malfoy wykradli z mugolskiej bazy serię zapieczętowanych dokumentów — odezwał się, zezując krzywo na własne paznokcie poobgryzane do cna.

— I...? — ponagliła Minerwa, przyglądając mu się znacząco znad splecionych dłoni.

Steward wzruszył ramionami i zaczął obgryzać skórkę dolnej wargi, zdając się zastanawiać nad dalszym ciągiem własnej wypowiedzi. Minerwa pozwoliła, by pytanie zawisło między nimi; ani myślała na siłę wyciągać od tego człowieka informacje, które powinny zostać jej przekazane bez najmniejszego zająknięcia. Wreszcie mężczyzna wypuścił z płuc powietrze ziejące nikotyną, poklepał się po piwnym brzuchu i spojrzał w zielone oczy starszej kobiety.

— I po przejrzeniu ich zawartości, Antoniusz doszedł do wniosku, że o godzinie siedemnastej, siedemnastego listopada mugolskie wojsko zwróci się przeciw Hogwartowi. Nie wiem, jak trzy cyfry zapisane na jakimś świstku czegoś podobnego do pergaminu, powiedziały mu, że tak się stanie, ale skoro Antoniusz tak twierdzi, to tak pewnie musi być.

Minerwa zastygła w bezruchu w trakcie sięgania po filiżankę. Jej gardło zacisnęło się boleśnie, na wspomnienie ostatniego ataku, jaki miał miejsce na szkołę - wciąż śniły jej się przebłyski z bitwy, do której doszło drugiego maja tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego ósmego, wciąż tak samo brutalne, za każdym razem nie mniej szczegółowe (czerwień krwi, migawki padających sylwetek, rozbłyski zieleni na okiennym szkle; Harry, jego nieruchome, bezwładne ciało w objęciach łkającego Hagrida i ledwo zarejestrowany krzyk, który wstrząsnął posadami, jedna chwila, dwie i zrozumienie, że rzewny lament dobiega z jej własnych strun głosowych, ogień, ogień, płonący zamek... - stop). Oddech, uspokój się, na Morganę; ręka sięgająca po ucho filiżanki nie zadrżała ani o jotę.

Steward skupił swoją uwagę na skubaniu skórek przy krzywych paznokciach.

— Potter ma obstawić tereny szkoły aurorami z Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Antoniusz podeśle wam kilka wykwalifikowanych bojowników. Prosił mnie, abym zapewnił, że zamek pozostanie bezpieczny... jednak tak na wypadek, gdyby coś poszło nie tak, co jest nie do pomyślenia, oczywiście...

— Mat, proszę cię, do rzeczy — przerwała ze zniecierpliwieniem Minerwa, starając się nie okazywać własnego napięcia, które tchnęło jej ciało jak paraliż.

Steward skrzywił się i odwrócił wzrok do ściany.

— Chodzi o to, żeby na czas przypuszczanego ataku, ewakuować uczniów ze szkoły.

Minerwa przez długi moment wpatrywała się w wykrzywioną twarz mężczyzny, czując, jak własne serce podchodzi jej na wysokość gardła - przeżyła już jedną wojnę i nie miała pewności, czy ma w sobie wystarczająco wiele siły, aby wytrwać kolejną. Ciężka, napięta cisza zapadła w gabinecie jakby zewsząd zalany on został dusznym powietrzem. Minerwa, czując na swoim karku spojrzenia byłych dyrektorów, zaczęła się zastanawiać, czy za moment nie ugnie się pod ich ciężarem jak kukła stworzona ze strzępów materiałów.

— Ewakuować uczniów — powtórzyła drętwo, mając wrażenie, że topi się w powietrzu. — Steward — powiedziała na wydechu i zdjęła okulary, by rozmasować nasadę nosa — czy ty rozumiesz, że mowa tu o tysiącach studentów, o tysiącach młodych ludzi, na wskroś przepełnionych hormonami, którzy z całą pewnością nie będą skorzy do współpracy?

Od strony mężczyzny dobiegło szuranie, jakby ciągnął gorliwie podeszwą po posadce.

— Nie ja to wymyśliłem — odparł jak gdyby nigdy nic gburowatym tonem, na który Minerwa stężała, zaciskając zęby z siłą mugolskiego mechanizmu stworzonego z kół zębatych.

Zaczerpnęła przez usta szerokie masy powietrza, czując się jak pusta lalka z dmuchanej porcelany. Odjęła rękę od twarzy i spojrzała spod oka na kręcącego się niespokojnie w fotelu dla gości mężczyznę. Steward, który najwyraźniej dopiero co przyglądał się jej twarzy ukrytej w dłoniach, pospiesznie odwrócił wzrok, wlepiając spojrzenie w wysokie okiennice, za którymi, na wąskim parapecie, przysiadła niebieskooka, długa ważka.

Minerwa odetchnęła powoli, starając się to zatuszować na tyle, w jakim stopniu była w stanie, po czym nachyliła się nad blatem, ogniskując ostre spojrzenie na różowawej, pulchnej twarzy mężczyzny.

— Zawiadomiliście Severusa? — zapytała powoli, uważnie obserwując reakcję swojego gościa.

Steward zareagował, jak mogła się tego spodziewać, gorącym oburzeniem; zapowietrzył się i wlepił w kobietę lekko przekrwione oczy.

— Naczelnika? — rozdziawił gębę, jakby Minerwa wygłaszała przed nim abstrakcyjne farmazony. — Nie, Merlinie, za kogo ty nas masz, Minerwo? Nie jesteśmy w kole kolaboracyjnym tylko w konspiracji.

Kobieta zmrużyła zielone oczy, przeszywając mężczyznę spojrzeniem, jakby karciła burzącego się ucznia.

— Severus powinien otrzymać informację o takowej, planowanej działalności wojsk mugolskich — rzekła suchym tonem, powodując, że mężczyzna drgnął niespokojnie i zaczął dyszeć niczym mops - ni to z oburzenia, ni z histerii.

— To niepoważne — wysapał, ciągnąc w geście ślepego sprzeciwu swą brunatną grzywkę.

— To jak najbardziej wskazane, zważywszy na okoliczności — nie zgodziła się Minerwa, myśląc, że jeśli chora ambicja i zbyt wielka duma nie pozwala Antoniuszowi zawiadomić Severusa, osobiście dopilnuje, by został on zaznajomiony z ich podejrzeniami.

— Nie rozumiesz.

Minerwa poczuła, jak chłód wkrada się w jej żyły niczym rozprzestrzeniająca się siateczka lodu przykrywająca marznące na grudniowym wietrze jezioro. Spojrzała z surowością na nerwowo zasysającego dolną wargę mężczyznę i odezwała się twardo:

— Jeśli sądzisz, Mat, że nie orientuję się w sytuacji politycznej naszego kraju, to jesteś w kolosalnym błędzie. Jednakże informacja, z którą do mnie przychodzisz, jest zbyt wielkiej wagi, byśmy mieli prawo zachować ją jedynie dla siebie. Tak się składa, że Severus ma największy przywilej z nas wszystkich, by wiedzieć o tym prognozowanym ataku, w szczególności, gdy stawką jest Hogwart.

Steward zaśmiał się nerwowo, wprawiając Minerwę w stan głębokiej irytacji.

— To dyktator, na brodę Merlina! Ma się za cholerną wyrocznię i narzuca innym własne poglądy, przez co wolność słowa powoli zaczyna wymierać. Niebawem demos kratos przejdzie do historii, a my powrócimy do epoki kamienia łupanego.

— To bohater wojenny, dwa razy przemyśli strategię działania, zanim ostatecznie podejmie jakąkolwiek decyzję.

— Mam dość — zawołał Steward, zrywając się z miejsca i rzucając się w stronę wyjścia, jakby w gabinecie się paliło. — Jeśli jesteś tak bardzo zaślepiona, Minerwo, to jest mi z tego powodu niezmiernie przykro. — Mężczyzna chwycił za klamkę i szarpnął w swoją stronę z taką werwą, że Minerwa przez chwilę miała wrażenie, że zwyczajnie wyrwie ją z uchwytu. — Czuj się ostrzeżona.

Drzwi trzasnęły, meble zatrzęsły się, jakby lada moment miały runąć; Minerwa siedziała zastygła w dyrektorskim fotelu, patrząc w osłupieniu w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą kręcił się mężczyzna. Czarownica zacisnęła wargi w cienką linię i czując się jak istny kłębek nerwów, przetarła skronie opuszkami palców.

Doskonale wiedziała, że Antoniusz nie odpuści. Nie da za wygraną również Severus - jest na to zbyt dumny, zbyt zachłanny, ma w sobie zbyt wielką motywację, aby wybić się nad horyzonty - niegdyś zredukowany do funkcji pospolitego sługi, uczyni wszystko, aby zajść na szczyty, na których jego noga nigdy wcześniej nie postała. To absurdalnie śmieszne — pomyślała Minerwa — że to właśnie Harry, który osiągnął w życiu tak wiele, Harry, który ma w sobie ogromną potęgę magiczną, Harry, który poskromił największego czarnoksiężnika epoki, zdaje się rozumieć, że wszyscy na świecie panami być nie mogą.


-VVV-


Wylądowali na przestronnym placu, którego podłoże przykryte było pierzyną listopadowych liści. Złociste słońce padało spomiędzy białawych obłoków, rozlewając się ospale pod ich nogami.

Ramię Katriny wślizgnęło się pod łokieć Harry'ego, który zajęty był lustrowaniem wnikliwym spojrzeniem grupki dzieciaków, które czatowały przy drzwiach przydrożnej cukierni jak kudłate czteronogi czające się pod jadalnianym stołem w nadziei, że spadnie z niego kilka okruchów.

Ruszyli wzdłuż rzędów lokalnych sklepików mieszczących się w dziewiętnastowiecznych budynkach wybudowanych w stylu neogotyckim. Pod ich podeszwami szeleścił dywan dębowych liści, mieniących się w słonecznych promieniach odcieniami brązu, żółci i czerwieni. Pod rozłożystą koroną dębu, na której gałęziach wiatr muskał łagodnie ostałe, złote liście, na szerokiej ławce siedział opatulony w wełniany płaszcz, starszy jegomość, pogrążony w lekturze jakiejś książki leniwie opartej na kolanach.

Stary budynek trzynastowiecznego kościoła rzucał długi cień na rozwidlenie ulic. Wieża dzwonnicza górowała nad okolicą jak bocianie gniazdo umiejscowione w górnej części grotmasztu okrętu. Harry poprowadził Katrinę wzdłuż bocznej ściany wzniesionej z kamienia, ścieżką biegnącą pod niewielkimi oknami, od których odbijało się światło słoneczne. Dziewczyna wyciągnęła rękę i przeciągnęła palcami po szarym bloku skalnym; na jej opuszkach wezbrał zebrany z muru pył.

— Pięknie tutaj — westchnęła Katrina; na ustach Harry'ego zamajaczył blady uśmiech, gdy jego spojrzenie zatrzymało się na jej lśniących oczach utkwionych w jasnej płachcie różnorodnych liści obsiewających plac ciągnący się obok kościoła jak kosmos wyobrażeń.

Labirynt nagrobków na cmentarzu Świętego Hieronima rozpościerał się przed nimi jak wielki ogród wzniesiony z marmuru. Harry poczuł, jak dłoń dziewczyny ześlizguje się na jego własną, delikatny, acz pewny uścisk palców zacisnął się wokół jego knykci.

Zielonooki odetchnął głęboko, starając się uspokoić szalejące w piersi serce.

Pamiętał dzień, w którym był tutaj ostatnim razem. Wówczas to Hermiona stała na miejscu Katriny i to ona prowadziła go z niezachwianym zdecydowaniem poprzez morze nagrobków, w poszukiwaniu tego jedynego, w którym spoczywało jego serce.

Sądził, że nie odnajdzie miejsca spoczynku rodziców z dziecinną prostotą, sądził, że nie będzie pamiętał drogi, jaka dzieli żelazną furtkę od marmurowego nagrobka - ale ścieżka wyryta była w jego pamięci, jakby podążał za nitką od kłębka; trafiłby tu we mgle, trafiłby tu, choćby wydłubali mu oczy - stopy same odnalazły własne ślady sprzed lat odciśnięte pomiędzy korzeniami rozłożystych drzew, widniejące pomiędzy sąsiednimi grobami wykutymi z kamienia. Odbił nieznacznie na prawą stronę cmentarza, pociągając Katrinę za rękę. Jej palce były chłodne, Harry szczelniej oplótł jej dłoń swoją własną, jakby pragnął oddać jej skórze trochę ciepła. Na gałęzi pobliskiego drzewa siedziała brunatna zięba, odśpiewująca dźwięczne trele; kiedy zbliżyli się do miejsca jej przesiadywania, nastroszyła piórka i wzbiła się w powietrze z cichym ćwierkiem wypływającym spomiędzy niewielkiego, grubego, szarawego dzioba.

Zielonooki przestąpił nad grubym, dębowym pniem i podszedł do jednego z grobów wzniesionego z białego marmuru. Mężczyzna zawiesił wzrok na znajomym epitafium wyrytym w jasnej płycie.

Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie pokonany.

Tu, w tym miejscu, głęboko pod ziemią na zawsze spoczywać będą kości jego matki i ojca - na zawsze młodych, na zawsze zatrzymanych w czasie.

Harry uklęknął przed płytą nagrobną i rozpiął górne guziki peleryny, aby sięgnąć po skrytą w wewnętrznej kieszeni różdżkę. Poczuł, jak palce Katriny wplotły się w jego włosy rozwiane w nieładzie; opuszek jej kciuka zataczał niewielkie koła po skórze jego głowy, jakby Harry był człowiekiem przepełnionym goryczą, którego należy pokrzepić, któremu należy ofiarować nieco siły, choćby samą obecnością u jego boku. Harry przełknął piekącą gulę w gardle i płynnymi pociągnięciami różdżki na połach wiatru wyczarował bukiet blado różowawych chryzantem.

Kiedy uniósł wzrok na Katrinę, ujrzał, że jej brzoskwiniowa twarz lśni od płynących w dół policzków łez. Uśmiechnął się do niej, a ta odetchnęła głębiej i schyliła się ku jego twarzy. Jej czerwone jak krew usta spoczęły na jego policzku z delikatnością różanych płatków.

— Podziwiam twoją siłę, Harry — wyszeptała, oddychając chwiejnie i oddała blady uśmiech z delikatnością motyla (jakby zielonooki był porcelaną, jakby zbyt gwałtowny ruch mógł spowodować, że pęknie jak szklana kula upuszczona z wysokości).

Zielonooki podniósł się powoli z ziemi i wyciągnął dłoń ku jej twarzy, aby zetrzeć z bladych policzków ślady gorących łez.

— Nie żałuj umarłych, Katrino — powiedział, zaciskając lekko palce na jej drobnej dłoni. — Żałuj żywych, a szczególnie tych, którzy żyją bez miłości*.


-VVV-


Taka już była, nasza młoda Katrina, otwarta na świat, który nie zna litości, podatna na krzywdę, która wszędzie odciska swoje piętno. Nienawidziła niesprawiedliwości równie mocno co żyć uciętych przedwcześnie, patrzyła na świat, nie wiedząc, dlaczego ludzie krzywdzą, dlaczego zabijają, dlaczego są wojny i śmierci głodowe. Wierzyła w wartość, którą ma każdy człowiek, wierzyła, że życie to dar, którego nie można zmarnować.

Jednak ponad to wszystko, ponad nadzieję na jasną przyszłość świata, wznosiła uczucie miłości - potrafiła kochać bezgranicznie, kochać najmocniej na świecie.


*J.K. Rowling „Harry Potter i Insygnia Śmierci"