.
Rozdział 16
Ech, ty życie, łez mych winne nie zamienię cię na inne!
.
Na krawędzi świadomości, tuż przed zamknięciem oczu oraz tuż po ich otwarciu, zanim racjonalność zdążyła wskoczyć na swoje miejsce jak trybik w żelaznej maszynie, widziałem oczy: dwa czerwone rozbłyski na tle ciemności tak gęstej i tak intensywnej, że niemal materialnej. Coraz częściej łapałem się na napływającej do mojego umysłu jak fala myśli, tak niechcianej i tak przerażającej, że miałem chęć od niej uciekać, biec ile sił w nogach bez odwracania się za siebie, że Riddle nigdy nie dopuściłby do absurdu, jakim była wojna czarodziejów z mugolami, myśli, że Riddle znalazłby wyjście z tej kuriozalnej sytuacji - bezpośrednie, jednoznaczne i zapewne brutalne, ale ostateczne.
Tyle że Riddle nie był moim rozwiązaniem, nie był odpowiedzią, której tak namiętnie, tak zachłannie szukałem - bałem się tego Riddle'a, błyskotliwego, inteligentnego, przebiegłego mężczyzny, który potrafił zabić, a następnie zwieść cały wyspecjalizowany zespół wprawionych aurorów, zatrzeć tropy - nawet te najmniej intuicyjne - i wprowadzić szereg innych, mylnych i prowadzących do błędnych wniosków. Riddle - anioł, Riddle - ulubieniec nauczycieli, Riddle - uprzejmy, genialny chłopiec z zadatkami na prawego, porządnego obywatela; och, tak, doskonale pamiętałem ślizgona z gładkich stróżek wspomnień, w których zanurzałem się powoli i z pełną świadomością, czyniąc to wielokrotnie, wciąż i na nowo, aż przeistoczyło się to w moją osobistą rutynę.
Stojąc na granicy Zakazanego Lasu, wpijając oczy w rozmywającą się, księżycowo-bladą mgiełkę patronusa, byłem bliski zanurzenia się głębiej w zakątki ciemnego lasu i z twarzą trzymaną centymetry od miałkiej ziemi, wszcząć poszukiwania starego Kamienia Wskrzeszenia, który porzuciłem onegdaj na leśnej ściółce, za co, najpewniej, będę przeklinał się do końca mojego nędznego żywota.
-VVV-
Draco miotał się po dyrektorskim gabinecie jak rwisty wiatr między szczytami gór, jego peleryna łopotała jak chorągiewki szarpane przeciągiem powietrza, jego podeszwy uderzały o podłogę jak niespokojny tętent kopyt.
— Musiały przysłać jakąś wiadomość, być może list, może sowa jest jeszcze w drodze, całkiem prawdopodobne jest to, że wyczarowanie patronusa przekazującego werbalne informacje przekracza ich zdolności magiczne, to nawet więcej niż prawdopodobne, możliwe, że jeżeli poczekamy nieco dłużej, dostaniemy od nich informację, a może...
— Draco, proszę cię, uspokój się, wpadanie w panikę niczego nam nie ułatwi. — Harry przerwał trwającą nieustannie od pięciu, długich minut rozemocjonowaną paplaninę drugiego mężczyzny, odrywając dłonie od twarzy i odchylając się na krześle dla gości, czując nienaturalną sztywność kręgosłupa.
— Ja wcale nie panikuję — wypluł z siebie szarooki mężczyzna, ani na moment nie zaprzestając krążenia pomiędzy czterema ścianami jak sokół wypatrujący pożywienia. — Jedynie staram się ocenić sytuację i chłodnym okiem rozważyć wszelkie dostępne możliwości, które miała Lovegood wybierając bezpieczne miejsce mające zadatki na stanie się idealną kryjówką.
Harry westchnął przeciągle i przetarł zesztywniałe mięśnie ramion, po czym owinął się szczelniej przewiewną peleryną.
— Możemy spekulować, oczywiście — wyszeptał zielonooki, uśmiechając się bez rozbawienia — możemy domniemywać i na ślepo sprawdzać miejsca potencjalnych schronień, jakie mogły wpaść jej do głowy, ale zorganizowanie nadzoru nad wszystkimi tymi terenami będzie ryzykowne, patrząc na to, że najwyraźniej jesteśmy obserwowani przez mugolskie wojska, no bo jak inaczej wytłumaczyłbyś fakt, że niemagiczni dowiedzieli się w ogóle o miejscu urzędowania naszej kwatery? Luna wraz z Hermioną musiały się deportować w miejsce, gdzie czułyby się bezpiecznie, gdzie czułyby większą pewność siebie, wiemy, że nie był to Hogwart — zamilkł na moment i przesunął spojrzenie na naznaczoną przeciągłymi zmarszczkami, kobiecą twarz. — Wiemy, że nie był to dom Lovegoodów, bo profesor McGonagall — Harry skinął z szacunkiem głową starszej kobiecie, starając się nie rozkojarzyć niczym wilk wyjący do księżyca — zrewidowała tamtą posiadłość przez kominek.
McGonagall przyglądająca się ich dwójce zza ciężkiego, okutego drewnem biurka, przytaknęła bez entuzjazmu, obserwując nerwowo gestykulujących mężczyzn spod nadmiernie zmarszczonych brwi. Na jej twarzy widniało przykryte maską opanowania sztywne, kłujące w oczy napięcie, całkiem jakby gdzieś tam, wewnątrz jej uporządkowanego umysłu, czaiła się skaza wyciągająca korzenie jak chwast, czerpiąca nieprzerwanie ze skończonych pokładów jej powszechnie znanej siły.
Draco przystanął tak gwałtownie, że pierwszą myślą zielonookiego było, że mętlik wrzynający się w jego dwudziestokilkuletni umysł właśnie osiągnął apogeum, zamieniając jego mózg w drobną sieczkę. To wrażenie pogłębiło się, gdy podniósł szeroko otwarte oczy na twarz Harry'ego, uwidaczniając przed nim chorobliwie rozszerzone, błyszczące jak w gorączce źrenice. Wciągnął ze świstem powietrze, jakby właśnie doznał bolesnego kopa w sam środek żołądka.
— Harry...
Jego imię zabrzmiało triumfem, zapłonęło niczym ogień świecy pomiędzy ciemnościami nocy. Zielone oczy skupiły się na twarzy kompana, jakby spoglądały na nową nadzieję w przyszłość; oczy Draco zalśniły jak oszlifowane diamenty.
— Wszystkie nasze domysły opierają się na założeniu, że Katrina nie posiada zdolności do teleportacji. Nigdy nie deportowała się przy nas samodzielnie, to prawda, ale jeśli spojrzeć na to pod innym kątem, to nigdy też nie znała docelowego miejsca teleportacji. Więc może... całkiem prawdopodobne jest to, że...
Harry i Draco spojrzeli po sobie jak para topielców dobijająca powierzchni wody i przecinająca granicę pomiędzy falującą cieczą a życiodajnym gazem; zielonooki poczuł, jak żołądek podchodzi mu pod gardło, palce u rąk zdrętwiały, jakby coś odcięło mu dopływ krwi do ich zakończeń.
— Myślisz, że to możliwe? — zapytał przyciszonym głosem Harry, jakby obawiał się, że ktoś mógłby ich podsłuchać, zarazem nie dość cicho, by siedząca po drugiej stronie biurka McGonagall nie usłyszała padających słów, toczących się jak moneta po krawędzi blatu. — Chciała stamtąd uciec, wydostać się spod przytłaczających ją wpływów, chciała się usamodzielnić, sądzisz, że mogłaby wrócić?
Draco przygryzł dolną wargę i wzruszył nerwowym gestem ramionami.
— Musiały uciekać tak prędko, jak to najszybciej realne, możliwe, że w chwili zagrożenia deportowała się do pierwszego miejsca, które przyszło jej na myśl — odrzekł po krótkiej pauzie szarooki, przełykając z trudem. — Nie byłbym zaskoczony, gdyby miało się okazać, że tym miejscem byłby... — Draco uczynił nieokreślony gest dłonią, Harry poczuł, jak jego oddech przyspiesza. Jego myśli gnały tysiącem krętych torów, zakręcając pod dziwnymi kątami, wirując wokół jak bąk nad połaciami zielonej łąki - Harry miał tylko nadzieję, że za którymś z tych zakrętów nie znajduje się ściana z betonu, o którą rozbiją się z hukiem wszystkie jego nadzieje.
— Nie możemy tam ot tak wparować i zażądać oddania jej pod nasze skrzydła, Draco — powiedział powoli, siląc się na spokój, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że jego głos nie jest tak beznamiętny, jakby sobie tego życzył.
Malfoy machnął na jego słowa ręką, jakby odganiał się od wyjątkowo zawziętej muchy.
— Sądzisz, że nie wiem? — zaszydził, skupiając wzrok na niewidzialnym punkcie w przestrzeni, jego oddech z każdą chwilą stawał się głębszy, jakby jego rozważania usadawiały się na stałym gruncie. Harry zmarszczył czoło, obserwując go spod kurtyny gęstych rzęs - widział, jak faluje klatka piersiowa Malfoya, dostrzegał jak kurczowo zaciskają się jego dłonie i myślał, że niebawem doprowadzi to jego samego do istnej paranoi. Szare oczy odwróciły się i pochłonęły szmaragdowe. Kiedy odezwał się ponownie, jego głos był cichszy, pewniejszy, głębszy, niż zaledwie chwilę temu. — Rozegrajmy to jak Ślizgoni, Harry. — Jego tęczówki zamigotały jak płynne srebro. — Snape ma w sobie żądzę czci, żądzę uznania dla siebie, chce poczucia władzy, więc dajmy mu ją. Wykażmy się sprytem, wykażmy się przebiegłością, oszukajmy go, Harry.
Podbródek Harry'ego uniósł się nieznacznie, jego serce stanęło na dobrą sekundę. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co proponuje mu Draco, całkowicie pojmował implikacje płynące z takiego działania i wmawiając sobie, że nie przerażały go one niczym głuche ciemności, przed którymi drży w samotności niedorosłe dziecko, oszukiwał sam siebie. Och, oczywiście, byłby w stanie to zrobić - dowiódł już tego niejednokrotnie - ale drażniąca nerwowość zakradała się do jego ciała jak trucizna, mieszając się z płynami mózgu, wtłaczała się do tętnic wraz z gorącą krwią, kiedy myślał o swojej roli w tym doskonałym przedstawieniu.
Wahał się i to wahanie musiało wyraźnie odzwierciedlić się na jego twarzy - Harry doszedł do tego wniosku, gdy spojrzenie Dracona złagodniało, a on sam podszedł do niego, siedzącego na sztywnym krześle, o twarzy zmarszczonej i napiętej, naznaczonej ślepym niepokojem, skierowanej w stronę jasnowłosego, po czym uklęknął przed Harrym na jedno kolano i pochwycił jego zesztywniałą dłoń, w której ten niemal utracił czucie, w swoje ciepłe palce.
Zielonooki zamrugał i napiął mięśnie barków, kiedy jego wzrok skupił się na szarych oczach spoglądających na niego z głęboką troską i cichym rozżaleniem. Przełknął drażniącą gulę rosnącą mu w zastraszającym tempie w gardle, mając nadzieję, że nie usłyszy teraz słów, których tak bardzo się bał, przed którymi tak mocno się wzbraniał.
Draco uśmiechnął się słabo i wzruszył ramionami, jakby to, co miało nastąpić, było jedną z naturalnych kolei rzeczy.
— Umarł król, niech żyje król - znasz zasadę — powiedział cicho, oblizując nerwowo dolną wargę, po czym przechylił się bardziej w stronę tracącego rumiany koloryt skóry Harry'ego. — Jesteś w stanie przejąć na siebie ten obowiązek, Harry. Potrafisz podejmować kluczowe decyzje, dowiodłeś tego wielokrotnie. — Draco pokręcił z rezygnacją głową, nie spuszczając swych oczu z pistacjowego spojrzenia, jego palce zacisnęły się mocniej na skórze dłoni Zbawcy Ode Złego; Harry miał wrażenie, że paznokcie Dracona przecinają mu naskórek jak skalpel. — Nie mogę cię do tego zmusić, Harry, ale mogę ci oferować radę i zrozumiem, jeśli uznasz, że to zbyt wielki ciężar dla twoich barków, jednakże, o ile liczysz się z moim zdaniem, zważ na to, że osobiście sądzę, iż jesteś w stanie to podźwignąć.
Niespokojne serce zielonookiego postanowiło odbyć dziki przemarsz przez jego żebra, mężczyzna miał wrażenie, że jakaś niewidzialna, metalowa dłoń zaciska się na jego szyi - zupełnie jak wówczas, gdy Glizdogon zwrócił się przeciwko niemu w starych lochach w podziemiach posiadłości Malfoyów. Odwrócił wzrok od Dracona i spojrzał na portret Dumbledore'a śpiący beztrosko na odmalowanym tronie (bądź udający sen, co wcale by go nie zdziwiło - jego klatka piersiowa unosiła się i opadała z podejrzaną częstotliwością); przełknął ciężko ślinę, mając nieodzowne wrażenie, że twardy kamień osiadł mu wraz z tym odruchem na samym dnie żołądka.
McGonagall odchrząknęła, zwracając na siebie uwagę Dracona, który wykrzywił wargi w kwaśnym grymasie, jakby gotów był w każdej chwili rzucić w jej stronę jakąś ciętą zaczepkę.
— Przepraszam was bardzo panowie — odezwała się starsza kobieta, świdrując ich swoim pełnym dociekliwości, surowym spojrzeniem — ale czy któryś z was mógłby mi wytłumaczyć, co takiego chodzi wam po głowach?
Harry westchnął przeciągle i zamknął oczy, starając się kontrolować własny oddech i odkrywając, że jest to znacznie trudniejsze, niż sądził, że będzie.
— Draco proponuje, żebym ukorzył się przed Snape'em — obwieścił, mając nadzieję, że słowa, które wypadną z jego ust, będą wypowiedziane zrównoważonym, regularnym tonem, ale jego głos, jakże zdradziecko, zachwiał się pod koniec wypowiedzi jak domek z kart nastawiony na podmuchy wiatru.
McGonagall zasyczała niczym oburzona kotka, wyprostowała kręgosłup jak prężący się, czworonożny pupil, po czym łypnęła spod brody na dziedzica Malfoyów.
— Panie Malfoy — fuknęła z niesmakiem, jakby ganiła nieroztropnego, nagannego uczniaka na środku szkolnego korytarza — to bezczelność i zero taktu z pana strony, jestem panem osobiście zawiedziona.
Gdyby nie napięcie, które osiadło na jego ciele, zielonooki wyszczerzyłby zęby jak oblizujący rząd długich kłów, dziki kot.
Harry uśmiechnął się krzywo i spojrzał na nią spoza wpadających mu do oczu kosmyków.
— Otóż nie, pani profesor, tak właściwie jest to jedyny sposób na to, aby wpłynąć na działania Naczelnika. — Przeniósł swój wzrok na Dracona, w zielonych oczach zapłonęła ślepa determinacja. — Jestem gotów podjąć to wyzwanie, ale zjawię się w jego progach sam. Wybacz mi, Draco, ale nie chciałbym tańczyć przed publiką większą, niż jest to absolutnie konieczne.
Draco spuścił głowę w geście niemej zgody.
— Rozumiem.
Harry odetchnął głęboko i wyciągnął ramiona - podniósł klęczącego przy nim mężczyznę z ziemi i podziękował mu krótkim skinięciem.
— Postaram się wrócić najszybciej, jak to będzie możliwe — powiedział przyciszonym głosem, siląc się na spokój, którego wcale nie odczuwał w swoich żyłach. — Gdzie powinienem cię szukać?
Draco oblizał nerwowo wargi i spojrzał niepewnie w stronę byłej nauczycielki Transmutacji.
— Myślałem, aby zatrzymać się na kilka dni w Hogwarcie, gdyby znalazło się jakieś łóżko do spania...
Lustrujące spojrzenie dyrektorki zsunęło się na bladą twarz mężczyzny i zmiękło na tak krótki, tak przelotny moment, że Harry zastanawiał się, czy sobie tego nie wyobraził; zanim zamrugał i w pełni skupił spojrzenie na jej przeciągłej twarzy, kobieta już skinęła, nie mniej ostro niż zazwyczaj, głową i pstryknęła palcami, wzywając do siebie domowego skrzata.
Harry odetchnął głęboko, nie bez niejakiej dozy roztrzęsienia. Jego serce zadrżało w klatce jego żeber jak przemarznięty słowik. Właśnie czekała go jedna z najcięższych, najpewniej, rozmów w jego życiu, a on mógł z całkowitą gwarancją powiedzieć, że nie jest na nią przygotowany nawet w najmniejszym stopniu.
-VVV-
Wiatr uderzał w okna posiadłości jak sucha gałąź w mugolskich, pełnometrażowych filach grozy, kiedy Harry stanął pod ciemnymi drzwiami, przyglądając się ich powierzchni zamyślonym, nieco zaniepokojonym wzrokiem. Jego peleryna łopotała na wietrze niczym krucze skrzydła, wicher targał jego włosami, roztrzepując je w nieokiełznany nieład. Olbrzymi, napuszony kruk łypał na niego podejrzliwie z wierzchołka pobliskiego, świecącego nagością dęba. Zielonooki stał i patrzył - minutę, dwie - w tym przynajmniej był doskonale zaznajomiony, w obserwacji wychodzącej ponad standardy zwyczajowego poświęcania czemuś własnej uwagi; zastanawiał się, czy powinien zapukać i poczekać, aż drzwi staną przed nim otworem, nad wyraz dosadnie oznajmiając mu, że powinien przekroczyć te znienawidzone przez siebie progi, czy najzwyczajniej w świecie wejść do środka, zignorowawszy uprzednio wszelkie standardy. Nigdy nie został tu oficjalnie zaproszony - ta świadomość kuła jego umysł niczym drzazga - grzecznościowe etykiety nakazywałyby najpewniej zapukanie do drzwi w celu upewnienia się, że jest tu z całkowitą pewnością mile widziany.
Mile widziany u Snape'a — pomyślał z rezerwą, spoglądając sceptycznie na wąską klamkę, doszukując się w jej metalowej strukturze co gorszych klątw przeznaczonych dla ewentualnych, co odważniejszych złodziejów — co za paradoks.
Zanim jednak zdecydował się w pełni nad własnym działaniem, drzwi otworzyły się przed nim zapraszająco, dając mu widok na ciągnący się do salonu korytarz.
Och, a więc pan domu zdał sobie już sprawę z mojej obecności — przemknęło mu ponuro przez myśl — cóż za ogromny zaszczyt.
Harry odegnał niepotrzebne rozterki, jakby były natrętnymi muchami wzbierającymi nad rozkładającym się ciałem. Poczekał, aż jego umysł oczyści się ze wszelkich wytworów jego pracy i dopiero wówczas odważył się wkroczyć wprost w paszczę wygłodniałego węża ziejącego trucizną.
Korytarz oświetlony był jasno i klarownie i mężczyzna przeklinał w duchu taką kolej rzeczy, czując się niczym motyl przebity szpilką i wystawiony na pastwę gapiów za grubą pokrywę szklanej gablotki. Mimo poczucia koszmarnej niezręczności wbił źrenice w wejście do salonu widniejące kilka kroków przed nim i mając wrażenie, że wstępuje w istne czeluści piekielne, dotarł do framugi i przestąpił ją z szaleńczo bijącym sercem.
Oplecioną czernią niczym mgłą sylwetkę ujrzał bez zbędnego rozglądania się po pomieszczeniu. Snape siedział z absolutnym spokojem w głębokim fotelu i spoglądał wprost w zamkniętą twarz Harry'ego, jakby nie było dla niego tajemnicą, czemuż to ten się stawił przed nim tego dnia.
Młodszy mężczyzna dostrzegł kątem oka ruch przy schodach i zerkając pobieżnie w tamtym kierunku, ujrzał Lucjusza Malfoya z dłonią elegancko ułożoną na barierce schodów niczym na sercu arystokratycznego artefaktu.
To nie tak, że Harry się go nie spodziewał - wręcz przeciwnie, doskonale wiedział, że mężczyzna przebywał w objętości tej wielkiej posiadłości - miał jedynie nadzieję, że ominie go wątpliwa przyjemność bycia obserwowanym z brutalną czujnością przez dwie pary średnio przychylnych oczu. Postanowił, że najlepszym, co może teraz zrobić, to zignorować całkowicie obecność ojca Dracona i uczynić czym prędzej to, po co się tutaj zjawił.
Możesz to potraktować jak kolejne z wyzwań, którym musisz stawić czoło — pomyślał ironiczne, na powrót wpijając zieleń swych oczu w milczącego, śledzącego jego poczynania Snape'a. — Jakby to była gra, jakby to były igraszki. Równie dobrze mógłbyś spróbować zabawić się nieznacznie tą abstrakcyjną sytuacją.
Harry zastanawiał się, czy w komnacie realnie jest tak duszno, czy to jedynie kwestia napięcia osiadłego w jego ciele jak szron.
Zdusił w sobie przepełnione pogardą prychnięcie i ruszył w kierunku czarnookiego mężczyzny, sięgając leniwie do zapięcia peleryny, której kołnierzyk zdawał się odbierać mu powietrze, zaciskając się boleśnie na jego szyi (a może to jedynie wirujące w ciele nerwy nie pozwalały Harry'emu głębiej zaczerpnąć tchu - nie potrafił ocenić); czarny materiał zsunął się z jego ramion, ześlizgując się po równie czarnej szacie jak woda po rynnie i spływając gładko na posadzkę niczym fala oceaniczna obmywająca piaszczysty brzeg.
Odwagi, Harry — pomyślał gdzieś na tyłach własnego umysłu, pilnując tarcz nałożonych na swą mentalność niczym rękawiczki z jedwabiu i podszedł do nieruszającego się ze swojego miejsca w zagłębieniu fotelu Snape'a, siedzącego na nim jak na tronie (niechże ci kończyny od tego zmartwieją — warknął z frustracji w myślach), po czym pozwolił sobie na spojrzenie w jego czarne, głębokie oczy, czując, jak wargi drętwieją mu z leniwą zawistnością. Harry uklęknął na dwa kolana i przekalkulował w myślach swą wiedzę dotyczącą zasad panujących w czystokrwistych rodzinach - co wymagane jest od osoby okazującej swój szacunek wobec silniejszego od siebie czarodzieja. Zdawało mu się, że pamiętał, co należy zainicjować w takiej sytuacji i choć nie był pewien, uznał, że lepiej uczynić cokolwiek, niż nie uczynić nic (robiąc z siebie, najpewniej, niesamowitego głupca).
Powoli wydobył z wewnętrznej kieszeni szaty cienką różdżkę z piórem feniksa i ostrożnie złożył ją na posadce przy stopach Snape'a ukrytych za czarnym rąbkiem zwiewnego materiału, po czym opuścił głowę ku ziemi, pozwalając, aby kilka kosmyków wpadło na jego oczy.
Przez moment nie słyszał niczego więcej, poza pospiesznymi uderzeniami własnego serca. Chwilę później, usilnie starając się nie wzdrygnąć, poczuł, jak jego podbródek jest łagodnie unoszony przez zagłębienie dużej dłoni mężczyzny (zdawało mu się, że salwa lodowatego, szorstkiego szronu spłynęła mu w dół kręgosłupa). Pozwolił sobie podnieść wzrok i zajrzeć w czarne, bezdenne tunele oczu tego mężczyzny o mrocznej duszy i mrocznych tajemnicach.
Długie palce z delikatnością łabędzia odgarnęły mu włosy z twarzy (towarzyszył im ucisk w gardle tak silny, że ranił), a usta starszego maga rozwarły się, aby wypowiedzieć ciche słowa:
— Lucjuszu, czy mógłbyś zostawić nas samych?
Harry wypuścił wstrzymywane powietrze i poczuł, jak część napięcia ucieka z jego ciała wraz z ulatującym oddechem, nie spojrzał jednakowoż w stronę Malfoya, aby upewnić się, że wykonuje on polecenie - jego oczy nie opuszczały granic czarnych przepaści niemających dna.
Przez moment nie słyszał najmniejszych kroków, lecz po chwili ciche, zjadliwe słowa padły na przestrzeń niemalże pustego salonu:
— Ależ, jak sobie życzysz.
Harry usłyszał, jak mężczyzna wycofuje się w górę schodów (szelest peleryny zahaczającej o krawędzie stopni, miękkie szuranie podeszew na twardej posadce, stukot nadgarstka zahaczającego o barierkę); nie przestał nasłuchiwać, póki kroki nie oddaliły się korytarzem na piętrze, a drzwi jednego z pokoi nie otworzyły się i nie zamknęły z powrotem, wydając z siebie ciche kliknięcie.
Napięcie wcale nie odpłynęło wraz z Lucjuszem, jak Harry oczekiwał - wręcz przeciwnie, stało się niemal namacalne w otaczającym go powietrzu.
Zielonooki przez moment przyglądał się bez słowa czarnym oczom mężczyzny, starając się z nich wyczytać bodaj ziarna emocji, jednak spojrzenie było zamknięte i nieoznaczone, niepozostawiające mu wielkiego pola do popisu.
Harry odetchnął głęboko i spuścił wzrok.
— Myślałem — powiedział cichym głosem, dziękując nieznanym sobie bóstwom za to, że jego słowa nie brzmią jak zacinająca się, zgrana płyta, wpatrując się martwym wzrokiem we własne, pobladłe dłonie — że atak uderzy w Hogwart. Zasugerowałem to... wielu ludziom. Ja...
Harry przełknął, starając się oczyścić gardło, zastanawiając się, co właściwie powinien teraz rzec; jego oddech stał się płytki i rozchwiany.
Palce Snape'a dotknęły jego podbródka i miękkim ruchem ponownie uniosły mu głowę. Harry podniósł spojrzenie, czując, jak ściska go w gardle, mając niemiłe wrażenie, że topi się w powietrzu.
— Mi nie sugerowałeś niczego — wyszeptał mężczyzna; zielonooki ze wszystkich sił starał się powstrzymać gorzki uśmiech, który walczył o dostęp do jego twarzy, przez co w jego rysy wlało się coś pomiędzy rozpaczą a wstrętem do samego siebie.
— Oczywiście, że nie. — Jego zduszony głos przeraził nawet jego samego, Harry przełknął ciężko ślinę i zacisnął zęby tak mocno na wnętrzu policzka, by poczuć metaliczny smak krwi w ustach - to przynajmniej nie było niczym nieznajomym.
Dłoń mężczyzny mocniej pochwyciła jego podbródek.
— Przestań się karać, dziecko. — Słowa wypowiedziane z łagodną stanowczością sprawiły, że Harry'emu zakręciło się w głowie. Rozluźnił jednakowoż ucisk własnej szczęki; zaczerpnął gwałtownie powietrza, ani trochę nie potrafiąc uchwycić umysłem uciekającej od niego z szyderczym uśmiechem kontroli nad własnym organizmem. Czuł, jak jego dłonie drżą, a jego próby powstrzymania tego za wszelką cenę po upokarzająco krótkiej walce spełzają na niczym.
Wargi zielonookiego wygięły się w gorzkim grymasie; czuł, jak suche są jego usta, kiedy ponownie się odezwał:
— Teraz mi powiesz, Naczelniku, że to nie była moja wina?
Czarne oczy Snape'a badały jego twarz z taką intensywnością, że Harry nie potrafił nie uciec spojrzeniem w bok, gdzieś na ścianę.
Kciuk leżących na jego podbródku palców przesunął się z lekkością śnieżnego puchu po jego policzku.
— Harry, popatrz na mnie.
Być może własne imię wypowiedziane tym cichym, łagodnym, acz odsłaniającym go przed sobą z chłodną stanowczością, głosem było limitem tego, co był w stanie znieść.
Zacisnął powieki z całych sił i odwrócił głowę w inną stronę, starając się odnaleźć zagubiony gdzieś rytm własnego oddechu. Miał świadomość tego, że jego twarz przecinają pasma bólu, jakby były ranami ciętymi znaczącymi jego skórę. Jego oddech stał się jeszcze mocniej rozchwiany i mężczyzna wiedział doskonale, że granica, na której kończy się jego wytrzymałość znajduje się tuż u jego stóp - a za nią jest jedynie przepaść: ciemna, duszna i posiadająca dno, do którego jego krótkowzroczny wzrok nie sięgał.
— Nie zamierzam ci wmawiać, że wina nie leżała po twojej stronie. Nie wiem, kto był winny i nie będę zgadywać — dotarły do Harry'ego ciche słowa Snape'a; powieki młodzieńca uchyliły się w bezgranicznym zdumieniu, zielone oczy padły na czarne niczym reflektory.
— Nie? — powtórzył zduszonym głosem młodszy czarodziej, wpijając wzrok w przypatrującą się mu z oceną, ziemistą twarz.
Snape spoglądał na Harry'ego długo, gładząc przyjemnie chłodnym kciukiem jego drżącą szczękę.
— Nie powiedziałeś mi, dziecko, gdzie nastąpi atak. Być może gdybyś to zrobił... ale nie powiedziałeś tego.
Zielonooki otworzył usta, by coś odpowiedzieć, po czym zamknął je i spuścił głowę, nie odnajdując odpowiednich słów. Poczuł tętniący nieprzyjemnie, napięciowy ból głowy i odetchnął głębiej, starając się go od siebie odrzucić niczym niechcianą wizję podsuwaną mu przez strategiczny umysł wroga.
Harry zbierał w sobie siły, aby wyjawić coś, na co reakcji drugiego mężczyzny nie potrafił przewidzieć. Zaczerpnął głęboko tchu, a kiedy przemówił, sam nie potrafił rozpoznać własnego głosu przepełnionego napięciem, które wyciekło przez jego gardło jak krew:
— Zostawiłem Katrinę w kwaterze. — Podniósł przepełniony poczuciem winy, której nie potrafił zdzierżyć, wzrok na mężczyznę i wyrzucił ze wstrętem do samego siebie następne słowa. — I poszedłem walczyć. — Harry nie powstrzymał pogardliwego wygięcia warg, jaki przyspawał się do jego twarzy. — Merlin raczy wiedzieć o co.
Czarne oczy rozkładały go na części pierwsze. Harry zaczerpnął głęboko powietrza i opuścił swoje bariery oklumencyjne. Powieki Snape'a drgnęły nieznacznie, a głowa mężczyzny przekrzywiła się lekko w prawo, kiedy lustrował zieleń jego oczu nieczytelnym spojrzeniem.
Snape zdawał się rozmyślać nad czymś długo, bardzo długo (Harry czuł nieprzyjemne łaskotanie na ściankach żołądka). Kiedy wreszcie się odezwał, z jego głosu nie dało się wyczytać ani zalążka emocji.
— Widziałem cię na Nokturnie.
Słowa, jak uderzenie pejcza. Harry zaczerpnął gwałtownie powietrze w płuca i zamrugał, starając się zachować twarz za wszelką cenę. Z nerwowością śmiejącą mu się w żywe oczy oblizał wargi.
— Ja... — odetchnął głęboko, czując, jak mięśnie jego napiętego brzucha zaczynają drżeć w nieopamiętaniu. — Podejrzewałem, że ona ucieknie. Podejrzewałem, że... zahaczy o Nokturn.
Snape przez moment jedynie mu się przyglądał; jego wzrok padający na twarz Harry'ego był nie do zinterpretowania.
— Podejrzewałeś, że moja córka mi ucieknie — powtórzył cichym, głębokim głosem po kilku napiętych chwilach milczenia, a Harry zadrżał słysząc z jego gardła ten wnikliwy, przemyślny ton i całą siłą woli zmusił się do tego, aby nie spuścić wzroku; nie sądził, że wymagać to będzie od niego tak wielkiego wysiłku.
Odetchnął głęboko, czując się tak strasznie, tak niezmiernie zmęczony.
— Mówiłem panu, Naczelniku, że ona do mnie wróci, mówiłem to panu już dawno temu.
Snape powoli pokiwał głową, nie odrywając od niego nieczytelnego spojrzenia.
— Mówiłeś również, że ta zdrada zaboli jak nic innego — wyszeptał.
Harry drgnął ponownie, gdy czarnooki demon uwity z cienia nachylił się nad jego twarzą; gorący oddech musnął jego skórę jak klątwa.
— Zabolało, dziecko — powiedział powoli, patrząc zielonookiemu głęboko w oczy. — Niewymownie. Zapiekło niemal tak samo, jak wówczas, gdy trzymałem w ramionach martwe ciało twojej matki. Czy teraz jesteś usatysfakcjonowany?
Zielonooki przełknął gorącą gulę rosnącą mu w zatrważającym tempie w gardle i spuścił głowę, wbijając spojrzenie w swoje drżące, pobladłe dłonie.
Kiedy otwierał usta, miał wrażenie, że jego język klei się do wysuszonego podniebienia.
— Przepraszam — powiedział zduszonym głosem, mając wrażenie, że jeszcze moment, a rozpadnie się na podłodze i posypie w szary popiół po pustych kątach; ból głowy zakuł w jego czaszkę jak łzy.
Chłodna dłoń sięgnęła po jego podbródek; Harry nie sprzeciwiał się, gdy Snape po raz kolejny bezdźwięcznie kazał mu na siebie spojrzeć.
— Dobrze jest usłyszeć, jak wreszcie przepraszasz w swoim własnym imieniu — odezwał się mężczyzna; jego głos nie zmienił tonu ani o jotę, wciąż tak samo cichy, wciąż tak samo czysty, wciąż równie nieczytelny. — Dziwi mnie jednak, że nie cieszysz się z własnego sukcesu. Sądziłem, że będziesz radosny jak skowronek na wiosnę, kiedy się dowiesz, że twoja broń uderzyła z precyzją tam, gdzie była wycelowana.
Gorący żal piekł Harry'ego pod skórą, ale ten nie pozwolił sobie na łzy, które z coraz większą brutalnością pulsowały w jego głowie, ściskały się w gardle i oplatały wokół serca.
Harry niemal bezwiednie wyciągnął trzęsące się, odrętwiałe dłonie i zacisnął palce na czarnym, aksamitnym materiale szaty Snape'a; oblizał drżące, suche wargi i spojrzał mężczyźnie w oczy.
— Naraziłem ją na niebezpieczeństwo — powiedział cicho, starając się opanować rozchwianie własnego głosu — a pan, Naczelniku, się teraz na mnie mści. Zasłużyłem sobie, jak przypuszczam. Jest mi tak strasznie, strasznie przykro, że będąc pod moją protekcją znalazła się pod obstrzałem mugolskich karabinów. Nigdy nie pomyślałbym, że tamta baza nie jest wystarczająco bezpiecznym miejscem.
Mężczyzna powoli pokiwał głową, nie odrywając od Harry'ego nieczytelnego spojrzenia.
— Oczywiście, że nie pomyślałeś — odezwał się cicho, przesuwając kciukiem po jego policzku. — Jesteś całkiem wprawny w niemyśleniu.
Serce Harry'ego zacisnęło się boleśnie, powietrze zaczerpnął z takim rozchwianiem, że wydawało mu się, że przyjdzie mu się nim udławić, wargi zadrżały mu niemal boleśnie.
— Chcesz mnie zranić? — zapytał dwudziestokilkulatek, patrząc z żalem ściskającym gardło w te głębokie, obsydianowe oczy.
— Nie — wyszeptał Snape, odgarniając zabłąkany kosmyk z owej pobladłej twarzy. — Wystarczająco dotkliwie ranisz sam siebie.
Harry przełknął ciężko ślinę i z drżącym mięśniem sercowym oraz gardłem boleśnie zasupłanym, spuścił głowę niczym przegrany.
— To nie zmienia faktu, że widziałem cię na Nokturnie — powtórzył przyciszonym głosem mężczyzna, jego palce odnalazły drogę do karku młodszego mężczyzny. Harry zadrżał, gdy chłodne opuszki dotknęły rozgrzanej skóry. — Widziałem, jak zabierasz moją córkę z domu publicznego. Nie mogłeś mnie dostrzec, ale ja tam byłem i stałem się świadkiem tego, jak ratujesz moje dziecko z pustki, w którą wpadło.
Harry milczał przez chwilę, oddychając z trudem, jakby jego klatkę piersiową przytłaczał tonowy ciężar.
— Sądziłeś, Naczelniku, że byłbym w stanie ją tam zostawić? — zapytał ciężkim od nadmiaru emocji głosem Harry. — Uważałeś, że pozwoliłbym jej się zhańbić i patrzyłbym bez sprzeciwu na to, jak się spala? Wydawało ci się, że z przyjemnością obejrzę, jak obnaża się przed widownią napalonych, podstarzałych, ogłupiałych od przestymulowania facetów?
Czarne oczy badały go i oceniały, przebijały się wprost do jego zranionej duszy i obserwowały ją przyczajone jak drapieżny, dziki kot. Serce Harry'ego szalało, jakby za moment miało się wyrwać z jego piersi. Zielonooki opuścił nieznacznie głowę, nie zdejmując spojrzenia z tych przenikliwych, chłodno kalkulujących oczu.
— Do czego to doszło — wyszeptał mężczyzna, zaciskając lekko palce na jego karku, wysyłając w dół kręgosłupa Harry'ego salwę zimnych dreszczy. — Żyjemy w świecie, w którym dzieci uważają, że ich obowiązkiem jest ratowanie innych dzieci.
Harry wykrzywił wargi w kwaśnym grymasie i wychylił się ku twarzy Snape'a, aby uzyskać lepszy, bardziej stanowczy wydźwięk własnej wypowiedzi.
— Zapomina pan, że nie mam już jedenastu lat. Zapomina pan, że wygrałem dla nas drugą wojnę czarodziejów. Zapomina pan, że pokonałem Lorda Voldemorta i dostałem się na stanowisko aurora, a następnie awansowałem na szefa Biura Aurorów. Zapomina pan, że naoglądałem się w czasie drugiej wojny czarodziejów tyle bólu i tyle cierpienia, że najpewniej do końca życia już nic nie będzie w stanie mnie zaskoczyć. Jeśli uważa pan, Naczelniku, że to wszystko nie wystarczy do tego, aby nazwać mnie wreszcie dorosłym, powinien pan spojrzeć na ten szereg działań, które uczyniłem, od kiedy wspiął się pan na szczyty władzy w czarodziejskiej społeczności, od kiedy wojna z mugolami prawdziwie wstrząsnęła magiczną Anglią.
Snape odjął palce od jego karku i spoglądał w milczeniu w smutne, acz pewne siebie, podległe, acz niezłamane, zielone oczy, lekko przekrzywiając głowę.
— Nie wiedziałem, że to ci przeszkadza — odezwał się półszeptem mężczyzna, a Harry przygryzł wargę i zacisnął powieki, starając się odnaleźć pod nimi zagubiony gdzieś spokój.
— Nie przeszkadza mi to — odrzekł zgodnie z prawdą; jego głos ciążył mu jak żal, jak gorycz — ale ludzie zaczynają zauważać.
Chłodne dłonie owinęły jego policzki jak kurtyny wirującego śniegu. Harry uchylił powieki i zajrzał w czekające na niego tuż przed swoją twarzą, czarne, głębokie tunele.
— Od kiedy to przejmujesz się tym, co mówią o tobie inni, dziecko?
Zielonooki zmarszczył brwi i nie udzielił odpowiedzi. Wąskie wargi Snape'a wyciągnęły się w chłodnym uśmiechu wygranego.
— Będę mówił do ciebie tak, jak mi się żywnie podoba, masz jakieś obiekcje?
Harry, czując nieprzyjemny ucisk w gardle, pochylił się ku ziemi i musnął drżącymi ustami skraj nieprzeniknienie czarnej szaty mężczyzny.
— Oczywiście, że nie, Naczelniku — wyszeptał, kłaniając się głębiej, zastygając z twarzą znajdującą się tuż przy chłodnej ziemi.
Snape wydał z siebie pełne zmęczenia westchnienie. Harry czuł na odsłoniętym karku chłodny dotyk jego obsydianowych, przeszywających źrenic.
— Sprzeciwiasz się własnej naturze. — Mężczyzna nie sięgnął ku niemu i nie podniósł go za ramiona na powrót do klęczek, toteż zielonooki nie poruszył się ani na jotę, wsłuchując się uważnie w ten głęboki, cichy głos dochodzący do niego niczym zza grubej, kuloodpornej powłoki. — Twoje serce się wyrywa, wierzga jak dziki rumak i wrzeszczy ogłuszająco w akcie desperacji, błagając twój umysł, aby przestał nakazywać twemu ciału podejmowania czynów, przez które twój honor dogorywa na chłodnej posadce. Jednocześnie zmuszasz się do tego aktu, ponieważ nie potrafisz podjąć żadnego innego działania, które uważałbyś za logiczne, za skuteczne, za słuszne. Jesteś tutaj, ponieważ wierzysz, że gdzieś w okowach tej posiadłości wypoczywa moja córka, którą wyrwałem spod pasma rozprzestrzeniających się płomieni, nie mam racji, Harry?
Jego serce, oczywiście, wrzeszczało - darło się głosem zdartym, zachrypniętym i przepełnionym rozpaczą - ale Snape nie miał racji sądząc, że szamotało się w nieopamiętaniu. Jego serce skuliło się w jego ciele niczym słowik zamknięty w metalowej klatce i drżało z bólu, dygotało jak przemarznięte zwierzę porzucone w ciemną noc na dywanie z okrywy śnieżnej.
Harry był gotów przyznać przed samym sobą - zależało mu na tej drobnej duszy, na tej radosnej dziewczynie, odważniej jak szablozębny tygrys, potrafił to zrozumieć, a później zaakceptować i zwinąć skrawek pergaminu z jej imieniem wypisanym pośrodku w najgłębszej części swojego umysłu - tej odpowiedzialnej za troskę o drugiego człowieka. To, czego nie przewidział, było czymś tak gorzkim, jak popołudniowa kawa - kotłująca się w czaszce myśl, której nigdy nie zapraszał, której nigdy nie przewidywał, myśl twierdząca, że być może, jedynie być może, przy Katrinie jego serce nauczyło się kochać - Harry nie potrafił określić kolorów tej miłości, ale zdawało mu się, że przybiera ona inny kształt, niż w przypadku jego troski o Hermionę, jego słabości do wydziwień Luny, tak, na dnie jego serca kłębiło się coś innego, skrobało mentalnym pazurem o jego kruchą świadomość i naigrawało się bez końca, a kiedy Harry obracał głowę, aby spojrzeć temu w oczy, chowało się z psotnym śmiechem niczym dziecko w trakcie beztroskiej zabawy.
Przerażało go to uczucie leniwie przebudzające się w jego duszy i Harry czuł się nieswojo na myśl, iż jego wątpliwości mogłyby zostać odkryte przed Snape'em - Snape'em którego oczy wyciskały z niego prawdę, dokopywały się do szczerości i przyglądały się w cierpliwym milczeniu, jak spływa ona cienką stróżką w dół jego twarzy jak wyrwane z umysłu wspomnienie.
Snape, nawet jeśli nie widział, to domyślał się wystarczająco wiele i miał w sobie na tyle wielkie pokłady obcesowości, aby zapytać.
— Więc jesteś w stanie ugiąć przede mną kark, ty dumne, zbyt pewne siebie dziecko, jedynie dla pozyskania informacji dotyczących Katriny?
Ucisk w sercu zapiekł, gardło krzyczało o chwilę wytchnienia, mięśnie drżały, drżały, drżały, nie potrafiły zaznać spokoju. Oczy, które wzniosły się ponad posadzkę, tłamsiły w swej objętości ból, który przytłaczał, czoło, które wzniosło się ponad ziemię, kryło pod sobą kotłujący się umysł wątpliwości, strachu i rozżalenia.
— Nie posiadam nic innego, co mógłbym ci ofiarować. Mam skrytkę pełną złota, na które nawet nie zapracowałem samodzielnie, ale wiem, że gardzisz moimi pieniędzmi. Mam tytuł, który nic nie znaczy, dokonania na koncie własnego życia, które nie sprawiają, że jestem dzięki nim lepszym człowiekiem, mam uncję jako tako wartościowej wiedzy, którą mógłbym handlować, ale moje słowo to stanowczo za mało. Nie mam nic, Naczelniku, nic, co mógłbym ci dać, a ty masz wszystko i potrafisz z tego umiejętnie skorzystać. Powiedziałeś mi, że pragniesz mnie widzieć uległego, widzieć mnie przed sobą na kolanach, więc oto jestem i proszę cię, żebyś przestał trzymać mnie w niepewności, bo dłużej tego nie zniosę.
— Więc powstań — odrzekł krótko Snape wypranym z emocji głosem, a Harry zagapił się na jego ziemistą twarz, starając się przetworzyć w umyśle znaczenie tych dwóch, krótkich słów, jakie padły.
— Ja... co? — Harry potrząsnął głową niczym ogier wyrwany z drzemki, zastanawiając się, czy za moment nie wybuchnie nasączonym paniką śmiechem i cisnął spojrzeniem zielonych oczu w ziemistą twarz byłego Mistrza Eliksirów niczym kamieniem. — Nie, nie o to mi chodzi, Snape, na litość Morgany. Nie dbam o to, czy będziesz patrzył na mnie z góry, czy też nie, taki jest porządek rzeczy, a mi nawet przez myśl nie przeszło, żeby się o to wykłócać. Jesteś Naczelnikiem, a ja jestem obywatelem społecznym, twoje miejsce jest na wyżynach, a moje na równinach. Możesz mnie trzymać na jakimś mentalnym łańcuchu, a ja nawet nie będę się szarpał, starając się wyzwolić. Mógłbym się wyrywać, wiesz, mógłbym krzyczeć, rzucać się i przeklinać całe twoje życie, ale nie robię tego, a w zamian posłusznie się na wszystko zgadzam, zgadzam się na to, rozumiesz? I nie czynię tego dla Katriny, wiesz? Robię to dla siebie, ale przede wszystkim robię to dla ciebie, więc zacznij w końcu to doceniać, zamiast utrudniać mi życie i doszukiwać się kłamstwa w moim najlżejszym oddechu. Jeśli chcę w ten sposób pokazać, że podlegam ci, to będę to robił, jeśli chcę w ten sposób położyć nacisk na moją prośbę, to nie zawaham się nawet na moment. Twierdziłeś, że potrafisz rozpoznać nieautentyczność i odróżnić ją od szczerości, więc zrób to, na litość Merlina, zrób to.
Wąskie wargi Snape wygięły się w kwaśnym grymasie, chude palce zacisnęły się mocno na rączce fotela - Harry mógł obserwować, jak skóra dłoni mężczyzny bieleje jak po długotrwałym kontakcie z solą, kilka pulsujących błękitem żył rozciągnęło swe sieci pod powierzchnią bladego naskórka; zielone oczy zmrużyły się jak u dzikiego kota.
— Jestem najwyższym monarchą, a nie despotą — wyrzucił z siebie Snape jak pogardę i przewiercił Harry'ego spojrzeniem, w które zakradła się nuta ślepej dezaprobaty.
Zielonooki uchwycił się jego słów z zabójczą siłą i pociągnął nimi w swoją stronę niczym lianą.
— Nie przychodzę dzisiaj do ciebie jak do Naczelnika — zauważył, przewiercając czarne, znajome oczy spojrzeniem mającym siłę, by zabić. — Przychodzę do ciebie, jak do ojca Katriny, przychodzę do ciebie, jak do jej prawnego opiekuna.
— Więc może zacznij zachowywać się tak, jakbyś przyszedł do ojca przyjaciółki.
Harry milcząco przypatrywał się Snape'owi, póki ten nie uniósł brwi w geście chłodnego szyderstwa; jego wypowiedziane ostrym tonem słowa dzwoniły zielonookiemu w uszach jak organy kościelne. Młodzieniec spuścił wzrok i oblizał nerwowo wargi koniuszkiem języka, jego nogi zaczęły piec z długotrwałego ślęczenia na klęczkach. Przeciągnął wzrokiem po płytkim, ledwo widocznym zarysowaniu na powierzchni posadzki, szukając w nim odpowiedzi na własne rozterki i nie potrafiąc ich odnaleźć.
— Nie wiem, czy jesteśmy wobec siebie przyjaciółmi — przecisnął powoli słowa przez odrętwiałe wargi. Odetchnął głęboko, starając się uspokoić galopujący w jego umyśle żwawy potok wątpliwości. — Czasami... czasami lubię tak myśleć, lubię sobie wmawiać, że po tych wszystkich latach, które przeżyłem, po tych wszystkich drogach, na których postały moje stopy, za licznymi zakrętami, które poznaczyły trasę mojego życia, znajduje się jakaś prosta, banalna prawda, jarząca się nie zawiłością, mrugająca prozaicznością. Lubię udawać, że zasługuję na czyjąkolwiek przyjaźń, wiesz Snape? — Harry wzruszył ramionami i spuścił wzrok. — Ale na dobrą sprawę wszystko zaczyna się powoli komplikować. Jakby w moim życiu było niewystarczająco perturbacji.
— Kim więc dla siebie jesteście?
Harry pozwolił własnym wargom na wykrzywienie się w markotnym grymasie i mało świadomym gestem przetarł zdrętwiałymi palcami nasadę nosa; szkła okularów zsunęły się po nim nieznacznie i osiadły na jego czubku.
— W tym rzecz, że nie potrafię powiedzieć. — Zielonooki wypuścił powietrze z głębi płuc, czując przewiercającą go wzgardę do samego siebie. — Nie wiem, jak złe masz o mnie mniemanie, mogę jedynie podejrzewać, co tli się w twoim umyśle, mogę snuć domysły co sądzisz o naszej relacji - mojej i twojej córki, ale, na boga, ona ma piętnaście lat, a ja nie odznaczam się taką tępotą, aby choć na moment pozwolić sobie o tym zapomnieć.
Harry zmarszczył czoło i zerknął nerwowo w twarz Snape'a, spodziewając się dostrzec na niej odrazę - w źrenicach mężczyzny nieugięcie dominował falujący łagodnie spokój.
— Pozwolisz mi się z nią zobaczyć?
Spodziewał się odmowy i w głębi duszy przygotował się na nią - nie chciał, aby ten mentalny policzek wstrząsnął jego ciałem jak kopnięcie prądem, zamierzał to przyjąć z godnością, przełknąć ciężko i z pokorą znieść własną porażkę.
— Obawiam się, że...
— Naczelniku, jestem gotów pana gorąco prosić i nie poddawać się po pierwszej próbie. To może być ciężka batalia, ręczę za własne słowa.
— Nie wątpię, dziecko, to jednakowoż mogłoby się okazać...
— Błagam pana, niech mi pan chociaż pozwoli na nią zerknąć, zobaczyć na własne oczy, że nie jest ranna, że znów jest bezpieczna.
Snape westchnął ciężko i wyciągnął rękę, zaciskając na lekko drżącej dłoni Harry'ego; jego palce zacisnęły się niemal pokrzepiająco, mężczyzna spojrzał na młodszego maga, wkładając w to spojrzenie całego ducha swojej mrocznej osobowości.
— Katriny tutaj nie ma, Harry — uprzedził czarnooki, wykrzywiając niemrawo kąciki wąskich warg. — I nie wiem gdzie jest.
Powietrze na moment zamarło w piersi młodszego czarodzieja, źrenice pochłonęły część tęczówek jak chmury przykrywające słońce.
— Przepraszam, co takiego? — wyszeptał Harry, chwytając się bladej dłoni starszego maga, jakby ta była zakotwiczoną boją na ogromie burzącego się, pieniącego się wściekle morza.
— Pod moją protekcję dostała się nadzwyczajnym trafem panna Granger we własnej osobie.
Harry przez kilka długich, uciekających, wraz z uderzeniami wskazówek zegara o kolejne kreski sekundnika, chwil spoglądał w niemym oszołomieniu w tę ziemistą twarz, doszukując się w niej podstępu, którego nigdy by nawet nie oczekiwał.
— O Merlinie, synu kusiciela, czy ona...
Czarne oczy Snape'a przeciągnęły się po bliźnie znaczącej jego czoło, na którą opadało kilka kosmyków czarnej grzywki.
— Miała kilka ran ciętych, w większości na twarzy, wyglądających, jakby z impetem zderzyła się z szybą. — Mężczyzna skrzywił się, a na jego ustach zamajaczyła wzgarda. — Pozwoliła się ponieść emocjom, jak podejrzewam. Gdybym przybył chwilę później, najpewniej zginęłaby od wodospadu mugolskich pocisków. Wyszła z tego z życiem i ze złamanym nadgarstkiem. Nie zdążyłem podać jej Szkiele-Wzro, ponieważ omdlała mi w rękach jak siedemnastowieczna dama, gdy tylko wykrzesała z siebie magię do wysłania patronusa. Jest w głębokim szoku, ale ponadto nie odniosła poważnych obrażeń. Wciąż się nie obudziła, a mi, jak się zapewne domyślasz, nie na rękę było ją cucić.
— Ja... drogi Merlinie, dziękuję panu — wydusił z siebie Harry, nie potrafiąc zdjąć wielkich z niedowierzania oczu z oblicza owego cichego mężczyzny. — Tylko... dlaczego?
Wargi Snape'a wygięły się z napastliwym przekąsem, a on zamruczał niczym wygrzewający się w pierwszych promieniach słońca kot; obsydianowe oczy zabłysły iskrą przebiegłości.
— Być może — wyszeptał z pomrukiem samozadowolenia — zważ na to, że mówię: być może... — Naczelnik uśmiechnął się, jakby właśnie wcielał w życie jakiś zmyślny, wymagający wielu przygotowań, wyjęty żywcem z koszmarów sennych żart mający na celu wyprowadzenie z równowagi tych, w których jest on wymierzony — wybrałem stronę, dziecko. Tak, jak przykazałeś.
Zdradzieckie serce Harry'ego w tym momencie wykrzyknęło: „dosyć!" i eksplodowało od emocji jak ukraińska elektrownia.
Cały stoicyzm, powaga i układność pękły jak żarówka z kruchego szkła, a słowa mężczyzny trafiły w czułą strunę młodszego czarodzieja, którego mięśnie zdawały się z nagłością odmówić mu swojej współpracy.
Zanim Zbawca Ode Złego zorientował się, co się z nim dzieje, hiperwentylował się, jakby świat poza nim nie istniał.
-VVV-
Cóż, nie jestem przekonany, co działo się przez kolejne pół godziny (choć w moim odczuciu upłynęło zaledwie kilka minut, lecz najwyraźniej ścienny zegar miał coś innego na ten temat do powiedzenia). Pamiętam oczy Snape'a mrużące się z niepokojem i jego ziemistą twarz znajdującą się momentalnie nieoczekiwanie blisko, jakby mężczyzna deportował się z jednego miejsca w drugie mimo osłon antydeportacyjnych nałożonych na jego posiadłość.
Kiedy zastanawiam się nad późniejszymi zdarzeniami, pamiętam serię niezrozumiałych dla mnie obecnie przebłysków. Wśród nich wciąż powraca czarna głębia intensywnego spojrzenia niczym powidoki po zbyt długim wpatrywaniu się w słońce. Nie, żebym w ogóle chciał o tym pamiętać, gdybym miał w sobie dość odwagi, już dawno wycelowałbym rozgrzaną, jarzącą się bielą końcówką swojej różdżki we własną skroń i wyszeptał zaklęcie kasujące ludzką pamięć.
Mimo to nie potrafię nie myśleć o tym, jak o swego rodzaju przełomie. Świadomość, że w trwającej wojnie tak silna jednostka, jaką był Snape nie jest jedynie chłodnym posągiem z kamienia stojącym na uboczu bitewnego pola, przyglądającym się wszystkiemu beznamiętnymi oczyma, była, doprawdy, budująca. W mojej wizji nadchodzącego starcia z mugolami przestał być on jedynie nazwiskiem majaczącym gdzieś na skraju mapy terenów bitewnych, znikającej za jej konturami, gdy sytuacja stawała się nazbyt gorąca, a moje wyobrażenie o nim przybrało na materializmie, obrosło w żywe ciało i kości, a następnie wybiegło przed szeregi z tym samym drapieżnym uśmiechem znaczącym jego usta, który już tyle razy miałem okazję zaobserwować na jego przeciągłej, bladawej twarzy.
Wpadłem natomiast ze skrajności w skrajność w owej głuchej rezydencji przysłuchującej się milcząco mojemu niedorzecznemu śmiechowi odbijającemu się od podłóg i sufitów jak napełniona powietrzem, skacząca nieprzerwanie piłka.
Snape wiedział, że utonąłem w absurdzie, oczywiście. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że każde jego westchnienie osiadało mi pod naskórkiem, pod zębami, pod paznokciami i drażniło jak kocur skrobiący tępymi pazurami o sztywne płótno, w jakie obity jest stary, spłowiały mebel salonowy.
Moja duma nie rozbiła się podczas tamtej rozmowy tak znacznie, jak sądziłem, że to się stanie - prawdopodobnie miało to coś wspólnego z tym, jak się do mnie zwracał: „dziecko" w jego ustach brzmiało niemal jak troska, w co trudno mi było uwierzyć, a jeszcze trudniej zaakceptować, ale najwyraźniej w jakimś stopniu podniosło to moje własne poczucie wartości. Prawie zapomniałem, jakie to uczucie - być docenianym, a już szczególnie - być docenianym przez kogoś, kto z pewnością nie rzuca słów na wiatr, patrząc, jak rozpływają się one w porannej mgle codziennego zgiełku.
Snape zaprowadził mnie do sypialni, w której ulokował nieprzytomną Hermionę i widząc moje wyraźne wahanie przed ponownym zamknięciem w którymś z pomieszczeń jego rezydencji, zostawił drzwi otwarte tak szeroko, że szybko powstały przeciąg pomiędzy wejściem a rozchylonymi szybami omal nie doprowadził mnie do przewlekłego zapalenia ucha.
Tak czy inaczej, prawdziwa bitwa na słowa miała dopiero rozgorzeć, gdy moja droga, wieloletnia przyjaciółka uchyli powieki i poruszy niebo i ziemię, aby wprawić gospodarza w istny stan buzującej, kłębiącej się dziko furii, poruszającej okienne szyby i ryjącej głębokie, przeciągłe pręgi w pokojowej tapecie.
