.

Rozdział 18

Nadziei liść na smutku strudze

.

Pod sufitem obskurnego, klaustrofobicznego pomieszczenia zebrały się kłęby gęstego dymu tytoniowego, zwijając się jak nadmorskie fale i uciekając w kąty pożółkłych ścian, z których niebawem odprysną resztki trzymających się ich ostatkiem sił, pomarszczonych jak opadłe z drzew, jesienne liście, umorusanych, tłustych tapet. Obleśnie pomarańczowe rolety uderzały z jazgotem o okienne szyby, gdy wpadający przez uchylone okno wiatr, przedzierał się przez ich postrzępioną powierzchnię, z sykiem zaczepiając o ich krawędzie, kiedy walczył o przewagę nad mętnymi dusznościami okrywającymi pokój niczym szarawa płachta.

Kilkunastoletnia dziewczyna, przykryta od pasa w dół cienką, pogniecioną pościelą, przeturlała się z gorącego, błyszczącego od potu, męskiego ciała na wyświechtany materac. Jej drobna ręka sięgnęła do stolika nocnego po prostokątne, tekturowe opakowanie i wygrzebała z niego jedynego, ostałego papierosa. Mruknęła z rozczarowaniem, biorąc do ręki puste pudełko, znad którego wciąż unosiła się woń taniego tytoniu i przewróciła go góra-dół nad powygniatanym materacem łóżka, jakby skrycie liczyła, że paczka jedynie sprawia pozory pustej. Kiedy, jakżeby inaczej, z opakowania wyleciało tylko kilka drobinek zdartej tektury i pyłki wypadłego spomiędzy filtra tytoniu, dziewczyna skrzywiła się i dała upust swemu niezadowoleniu, rzucając wściekle pudełkiem w najbliższą ścianę. Opakowanie odbiło się od niej, pozostawiając na odrapanym tynku szarawą rysę brudu i wylądowało na stercie wygniecionych, dziewczęcych ubrań, niedbale rozrzuconych po podłodze.

Palce z paznokciami umalowanymi na żywy odcień czerwieni wetknęły sobie filtr papierosa między usta; dziewczyna umościła swoje zgięte ramię na klatce piersiowej mężczyzny i ułożyła podbródek na własnym nadgarstku, unosząc wzrok na leniwie obserwującego jej poczynania czarodzieja.

Podstarzały człowiek sięgnął do blatu rozchwianej, nocnej szafki, z której wierzchnia warstwa złaziła niczym skóra po słonecznym poparzeniu i podniósł szorstkimi palcami różdżkę, której przetarta chropowatość wskazywała, że już dawno nadszedł czas najwyższy, aby wymienić ją na inną. Mężczyzna wskrzesił ogień i podłożył pod nos nastoletniej dziewczynie - ta zaciągnęła się głęboko mętnym, zwietrzałym tytoniem i odjęła filtr od ust, oblizując koniuszkiem języka spierzchnięte wargi.

— Jesteś dzisiaj nietypowo milcząca, Lottie — rzekł mężczyzna, unosząc krzaczastą brew wysoko na czoło, niedbałym gestem odrzucając własną różdżkę z powrotem na nocny stolik.

Dziewczyna wierciła się przez moment, szukając wygodnej pozycji, po czym wzruszyła ramionami i poświęciła swą uwagę wypalanemu papierosowi.

— Problemy w agencji?

Kilkunastolatka westchnęła głęboko, wypuszczając przy tym dym na twarz podstarzałego mężczyzny i marszcząc w zamyśleniu chudy nos, zaczęła bawić się włosami na jego klatce piersiowej.

— Nie o to chodzi — przyznała, po czym przejechała językiem po pożółkłych zębach. — Wszystkie utargi toczą się po staremu. Brewerowie jak zwykle opóźniają się kilka dni z wypłatą, ale to oznacza, że gotówka niebawem napłynie. Taka krótka zwłoka jest zwykle spowodowana ich troską o to, żebyśmy wszystkie otrzymały pieniądze w jednym terminie, aby nie wywoływać pomiędzy nami niepotrzebnych sporów — powiedziała dziewczyna takim tonem, jakby recytowała jakiś kruczek prawny. — Sam doskonale wiesz, jaki jest pan Christopher - serce aniele, a skrzydła troski długie jak stąd do Londynu.

Mężczyzna prychnął z pogardą i mruknął pod nosem:

— Tylko móżdżek jak orzeszek.

Lottie żartobliwie pacnęła czarodzieja po wystających obojczykach.

— Nie bluźnij, Tommy!

Mężczyzna przewrócił oczami i wyciągnął spomiędzy palców dziewczyny papierosa; obrócił go leniwie w palcach i zaciągnął się potężnie.

— Skoro — odezwał się po chwili, wypuszczając dym kącikiem ust — nie o pieniądze chodzi, to o co w takim razie?

Lottie odebrała spomiędzy jego palców oddawanego jej papierosa i zapatrzyła się na ulatujący z jego końcówki dym. Wyciągnęła powoli rękę za krawędź materaca i strzepnęła wzbierający na niej tytoń na podłogę; kątem oka dostrzegła, jak podstarzały barman mruży marudnie oczy, ale nie doczekała się od niego najmniejszej reprymendy, więc wzruszyła ramionami i ponownie zaciągnęła się dymem.

Rozgrzane palce Tommy'ego pochwyciły ją za podbródek i łagodnie skierowały jej twarz w swoją stronę. Dziewczyna zaczęła skubać przednimi zębami dolną wargę, nie pozwalając sobie na niego spojrzeć.

— Judith, co cię tak męczy, hmm? Wiesz, że możesz mi powiedzieć.

Lottie uniosła na niego przepełniony jakąś tęskną barwą wzrok i zamrugała z lekkim oszołomieniem.

Minęły długie miesiące, od kiedy ktoś po raz ostatni zwrócił się do niej jej prawdziwym imieniem i dziewczyna przez moment miała nieodparte wrażenie, że po takim czasie niekorzystania z niego, brzmi ono całkiem, jak zawiła nazwa jakiejś tropikalnej rośliny.

Popiół z zapomnianego papierosa spadł na materac, wypalając w nim ciemną dziurę o poszarpanych krawędziach. Tommy westchnął i wyjął z jej rąk niedopałek; unosząc się nieznacznie na łokciu, sięgnął ramieniem do szuflady szafki, wyciągnął z niej brudną, wykutą w kamieniu popielniczkę i ugasił w niej tlącą się końcówkę tytoniu. Tę samą dłoń zaplótł chwilę później na długich, rudych włosach dziewczyny i pochylił nieco podbródek, aby uchwycić spojrzenie jej oczu.

Lottie odetchnęła głęboko, skubiąc palcami cienkie, poskręcane włosy na klatce piersiowej mężczyzny.

— No dobrze — mruknęła przyciszonym głosem i przechyliła głowę, wpatrując się w pomarszczoną czasem twarz czarodzieja. — Pamiętasz tamtą dziewczynę, na którą w twoim barze naskoczył Walker? Tamtą zadbaną pannicę, co wpadła do środka jak zmokła kura i wycisnęła deszczówkę z włosów prosto na twoją podłogę?

Tommy podrapał się kciukiem po nosie i pokiwał głową, jakby zgadzał się z jakąś postawioną tezą.

— Co z nią?

Dziewczyna zmarszczyła nos i zapatrzyła się na swoje paznokcie.

— Powiedziała, że nazywa się Doris — mruknęła cicho w kierunku swojej ręki, kontemplując jaskrawą czerwień lakieru, jakby były w niej zakodowane jakieś starożytne pisma egipskie.

Przez moment w pokoju zapanowało milczenie, przez które obijająca się w kącie o ściany mucha zabrzmiała jak symfonia tysiąca cykad na polnej trawie w porze wieczornej.

Tommy poruszył się w taki sposób, jakby na moment poczuł się wyjątkowo niekomfortowo. Dziewczyna wyraźnie odczuwała na swojej twarzy jego urągliwe spojrzenie. Wreszcie zacmokał z przekąsem i wyrzucił z siebie:

— No i co z tego? O ile się nie mylę, ty podałaś jej imię Lottie.

Młódka przewróciła oczami i spojrzała na barmana z ponurą skargą.

Tak — nacisnęła na to słowo marudnym tonem, przejeżdżając koniuszkiem języka po nierównych zębach — ale nie ma znaczenia, jak ja się przedstawię, mogłabym się nazywać nawet Kleopatrą i to nie sprawiłoby, że zaczęłabym być kimś istotnym dla świata.

Tommy przypatrywał się dziewczynie dłuższą chwilę, bezwiednie zataczając niewielkie kółka kciukiem po skórze jej głowy.

— Więc — podjął powoli, lustrując skupionym wzrokiem jej twarz — uważasz, że tamta mała dewotka była kimś ważnym, tak?

Lottie westchnęła, podciągnęła się wyżej na klatce piersiowej Tommy'ego i oparła policzek o jego ramię.

— Posłuchaj tego — powiedziała tonem, który mógł sugerować, że za moment sprzeda mu gorącą plotkę. — Kiedy ta cała Doris weszła na scenę, a właściwie nawiedziła ją jak w lunatycznym transie, i zaczęła śpiewać, jakby ją wyrwało z ciała i przeniosło setki mil dalej, podszedł do niej od widowni jakiś w miarę wysoki mężczyzna. Stałam zaraz za kulisami, wiesz, miałam doskonały widok na najbliższe otoczenie podwyższenia. Ta nowa, jak tylko go zobaczyła, zaczęła ryczeć, wyobrażasz sobie? Zalała się potokiem łez przed klientami, ale szczęście w nieszczęściu nie przestała śpiewać. Kiedy facet zbliżył się do tej Doris, to z początku sądziłam, że chce jej wcisnąć forsę do stanika, ale nie, on wziął ją na ręce i z własnego widzimisię, bez słowa zabrał ją ze sceny. A potem wyszedł, dasz wiarę? Zabrał ją i wyszedł.

Tommy prychnął, a jego usta ułożyły się w kpiarskim wyrazie.

No, no, no, Karl musiał dostać szwedzkiej pasji, skoro nawet nie zdążył wypróbować tego kąska, jakim była.

Lottie potrząsnęła głową; rude loki zasypały jej twarz.

— To nie o niego chodzi, Tommy — powiedziała, oblizując nerwowo wargi. — Chodzi o tego mężczyznę, który ją zabrał. Na początku nie widziałam jego twarzy, ale kiedy podszedł do sceny, podniósł głowę, żeby przyjrzeć się tej nowej. Widziałam go tylko przez chwilę, ale dam sobie rękę uciąć, że to był nikt inny, jak Harry Potter. Wyglądał trochę inaczej niż swojego czasu w gazetach, ale ta blizna... miał bliznę, o tutaj... — Lottie uniosła dłoń, aby wycelować wskazującym palcem w swoje czoło.

Pomarszczona dłoń odgarniająca włosy z twarzy dziewczyny zastygła w bezruchu, a oczy barmana otworzyły się szeroko jak u aligatora; mężczyzna wyglądał niczym ryba wyjęta z wody, gdy na przemian zamykał i otwierał usta. Wreszcie nachylił się do twarzy młodej dziewczyny i wyszeptał natarczywie:

— Harry Potter? Ten Harry Potter?

Lottie wypuściła ze świstem powietrze z płuc i przekrzywiła głowę.

— A słyszałeś kiedyś o jakimś innym, sławnym Harrym Potterze? — prychnęła i dmuchnęła w kosmyk rudych włosów wpadający jej do oczu. Pokręciła z politowaniem głową i skupiła wzrok na swym rozmówcy. — Posłuchaj, czy to nie dziwne, że dzień po tym, jak w agencji pojawia się jakaś nowa, przylazła nie wiadomo skąd, może niepromieniująca pierwszą świeżością, ale z pewnością schludna, dziewczyna, do lokalu wchodzi sam Harry Potter, żeby ją stamtąd zabrać? Nie wydaje ci się to podejrzane?

Tommy zmarszczył czoło i zamyślił się, wbijając wzrok w wypaloną dziurę w materacu; wyciągnął dłoń i bezwiednie przejechał po niej palcem - nadpalone obramowanie powstałego od żaru ubytku wciąż ziało ciepłem pod jego opuszką.

— Tak mi się wydawało, że wygląda podejrzanie znajomo, ale nie byłem pewien, czym to jest spowodowane...

— A teraz już wiesz?

Mężczyzna machnął ręką i skrzywił paskudnie wargi.

— Skądże — prychnął, przewracając wymownie oczami. — Ale teraz będę mógł się nad tym spokojnie zastanowić.

Tommy spojrzał na dziewczynę, świdrując wzrokiem jej młodą twarz zmarszczoną w zamyśleniu, jakby starała się właśnie odgadnąć jakieś skomplikowane hasło do krzyżówki. Odrzucił od siebie cienką kołdrę i wstał z łóżka; wzrok Lottie powędrował ku jego kościstym pośladkom. Dziewczyna oplotła się szczelniej pościelą i obserwowała, jak ten sięga po swoją bieliznę porzuconą na pojedynczym krześle stojącym przy rzadko kiedy używanym biurku i naciąga ją na blade nogi.

— Powinnaś już uciekać, Lottie — rzucił, nie spoglądając na leżącą w jego pościeli dziewczynę, zajęty mocowaniem się z zacinającą się szufladą komody więżącą jego ubogi komplet piżam. — Nie stać mnie na wykupienie cię na całą noc.

Lottie poruszyła się i wygrzebała z sideł rozgrzanego nakrycia, jednak zamiast do drzwi prowadzących na korytarz, podeszła do starszego wiekiem mężczyzny; dziewczyna wyciągnęła drobną rękę i zacisnęła na dłoni Tommy'ego. Jej krótkie ramię drugiej ręki oplotło od tyłu jego biodra i napierało na nie, póki ciało mężczyzny nie przyległo do jej własnego.

— Wracaj do łóżka, Tommy — poprosiła cicho, opierając podbródek o nagie plecy gorącego ciała stojącego przed nią.

Barman odwrócił się ku niej i spojrzał ze zdumieniem w jej gładką twarz.

— Nie mogę, Lottie — odparł, marszcząc czoło. — Pieniądze, które na ciebie uzbierałem, starczają mi ledwo na półtorej godziny.

Dziewczyna wzruszyła ramionami i zajrzała mężczyźnie w oczy.

— Za to, co wiszę ci za te wszystkie piwa, Tommy, wykupiłbyś mnie zapewne na grubo ponad dwadzieścia cztery godziny. — Lottie znów sięgnęła po dłoń grubo starszego barmana i pociągnęła nachalnie w swoją stronę. — Proszę, wróć do łóżka.

Tommy przypatrywał się przez chwilę dziewczynie wzrokiem nieczytelnym jak parafa, po czym bez słowa, prowadzony przez drobną, dziewczęcą dłoń, pozwolił jej zaprowadzić się w stronę własnego miejsca do spania, ułożyć w wygniecionej pościeli i pozbyć się nałożonej bielizny.

— Chciałbyś...

— Nie — rzekł cicho starszy mężczyzna i przyciągnął do siebie dziewczynę, wtulając twarz w jej rude, lekko przepocone włosy. Naciągnął kołdrę na ich ciała, okrywając szczelnie to drugie, dużo mniejsze, wyglądające w półmroku jak gładki pomnik wykuty z marmuru.

Usłyszał, jak dziewczyna oblizuje nerwowo wargi, by chwilę potem poczuć, jak ta dociska pośladki do jego ciała.

— Może ja...

— Śpij już, Judith — zamruczał sennie, składając lekki pocałunek na tyle jej głowy. — Śpij już.


-VVV-


Napięcie, które owładnęło jego ciałem było nie do wytrzymania - szarpało w bezlitosnych zrywach jego wciąż młody umysł, nacierało na mięśnie, sprawiając, że te kurczyły się boleśnie pod jego skórą, szarpało jego stalowymi nerwami jak wiry tornada, rozrywając nawet najtrwalsze poziomy opanowania z kuriozalną prostotą. Starał się skoncentrować na czymkolwiek innym, ale jedynym, na czym był w stanie skupić wzrok, była ziemista twarz Snape'a - mężczyzna patrzył mu w oczy, jakby strach nie istniał, jakby lęk był jedynie urojeniem ludzkiego umysłu; Harry miał nieodzowne wrażenie, że kłębiąca burza nerwów tląca się w jego umyśle lada moment wybuchnie i zaleje ich falą ślepej furii nieznającej granic. Coś w tych utkwionych w nim, obsydianowych oczach przyciągało go jak magnes i zielonooki marzył o tym, aby się zbliżyć, aby wyciągnąć ramiona, aby zacisnąć palce wokół tej długiej, długiej szyi skrytej za wysokim kołnierzykiem i zacisnąć palce tak mocno, jak kiedyś, dawno temu, zapętlały się na jego własnym ciele sploty Diabelskich Sideł. Mógłby go zniszczyć, nie sięgając nawet po różdżkę. Mógłby spojrzeć mu w oczy i przyglądać się w milczeniu, jak ostatnie mgnienie światła gaśnie w nich na wieki. Mógłby przyłożyć ostrze do jego bladego gardła i patrzeć, jak biel miesza się z czerwienią, powoli, bardzo powoli ustępując jej swego miejsca. Takie proste, takie banalne, wystarczy chęć, chęć i determinacja, jeśli będzie wystarczająco wielka, to może nawet postarać się sięgnąć po różdżkę, a niedługo potem zanurzyć ją jak nóż w chlebie w tym płaskim brzuchu kryjącym się pod zwiewnymi szatami, albo użyć sztyletu, może gdyby odpowiednio przekręcić ostrze otarłoby się ono o żebra, a wtedy...

Harry, wracaj.

Diabelskie Sidła owijające się wokół jego brzucha, ale nie naciskające tak mocno, żeby były zdolne do odebrania oddechu. Dlaczego się nie zaciskają wokół jego ciała, skoro jego mięśnie są tak bardzo spięte, tak mocno szarpiące się pod skórą? Może to nie są Diabelskie Sidła, może to zwykły bluszcz, a może...

Harry...

Hermiona?

Wściekłość nie przestała wyciekać z niego niczym ropa z tankowca, jednakże pomiędzy pasmami furii zaczął przebijać się ku niemu świat zewnętrzny. Napięcie, które kumulowało się w nim od kilku tygodni, eksplodowało jak supernowa, rażąc po oczach swoją jaskrawością, piekąc swą potęgą odbierającą zdrowe zmysły. Ale tym razem pomiędzy tym wszystkim był także on sam; szamotał się, starając się wyrwać z sideł furii władającej jego ciałem, wbijał paznokcie w największe jej supły i szarpał zębami jej włóknistą strukturę wrzynającą się w jego serce jak papier ścierny. Jego furia szukała ujścia, którego nie mogła odnaleźć, a Snape nie spuszczał z niego wzroku - czuł wyraźnie te chłodne, natarczywe oczy prześlizgujące się po jego twarzy jak po lodzie - jak zastygły odlew z podobizną żerującego drapieżcy, oglądający każdą chwilę, w której Harry się spalał.

Oddech - trochę rozchwiany, niespokojny, ale pierwszy zaczerpnięty z całkowitą świadomością, ze znikomą kontrolą.

Wyplątał się z objęć Hermiony jak z sieci kłusownika i na drżących nogach, trochę po omacku, dotarł do stojącego w rogu pomieszczenia fotela, po czym osunął się na niego bezwładnie. Chwilę później podskoczył z błyskawicznym instynktem szukającego i odwrócił się gwałtownie w stronę krzyczącego nowoczesnością mebla, gdy obicie oparcia stanęło w płomieniach. Harry wpatrywał się bezmyślnie w tańczący na rozciągniętym materiale ogień, czując się, jakby te same płomienie spopielały w tym momencie jego duszę rozchwianą jak wahadło ściennego zegara; jego wargi skrzywiły się w kwaśnym grymasie.

Jeśli za każdym razem, gdy utracę kontrolę — pomyślał gorzko Harry — będę lizał wyposażenie wnętrz pomieszczeń, w których przebywam płomieniami ognia, to niebawem podpalę cały, otaczający mnie świat i spłonę razem z nim, pozostawiając po sobie czarne zgliszcza i mętny, szary popiół.

Harry ugasił pospiesznie pnące się po meblu płomienie i ignorując przepalone obicie, opadł na parujący mebel.

Zielonooki przyłożył drżące palce do twarzy i opierając łokcie o własne uda, schował się przed rzeczywistością we własnej głowie pełnej kotłujących się w niej przeciwności.

— Harry... — Cichy głos Hermiony zabrzmiał gdzieś tuż obok, tuż przed nim; Harry'emu udało się zaczerpnąć pełen rozdygotania wdech i przecisnąć słowa przez piekące goryczą gardło.

— Nie wiem, co mam robić — zadrżał i zaśmiał się suchym, niepodobnym do siebie śmiechem przegranego. — Antoniusz... nie żyje, a Draco... zdążył już mnie ogłosić jego następcą i nikt nawet się nie sprzeciwił, a już na pewno nikt nie pomyślał o tym, że ja nie mogę... nie chcę, nie potrafię... Nie nadaję się na przywódcę, Hermiono.

Ciche westchnienie wyrwane z głębi jej piersi i szelest ubrań, gdy kucała naprzeciw niego. Harry uniósł głowę i spojrzał na nią oczami człowieka, którego zmęczenie połknęło jak fale oceaniczne, który już dłużej nie wytrzyma ciągłego napięcia, z którego siła walki spłynęła niczym deszczówka.

— Będziesz doskonałym przywódcą, Harry — powiedziała cicho kobieta, zaciskając palce na jego drżącej w nieopamiętaniu dłoni. — Zawsze nim byłeś.

Cichy warkot rozdrażnienia zabrzmiał gdzieś za plecami Hermiony; zielone, pełne zmęczenia oczy uniosły się z niemą rezygnacją na przepełnioną frustracją twarz starszego mężczyzny.

— To ja jestem Naczelnikiem tego kraju — wycedził przez zęby Snape, brzmiąc jak rozjuszona kobra gotująca się na walkę o własne terytoria. — Nie rządzi w nim żadna, absurdalna konspiracja. Nie macie prawa ingerować w zakres mojego panowania.

Zielone oczy przyglądały się czarnym z pustką w sercu głęboką jak jaskinia bez końca.

Masz całą magiczną Anglię u swoich stóp — pomyślał niemrawo Harry — a mimo to, wciąż pragniesz więcej. To niepodważalny dowód na właściwości uzależniające wszechmocy.

Hermiona zaczerpnęła głęboko powietrza w płuca i przygryzła wargę tak mocno, że po chwili po jej brodzie skapywała strużka szkarłatnej krwi. Nie opuściła jednak oczu z twarzy przyjaciela, wpijała w niego tak intensywne spojrzenie, jakby samym patrzeniem na niego miała nadzieję zakorzenić w nim wolę walki.

— Wypuścisz nas do świata — wyszeptał Harry głosem pustym jak miedziany dzwon; mężczyzna patrzył na niego, jakby lada moment miał poruszyć niebo i ziemie, aby go zatrzymać — czy będziesz nas tu więził? Mam się skupić nad kolejnymi możliwościami, jak mógłbym stąd uciec, czy pozwolisz nam wyjść frontowymi drzwiami? — Młodszy czarodziej oblizał niespokojnie wargi i spuścił wzrok. — Powiedziałeś, że wybrałeś strony — przypomniał zduszonym głosem — wobec tego niech twoje słowa znajdą pokrycie w czynach. Mugole nie zwalczą się sami, a jeśli zaczniemy się między sobą spierać, to przyznam szczerze, że nie widzę najmniejszej przyszłości dla naszego świata.

Snape oddychał głęboko, czerń jego oczu migotała jak wypolerowany kryształ, Harry szczerze wątpił, aby jego słowa mogły jeszcze cokolwiek zdziałać. Więc kiedy nagle, jak za pstryknięciem jakiegoś przełącznika, mężczyzna odwrócił wzrok, zielonooki poczuł, jak gdzieś na dnie jego serca, tuż za chłodną goryczą przegranej, rozbłysło wątłe światełko nadziei.

Czarnooki powoli uniósł ramię opatulone zwiewnym materiałem i wskazał, w swego rodzaju zaproszeniu, na wyjście z pokoju.

— Odprowadzę was do drzwi — powiedział cichym, bezbarwnym głosem; Harry zamrugał i zapatrzył się na niego tępo, dłoń Hermiony zacisnęła się mocno na jego własnej. Zielonooki odetchnął głęboko, starając się uspokoić rozkołatane nerwy i wstał powoli, doszukując się w słowach Snape'a drugich znaczeń i nic takiego nie znajdując; pochylił się i podniósł zastygłą w bezruchu Hermionę z ziemi. Prowadząc brązowowłosą za rękę, powoli dotarł do sypialnianych drzwi, spod których przyglądała się mu łapczywie głucha pustka korytarza. — Potter?

Harry zerknął na mężczyznę, marszcząc czoło, zastanawiając się, czy nie tkwi w tym wszystkim jakaś pułapka, jakieś drugie, głębsze dno, coś, na co nie skierował wzroku; obsydian oczu Naczelnika unikał kontaktu z jego twarzą.

— Skieruj wzrok na zachód — odezwał się przyciszonym głosem jego były nauczyciel, wprawiając zielonookiego w lekką konsternację, zanim nie wyminął ich dwójki i bez słowa, bez spojrzenia, bez grama emocji na twarzy nie odprowadził ich do korytarza wiodącego do frontowych drzwi.


-VVV-


Skieruj wzrok na zachód.

Wtedy jeszcze pojęcia bladego nie mieliśmy, o czym on właściwie plecie. Jednakże powiedział nam to, powiedział jasno i wyraźnie: „Skieruj wzrok na zachód".

Przeklęty Snape i jego przeklęte tajemnice. Ostrzegł nas, na litość Merlina, ostrzegł nas - jakżeby inaczej - a my się nawet nie zorientowaliśmy. Jak wielkimi kretynami wówczas byliśmy, jak mogliśmy tego nie zrozumieć, jak mogliśmy nie zauważyć, że...

— Skąd mogłeś wiedzieć? Nie powiedział ci niczego wprost.

On nigdy nie mówił niczego wprost, Malfoy, a ja byłem na tyle głupi, że...

— Przestań się obwiniać, przestań natychmiast, słyszysz? Nie mogłeś wiedzieć, co miał na myśli, po prostu nie mogłeś.

Mogłem bardziej się przyłożyć do rozszyfrowania znaczenia tych słów, mogłem być bardziej dociekliwy, a zignorowałem to, Merlin raczy wiedzieć czemu. Przecież wiedziałem, że Snape nie wypowiada słów, które są zbędną gadaniną, słów, które nic nie znaczą. Jak mogłem...

— Ile razy mam ci jeszcze powtórzyć, że to nie była twoja wina, abyś wreszcie sam w to uwierzył? To nie była twoja wina i basta. Wróć lepiej do czasu, w którym się zatrzymałeś, zamiast wybiegać mile do przodu. W końcu na zawirowaniach w domu Naczelnika ten dzień się nie skończył, czyż nie?

Zgadza się. W drodze do wyjścia mieliśmy szczęście usłyszeć wielce ciekawą rozmowę, którą Lucjusz Malfoy prowadził przez salonowy kominek z nader osobliwym jegomościem w brunatnym kapeluszu i okularami naciągniętymi na nos o szkłach tak przyciemnionych, jakby znajdował się pośrodku dzikiej plaży w nadzwyczaj słoneczny dzień lata.

Snape przeprowadził nas obok wejścia do salonu z twarzą kompletnie pozbawioną wyrazu, jednakowoż nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że uczynił to celowo. To, bowiem, co mieliśmy okazję usłyszeć przez tę krótką chwilę spaceru, okazało się informacją nader owocną w nowe odkrycia.

Podczas gdy ja wytężałem słuch na nowe, przełomowe wieści, Draco buszował w najlepsze po włościach Snape'a, zupełnie, jakby sądził, że dostał loteryjny bon na kopanie w epicentrum czarnej dziury pełnej ostrych jak brzytwa tajemnic wżerających się w skórę niczym kwas.


-VVV-


Korytarz był duszny i napęczniały kurzem, Draco nabawił się przez to silnego napadu kaszlu, ale parł dalej naprzód, rozświetlając własną różdżką ciemne kąty, w których to lada moment spodziewał się zobaczyć ponadnaturalne monstra o wykrzywionych ciałach, wyciągające ku niemu blade ramiona, spoglądające mu w twarz oczyma wysysającymi z człowieka duszę. Przesmyk w zamkowych murach, jak na złość, ział pustką i stęchlizną, sprawiając, że młody dziedzic Malfoyów kilkukrotnie rozważał zawrócenie i wrzucenie wspomnienia tego miejsca w najdalsze czeluści umysłu. Ten tunel ciemności wiodący go do nieokreślonego celu plątał się jak ciało zaskrońca, przyprawiając Dracona o gwałtowne palpitacje serca, gdy spoglądając w zwitek pajęczyn na ścianach, dopadało go nieodparte wrażenie, że mijał już tę część korytarza.

Draco zastanawiał się, czy za moment, zza ciemnego zakrętu, nie wyskoczy na niego nieprzychylnie nastawiony bogin, ale za każdym razem, oświetlając swą drogę różdżką ściskaną w dłoni z siłą szczęk brutalnych bestii, za zakrętem napotykał jedynie kolejny zakręt - przez co dręczyła go chorobliwie niepokojąca myśl, że kręci się w kółko.

Puste ściany naigrawały się z niego, każda prezentująca się kropka w kropkę tak samo, jak poprzednia, zamykając Dracona w ciasnym kokonie niepewności. Blondwłosy młodzieniec miał abstrakcyjne wrażenie, że utknął w samym środku tunelu czasoprzestrzennego - jakaś niepojęta siła ciągnęła go z prędkością większą od prędkości światła gdzieś, gdzie barwy świata są pełniejsze, dźwięki głębsze, tracące na powszechnie znanej spójności, a jednak posiadające jedynie sobie znaną symetrię, gdzieś gdzie kształty są bardziej kompletne mimo zacierających się konturów i granic.

Wreszcie, po czasie niebezpiecznie zbliżonym do wieczności, za kilkunastym już chyba zakrętem, zamajaczył w oddali rozbłysk mętnego światła. Mężczyzna przystanął i wlepił wzrok w owo światełko na końcu tunelu, walcząc przez chwilę z pierwotną chęcią odwrócenia się od niego i wszczęcia panicznej ucieczki w przeciwnym kierunku (nie na darmo ludzie mówią, że światło w tunelu zwykle jest niczym innym, a pociągiem — pomyślał ponuro Draco, ale odetchnął głębiej stęchłym powietrzem i zmusił swoje kończyny do wznowienia tej wycieczki poznawczej).

W chwili przekroczenia przez Dracona progu, blade, zimne światło rozbłysło przed jego oczami, zdając się materializować wprost z powietrza, jakby krążące wokół pyły kurzu były jego źródłem zasilającym. Szare oczy uniosły się, a całe powietrze na moment zostało wypompowane z jego płuc jak za sprawą silnego uderzenia. Potrafił jedynie stać niczym pal wbity głęboko w ziemię i patrzeć w oniemieniu na otwierający się przed nim widok. Przed mężczyzną rozpościerała się przestrzenna komnata o sięgającym wysoko sklepieniu, wybudowana na planie okręgu jak rzymskie koloseum. Wewnątrz, zwijające się niczym muszla ślimaka, stały potężne półki z mahoniu wyciągające swe smukłe szkielety aż po podwieszane sufity. Labirynt o ścianach ciężkich od woluminów kusił jak pierwszy śnieg po latach ociepleń klimatu i zanim Draco zdążył zarejestrować ruch własnego ciała, już stał u wejścia do spirali regałów niemalże dotykających nieba. Zapach starych książek kusił jak opary unoszące się znad Amortencji i mężczyzna przymknął oczy, sycąc się tą wonią jak wytrawną, gorzką czekoladą. Magiczna sygnatura biła od niektórych, z co większych pozycji jak ciepło, a jasnowłosy nie mógł nic poradzić na to, że unosi wyżej podbródek, łaknąc tej pięknej, głębokiej magii, jak wąż słonecznych promieni. Czując drżenie mięśni pod skórą, Draco podszedł bliżej regału tworzącego jedną z zewnętrznych warstw spirali, co niemal zakrawało na lunatyczny trans, odchylił głowę do tyłu i błyszczącymi oczyma spojrzał w górę na piętrzące się jak oceaniczne fale, górujące nad nim jak najwyższe szczyty górskich pasm tony literatury. Czarodziej, uśmiechając się jak dziecko, które dostało balon napełniony helem, zerknął w zwijający się, jak wygrzewający się na kominkowej płycie wąż, korytarzyk. Zanim się obejrzał, jego nogi już niosły go naprzód, głębiej i głębiej, zmierzając ku sercu owej magicznej ostoi, jakby go ciągnęła nić Ariadny, jakby nie do końca wiedział, czy na pewno chce się tu znaleźć, ale i tak zatapiał się w rzędy półek jak w łagodnej, krystalicznej wodzie. Woń starych pergaminów oraz przetartych okładek wdzierał się do jego nozdrzy, wprawiając umysł w istny błogostan. Draco wyciągnął rękę, muskając opuszkami grzbiety mijanych książek, nie zważając na to, że naręcze kurzu osiada na jego opuszkach. Czuł się jak dziecko największego szczęścia, które spodziewało się zastać na swojej drodze pokłady ciemności, a natrafiło na istne siedlisko światłości wyciągającej ku niemu swoje odnóża, muskające gorącymi promieniami jego szalejące z radości serce. Sięgnął na oślep i wyciągnął gruby, stary tom spomiędzy pozostałych i zerknął na wytarty tytuł przecinający okładkę wzdłuż jej przekątnej.

Magia umysłu i jej początki - wskazówki zapisane w gwiezdnych konstelacjach; autorstwa Nicolasa Flamela

— O Merlinie i Morgano... — wyszeptał oczarowany Draco przejeżdżając palcami po napisie, przecierając z niego naręcze kurzu. — Dumbledore zapisał ci te pozycje w jakimś nieoficjalnym testamencie, czy jak?

Mężczyzna odetchnął głęboko raz, drugi, starając się zapanować nad rosnącą skokowo ekscytacją mącącą w jego zmysłach jak huragan emocjonalności.

Wsunął książkę na powrót na swoje miejsce i jak zahipnotyzowany, pozwolił własnym nogom ponieść się dalej, wgłąb biblioteki. Magia tego miejsca przelewała się w jego żyły, muskała gładką skórę, sprawiając, że wszystkie włoski na jego ramionach się najeżyły, wnikała głęboko, głęboko w jego duszę kusząc ją własnym pięknem.

To w jego stylu — pomyślał Draco, wyciągając rękę, aby musnąć opuszkami palców przetarte grzbiety starych ksiąg, oczyma wyobraźni widząc chude, blade palce Snape'a czyniące to samo. — Skrywać całą duszę za murami codzienności. Choćby nawet była to jedynie dusza oddana literaturze, zaklęta głęboko, głęboko w słowach utrwalonych na pergaminie.

Cisza nie była niczym męczącym; owijała się ona wokół umysłu Dracona podzwaniając lekko, a on pozwalał jej pochwycić w szczelny uścisk własną dłoń i poprowadzić głębiej pomiędzy te monumentalne regały trwające ciężko i stabilnie na własnym miejscu niczym posągi starożytnych bogów - stała się jego przewodnikiem, otwierała przed nim rzeczywistość imitującą sen, choć dałby sobie rękę uciąć, że w innym miejscu i w innych realiach powinno być całkowicie odwrotnie.

Być może na tym polegał jego największy błąd - uwierzył w rzetelność, trwałość i materialność wszystkiego, co go wówczas otaczało. Być może, gdyby przez umysł przewinęła mu się myśl, tak ulotna i szybka jak obłok przepływający po błękicie nieba, że jest to niczym więcej jak sennym majakiem, który w każdej chwili może zamienić się w istny koszmar, przekształcając się, zmieniając formy i przesiąkając odmienną paletą barw, nie doszłoby do tego wszystkiego, a on zdołałby uciec z podkulonym ogonem w błogiej, szczęśliwie naiwnej nieświadomości dziecka, które nie zajrzy pod łóżko, nie chcąc wybudzać groźnego potwora.

Labirynt, jakżeby inaczej, miał swojego Minotaura.


-VVV-


Kiedy Lucjusz pierwszy raz powiedział Severusowi, że zaskarbił dla nich silnego sprzymierzeńca, ten wpadł w szał godny dżina uwięzionego w starej lampie. Rozbił z rozmachem kilka talerzy, ciskając nimi o sufit, nie dbając ani przez moment o to, czy odłamki szkła spadające na ziemię jak jakaś egzotyczna odmiana opadów atmosferycznych nie pokaleczą im twarzy bądź nie wpadną pod powieki i nie uszkodzą oczu. Oczywiście, czemuż to zacny Severus Snape miałby się martwić o coś tak prozaicznego, jak nieskazitelna skóra bez zarysowań i ciętych ran powstałych w wyniku próby odreagowania kumulującego się w ciele napięcia (choć do tego ten dumny samotnik w życiu by się nie przyznał). Kiedy zdradził mu jego nazwisko, Snape przyglądał mu się bardzo długo z wyrazem twarzy mogącym świadczyć o nerwowości, irytacji, balansowaniu na granicy furii albo posiadaniu całego świata w głębokim poważaniu. Kiedy wreszcie się odezwał, brzmiał tak, jakby słowa przyklejały mu się do języka, po czym zostawały od niego brutalnie odrywane i wyrzucane z ust jak pociski z mugolskiej broni.

— Jesteś głupcem.

Severus nie zawsze potrafił zrozumieć zasady subtelnych kroków podejmowanej przez czystokrwistych czarodziejów. Krew jego mugolskiego ojca wyryła na nim swoje piętno bardziej, niż można się tego spodziewać, patrząc na potęgę mocy, którą ten dysponuje. Dlatego Lucjusz za każdą absurdalność wypowiedzianą przez usta Severusa, winił wyłącznie mugola, który wydał go na świat.

On jest niesamowicie inteligentnym czarodziejem — pomyślał Lucjusz, gdy po raz kolejny rozważył w myślach to, co planował zrobić. — Nawet jeśli nie od razu to zrozumie, z czasem przyzna, że kroki, które przedsięwziąłem, były słuszne i poczynione w jak najszczerszą intencją, mającą się przysłużyć dobru samego Severusa. — Mężczyzna kiwnął stanowczo głową, pieczętując tym samym słuszność własnych decyzji. — Jeszcze mi za to podziękujesz, przyjacielu.

Lucjusz odłożył na niewielki, salonowy stoliczek szklaneczkę do połowy zapełnioną whiskey i wstał, z gracją godną pawia zmierzając w stronę kominka; szarość jego oczu rozbłysła determinacją.


-VVV-


Severus znał perfekcyjnie wszelkie wizje swego starego przyjaciela Lucjusza i zdawał sobie sprawę z tego, jak wiele gotów on jest przedsięwziąć dla wdrożenia ich w czyny.

To po części były także jego plany. Przekształcone, zmodyfikowane, powykręcane jak przeschnięta gałąź leżąca na środku asfaltowej drogi. Subtelność zanikała w nich jak zdrowy rozsądek w chwili, gdy emocjom pozwalało się przejąć kontrolę nad chłodnym umysłem. Jednakowoż wciąż należały do niego, a Severus nie ścierpiał świadomości, że miałby podzielić się własnym żerem, a co więcej, przyglądać się temu, jak zostaje on brutalnie rozszarpany na części w dzikim zrywie szaleństwa. Wszystko wymagało odpowiedniej finezji, a wkładanie własnych zamiarów do właśnie tego worka z pewnością takie nie było; przeciwnie - Severus sądził, że to jak wsadzanie kija w mrowisko.

Gdyby odpowiednio pokierował Potterem, mógłby on dla niego wygrać tę batalię, a co więcej, on sam pozostałby poza wszelkim kołem podejrzeń.

Ludzi nie można ograniczać, ich należy zmanipulować, sprawić, by uwierzyli, że myśl, którą podsuwasz im pod nos niczym smaczny kąsek, jest tak naprawdę ich własną myślą.

Niech Potterowi zdaje się, że przytykam mu wskazówkę do twarzy, że macham mu ją przed oczami, a ta migocze zgodnie z moją intencją jak neonowe światła — pomyślał zawistnie Snape, przyglądając się młodemu mężczyźnie oczyma niepozwalającym mu dostrzec czarnej, ziejącej ponurą satysfakcją duszy kryjącej się głęboko poza dostępem ludzkich umysłów. — Niechże mu się wydaje, że zmieniłem swoje nastawienie. Och, oczywiście, nie pozwolę mugolom go skrzywdzić, nie teraz i nie w przyszłości - prędzej umrę, niż będę patrzył, jak jeden z pocisków przebija mu tchawicę.

Kącik jego warg drgnął w niemej złośliwości.

Jednakże, lejąc kawę na ławę, niesamowicie ekscytujące jest przyglądanie się temu, jak on się łamie.

Snape zawinął się szczelniej szatą i zbliżając się do salonu, syty niczym wilk po łowach, ostentacyjnie zwolnił kroku.


-VVV-


Przeciwsłoneczne okulary były tak mocno naciągnięte na jego chudy nos, jakby obawiał się, że kominkowy ogień porazi go w oczy. Ponadto włosy sterczały mu na wszystkie strony, jakby co najwyżej pięć minut temu zeskoczył z miotły.

Lucjusz prześwidrował swego rozmówcę niepochlebczym wzrokiem, po czym opamiętał się i postanowił własną arogancję zamienić w chudy żart.

— W Herkulesa Poirota się pan zabawia? — zapytał, starając się brzmieć łagodnie, po czym doszedł do wniosku, że te trefne okulary nie są wcale tak absurdalnym defektem, kiedy złapał się na tym, że nie potrafi ocenić reakcji swego gościa na te słowa rzucone bez rozmysłu.

Mężczyzna oblizał czubkiem języka dolną wargę, a jego lekki uśmiech był podszyty szyderstwem.

— Śmiej się pan, śmiej. Koniec końców lubowanie się tegoż bohatera w psychologii postaci rozwikłało niemałe zagwozdki, na pozór nierozwiązywalne.

Lucjusz uniósł dumnie podbródek i ani myślał uklęknąć przed kominkiem, zmniejszając różnicę poziomów ze swoim rozmówcą - odpowiadało mu, że te migoczące na tle płomieni, przykryte warstwą ciemnych szkieł oczy patrzą na niebo z poziomu podłogi.

— Dotarł pan do swoich kontaktów? — zapytał chłodno dumny arystokrata, splatając leniwie palce przed sobą, po czym uniósł chude, eleganckie brwi, gdy zamiast odpowiedzi doczekał się pełnego bezczelności prychnięcia. Szare oczy starszego Malfoya błysnęły lodem. Różdżka zamajaczyła w jego palcach niemalże od niechcenia, osadziła się upominająco pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym.

Mężczyzna spoważniał jak za sprawą zaklęcia.

— Spokojnie, panie Malfoy, już wszystko raportuje — odezwał się pospiesznie, a Lucjusz poczuł iskrę chłodnej satysfakcji wszczepiającej się w jego żyły i ani myślącej je opuścić.

— Mam nadzieję, panie Clark, nie mam dla pana całego dnia.

— Cierpliwość kuleje na obecne czasy, hmm? Już, już, nic nie mówiłem! — Mężczyzna poruszył się w taki sposób, jakby zamierzał wycofać się z kominka, więc Lucjusz, chcąc nie chcąc, opuścił różdżkę, mając w głowie kilka ciekawych klątw, którymi mógłby wycisnąć od tego zarozumiałego czarodzieja informacje siłą. Gdy bezwiednie zaczął powtarzać w myślach ich inkantacje, Clark zaczął mówić z większą logiką - no i proszę, oto dowód na to, że strach nie zawsze mydli oczy.

Lucjusz pozwolił sobie na grymas pełen, rozlewającej się po jego ciele, satysfakcji.

— Rozmawiałem z panem Burkesem, który to w przeciągu ostatniego miesiąca ma kontakt z nader osobliwym klientem — zdradził przyciszonym tonem Clark, pochylając nieznacznie głowę, przez co w szkłach jego okularów odbiły się języki płomieni. — Ten klient, o ile dobrze zapamiętałem, nazywa się Wally Anderson i, co najciekawsze, jest aurorem w biurze Pottera.

Lucjusz poczuł, jak salwy chłodnej satysfakcji rozlewają się po jego umyśle jak Piwo Kremowe z przewróconego kufla.

— Zaciekawił mnie pan — przyznał po chwili, starając się zmusić mężczyznę, do szybszego rozrysowania przed nim pełnego obrazu sytuacji.

Kąciki ust mężczyzny drgnęły ponownie, pogłębiając jego zadowolony z siebie uśmieszek, wyglądający na jego twarzy dosyć niedorzecznie.

— Mam taką nadzieję, panie Malfoy. Proszę słuchać dalej. — Tym razem jego głos przypominał pomruk rozleniwionego kota i Lucjusz całą siłą woli musiał się powstrzymać od splunięcia mężczyźnie w twarz. — Otóż, ten cały Anderson wygadał się panu Burkesowi, że Potter już od dłuższego czasu nie zwołuje do siebie własnych aurorów, no, może poza jedną sytuacją, podczas której rzekomo pozwolił się na amen wkręcić w kompletnie fałszywy trop i zmarnował całą siłę rąk, którą zawezwał na siedzeniu w mokrych krzakach i machaniu nogą, dałby pan wiarę? A to ponoć taki potężny młodzieniec...

— Panie Clark, proszę mnie nie zmuszać do upominania się o dalszą relację — przerwał mu Lucjusz, mając gorącą ochotę złapać za to chude gardło wystające z płomieni i solidnie zacisnąć na nim własne dłonie.

— Tak, tak, oczywiście, już mówię. — Mężczyzna pokiwał głową tak gorliwie, że Lucjusz w pewnym momencie był święcie przekonany, że ten za moment nadwyręży sobie jakiś mięsień w karku. — Rzecz w tym, panie Malfoy, że Biuro Aurorów trzyma się na włosku. Ponad trzy czwarte naszych drogich stróży prawa uciekło poza granice przed wojną z mugolami. Jacy przykładni wojownicy na służbie dobra czarodziejskiego, nie sądzi pan? W każdym razie sytuacja jest dla nas niezwykle korzystna, prawda? Jeśli szanowny Naczelnik życzyłby sobie posadzić na wolnych stanowiskach, które pozostały po tamtych czarodziejach, wybrane przez siebie jednostki i stworzyć od podstaw cały system policyjny, teraz jest najlepsza pora na to, aby wprowadzić zamiary w czyny. Druga taka okazja może się nie przytrafić, panie Malfoy. Z takiego stanowiska, z kolei, znacznie łatwiej byłoby przekonać ludzi, że Departament Przestrzegania Prawa nadal w pełni funkcjonuje. Tymczasem Naczelnik przejąłby nad nim stery. Wówczas dalszy rozwój nowego społeczeństwa przestałby być podważany. Oczywiście, część ludzi się zbuntuje, to pewne. Jednakże sądzę, że nowe rządy zyskają na tym o wiele, wiele więcej, niż miałyby szansę stracić.

Lucjusz nie potrafił ukryć wyrazu twarzy wygranego na szerokim polu bitwy. Na darmo starał się powstrzymać pełen okrucieństwa uśmiech cisnący mu się na usta. Pochylił głowę, starając się ukryć błyszczące jak w gorączce oczy za pasmami białych, długich włosów.

— Dziękujemy, panie Clark — zamruczał niczym rasowy kot, czując, jak wszystko w nim się pręży do natychmiastowego działania. Najpierw będzie musiał przekazać dobre wieści Severusowi. Już nie mógł się doczekać, kiedy spojrzy w jego twarz i będzie się przyglądał, jak jego zwyczajowa, nienaruszalna maska spływa z jego oblicza jak akwarele z płótna, a w obrębie tej ziemistej twarzy pojawiają się szerokie pasma emocji. — Pańska pomoc była nieoceniona.


-VVV-


Draco stał bezmyślnie pomiędzy wysokimi regałami, wpatrując się w monstrum, które stanęło mu na drodze - upiór powstały z cienia, który go przyoblekał, kleił się do długich ramion upuszczonych luźno wzdłuż ciała; jego skóra była biała jak pierwszy śnieg, a ciało powyginane pod nadnaturalnymi kątami, resztki włosów sterczały z czaszki pokrytej marszczącym się, wyschniętym płatem skórnym. Długi kręgosłup odcinał się na tle oblepiającej monstrum powłoki, Draco mógł się dopatrzyć każdego, pojedynczego kręgu wyglądającego niczym narośl podskórna. Jego stopy opierały się o ziemię, to, co można było nazwać udami i łydkami tworzyło jakiś przedziwny kąt prosty, pogniłe kości przebijały się przez cienką skórę karku jak noże, a rozczapierzone palce ryły w podłogę jak wściekła klacz z jazgotem orząca kopytem twarde podłoże brukowanej uliczki.

Stworzenie podniosło głowę i krzyk uwiązł Draconowi w gardle, gdy jego wzrok natrafił na puste, martwe oczy ziejące białawym zamgleniem.

— Ty niezrównoważony człowieku, trzymasz tutaj inferiusa? — ochryple zaczął zawodzić Draco, cofając się powoli, sięgając do kieszeni po chłodne drewno różdżki.

Monstrum wyciągnęło blade ramię nieposiadające w sobie krwi, jakby zamierzało pochwycić jego kostkę w miażdżący uchwyt palców. Mężczyzna odskoczył z panicznym zapałem, potknął się o własne nogi i upadł z łomotem, który poniósł się echem po okrągłej komnacie, brzmiąc w panującej wokoło ciszy jak wybuch salwy armatniej. W uszach nie słyszał nic, poza szaleńczym biciem własnego serca, zdającym się kuriozalnie mocno obijać o żebra. Pokraczny stwór zaczął pełznąć w jego stronę, okazując się o stokroć bardziej zwinny i sprawny, niż Draco pierwotnie podejrzewał. Blade oczy, nieruchome jak oczy posągu, były utkwione w jego twarzy prezentującej się zapewne, jak odzwierciedlenie najgłębszych fobii; Draco uniósł drżąco różdżkę, ale żadne zaklęcie, które byłoby w stanie pokonać inferiusa nie przychodziło mu do głowy. Przez myśl przebiegł mu łańcuszek czarnomagicznych klątw, które, najpewniej, wniosłyby więcej przeszkód, niż Draco byłby w stanie przetrwać, nie tracąc przy tym racjonalności. Był niemal zupełnie pewny, że kiedyś, dawno temu, Snape, kiedy jeszcze uczył w Hogwarcie, opowiadał coś, z pewnością pobudzającego wyobraźnię, o inferiusach na Obronie Przed Czarną Magią - zapewne jakieś krwawe historie, mające wzbudzić trwogę w młodych umysłach uczniów. Młody czarodziej rozpaczliwie zaczął sortować wiedzę w swej głowie kotłującej się od nadmiaru emocji, ale żadna konkretna metodyka działania nie przychodziła mu na myśl. Tymczasem powyginany stwór wystrzelił w jego stronę niczym jego stara, sportowa miotła i Draco, reagując instynktownie, wypalił pierwsze zaklęcie, które wpadło mu do głowy.

Bombarda!

Monstrum rozsadziło z siłą erupcji wulkanicznej; Draco przyglądał się wielkimi oczyma, jak fragmenty jego ciała rozsypują się po podłodze jak elementy zbitej porcelany. Jego ulga, która zamajaczyła gdzieś na tyłach jego umysłu nie trwała długo - leżące w oddaleniu od siebie fragmenty ciała tego stworzenia zrodzonego z czarnej magii bezmyślnie zaczęły sięgać ku sobie; dłoń wymacała ramię, ramię sięgnęło po pokiereszowaną głowę, głowa rozejrzała się wciąż tym samym, pustym wzrokiem za poszarpanym tułowiem.

Draco poczuł, jak żołądek wywraca mu się na drugą stronę. Zebrał się w sobie i z całym swoim znikomym męstwem, wszczął paniczną ucieczkę, potykając się o własne nogi i zataczając na regały, z których kilka książek spadło z hukiem na ziemię.

— Przeklęty Snape — syczał pod nosem (słowa uciekały z jego ust jak z paszczy rozjuszonej kobry) — i jego przeklęte strategie obronne. Inferius! No, na Morganę, mam ogromną nadzieję, że odwróci się on kiedyś przeciwko niemu i zmieni go w krwawą miazgę ściekającą z regałów. Bogin, to rozumiem, ale inferius? Życie mu niemiłe?

Mężczyzna, mamrocząc pod nosem inwektywy skierowane w godność Snape'a, wypadł na złamanie karku spomiędzy regałów, tylko po to, by zarejestrować, że zamiast na wolną przestrzeń okrągłej sali, wybiegł na nieznaczne rozszerzenie korytarza stworzonego z otaczających go zewsząd, wysokich bibliotek, który lada moment na powrót zwężał się do pierwotnej szerokości - był całkowicie świadomy faktu, że nie mijał takowego, kiedy zagłębiał się pomiędzy stare woluminy.

— Czy to jest jakiś chory żart? — wykrzyknął Malfoy i odwrócił się, celując niepewnie różdżką w stronę, z której przybiegł, lada moment spodziewając się zobaczyć łypiące na niego, blade ślepia ożywionych, ludzkich zwłok wijących się jak ciało pod Cruciatusem.

Odetchnął głęboko, mając świadomość, że powinien zawrócić, powinien odnaleźć tę samą ścieżkę, którą tu przybył, powinien podążyć po własnych śladach.

No dalej, zmierz się z własnym strachem — pomyślał Draco, przełykając głośno ślinę. — Co może być gorszego od skoku z dachu wysokiego budynku, gdy za twoimi plecami, w kaskadzie ognia, wybuchają beczki z prochem? Jeden inferius nie może się przecież z tym równać.

Mężczyzna szarpnął różdżką, wyrzucając ramię daleko przed siebie, celując z zawziętością w stronę, z której przybiegł i zaczął powoli, ostrożnie skradać się ku krawędzi korytarza stworzonego z regałów. Zacisnął mocniej palce na różdżce i wyskoczył zza regału z klątwą cisnącą mu się na język. Zaklęcie zaświszczało, przecinając powietrze i z impetem wpadło w regał stojący po przeciwnej stronie wąskiego przejścia, podpalając kilka starych, zakurzonych pozycji ustawionych na półkach gnących się od ich ciężaru. Draco zamrugał i cofnął się chwiejnie, gdy ogień zaczął przeskakiwać na sąsiadujące, wyschnięte, stare księgi, które zajmowały się niczym dobra podpałka. Mężczyzna potrząsnął głową, przeklinając z całego serca własną nieostrożność.

Aqua...

To, co zdarzyło się potem, nastąpiło w takim tempie, że Draco ledwo zarejestrował przebieg kolejnych incydentów. Na jakąkolwiek sensowną reakcję nie starczyło mu jednak czasu.

Lodowate, pokraczne ciało zeskoczyło ze szczytu jednego z sięgających wysoko regałów, pojawiając się nagle jak kruk zlatujący z wierzchołka drzewa i nurkujący z determinacją w powietrzu. Coś ciężkiego i nienaturalnie kościstego uczepiło się jego pleców i zaplotło kończyny wokół jego gardła.

Draco nie zdążył nawet krzyknąć. Adrenalina uderzyła mu do mózgu niczym opary ulatujące znad kociołka pełnego bulgoczącego eliksiru. Uniósł różdżkę, starając się wycelować w wyschnięte jak pergamin ciało, ale zanim jakiekolwiek zaklęcie uformowało się w jego zaciśniętym gardle, kościste palce wbiły się w jego tchawicę; Draco zaczął miotać się, kaszleć i prychać, starając się z całych sił zrzucić z siebie to obrzydliwie sflaczałe stworzenie ograniczające jego ruchy. Podmuch zgniłego mięsa owiał mu twarz jak odór siarki; mężczyzna, mrugając zawzięcie, ujrzał przed oczami cały gwiazdozbiór Oriona. Inferius pochylił się nad nim jak jadowity wąż i z brutalnością dzikiego zwierzęcia zatopił rząd ostrych jak brzytwa zębów w jego barku. Draco wydał z siebie skowyt rannego zwierzęcia, czując się, jakby lodowate niczym mróz, długie igły rozrywały mu mięśnie i ścięgna, szarpały tkanki, przebijały się przez pulsujące szaleńczo żyły. Łzy wezbrały w jego oczach, ale zacisnął zęby i rzucił się do tyłu z impetem przygważdżając uczepionego jego pleców inferiusa do regału. Kątem oka zarejestrował, że ogień, który nieroztropnie rozniecił, połyka coraz więcej pism, roszcząc sobie prawa do coraz szerszej przestrzeni.

Umrę tutaj — pomyślał Draco z nienaturalną sobie rezygnacją, ale podjął jeszcze jedną próbę zepchnięcia z siebie tego stworzenia mroku, wykręcając ramię i starając się wycelować nad barkiem w żerującego na nim żywcem inferiusa. Zacisk kościstej, suchej dłoni nad jego nadgarstku był silny niczym zacisk szczęk rosiczki. Draco usłyszał trzask pękającej kości; jego twarz wyciągnęła się w płaczliwym, desperackim grymasie.

Incendio! — zawołał, będąc na granicy załamania, ale jego zaklęcie nawet nie musnęło ciała tego monstrum o powykręcanych ponadnaturalnie kościach - trafiło w stojący za jego plecami regał.

Dobry Merlinie — pomyślał słabo Draco, czując uderzenie gorącego powietrza na karku. Szczęki inferiusa odsunęły się na kilka wspaniałych sekund, aby za moment z zabójczą precyzją zatopić się w jego szyi. Draco wrzasnął - jego głos poniósł się echem po pomieszczeniu jak werble w pustym, długim korytarzu - i opadł bezwładnie na kolana; jego różdżka wysunęła się z drżącej dłoni. Poczuł, jak krztusi się krwią, podczas gdy monstrum szarpnęło głową, wyrywając z jego szyi niemały płat mięsa; rozrywane mięśnie zakuły niczym ogień - Draco miał nieodparte wrażenie, że ktoś posypuje mu krwawiącą ranę solą w kryształkach. Poczuł gorące łzy spływające mu po policzkach, gdy świat zawirował wokół własnej osi i nie potrafił nawet uzmysłowić sobie, w którym momencie opuściły one jego oczy; pojedyncze, słone krople osiadły na jego wargach. Jego ciało płonęło tępą torturą.

I nagle, gdzieś pośród całego bólu, w którym zdawał się tonąć, usłyszał słowa zaklęcia padającego na powietrze jak wybawienie. Strumień ognia tworzący zwartą wiązkę minął jego głowę o cal i z impetem zrzucił z jego pleców, błądzącego po jego ciele swymi szponiastymi dłońmi, inferiusa.

Draco zadrżał i runął w kałużę własnej krwi, czując, jak przykleja się ona do jego twarzy, bruka powieki, przelewa się do ust. Metaliczny posmak na języku nie był dla niego niczym nieznanym.

Ostatkiem przytomności zarejestrował, że ktoś uklęknął obok niego i zaczął powoli, z troskliwą delikatnością przejeżdżać końcówką różdżki po jego licznych ranach, z których obficie sączyła się ciemna krew.

Uchylił nieznacznie powieki, aby móc spojrzeć na swojego wybawcę.

Ze wszystkich osób, które spodziewał się ujrzeć, ta jedna była ostatnią, o której by pomyślał.

Zanim stracił przytomność, zobaczył jeszcze paciorkowate oczy McGonagall z surowym zdecydowaniem badające jego rany zza cienkich szkieł okularów.


-VVV-


Katrina próbowała zdusić w zarodku narastający w żyłach niepokój, kiedy siedząc na skórzanej, białej kanapie, starając się nie okazywać własnego dyskomfortu, przyglądała się tej wysokiej, urodziwej jak nimfa wodna kobiecie o spojrzeniu czystym jak łza i ciętym jak sopel lodu, która najspokojniej w świecie wyjęła jakąś książkę w grubej okładce z niskich półek stojących za kanapą i zagłębiając się w stojącym przy kawowym, przeszklonym stoliku fotelu, pogrążyła się w lekturze, jakby zapomniała o istnieniu świata wokół niej. Przez okno wpadały promienie ciepłego, jesiennego słońca, a o jego nieskazitelnie czystą szybę co rusz ocierały się liście rosnącego przed budynkiem klonu.

Dziewczyna zajmująca kanapę skakała krytycznym spojrzeniem po niewielkim saloniku, szukając w nim jakichkolwiek cech indywidualnych i niewiele, ku własnemu niezadowoleniu, będąc w stanie odnaleźć.

— Przepraszam bardzo — odezwała się wreszcie Katrina, kiedy drażniąca cisza stała się nie do wytrzymania, starając się brzmieć niczym uosobienie spokoju i z drażniącą, i tak już poharatane, nerwy frustracją słysząc, że nie do końca jej się to udało.

Luna uniosła na nią wzrok zza czytanej książki, jej srebrne oczy zalały jej twarz niczym chłodne, księżycowe światło.

Katrina ze wszystkich sił starała się nie wzdrygać.

— Chciałam zapytać — powiedziała czarnooka pod uważnym spojrzeniem towarzyszki, czując się jak insekt pod mikroskopem, siląc się na cierpliwość — czy mogłabyś mi zdradzić, gdzie my w ogóle jesteśmy?

Kobieta uśmiechnęła się do niej łagodnie i odpowiedziała z nieskończoną cierpliwością:

— Nie.

Katrina przez niemożliwie długi moment walczyła ze sobą, aby nie zacząć krzyczeć niczym rozwydrzona nastolatka. Zamknęła oczy, starając się za wszelką cenę zachować spokój, ale pod powiekami widziała jedynie czerwień trawiących posiadłość płomieni i zielonookie spojrzenie Harry'ego wbite w twarz jej ojca. Uchyliła je zatem, czując się, jakby przygniatał ją kilkutonowy ciężar osiadły z brutalnością tępej klingi na resztkach jej dawnego życia. Nie rozumiała, czemu tak się czuje, przecież wszystko powinno być teraz inne, niż kiedyś - lepsze, wspanialsze. Patrząc w srebrne oczy Luny była w stanie odczuwać jedynie przeszywające zimno bezsilności.

— Gdybyś przykładała większą uwagę do miejsc, które cię otaczają, zamiast powierzać całkowitą koncentrację przebywającym w nich ludziom, z pewnością zrozumiałabyś, gdzie jesteśmy — odezwała się Luna, ponownie opuszczając wzrok na karty czytanej powieści.

Patrząc na tę srebrnooką kobietę, o ciele lekkim jak łabędzie pióro, o cerze mlecznej i świetlistej jak pierwsze promienie słońca, czuła ślepą zazdrość rozlewającą się gdzieś w głębi jej serca, zatruwającą jej organizm, ryjącą niewidzialnymi szponami jej ciało od środka.

Jak mogłam liczyć na to, że Harry albo Draco spojrzą w ogóle w moją stronę z czymś na kształt podziwu, kiedy jestem nieustannie przysłaniana przez tego srebrnego anioła, iskrzącego się pełnią blasku — pomyślała Katrina, przełykając ciężko ślinę. — Gdybym mogła to uczynić bezkarnie, wypchnęłabym tę białą anielicę przez okno, patrząc, jak leci wprost w ramiona przepaści, nie mogąc uczynić nic, aby się obronić.

Czarnooka wyobraziła sobie krew wplatającą się w te białe włosy, a rozdrażnienie zakuło jak stara rana, gdy nawet w tej wizji był to widok żywcem wycięty z płótna genialnego malarza.

Katrina zacisnęła zęby i wstała z zajmowanego miejsca, po czym, ignorując całkowicie spojrzenie Luny, której brwi podskoczyły wysoko na czoło, skierowała się do wyjścia z saloniku.

— Gdzie idziesz? — zapytała cicho kobieta; coś w jej głosie kazało Katrinie się zatrzymać, przez co irytacja zaryła jej duszę niczym drapieżne zwierzę. Obróciła się napięcie w stronę kobiety i odpowiedziała opryskliwie:

— Rozejrzeć się po mieszkaniu, jeśli łaskawa pani pozwoli. Lubię wiedzieć, gdzie jest łazienka w domach, w których przebywam.

Luna świdrowała ją dobre pół minuty spojrzeniem oceniającym niczym widz spektaklu, a Katrina, nie bez złośliwej satysfakcji, wytrzymała jej wzrok, który wbił się w jej źrenice jak skalpel. Kobieta powoli skinęła głową i na powrót opuściła oczy na treść czytanej książki.

— Postaraj się niczego nie zniszczyć — odezwała się znad przyswajanej strony albo nie widząc, albo całkowicie ignorując wściekłe spojrzenie, jakie zaserwowała jej piętnastolatka.

— Jaśnie pani jeszcze czegoś sobie życzy? — wycedziła przez zęby Katrina, czując, jak jej nerwy kotłują się wewnątrz jej ciała jak istna burza piaskowa, lada moment mogąca wybuchnąć pełną parą.

Kobieta machnęła na nią ręką, jakby odganiała się od wyjątkowo namolnej muchy, a Katrina całą siłą woli powstrzymała się od natychmiastowego wypróbowania na niej działania jakiejś zmyślnej klątwy.

— Idźże już, Katrino — powiedziała cicho Luna, odgarniając niemal białe kosmyki z twarzy (Katrina, nie bez satysfakcji, oceniła, że alabastrowe włosy wujka Lucjusza prezentują się o stokroć bardziej odpowiednio). — Postaraj się tylko niczego niezbić, dobrze?

Katrina zazgrzytała zębami.

— Mam piętnaście lat — wycedziła, drżąc z tłumionego gniewu.

Ta koszmarna kobieta nie raczyła nawet na nią spojrzeć.

— Mhm, tak, właśnie o tym mówię — rzuciła luźno, jakby była w trakcie spokojnej wymiany zdań przy kawie i ciasteczkach.

Katrina ugryzła się w język, aby nie odpyskować czegoś nader nieuprzejmego, po czym odwróciła się na pięcie i wyszła z saloniku, starając się utrzymać dumnie podniesioną głowę.

Jak się okazało, domu nie było co zwiedzać - było to bowiem ot, małe mieszkanko z dwoma pokojami, małą kuchnią i niewiele większą łazienką (przyzwyczajona do pokaźnych rezydencji ojca i wujka Lucjusza, Katrina czuła się w nim niczym słowik zamknięty w klatce).

Na bocznej ścianie łazienki znajdowało się niewielkie okno z widokiem na leżący u podnóża bloku plac (dziewczyna szybko wywnioskowała, że są to tereny typowo mugolskie); podeszła do niego i otworzyła na oścież, starając się wywiać panującą w małym pomieszczeniu duszność - bezskutecznie, jak się chwilę później okazało.

Z lustra mignęła do niej promieniująca przemęczeniem postać, która po krótkich oględzinach okazała się nią samą.

Katrina westchnęła ciężko i postanowiła odświeżyć nieco swój wygląd - ostry makijaż zdawał się przenikać wprost do jej zakończeń nerwowych, wywołując rosnące z każdą chwilą znużenie. Puściła wodę w kranie i umyła dłonie i twarz (chłodne krople na skórze były nader przyjemnym doznaniem), po czym uniosła głowę, aby przejrzeć się dokładniej w wiszącym na ścianie, niewielkim lustrze.

Nie rozpoznawała swojej twarzy. Głębokie cienie pod oczami i blada skóra nie były tym, co zapamiętała - dziwiło ją, jak to możliwe, przez tak krótki czas doprowadzić do tak rozległych zmian. Zupełnie jak za sprawą eliksiru. Zmęczenie widniało w każdym skrawku jej skóry, w kącikach warg, na opuchniętych lekko powiekach, na gładkich policzkach wyzbytych zwykłego kolorytu. Katrina skrzywiła się do własnego odbicia i wytarła twarz wiszącym koło umywalki ręcznikiem. Sięgnęła ku wysokim butom i wyjęła z nich różdżkę, niezmiennie dociśniętą do łydki (spostrzegła, że na skórze zdążyło jej się odcisnąć lekkie, podłużne wgłębienie otoczone zaczerwienieniem, ale machnęła na to ręką i skierowała koniec różdżki w swoją stronę). Powoli zaczęła mamrotać zaklęcia transmutacji, zmieniając swój ubiór na coś bardziej wygodnego, a zarazem nierzucającego się w oczy. Wreszcie zdecydowała się na zwykłą, cielistą sukienkę i wygodny, ciemny, rozpinany sweter z długimi rękawami, które zgrabnie dopasowała do długości własnych ramion. Przyjrzała się krytycznie własnemu odbiciu, zauważając spore niedociągnięcia w transmutowanym stroju - wybrakowane guziki swetra nie rzucały się tak w oczy, jak krzywo przycięty materiał sukienki - jednak jedyną jej reakcją było niedbałe wzruszenie ramion; Katrina zmieniła leżące na umywalce mydło w szczotkę do włosów i zajęła się metodycznym rozczesywaniem splątanych, kasztanowych kosmyków - te zdążyły się nieco przetłuścić, ale dziewczyna spięła je jedynie w luźny kok i wyszła z łazienki, czując się znacznie pewniej, jakby jej poczucie własnej wartości podrosło przez ten krótki czas do akceptowalnych rozmiarów.

Dziewczyna rozejrzała się po korytarzu, nieco dłużej zatrzymując wzrok na otwartych drzwiach salonu.

Z przeciwnej strony mieszkanka drzwi wyjściowe kusiły jak ambrozja.

Katrina oblizała nerwowo wargi i jeszcze raz zerknęła w stronę salonu. Po chwili zawahania zakradła się powoli do wyjścia, czując się jak więzień wdrażający w czyn strategię ucieczki.

Nic się nie stanie, jak skoczę rozeznać się w terenie. A nuż trafię na cukiernię i będę mogła ukoić zszargane nerwy jakąś słodką babeczką. Niech ta okropna kobieta nie myśli, że ma prawo mi czegokolwiek zabraniać — pomyślała Katrina, wymykając się z mieszkania, gratulując sobie sprytu.

Chwilę potem jej największym zmartwieniem stał się smak ciastek dostępnych w najbliżej położonej cukierni.


-VVV-


Nieskończonym głupstwem była ta jej mała samowolka. Znajdowała się sama na terenach całkowicie zasiedlanych przez mugoli, na mugolskim osiedlu na przedmieściach Bristolu. W najmniejszym stopniu nie znała topografii okolicy, a mimo to wyszła z bezpiecznej kryjówki, nic o tym nie wspominając Lunie jedynie z powodu jakiś własnych animozji.

Naturalnie, to nie miało prawa się skończyć dobrze. Krótką chwilę szczęścia Katriny Luna przypłaciła własnym bezpieczeństwem.

Nie mieliśmy pojęcia, gdzie one są, nie mieliśmy pojęcia, co im się przydarzyło po opuszczeniu kwatery, nie mogliśmy nic zrobić, kiedy stało się to, co się stało.

Moją głowę stanowczo zaprzątnął wówczas gorący niepokój o przeklętego Dracona - zostawić go na moment samego, no doprawdy.

— Jestem dorosły, potrafię o siebie zadbać, wiesz?

Wiem doskonale, Malfoy, szczególnie gdy wracam padający z nóg do miejsca, w którym nareszcie może być mi dane odetchnąć, mażąc jedynie o gorącym łóżku oraz kubku parującej czekolady i zastaję cię, leżącego w Skrzydle Szpitalnym, z poharatanym, nadwyrężonym i pełnym głębokich ran szarpanych ciałem. Przednia zabawa, nie ma co.

— Po co się mną w ogóle przejmowałeś, co? Dlaczego nie udałeś się do tego swojego wygodnego łóżka na szczycie wieży i nie oddałeś marzycielskiego wzroku przeklętemu sufitowi? Na co przywlokłeś się do tego nieszczęsnego ambulatorium?

Martwiłem się i siedziałem przy twoim łóżku, gdyż tak zachowują się wobec siebie przyjaciele, wiesz? Troszczą się o siebie nawzajem. Troska to niepokój o drugą osobę, gdy ta doznaje uszczerbku na zdrowiu, gdy ta przechodzi ciężkie chwile bądź nawet ukłuje się głupią igłą w palec. Troska to zadbanie o to, żeby podać drugiej osobie przeklęty sok z dyni, kiedy ta jest na tyle osłabiona, że staje się niezdolna do sięgnięcia po niego samodzielnie. Troska to ględzenie o beztroskich sprawach, mające na celu odciągnięcie drugiej osoby od myślenia o własnych upadkach. Uczucie tobie, zapewne, nieznane. Nie trudź się, Malfoy, możesz nie zrozumieć.

— Czasami jesteś najbardziej irytującym draniem na całym wielkim świecie.

Ach, nie, to nieprawda. Ja tylko lubię od czasu do czasu pozastępować ludziom słownik.

Już nic nie mów, Malfoy, wróćmy do Katriny. Katriny, która niedługo potem zachowała się jak dziecko, którym była. Katriny, która przemilczała to, co najistotniejsze. Katriny, która uczyniła wszystko, czego do tej pory, nawet po tym wszystkim, co razem przeszliśmy, nie potrafię jej wybaczyć.