Uwaga odautorska:
Przyznam szczerze, że produkowanie się do klawiatury mnie nie zachwyca. Być może nie zwróciłabym większej uwagi na brak odzewu na to opowiadanie, gdyby nie pewien drobny fakt. Tak się niefortunnie składa, że mam doskonały wgląd w statystyki tego opowiadania, wobec czego doskonale zdaję sobie sprawę z tego, jak wiele osób go czyta. Kieruję więc do tych osób gorącą prośbę o poświęcenie kilka chwil na napisanie komentarza, żebym mogła dowiedzieć się, co w tej historii Wam się podoba, co Wam się nie podoba, co myślicie o moich bohaterach i całej sytuacji, którą opisuję, być może: co powinnam poprawić. Nie dostając od Was żadnego słowa, powoli zaczynam tracić chęci do kontynuowania tego opowiadania - wena płynie z motywacji.
Po tym jakże optymistycznym wstępie zapraszam do czytania rozdziału piętnastego.
.
Rozdział 15
Żal mi okazji, które zmarnowałem
.
Siedemnasty listopada był pamiętnym dniem dla nas wszystkich. Na magiczną Anglię spadła lekka mżawka, czyniąc krajobraz lekko nierzeczywistym, zdającym się niczym wyjęty żywcem ze scenerii urojeń sennych. W powietrzu unosiło się napięcie mieszające się z intensywnym zapachem przemokłej roślinności. Chłód kropel wody wdzierał się za kaptury, wsiąkając w kosmyki włosów, spływał kaskadami po źle osłoniętych policzkach. Chociaż zdawało się nam, że jesteśmy w pełni przygotowani na konfrontację, która miała nadejść, wyraźnie wyczuwalna była, kumulująca się pomiędzy członkami naszej skromnej organizacji, przytłaczająca nerwowość, która rosła stopniowo z każdą uciekającą godziną.
To były jedne z najdłuższych godzin mojego życia, czas wlókł się, jakby lada chwila zamierzał przystanąć, wskazówki kieszonkowego zegarka Dracona przesuwały się tak mozolnie, że ten nienaturalny zastój zdawał się odbierać siły. Wieczorne cienie nagich gałęzi przemykały płynnie po leśnej ściółce, nie raz i nie dwa przyprawiając któregoś z nas o gwałtowne palpitacje serca - im gęstsza ciemność zapadała wokół, tym narastały obawy co do niegościnnego nastawienia zwierząt grasujących w Zakazanym Lesie. Ponadto wizja nadchodzącego starcia nieuchronnie stawała się coraz ostrzejsza, coraz wyraźniejsza, wszczepiając w zaniepokojone umysły obrazy wycięte żywcem z mugolskich filmów katastroficznych.
Najgorsza i najcięższa do przetrwania była miażdżąca serca niepewność - nikt nie potrafił powiedzieć, czego powinniśmy się spodziewać. Trwaliśmy więc w oblepiającym nas chłodzie nieruchomi jak posągi, lustrując okolicę niczym drapieżniki wypatrujące stada nieświadomych ich obecności roślinożerców, każdy z nas życząc sobie, aby znajdować się w całkowicie innym miejscu, w całkowicie innym czasie.
-VVV-
Chatka Hagrida stająca samotnie pośród szalejącego wokoło wiatru zdawała się krucha i chwiejna jak zamki wznoszone z piasku na nadmorskiej plaży. Silne podmuchy prześlizgiwały się poprzez szczeliny w oknach, wydając z siebie ostre, wysokie gwizdy, od których dreszcze przebiegały wzdłuż kręgosłupa.
Harry, oparty plecami o szorstki pień wysokiego świerka, którego wierzchołek ginął w gęstej mgle majaczącej ponad ich głowami, obserwował spod wpół przymkniętych powiek Amelię Biel, która skostniałymi z chłodu rękoma, pocierała energicznie własne ramiona poprzez grubą, czarną pelerynę, w próbie nieudolnego rozgrzania przemarzniętego ciała. Zielonooki czuł, jak mżawka wsiąka w jego grubą, sięgającą kostek pelerynę, czyniąc ją jeszcze cięższą, niż na co dzień, klejącą się do ramion jak naelektryzowane włosy.
Amelia zwróciła głowę w stronę Harry'ego i złapała jego zielonookie spojrzenie. Mętny uśmiech zagościł na twarzy mężczyzny; odgarnął z czoła przemokłe, czarne kosmyki lepiące się do skóry i westchnął ciężko.
— O której ma nastąpić ten atak? — zapytała, chyba już po raz piąty, Amelia, zanim zaczęła chuchać intensywnie na palce u rąk, których paznokcie pokryte były z dokładnością rzucającym się w oczy, pomarańczowym lakierem.
— O siedemnastej — odparł za Harry'ego Draco, który zaprzestał właśnie wykopywania niewielkiego dołka czubkiem buta i splótł ręce na piersi, rzucając kobiecie pełne znudzenia spojrzenie. — Ile razy jeszcze o to zapytasz?
Kobieta zmrużyła oczy i zerknęła w stronę Draco z jawną niechęcią, jednak pozostawiła jego zaczepne słowa bez komentarza. Uniosła dumnie podbródek i ostentacyjnie wpiła spojrzenie w błyszczącą purpurą liści oraz szkarłatem owoców przywodzących na myśl korale kalinę.
— Nie ma co się obrażać, kobieto — burknął szarooki, wykrzywiając kwaśno wargi — tylko należy słuchać, co się do ciebie mówi.
Harry przyglądał się z rezerwą, jak Amelia przewraca wymownie oczami i wraca do chaotycznego pocierania zziębniętych ramion.
Liście pobliskich drzew zaszumiały na coraz silniejszym wietrze; mężczyźnie przemknęło przez myśl, że lada moment nabawi się jakiejś przedziwnej fobii. Raz, w rozległej, podziemnej bibliotece ministerstwa, w czasach, kiedy jeszcze przygotowywał się do swojego kursu aurorskiego, natrafił na potężną księgę zajmującą niemal trzy miejsca standardowej wielkości pozycji na lekko zakurzonej półce. Kiedy jego wzrok padł na tytuł (Gorzki lęk paraliżujący zdrowy rozsądek? Być może to już fobia? Znajdź nazwę swojej fobii i sprawdź jej najczęstsze objawy) tchnęło go przeczucie, że, w gruncie rzeczy, biegły auror powinien mieć świadomość własnych lęków, więc owładnięty ciekawością wygrzebał gruby wolumin spomiędzy innych. Starł rękawem kurz z okładki i szukając jakiegoś miejsca siedzącego, zabrał się za jego wertowanie. To właśnie w nim wyczytał skomplikowaną nazwę: „niktohylofobia", która okazała się lękiem przed gęstymi obszarami leśnymi bądź przed znajdowaniem się w lesie w środku nocy. Pamiętał, że pomyślał wówczas, że jeśli coś takiego naprawdę istnieje, cierpi na to ponad połowa studentów Hogwartu - co poradzić, gdy po przybyciu do szkoły magii na swój pierwszy rok nauki, jedną z bazowych informacji, jakie otrzymują świeżo upieczeni podopieczni czterech opiekunów domów, jest: „Wstęp do Zakazanego Lasu absolutnie wzbroniony. Różnorodność magicznych stworzeń, jakie się tam znajdują, jest niepoliczalna i jeśli traficie na jeden z gatunków niebezpiecznych, to biada wam, uczniowie".
Zielonooki po raz kolejny tego wieczora westchnął przeciągle i zwrócił się do Dracona:
— Przejdźmy się na zwiady za dom Hagrida i dalej, w stronę jeziora. Jeśli okolica nadal będzie spokojna, wrócimy tutaj.
Draco wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć, że jest mu obojętne, czy będzie nadal stał jak kat nad dobrą duszą pośród ich nielicznej, pięcioosobowej świty zajmującej pozycję na granicy drzew nieopodal chatki gajowego, czy sprawdzi sytuację u kilku rozrzuconych po granicznych terenach szkoły aurorów, którzy pozwolili Harry'emu ściągnąć się na miejsce głównie przez wzgląd na kilka zobowiązań moralnych, które mieli wobec niego jako niegdysiejszego szefa biura.
Zielonooki odepchnął się od pnia drzewa i oplatając się szczelniej peleryną, skinął na Draco dłonią, wskazując mu, aby za nim podążył. Teren był nierówny i co chwila musieli uważać, żeby nie poślizgnąć się na przemokłym korzeniu albo nie wpaść do niesymetrycznego dołu w ziemi.
— Już nie pamiętam, kiedy nie było wojny — zagaił ponuro jasnowłosy mężczyzna, sięgając do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyjmując z niej, ku ogromnej konsternacji Harry'ego, paczkę papierosów. — Odeszła jedna, to przyszła kolejna, zupełnie, jakby były falami morskimi, nie uważasz?
Harry zgadzał się z Malfoyem w stu procentach, jednakże w obecnej chwili był zbyt zajęty odszukaniem w pamięci momentu, w którym to idący obok niego mężczyzna widziany był z papierosem w ręku, aby przeznaczyć chwilę na przyznanie tego głośno. Zielone oczy uniosły się na szare, a brwi Zbawcy Ode Złego podjechały wysoko na czoło.
— Czy to nie jest przez przypadek moje, Draco? — prychnął, rzucając znaczące spojrzenie niewielkiej paczce, którą Malfoy obracał powoli między palcami.
Szarooki wzruszył ramionami i wyciągnął z opakowania cienkiego papierosa.
— Patrząc na to, że wygrzebałem to z kieszeni twoich spodni? Tak, pewnie są twoje — oznajmił bez cienia żalu; Harry zastanawiał się, czego innego spodziewał się po Malfoyu. — Kiedy je znalazłem, momentalnie uznałem cię za skąpca, dochodząc do wniosku, że jeśli ich sobie nie wezmę bez twojej wiedzy, to w życiu mnie nie poczęstujesz.
Harry wykrzywił wargi w kwaśnym grymasie i zabrał paczkę z rąk Dacona, sięgając po papierosa.
— Nie poczęstowałem cię nie dlatego, że stronię od dzielenia się z innymi — sprostował Harry — tylko dlatego, że sądziłem, że ktoś taki jak ty będzie miał znikome pojęcie o czymś tak trywialnym, jak mugolski tytoń owinięty w tanią bibułę.
Malfoy prychnął w zdegustowaniu, nadeptując na dłuższą gałązkę, która z trzaskiem przełamała się pod jego podeszwą.
— Czasami dobrze jest mieć w zanadrzu kilka rzeczy, którymi byłbym w stanie cię zaskoczyć — rzucił jakby od niechcenia i wetknął papierosa między wargi.
Harry powstrzymał chęć przewrócenia oczami i podstawił różdżkę pod jego końcówkę, wskrzeszając nią niewielki płomień.
Szarooki mężczyzna zaciągnął się głęboko, by po chwili wyciągnąć z buzi napoczętego papierosa i wypuścić powoli dym z płuc; przechylił głowę w niejakim zamyśleniu, przyglądając się twarzy Harry'ego w sposób, który ten określiłby „dziwnym", gdyby miał do tego użyć tylko jednego słowa.
— Myślisz, że gdzieś w pobliżu jest Snape? — zapytał powoli Draco, marszcząc w skupieniu brwi.
Drugi mężczyzna wetknął końcówkę swojego papierosa do ust i przypalił go wątłym języczkiem ognia.
Wyszli na wolną przestrzeń, nakładając na siebie Zaklęcie Kameleona, nie zważając na dwie stróżki dymu, ledwo widoczne pośród gęstej mżawki.
Harry wypuścił dym z płuc i skupił wzrok na żarzącym się tytoniu.
— Merlin jeden go wie — odparł, wzruszając ramionami. — Ten mężczyzna to chodzący geniusz intelektualny. Nawet gdyby był w pobliżu, zadbałby o to, byśmy dowiedzieli się o tym ostatni.
Draco zerknął na niego spod ściągniętych brwi.
— Zaiste — mruknął nieustępliwie — ale co ty podejrzewasz, Harry?
Mężczyzna pokręcił głową, jednocześnie palcami ścierając z twarzy wilgoć, którą pozostawiała na skórze chłodna mżawka.
— Nie wiem, Draco — odrzekł cicho. — Naprawdę nie wiem.
-VVV-
Luna przysiadła się do milczącego Antoniusza, który przez ostatnie pół godziny zajmował przetartą sofę kwatery, z napięciem odznaczającym się na jego wątłych mięśniach wyczekując na jakiekolwiek wieści z Hogwartu. Dochodziło wpół do piątej, co nie omieszkał obwieścić im ścienny zegar ze starą kukułką dyndającą na zaśniedziałej sprężynie. Luna wyciągnęła rękę i z delikatnością chwyciła dłoń starszego mężczyzny. Antoniusz spojrzał na nią swoimi jasnymi oczyma, na których dnie czaił się głęboki niepokój.
— Jeszcze za wcześnie na informacje od Harry'ego — przypomniała łagodnie, zaciskając lekko palce na jego dłoni. — Jestem przekonana, że gdy tylko któryś z nich coś zaobserwuje, Harry niezwłocznie cię zawiadomi, Antoniuszu.
Starszy czarodziej skinął sztywno głową i wyjął z kieszeni swoją fajkę. Kilkakrotnie obrócił ją w dłoni i nie spoglądając nawet w jej stronę, schował na powrót do kieszeni, jakby była talizmanem mającym przynieść szczęście.
Luna przyglądała się dłuższą chwilę głębokim zmarszczkom wieńczącym jego twarz. Zdawał się raz jeszcze powtarzać w myślach wszystkie szczegóły dzisiejszego planu, jakby szukał w nim mankamentów, jakby szukał słabych stron, zastanawiając się, czy znalazłby się jeszcze czas na to, aby je wypełnić, w każdą, pozostałą szczelinę wcisnąć piankę izolacyjną jakiegoś niuansu.
Dziewczyna pokręciła głową, po czym wstała i niechętnie puściła dłoń mężczyzny.
— Zaparzę ci mięty — zdecydowała. — Albo nawet melisy, jeżeli nasze kuchenne szafki ją oferują.
Antoniusz, ku ogromnej uciesze Luny, wreszcie przestał wpatrywać się w niebyt i rzucił jasnowłosej nasiąknięte ironią spojrzenie.
— Nie bądź głupia — syknął z niejaką urazą w głosie. — Nie jestem paranoikiem.
Luna wygięła wargi w lekkim uśmiechu.
— To, że melisa łagodzi stany zdenerwowania, nie znaczy od razu, że jest przeznaczona dla paranoików — odparła najspokojniej w świecie kobieta, bez ociągania kierując się ku wyjściu z salonu. — Sama często ją piję dla poprawy nastroju.
Antoniusz odburknął coś pod nosem, gdy czarownica zniknęła za drzwiami salonu, na co, wbrew wszelakiej logice, pełen rozbawienia uśmiech wkradł się na jej twarz jak zabłąkany promień słońca.
-VVV-
Harry wyrzucił niedopałek na leśną ściółkę i przygniótł dokładnie podeszwą. Szalejący wokoło wiatr potargał mu włosy, przez co obecnie prezentował się dosyć komicznie, sprawiając wrażenie kogoś, na czyjej głowie złodziejska sroka uwiła sobie gniazdo.
— Wyglądasz, jakby cię piorun trzasnął, szefie — odezwał się tęgi mężczyzna, siedzący na śliskim, niedużym głazie, podpierający się łokciem o kolano.
Zielonooki obrzucił mężczyznę świdrującym spojrzeniem, po czym uśmiechnął się uprzejmie w odpowiedzi na przytyk aurora.
— Szkoda, że nie możesz zobaczyć siebie, Anderson — gładko odbił piłeczkę Harry. — Ja przynajmniej nie upodobniłem się jeszcze do zmokłej kury.
Kącik ust Dracona podjechał wyżej, układając jego wargi w szyderczym grymasie, jednak mężczyzna szybko schylił głowę, ukrywając tym samym wyraz swojej twarzy.
Auror skrzywił się jak po połknięciu cytryny i wstał z zajmowanego głazu.
— Punkt dla ciebie, szefie — rzekł, zakładając ręce na piersi. — Czym mogę służyć?
Harry spojrzał w twarz wyższego od niego o głowę człowieka.
— Zapewnieniem, że wszyscy czarodzieje przydzieleni z wydziału kryminalnego zajmują pozycję i zachowują wzmożoną czujność — powiedział, świdrując mężczyznę wnikliwym wzrokiem.
Tęgi osobnik zasalutował jak w mugolskim wojsku.
— Ma się rozumieć, szefie — odparł z pewnością siebie, która przyprawiła Harry'ego o irytację.
Zielonooki posłał mu nieszczery uśmiech i uniósł w udawanym zaskoczeniu brwi.
— Doprawdy? — doskonale zagrał zdziwienie szef biura aurorów, spoglądając w paciorkowate oczy mężczyzny. — Właśnie dlatego wylegujesz się na tym głazie z taką beztroską, jakby wokoło toczyło się ospale sielankowe życie?
Mężczyzna struchlał i stracił uprzednią pewność siebie, jego ramiona opadły nieznacznie. Rozłożył ręce w geście, wydawałoby się, całkowitej bezsilności i spuścił głowę jakby w niemej skrusze.
— Do roboty, Anderson, masz patrolować teren przyległy do szkoły i nie spuszczać z niego wzroku, choćbyś przez kolejną godzinę miał gapić się na ziejące pustką, garbate pagórki i mokrą trawę, rozumiemy się? — zażądał Harry tonem, który idealnie doszlifował od momentu zajęcia stanowiska szefa - absolutnie niepozostawiającym przestrzeni na dalsze dyskusje.
— Tak jest, szefie! — zasalutował Anderson, nareszcie sięgając po różdżkę i podchodząc do krawędzi drzew; zdawał się wziąć sobie do serca nakaz Harry'ego (bądź zwyczajnie nie zamierzał tracić pracy w tak żenujący sposób).
— Czasami zachodzę w głowę, jakim cudem część z tych leniwych buców zdało w ogóle pomyślnie testy aurorskie — mruknął zielonooki kilka chwil później, gdy wznowili trasę poprzez sękate, poskręcane korzenie obrosłe mchem.
Malfoy wykrzywił się w kwaśnym grymasie, oglądając się przez ramię na pozostawionego w tyle aurora i nachylił się lekko w stronę idącego kilka kroków przed nim Harry'ego.
— System doboru nowych członków wrócił do kształtu, jaki przyjął po pierwszej wojnie czarodziejów — odparł półszeptem, wprawiając zielonookiego w stan lekkiej konsternacji. — Egzaminatorzy ponownie zaczęli stawiać na szerokie znajomości, dopuszczając do kursu osoby bez najmniejszych predyspozycji, tylko dlatego, że osobiście przyjaźnią się z rodzinami laików. Ponadto znów zaczęto przyjmować łapówki, coraz większe od czasów, gdy napaście mugolskich oddziałów zaczęły się nasilać. Pieniądze nie spadają z nieba, Harry, a każdy stara się przeżyć, przede wszystkim.
Rozdrażnienie uderzyło w Harry'ego niczym grom z jasnego nieba. Zatrzymał się i przyszpilił Dracona wściekłym spojrzeniem - oczywiście, nie miał pojęcia, że coś takiego rozgrywa się tuż pod jego nosem.
— Czy ty masz pojęcie, jakie są tego skutki? Myślałem, że przyczyną ich wzmożonej niekompetencji jest obawa przed nieznaną bronią mugolską, a nie masowe omijanie kursu aurorskiego, na Morganę! I co teraz się stanie? Ludzie wokół będą umierać, ponieważ stróże prawa mający walczyć o ich życie to w większości banda niekompetentnych bałwanów, którzy wkupili się w Departament Przestrzegania Prawa? Jak ktokolwiek mógł do tego dopuścić? Kilka osób na tym zarobi i co będzie dalej? Co zrobią przeklęci egzaminatorzy, gdy śmierć doścignie ich własne rodziny? — Harry kopnął wściekle wystającą z ziemi karpę drzewa i aż syknął z bólu, który zaczął promieniować wokół jego kostki; zaklął siarczyście i oparł się ciężko o pień jednego z wysokich świerków, którego czubek kołysał się na powiewach burzliwego wiatru, jakby za moment miał złamać się z głośnym trzaskiem.
— Harry... — Draco położył rękę na jego ramieniu, spoglądając z niepokojem w jego wzburzoną twarz.
Mężczyzna podniósł na niego oczy ciskające gromami i wypluł z siebie ze wzmożonym wstrętem:
— Są na świecie krzywdy, których nie spłaci się żadnymi pieniędzmi.
-VVV-
Hermiona stanęła przy oknie z kubkiem parującej herbaty w pokoju, który zajmowała w kwaterze i wyjrzała za grubą szybę umorusaną tłustymi odciskami palców. Gęsta mgła spłynęła na świat, osiadając pomiędzy różowymi kwiatami kwitnących wrzosów, przykrywając je niczym nieprzenikniona płachta. Jej myśli nieustanie wracały do Harry'ego, tani zegarek, zapięty na chudym nadgarstku kobiety wskazywał osiem po piątej, a wiadomość od niego jak nie przychodziła przez ostatnią godzinę, tak nie przyszła i teraz.
Z każdą chwilą nabierała większej ochoty, aby wyjść przed kwaterę i deportować się pod bramy Hogwartu - ostatki zdrowego rozsądku nakazywały jej nie wyczyniać głupot, które mogły się zakończyć posypaniem się w drobny mak całego przedsięwzięcia.
Hermiona uniosła do ust kubek i upiła drobny łyk gorącego napoju - niemal od razu poczuła, jak przyjemne ciepło rozlewa się po jej żołądku.
Wrzosy uginały się pod ciężkimi kroplami deszczu, przechylały się to w tę to we w tę, szarpane ostrym wiatrem i kobieta odniosła wrażenie, że szalejący wicher niebawem wyrwie ich drobne, dzwonkowate kwiaty i rozsypie po okolicy jak piasek.
Kobieta już zamierzała odejść od okna, gdy dostrzegła jakiś ruch pomiędzy majaczącą w powietrzu mgłą. Zatrzymała się i zmrużyła oczy, starając się przebić wzrokiem przez nagromadzenie gęstej zawiesiny osiadłej nad wrzosami. Przez moment milcząco wpatrywała się w jeden punkt, zanim w pełni dotarło do jej świadomości, na czym przyszło jej zawiesić oczy.
Hermiona poczuła, jak serce podchodzi jej go gardła, jej dłoń zadrżała, a kubek pełen gorącej herbaty wyślizgnął się spomiędzy jej palców i z głośnym trzaskiem rozbił się na nierównej podłodze.
W oddaleniu zaledwie kilkunastu metrów od budynku, niczym w teatrze cieni, parły poprzez mgłę skulone sylwetki istnego muru wojskowych, odzianych w stroje kamuflujące, wyposażonych w długie, połyskujące spomiędzy mgły rewolwery.
— Najsłodsza Morgano — wyszeptała zduszonym głosem Hermiona, wytrzeszczając oczy na zbliżających się niezmordowanie, uzbrojonych po uszy wojskowych. Niepoliczalna ilość ramion uniosła w górę ziejące czernią lufy karabinów.
Kobieta, czując się jak na klatce zwolnionego filmu, padła na ziemię zaledwie sekundę przed tym, jak okienna szyba z ogłuszającym hukiem, rozpadła się w tysiące ostrych odłamków szkła. Hermiona instynktownie ukryła twarz w ramionach, czując, jak kawałki spadającej na ziemię, niegdysiejszej szyby tną jej skórę z bezlitosną precyzją.
Poczuła krew lepiącą się do jej ciała, ale niemal nie rejestrowała bólu, który docierał do niej jedynie z mglistą świadomością. Huk pobliskiego wybuchu niemalże rozsadził bębenki jej uszu. Zaczęła czołgać się do wyjścia, bojąc się zerknąć za siebie, magiczne oświetlenie kwatery zamigotało i zgasło z głuchym sykiem przypominającym nieco odgłos gazu ulatującego z butli. Hermiona wymacała ręką swoją różdżkę, zaciskając drugą dłoń na framudze drzwi tak mocno, jakby ta była liną rzuconą topielcowi na środku głębiny oceanu.
— Lumos! — jęknęła i z ulgą przyjęła bladawe światło, które rozbłysło na końcu jej różdżki.
Z trudem podźwignęła się na nogi i oparła plecy o chłodną ścianę drżącą jak od wstrząsów sejsmicznych.
Coś we wnętrzu budynku huknęło potężnie, rozległ się odgłos, który kobieta z trwogą przypisała rumorowi walącej się ściany, słysząc w uszach świst naboi przecinających powietrze i głuchy odgłos ich wbijania się w słabe ściany, rzuciła się na oślep w dół schodów.
— Antoniusz! — krzyknęła tak głośno, że poczuła pieczenie w gardle, jej głos przetoczył się echem poprzez pustą klatkę schodową. Kolejny wybuch zwalił ją z nóg. Z panicznym krzykiem przebijającym się przez jej usta spadła z kilku ostatnich stopni, gdy budynek kwatery zatrząsł się w posadach. Usłyszała trzask łamanej kości i z odbierającą logiczne myślenie, ślepą trwogą spojrzała na swój złamany nadgarstek.
Dobrze, że to nie różdżka — przemknęła jej niczym piorun poprzez głowę absurdalna myśl. Nie czuła bólu, jedynie lekkie mrowienie, jakby jej zszokowany umysł wypierał całkowicie jego istnienie. Gdy dwie pary rąk chwyciły ją silnie pod ramiona, dźwigając z ziemi, wydała z siebie przeraźliwy krzyk, zaciskając palce na różdżce tak mocno, że niemal straciła czucie w dłoni. Na końcu języka miała jakąś paskudną klątwę kończącą marny żywot tego, kto ośmielił się jej zagrozić.
— Hermiona... — usłyszała tuż przed twarzą flegmatyczny głos Luny i aż jęknęła z przejmującej ulgi. Czyjeś palce wytarły jej krew z oczu; Hermiona, oddychając w trybie przyspieszonym, spojrzała w twarze pochylających się nad nią dwóch kobiet.
Katrina, której źrenice niemal połknęły równie czarne tęczówki, zacisnęła palce na jej ramieniu z siłą drapieżnej bestii.
— Uciekajcie — wydyszała brązowowłosa, lecz kolejny wybuch, który wstrząsnął posadami, sprawnie zagłuszył jej słowa.
Katrina zachwiała się, gdy podłoga zatrzęsła się pod ich stopami i w ostatniej chwili przytrzymała się barierki schodów.
— Uciekajcie! — wrzasnęła ponownie Hermiona przez zaciśnięte gardło. Złapała Lunę za nadgarstek i ze ślepą paniką spojrzała w jej jasne oczy. — Zabieraj stąd tą małą Snape, natychmiast!
Luna przygryzła dolną wargę; z kolejnym gwałtownym wstrząsem fundamentów ze ściany stojącej tuż koło trzech kobiet spadł samotny obraz i roztrzaskał się u podstawy schodów w drobne drzazgi. Błękitne oczy Luny spoglądały na impresjonistyczny krajobraz morski uwięziony na płótnie przysypanym drzazgami - przedstawiał sztorm na głębokim morzu. Przez myśl Hermiony przeszło, że to, co działo się w magicznej Anglii, nie różniło się bardzo od sztormu.
Kiedy posady zadrżały ponownie z przenikliwą siłą tysiąca gromów, Hermionę ścisnął lęk o to, że magia budynku nie wytrzyma intensywnego bombardowania i lada moment wszyscy obecni w tym sanktuarium absurdu zostaną pogrzebani pod tonami gruzu.
Luna wypuściła ze świstem powietrze i spojrzała w kierunku pobladłej Katriny. W oczach jasnowłosej czaiło się chłodne zdecydowanie.
Nagle, tuż nad ich głowami, odprysnął płat szarawego sufitu i runął w dół tonami gruzu. Hermiona, jak na komendę, rzuciła się w dół schodów, przeskoczyła nad drzazgami pozostałymi z obrazu i słysząc za sobą cichy trzask deportacji, pozwoliła sobie odetchnąć głębiej. Obróciła się, aby zobaczyć, jak sufit wali się na pusty korytarz, chmura tynku zatańczyła w powietrzu, przyprawiając kobietę o mdłości.
Hermiona rozejrzała się wokół. Parter przypominał istne pobojowisko, podłoga przemieniła się w przerażającą pustynię szklanych drobinek. Przez rozbite okna dostrzegła podchodzące pod mury sylwetki niczym ogromne pająki przedzierające się poprzez mrok. Drżąc jak osika, Hermiona zaczęła przeciskać się poprzez zgruchotane meble w stronę niewielkiej kuchni. Mając w głowie kompletną pustkę, słysząc ostrzegawcze krzyki zbliżających się do okien postaci, kobieta wpadła do kuchni z gwałtownością huraganu i osunęła się na kolana z hałaśliwym rumorem. Kiedy usłyszała cichy chlupot jakiejś cieczy wlewanej poprzez zbite okna, a w nozdrza ukuł ją intensywny, słodki zapach benzyny, jej ciałem wstrząsnął niekontrolowany szloch.
— Antoniusz! — zawołała płaczliwie raz jeszcze, rozglądając się ze ślepą paniką po wnętrzu kuchni, wiedząc, że musi gdzieś tu być, że nie uciekłby, nie upewniwszy się, że reszcie udało się wymknąć, nie opuściłby ich, choćby posiadłość zaczęła się walić jak wieże World Trade Center.
Ujrzała go chwilę potem. Leżał nieruchomy koło roztrzaskanego stołu, jego siwe włosy zasłaniały jego poharataną twarz, przez materiał szaty przesiąkały rozległe plamy bordowej krwi. Jego ramiona były bezwładnie skrzyżowane na piersi, jakby w ostatniej chwili próbował się nimi zasłonić.
— Nie, nie, nie, nie... — wyjęczała kobieta, nie potrafiąc dać wiary w to, co widziała, jej ciałem wstrząsnęły gwałtowne konwulsje.
Hermiona przeczołgała się w jego stronę i drżącymi palcami odgarnęła siwe włosy z jego wciąż ciepłej twarzy. Na widok tych jasnych, pustych, zastygłych w bezruchu oczu w jej kości wkradł się przejmujący chłód. Kobieta, której ciałem wstrząsnęły dreszcze, a w dół policzków spłynęły rzęsiste łzy, przyłożyła palce do poharatanej przez szklane odpryski, starczej szyi, licząc na cud, skupiając się na absurdalnym głosie szemrzącym w jej głowie, że być może jeszcze nie jest za późno.
Pod palcami nie wyczuła najmniejszego tętna.
Płomienie zaczęły wkradać się do kuchni, a wraz z nimi duszące kłęby szarego, mętnego dymu. Hermiona obróciła zalaną łzami twarz ku pełznącym po posadce jak cienie, gęstym, czarnym smugom, które powoli obejmowały wejście do kuchni. Kobieta uniosła się na drżących nogach, czując się, jakby za moment miała legnąć znów na ziemię i słysząc kołatanie własnego serca w uszach, i czując zalewające ciało pokłady duszności, spróbowała się teleportować. Nie potrafiła się skupić. Nie potrafiła wysilić się na logiczne rozpatrzenie ewentualnego miejsca apotracji, dym powoli wpełzał do kuchni niczym demoniczne monstra o powykręcanych, nienaturalnych ciałach, a ona jedynie obróciła się w miejscu, czekając na znajome szarpnięcie towarzyszące deportacji, które nie nadchodziło - zachwiała się, mając wrażenie, że nie może złapać tchu. Drzwi zajęły się ogniem, strach osiadł na jej nadgarstkach jak lodowaty szron, kobieta rozejrzała się rozpaczliwie za jakąkolwiek drogą ucieczki.
Dym podpełzł pod jej stopy, wyciągając ku niej chciwe, niematerialne ramiona czerni, kobieta przetarła dłonią piekący policzek, w który wbiły się uprzednio drobinki szkła ostrego jak żyletki i spojrzała na drżące palce umorusane lepką krwią. Jej wzrok przebiegł po słabym gipsie oblepiającym chłodne mury budynku.
Hermiona, dysząc ciężko, wycelowała drżącą dłonią, ściskającą różdżkę ze zmorzoną siłą, w boczną ścianę pomieszczenia.
— Bombarda!
Głośny wybuch rozsadził beton, Hermiona, mrugając ze wzmożoną częstotliwością, starając się pozbyć z oczu naręcza pyłu i drobinek tynku wirujących wokół jej głowy jak tornado, rzuciła się w stronę wyrwy i rozpychając rękami gruz, zaczęła przeciskać się poprzez resztki zwalonej ściany. Wygramoliła się przez dziurę o nieregularnych, ostrych krawędziach, rwąc przy tym materiał własnej szaty i czując tępe łupanie w głowie i głuche dzwonienie w uszach, przedostała się do sąsiedniego pomieszczenia. Drzwi pokoju gościnnego, który przylegał do kuchni, wychodziły na przeciwną stronę budynku do tej, od której nastąpił atak, wobec czego kłęby dymu nie zdołały ich jeszcze dosięgnąć. Hermiona rzuciła się na złamanie karku w ich stronę, zamierzając wydostać się z budynku przez drzwi tarasowe. Rozpaczliwie zmuszając piekące mięśnie do ruchu, czując lepką krew ściekającą z licznych otarć własnej skóry, wpadła do salonu niczym chmura gradowa i zanim zdołała cokolwiek zarejestrować, z łoskotem zderzyła się z dwoma rosłymi mężczyznami, rozglądającymi się wokoło jak psy gończe. Siła odrzutu przewróciła ją na ziemię, mrugając zawzięcie, starając się dojrzeć cokolwiek poprzez łzy, usłyszała nieznany sobie baryton, który sparaliżował ją czystym przerażeniem.
— Ty mała wiedźmo!
Hermiona załkała i spróbowała się odczołgać, ale silna, męska dłoń chwyciła ją brutalnie za kostkę. Gdzieś za jej plecami któraś z korytarzowych ścian zawaliła się z ogłuszającym hukiem. Łapczywie chwytając powietrze, zacisnęła palce na różdżce - złamany nadgarstek zapiekł tak mocno, że zawyła z bólu, jakby gładkie drewno własnej różdżki ją oparzyło. Przed twarzą niczym w najgorszym koszmarze zabłysł jej metal chudej lufy karabinu. Dźwięk odbezpieczanej broni zadzwonił jej w uszach jak głuchy odgłos kościelnych organów.
Kręcąc głową, wzbraniając się całą sobą przed tym, co ma nastąpić, otworzyła usta, by coś powiedzieć, jakoś ich przekonać, poprosić, przebłagać, żeby jej nie zabijali, przemówić im do rozsądku, zrobić cokolwiek, cokolwiek, aby zachować się przy życiu, jednak z jej głosowych strun wydarł się jedynie zatrważający krzyk, który doszczętnie przeraził nawet ją samą.
Nagle, niczym w scenie wyciętej żywcem z kina grozy, twarz spoglądającego jej prosto w oczy żołnierza zmieniła się w krwawą miazgę pełną głębokich ran ciętych. Hermiona, rozszerzonymi z szoku oczyma, patrzyła, jak głowa mężczyzny wybucha jak bomba z samozapłonem, obryzgując ją kroplami gorącej krwi. Drugi z żołnierzy nie zdążył nawet krzyknąć - atak nastąpił z brutalnością godną dzikiego zwierzęcia: jego czaszka pękła jak porcelanowy wazon, a ciało runęło wprost w szalejące płomienie, które wyciągały ku niemu swoje zabójcze macki. Ogień objął rosłe ciało, atakując wojskowy mundur, z szaleństwem niszczycielskiego żywiołu obejmując krótkie, stojące włosy i wypalając je niczym nasiona dmuchawca.
Hermiona, czując na twarzy gorące łzy mieszające się z lepkim potem i drobinkami krwi, nie potrafiąc zapanować nad wstrząsającymi jej ciałem drgawkami, jęknęła głucho i oparła się ciężko o promieniejącą żarem podłogę, która parzyła jej skórę. Cichy szelest tuż obok jej głowy zabrzmiał nieco jak krople deszczu uderzające o blaszany dach. Ktoś przyklęknął pospiesznie obok niej i pochwycił w przyjemnie chłodne dłonie jej umorusaną popiołem i klejącymi się wydzielinami ciała twarz. Hermiona uniosła wzrok i poczuła, jak jej serce zatrzymuje się na krótką chwilę, a następnie podchodzi wysoko pod gardło, pozbawiając tchu.
— Gdzie jest Katrina? — usłyszała jak przez mgłę ostre, lodowate jak wysokogórski potok słowa. — Gdzie jest moja córka?
Hermiona jęknęła, słysząc w uszach głuchy pisk i zacisnęła powieki, adrenalina, strach i niepewność utworzyły istną mieszankę wybuchową w jej ciele i przez chwilę miała wrażenie, że jeszcze moment i pęknie, sypiąc się po kątach płonącego budynku niczym popioły.
Chłodne ręce zacisnęły się mocniej na piekącej skórze jej twarzy.
— Jest tutaj? Mów, czy Katrina jeszcze tu jest!
Hermiona otworzyła usta i po największym wysiłku, jaki podjęła w życiu, udało jej się przecisnąć poprzez drapiące od dymu, krzyku i pięćdziesięciu innych rzeczy gardło ciche, chrapliwe słowa:
— U...uciekła — spróbowała odchrząknąć, ale odniosła wrażenie, że czyniąc to, jeszcze bardziej podrażniła sobie podniebienie miękkie. — Nie ma jej, uciekła.
Z płuc mężczyzny wyrwało się głębokie westchnienie ulgi, chude palce odsunęły się od twarzy młodej kobiety. Czarodziej zlustrował uważnym wzrokiem płonące pomieszczenie, spoglądając w szalejące płomienie spod zmrużonych powiek. Gorąco parnego powietrza uderzyło w ich ciała jak popioły po erupcji wulkanicznej i przez krótką jak mignięcie powiek chwilę Hermione zdawało się, że mężczyzna ją zostawi - porzuci niczym manekina teatralnego na pokrywającej się sadzą posadce. Panika wkradła się w jej ciało jak gwałtowna fala ultradźwiękowa, kobieta wyciągnęła ręce i zakleszczyła drżące palce na czarnym materiale jego zwiewnej szaty. Czarne oczy opadły na jej twarz i przez moment Hermiona bała się, że ten ją odepchnie, otworzyła usta, aby powiedzieć, że nie chce tu umierać, za żadne skarby nie chce umierać, ale jej ciałem wstrząsnęły jedynie salwy suchego kaszlu niemającego końca.
Snape jej nie odepchnął, jak tego po nim oczekiwała. Wyciągnął ręce i zacisnął ramiona wokół chudej talii kobiety.
— Deportuję nas na trzy, postaraj się nie mdleć jak starożytna dziewica — warknął Snape; jego słowa były przeszywające niczym tępa klinga, ale ramiona były silne, ramiona były stabilne; przytrzymał mocno chwiejące się niebezpiecznie na granicy upadku ciało, jakby był ostoją, jakby był oparciem. — Przygotuj się. Raz. Dwa. Trzy.
Hermiona jęknęła głucho, doznając szarpnięcia towarzyszącego teleportacji i poczuła, jak jej żołądek wyciska się niczym wyżęta szmata. Świat zawirował jej przed oczami jak w kalejdoskopie, seria barw błysnęła przy jej twarzy jak istna tęcza otaczająca ją zewsząd. Miała wrażenie, że jej bezwładne ciało niemal wymyka się z ramion Snape'a, jednak uścisk byłego nauczyciela wzmocnił się dwukrotnie i nie puścił, nie pozwalając jej zaginąć w wirze teleportacji, nie puścił ani na moment.
Wbrew jej głębokim obawom, na podłodze wylądowała dosyć łagodne, podtrzymywana przez silne ramiona, jednak z chwilą, gdy jej stopy dotknęły ziemi, zaczęła wyrywać się z uścisku Snape'a niczym złapana w pułapkę zastawioną przez kłusowników zwierzyna. Mężczyzna puścił jej ciało. Hermiona, w której umyśle obrazy rozszalałego ognia mieszały się z szarością i bielą teleportacyjnego wiru, runęła jak długa na ziemię i gwałtownie, wstrząsana przez bezlitosne konwulsje, zaczęła opróżniać zawartość swego żołądka.
Niesmak pozostał na jej języku, gdy chwilę później przecierała wierzchem dłoni wilgotne usta; w zębach chrzęścił jej pył, miała wrażenie, że pod jej powiekami osiadły ziarna piasku drażniąc gałki oczne.
Kobieta odetchnęła raz, głęboko, nieco chwiejnie, a następnie drugi i zaczerpując łapczywie niekontrolowane, płytkie oddechy, zaczęła błądzić palcami wokół własnego ciała w ślepym, panicznym poszukiwaniu swojej różdżki.
— Gdzie ona jest, gdzie ona jest, gdzie ona jest — mamrotała w nerwowym amoku, wytrzeszczając załzawione oczy. Posadzka wirowała w jej oczach jak kręcąca się wkoło karuzela, miała wrażenie, że jeśli za moment nie odnajdzie własnej różdżki, osunie się w czerń niebytu i podda własnym słabościom. Głuchy jazgot nie zniknął z chwilą ucieczki od połykających kwaterę języków ognia - wręcz przeciwnie, po teleportacji nasilił się z większą mocą. Kobieta doskonale zdawała sobie sprawę, że zanim pozwoli ogarniającym ją mroczkom owładnąć swoim ciałem, wpierw musi spełnić własną powinność, musi dociągnąć wszystko do końca, zapiąć na ostatni guzik.
Chłodne palce wetknęły w jej dłonie różdżkę z winorośli z pulsującym wewnątrz drewna włóknem ze smoczego serca. Kiedy jej skóra zetknęła się z jej gładką powierzchnią Hermiona aż stęknęła z ulgi i przymknęła ociężałe powieki. Starając się całą sobą odegnać strach, rozgorączkowanie i palący ból promieniejący z całego ciała, wyciągnęła ją przed siebie, skupiając swe myśli wokół roześmianej twarzy Harry'ego, wokół tych ciepłych, pewnych siebie, zielonych oczu, wokół ich wspólnego lotu na hipogryfie, uczucia wiatru we włosach, smaku wolności na języku.
— Expecto Patronum — wyszeptała na wydechu.
Srebrna wydra wyskoczyła z jej różdżki, roztaczając wokół siebie kojące ciepło, muskając uspokajająco zakończenia nerwowe wyczerpanej, opadłej z sił Hermiony. Kobieta, czując przypływ gwałtownej ulgi, wypuściła powietrze z piekących płuc i mętnym, rozmazującym się wzrokiem spoglądała, jak wydra kręci się przez moment wokół jej drżącej sylwetki, roztaczając wokół siebie przyjemne ciepło, poczucie spokoju i błogości, jakby samą swoją obecnością chciała wrócić jej zagubione gdzieś siły.
Ostatnim, co zarejestrowała Hermiona, był lśniący patronus spieszący w kierunku okna i znikający pośród kurtyny deszczu szczelnie przykrywającej świat.
-VVV-
Nie, żebym nie był przywykły do czekania — pomyślał Harry, kiedy kończąc swój obchód, wraz z Draconem wrócili na pierwotne stanowiska, nie dopatrując się pośród, stopniowo malejącego, deszczu żadnych oznak bytności mugolskich jednostek — ale ta cisza przed burzą trwa już podejrzanie długo.
Powoli urywało się ucho jego cierpliwości i Harry nie potrafił myśleć o niczym innym, jak o tym, że kiedy wrócą do kwatery z chorą satysfakcją walnie kilkukrotnie głową w twardą ścianę, aby pozbyć się spod skóry tego drażniącego, irytującego uczucia, jakby jakiś niepojęty byt skrobał pazurami jego ciało od środka.
Przynajmniej przestaje padać — ponuro ocenił mężczyzna, wzdychając ciężko, wydmuchując tym samym z ust rozpływającą się w powietrzu mgiełkę.
— Jeśli sytuacja nie zmieni się przez kolejne pół godziny, zalecam odwołanie całego przedsięwzięcia i zabranie się z tej chłodni. Nie wiem jak ty, ale ja nie poczuwam się jeszcze na trupa, co może ulec szybkiej zmianie, jeśli będę przebywał dłużej pośród tej widowni wiekowych drzew — wyrzucił z siebie Malfoy, ukazując swe wysokie niezadowolenie poprzez szuranie podeszwą o średniej wielkości kamień stojący na jego drodze.
— Zamknij się, dobrze? — warknął podirytowany Harry, który również zdążył przemarznąć aż do szpiku kości. — Próbuje nasłuchiwać.
— Czego? — prychnął Draco i zatoczył chaotycznym ruchem dłoni okrąg nad własną głową. — Nawoływań lasu? Tętnienia kopyt centaurów? Chrapania tego leniwego capa, Andersona?
Zielonooki skrzywił się z niesmakiem i opuścił spojrzenie na leśną ściółkę, przeciągając w zamyśleniu palcami po drewnie swej różdżki.
— Harry, zrozum wreszcie, że w okolicy zamku nie ma nikogo poza aurorami i ludźmi wysłanymi przez Antoniusza. To fałszywy trop, pojmujesz? Albo mugole wykazali się większym sprytem, niż moglibyśmy przypuszczać i po zorientowaniu się, że dokumenty zostały wykradzione, przystąpili do zmiany planów, albo Antoniusz najzwyczajniej źle zinterpretował dane.
Harry ze zmęczeniem przetarł opuszkami palców wychłodzoną skórę na skroniach i przymknął oczy.
— Antoniusz — powiedział niemal miękkim tonem, za którym jak mur stały pokłady dalekosiężnej drwiny — źle zinterpretował dane. — Harry prychnął szyderczo i rzucił Malfoyowi kpiarskie spojrzenie. — Czy ty siebie w ogóle słyszysz, Draco?
Twarz Dracona pociemniała.
— Jak inaczej wytłumaczysz tę dziwaczną, nieistniejącą aktywność mugolskich wojsk, skoro dokumenty twierdzą, że powinny one zaatakować właśnie dzisiaj? Może sądzisz, że zaopatrzyli się masowo w peleryny niewidki, co?
Harry odetchnął głębiej, starając się przywrócić rozchwiane nerwy do stanu równowagi.
— Nic takiego nie myślę, na Morganę — wysyczał, oblizując nerwowo wyschnięte usta. — Mógłbyś z łaski swojej przestać wylewać na mnie swoje głębokie niezadowolenie? Jak sam wcześniej oznajmiłeś, poczekamy jeszcze trzydzieści minut i upewnimy się tym samym, że atak nie nastąpi. W gruncie rzeczy, jeśli mugole odwołali całą tę koszmarną akcję, tym lepiej dla nas.
Malfoy nieświadomie potarł dłonią lewe przedramię.
— Snape będzie miał niezłe używanie, jeśli okaże się, że zawróciliśmy mu głowę informacją o najeździe, który nie nastąpił.
Zielonooki posłał mu ponure spojrzenie i wrócił do kontemplowania czubków własnych butów.
Przez resztę drogi milczeli i choć zielonooki rzadko kiedy potrafił ścierpieć ciszę panującą między dwoma ludźmi, przy Malfoyu nie była ona czymś nienaturalnym, czymś ciężkim, zawisłym w powietrzu jak silne napięcie. Zapach roślinności po deszczu zaczął unosić się nad ziemią, zakradając się do ich dróg oddechowych, podążając do płuc wraz ze wciąganym powietrzem. Harry zadarł głowę do góry i zapatrzył się na kołyszące się w jakimś pokrętnym tańcu wierzchołki drzew skryte w półmroku.
— Co to takiego? — Głos Dracona oderwał Harry'ego od przypatrywania się wysokim świerkom, jego serce zabiło mocniej, gdy opuścił głowę, by zobaczyć, co zwróciło jego uwagę.
Poprzez leśną ściółkę, manewrując zręcznie pomiędzy pniami drzew, sunęła ku nim niewielka, połyskująca srebrem wydra o długich wąsach, zarzucająca silnym ogonem. Na początku nieco bezkształtna, zbliżywszy się ku nim, nabrała naturalnych, opływowych kształtów ciała. Jasne, zimne światło zakuło mężczyzn w oczy - przez ostatnią godzinę zdołali przywyknąć do zapadających ciemności. Drobne krople deszczu wydawały się odpychane przez jej połyskujące bielą ciałko, jakby gładkie futro było objęte ładunkiem magnetycznym - tym samym co drobne strugi deszczu.
Harry poczuł, jak pomimo ciepła bijącego od magii patronusa, na jego ciało spływa wszechogarniające zimno.
Zielonooki ledwo zarejestrował palce Dracona zaciskające się mocno na jego ramieniu - cała jego uwaga poświęcona była zwierzęciu uwitemu ze światła, które podniosło niewielki pyszczek do góry i uniosło wargi, ukazując swe równe uzębienie. Potężne kły zabłysły na tle niewielkich siekaczy jak dwa, naostrzone sztylety. Z jego chudego gardła wydostał się przepełniony niewymownym zmęczeniem głos Hermiony:
— Kwatera upadła, Snape uciekła z Luną, nie żyje Antoniusz, nie wracajcie.
