Uwaga odautorska:

Kochani, ja naprawdę wkładam w tę historię mnóstwo pracy i serca. Doceniłabym, gdybyście dali znać, że czytacie.
daria32742 ogromne podziękowania za komentarz, cieszy mnie bardzo, że podoba Ci się to, co piszę.


.

Rozdział 19

Czasami szczęście trwa tylko dwie chwile

.

Na użytkowym poddaszu - to jest na drugim piętrze - swojej skromnej rezydencji odziedziczonej po dziadku od strony matki mieszczącej się na przedmieściach magicznego Londynu przetrzymywał starą, zniszczoną kukłę do ćwiczenia pojedynków, wyglądem przypominającą Marzannę okutą w łachmany godne skrzata domowego, wypchaną po brzegi sianem, którą dzieci z okolicznej miejscowości mają niebawem utopić w rwącej rzece, wierząc, że odpędzają zimę, ustępując miejsca nadchodzącej wiośnie. Stała ona na baczność, przekrzywiona nieco w lewo, czego powodem była przykrótka noga, której, w przypływie złości, pragnąc odreagować całe nazbierane w ciągu dnia napięcie, odciął stopę szybkim, precyzyjnym zaklęciem tnącym - było to tego samego dnia, w którym Harry Potter po raz pierwszy pojawił się w siedzibie Naczelnictwa; widząc ostre napięcie na jego twarzy, przykryte szczelnie pudrem opanowania, acz przebijające się na powierzchnię równie skutecznie, co blizna w kształcie błyskawicy, oraz istny kłębek emocji w oczach, poczuł, jak pod warstwą spokojnego zrównoważenia, coś się wewnątrz niego gotuje, bulgocze i wrze pełną parą nieznajdującą ujścia z obudowy ciała. W lewym barku manekina ziała wypalona na przestrzał dziura o poszarpanych krawędziach. To, wbrew wszelakim pozorom, była szkoda zadana przez jedno z tak zwanych „białych zaklęć", które swego czasu, w młodości, na własnych kursach aurorskich, wytrenował z taką precyzją, że był w stanie je rzucić po ciemku, wyrwany z sennej fazy rem, niekontaktujący w stu procentach z rzeczywistością - i to nie jest zwykła przechwałka, a udowodniona niezawodność, „przygotowanie zawodowe", jakby to określiła stara Madam Tremblay, która swego czasu, gdy był zaledwie kilkunastoletnim wyrostkiem, którego jedynym osiągnięciem było ukończenie Hogwartu (z wybitnymi wynikami, ma się rozumieć, ale to wciąż niewiele w obliczu wojny, która gorała wokół), przeprowadzała dodatkowe zajęcia doszkalające przed egzaminami aurorskimi, uśmiechając się z taką zjadliwością, jakby sugerowała, że trzy czwarte tych ambitnych, zbyt pewnych siebie, palących się do walki młodzieniaszków, podchodzących do siebie nawzajem jak pies do jeża, nie przeżyje nawet początków wojny (w ocenie tego jednego się nie pomyliła, choć okrutnym żartem losu, sama nigdy nie zdążyła się o tym przekonać).

Błogosławił ciszę tej nie tak ogromnej rezydencji - szczególnie od czasu, w którym zmarła jego praciotka Vivian, która każdą minutę konwersacji przeznaczała na pytanie o to, czemu tak przystojny, inteligentny, dobrze ustawiony mężczyzna nie znajdzie sobie jakiejś miłej, uczynnej, zaradnej żony - chyba myślała, że jest nieheteronormatywny, ale nie zamierzał wyprowadzać jej z błędu - podejrzewał, że nie zrozumiałaby tłumaczeń pod tytułem: „była wojna", „nie było na to czasu", „miałem dziesiątki bitew do wygrania i nie mówię tu tylko o tych, objawiających się pojedynkami".

Ostatnimi czasy posiedzenia Naczelnictwa przycichły i wycofały się do cieni, a on nie potrafił ocenić, czy bardziej go to niepokoi, czy daje chwilę wytęsknionej ulgi.

Kiedy wybuchła wojna z mugolami i wnet zaproponowano mu stanowisko u szczebli władzy, naturalnie, skorzystał z oferty, czując, że zgodnie ze swą naturą czyni coś, co wkrótce przysłuży się magicznej społeczności czarodziejów. Chwilę potem rządy zaczęły mutować, a on nie wiedział, czy powinien uciekać (jego natura aurora podpowiadała mu, że to byłoby tchórzowskie posunięcie), czy raczej trwać na swojej pozycji i pokładać wiarę w to, że w ten sposób uda mu się przemycić do nowo utworzonych kodeksów nieco racjonalności. Koniec końców znalazł się w centrum burzy i miał czysty wgląd na sprawy, do których w innym wypadku miałby ograniczony dostęp i przez moment sądził, że znajduje się na wygranej pozycji, że jego posada okazała się szczęściem w nieszczęściu. Zanim zorientował się, że jego wpływy są nader wątłe i że jego głos nie wystarczy, aby zagłuszyć postanowienia Snape'a, było już za późno, aby się ze wszystkiego, w co sam z pełną świadomością wkroczył, wyplątać.

Owszem, raz zyskał szansę, aby się wycofać - jedynie raz i nigdy więcej, na samym początku, kiedy jeszcze niczego nie podstemplował przysięgą złożoną własną magią. Snape podszedł do niego po jednym z pierwszych posiedzeń rady i kazał mu się zastanowić nad tym, czy nie żąda od losu zbyt wiele, czy nie łatwiej byłoby zniknąć z tego kraju, zatonąć w objęciach Francji albo Bułgarii i zapomnieć o tym zgruchotanym przez wiry walk na froncie kraju. Powiedział, że to, co uczynił dla magicznej Anglii przez lata wojny z Voldemortem wystarczy, aby pozwolić sobie odetchnąć i zapomnieć o trwających obecnie bitwach oraz barbarzyńskich najazdach, w których mugole sukcesywne zbierali swoje żniwa. Oczywiście, Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać nazwał Czarnym Panem, jakby wciąż trwała Druga Wojna Czarodziejów, a on wciąż był szpiegiem, którego wierność balansowała na wadze, której jedna szala należała do Dumbledore'a, druga do Voldemorta.

Nie odszedł wówczas, bo zmiany, które należało podjąć, wymagały wielu godzin przemyśleń i chłodno wykalkulowanych poświęceń, nie odszedł, ponieważ przeświadczenie, że nad Snape'em da się zapanować w równym stopniu co nad nieoswojonym smokiem, zapuściło korzenie głęboko do jego umysłu, przyjmując tę kwestię jako coś wiadomego.

Snape, jak się okazało, nie miał w sobie niczego ze smoka. Snape był pasożytem gorszym od dementora - te jeszcze można ujarzmić - w momencie, w którym wgryzł się we wszelkie luki prawne, a następnie przystąpił do deformacji całego systemu, przeszedł przez ministerstwo jak nawałnica, z którą walka jest próżna i zazwyczaj kończy się śmiercią.

W dniu, w którym dowiedział się o śmierci Molly Weasley, jego dusza miotała się, pragnąc walki, pragnąc zadośćuczynienia i sprawiedliwości należnej tej ofierze. Jej śmierć uderzyła w niego z siłą Cruciatusa, otworzyła mu oczy, które wciąż zachodziły mgłą wątpliwości - tamtego dnia zrozumiał - tylko z pozycji, którą dzierżył, mógłby ośmielić się ją ratować, tylko pośrednio i tylko wówczas, gdy wygeneruje ze swego zmęczonego umysłu cały pokład determinacji i przebiegłości, jaki byłby w stanie z siebie wykrzesać.

Kingsley opuścił różdżkę wycelowaną w manekina i spojrzał ponuro na szkody, jakie wyrządził. Na tę chwilę kilka wyrw w materiale, nadpalone dziury i poszarpane granice na złączach poszczególnych części składowych kukły musiały wystarczyć.

Musi zaufać Harry'emu, że zakończy to wszystko po cichu, za plecami ludności społecznej, za plecami rady Naczelnictwa, w taki sposób, w jaki dał kres wojnie z Voldemortem, odcinając sukcesywnie, jedna za drugą, nici, jakie łączyły Mrocznego Lorda z życiem. Musi zaufać, że będzie on w stanie zasklepić rany serc tętniących magią i naprawić to, co na pozór było nie do tknięcia.

Kingsley wierzył, że tylko Harry był w stanie wyciągnąć z kamiennego posągu, jakim był Snape, żywe, krwawiące serce i zwrócić jego oczy ku istotnym problemom, przypomnieć o walce, której Naczelnik powinien wyjść naprzeciw i okiełznać tą rozjuszoną, łaknącą pożywienia bestię, jaką była ciągota Snape'a do władzy - rana wojny wyryta tak głęboko w jego umyśle, jak epitafium na płycie nagrobnej, wszczepiona tak silnie jak pasożyt, wcale nie pragnąca zostać wygojoną.


-VVV-


Ciemno — to była pierwsza myśl, która dopadła ją po przebudzeniu. — Zimno — to była druga. Trzecia była raczej zlepkiem przeplatających się ze sobą, kotłujących się samych w sobie wątpliwości, zawierających się w niekończącej się serii pytań nachodzących jedno na drugie, przekrzykujących się w jej głowie i wołających o jej uwagę. — Gdzie ja jestem? Co się stało? Czy Draco jest bezpieczny? Dlaczego nie jestem w domu? Czy druga wojna jeszcze się nie skończyła? Czy Lucjusz żyje?

Zwinęła się w kłębek, nie dbając o to, że traci tym samym na dostojności, było jej zimno i chciała się ogrzać, a materac, na którym leżała był tylko o kilka stopni cieplejszy od chłodu powietrza znajdującego się wokół niej, powietrza, które zdawało się stać w miejscu, przesiąknięte stęchlizną i dusznością, ciężkie do wdychania.

Mugole. — Na granicy świadomości zamajaczyła absurdalnie dziwaczna myśl, która, była tego pewna, miała nadrzędne znaczenie w jej sytuacji, lecz za żadne skarby nie mogła sobie uzmysłowić czemu.

Coś zgrzytnęło, jakby zawias albo metal, a może to tylko szczęk klucza w zamku, dlaczego zamknęli drzwi, czyżby była chora, może to magomedyk, może ma gorączkę i majaczy, może przyszedł on tutaj, aby ją wyleczyć?

— Żarcie — burknął ktoś wysokim barytonem, który, była pewna, słyszała już wcześniej, ale w żaden sposób nie potrafiła przypisać mu twarzy. Coś kliknęło, jakby jakiś iskra na końcówce różdżki, a potem zaszumiało w jakiś nienaturalny, sztuczny sposób i po chwili zimne, białawe światło zalało pomieszczenie.

Zamrugała, zasłaniając dłońmi twarz, starając się przyzwyczaić do jasności; miała wrażenie, że jej oczy płoną - może to klątwa, może ktoś z byłych Śmierciożerców dowiedział się o tym, że pomogła Potterowi w czasie Bitwy o Hogwart i teraz się mści, a może...

— Zabierzesz tę miskę, ty brudna suko, czy mam ci ją wepchnąć do gardła?

Jedzenie. Mają dla niej jedzenie. Głód wykręcał jej wnętrzności, wbijał się w jej brzuch jak ostrze noża i grał na kiszkach w upomnieniu o pożywienie.

Ruszyła na oślep w stronę głosu, wyciągając ramiona, podczas gdy świat osłaniały jej rozległe plamy bieli rozpraszające się tak powoli, że bała się, że jeśli poczeka, że jeśli będzie zwlekać choć sekundy dłużej, to nie pozwolą jej dotknąć się jedzenia.

Do jej otumanionego umysłu powoli zaczęły napływać wspomnienia.

Cela, to była cela, jak w więzieniu, ale to nie był Azkaban, nie czuła zapachu słonego powietrza, nie słyszała uderzeń fal o kamienne ściany wieży, nie czuła chłodu dementorów - zimno, które ją otaczało było zbyt znajome, zbyt ludzkie.

Jej dłonie drżały, gdy sięgała po zimną miskę. Podniosła rozbiegany wzrok na człowieka stojącego przed nią - to był mężczyzna i nie patrzył na nią, już zdążył się odwrócić i odejść w stronę krat, szczęk metalu, zgrzyt klucza, podzwanianie zamka.

Mugol, to z pewnością był mugol, jestem więziona przez mugoli, dlaczego jestem więziona przez mugoli? — Panika zaczęła kiełkować w jej żyłach, jej dłonie trzęsły się tak bardzo, że odłożyła trzymaną miskę na materac łóżka, bojąc się, że wypuści ją z rąk, że straci możliwość zaspokojenia tego koszmarnego, okropnego, niemożliwego głodu, który zabijał ją, wiedziała, że ją zabijał.

Starając się oddychać równomiernie, przykucnęła przy łóżku i nabrała pełną łyżkę jakiejś szarawej brei. Zdołała zobaczyć w niej grudki czegoś wyglądającego jak ryż, zanim światło zamigotało i zgasło, pozostawiając ją na powrót w egipskich ciemnościach. Włożyła łyżkę do ust i przełknęła pospiesznie jej zawartość. Papka nie miała smaku, była gęsta i tłusta, ale zaspokoiła na moment drastyczne skurcze, jakich podjął się jej żołądek. Powstrzymała się od rzucenia na jedzenie niczym dziki kundel na stertę starych, przegniłych kości i powoli, bojąc się utracić choć jedną kroplę, zjadła podejrzliwie wyglądającą maź bez zapachu, bez smaku - zastanawiała się przez moment z niepokojem, czy nie przemycają jej w ten sposób Veritaserum, po czym szybko odrzuciła tę myśl.

To mugole — pomyślała z goryczą — ich ograniczone, tępe umysły nie znają potęgi, jakimi są eliksiry.

Zamknęła oczy i oparła czoło o drżącą dłoń.

— Gdzie jesteś, Lucjuszu? — jęknęła płaczliwie, nie rozpoznając własnego głosu, był zbyt chropowaty, zanadto przytłumiony, jakby jej wyschnięte gardło nie miało prawa do innych dźwięków.

Odpowiedziała jej martwa cisza, dzwoniąca w uszach, w skroniach, w głowie niczym potężne werble.


-VVV-


Wszedł po schodach na najwyższe piętro, ubrany w elegancki, czarny frak - ten „od święta do święta", długie poły marynarki wciąż były ciepłe pod jego palcami - potraktował je kombinacją zaklęć mających na celu ich wyprasowanie i dopasowanie ich ułożenia do jego szczupłej figury; czarna satyna lśniła w świetle padającym z rozmigotanych lamp, których żarówki z cichym sykiem oznajmiały, że zbliża się koniec ich okresu gwarancji. Jaskółczy ogon fraka obijał mu się o uda, gdy wspinał się stromymi stopniami w górę, starając się zachować resztkę godności i nie wbiec na ostatnie piętro niczym popędzany batem.

Skręcił w długi korytarz, kierując kroki do znajdującego się na jego końcu gabinetu i skinął z szacunkiem głową mijanemu między schodami a wysokimi, dębowymi drzwiami mężczyźnie odzianemu w ciemnozielony mundur, który łypał na niego podejrzliwie spod garnizonowej czapki.

Wiedział, że próbują ją złamać, ale znał ją na tyle dobrze, aby wiedzieć, że ona jest silna, jest tak silna, że nie pozwoli im przygnieść własnej osobowości ich brudnym podeszwom - z pewnością nie tak szybko - minęło zaledwie parę miesięcy - wciąż był w stanie ją stąd wyciągnąć, nie musząc się obawiać o jej uszczerbki w psychice.

Być może przychodząc tutaj, karmi się jedynie złudzeniami i naiwną nadzieją, ale czuł obrzydzenie do samego siebie, kiedy myślał, że miałby siedzieć z założonymi rękami i nie podejmować najmniejszych działań, podczas gdy ona...

Odegnał od siebie przygnębiające myśli, nie mógł im pozwolić na ujrzenie swojej słabości, pokazał jej już nazbyt wiele samym swoim stawianiem się raz za razem w tym dużym, acz skromnym gabinecie; uniósł dłoń i zastukał knykciami w drewno stojące mu na drodze.

— Proszę wejść! — usłyszał zza drzwi, więc nacisnął klamkę i spychając wszelką niepewność i wahanie w głębokie czeluści własnego umysłu, przestąpił próg tego, znienawidzonego przez siebie pomieszczenia.

Lloyd - naczelnik więzienia - jego głos prześladował go w snach, zastanawiał się, czy można kogoś nienawidzić bardziej, silniej, intensywniej niż on nienawidził Lloyda. Wiedział, że ten zadufany w sobie drań zwołuje te spotkania jedynie dla własnych korzyści, że on jest w stanie ugrać na nich znacznie mniej, niżby realnie pragnął, ale i tak zawsze się stawiał, w głupiej, ludzkiej nadziei, że może tym razem, jeśli podzieli się z nim dostatecznie satysfakcjonującą pulą doniesień, to pozwoli mu się z nią zobaczyć, choćby na chwilę, choćby dla upewnienia się, że warunki, w których przebywa, nie upodobniają się do zatęchłej, psiej budy, przemokłej od deszczu, albo wyschłej na wiór od nadmiaru upalnego gorąca.

— Och, pan Malfoy, cóż, niech pan siada.

Zawsze ta sama nuta zdumienia, jakby sugerująca, że w tym aspekcie już dawno powinien się poddać, jakby nawołująca do odwrócenia się plecami od całego życia, jakie stworzył razem z nią przez te wszystkie, długie lata i zapomnienia o tym, co przeżyli.

Zasiadł sztywno na niewygodnym krześle, biurko naprzeciw niego zawsze było puste, a Lloyd chował jakiś skoroszyt - za każdym razem inny, jak zauważył - do górnej półki po prawej stronie biurka, zamykanej na kłódkę z szyfrem.

Wiedział, że kłódka jest zrobiona z mosiądzu, ma wzmocnioną odporność na korozję, a jej kodem jest data urodzenia starszej córki Lloyda, liczącej sobie obecnie lat dziewiętnaście, co ulegnie zmianie za niecały miesiąc, gdyż urodzona jest pod znakiem Strzelca, dnia czwartego grudnia w święto Barbówki, które z zapałem obchodził jego bratanek Joseph, którego ojciec zginął niemal okrągłe dwa lata temu w wypadku samochodowym - jego auto wpadło w poślizg i spadło z krętej drogi prowadzącej wokół zbocza wprost do płynącej u jego stóp rzeki. Wiedział, że dwie półki niżej trzymał paczkę papierosów, zawsze tych samych Djarumów Wiśniowych, które wieczorami palił do drinków z malibu - rytuał, wiedział, że Lloyd nienawidzi użerania się z dokumentacją więzienną i że ma spore długi związane z comiesięcznymi wypadami do kasyn, a na swoim koncie zaciągniętych tyle pożyczek, że nie wyrabiał się z ich spłacaniem, a odsetki stale rosły. Wiedział to wszystko, a i tak wyciąganie z więziennej celi własnej żony okazało się być daleko poza jego wpływami.

— Ma pan dla mnie jakieś wieści?

Lucjusz Malfoy pokiwał głową i podniósł wzrok na swojego rozmówcę.

— Już niebawem nasza władza przeniknie do Biura Aurorów wchodzącego w skład Departamentu Przestrzegania Prawa, co jest znaczącym postępem w infiltrowaniu magicznej społeczności, panie Lloyd. Na obecną chwilę jestem świadom z istnienia pewnej grupy konspiracyjnej, ale zapewniam pana, panie Lloyd, że nie jest ona na tyle silna, aby dokonać czegoś istotnego na tle społeczności magicznej. Jej członkowie nie wystają dalej, niż przeciętni obywatele, co oznacza, że muszą być podporządkowani bieżącemu prawu. Moje kontakty twierdzą, że jakiś czas temu umarł ich przywódca, wobec czego stali się na obecną chwilę niedysponowani i są przez to raczej znikomym zagrożeniem.

Lucjusz obserwował, jak przeklęty Lloyd kiwa z rozmysłem głową i drapie się po nosie; czarodziej poruszył się nerwowo na swoim krześle.

— Panie Lloyd, przekazałem panu rzetelne informacje — rozpoczął swoją tyradę Lucjusz, mierząc mężczyznę przeszywającym spojrzeniem chłodnych oczu — dałem panu namiary na wyjątkowo niewygodnych czarodziejów, dzięki mnie do waszych więzień trafili członkowie takich rodzin, jak Weasleyowie, Johnsonowie czy Spinnetowie, utrzymywałem z panem długi, owocny w kunsztowne meldunki kontakt. Czy mógłby pan w zamian za to wszystko, co podarowałem z najszczerszymi chęciami, wypuścić na wolność moją żonę? Przysięgam, że zejdziemy panu z oczu jak na zawołanie i nigdy więcej pan o nas słowa nie usłyszy.

Lloyd miał czelność zacmokać w udawanym zastanowieniu, jakby faktycznie rozważał tę kwestię, Lucjusz przytrzymał swą chęć ciśnięcia w niego jakąś klątwą, wiedząc, że tuż za drzwiami czai się w bieżącej chwili cały garnizon kombatantów tego namolnego dowódcy.

— Panie Malfoy, ufam, że rozumie pan, iż nie mogę zgodzić się na to w tej chwili. Informacje, które mi pan przekazał, są na wagę złota, ale jest ich stosunkowo nikła garstka. Gdy tylko powierzy mi pan więcej konkretów i uznam, że są wystarczającą zapłatą za wolność pana żony, natychmiast ją panu przekażemy. — Wojskowy uśmiechnął się jak hiena i przetarł dłonią lekką szczecinę na brodzie. — Gwarantuję, że pańskiej żonie nie dzieje się tu żadna krzywda, nikt nie zadaje jej bólu i jest przez nas regularnie dokarmiana. Wypuszczę ją, jak tylko uzyskam od pana więcej nowin dotyczących ruchów czarodziejów na tle politycznym i porządkowym, zgadza się pan na taki układ?

To nie tak, że miał w tym miejscu jakieś pole do manewru. Lucjusz skinął sztywno głową, układając jednocześnie krwawe plany zemsty, które wprowadzi w życie, gdy tylko zapewni Narcyzie odpowiednią opiekę magomedyczną. Jak na razie musiał ufać, że jego starania nie zmarnują się tak łatwo. Musiał ufać, że to, co robi, czyni dla słusznej sprawy, czyni z miłości (Dumbledore byłby zachwycony — pomyślał gorzko — podciągnąłby to na hejnał pod zrehabilitowanego Śmierciożercę), musiał ufać, że jego starania przyniosą w przyszłości jakieś rezultaty.

Jeśli jednak gdzieś po drodze podczas spełniania ultimatum odrażającego Lloyda dowie się, gdzie przetrzymywana jest jego żona, poruszy niebo i ziemię, aby samodzielnie ją stamtąd wydostać, choćby miał zburzyć całe więzienie, zmuszając mugoli do ataku na magiczny Londyn w odwecie. Następnie sięgnie po zemstę, do której przygotowywał się już od dawna i wiedział, och, doskonale wiedział, jak słodki będzie miała smak.


-VVV-


Szła zalaną słońcem ulicą, ciesząc się jak kilkuletnie dziecko z faktu, że deszczowe chmury wreszcie rozpełzły się znad miasta. Powietrze tutaj zdawało się czyste, bardziej przejrzyste, tak różne od mętnych wyziewów Nokturnu, czy okolic ulicy Pokątnej napęczniałej ostatnimi czasy od prochu strzelniczego oraz chemicznych dymów - pozostałości po detonacjach budynków.

Tutaj kałuża była jedynie kałużą, nie było w niej resztek strzelniczego prochu, nie przesiąkła zapachem ołowiu, tutaj słońce zdawało się większe, a jego jaśniejące wesoło promienie cieplejsze - zupełnie, jakby nagle znalazła się w innej strefie klimatycznej - jakby przeniosła się do strefy podzwrotnikowej, w obręb klimatu śródziemnomorskiego, w którym lato było gorące i przyjemne, a zima łagodna i spokojna. Zupełnie nie tak samo, jak w strefie klimatu umiarkowanego Wielkiej Brytanii, w którym pogoda zmienia się z częstotliwością godną humorów dwornych pań tuż przed menstruacją, niskie ciśnienie doprowadzało do zbyt częstych ataków migren, a deszcz był czymś tak naturalnym jak oddychanie.

Przy ulicy poprzecznej do głównej drogi wiodącej stromo pod górę aż do jak się jej zdawało centrum miasta, podstarzała kobiecina z włosami owiniętymi kwiecistą chustą sprzedawała chryzantemy.

Katrina zatrzymała się, spoglądając w jej stronę; siedziała na jakimś, całkiem sporym tobołku i manewrując dużymi nożycami, przycinała liście sprzedawanych kwiatów. W plastikowym, podłużnym wiaderku miała ich cały pęczek - przez myśl Katriny przebiegło zwątpienie w to, czy kobiecie udało się tego dnia sprzedać choć kilka pojedynczych chryzantem. Dziewczyna zawahała się na moment, spoglądając przeciągle w górę ulicy, po czym odwróciła się w stronę kobieciny i podeszła do niej pospiesznym krokiem.

Kobieta uniosła głowę, nie przestając przycinać liści i przygarnęła do siebie nogi, jakby obawiała się, że stojąca przed nią dziewczyna ma wobec niej niecne zamiary.

Katrina uśmiechnęła się łagodnie, mając nadzieję nie przestraszyć staruszki i nerwowym gestem odgarnęła włosy z twarzy.

— Po ile kwiaty? — zapytała piętnastolatka, czując się dość niekomfortowo z tak nieufnym spojrzeniem wycelowanym w jej twarz jak strzała zahaczona o napiętą cięciwę łuku.

— Pięć funtów za sztukę — odparła skrzekliwym sopranem, łypiąc na Katrinę jak zła wiedźma będąca czarnym charakterem w większości bajek dla dzieci czarodziejów.

Katrina uniosła brwi się na tę absurdalną sumę, świdrując wzrokiem lekko obszarpane korony chryzantem, ale bez sprzeciwu wygrzebała z kieszeni pieniądze, które znalazła, przeszukując szafki w gościnnych pokojach dawnej kwatery i podała kobiecie garść złotych monet, nie zwracając większej uwagi na ich nominały.

— Reszty nie trzeba — rzuciła Katrina, mrugając niczym rozbawiona syrena i zabrała z rąk kobiety wyciągnięty ku niej kwiat, urywając gałązkę gdzieś u podstawy korony i wplątując sobie niedługą, pozostałą łodyżkę we włosy.

Wielka, żółta chryzantema - była tego pewna - musiała odcinać się znacznie kolorytem na tle jej ciemnych, brązowych włosów, ale Katrina uśmiechnęła się jedynie w stronę tej myśli i pobiegła w górę ulicy, czerpiąc z takiej drobnostki jak jeden, promieniujący powabem kwiat niewysłowioną radość.

Centrum miasta było skromne, acz tętniące życiem. Na samym środku piętrzył się mały ryneczek, na którym handlarze sprzedawali ryby, warzywa i owoce, przekrzykując się w uniesieniu o to, który z nich ma najświeższy towar. Na niewielkim placu wyłożonym kocimi łbami, wzdłuż odrapanej z tynku ściany miejscowego urzędu, ustawiony był krótki rząd zaledwie czterech dorożek wyglądających na żywcem wyjęte z dziewiętnastego wieku, których chudzi woźnicy starali się odszukać wśród przechodniów wzroku tych, którzy na pierwszy rzut oka zdawali się być przy kasie, w każdym razie przy kasie nieco szerzej rozumianej niż standardy majątkowe przewijającej się przez to miejsce ludności cywilnej - zdawali się czyhać jak rekiny w morzu na zbłąkanych turystów i układnych biznesmenów załatwiających w miasteczku raczej szemrane interesy.

Na rogu między główną ulicą rynkową a drogą prowadzącą do miasta, z której zaledwie chwilę temu wyłoniła się Katrina, stał kiosk ruchu, z całym naręczem kolorowych czasopism bądź zestawem pięciuset krzyżówek, jak głosiła wyprasowana okładka, mrugającym do przechodnia zza przeszklonej, umorusanej brudem witryny. Katrina przyjrzała się niewielkiemu budynkowi ze ścianami przykrytymi obrzydliwie kanarkową farbą i przechyliła w zaintrygowaniu głowę, zastanawiając się, czy na tym samowolnym wypadzie mogłaby bezpośrednio skorzystać.

Skierowała kroki ku budce obranej za punkt sprzedaży, potykając się po drodze o wyrwę w chodniku i przeklinając głośno, kiedy jej palce zderzyły się boleśnie z szarą płytą chodnikową, a spowodowanej tym iskry bólu nie stłumiła nawet gruba, gumowa podeszwa czarnych botków, które chwyciła, przymykając się do wyjścia, porzuconych wcześniej w przedpokoju, samych w sobie krzyczących o skorzystanie z nich. Buty, ku niezadowoleniu Katriny, wciąż były nieco za duże, nawet po potraktowaniu ich zaklęciem skurczającym, ale nie spadały z jej stóp, co można było uznać za swego rodzaju wiktorię.

Za witryną małego sklepiku siedziała na rozkładanym krześle o plastikowym siedzeniu tęga kobieta, zaczytana w długi artykuł dopełniony ogromnymi zdjęciami jakiejś młodej pary szczerzącej się do obiektywu jak głupi do sera. Pod kątem, jakim zerkała na gazetę, Katrina nie mogła dojrzeć nagłówka publikacji; kobieta poruszyła się, gdy cień Katriny padł na stronę czytanej przez nią gazety, uniosła głowę i złożyła pisemko, uśmiechając się krzywo do swej klientki.

— Słucham panią — zapiała sprzedawczyni, świdrując Katrinę małymi, guzikowatymi oczami, ani trochę niepasującymi do kształtów jej twarzy.

Dziewczyna przywołała pewną siebie minę na usta i przekrzywiła głowę.

— Poproszę — szybkie spojrzenie na tylną ścianę kiosku — Vogue Mentolowe.

Kobieta nie ruszyła się z miejsca, unosząc krzaczaste brwi na grube czoło.

— Mogę zobaczyć dowód?

Katrina przewróciła oczami. Krótkie zerknięcie za plecy dla rozeznania się w otoczeniu i po nie dłużej niż dwóch sekundach położyła niby od niechcenia w niewielkim okienku własną różdżkę.

Imperio — wyszeptała miękko, dotykając palcem jej drewnianej powierzchni, zanim kobieta zdążyła w jakikolwiek sposób zareagować.

Chwilę później poczuła, jak jej klątwa napiera na umysł kobiety, zamykając go w błogiej nieświadomości, w którym jedynie jej głos miał być swoistym przewodnikiem.

— Podaj mi, na Merlina, tę paczkę Vogue'ów. — Katrina zaczęła grzebać w kieszeni i po chwili rzuciła na podstawkę do wydawania reszty garść monet. — Tu masz zapłatę.

Kobieta zgarnęła pieniądze do przypiętej do pasa nerki, wstała nieco kulawo i sztywnym krokiem przeszła na tyły niewielkiej budki, sięgając po odpowiednie opakowanie. Bez słowa przyniosła je do okienka i podała napęczniałej od samozadowolenia Katrinie.

— Dzięki wielkie — wyszczerzyła się piętnastolatka, wciąż trzymając jedną rękę na różdżce, drugą chowając swój łup do kieszeni. Zerknęła w paciorkowate oczy kobiety, które zaszły mgłą nieświadomości i błogostanu. Wycofała klątwę i pospiesznie, zanim kobieta dostałaby szansę, aby uczynić coś wielce dla niej niewygodnego, wyczyściła jej pamięć szybkim, dokładne wymierzonym zaklęciem.

Kobieta zamrugała, po czym jej wzrok skoncentrował się na twarzy wpatrującej się w nią z oceną Katriny. Jej oczy pojaśniały wyższością i głęboką wzgardą (Katrina miała ochotę się roześmiać).

— Nie masz dowodu? Tak sądziłam, dziecino. Nieletnim papierosów nie sprzedajemy — odezwała się tęga kobieta i dumnie skrzyżowała ramiona przed sobą.

Katrina skrzywiła się, przewróciła oczami i odwróciła się z rozmachem, aby oddalić się pospiesznie z miejsca zdarzenia, na wypadek, gdyby sprzedawczyni zaczęła przeczuwać, że w jej pamięci są niewielkie luki, których nie powinno tam być i w przypływie nagłej intuicji nie sprowadziła jej na kark nachalnych stróży prawa.

Harry, zapewne, by ją zrugał za tak ryzykowne posunięcie, jak stosowanie Zaklęć Niewybaczalnych w otoczeniu mugolskiej społeczności, ale Harry'ego tu nie było i nie musiał się o tym dowiedzieć; wobec czego — pomyślała z satysfakcją dziewczyna — o ile sama się nie zdradzę w przypływie epickiej głupoty, mój występek zostanie przed nim szczelnie ukryty.

Z tą pocieszającą świadomością Katrina weszła w obręb podłużnego rynku ciągnącego się przez niemal całą długość ogromnego placu ułożonego z nierówno powpychanych w ziemię kocich łbów, na którym swe stragany rozstawili dostawcy z sąsiednich miejscowości handlujący gorszej jakości ubraniami, wyrobami z owoców czy koszykami grzybów za horrendalną cenę.

Mętlik i harmider, jaki tu panował wprowadzał Katrinę w absurdalne poczucie spokoju - czuła się, jakby wreszcie miała zaszczyt wkroczyć w epicentrum prawdziwego życia społecznego. Pomimo niższych warstw uspołecznienia panującego w tych regionach, pomimo trajkoczących głośno sprzedawczyń licytujących się z nieustępliwą klientelą o ceny postrzępionych dywanów we wzory imitujące indyjskie zdobienia, pomimo stukotu wielu podeszew o kamienisty bruk miała wrażenie, że tak musi wyglądać prawdziwa wolność obyczajów.

Uśmiechnęła się kącikami warg, zaciągając się głęboko powietrzem pachnącym słodką watą cukrową, którą młody mężczyzna ubrany w kitel w skupieniu nawijał na długi, drewniany patyk, po czym rzuciła kilka drobniaków wyciągającemu do niej ręce pijaczynie siedzącemu na betonowych schodkach sklepu alkoholowego i pobiegła w głąb straganów, biorąc głęboki wdech przed zatonięciem pośród standardów.

Po obu stronach rynku ciągnął się rząd wątpliwej sławy bloków mieszkalnych, z których ścian tu i ówdzie odpryskiwał beton, a mętna, kolorowa farba przykrywająca wysokie ściany utleniła się jak alkohol, sprawiając, że coraz szersze jej obręby wyglądały blado i posępnie.

Katrina obejrzała się za siebie, spodziewając się ujrzeć podejrzliwe spojrzenia wbite w jej kręgosłup, lecz nic takiego nie rejestrując, uśmiechnęła się kącikiem warg i skryła się w obskurnej bramie prowadzącej do jednego z zapuszczonych, obskurnych bloków; opierając się o zakurzoną ścianę, wygrzebała z kieszeni nowo zakupione papierosy i paznokciami zaczęła obskrobywać cienką, plastikową folię, w którą było owinięte opakowanie. Plastik zaszeleścił i pozwolił zedrzeć się z prostopadłościennej tektury, Katrina paznokciem podważyła nasadę pudełka i z kocim grymasem sięgnęła po papierosa.

— Wiesz, nie musisz się chować, mała, nikt tutaj nie zwróci uwagi na nieletnią palącą na środku chodnika. To raczej standardowy widok w tej dzielnicy.

Katrina, która właśnie miała zamiar sięgnąć po różdżkę, by wskrzesić na jej końcu niewielki płomień, podskoczyła jak oparzona i odwróciła się w kierunku, z którego doszły ją przepełnione rozbawieniem słowa. W roztargnieniu wyjęła nienapoczętego papierosa z ust i zmrużyła oczy, wpatrując się w uśmiechniętą twarz niebrzydkiego nastolatka, ubranego w szarą, znoszoną, workowatą bluzę, na oko z dwa-trzy lata starszego od niej, który wyłonił się z obskurnego podwórza osiedlowego leżącego po drugiej stronie odrapanej bramy śmierdzącej kocim moczem.

Chłopak puścił jej perskie oko i wyciągnął z obszernej, przedniej kieszeni dresu plastikową zapalniczkę. Katrina zawahała się, ale po chwili na powrót umieściła papierosa między zębami i pozwoliła, by miejscowy zbliżył się i podłożył pod niego ogień. Dziewczyna zaciągnęła się głęboko, mrugając raz i drugi, gdy siwy dym ukąsił ją w oczy; zapalniczka zgasła, podczas gdy czarnookie spojrzenie czarownicy zlustrowało lekko opaloną, piegowatą twarz chłopaka. Wypuściła dym z płuc i sięgnęła do kieszeni po opakowanie papierosów, wyciągając, po krótkim zastanowieniu, paczkę w jego stronę.

— Chcesz?

— Już myślałem, że nie zapytasz. — Chłopak wyszczerzył rząd zębów jedynie o kilka odcieni mniej szarych od jego bluzy i przyjął od Katriny papierosa. — Nie jesteś stąd, co?

Zapalniczka kliknęła i płomień zatańczył na lekkim przeciągu; tytoń zajarzył się czerwonym refleksem.

Katrina wzruszyła ramionami i obrzuciła chłopaka niechętnym spojrzeniem. Jego lekko przetłuszczone włosy w jakiś niepojęty, abstrakcyjny sposób przywodziły jej na myśl własnego ojca.

— Właściwie, to szukałam cukierni — mruknęła pod nosem, zaciągając się dymem, starając się nie patrzeć na wiszące w strąkach, krótkie kosmyki wieńczące piegowatą twarz chłopaka.

Miejscowy parsknął śmiechem, z niesamowitą zdolnością opluwając sobie przy tym brodę, na której można było się dopatrzyć pierwszych zalążków szczeciny - miał, co było nieco wytrącające z równowagi, w miarę przyjemny, miękki śmiech - trochę jak Harry.

Dziewczyna skrzywiła się mocno na to porównanie, które naturalnie napłynęło jej do głowy, pragnąc przepłukać sobie umysł wodą z mydłem.

— Więc trochę zabłądziłaś — zawołał poprzez niezdrowy chichot, podczas gdy Katrinie przebiegła przez głowę myśl, że być może lepiej uczyniłaby, żegnając się z nim tu i teraz i odchodząc pospiesznie w swoją stronę.

Nie zrobiła tego, ponieważ nie odczuwała najmniejszej potrzeby wracania do tego okropnego mieszkania należącego najpewniej do tej koszmarnie pewnej siebie, wywyższającej się dumnie kobiety, za jaką uważała Lunę Lovegood.

— Cukierni nie znajdziesz na rynku, ale pójdź za kościół, o w tamtą stronę — chłopak wyciągnął rękę i wskazał gdzieś na przestrzał przez bloki, Katrina zmrużyła na ten pokaz oczy w jawnym cynizmie, ale ten, jak się zdaje, w ogóle tego nie zauważył — skręć obok fontanny w lewo i trzymaj się prawego chodnika, to trafisz do fajnej lodziarni.

Katrina powątpiewała w ciekawy smak jakichkolwiek gałek lodów, które dało się określić mianem „fajnych", ale skinęła głową, nie komentując tego w żaden sposób, na wszelki wypadek przytykając sobie do ust papierosa.

Trzymaj się lewego chodnika — pomyślała z rezerwą — jakbym była miotłą, no strzeż się Merlina, za taką zniewagę powinnam ci strzelić w twarz.

Czarne oczy Katriny odbiły w bok, rzucając przeciągłe spojrzenie staremu, zaśmieconemu podwórku.

— Mieszkasz tu? — zapytała ze zgorszeniem, zanim pomyślała o tym, co mówi. Chwilę potem ugryzła się w język i zganiła za tak obcesową bezpośredniość.

Chłopak nie zaczął rzucać w nią inwektywami, jak się spodziewała, a zaśmiał się w ten swój miękki, łagodny sposób, przyprawiający Katrinę o mdłości i zaczął, na brodę Merlina, cytować jakiegoś dramaturga.

Wielkość człowieka polega na jego postanowieniu, by być silniejszym niż warunki czasu i życia.

— Morga... Jezus Maria — poprawiła się szybko Katrina, wydmuchując z płuc kłęby dymu, myśląc, że chyba nadeszła odpowiednia pora, aby uciec stąd gdzie pieprz rośnie.

Miała głęboką nadzieję, że ten natarczywy nieznajomy nie zacznie na powrót się śmiać.

— Żaden Jezus — odezwał się w zamian, sprawiając, że dziewczyna nieświadomie odetchnęła z ulgą - ani myślała tłumaczyć się obcym z własnych, głupich przejęzyczeń. — Albert Camus.

Katrina skrzywiła się i wyrzuciła niedopałek na ziemię, przydeptując go mocno podeszwą.

— Wiesz, miło się rozmawiało, ale naprawdę czas nagli — oznajmiła zdecydowanym tonem, odgarniając z twarzy brązowe kosmyki.

Chłopak uniósł wysoko brwi, zaciągając się końcówką papierosa ściskaną w dłoniach; Katrina przypuszczała, że żar lada moment poparzy mu palce. Stwierdzając szybko, że niewiele ją to obchodzi, odwróciła głowę w inną stronę.

— Co, uprzedzona do francuskich pisarzy? — zapytał jej natarczywy rozmówca z przebłyskiem rozbawienia w głosie.

— Co? — mruknęła w roztargnieniu czarnooka, która była na chwilę obecną zbyt zajęta pełnym znudzenia obserwowaniem wejścia do bramy oraz ludzi spacerujących w pośpiechu po rynkowym placu, to pojawiających się, to znikających z zasięgu jej wzroku. Oderwała oczy od zgiełku miasteczka i zerknęła na szczerzącego się do niej chłopaka. — Nie, skądże. Są mi oni całkowicie obojętni, wiesz? To nie jest żadne uprzedzenie.

Chłopak wyrzucił niedopałek gdzieś w kąt przykrytego cieniem przejścia.

— To moje motto życiowe, uwierzysz? — odezwał się, brzmiąc na niemożliwie zadowolonego z siebie. — Gdyby nie to, już dawno skończyłbym martwy pod jakimś śmierdzącym, obszczanym kontenerem, z igłą sterczącą z mojego ramienia.

— Moje gratulacje — burknęła niezainteresowana Katrina, skierowawszy się do wyjścia z bramy, nie trudząc się, by spojrzeć w twarz, drepczącemu za nią w pośpiechu, natręta.

Miejscowy dogonił ją, gdy tylko zdążyła wyjść na ulicę; Katrina zastanowiła się, czy nie powinna zacząć uciekać.

— Mogę cię oprowadzić po rynku, jak chcesz — zaproponował luźno chłopak, zrównując z nią kroku, najwyraźniej całkowicie ślepy na jej wyraźny dyskomfort.

Dziewczyna zmierzyła kątem oka jego przymilny uśmiech i skrzywiła się z gruntownie potężnym niesmakiem.

— Nie chcę — warknęła jak rozjuszony buldog broniący swych terytoriów, w tonie jej głosu zabrzmiała stal.

Tego namolnego intruza najwyraźniej ani trochę nie zniechęciło jej nieprzychylne nastawienie.

— Więc mogę cię oprowadzić wbrew twojej woli. Chociaż Camus twierdzi, że nasza wola jest jedynym, co zatrzymuje przy nas ludzi. Twierdzi, że gdy przestaniemy mówić, odwrócą się od nas plecami.

— No popatrz — wycedziła przez zęby Katrina — ty nie przestałeś mówić, a ja już się odwróciłam. Jaki ze mnie ewenement!

Uśmiechnął się zadziornie, jakby sądził, że ma do tego pełne prawo.

— Ile masz lat? — miał czelność zapytać ten chłoptaś-przybłęda, niemy na jej krzywe spojrzenia.

Katrina zacisnęła zęby tak mocno, że zazgrzytały o siebie nawzajem.

— Nie twoja sprawa — wycedziła, mrużąc wlepione uparcie w bruk oczy.

Chłopak splótł palce przed sobą, przez co Katrinę nawiedziła bezduszna, niehumanitarna myśl, czy nie spróbować mu tych palców wyłamać.

— Masz rację, o wieku się nie dyskutuje — westchnął ciężko, jakby przyznawał się do jakiejś kolosalnej omyłki; Katrina nie potrafiła powstrzymać przewrócenia oczami, choć, Merlin jej świadkiem, naprawdę się starała. Ostentacyjnie przyspieszyła kroku. — To może powiesz mi przynajmniej, jak ci na imię?

Katrina zatrzymała się raptownie i pokazowo założyła ręce na biodra.

— Słuchaj no, ja cię tylko poczęstowałam papierosem — wypluła z siebie jak przekleństwo, mierząc chłopaka wzrokiem, jakim się spogląda na zaschnięty brud na czubku buta. — Idź i znajdź sobie kogoś innego do zawracania mu głowy.

— Zawracam ci w głowie? — podłapał jak chorobę zakaźną ten uparty, frustrujący przybłęda, szczerząc się z niezmierzoną satysfakcją.

Zawracasz mi głowę — powtórzyła Katrina, tupiąc jak wściekła kwoka. — Sprawdź to określenie w słowniku frazeologicznym, jeśli czegoś nie rozumiesz.

Odwróciła się napięcie i zaczęła gnać w pośpiechu przed siebie, zostawiając miejscowego za swoimi plecami, starając się trzymać dumnie uniesiony podbródek, co okazało się dosyć trudne zważywszy na stopień jej zbulwersowania - jej szczęka drżała niczym w malignie.

— Mogę ci pokazać drogę do lodziarni! — zawołał za nią chłopak, zwracając na nią uwagę kilku mijających ich z roztargnieniem przechodniów.

Katrina podniosła rękę i nawet nie myśląc się odwracać, pokazała mu z butą środkowy palec.

Chwilę później biegła w dół ulicy prowadzącej do jej osiedla, mając wrażenie, że mijane drzewa, z których niemal opadły wszystkie, brązowo-żółte liście, uśmiechają się do niej drapieżnie jak nocne potwory, wyciągając ku niej nagie gałęzie, jakby te były setkami sękatych odnóży mogących pochwycić ją w swoje szpony. Drażliwa podświadomość skrobała szorstkimi gałęziami w jej samokontrolę, twierdząc, że szerokie pnie obrosłe gęstym mchem z jakiegoś względu są zdolne ją podsłuchiwać. Miała nieodparte wrażenie, że jest obserwowana, ale gdy tylko obracała głowę, za plecami dostrzegała jedynie wbite w siebie, obojętne, ciemnookie spojrzenia wron, które krakały głośno, gdy odwracała się ku nim zbyt gwałtownie i odlatywały z nastroszonymi piórami, mając Katrinę głęboko w poważaniu.

Zbyt długie przebywanie z Draco mi nie służy — pomyślała, przecierając oczy i wznawiając kroku, gdy któryś z kolei raz przystanęła, by przyłapać stare gawrony na krążeniu nad jałową ziemią. — Zaraziłam się od niego paranoją, ot co!

Katrina odetchnęła głęboko i przeczesała palcami włosy.

— Dobrze, że kupiłam papierosy — mruknęła pod nosem. — Odsunęły ode mnie choć cząstkę zmartwień.

Z tą pokrzepiającą myślą pospieszyła w stronę majaczącego na horyzoncie osiedla, dumając nad tym, pod jakim, na Morganę, ta dumna Lovegood mieszkała numerem.


-VVV-


Powitał ją rozświetlony jesiennym słońcem salonik, którego drewniane, rozchwiane na rachitycznych nóżkach regały pokrywał lśniący w promieniach kurz, jakby był magicznym pyłkiem Dzwoneczka z Piotrusia Pana - bajki, którą matka czytała jej w dzieciństwie.

Niewiele miejsc wyglądało jak opuszczone sarkofagi, wciąż pielęgnowane światłem wschodu i zachodu słońca, Katrina pochyliła się i zdmuchnęła osiadłe na niewielkim stoliku kawowym naręcze kurzu.

No, doprawdy — przemknęło jej przez myśl — można pomyśleć, że ta cała Lovegood miała wystarczająco wiele czasu, żeby tu nieco posprzątać.

Smuga światła powstała z całą pewnością od jakiegoś zaklęcia, którego Katrina nie rozpoznawała, przemknęła po podłodze niczym kot i pierzchła do najbliższego kąta, kumulując się w nim, przylegając do ściany jak przestraszony pająk.

Za plecami usłyszała skrzypnięcie wejściowych drzwi, choć była pewna, że zamykała je szczelnie za sobą, kiedy przeszła przez próg. Katrina poczuła, jak serce z niewiadomych przyczyn zastyga w jej piersi.

Ta przeklęta kobieta śmie robić sobie z ciebie żarty — zamajaczyło gdzieś na tyłach jej umysłu.

Tyle że Lovegood nie pasowała jej pod typ osoby, lubiącej czaić się z głupimi kawałami na innych czarodziejów.

Przeczucie, że jakieś nieznane niebezpieczeństwo czyha tuż za rogiem, zacisnęło surowe pęta na jej umyśle. Cień jakiejś wysokiej, masywnej sylwetki zakręcił się na ścianie korytarza jak ruj much nad martwym ciałem.

Katrina, oddychając głęboko, czuła się jak wrośnięta w ziemię - bała się poruszyć, bała się, że jeśli zacznie uciekać, szybki ruch zawiadomi tego, kto wszedł za nią do mieszkania.

Katrinę przydusił strach, kroki, które szemrząc cicho, rozległy się w przedpokoju, nie brzmiały jak kocie ruchy białowłosej kobiety, z którą dzieliła mieszkanie; oblizała nerwowo nagle wyschnięte wargi i sięgnęła do kieszeni, do której przed godziną wkładała przed starym kioskiem różdżkę.

Czyjeś chłodne ramiona, niczym należące do topielca, oplotły jej ciało; Katrina wciągnęła gwałtownie powietrze, gdy jedna dłoń przycisnęła się z całej siły do jej ust, a druga pochwyciła ją w pasie, odciągając do cienia; miała nieodparte wrażenie, że jej gałki oczne lada moment wyskoczą z orbit. Katrina czuła powiew gorącego oddechu na własnym karku, gdy to zimne ciało, które ją otoczyło, zaciągnęło ją w głąb mieszkania, trochę jak smok, wlekący swą zdobycz do serca pieczary.

Została odciągnięta do niewielkiej, dusznej sypialni, tak małej, że bez problemu można ją było pomylić z garderobą, przez drżące firanki przesiąkało rozproszone światło powoli dążącego do zachodu słońca.

Dłonie odwróciły ją ku osobie oddychającej w jej napiętą skórę; Katrina poczuła łzy bezlitośnie cieknące w dół jej policzków, gdy jej oczy spotkały się ze srebrnymi oczyma Lovegood.

Kobieta schyliła głowę, białe włosy opadły na jej wyraźnie zarysowane kości policzkowe i przyłożyła sobie palec wskazujący do ust.

Katrina, z gardłem ściętym strachem, bezdyskusyjnie skinęła głową. Kobieta przyjrzała się skrapianej światłem czerwonego słońca, bladej twarzy, po czym z determinacją w oczach połyskujących srebrem, której czarnooka nie zrozumiała w porę, odwróciła się i przemknęła cicho niczym widmo na powrót na korytarz.

Serce Katriny stanęło w miejscu; Kiedy chwilę później głos Lovegood zabrzmiał płynnie i wyraźnie miała ochotę skulić się w kącie i rozpłynąć się jak dym papierosowy.

— Przepraszam, czy panowie mają w zwyczaju nachodzić prostych obywateli w ich własnych domach?

Rozległo się jakieś szuranie, a chwilę potem szorstki głos uderzył w powietrze niczym grom.

— W imieniu rządu Wielkiej Brytanii apeluję do pani o odłożenie na bok wszelkich broni i podniesieniu rąk do góry. — Na dźwięk tych słów Katrina poczuła, jak cierpnie jej skóra.

— Przepraszam bardzo — powiedziała Lovegood tym swoim neutralnym, opanowanym tonem (w przestrzeniach wyobraźni Katrina była w stanie dostrzec metalową lufę pistoletu wycelowaną wprost w to pokryte śnieżnobiałą skórą gardło) — ale obawiam się, że nie rozumiem. O ile za broń nie uważa pan zapinki, którą mam we włosach, nie za bardzo wiem, co rozkazuje mi pan odsunąć na bok.

— Przeszukać ją — zażądał, niemający w sobie ogłady, mugolski żołnierz.

Skrzypnięcie drzwi i dźwięk co najmniej dwóch dodatkowych par stóp, odgłos odbezpieczanej broni.

— Proszę nie próbować żadnych sztuczek, bo wydam strzał — ostrzegł opiewający szorstkością głos.

Katrina zacisnęła powieki i z całych sił przycisnęła dłonie do ust, aby nie wydać z siebie najmniejszego dźwięku. Zdawało jej się, że jej serce wali jak dzwony kościelne i czuła paniczne przerażenie na myśl, że ci ludzie w jakiś sposób usłyszą tętnienie jej serca obijającego się szaleńczo o żebra.

— Ma przy sobie ten magiczny badyl, panie oficerze — rozległ się inny głos, nasiąknięty taką nienawiścią, że Katrina mimowolnie zadrżała. — To jedna z nich.

Nagle usłyszała poruszenie, jakby gwałtowne obracanie się w miejscu z szaleńczą prędkością.

Deportuje się — pomyślała zrozpaczona Katrina — zostawi mnie na pastwę mugoli.

Głośny łomot, jakby coś ciężkiego rąbnęło o podłogę, potoczył się po mieszkaniu tak donośnie, że wstrząsnął ścianami. Katrina usłyszała stłumiony jęk Lovegood, a potem odgłos ostrego uderzenia w twarz.

— Powiedziałem, bez takich numerów! — warknął ten, który najwyraźniej był tu głównodowodzącym. — Sądzisz, że nie mamy sposobów, na te wasze sztuczki? Sądzisz, że nie jesteśmy wytrenowani do łapania takich jak ty?

— Wciąż nie pojmuję, o co się panowie rozchodzą. — Głos Luny ani na moment nie utracił na płynności i zrównoważeniu, oczyma wyobraźni Katrina potrafiła dostrzec jej srebrne, przenikliwe oczy utkwione prosto w oczach osaczającego ją, z pewnością grubo starszego mężczyzny.

— Stul pysk — warknął niski baryton, pochodzący od kogoś, kto do tej pory nie zajmował głosu. — Nie udawaj, że nie wiesz, co właśnie ma miejsce.

— Tak właściwie to...

— Mieszkasz tu sama? — przerwał jej oficer, a jego ton stał się oziębły jak grudniowa noc pod gołym niebem.

Bijące szaleńczo serce Katriny niemal zagłuszyło odpowiedź kobiety.

— A co, jest jakiś nowy, genialny przepis, który to zabrania młodym kobietom mieszkać samym?

Parszywy śmiech zalał mieszkanie jak tsunami, Katrina zacisnęła mocno powieki, mając wrażenie, że za moment usłyszy nakaz przeszukania domu.

Nie, nie, proszę, tylko nie to — pomyślała rozpaczliwie, nie potrafiąc powstrzymać konwulsyjnego drżenia.

Jej modły zostały wysłuchane.

— Skuć ją — zażądał twardo oficer — odprowadzić do aresztu stanowego, gdzie wraz z innymi będzie czekała na przesłuchanie w sprawie przestępstw natury magicznej, zgodnie z artykułem piątym w ustawie sto szóstej.

Katrina poczuła, jak jej ciało osuwa się po ścianie, nie mogąc nic na to poradzić. Usłyszała małe zamieszanie, gdy zabrzęczał metal kajdan i ciężkie kroki, gdy kilka stóp podążyło w stronę wyjścia z mieszkania.

Piętnastolatka oddychała ciężko, zdając sobie sprawę, że dyszy jak przemęczony koń po długiej jeździe, ale nie potrafiła przestać, nie potrafiła tego powstrzymać. Spodziewała się, że lada moment któryś z mugolskich wojskowych zawróci i znajdzie ją, skuloną w kącie, że wyceluje rewolwer w jej ciało, że trafi przed sądy, których jej umysł nie jest w stanie pojąć, obciążona zarzutami tak nierealnymi i tak abstrakcyjnymi, jak chora wyobraźnia schizofrenika.

Chwilę później drzwi wejściowe trzasnęły jak grom, a w mieszkaniu zapadła nieprzerwana, głucha cisza (cisza po burzy).

Katrina nie odważyła się opuścić swej kryjówki jeszcze przez kolejne, długie, ciągnące się jak guma minuty. Nie mogła jednak nic poradzić na to, że gwałtowny szloch wyrwał się z głębi jej gardła. Jej ramiona zdawały się ciężkie i zdrętwiałe, przez długą chwilę nie potrafiła poruszyć ani jednym palcem.

Przed zaciśniętymi powiekami, wciąż i na nowo, widziała bladą, poważną, kobiecą twarz, powoli przykładającą chudy palec do ust.