.
Rozdział 17
Do znajomych drzwi pukać myśląc, czy nie stanie w nich czasami ta dziewczyna z warkoczami
.
Luna odjęła od ust papierosowy filtr i wypuściła z płuc dym, który cienką stróżką wylał się spomiędzy jej warg i rozwiał się nad drewnianą posadzką; kobieta przetarła palcami gardło, które zapiekło niemiłosiernie w odzewie na podobne ekscesy, by krótką chwilę później zakaszleć ostro, gdy pieczenie w podniebieniu miękkim stało się nie do zniesienia. Wnikliwe, migoczące srebrem oczy zerknęły z odrazą na trzymany w palcach papieros, pełne usta wykrzywiły się w zgorszonym grymasie.
— Nie potrafię zrozumieć, jak on może wypalać to świństwo — mruknęła pod nosem i zdecydowanym gestem zdusiła żarzącą się końcówkę o owalną, szklaną popielniczkę. Wstrząsnęła z odrazą głową niczym domowy kot, który po obwąchaniu na pozór smacznego kąska, marszczy z pogardą nos i odwraca się do niego ogonem.
Uderzająca rytmicznie w ścianę kauczukową piłeczką wielkości orzecha włoskiego Katrina, prychnęła jak naburmuszona primabalerina i mocniej cisnęła gumowym gadżetem w podłogę; piłka zderzyła się z werwą z nawoskowanym do błysku drewnem, podskoczyła pod kątem ostrym do sufitu, odbiła się od narożnika niewielkiego pokoju i z rozmachem wpadła na rozchwianą półkę zastawioną miniaturkami słoni z porcelany. Luna skrzywiła się z niesmakiem, spoglądając, jak kilka figurek z porcelanowej kolekcji zsuwa się z ich miejsca ustawienia i ląduje z głośnym trzaskiem na twardej podłodze; odłamki ceramiczne rozsypały się po pokoju jak chmara mrówek. Im dłużej wpatrywała się w migoczące fragmenty zbitej porcelany, tym bardziej narastało w niej drażniące uczucie frustracji i gniewu, które zdawało się czerpać swą siłę z najgłębszych czeluści jej osobowości. Luna myślała o sobie niczym o nektarynce - z wierzchu gładkiej i rumianej, ale gdy tylko wgryzło się w głąb jej struktury, natrafiało się na twardą, pomarszczoną, chropowatą pestkę.
— No, no, Katrino, zesłałaś na nas prawdziwą burzę piaskową, nie ma co — odezwała się pogodnie starsza kobieta i wetknęła sobie za ucho kilka kosmyków niemalże białych włosów, przyglądając się z bezczelną, niekrytą ciekawością twarzy piętnastoletniej dziewczyny, która to niemal od razu wykrzywiła się w grymasie niezadowolenia.
Katrina zbiła wargi w dzióbek i splotła ramiona na piersi; jej chudy podbródek uniósł się dumnie, kiedy spoglądała kobiecie prosto w oczy.
— Jeśli sądzisz, że atak na waszą placówkę był moją winą, to...
— Ależ, moja droga, nic takiego nie sugerowałam — wcięła się w jej słowa Luna, uśmiechając się przy tym niczym pierwszy promień słońca; Katrinie, gdy łypała spod brwi na tę rozpogodzoną, łagodną twarz, zebrało się na mdłości.
— Jestem im potrzebna — wycedziła przez zęby czarnooka, zaciskając pięści tak mocno, że końcówki pomalowanych na jaskrawo paznokci wbiły się w jej naskórek.
Brwi kobiety podjechały wysoko na czoło, kiedy ze stoickim spokojem mierzyła sylwetkę Katriny oceniającym spojrzeniem.
— No, nie do wiary — mruknęła pod nosem Luna, na co Katrina niemal stanęła na rzęsach, starając się utrzymać beztroskę w czarnych oczach, lecz kiedy kobieta uśmiechnęła się do niej z niewzruszonym spokojem coś dzikiego i niespokojnego wybuchło w samym środku jej klatki piersiowej.
Czarnooka spięła się i wbiła wściekłe spojrzenie zmrużonych oczu w migoczące niepokojącym stoicyzmem srebrne guziki tęczówek kobiety, siedzącej naprzeciw niej jak mściwy anioł promieniujący chłodną, księżycową poświatą.
Katrina prychnęła pogardliwie, gdy w jej głowie zaczęła się kołatać składna, triumfalna myśl, że może trwająca naprzeciw niej kobieta jest ślepo zazdrosna o uczucie, które Harry do niej żywi. Wypięła dumnie pierś i splunęła słowami niczym pogardą.
— Jestem dla nich ważna — wyrzuciła z siebie z siłą rozjuszonej kobry, wykrzywiając wargi w kpiarskim uśmiechu bijącym poczuciem wyższości.
Luna zaśmiała się czysto i dźwięcznie, Katrina zadrżała, jakby śmiech ten spłynął po jej ciele niczym kubeł lodowatej jak grudniowy śnieg wody.
— Och, w to nie wątpię — odparła jasnowłosa, wyglądając tak, jakby z ust jej rozmówczyni padł niewybredny dowcip; srebrne oczy zamigotały niczym gwiazdy. — Tak, Katrino, jesteś dla nich istotna, wszczepiłaś się w ich serca jak pijawka i wysysasz z nich krew, nie przejmując się, że jej stróżki ściekają po tej twojej brzoskwiniowej skórze, ani trochę nie współgrając kolorytem z twą karnacją.
Czarnooka zaczerpnęła gwałtownie powietrza i utkwiła rozognione spojrzenie w owych srebrnych, bezlitosnych oczach.
— Że co, proszę? — wycedziła przez zaciśnięte wargi, ostatkami zdrowego rozsądku powstrzymując swoją chęć rzucenia się na kobietę i szarpnięcia za te jasne, wpadające w śnieżną biel kosmyki jej gładkich włosów.
Luna wzruszyła ramionami i odparła jej prosto z mostu; ton jej głosu był czysty, nie miał w sobie ni zalążka jakiejkolwiek złośliwości (Katrina zmarszczyła nos w drażniącym niezrozumieniu).
— Słyszałaś.
Czarnooka naprężyła się jak struna i zaczerpnęła głęboko powietrza, aby wyrzucić z siebie na jednym wydechu:
— Nie masz prawa tak się do mnie zwracać, zabierz mnie natychmiast do Harry'ego, chcę się z nim zobaczyć, w tej chwili!
Nie obchodziło ją, że brzmi, jak rozwydrzone, rozkapryszone dziecko, nie dbała o to, że frustracja z pewnością migocze w jej oczach, a głos podnosi się o kilka oktaw w górę; wściekłość wywijała dzikie pląsy pod jej skórą, irytując ją niczym skrobanie paznokciami po chropowatej powierzchni.
Luna nie zareagowała na ten wybuch ślepej złości; wciąż przyglądała się Katrinie w ten sam, opanowany, oceniający sposób, od którego piętnastolatce skręcały się wnętrzności. Chłodny język ślepej furii lizną zakończenia nerwowe młodszej dziewczyny - ów pokaz niewzruszoności prezentowany przez jasnowłosą doprowadzał ją do bólu głowy. Szarooka kobieta, po kilku długich chwilach milczenia, posłała jej uśmiech uwity z cieni.
— Zdaje się, że nie znasz Harry'ego tak dobrze, jak starasz się to sobie wmawiać — odparła bezlitośnie, wciąż nie podnosząc głosu, brzmiąc tak, jakby zwracała się do dziecka, które nie potrafi pojąć w pełni ogromu otaczającego go świata.
Katrinie zdawało się, że czerwona mgła amoku przysłania jej oczy.
— Jak śmiesz... — wycedziła, trzęsąc się jak osika, zerkając z intensywnością na gładkie, miękkie, odsłonięte gardło kobiety, zastanawiając się, czy gdyby sięgnęła, gdyby zacisnęła palce w odpowiednim miejscu...
— Nie, naprawdę, nie znasz — powtórzyła Luna niemal konwersacyjnym tonem.
Katrina warknęła albo też zamierzała warknąć, gdyby nie to, że bezgraniczna wściekłość zawładnęła jej strunami głosowymi, przez co z jej gardła wyrwał się jedynie zduszony bulgot, brzmiący jak bąbelki powietrza ulatniające się ze zmętniałej cieczy.
— Gdybyś go znała — kontynuowała niewzruszenie kobieta — wiedziałabyś, że jeśli mu na kimś zależy, naprawdę zależy, to nie będzie takiej rzeczy, której nie odważyłby się podjąć dla tejże osoby. — Spokojny, chłodny głos Luny płynął poprzez przestrzeń między nimi niczym zimny pływ morski. — Gdyby naprawdę ci na nim zależało, nie narażałabyś go bezmyślnie na poważne niebezpieczeństwo. Gdybyś potrafiła odczytać nuty zapisane na pięciolinii jego serca, byłabyś świadoma tego, że jest on gotów posunąć się do czynów absurdalnie skrajnych wobec osiągnięcia własnych celów. — Kobieta na moment zamilkła, unosząc dłoń i przyglądając się leniwie, pod niemożliwie dziwnymi kątami, swoim paznokciom. — Gdybyś go znała, Katrino, domyśliłabyś się, że nadejdzie taki moment, w którym pójdzie on do twojego szanownego ojca i położy przed nim na podłodze swoją własną duszę, pozwalając mu z nią zrobić wszystko to, co twój ojciec zrobić z nią zapragnie. — Chłodne spojrzenie spadło na nią niczym gwiazdy i przytłoczyło na moment jej zdolność absorbowania powietrza do płuc. — Chciałaś wszystkiego co najlepsze, ale wiedz, że swym nagłym pojawieniem się w jego życiu doprowadziłaś do tragedii, z której on może się już nie podźwignąć. Jeśli Harry zaprzeda swoją duszę twemu ojcu, Katrino, równie dobrze mogłyśmy pozwolić się zabić mugolskim wojskom w objęciach naszej byłej kwatery. Nie masz klarownego spojrzenia na świat, ale ja wiem, co nastąpi w chwili, w której znamienity Naczelnik dotknie się do broni, jaką mógłby stać się w jego rękach Harry. I to nie będzie doświadczenie łatwe do przeżycia dla nikogo, nawet dla ciebie, moja ty artystko mącąca w ludzkich sercach.
Katrina wpatrywała się z pustym oniemieniem w chłodne oczy uśmiechającej się do niej kobiety, czując, że pod siłą tego spojrzenia jej serce ociężale podchodzi pod gardło, a ciasne, nieistniejące pęta zasupłują się na jej delikatnej szyi niczym wąż dusiciel. Z trudem przełknęła ślinę i wysłała całą swą siłę woli do odrętwiałych warg.
— Kim ty jesteś? — zapytała przyciszonym głosem Katrina, oddychając ciężko i nierytmicznie, starając się nie wpadać w ślepą panikę.
Szeroki, promienny uśmiech, który zalśnił na twarzy Luny, sprawił, że ściany pokoju zawirowały jej przed oczami jak karuzela.
— Jedynie zjawą — odparła miękko kobieta, odrzucając do tyłu niemalże białe pasma długich włosów. — Posiadam jednak zdolność czytania z ludzkich dusz, Katrino. A twoja dusza jest słaba, bez względu na to, jak silną twarz pokazujesz ludziom. Zastanów się nad tym, Katrino, czy jesteś w stanie znieść nadciągające gwałtowną wichurą siły, które sama wskrzesiłaś z martwych. Te wiatry są prężne, są mocne, niebawem odczujesz je w pełni, dojrzysz je, gdy wyciągną dech z twoich słabych płuc.
Luna odwróciła się plecami do oszołomionej piętnastolatki i bez pośpiechu wymaszerowała z pokoju, zostawiając dziewczynę samą, wpatrującą się w gładką powierzchnię drzwi z głębokim otumanieniem.
-VVV-
Hermiona zamrugała kilkukrotnie, starając się odegnać resztki snu spod ociężałych powiek, z niemożliwym do stłumienia uczuciem, że jej perfekcyjnie ułożony, znajomy świat roztrzaskuje się w tysiące drobinek, które kaleczą skórę jej dłoni i osiadają pod paznokciami palców.
Popołudniowe promienie słońca przedzierały się przez wysokie okna, atakując jej źrenice z precyzją naostrzonego skalpela. Kobieta zaciągnęła się głęboko powietrzem, z zaskoczeniem rejestrując uciążliwe zmęczenie w mięśniach, całkiem jak na drugi dzień po intensywnym, dającym w kość treningu. Zmrużyła nieznacznie powieki, chroniąc oczy przed kłującymi promieniami słońca i zwróciła głowę w bok, starając się skupić swój wzrok na wystroju pomieszczenia, w którym się znajdowała.
— To nie tak, że nie cieszę się, że wreszcie wróciłaś do świata, ale do szczęścia mi jeszcze brakuje, żebyś przestała wyglądać tak, jakbyś pojęcia bladego nie miała, co zaszło przez ostatnią dobę — usłyszała nad sobą znajomy głos, a skupisko cieni kłębiących się nad jej głową poruszyło się i zdawało obsunąć całym swym ciężarem na chłodną podłogę, roztrzaskując się na niej jak szkło.
Poczuła, jak napięcie ulatuje z jej mięśni, choć nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, w którym momencie to niechciane odczucie zawładnęło jej ciałem.
— Harry? — zapytała niemrawo, dziwiąc się temu, jak bardzo zachrypnięty zdawał się jej głos - ledwo rozpoznała w nim własną barwę.
— Ach, nie, Napoleon dla twojej wiadomości — odpowiedziało jej zgrabne szyderstwo, a wargi Hermiony bezwolnie zadrżały w słabym, wątłym uśmiechu.
— Jeszcze nie zdążyłam się całkowicie wybudzić, a ty już ironizujesz, ty zimny draniu — powiedziała Hermiona, nie potrafiąc powstrzymać miękkiego tonu, który samoistnie zakradł się w sploty jej zachrypniętego głosu. Przetarła wierzchem dłoni zaspane oczy i podniosła nieznacznie głowę, aby móc spojrzeć w twarz swego starego przyjaciela.
Natychmiast syknęła z bólu, gdy jej ciałem wstrząsnęły torsje, a wokół czaszki oplotły się pęta tępej tortury.
— O Matko Boska... — stęknęła Hermiona i zacisnęła mocno powieki, starając się opanować budzące się w niej zawroty głowy; chwilę później była zmuszona do wychylenia się poza krawędź łóżka, kiedy jej żołądek zaczął wykręcać się gwałtownie, jakby ktoś związał go brutalnie pędem Diabelskich Sideł i na domiar złego ani myślał się rozluźniać.
W jej żołądku nie było zbyt wiele do zwrócenia i kobieta pomyślała, że długo nie wytrzyma tych bolesnych skurczów przepony, niewyciskających z jej ciała niemal żadnych resztek pokarmowych.
Ciepłe dłonie odgarnęły jej włosy z twarzy i przytrzymały je na jej mokrym od zimnego potu karku. Hermiona zacisnęła mocno powieki, czując cisnące jej się do oczu łzy bezsilności.
— Chyba... wypluję wnętrzności — wydusiła z siebie, pomiędzy gwałtownymi uciskami torturującymi jej żołądek; z ust wyciekła jej wąska stróżka lepkiej śliny.
Ciche westchnienie Harry'ego zabrzmiało rezygnacją.
— Powinnaś coś zjeść, Hermiono, ciężko cokolwiek zwrócić, kiedy na dobrą sprawę, nie ma z czego.
Kobietą wstrząsnęły dreszcze i w końcu w górę gardła zostały wyrzucone rzygowiny o prezencji wody; skrzywiła się ze zgorszeniem, czując posmak żółci na języku.
Harry, z jedynie sobie znaną cierpliwością, przeczekał jej gwałtowne nudności, zataczając uspokajające koła kciukami po skórze jej głowy.
Dobrze jest wiedzieć — pomyślała kobieta — że będąc w tym stanie, nie jestem zostawiona sama sobie. Dobrze jest wiedzieć, że mam koło siebie kogoś, kto owinie mnie opiekuńczym ramieniem, choć na moment.
Wreszcie, po kilku chwilach zapobiegawczego zwieszania szyi, Hermiona odetchnęła głębiej i opadła na powrót na miękki materac, starając się nie spoglądać na to, jak Harry wysuwa różdżkę z rękawa szaty i odruchowym gestem nadgarstka rzuca Evanesco, obserwując, spod troskliwie zmrużonych powiek, jej napiętą twarz, która, Hermiona była o tym przekonana, musiała odznaczać się niezdrową bielą.
— Gdzie jesteśmy? — rzuciła pierwszym pytaniem, jakie przyszło jej do głowy, postanawiając skupić wzrok na czymś innym, niż drewno gładkiej podłogi i pozwalając sobie na rozejrzenie się po niewielkim pokoju sypialnianym.
Harry zmarszczył brwi i przyjrzał się z uwagą jej rozkojarzonej twarzy, przez moment kobiecie zdawało się, że widzi w jego rysach znikome pasma napięcia; wzrok dziewczyny przetoczył się po pomieszczeniu. Hermiona zastygła jak gipsowy odlew pośmiertny, kiedy jej rozbiegane oczy spoczęły na obliczu mężczyzny przyglądającego się im ze znudzeniem od strony na wpół uchylonych drzwi, opierającego się leniwie barkiem o wąską framugę.
— Hermiono, pamiętasz, co się wydarzyło? — usłyszała, jakby z oddali, ostrożny, cichy głos Harry'ego - przez moment potrafiła jedynie przypatrywać się bezrozumnie ziemistej twarzy swego byłego profesora, nie dostrzegając nic, poza nią, nie widząc niczego, poza tym zakrzywionym nosem, poza wąskim łukiem brwiowym, poza czarnymi oczami czujnymi jak oczy bestii skrytej w mroku, zanim wspomnienia nie spadły na jej umysł jak kilkukilogramowy dzwon.
Hermiona poczuła, jak jej oczy rozwierają się do wielkości kapsli od butelek, w które swego czasu zwykła przyozdabiać się Luna. Zaczerpnęła chwiejnie powietrza w płuca, ledwo zdając sobie sprawę z tego, że jej szczęka opada w głupkowatym wyrazie, kiedy obrazy minionych zdarzeń zatłukły o jej czaszkę z siłą brutalnego smoka.
— Jezus Maria — lamentowała kobieta, czując, jak dreszcze spływają po jej ciele jak kilkustopniowy mróz; całą siłą woli starała się uspokoić, ale im dłużej czuła na sobie obserwujące ją spod drzwi spojrzenie nieprzychylnych oczu, tym we większą nerwowość wpadała, tonąc w niej po uszy.
Być może ten czarnooki wzrok ciążący jej na twarzy był zapalnikiem, który poruszył w gwałtownym zrywie jej umysłem, podpalił zakończenia nerwowe i trzasnął jej mentalnością o ścianę w przypływie bezgranicznej brutalności; a być może było to jedynie tępe odczucie beznadziei. Hermiona, znajdująca się na granicy samoświadomości, zacisnęła drżące ręce na kołdrze i podciągnęła ją pod samą brodę.
— Pan... to pan... — jęknęła, wyciągając ostrożnie spod przykrycia rozdygotane ramię i celując oskarżycielsko palcem w sam środek klatki piersiowej Snape'a. Brew mężczyzny uniosła się szyderczo, a Hermiona doznała nieprzyjemnego wrażenia, jakby ktoś trzasnął ją po twarzy czymś po stokroć lodowatym.
Harry uchwycił ją łagodnie za ramię, starając się zwrócić na siebie jej uwagę. Kobieta nie pozwoliła się rozproszyć. Ledwo kontrolując własne działanie, pochwyciła w zaciśniętą pięść, wciąż ciepłą poduszkę, wyszarpała swe ramię z lekkiego uścisku palców Harry'ego i zerwała się z łóżka, ignorując towarzyszący temu, otumaniający jazgot, który wybuchł w jej czaszce jak nieudany eliksir zbyt długo stojący na pełnym ogniu. Z głuchym jękiem frustracji zatoczyła się w kierunku dużo starszego mężczyzny i zanim racjonalność zdołała uderzyć jej do głowy, uchwyciła się całego żalu, wściekłości i psychicznego wyczerpania, które wezbrały w jej umyśle i zamachnęła się poduszką na ramię Naczelnika.
— Ty... bezduszny... okrutny... despotyczny... — syczała bez pamięci pomiędzy kolejnymi uderzeniami.
Snape przyglądał się jej, jakby była robakiem wrzuconym pod mikroskop, ani razu nie starając się uchylić przed padającym ciosem, wyglądając na niezmiernie znudzonego całą sytuacją. Hermiona jęknęła, kiedy rozdrażnienie wybuchło gdzieś we wnętrzu jej czaszki, potęgując, i tak przytłaczający jak kamień, ból głowy. Jej policzki płonęły, a mięśnie bolały, jakby właśnie pokonała maratoński dystans, ale nie przestawała nacierać na mężczyznę z niezłomną determinacją. Widząc jego beznamiętną twarz, była gotowa uczynić absolutnie wszystko, aby zetrzeć mu tę nienaruszoną obojętność kamiennego posągu z lica. Kiedy poczuła gorące łzy spływające w dół jej twarzy, z których wcześniej nawet nie zdawała sobie sprawy, frustracja zacisnęła się na jej sercu jak kajdany, a wrzące rozsierdzenie eksplodowało w jej piersi jak supernowa. Zamachnęła się mocno i cisnęła poduszką w twarz mężczyzny, a ta zderzyła się z jego dużym nosem i upadła zapomniana pod ich nogi.
— To, co sobą reprezentujesz, to przemoc — wydarła się mężczyźnie prosto w twarz, czując, jak z każdą sylabą zdziera sobie gardło; jej ciało trzęsło się bez opamiętania: z bólu, ze zmęczenia, z frustracji, ze wszystkiego tego jednocześnie. Kiedy nie otrzymała w zamian choćby najmniejszego słowa, choćby grama werbalnej odpowiedzi, drżąc jak osika, doskoczyła do Snape'a, z rozmachem uderzając go łokciem w żebra i z chorą satysfakcją przyjmując cichy warkot rozdrażnienia, który uciekł z gardła jej byłego profesora niczym z paszczy rozjuszonego drapieżnika. — Upajasz się ciągłym procesem wykorzystywania swojej przewagi sił nad magiczną Anglią! — Jej stopa trzasnęła z impetem jego łydkę, jej paznokcie sięgnęły i zaorały w tę gładką, ziemistą twarz. — Nad ludźmi ją zamieszkującymi, nad szanowanymi obywatelami, nad porządnymi czarodziejami, nad Harrym, nad Harrym, na Morganę, i pożałujesz tego, gorąco tego pożałujesz! — Nie mający granic szał roziskrzył się w kobiecych oczach, jej kolano szarpnęło w górę, celując z werwą pomiędzy nogi byłego profesora.
Zanim jej cios wylądował w miejscu przeznaczenia, usłyszała nad sobą mrożący krew pomruk gniewu wydostający się na świat z najgłębszych czeluści mrocznej duszy mężczyzny. Jej łydka została pochwycona w miażdżący uścisk długich palców, które wbiły się w jej mięsień trójgłowy jak szpony drapieżnego ptaka, wyrywając z jej gardła ochrypły skowyt.
Łzy rozmyły jej obraz, ale nie pozwoliła sobie na opadnięcie z sił - wskrzeszając w sobie niezłomną determinację, zacisnęła dłoń w pięść i zamachnęła się z całych sił na krzywy nos Naczelnika.
Sprawny uchwyt przechwycił jej nadgarstek i wykręcił jej rękę do tyłu; Hermiona zachwiała się niebezpiecznie i tracąc na moment panowanie nad własną postawą, z trwogą przyjęła do wiadomości, że jest bezdusznie pchana na ścianę, w którą w ułamkach sekund przydzwoniła z takim impetem, że na moment ujrzała gwiazdy przed oczami. Kobieta, starając się rozeznać w kierunkach świata, zebrała w ustach nadmiar śliny i z wigorem splunęła Snape'owi prosto w twarz.
Czarne oczy zmrużyły się z groźbą, a lód, jaki się w nich zatlił osiadł na twarzy Hermiony jak szron. Kobieta, dysząc ciężko jak koń wyścigowy, śledziła z niegasnącą satysfakcją tor ruchu kropelek własnej śliny spływających po bladym, zapadniętym policzku.
Jego wargi zdawały się o stokroć bardziej pobielałe, niż w chwilach największego gniewu, jakiś mięsień pod jego prawym okiem zadrżał, jakby za moment miał zapulsować niczym tętnica.
— Zabierz ode mnie tę waleczną lamię, dziecko — wyszeptał mężczyzna głosem, od którego żołądek kobiety ponownie wykonał salto — zanim będziesz zmuszony obserwować, jak robię jej krzywdę.
Jego oczy zdawały się dwoma piekącymi ostrością, lodowymi szpikulcami przedostającymi się przez jej źrenice wprost do szaleńczo galopującego serca.
Spodziewała się lada moment poczuć, jak łagodne dłonie zielonookiego odciągają ją od Naczelnika, przygotowała się mentalnie na rozczarowanie, które miało na nią paść z jego źrenic i niemą naganę spływającą po jej szyi niczym deszcz.
— Ta waleczna lamia ma całkiem przyzwoity prawy sierpowy, może powinien jej pan pozwolić zademonstrować? — Lodowaty spokój w głosie Harry'ego przeciął powietrze jak grom.
Hermiona poczuła, jak dłonie przyciskającego ją do ściany mężczyzny zamierają. Przez moment, trwający w jej odczuciu nazbyt długą chwilę, sądziła, że groźby Snape'a nie są próżne, że naprawdę za moment przyjdzie jej poczuć na własnej skórze objawy jego czystego, lodowatego gniewu, odczuć ból, który zapłonie w kościach, spopielając chęć walki. Zamiast tego zakleszczające się na jej ciele dłonie puściły (Hermiona skorzystała z tej przelotnej chwili, aby wcisnąć się głębiej w ścianę), a demon uwity z mroku odwrócił się powoli w stronę niewzruszonego, spoglądającego na niego spod uniesionych brwi, Harry'ego.
— Zdaję sobie sprawę jak wielką władzę dzierży pan w kraju — rzekł młodszy z magów najspokojniej w świecie, kiedy Snape otworzył usta, by, najpewniej, rzucić mu w twarz wzgardą.
Czarne oczy przeszyły zielone jak oszczep.
— Bardzo dobrze, dziecko...
— I jeśli choćby spróbuje pan rozciągnąć swe stery nad ciałem mojej przyjaciółki, to moja w tym głowa, aby przypomnieć panu, co oznacza termin: „fizyczne cierpienie" — przerwał mu Harry, świdrując mężczyznę nieczytelnym spojrzeniem.
Czarnooki czarodziej powoli zaciągnął się powietrzem, jakby to było dymem papierosowym, podbródek maga uniósł się nieznacznie. Jego powolne kroki zabrzmiały w ciszy, która zapadła niczym wyrok śmierci. Długie, blade palce sięgnęły protekcjonalnie po podbródek dwudziestokilkulatka; Harry cofnął się, sprawiając, że dłoń mężczyzny zacisnęła się na pustce i zmierzył Snape'a spojrzeniem pełnym milczącej groźby.
Naczelnik uśmiechnął się, a był to uśmiech tak okryty cieniami i tak nasiąknięty chłodnym frontem, że niemalże wyssał całe powietrze z otoczenia.
— Chciałbym wiedzieć, dlaczego tak ci się trzęsą wargi — zarządzał starszy mag przyciszonym głosem, sądząc, że złapał swego rozmówcę na hak niczym najprawdziwszą złotą rybkę.
Hermiona wstrzymała powietrze.
Harry oddał uśmiech.
— To moja furia, proszę się z nią dobrze zaznajomić — wyszeptał; zielone oczy rozbłysły jak zimne światło gwiazd.
Temperatura w pomieszczeniu spadła o kilka stopni, Hermiona obserwowała w bezruchu, jednocześnie pragnąc oderwać wzrok i nie potrafiąc tego uczynić, jak dwaj czarodzieje stoją naprzeciw siebie niczym uosobienia Czarnej Magii i mierzą się spojrzeniami tak intensywnymi, że aż niewiarygodne zdawało jej się to, że w powietrzu między nimi nie strzelają iskry.
Snape zacmokał niczym niezmiernie zdumiony gad, który uchwycił w swoje ostre szczęki soczystego królika, a ten zdołał mu się wyrwać i pierzchnął w kępy wysokich traw, umykając przeznaczeniu.
— Doprawdy, dziecko, wydawało mi się, że zdołałeś już się nauczyć posłuszeństwa. — Głęboki ton mężczyzny był niczym łaszący się kociak, leniwie wyciągający rząd krwiożerczych pazurków w gotowości do ataku. Kobieta miała wrażenie, że słysząc go, nabawiła się poważnej paranoi - z jednej strony utrzymywała stały kontakt z rzeczywistością, a z drugiej nijak nie była w stanie zapanować nad rodzącymi jej się w głowie, drażniącymi serce odczuciami, całkiem jakby jakieś odrębne, niematerialne istnienie zakradło się do jej ciała, szepcząc namiętne słowa o zemście, usprawiedliwiając same siebie, że należy jej się ona za poczucie krzywdy, której doznała w przeciągu ostatniego roku ze strony wydziwień prawnych znajdującego się tuż obok mężczyzny.
Ramiona Harry'ego naprężyły się widocznie pod skórą niczym zwierzynie gotowej do skoku na konkurenta.
— Ależ, panie Naczelniku, chyba myli pan pewne pojęcia. Pragnąłbym zauważyć, że to władza jest dla obywatela, a nie obywatel dla władzy — powiedział gładko (jego słowa ześlizgnęły się z języka jak lód) i Hermionie przeszło przez myśl, że już raz widziała ten chłodny upór w rysach jego twarzy, widziała go tuż przed tym, gdy zabił najpotężniejszego, mrocznego czarnoksiężnika, jakiego znała ta ziemia.
Hermiona zauważyła, że Snape pobladł z gniewu niczym starożytny wojownik; podniosła trzęsącą się lekko dłoń do twarzy i przycisnęła jej wnętrze do ust, kiedy uśmiech majaczący na wargach jej przyjaciela przeobraził się w prawdziwe odzwierciedlenie grozy (kobieta poczuła, jak zimny dreszcz przebiega jej po karku, pędząc z prędkością kolei parowej w dół, ku kręgosłupowi).
— Niesamowite — wyszeptał czarnooki tak cicho, że Hermiona ledwo zrozumiała jego słowa. — Zmieniasz twarze jak kameleon, Potter, to nie może być zdrowe dla organizmu.
Brwi zielonookiego podjechały wysoko na czoło, zmarszczki przecięły bliznę w kształcie błyskawicy niczym rysy na szkle.
— Mówi pan z własnego doświadczenia?
Hermiona wstrzymała powietrze. Przez kilka chwil głucha cisza naznaczona jedynie szemraniem ich oddechów dzwoniła jej w uszach. Kobiecie zdawało się, że przez tę ciszę przemawiają chciwe usta demonów powracających z zaświatów i szepczących swe groźby i obietnice do wrażliwych uszu śmiertelników. Przełknęła ślinę, mając wrażenie, że cierpnie jej wątroba.
A potem milczenie przerwał cichy, drżący dźwięk, którego z początku nie była w stanie przypisać żadnej ludzkiej rzeczy. W chwili, gdy rósł on na sile niczym kłębiący się nad dachami huragan, Hermiona zmartwiała, pojmując, że dochodzi on z ust Snape'a. Dobrą chwilę zajęło jej zorientowanie się, że mężczyzna się śmieje. Jej serce stanęło na kilka przerażających sekund, jakby w tym cichym, kłębiącym się w pomieszczeniu dźwięku była zaklęta trucizna umiejąca odebrać życie w ciągu czasu błyskawicznego jak mrugnięcie powiek.
Snape przekrzywił głowę jak zaintrygowane wielkim światem dziecko, jego oczy błysnęły, śmiech urwał się niczym ucięta melodia na płycie gramofonowej.
— Uratowałem życie twojej... ach, przyjaciółki, nie powinieneś dziękować mi za to na kolanach, dziecko?
Na chłodnej jak stateczna, makabryczna, karnawałowa maska twarzy Harry'ego nie drgnął ani jeden mięsień.
— Obaj doskonale wiemy, że ja uratowałem honor twojej córki — wyszeptał niczym widmo, które pierzchło z najczarniejszych koszmarów. — Można powiedzieć, że nie mamy wobec siebie więcej zobowiązań.
Długie palce Snape'a pogładziły w zamyśleniu chude, blade wargi.
— Czemuż to mnie atakujesz, dziecko? — zapytał niemal konwersacyjnie, nie spuszczając wzroku z młodzieńczej twarzy. — Czyżby pękła struna twojego opanowania? — Snape pochylił głowę i zajrzał głęboko w zielone oczy, na jego czoło zakradło się głębokie skupienie.
Nawet jeśli Hermiona w pierwszej chwili nie zdała sobie sprawy z tego, co mężczyzna stara się uczynić, to pełna ekspresji reakcja Harry'ego dosadnie jej to uświadomiła.
Źrenice jej wieloletniego przyjaciela pociemniały, kłębiące się cienie jego osobowości niczym grube pająki wypełzły z najgłębszych czeluści jego duszy i osiadły na jego powiekach, na jego wyciągniętej szyi, na jego pobladłych wargach.
— Nie waż się — wysyczał, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej przywodząc Hermionie na myśl śmiertelnie niebezpieczną kobrę. Patrząc w jego oczy, zastanawiała się nad płomieniami, które rozpętały się w ich czeluściach, zdając się spopielać wszystko, co stanie im na przeszkodzie. Nie potrafiła przypisać określenia uczuciu zwijającemu się w tych szeroko rozwartych źrenicach jak ruj splątanych węży. Patrząc w te znajome, a zarazem tak bardzo obce, ziejące niemą groźbą, nasiąkające esencją demoniczności, błyszczące ślepym okrucieństwem oczy, starała się odnaleźć w nich Harry'ego i ze zgrozą pojmowała, że nie jest w stanie odszukać w nich jego osobowości.
Zielonooki uśmiechnął się po raz kolejny. Hermionie zdawało się, że jej ciało zamarza, przeistaczając się w lodową bryłę - tak oto wygląda rezultat patrzenia ciemności prosto w oczy.
Dziwna emocja nie ulatywała ze szmaragdowych tęczówek, co więcej, zdawała się rozrastać niczym zaraza, pęcznieć jak narośl na słabowitym drzewie.
I nagle, w jaskrawym przebłysku racjonalności, Hermiona zrozumiała: to była nienawiść - czysta niczym łza, sucha jak przepaść bez dna i pierwotna jak grzech pierworodny. Siła nienawiści gotowa zabić.
Harry przechylił głowę niczym demon przyglądający się nieskazitelnej duszy, którą za moment zamierza zhańbić i odetchnął głęboko, jakby czynił to pierwszy raz od ponad dekady.
Umysł Hermiony nie zarejestrował ruchu jej własnego ciała. Jedyne, co potrafiła przyznać z niezachwianą pewnością, to że w jednej chwili stała z bezruchu z plecami przyciśniętymi do ściany, a w następnej wciskała przemoczoną łzami twarz w barki Harry'ego, obejmując mężczyznę ramionami, niemalże przyspawana do jego naprężonych jak u dzikiego zwierzęcia pleców.
— Harry, wracaj — jęknęła, wtulając głowę w ciepłe ciało, które kiedyś było dla niej ostoją bezpieczeństwa — dalej nią jest — zamajaczyło w jej głowie jak sen. — Wracaj.
-VVV-
Draco został ulokowany, jak doskonale wiedział, w starych kwaterach Severusa Snape'a.
No, nie do ścierpienia — pomyślał, wpatrując się ze zniechęceniem w chłodne ściany nieużywanego od lat, pachnącego wilgocią, niewielkiego salonu, którego kominek wyglądał tak, jakby po odpaleniu go miał wybuchnąć popiołem wprost w twarz śmiałka, który zdecydowałby się z niego skorzystać. — Jeśli Harry nie wróci do jutra rana, to zorganizuję gwałtowny szturm na posiadłość Naczelnika, słowo daję.
Mężczyzna odetchnął głęboko i ukucnął przed chłodnym kamieniem kominka, marszcząc nos na garści popiołu piętrzące się w jego wnętrzu. Draco wyciągnął rękę i przeciągnął palcem po zasmolonej, wewnętrznej ścianie kominowej.
Czy skrzaty tu nie zaglądały od czasów ostatniej wojny czarodziejskiego świata? — pomyślał z zażenowaniem, spoglądając na utaplany w czarnej sadzy opuszek wskazującego palca. Z piersi Dracona wyrwało się głuche westchnienie (dzięki Merlinowi nie poderwał nim prochu przesypującego się wewnątrz kominka jak pyły wulkaniczne). Wymacał różdżkę w kieszeniach peleryny i wetknął jej koniec w garstkę sypkiego prochu.
Smagnięcie bladego światła i różdżka zaczęła zasysać popiół, jakby jego drobiny były cząsteczkami magii.
Trzask aportacji tuż koło jego ucha niemal przyprawił go o zgon spowodowany zawałem. Draco wyciągnął umorusany popiołem czubek różdżki z kominka i wycelował ślepo w kierunku nagłego poruszenia ulotnych pasem mętnych barw z zaklęciem tnącym formującym się już gdzieś na tyłach jego języka.
Wielkie, blade oczy domowego skrzata spojrzały na niego z bezgranicznym zdumieniem. Szarooki zdusił w sobie inkantację i zaklął siarczyście, rzucając stworzeniu rozjuszone spojrzenie.
— Czego? — warknął, mając nadzieję, że skrzat nie został przysłany do niego przez McGonagall w celu omówienia jakiś kuriozalnych zasad, na których powinien się opierać, przebywając na jej terenach. Draco pomyślał, że prędzej się udusi gołymi rękoma, niż pozwoli skrzatom domowym dyktować sobie warunki.
Stworzenie skuliło się, zerkając z obawą na koniec jego różdżki wycelowany w jego podłużny ryjek.
I dobrze — pomyślał z zawiścią Draco. — Niech się mnie boi, być może nauczy go to respektu.
— Istotek chciał tylko zapytać, czy pan życzy sobie kolację? — zapiszczał skrzat, wytrzeszczając na niego blade ślepia, ciągnąc niewielkimi piąstkami postrzępioną szmatę, w którą był owinięty.
Draco zapatrzył się na niego, przeklinając w myślach własną głupotę.
Przecież McGonagall sama przydzieliła ci tego skrzata, idioto, zacznij wreszcie klarownie myśleć — zrugał się mężczyzna i starając się nie wyglądać na wytrąconego z pantałyku, zażądał od małego stworzenia pieczonych kiełbasek i pieczywa z masłem, po czym dodał do zamówienia również herbatę z miodem, czując, jak na samą myśl ślina cieknie mu na język.
Skrzat skinął głową i skłonił się głęboko przed Draconem, po czym deportował się czym prędzej, jak uciekająca w popłochu antylopa.
Mężczyzna mruknął pod nosem nieskładną obelgę i rzucił urażone spojrzenie przeklętemu kominkowi. Popiołu wcale nie ubywało, jakby jego pokłady zagnieździły się w nim na stałe, wszczepiły się w jego strukturę i wyciągnęły korzenie daleko w głąb kamieni.
Draco skrzywił się jak po skosztowaniu wyjątkowo kwaśnej cytryny, po czym zamaszystym ruchem sięgnął do górnych guzików peleryny i oderwał je od materiału z towarzyszącym temu, głuchym odgłosem drącego się materiału. Mężczyzna bez zawahania wrzucił guziki do kominka i wskazał na nie różdżką, skupiając się na transmutowaniu ich w grube kłody drewna. Guziki wystrzeliły w powietrze z sykiem przypominającym lecące w górę nieba fajerwerki na chwilę przed wybuchem, po czym gwałtownie zaczęły przybierać na objętości, wydłużając się nienaturalnie, marszcząc na granicach ich struktury i przeistaczać powoli w chropowatą korę obrastającą fragmentami nieco jaśniejsze drewno wyglądające spod spodu.
Draco przechylił głowę, przyjrzał się krytycznie własnemu dziełu i prychnął z niesmakiem, dochodząc do wniosku, że te sztuczne pale wyglądają tak nienaturalnie, że nawet dziecko nie dałoby się nabrać, gdyby spróbował mu wmówić, że przytaszczył je własnoręcznie z Zakazanego Lasu. Mężczyzna wzruszył ramionami, wmawiając swojemu niepocieszonemu umysłowi, że prezencja tych niewielkich pniaków nie ma znaczenia, ważne, aby po podpaleniu nie zaczął się dusić w kłębowiskach dymu (miał szczerą nadzieję, że to, co wyglądało z wierzchu na drewno, nie okaże się, koniec końców, mieć plastikowego rdzenia); jasnowłosy smagnął różdżką powietrze, podkładając ogień pod sztucznie stworzone kłody i poczekał, aż podłapią one pomarańczowe języczki.
Harry, na litość Morgany — przemknęło przez jego umysł z nagłością galopujących koni. — Jak długo można upewniać się, że jedna, drobna piętnastolatka jest w miejscu swojego zamieszkania? Bawi się z tobą w chowanego, czy jak?
Draco odegnał od siebie natłok niepotrzebnych myśli i podniósł się na nogi, otrzepując szatę z warstwy prochu, który osiadł na niej jak piasek na mokrej skórze i ani myślał się odkleić. Ruszył w stronę prowizorycznej jadalni niezwykle małych rozmiarów, która znajdowała się tuż za ścianą i przez własną, głupią nieuwagę z głośnym impetem uderzył kolanem o kant wysokiej komody. Mężczyzna jęknął przeciągle, gdy ostry, przeszywający jak igła chirurgiczna płomień boleści sprawił, że jego kończyna odrętwiała od kolana w dół; potarł dłonią pulsującą bólem kość, po czym klnąc jak szewc, zrzucając winę za własną nieuwagę na wszystko, co w danej chwili przychodziło mu na myśl, wtoczył się kulawo do sąsiedniego pomieszczenia i przytrzymał półki zastawionej kilkoma zakurzonymi, pustymi fiolkami, obtoczonej grubą warstwą kurzu, który zaczął wzbierać w jego liniach papilarnych.
Niespodziewanie półka osunęła się spod jego palców i Draco zachwiał się niebezpiecznie, na wszelki wypadek celując rozjarzoną różdżką w poukładane rzędem fiolki.
Drewno zaczęło się przesuwać ani na moment nie zaburzając równowagi zastawiającego go szkła, po czym fragment ściany znajdujący się za nim zagłębił się w zamkowe mury i rozwarł na poły niczym szczęki żerującego krokodyla, ukazując kryjące się za nią przejście prowadzące prostym korytarzem w głąb ciemności.
Mężczyzna wpatrywał się oniemiały w przykrytą warstewką kurzu, wąską podłogę znikającą gdzieś w ciemnościach pomiędzy zamkowymi murami. Przesmyk nie był oświetlony, a przyklejone do ścian nitki pajęczyn wyglądały co najmniej odpychająco.
— Snape, ty nieprawdopodobny kombinatorze — wypowiedział niemalże bezwiednie ciche słowa, marszcząc czoło w niemej niepewności. Śledząc splątane, podłużne pajęczyny oczyma wyobraźni ujrzał włochate cielska pająków-gigantów zamieszkujących ciemne, wilgotne nory Zakazanego Lasu. Draco z ciężkim żołądkiem przełknął nadmiar śliny.
Powoli, bardzo ostrożnie wyciągnął rękę i uchwycił palcami krawędź otwierającego się przed nim korytarza. Krótką chwilę przyglądał się bez mrugnięcia swym leżącym na ścianie palcom, po czym zachęcony faktem, że nie został zaatakowany przez żadną, wymyślną klątwę, wkroczył z wahaniem w nieznane sobie, tajemne przejście. Jego wargi, pomimo ciężkości żołądka, wygięły się w niezmiernie zadowolony z siebie grymas. Gdzieś na tyłach jego świadomości zatliło się wyobrażenie o ciepłej kolacji, zapewne czekającej już na niego gdzieś w objętościach tych milczących kwater.
Draco obejrzał się za siebie, marszcząc czoło na kuszące jak niewierna kochanka drzwi do, jak przypuszczał, jadalni. Poczuł nieznaczny ścisk głodu w żołądku i skrzywił się z taką goryczą, jakby dopiero co został zdzielony batem po gołym ramieniu.
— Do diabła z tym — burknął mężczyzna i wpił dociekliwe spojrzenie w ciemność korytarza.
Zobaczmy wpierw, co Snape tu skonstruował, bawiąc się magią, jak Merlin przykazał — pomyślał zawistnie Draco i stanowczym krokiem zanurzył się w rozpościerające przed nim swe ramiona ciemności.
-VVV-
A ja sądziłem, że ciekawość to domena Gryfonów. Jak się okazuje, jest ona pasożytem żerującym także na sylwetkach urodzonych arystokratów. Co z kolei przywodzi mi na myśl, że nie różnimy się od siebie tak bardzo - czarodziej czystej krwi, czarodziej półkrwi czy czarodziej mugolskiego pochodzenia, wszyscy oni ulepieni są niezmiennie z tej samej gliny.
— Potter, do diaska, zbaczasz z tematu.
Wybacz, taka mała dygresja nawiązująca do sytuacji. Myśli to nasz chleb powszedni, nieprawdaż? Powinniśmy umieć się nimi dzielić. W końcu są produktem pracy złożonej struktury umysłu, mogącej zdziałać wielkie i niesamowite rzeczy.
— No nie, teraz brzmisz całkiem jak Severus Snape.
Wypraszam sobie, Malfoy, takie komentarze. Gdybyś swoimi nędznymi wtrąceniami postarał się mnie nie obrażać, byłbym zobowiązany.
To, co miało miejsce później, można nazwać prawdziwą jazdą bez trzymanki. To zadziwiające, gdy troje bliskich sobie ludzi w przeciągu niemal tego samego czasu spotyka szereg unikatowych zdarzeń, odciskających głębokie piętna na ich umysłach i duszy.
Pióro trochę mi drży, ale to, mam nadzieję typowy objaw dla kogoś przytłoczonego nadmiarem emocji.
Malfoy, jesteś gotów na ponowne zderzenie się z przeszłością? Może napij się wcześniej czegoś chłodnego, ponieważ, jak wiesz, czeka nas teraz prawdziwy miszmasz osobliwości. Nie trzęś się tak, przewrócisz kałamarz. No dobrze, przyszykuj się. Trzy, dwa...
