.

Rozdział 20

Są małe stacje wielkich kolei

.

Obcasy McGonagall uderzały regularnie o posadzkę, roznosząc głośne echo stukotu po korytarzu czwartego piętra, gdy w pośpiechu podążał za nią do Skrzydła Szpitalnego, całą siłą woli powstrzymując się od wybiegnięcia zza jej ramienia i rzucenia się na złamanie karku do drzwi ambulatorium.

Minęli korytarz, który łączył tę część zamku z Wieżą Zegarową, najstarszą konstrukcją architektoniczną w całym Hogwarcie, która gdyby nie magia, już dawno runęłaby pod zbyt wielkim obciążeniem wiatrów zboczowych nadciągających znad szkockich szczytów.

— Nie powinnam była lokować go w starych kwaterach Severusa — przełamała gwałtownie ciszę dyrektorka, kiedy dotarli przed zamknięte drzwi Szpitalnego Skrzydła. Z jedną dłonią leżącą na klamce, zdając się bić z myślami jak kilkunastoletni uczniak, odwróciła się w stronę Harry'ego, który przystanął kilka kroków za nią, świdrując pełnym niepokoju wzrokiem drewniane drzwi, zupełnie jakby miał nadzieję zobaczyć cokolwiek poprzez ich stałą, twardą strukturę.

— To nie było coś, czego można było tak prosto się domyślić, pani...

— Rzecz w tym, że to było do przewidzenia, Potter — przerwała Harry'emu surowym tonem była nauczycielka Transmutacji. Zielone oczy przesunęły się w bok, spotykając się z zaciętym wzrokiem McGonagall.

Harry, pierwszy raz od przekroczenia progu zamku, przyjrzał się wnikliwiej obecnej dyrektorce - długie, białe pasma włosów wysmykujące się z ciasnego koka upiętego kobaltową, podłużną klamrą, lekkie cienie przykrywające przeciągłe zmarszczki pod jej oczami, pobladłe usta zaciśnięte tak mocno, że niemal całkowicie znikały w płytkiej, prostej linii.

Zielonooki zmarszczył brwi, widząc efekty przemęczenia na tej szczupłej, starczej twarzy, dostrzegając sińce zaległe pod ciążącymi powiekami, bladość skóry, przechodzącą w lekką szarość; jak bumerang uderzyła w niego świadomość, że kobieta stojąca naprzeciw niego ma na karku długie, długie i niełatwe lata życia - Minerwa McGonagall wyglądała tak, jakby była już nimi zanadto zmęczona - przeżyła dwie wojny czarodziejów i doczekała się konfliktu zbrojnego z ludźmi niemagicznego pochodzenia - to zdawało się przeciążyć szalę - to było zbyt wiele, nawet dla niej - zawsze tak silnej, zawsze tak odważnej.

Mężczyzna poczuł, jak wzbiera w nim czułość do tej kobiety, która dbała o niego przez te wszystkie lata jego szkolnictwa, która zawsze obierała jego stronę, nawet jeśli w aspekcie wychowawczym była najbardziej surową spośród profesorów.

Harry zbliżył się do swej byłej opiekunki domu i wyciągnął rękę, aby ścisnąć jej chudą, nieco bardziej kościstą niż niegdyś, dłoń.

— Naturalnie, że to było do przewidzenia, pani profesor — powiedział cicho, posyłając jej łagodne spojrzenie, starając się w nim zawrzeć siedemnaście lat podziękowań za wszystko, co kiedykolwiek dla niego uczyniła, bądź co była gotowa przedsięwziąć w jego obronie. — Jednakże to nie w pani ramionach leżał obowiązek, aby o tym pamiętać. — Harry przekrzywił głowę, widząc, że McGonagall nie wygląda na przekonaną. — On nie jest już uczniem, pani profesor, jest odpowiedzialnym, dojrzałym mężczyzną. Nie do pani zadań należy pilnowanie, aby nie nabił sobie guza.

Kobieta skinęła wdzięcznie głową (przez jej oczy przetoczył się przebłysk czułości), a następnie wyplątała dłoń z uścisku Harry'ego i pchnęła drzwi, wkraczając pewnym krokiem do ambulatorium.

Mężczyzna przestąpił próg, czując chłodny ucisk w żołądku, jakby ściskała go z pełnią swej siły metalowa pięść nasączona czarną magią. Czując niematerialny ciężar przytłaczający jego ramiona, wyprostował kręgosłup, wiedząc, że nie takie przykrości udawało mu się w przeszłości podźwignąć.

Czuł, jak oczy kilku przebywających w Skrzydle Szpitalnym uczniów lądują na nim jak neonowe wskaźniki; nie oddał ich natarczywych spojrzeń, przechylił lekko głowę, a krucze kosmyki opadły na sławetną bliznę w kształcie błyskawicy; jego wzrok skoncentrował się wokół jedynego, przysłoniętego kotarami łóżka, oddalonego znacznie od reszty zajętych leżanek.

W miarę, jak zbliżali się do miejsca, w którym został położony Draco, kotara zadrżała i rozchyliła się, a spomiędzy jej połów spojrzały na niego ciemne oczy Pansy Parkinson odzianej w pielęgniarski kitel, z różdżką jarzącą się bladym światłem ściskaną w dłoni.

Harry przystanął, ściągając emocje, które momentalnie zalały jego ciało, za szczelne bariery oklumencyjne i przyjrzał się kobiecie z wysoką dozą nieufności.

Jej spojrzenie było bystre, acz lekko zmieszane, skinęła Harry'emu głową, odsuwając się kilka kroków od łóżka, jakby chciała tym pokazać, że zamierza mu dać chwilę prywatności. Jej czarne włosy związane były wysoko na czubku głowy, zbijające się w ciasnego koka.

— Pani Parkinson — odezwała się sucho McGonagall, kiwając uprzejmie głową młodszej kobiecie, jej oczy przesunęły się na twarz Harry'ego, który ledwo zdołał się powstrzymać przed pełnym niedowierzania uniesieniem brwi. — Potter, pani Parkinson objęła w naszej szkole posadę pielęgniarki po odejściu Poppy Pomfrey na zasłużoną emeryturę. Sprawuje pieczę nad zdrowiem uczniów od ostatnich trzech lat.

Harry odrzucił od siebie niechęć pielęgnowaną do tej kobiety przez siedem lat dorastania i skłonił się z wdziękiem, nie spuszczając wzroku z przyglądających mu się z oceną oczu nowej pielęgniarki.

— Witam uprzejmie, pani Parkinson — odezwał się neutralnym tonem Harry, szybko rezygnując z powiedzenia czegoś tak absurdalnie sztucznego, jak: „Miło mi panią znów zobaczyć".

Kobieta dygnęła z taką lekkością, jakby to czyniła na co dzień po kilkakroć, a jej głos pozbawiony był wszelakiej barwy, kiedy odpowiadała:

— Dzień dobry, panie Potter. Wierzę, że chciałby pan ze mną skonsultować stan zdrowia pana Malfoya?

Wzrok Harry'ego spoczął na zasłoniętej kotarze, głęboka sieć zmarszczek przecięła jego czoło jak nici pajęcze.

— Jest nieprzytomny? — zapytał cicho Harry, po czym doszedł do wniosku, że to nie było najinteligentniejsze z pytań, jakie mógł teraz zadać. — Oczywiście, że jest nieprzytomny — odpowiedział sam sobie, kręcąc w roztargnieniu głową; rzucił Parkinson przeciągłe spojrzenie, bijąc się z myślami, czy jeśli zada kolejne pytanie, to zbłaźni się przed nią w wielkim stylu, szybko dochodząc do wniosku, że opinia Parkinson nie znaczy dla niego zbyt wiele. — Co dokładnie się stało?

Spodziewał się, że kobieta go wyśmieje, czekał cierpliwie na komentarz dotyczący niewiarygodnej troski okazywanej obślizgłemu Ślizgonowi przez nadgorliwego Gryfona, spojrzał w te przeszywające oczy zdające się przebijać przez jego głowę jak młot pneumatyczny i zastanawiał się, czy jej obelga spłynie po nim równie gładko, jak Zaklęcie Kameleona, ale Parkinson jedynie splotła przed sobą dłonie i odezwała się czysto fachowym tonem:

— Z tego, co mi wiadomo, panie Potter, pański przyjaciel został zaatakowany przez inferiusa. Stworzenie zdążyło poczynić pomniejsze szkody na jego ciele, ale pani dyrektor udało się dotrzeć do pana Malfoya zanim było za późno na ratunek.

Słowa „pański przyjaciel" w odniesieniu do Malfoya, padające z ust byłej Ślizgonki zagnieździły się w jego umyśle jak pasożyty, ryjąc w nim skomplikowane tunele, których znaczenia nie potrafił ustalić.

Widział, że kobieta go obserwuje, czekając na jego reakcję; przypuszczał, że sformułowanie, które opuściło jej usta, było całkowicie celowym zagraniem, mającym jasno i klarownie przedstawić przed nią jego osobiste uczucia żywione do Dracona, mającym odzwierciedlić na jego twarzy serce, które kotłowało się szaleńczo w jego piersiowej klatce.

Dlatego Harry nie pozwolił sobie zareagować w żaden klasyczny sposób, określony zasadami fizycznych i psychicznych reakcji na stres; uniósł brwi, posyłając Parkinson spojrzenie mówiące o uprzejmym zainteresowaniu i dostrzegł, jak kąciki jej warg drgnęły w ledwo dającym się uchwycić, cierpkim grymasie. Skinęła mu lekko głową, jakby chciała dać mu tym do świadomości, że nie zamierza powtórnie wetknąć nosa w jego osobiste interesy. Jej głowa odwróciła się w kierunku zaciągniętych kotar.

— Nie mam zamiaru udawać, że jego stan jest bez zastrzeżeń, panie Potter, trafił do mnie z głębokimi ranami szarpanymi w prawej stronie szyi oraz w barku, ta druga mniej poważna, aczkolwiek znacznie głębsza. Mogę pana zapewnić, że szybko zostały podjęte odpowiednie środki lecznicze, więc jeśli pacjent okaże współpracę, po kilku tygodniach smarowania odpowiednim eliksirem pozostałe na jego ciele blizny powinny zniknąć zupełnie. Pan Malfoy miał również zamknięte złamanie nadgarstka prawej ręki i kilka poparzeń pierwszego stopnia, ale były to pomniejsze obrażenia, których zaleczenie to dla mnie chleb powszedni. Mamy tutaj uczniów, którzy kończą z podobnymi kontuzjami po byle szczeniackim treningu Quidditcha czy nieudanym eliksirze, który wybuchł któremuś z nich w twarz na zajęciach.

Skinął głową raz, drugi, następnie odetchnął głęboko i pozwolił sobie na rozluźnienie nieznacznie napiętych mięśni.

— Na obecną chwilę jedyne, czego mu trzeba, to odrobina odpoczynku — oznajmiła Parkinson, poprawiając ułożenie szerokiego kitla, przekrzywiając głowę pod dziwnym kątem, wyjątkowo niewygodnym, jak na oko Harry'ego. — Ufam, że może mu pan go zapewnić, panie Potter? — No i proszę, spróbuj nawiązać uprzejmą rozmowę z byłą wychowanką Domu Węża, to rozstawi na ciebie dziesiątki zakamuflowanych sideł, w które powinieneś dać się złapać.

— Wierzę, że dopilnowanie, aby pan Malfoy trzymał się ściśle wskazań lekarskich leży całkowicie w pani interesie, pani Parkinson. Pani dyrektor wspominała, że życzeniem pana Malfoya było pozostanie przez kilka dni na terenach Hogwartu. Najwyraźniej spędzi te kilka dni mało produktywnie, lecz wątpię, aby postanowił wyjechać, gdy tylko się obudzi.

Parkinson potarła w osobliwym geście nadgarstek i skrzyżowała ramiona na piersi, wyglądała jak uparta pantera, która ani myśli ustąpić swemu konkurentowi.

— Widzę, panie Potter, że całkiem sprawie się pan orientuje w zamiarach pana Malfoya — podjęła niemal śpiewnie, wyglądając tym samym na iście zadowoloną z siebie.

Harry powstrzymał się od szyderczego wygięcia warg.

Sądzisz, że zapędziłaś mnie w kozi róg, Parkinson? — pomyślał cynicznie, zastanawiając się, czy tendencji do jadowitych komentarzy nie podłapał przypadkiem od Malfoya. — Z całą pewnością, spędzam z tobą zbyt wiele czasu, Draco.

— Lepiej, niż kiedykolwiek wcześniej, muszę przyznać — odrzekł spokojnie Harry, czekając, aż na twarzy Parkinson pojawi się zwycięski uśmieszek, zanim kontynuował. — Sam próbowałem kiedyś zbyt wcześnie wstać z łóżka po jednym z moich sławetnych wypadków i przeliczyłem się niestety, ponieważ po triumfalnym dotarciu do schodów, okazały się one przeszkodą nie do pokonania dla osłabionego organizmu. Poza tym, pani Parkinson, jak już mówiłem, pani dyrektor wyraźnie powiedziała, że tak brzmiało życzenie samego pana Malfoya. Nieprawdaż, pani profesor? — zwrócił się do obserwującej ich spod przymrużonych powiek McGonagall.

O ile odwołanie się do zapewnień dyrektorki mogło okazać się fiaskiem w tej krótkiej zagrywce na słowa, o tyle Harry nie wątpił, że owa starsza, waleczna kobieta może się okazać wyjątkowo zaciekłym przeciwnikiem.

Była nauczycielka transmutacji uśmiechnęła się kocim półuśmiechem, szepczącym zaciekle wprost do ich uszu, że nie tylko węże są uznawane za zwierzęta posiadające wybitny spryt. Poszczuj kotem swego wroga, a zaorze on jego twarz ostrymi jak brzytwa pazurami i odejdzie z dumnie uniesionym ogonem.

— Jest pewne łacińskie przysłowie, które twierdzi, że często nieme oblicze ma głos i wymowę — odparła tonem łagodnym jak letni poranek na piaszczystej plaży, bynajmniej nie pasującym do jej surowego oblicza, a później poprawiła zacisk na koku zaplątanym niemalże na samym czubku siwych włosów przeplatanych białymi pasmami, skinęła głową wpierw Harry'emu, następnie wlepiającej w nią nieostre spojrzenie Parkinson i oznajmiła, że: „nie ma lekko" i „musi niezwłocznie wracać do gabinetu, w którym czeka na nią sterta papierkowej roboty", wyraziła swoje głębokie ubolewanie nad obecnym stanem młodego pana Malfoya i nie kierując swoich słów do nikogo konkretnego, życzyła mu szybkiego powrotu do zdrowia. Skrzydło Szpitalne opuściła z prędkością geparda, jej szata zafalowała, kiedy przekraczała próg i zniknęła za zakrętem jak syreni ogon.

Zielonooki potarł w roztargnieniu przemęczone skronie i odruchowym gestem poprawił zsuwające mu się z nosa okulary.

— Kiedy on się obudzi? — zapytał Harry, nie kryjąc swojego zmęczenia i wbił w Parkinson pełne znużenia spojrzenie.

Pielęgniarka przyglądała mu się krótką chwilę w milczeniu; Harry zastanawiał się jak bardzo otwarta w obecnej chwili jest jego twarz - pełna zobojętnienia maska pokrywająca uprzednio jego oblicze spłynęła po nim jak deszcz po rynnie.

— Trudno powiedzieć. — Parkinson odwróciła się od łóżka i podeszła do stojącej w rogu pomieszczenia umywalki. — Znając jego magiczny potencjał, obstawiam, że najwcześniej jutro wieczorem. Jego organizm musi zregenerować się po ataku. — Odkręciła wodę i zaczęła gruntownie szorować dłonie mydłem. — Czy posłać po pana skrzata, kiedy pacjent odzyska przytomność? — Jej oczy rzuciły Harry'emu przeciągłe spojrzenie; jej rysy mówiły: znałam Dracona przez cały cykl naszego szkolnictwa, Potter, nawet jeśli wydaje ci się, że zdołaliście się do siebie zbliżyć, ja wiem o nim rzeczy, których ty nigdy nie odkryjesz.

Harry ani myślał zacząć się o to spierać.

— Nie, dziękuję, pani Parkinson — rzekł cicho, odwracając wzrok.

Nigdy nie uwolni się od myśli, że Draco był jedynym Ślizgonem, któremu udało przebić się przez jego skorupę obojętności, był jedynym Ślizgonem, któremu dobrowolnie pozwolił zbliżyć się do niego tak blisko, by mógł on zobaczyć żywe serce bijące pod woalką siły, zmagające się z dylematami przepoławiającymi jego sumienie, naciskającymi na jego moralność.

Pozwolił być mu świadkiem tego, jak z zimną krwią zabija mugolskiego żołnierza. Fakt, że Snape, mimo ostrożności Harry'ego, również stał się obserwatorem tych kilku sekund jego wyczynu, nie miała znaczenia. Liczyła się jego wola, liczyła się świadoma decyzja, dopóki z pełnią uzmysłowienia nie otworzy przed Naczelnikiem swojej zmarnowanej duszy, jej sekrety należeć będą jedynie do niego i do tych, którym dobrowolnie pozwoli ich dotknąć.

Pocieszony takim wnioskiem, Harry odwrócił się i kiwając Parkinson z wymuszonym szacunkiem głową, wyszedł z ambulatorium, decydując się na spacer po tych starych, znajomych korytarzach tętniących magią i tajemnicami sięgającymi czasów czterech założycieli, w których powietrzu wisiało tysiące lat przewijających się przez nie, jak światło słoneczne, studentów.


-VVV-


Prawdziwe emocje rozgorzały w ich sercach w okolicach godzin obiadowych, kiedy to Monica, przepasana znoszonym fartuchem, grzebała drewnianą łyżką w aluminiowej patelni z niemal całkowicie zdartym teflonem (tyle razy powtarzała Wendellowi, żeby nie gmerał w stojącym na gazie jedzeniu metalowymi sztućcami, a do niego nadal to nie dotarło). Jej mąż, wykazując prężność prawdziwego mężczyzny, leżał rozwalony na salonowej kanapie, głośno komentując przebieg meczu rugby, popijając wprost z butelki zimne piwo India Pale Ale.

Monica, przysmażając na wolnym ogniu cebulę, rozmyślała nad informacjami podawanymi ostatnimi czasy na okrągło w wiadomościach — czarodzieje, też mi coś — pomyślała Monica, kiedy pierwszy raz usłyszała wieści medialne rozchodzące się w zawrotnym tempie po Anglii — że też nie zapowiedzieli nalotu kosmitów. Ludzie mają wodę sodową zamiast mózgu, ot co!

Władze apelowały do ludności cywilnej, aby ta zaczęła zwracać uwagę na dziwne, niewytłumaczalne zjawiska dziejące się wokół nich, więc zaczęto doszukiwać się spisku na każdym rogu, od bezdomnego kundla przemykającego ulicą, po nietypowo ubranego przechodnia, co w jej osobistym odczuciu było tak absurdalne, że chciało jej się śmiać.

— Czy ta nazwa nie wydaje ci się znajoma? — zapytał pewnego dnia Wendell, podstawiając jej pod nos poranny numer Daily Express, gdzie wytłuszczonym drukiem wspominano o pomyślnie przeprowadzonej agresji na Ulicę Pokątną.

Monica zmarszczyła nos, spoglądając na gazetę znad kubka parującej herbaty imbirowej. Nazwa ulicy, owszem, nie brzmiała obco, zupełnie, jakby słyszała ją kiedyś, bardzo dawno, być może rzuconą niedbale przez śpieszącego gdzieś przechodnia zajętego zgiełkiem własnych spraw, a może dostrzeżoną kątem oka na jakimś plakacie informującym o otwarciu nowego, kameralnego kina aranżowanego na czasy, w których publiczne pokazy filmowe były świeżą nowością, wyświetlającego na starym rzutniku pierwsze filmy kina niemego.

— Wydaje mi się — mruknęła pod nosem Monica — że gdzieś już ją kiedyś widziałam...

Wendel rzucił okiem na artykuł i przez moment zdawał się przypominać sobie o czymś, co jest gdzieś blisko, na granicy jego umysłu, a czego mimo wszystko nie jest w stanie pochwycić. Wreszcie wzruszył ramionami i uśmiechnął się tym swoim zadziornym uśmiechem, który pojawiał się na jego twarzy jedynie wówczas, gdy na końcu języka miał wyjątkowo suchy żart.

— Brzmi jak okolica dzielnic nędzy, na której zdesperowani ludzie dają łapówki służbie zdrowia z nadzieją na ominięcie węży kolejek, Monico.

Ich jedyna córka, Demetria, kończyła w tym roku przedszkole i miała niebawem wkroczyć na pierwsze szczeble szkolnej edukacji.

— Zastanawiałeś się kiedyś, Wendellu, czemu tak późno zdecydowaliśmy się na dziecko? — Ostatnio pytała o to coraz częściej, szczególnie samą siebie (zawsze uważała, że obowiązkiem przykładnej żony jest dbać o męża i w miarę wcześnie urodzić mu pociechę, nie mogła przeboleć faktu, że odkładali to tak długo). Kiedy przychodziła do przedszkola odebrać Demetrię z popołudniowych zabaw, które przedszkolanki organizowały dla swych wychowanków, czuła się jak stara kura pośród wciąż młodych kurczątek.

Jej mąż wzruszał w takich chwilach ramionami i mówił jedynie:

— Nie ważne, czy nasza dziewczynka pojawiła się później, niż sądziliśmy, ważne, że teraz jest z nami i jest najukochańszą małą istotką na całym globie.

Dzień, w której wybierali dla niej imię, pamięta, jakby to było wczoraj. Ogarnęło ją wówczas niemożliwie ogromne poczucie déjà vu, mącąc się niewygodnie w jej umyśle, jakby ktoś skrobał jej czaszkę niewidzialnym, chropowatym pazurem.

— Imiona greckie mają w sobie niezrównany urok, moja droga — zapewniał Wendell. — Mają w sobie siłę, nadajmy naszemu dziecku niezwykłe, niestandardowe imię, które będzie mogła nosić z dumą. Kto wie, może kiedyś, w przyszłości określać ono będzie jej charakter.

— Może Ariadna? — zaproponowała Monica, gładząc się po ciężarnym brzuchu. — Ta, która pomogła Tezeuszowi wydostać się z labiryntu.

— Czy nie będzie się za bardzo kojarzyła z Minotaurem? — odparł Wendell, marszcząc brwi. — Imię bardzo ładne, moja droga, ale nie wiadomo, czy nie krzywdzące. Dzieci potrafią być naprawdę okrutne dla odmieńców, nawet jeśli różnica będzie tkwiła jednie w imieniu. Zaproponowałbym imię z mniej znanego mitu, powiedzmy... Demetira tak, jak bogini urodzaju. Ona nie przywodzi skojarzeń z mitycznymi stworami.

Monica zastanowiła się, kiwając z aprobatą głową. W chwili, w której już zamierzała zaakceptować ten wybór, zamajaczyła jej w głowie pewna myśl, trochę jak przebłysk jakiejś istotności, którą powinna była pamiętać, a jednocześnie nie potrafiła pojąć, o co mogłoby chodzić.

— Albo Hermiona — powiedziała, podnosząc wzrok na Wendella — jak córka króla Sparty.

Jej mąż odłożył na moment podniesiony dopiero co kubek z herbatą i zapatrzył się na nią, jakby jej słowa otworzyły w jego duszy wielką pustkę, której nie sposób z prostotą zakleić.

— Hermiona — powtórzył bezgłośnie, marszcząc brwi, jakby to imię majaczyło gdzieś na tyłach jego umysłu, nie dając o sobie zapomnieć i jednocześnie nie rozumiał, co to może oznaczać.

Monica poczuła przytłaczający ciężar na sercu, starając się mu przypisać jakieś szersze znaczenie i nie będąc w stanie tego zrobić. Być może to kwestia wymowy tego szczególnego imienia, być może dla wszystkich ludzi brzmiałoby ono zbyt ckliwie.

Kobieta pokręciła gwałtownie głową, odrzucając od siebie pomysł na nazwanie jedynej córki imieniem, które tak bardzo zdawało się przytłaczać duszę, po czym uśmiechnęła się szeroko do Wendella.

— Zdecydowałam, że wolę, żeby została Demetrią. Demetria stanowczo luźniej leży na języku.

Wendell, który jeszcze przed momentem zdawał się rozmyślać nad czymś intensywnie, uśmiechnął się tak szeroko, jakby mu użyło i wrócił do powolnego sączenia herbaty.

— Więc Demetria — powtórzył pomiędzy łykami. — Nasza mała, urocza dziewczynka.

Monica wróciła myślami do teraźniejszości i dorzuciła na patelnię trzysta gramów mielonego mięsa, po czym zmniejszyła ogień pod patelnią, gdy to zaczęło strzelać, plamiąc tłuszczem kafelkową ścianę. Właśnie zabierała się za rozprowadzenie zbitego w jedność mięsa po rozgrzanej patelni, kiedy zabrzmiał dzwonek do drzwi.

— Wendell, otwórz! — zawołała z kuchni, przekonana, że to listonosz, miły, starszy pan, który rowerem rozwoził przesyłki po najbliższej okolicy.

Uśmiechnęła się do pustej kuchni, kiedy usłyszała, jak jej mąż mamrocze marudnie pod nosem, gramoląc się z kanapy.

Leniwym ruchem zerwała kilka listków bazylii rosnącej w oknie na doniczce i łokciem odkręcając kran, wstawiła ją pod strumień zimnej wody.

Drzwi wejściowe trzasnęły jak salwa armatnia, Monica podskoczyła, zalewając tym samym część kuchennego blatu, odwróciła się gwałtownie w stronę wejścia do kuchni, gdy z przedpokoju dobiegły ją podniesione głosy.

— Cofnąć się! — zawołał ostry baryton, na którego dźwięk przeszły ją chłodne dreszcze. — Pod ścianę, ręce do góry!

Lodowate zimno ścisnęło jej serce, odwróciła się, nieco zbyt energicznie, bo potrąciła przy tym patelnię, która z hukiem zderzyła się posadzką, pryskając wokoło rozgrzanym tłuszczem. Monica zawyła niczym ranione zwierze i spojrzała ze zgrozą w dół - ślady po poparzeniu pozostaną przez kolejny miesiąc, o ile nie dłużej; jakiś mężczyzna wszedł do kuchni, ledwie zdążyła zlustrować go wzrokiem, zanim została brutalnie obrócona w miejscu i pochwycona za nadgarstki (przebłysk metalu lufy na rogówce, rozmazana plama brązu, szarości i zieleni munduru, błyszczące dziką determinacją oczy).

— Ale ja nic nie zrobiłam! — wyjęczała Monica, kiedy wypchnięto ją z kuchni.

Pochwyciła rozbieganym wzrokiem przerażone spojrzenie Wendella i przerażająca, jak nic innego myśl zamajaczyła jej w głowie — Demetria jest na górze...

Jeden z mężczyzn, zatrzymał prowadzącego ją wojskowego i przyjrzał się bystrym wzrokiem sokoła jej zaczerwienionej twarzy, po której strumieniami zaczęły spływać łzy.

— Pani Jean Granger? — zapytał, przechylając głowę pod dziwnym kątem; w sercu Monici zapłonęła iskra nadziei.

Energicznie pokręciła głową, wlepiając w mężczyznę błagalne spojrzenie.

— Nazywam się Monica Wilkins — odezwała się pospiesznie, po czym wskazała gestem głowy na Wendella, który (o zgrozo!) znalazł się na celowniku jednego z żołnierzy — a to jest mój mąż Wendell Wilkins. Nigdy nie słyszałam o żadnych Grangerach, ale gdy tylko usłyszę, może być pan pewien, poinformuję o tym urząd gminy.

Mężczyzna zmrużył podejrzliwie oczy i zmierzył ją spojrzeniem, który przywodziło jej na myśl polującego niedźwiedzia polarnego. Spojrzała na niego załzawionymi oczyma z całą szczerością, na jaką potrafiła się zdobyć. Wendell pokiwał energicznie głową, jakby z całego serca wierzył, że potwierdzając jej słowa, zapewni im bezpieczeństwo.

— Hmm — mruknął wojskowy, krzywiąc się przy tym niesamowicie i stanął przed nią, badając wzrokiem jej zapłakaną twarz. — Więc nie mają państwo dorosłej córki, czarownicy, niejakiej Hermiony Jean Granger? — zapytał, uśmiechając się przy tym, jak zadowolony sum. — Nie nazywają się państwo Jean i Edward Granger, ukrywając pod fałszywym nazwiskiem swą prawdziwą tożsamość?

Monica poczuła się, jakby ktoś przywalił jej z całej siły w żołądek, jej twarz stała się blada jak kreda.

Hermiona — przemknęło jej przez myśl z gwałtownością dzikiego ptaka. Nic nie poradziła na to, że jej oddech przyspieszył, a jej umysł sam utworzył skomplikowane ścieżki, które w szaleńczym tempie zaczęły jej narzucać serię porównań między imionami Hermiona a Demetria. Czy wraz z Wendellem nie rozważali przypadkiem dania córce na imię Hermiona?

Monica pokręciła gwałtownie głową, upierając się przy tym, że ten dziwny zbieg okoliczności niczego nie tłumaczy. Zebrała w sobie całą swoją złość i nacisnęła na własne słowa z siłą, o jaką się nawet nie podejrzewała.

— Nie — odrzekła sucho, patrząc intensywnie w oczy stojącemu przed nią mężczyźnie. — Nazywamy się Monika i Wendell Wilkins i mamy córkę w wieku przedszkolnym, Demetrię. Mamy panu pokazać dowody osobiste?

Wojskowy uśmiechnął się cynicznie.

— Nie wątpię, że macie państwo fałszywe dokumenty — powiedział, wlewając w te słowa tak wiele niechęci i odrazy, że Monicę przeszedł chłodny dreszcz. Pogładził się chudymi palcami po brodzie i westchnął, jakby obecna sytuacja niezmiernie go nudziła. — Za najdalej tydzień zostaną państwo poddani wykrywaczowi kłamstw mających potwierdzić państwa tożsamość oraz stopień pokrewieństwa z niejaką Hermioną Jean Granger. Do tego czasu zostaną państwo w areszcie stanowym. Proszę wyprowadzić podejrzanych.

Monica została pchnięta w kierunku wyjścia, do końca nie potrafiąc pojąć, co właśnie miało miejsce, jakby zamknięto ją w wyjątkowo małej próżni, do której nie docierał zewnętrzny świat.

— Życzę sobie adwokata! — wykrzykiwane gdzieś zza jej pleców słowa Wendella ledwo docierały do jej świadomości. — Nie macie prawa mnie o nic oskarżać, jestem prawowitym obywatelem kraju! To wbrew wszelkiemu prawu!

Jean Granger — pomyślała Monica. — To brzmi naprawdę, naprawdę znajomo. Tylko dlaczego? Nie wydaje mi się, abym kiedykolwiek miała okazję osobiście poznać jakiegokolwiek Grangera.

Kobieta odetchnęła głęboko, starając się uspokoić.

— Przepraszam bardzo — powiedziała cicho Monica lekko rozedrganym głosem, skupiając się na dowodzącym mężczyźnie, po jej policzkach spłynęły słone łzy bezsilności — ale na piętrze jest moja mała córeczka, Demetria, nie mogę jej zostawić samej. Proszę, panie generale, proszę pozwolić mi z nią zostać.

Mężczyzna zatrzymał się i obejrzał przez ramię, rzucając łagodnym schodom całkowicie zaskoczone spojrzenie. Ponownie spojrzał na Monicę, jakby spodziewał się w jej słowach jakiegoś podstępu. Wendell dalej krzyczał, jakby naprawdę wierzył, że jego opór mógł jeszcze cokolwiek zmienić.

Twarz dowodzącego, kiedy ponownie skierował na nią swój wzrok, stała się całkowicie wyprana ze wszelkich odczuć, mężczyzna skinął głową, przyglądając się przez dłuższą chwilę zapłakanej twarzy Monici.

— Zajmie się nią opieka społeczna — oznajmił wreszcie beznamiętnym tonem, po czym gestem dłoni kazał swoim protegowanym odprowadzić Monicę do samochodu.

Monica wzięła głęboki, chwiejny oddech i pozwoliła wyprowadzić się z domu, mając w głowie tylko jedną, jedyną myśl, kołatającą się po jej czaszce jak dym: Jestem niewinna.

Była niewinna i jeśli rzeczywiście mają zamiar poddać ją detektorowi kłamstw, to niech to uczynią. Przyjmie to badanie z wysoko uniesioną głową, a następnie zaskarży ich i będzie oczekiwać formalnych przeprosin. Jeszcze zrozumieją, że Wilkinsów się bezpodstawnie nie zaskarża.

Monica łypnęła wyniośle na prowadzącego ją mężczyznę i dumnie wsiadła do wojskowej furgonetki, składając ręce na podołku. Uniosła głowę wysoko i wbiła ostre spojrzenie w przestrzeń.

Jestem Monica Wilkins. Jestem żoną Wendella Wilkinsa. I nie jestem niczemu winna.


-VVV-


— Co masz zamiar zrobić, Harry? — zapytała Hermiona, kiedy stali pod wieczór w gabinecie dyrektorki, omawiając najświeższą, zdobytą wiedzę na temat poczynań Naczelnictwa, jakby wierzyła, że na wszystko zawsze istnieje odpowiedź, czasami ukryta, ale kiedy wystarczająco długo pogrzebać patykiem w mrowisku, ta sama wysunie się na wierzch.

I wracamy do punktu wyjścia — pomyślał Harry, zamykając oczy — w którym to otaczający mnie świat spodziewa się, że znajdę rozwiązanie na każdą, dręczącą ich rozterkę, że pochwycę w swoje palce każdą czarną chmurę, która zamajaczy nad ich kołyszącymi się bezmyślnie jak stare świerki głowami i obrócę ją w żart, jakby była boginem.

Był pewien, że pomimo duszności panujących w gabinecie, wciąż potrafi oddychać; więc odetchnął - najpierw lekko, delikatnie, jakby obawiał się, że powietrze naturalnie przejdzie w słomę, dopiero później głęboko, odważniej, udowadniając, bardziej przed samym sobą, niż kimkolwiek innym, że wciąż jest w stanie oddychać; Harry oparł czoło o otwartą dłoń (dłoń była chłodna, a chłód pozwalał zebrać w całość rozpierzchnięte jak kolonia mrówek myśli), czując się, jakby jego szyja ważyła kilkadziesiąt ton więcej, niż powinna i lada chwila miała przeciążyć jego ciało, opadając na podłogę jak pusty, zimny głaz.

— Zamierzasz odnaleźć tego całego Clarka, z którym kontaktował się Malfoy senior i przeszkodzić tej dwójce w utrzymywaniu stałych kontaktów? — zapytała Hermiona; w jej głos wkradła się nuta sugestii.

Harry modlił się do Merlina, żeby ten pozwolił mu zasnąć i obudzić się milion mil stąd, z innym nazwiskiem i inną twarzą, mniej sławną, obcą, ale tak bardzo wolną od obowiązków tej, którą naznaczała blizna w szydzącym z niego kształcie błyskawicy.

Zielonooki podrapał się po swędzącej szyi, nie podnosząc wzroku na starą przyjaciółkę.

— Takie działanie byłoby impulsywne i spisane na niepowodzenie. Nie, bynajmniej nie zamierzam wtrącać się pomiędzy tą dwójkę.

Usłyszał wyraźnie moment, w którym z płuc kobiety uciekło powietrze - trochę jak z przebitego balona, do którego nieduże dziecko, chwiejące się na krótkich nóżkach, sięgnęło długą, ostrą szpilką.

— Ale, Harry...

Zacisnął zęby i podniósł głowę, rzucając Hermionie nieustępliwe, pewne swego spojrzenie - to na kilka chwil wystarczy, aby zamknąć jej usta, ale Harry był pewny, że nie wytrzyma na dłuższą metę.

— Zamierzam stać poza zasięgiem ich spojrzeń i obserwować rozwój sytuacji — powiedział z rosnącą frustracją, mierząc kobietę hardym spojrzeniem. Czarownica zamilkła i zmarszczyła karykaturalnie brwi. Harry powstrzymał cisnące mu się na usta westchnienie. — Sądzisz, że to połączenie informacyjne opiera się jedynie na dwójce ludzi, Hermiono? Otóż nie, szczerze wątpię, aby Malfoy polegał na słowach jednego człowieka. Powiedziałem wam przecież, że jego nowina pochodziła do pana Burkesa, tego od Borgina, jak przypuszczam. A i Burkes ma swojego informatora, zwerbowanego sprytem, tak sądzę. Wątpię, żeby ten dureń Anderson celowo przekazywał wieści Naczelnictwu, bardziej prawdopodobne, że ma na tyle mało oleju w głowie, że nie do końca orientuje się, jak bardzo jego własne słowa są wykorzystywane przez naszą absolutum dominium - władzę nieograniczoną. To się potoczyło lawinowo, Hermiono. Choćbyś chciała, nie zatrzymasz morza kamieni, które zdążyły nabrać już pędu.

Hermiona zmarszczyła brwi i skrzyżowała ręce na piersi. Jej orzechowe oczy pobłyskiwały przekornie.

— Już kiedyś błędnie osądzono czyny dwóch ludzi na podstawie samego przekonania, że jeden z nich jest głupcem i ignorantem niezdolnym do jawnego i skutecznego działania przeciw innym czarodziejom. Mówię tutaj o Peterze Pettigrew i kilkunastu latom wiary Magicznej Anglii w to, że to on był ofiarą mrocznych magów, darem złożonym na kamieniu przez silniejszych od siebie. Kto by przypuszczał, że taka miernota, taki słabeusz okaże się agresorem, prawda? Nie popełniajmy tego samego błędu, Harry, i nie oceniajmy czarodziejów po pozorach.

Posmak goryczy osiadł mu na języku jak szron, z sekundy na sekundę przeistaczając się w ostrość.

Harry przechylił głowę jak obserwujący świat kot, z zaciekawieniem przypatrujący się bzyczącej w pustej szklance musze, i wbił w brunetkę jedno z tych intensywnych spojrzeń, które ostatnimi czasy wszyły się w rysy jego twarzy i wcale nie zamierzały puszczać. Hermiona zamrugała, gdy spostrzegła skierowaną na siebie uwagę mężczyzny, a jej szyja przybrała niezdrowy odcień czerwieni.

— Sugerujesz, że Anderson mógł mnie zdradzić z premedytacją? — zapytał cicho zielonooki; w jego oczach zapłonął żar oschłego, tłumionego gniewu.

— Sądzę — mruknęła kobieta, odwracając głowę w innym kierunku — że to jest prawdopodobne. Co nie oznacza, że mój osąd jest całkowicie miarodajny.

Harry przekrzywił głowę w drugą stronę, trochę jak drapieżny kot, który próbuje wypatrzeć jakiś detal pośród scenerii Sahary z bardzo dalekiej odległości.

— Jeśli zwołam posiedzenie wszystkich aurorów, którzy przed wojną z mugolami zasilali mój departament, pominięcie Andersona będzie jak wytoczenie z kąta neonowego wskaźnika i skierowanie go w jego stronę. Jeśli za tym wszystkim stoi Malfoy senior, szybko zorientuje się, że wykryliśmy jego ogniwo łącznościowe z Biurem Aurorów i w miarę pośpiesznie zacznie się rozglądać za innymi możliwościami inwigilacji. Uważam, że jeśli wiemy, w którym miejscu leży skaza, powinniśmy pozwolić jej tam osiąść, ze świadomością, że mamy ją na oku. Przynajmniej w ten sposób będziemy mieli Andersona pod kontrolą, a razem z nim, wszystko to, co wypływa z naszych posiedzeń.

Mężczyzna obrócił głowę i spojrzał w oczy słuchającej z uwagą ich wymiany zdań dyrektorki, niemożliwie cichej, niemożliwie milczącej, jakby uważała, że jej czas już przeminął, a ona musi zejść z szachownicy, ustępując miejsca młodszym figurom.

— Powinniśmy zwołać zebranie w sprawie napadów mugolskich wojsk, pani dyrektor — zaproponował przyciszonym głosem Harry, zastanawiając się, czy nie naciska za bardzo na byłą profesor transmutacji. — Kwatera poszła z dymem, wobec czego, jedynym słusznym miejscem, w którym moglibyśmy się zebrać, byłby Hogwart.

McGonagall spoglądała na Harry'ego w ciszy, nie odrywając ust od filiżanki z czarną herbatą, jej oczy były czujne i skupione na nim jak para jastrzębich ślepi.

Hermiona zerknęła w stronę dyrektorki, gdy cisza przedłużała się w leniwą ospałością. Kiedy kobieta odstawiła wreszcie filiżankę na spodek i wyprostowała się w swoim fotelu, miała baczną uwagę obojga swych byłych wychowanków.

Harry zmarszczył brwi, zastanawiając się, czy po tych wszystkich latach, które przeżyła, wciąż ma on prawo wymagać od niej skupiania się na strategiach wojennych.

— Pani dyrektor...

— Rozumiem, Potter, że w takowe zebranie zamierzasz włączyć zarówno swoich byłych aurorów, jak i całą naszą koabitację? — zapytała McGonagall, przeciągając sylaby w sposób świadczący o jej nieprzychylnym nastawieniu do podobnych pomysłów.

Szanował ją, Merlin mu świadkiem, że odczuwał względem tej kobiety respekt większy i silniejszy, niż do większości magicznych obywateli Anglii, ale, na Morganę, nie mógł cofnąć się przed tą decyzją, ponieważ wydawała się ona najmądrzejszym posunięciem, jaki mogli teraz wykonać - żadne osobiste animozje nie miały najmniejszego znaczenia.

Szef Biura Aurorów zawahał się, po czym splótł razem dłonie na wysokości bioder i wychylił się w stronę kobiety.

— Zamierzamy omawiać jedynie dalsze działania przeciw najeźdźcom mugolskim. Uważam, że zwołanie naszych ludzi nie koliduje z zaproszeniem stróży prawa. — Harry zaciął się, po czym uniósł wyżej podbródek, jakby usilnie starał się zatuszować to małe potknięcie i ulokował spojrzenie w zielonych oczach Minerwy McGonagall. — Twierdzę także, że na takowe zebranie powinniśmy zaprosić Severusa Snape'a.

Jego słowa podziałały jak zapalnik na benzynę, jedna iskra wystarczyła, by ogólna atmosfera spokoju wybuchła jak mugolska bomba.

— Czyś ty do reszty zdurniał? — wykrzyczała Hermiona, chwytając się za przód szaty i szarpiąc za nią, jakby zamierzała zerwać ją sobie z piersi. — Przebywanie z Malfoyem wyraźnie ci szkodzi. Zaprosić Naczelnika, też coś! Może jeszcze zaapelować go niego o łaskawe przybycie, co? Sądzę, że takie zaproszenie będzie w tym przypadku najbardziej odpowiednie. Następnie wystarczy tylko rozejrzeć się za jakimś tronem i bić pokłony, no nie ma co!

Harry, utrzymując stateczną, spokojną minę, wbił sobie paznokcie w dłoń z brutalnością dzikiego wilka.

— Przemawia przez ciebie osobista awersja. Skoro nawet ja byłem w stanie ją przezwyciężyć, to ty też możesz to zrobić. Hermiono, ten człowiek dopiero co uratował twój kark.

Hermiona przytupnęła z takim temperamentem, że portrety wiszące na ścianach odczuły głośną potrzebę wyrażenia swojego oburzenia na ten brak ogłady.

— Harry, mam w zupełnym poważaniu to, co ten człowiek zrobił w swoich nadzwyczajnych zrywach miłosierdzia! To nie jest ktoś, kogo włączyłabym w nasze plany, chyba że odżyłyby we mnie jakieś głęboko ukryte, sadystyczne zapędy i pragnęłabym patrzeć, jak rujnuje on wszystkie nasze przedsięwzięcia. Bohater ubiegłej wojny, czy nie, nie zamierzam przyglądać się, jak z tą swoją kamienną twarzą pozwala magicznej części Anglii dogorywać na wyschniętej ziemi!

Harry zaczerpnął głęboko powietrza w płuca, chwytając wzrokiem rozognione oczy swej najstarszej przyjaciółki.

— Zrobił to, bo pragnął władzy, zrobił to, bo chciał choć przez moment poczuć, że ma własne i cudze życie pod kontrolą, ale jego pociąg nie jest już świeży i, nie mam ku temu najmniejszych wątpliwości, Hermiono, jeśli pozwolimy mu walczyć u naszego boku, to on będzie walczył i to z takim zapałem, o jaki trudno w obecnych czasach. Hermiono, zrozum, jemu także nie na rękę są oddziały mugolskie czające się Merlin jeden wie gdzie, mające na celowniku magicznych obywateli Anglii.

Hermiona zaśmiała się, a ten śmiech brzmiał tak nieprzyjemnie, tak niepodobnie do niej, że wszelki ślad koloru spełzną z twarzy Harry'ego.

— Jego stare, niedzisiejsze wspomnienia zaślepiły ci oczy — wycedziła, kiedy jej ostry śmiech utonął na falach przestrzeni. — Patrzysz na niego przez pryzmat jego własnych, wykreowanych przez jego błyskotliwy umysł kłamstw.

— Retrospekcje nie kłamią — wyrzucił ciche słowa Harry, czując, jak jego mięśnie prężą się jak u dzikiego, strapionego zwierzęcia.

Hermiona prychnęła niczym rozjuszona kotka.

— Ach, no tak. Wobec czego będziesz go teraz strzegł przed jego własną osobowością. To dopiero szlachetne z twojej strony! — Szyderstwo przetoczyło się przez jej słowa jak wielki głaz wypadający u szczytu góry z syzyfowych rąk.

— Ludzie się zmieniają — powiedział zielonooki, odwracając wzrok i bezwiednie odszukując spojrzeniem portretu Dumbledore'a; portret drzemał w wysokim tronie, na jakim został odmalowany, jego klatka piersiowa poruszała się spokojnie i opadała; Harry zmrużył oczy, podejrzewając, że w rzeczywistości obraz byłego dyrektora Hogwartu uważnie przysłuchuje się padającym słowom.

— On, w przeciwieństwie do wszystkich innych, potrafi przeistaczać się jedynie w coraz gorsze — fuknęła wściekle kobieta.

Harry skrzywił się i przetarł ze zmęczeniem nasadę nosa; jego okulary zsunęły się nieznacznie.

— Mylisz się. — Zielonooki nie dał jej czasu na odpowiedź, od razu kierując swoje słowa w stronę dyrektorki. — Profesor McGonagall, czy byłaby pani w stanie udostępnić na jutro jedną z większych sal wykładowych i przekazać naszym ludziom, że zebranie odbędzie się w Hogwarcie o godzinie... — Harry podniósł wzrok na twarz przypatrującej mu się ze swoją zwyczajową surowością dyrektorki i zmarszczył czoło, zastanawiając się nad optymalnym czasem takowego spotkania — pierwszej po południu? — dokończył, posyłając kobiecie pytające spojrzenie.

— Nie wiem, Harry, w jaki sposób zamierzasz współpracować jednocześnie z naszymi ludźmi, swoimi aurorami i do tego wszystkiego, jakby było ci mało, jeszcze z Naczelnikiem.

Harry odetchnął głęboko, powtarzając w myślach inkantację zaklęcia kneblującego.

— Zamierzam połączyć przyjemne z pożytecznym — odparł, wkręcając ponaglające spojrzenie w milczącą dyrektorkę. — Pani profesor?

— Twoje heroiczne postępki zaczynają pachnieć obłędem i kuriozal...

— Pani Granger, proszę już skończyć te niedorzeczne kłótnie — przerwała ostro McGonagall, nie odrywając spojrzenia od hardego wzroku Harry'ego. W jej oczach błysnęło zdecydowanie; pokiwała głową, jakby przyznawała słuszność jakiemuś zagmatwanemu poglądowi. — Proszę skontaktować się z Naczelnikiem, panie Potter, i przekazać, że jutro po południu o godzinie pierwszej ma zjawić się w pokoju nauczycielskim Hogwartu. Zawiadomienie wszystkich czarodziejów od strony Antoniusza biorę na siebie. Z pańskimi aurorami zmówi się pani Granger.

Hermiona pokręciła z niedowierzaniem głową i wychyliła się w stronę Harry'ego, wyglądając, jakby przymierzała się do odlotu.

— Sam mówiłeś, że ten auror, Anderson, kooperował z Naczelnikiem, a bynajmniej nie omawiali oni kwestii, które byłyby nam na rękę. A teraz co - zamierzasz ich dopuścić do głosu? Co więcej, przymierzasz się do skonfrontowania tej dwójki na jednym posiedzeniu mającym na celu uzgodnienie planów walk przeciw mugolom?

Harry uśmiechnął się pod nosem w sposób, w jaki najpewniej uśmiechałby się dementor, gdyby droga ewolucji wyposażyła go w mięśnie jarzmowe.

— Akurat to nie jest jednym z mankamentów tego zebrania — odrzekł Harry; zielone oczy zabłysły iskrą przebiegłości. — Niech Anderson straci pewność co do tego, że wszystko ma pod absolutną kontrolą. Jeśli jest tak, jak podejrzewasz, a on zdradza mnie z całkowitą tego świadomością, to straci głowę, gdy nagle ujrzy Naczelnika we własnej osobie usadzonego pośród naszych spiskowców.

Hermiona zastygła w bezruchu i zapatrzyła się w starego przyjaciela tak, jakby widziała go pierwszy raz w życiu. Zielonooki uśmiechnął się kącikami warg i przekrzywił głowę, spoglądając w jej ciepłe, brązowe oczy. Kobieta wypuściła ciężko powietrze, a jej ramiona opadły, jakby w geście niemego poddania.

— Czasami, Harry, twoje, niebywale ślizgońskie, podejście do niektórych spraw naprawdę mnie zniesmacza — odezwała się cicho, kręcąc głową. Potarła palcami prawej dłoni lewy nadgarstek i wzruszyła, raczej bezwiednie, ramionami. — Ale co ja mogę powiedzieć, w końcu ty tu jesteś przywódcą.

Wyraźnie je usłyszał - nuty chłodu wszczepione w jej słowa jak kolce, przeplecione z nimi jak parzydełka; błysk niechęci był aż nader widoczny w jej orzechowych oczach.

— Zanim mnie potępisz — powiedział Harry, zastanawiając się, czy gdyby teraz umarł, tak po prostu, zwyczajnie, sam z siebie, to pozwolono by mu wrócić raz jeszcze — poczekaj na pierwsze efekty, wkrótce będziesz miała szansę podnieść głowę i przyjrzeć się korowodowi czarodziejów i czarownic, którzy prędzej zginą, niż pozwolą na to, by mugole zrównali nasz świat z ziemią. Zobaczysz, jak staną ramię przy ramieniu, młody ze starym, słabszy z silnym, student z wykładowcą, obywatel z władzą, aby wspólnie przywrócić światu jego pierwotny porządek. Antoniusz ostrzegał, że jeżeli nie zrobimy niczego, aby podjąć wspólną batalię, wkrótce będziemy świadkami upadku czarodziejskiego świata. Żadne z nas na to nie pozwoli, Hermiono, ani ty, ani ja, ani nawet Snape. Każde z nas boi się takiej wizji początków końca w równym stopniu. Powiem ci teraz, co zamierzam zrobić: zamierzam odrzucić wszelkie uprzedzenia i zacząć walczyć na równi z czarownicami i czarodziejami tego świata, bez względu na to, kim są, jakie mają poglądy, jakie programy rządowe popierają, a jakimi gardzą. Co zamierzasz zrobić ty, Hermiono, to już twoja osobista sprawa. Wiedz tylko, że nie naprawimy tego świata w pojedynkę - żadne z nas.

Harry rzucił brązowowłosej twarde spojrzenie, skłonił się płynnie przed McGonagall i wyszedł z gabinetu, czując wwiercony w jego kark wzrok tak bardzo mu znajomych za życia ich posiadacza, błękitnych jak morskie fale, zdających się czytać z jego duszy jak z tekstu pisanego oczu - na zawsze zamkniętych w prawdziwym świecie przez dwa słowa wypowiedziane cichym, lodowatym tonem przepełnionym nienawiścią nieznającą granic.


-VVV-


Mogliśmy się ze sobą nie zgadzać, mogliśmy się kłócić z zaciętością dzieci, każde przekonane o słuszności własnych słów, mogliśmy rzucać sobie harde spojrzenia przepełnione mętlikiem emocji i przepychać się na frazy - zwycięstwo leżało w rękach tego, kto użyje sformułowań brzmiących rozsądniej, słuszniej i mądrzej - istna bitwa na elokwencję, a stawką było przyszłe życie czarodziejskiej społeczności.

Tak naprawdę nie wiedzieliśmy co robimy - błądziliśmy w ciemności jak ślepcy, staraliśmy się znaleźć wyjście z labiryntu Minotaura, podczas gdy nić Ariadny mająca nas poprowadzić, od dawna była już postrzępiona, pognieciona, spoczywająca pod ścianami w splątanych kawałkach.

Nasze zaproszenie rozeszło się w cztery strony świata i dotarło także do kryjówki, w której - jak podejrzewaliśmy - prawdopodobnie (i prawdopodobnie jest tutaj słowem kluczowym) skrywały się dwie nasze uciekinierki od pocisków karabinowych i destrukcyjnych wybuchów, które obwieściły światu śmierć Antoniusza.

Tak naprawdę wciąż nie wiedzieliśmy gdzie jest Luna z Katriną - z góry założyliśmy, że są bezpieczne (tonący brzytwy się chwyta) - na dobrą sprawę nie wiedzieliśmy nawet, czy nie zostały ranne w tym istnym zgiełku pełnym piekielnego ognia, który rozgorzał w miejscu starej kwatery. Nie byliśmy pewni niczego. Być może zaszyły się gdzieś i liżą swoje rany? Może były obserwowane? Być może nie miały możliwości wychylenia się ze swojej kryjówki? Wiedzieliśmy, że musiał istnieć powód, dla którego przez tak długi czas od ataku na kwaterę nie otrzymaliśmy od Luny najmniejszych wieści - poza tą jedną, informującą z goryczą o śmierci Antoniusza.

Mimo tego nie sądziliśmy, że mogło dojść do tego, do czego doszło - w naszych najgorszych scenariuszach Luna i Katrina były tak wnikliwie obserwowane, że nie miały szansy wyściubić choćby czubka nosa poza schron, nikt nawet nie rozważał możliwości, że któraś z nich została pojmana.

Prawda była koszmarem - jednym z tych najgłębszych i najciemniejszych, prześladujących człowieka nawet na jawie, prawda była okrucieństwem, o jakim ciężko było myśleć.


-VVV-


Rozbudzał się powoli z mglistą świadomością tego, że wcale nie chce się budzić, chce, aby Morfeusz wyciągnął ku niemu ramiona i zacisnął je wokół jego bioder, wokół szyi jak kulę u nogi, chciał spadać, spadać, spadać w tę głęboką studnię odmętów sennych, pozostać w tym świecie tajemnic, pośród których umysł unosi się jak łódka kołysząca się na łagodnych falach, więc chwytał się snu, zaciskał na nim zachłanne palce, ale ten wymykał mu się z rąk jak dym i rozpadał jak wieża z kart tchnięta podmuchem wiatru.

Obudził się z niejasnym poczuciem, że jeśli się poruszy, to jego ciało rozpadnie się w tysiące szklanych drobin i rozsypie po pomieszczeniu jak kurz.

Zapach sterylności i przecinające ją wstęgi ostrości leczniczych eliksirów przebijały się przez jego zmysły, kuły podświadomość, ciągnęły ku rzeczywistości jak uwiązane u nadgarstków i kostek pęta.

Ból, który zagnieździł się w jego ciele, rósł powoli i stopniowo, wtaczał się mozolnie pod skórę, pod spód dłoni, pod opuszki palców.

Drzazga udręki pochwyciła go niczym skurcz; zacisnął zęby, starając się zepchnąć ten nagły rozkwit bólu na dalsze tory, otworzył oczy, wpijając rozogniony wzrok w biały sufit, nieco nierówny przy styku ze ścianami. Przez wysokie okiennice zakradały się do pomieszczenia głębokie cienie zmierzchu; spróbował odwrócić się na bok (od leżenia w jednej pozycji rozbolał go kark), ale, ku jego wielkiemu zaskoczeniu, okazało się to być znacznie trudniejszym manewrem, niż oczekiwał - poczuł się jak niesprawny fizycznie kaleka, gdy ociężałe ciało przetoczyło się po materacu z piorunującą niezgrabnością i rażącym nieskoordynowaniem.

— Na twoim miejscu nie próbowałbym żadnych gimnastycznych wydziwień — rozległ się, doskonale mu znajomy, co zauważył z lekkim dyskomfortem, głos dochodzący z prawej strony, brzmiący w ciszy opustoszałej sali jak brzęczenie roju pszczół. — W tym momencie jestem pewien, że nie chciałbyś spojrzeć na samego siebie z boku.

Draco jęknął cicho ni to z bólu, ni z beznadziejności sytuacji, i nakrył głowę ciepłą, pachnącą pierwszą świeżością pościelą - najwygodniejszą, jak zauważył, w jakiej przyszło mu spać ostatnimi czasy.

— Dajże ty mi święty spokój — mruknął, podejrzewając, że gruba kołdra stłumi jego głos na tyle, że wiszący nad nim jak dementor mężczyzna nie dosłyszy tych słów.

— Wiesz, wychodząc z zamku, sądziłem, że to ja wkraczam w najgłębszą jaskinię węża, a tu, popatrz, taka niespodzianka! — zaszydził ten werbalny głos jego sumienia, po czym prychnął z cynizmem, tak dla wzmocnienia efektu, jak Draco podejrzewał.

Szarooki wyściubił głowę spod nakrycia niczym bardzo niezadowolony aligator i łypną krzywo na siedzącego na krześle dla gości mężczyznę.

— Och, no jasne, bo to było oczywiste jak skowronek na wiosnę, że szacowny pan profesor Severus Snape będzie trzymał w swych prywatnych kwaterach inferiusa. Może gdyby od czasów wojny nie omijali jego drzwi jak zakażonego jakimś rzadkim wirusem obszaru, odkryliby, że na terenie zamku przetrzymywane są stworzenia stanowiące zagrożenie dla ludzkiego życia. Choć o chów śmiercionośnych bestii podejrzewałbym raczej tego przygłupa Hagrida, a nie Snape'a, na litość Morgany...

Harry skrzywił się jak po posmakowaniu cytryny, a jego wzrok stwardniał jak zaprawa murarska.

— Nie waż się obrażać Hagrida w mojej obecności — rzekł cicho, acz stanowczo, przybijając Dracona spojrzeniem do materaca.

Młody Malfoy prychnął z pogardą i oddał spojrzenie z zaciętością godną muła.

— Harry Potter, obrońca czarnych owiec i odmieńców, niezrównany dobroczyńca... nie obrażaj się, na Merlina! Po prostu dziwi mnie, że z moich słów zrozumiałeś jedynie wzmiankę o gajowym.

Harry wzruszył ramionami; jego wzrok nie stracił na ostrości, przez jego twarz przemknęły głębokie cienie, jakby były czarnymi chmurami nad górską kotliną.

— To mój przyjaciel.

Draco prychnął, jakby usłyszał wyjątkowo suchy dowcip.

— Nie zrozumiem twojej oceny w doborze przyjaciół — rzekł, odwracając wzrok ku ścianie, szukając na niej skazy, której nie było.

Zielone oczy kluczyły długo nad tą młodą twarzą przykrytą latami zmęczenia, cieniami wojny, która przyległa do bladej skóry jak pierwszy, grudniowy śnieg i wcale nie miała zamiaru topnieć.

— Draco... powinieneś o czymś wiedzieć — odezwał się powoli Harry, na powrót ściągając na siebie szare oczy młodego arystokraty; brwi Dracona zmarszczyły się, a mięśnie twarzy napięły nieznacznie, jakby oczekiwał wiadomości o czyjejś śmierci. — Jutro na pierwszą po południu jest przewidziane zebranie, w którym mają uczestniczyć zarówno nasi ludzie, jak i aurorzy z mojego departamentu.

Jasnowłosy przechylił głowę, jego szare oczy zmrużyły się w skupieniu. Harry przygryzł nerwowo dolną wargę.

— I, jak przypuszczam, jest jakiś powód, dla którego mówisz o tym, jakbyś wspominał o zamachu stanu? — zauważył Draco, podciągając się wyżej na łóżku i opierając plecami o zagłówek.

Harry spuścił wzrok na białą pościel i bezwiednie przeciągnął palcem po długiej fałdce ciągnącej się przez długość jej krawędzi.

— Najprawdopodobniej pojawi się na nim Naczelnik — powiedział powoli, oddychając nieco głębiej. — Jeszcze nie zdążyłem się z nim skonsultować.

Draco zastygł w bezruchu jak przyczajony kot, który wyczuł kłopoty. Zapatrzył się na Harry'ego, a jego twarz lekko poszarzała, tracąc rumiany kolor.

— O mój... — wyszeptał, przełykając szybko własne słowa i pokręcił głową, jakby pragnął odegnać od siebie własne koszmary. — Czyj to był, na Morganę, pomysł?

Harry skrzywił się i spojrzał mu w oczy. W czerni źrenic okolonych szarymi tęczówkami dostrzegł kruchy jak kamień księżycowy przebłysk zrozumienia.

Chwilę potem przez objętość jego twarzy przemaszerowały szeregiem emocje: strach, niepewność, rozczarowanie; trochę jak zawijasy z farby na sztywnym płótnie.

— Draco...

Pokręcił głową tak pospiesznie, jakby od tego, czy zdąży prześcignąć w tym słowa Harry'ego, zależało jego przyszłe życie.

— Rozumiem — powiedział szybko, oblizując wargi w nerwowym geście; Harry zmarszczył czoło, pochmurniejąc jak zimowe niebo. — Naprawdę, Harry, przecież to nic takiego... owszem, nie ciągnie mnie do spotkania z nim, ale okoliczności są takie, a nie inne, wobec czego... — zaciął się jak stara płyta gramofonowa, wyglądając, jakby szukał słów, które nie istnieją i nie mają powstać.

— Bardzo mi przykro — rzekł cicho zielonooki, odwracając twarz ku szybie, czując cisnącą mu się do serca gorycz - w ciemności nocy rozlegały się już pierwsze takty koncertu cykad, brzmiące całkiem jak kamień uderzający głucho w gładką taflę wody, jak żałobny marsz.


-VVV-


Twierdził, że nic mu nie jest. Ale to nie była prawda. Był tak pełen dziur, pełen pustych, czarnych przestrzeni, w których wirowały jego lęki. Wmawiał sobie, że wszystko, co złe spływa po nim jak krople deszczu po rynnie, chciał być postrzegany jako silny czarodziej i silny człowiek.

Nie sugeruję, że był słaby, nigdy tego nie powiem.

Przede wszystkim był po prostu człowiekiem - przez ten cały czas utrzymując swoje lęki na krótkiej wodzy, cały ten strach, który został w nim zakorzeniony, strach, którego nie potrafię sobie nawet wyobrazić, istniejący głęboko, głęboko w jego umyśle, zakotwiczony jak dryfujący po morzu tankowiec.

Wiedziałem, że winnym jego stanu umysłu był Snape, wiedziałem to, a mimo wszystko nie dopuszczałem tego w pełni do świadomości, jakby jego lęk był chorobą, którą z czasem da się wyleczyć. Chyba miałem nadzieję na to, że ona zniknie samoistnie, że zapadnie się w sobie niczym umierająca gwiazda.

Wybrakowany jak układanka, której elementy zaginęły z czasem, spoglądał w twarz tego, który mu to zrobił z wysoko uniesioną głową, spychając strach za kurtynę sceptyczności i zjadliwości, ale on zawsze tam był, stojąc murem za wszystkimi słowami, za najmniejszymi gestami.

Nie wiem, czy Snape zdawał sobie z tego sprawę i najpewniej nigdy się już o tym nie dowiem. Podejrzewam, że mógł przypuszczać, że Draco zwalczył w sobie wszystkie mentalne szkody, jakie sam mu wyrządził - odrobiną Oklumencji, odrobiną samozaparcia - mógł sądzić, że Draco był silniejszy, niż był w rzeczywistości.

Jednakże Severus Snape, pomimo wszystkiego, co uczynił, wszystkiego, do czego przyłożył swą dłoń, nie był złym człowiekiem.

Nie, nie był.

On tylko nie potrafił współistnieć z innymi ludźmi, ta nieumiejętność nie czyniła go podłym, nie czyniła go nikczemnym.

Sprawiała, że był cichy, skryty i pełen mrocznych tajemnic, które ciągnęły się za nim jak gwiazdozbiór.


-VVV-


Sophie Fisher raz jeszcze tupnęła grubym obcasem, oparła się o stół rozczapierzonymi dłońmi i wychyliła się poprzez blat z oczyma błyszczącymi jak dwie, nader jaskrawe pochodnie.

— Jak to, jest teraz z kimś innym? — krzyknęła kobieta, zginając palce jak rozwścieczony tygrys, ryjąc długimi paznokciami blat stołu. — Kim jest ten „ktoś inny"? Jak ja to mam niby rozumieć, co?

Severus zmrużył oczy, kładąc wzrok na niewielkich zarysowaniach biegnących od wściekle różowych, na oko akrylowych, paznokci, przez jego drewniany, nawoskowany stół.

On naprawdę miał w sobie niebywale wiele cierpliwości do istot ludzkich - jeśli ktokolwiek, kiedykolwiek ośmieli się w to zwątpić, z mściwą satysfakcją przedstawi mu matkę swojej córki.

— Wojna ma to do siebie, że nie pyta się postronnych, gdzie powinna uderzać, tylko uderza, trochę jak huragan nadmorski — rzekł spokojnie Severus, wzruszając niedbale ramionami, obserwując z niegasnącą obojętnością, jak rumieniec wściekłości rozpala tą chudą, kobiecą twarz.

— Hurag... — Kobieta pokręciła wściekle głową i oblizała zęby jak wielki kot po skonsumowaniu kawałka surowego mięsa. — Nie irytuj mnie, Severusie. Jeśli coś jej się stało, to wypruję ci flaki gołymi rękami.

Oczy Severusa pociemniały jak stygnące węgle, jego twarz przybrała fizjonomii kamienia.

— Och, czyżby? — wyszeptał, wymijając stojący mu na drodze stół i pochylając się nad twarzą zadzierającej nosa kobiety. — Chciałbym zobaczyć, jak się do tego zabierasz.

Kobieta odchyliła głowę do tyłu i zaśmiała się perfidnie.

— Czy ty właśnie starasz się mnie przestraszyć, Sev? — rzuciła, zaglądając śmiało w czarne, błyszczące ostrzeżeniem przed niebezpieczeństwem oczy. — No nie wierzę!

Dłoń Severusa wystrzeliła jak z procy, mężczyzna poczuł, jak ślepy gniew uderza mu do głowy jak wino.

— Nie nazywaj mnie tak — wyszeptał głosem, od którego w przeszłości, za czasów, gdy był jeszcze zagorzałym Śmierciożercą, jego ofiary odczołgiwały się z przejmującą paniką w najdalszy kąt, choćby były bez rąk. — Nie waż się do mnie zwracać w ten sposób. — Jego dłoń zacisnęła się na kobiecym nadgarstku jak imadło.

Sophie szarpnęła się, ale frustracja i odraza nie znikały z jej przejrzystej jak szklanka twarzy, jakby wcale nie dostrzegała niebezpieczeństwa, które ją uziemiło.

Ludzie są niewyobrażalnie ślepi — pomyślał Severus, kiedy płomień czystej, niezmąconej niczym furii lizną jego mięśnie. — Albo głupi, jedno z dwojga.

— Puszczaj, dupku, i lepiej porusz niebo i ziemię, żeby ją do mnie przyprowadzić — warknęła Sophie, kręcąc się jak osika. — Jeśli moja córka nie wróci do mnie w ciągu kolejnej godziny...

— To co mi zrobisz? — zapytał Snape, cichym głosem brzmiącym jak szykująca się do skoku kobra. — Wyprujesz mi flaki gołymi rękami, tak? Och, szczerze wątpię, moja droga Soph, to wyjątkowo paskudne zajęcie. Trzeba skalać sobie dłonie krwią, osoczem i fekaliami, twoje piękne, barwne paznokcie mogłyby na tym sporo ucierpieć. Nie wspominając o tym, że to nie będzie pachnieć różami, wierz mi, wiem, co mówię.

Kobieta zastygła i przestała się szarpać, jakby dopiero teraz przypomniała sobie o jego wątpliwej sławy reputacji. Severus uśmiechnął się niczym upadły anioł.

— A teraz, skoro zyskałem już twoją bezwzględną uwagę, powiem ci, że nasza córka jest w tym momencie z niejaką Luną Lovegood, przyjaciółką Harry'ego Pottera. Mam nadzieję, że nie muszę ci wyjaśniać, kim jest Harry Potter, Soph?

Zamiast odetchnąć z bezgranicznej ulgi, kobieta pobladła jak grudniowe słońce.

— Gdyby była z Lovegood, wiedziałabym o tym. Nie, Severusie, Katriny nie ma z żadną Luną Lovegood — powiedziała cicho, odsuwając się od mężczyzny i opierając ciężko o stół.

Severus spojrzała na nią nieprzeniknionym wzrokiem.

— Oczywiście, że jest — odezwał się z wyższością emanującą chłodem. — Uciekła wraz z nią przed mugolskim wojskiem.

Sophie prychnęła i uśmiechnęła się lodowato jak kapłanka mrozu. Jej chłodne oczy spoczęły na twarzy Severusa jak odłamki szkła.

— Pewne... okoliczności sprawiły, że jestem obecnie w dosyć... bliskich relacjach z naczelnikiem więzienia, w których przetrzymywani są więźniowie polityczni, którzy popełnili tak zwany grzech magiczności — powiedziała, prostując się niemal z dumą.

Severus uniósł brew, czując zniesmaczenie zaciskające się gdzieś na końcu jego języka.

— Doprawdy? — zamruczał, zniżając głos. — Jemu także zrobisz dziecko? Powiedz mi, Sophie — czarne oczy rozbłysły jak kolba rewolweru — ilu czarodziejów wydałaś w jego ręce, leżąc rozwalona na jego łóżku niczym Kleopatra i rozkładając przed nim...

Gwałtowny policzek rozbrzmiał jak trzask łamanych gałęzi.

Severus otworzył szerzej oczy, spoglądając w twarz dyszącej wściekle kobiety, której ramiona drżały jak w gorączce.

— Och — wyszeptał, a na jego usta wkradł się uśmiech drapieżnika, uśmiech mordercy — naprawdę z nim sypiasz.

Kobieta wpatrywała się w niego, jakby żadne słowo wypadłe z jego ust nie mogło jej w obecnej chwili ruszyć. Dumnie uniosła głowę, odgarniając włosy na plecy i spojrzała mężczyźnie prosto w oczy.

— Potrafię sobie poradzić w zdobywaniu informacji — oznajmiła chłodno i wyniośle, mierząc się z Severusem na spojrzenia.

Mężczyzna uniósł brwi i przyglądał się krótką chwilę tej niewysokiej kobiecie, która dała mu najwspanialszy prezent, na jaki nigdy nie udało mu się zasłużyć. Być może nigdy nie przejrzał jej tak dogłębnie, jak mu się niegdyś wydawało, być może nie docenił jej przemyślności?

Powoli skinął w zgodności i przechylił głowę, miał nadzieję, że z mniejszą dociekliwością, niż kłębiąca się w jego piersi, zżerająca ciekawość.

— Wobec tego — wyciągnął rękę i prowokacyjnie odgarnął kobiecie włosy z twarzy; kąciki jego warg drgnęły w uśmiechu mrocznego zwierzęcia — zdradź mi, Soph, czego się dowiedziałaś? — zapytał Severus głębszym tonem, przewiercając ją intensywnym spojrzeniem.

Kobieta obrzuciła go niechętnym spojrzeniem, nie reagując na jego prowokacje w najmniejszym stopniu.

— W tym mugolskim więzieniu znalazła się Luna Lovegood - to dosyć świeża sprawa, nie zdążyli jej jeszcze przesłuchać. Nikt nie zdaje sobie sprawy, że ta młoda dziewczyna nie była w domu, w którym ją pojmali sama, a i Lovegood nie chełpi się do współpracy z oficerami — powiedziała kobieta, po czym zmarszczyła nieznacznie brwi i przyjrzała się uważniej twarzy Severusa. — Ale pal licho tą całą Lovegood, w tym więzieniu jest przetrzymywany ktoś znacznie bardziej istotny, ktoś z powodu kogo informacje ze świata czarodziejów wyciekają do mugoli.

Snape zmrużył oczy, taksując twarz kobiety przewiercającym wzrokiem. Jego dłoń przeniosła się na chudy, damski podbródek, długi kciuk pogładził szorstką skórę pokrytą tanim pudrem.

— Kto taki?

Kobieta uśmiechnęła się jak rybak, na którego haczyk nadziała się bardzo gruba ryba.

Severus przekrzywił głowę i ujął chłodną dłonią rozgrzany, kobiecy kark.

— Powiedz mi, Soph — zamruczał, pochylając się nad jej twarzą. — Nie daj się prosić.

— Bydlak z ciebie, Sev — prychnęła kobieta, wyglądając, jakby była gotowa do splunięcia mu w twarz, ale ostatecznie wzruszyła tylko ramionami. — No dobrze, powiem. — Kobieta skupiła wytężony wzrok na czarnych oczach. — Mugole pojmali Narcyzę Malfoy.

Severus poczuł się, jakby jechał bardzo szybką windą w dół, powietrze na moment ogłosiło strajk generalny i postanowiło nie wpompowywać się do jego płuc. Jego twarz pobladła, upodabniając się kolorytem do pierwszego, grudniowego śniegu. Odsunął się od Sophie i przyjrzał się jej tak, jakby szukał w rysach jej twarzy zakorzenionego kłamstwa.

— Co ty mówisz, kobieto? — Słowa wypadły z jego ust jak przerażenie.

— Przetrzymują ją w jednej z cel — kontynuowała niewzruszenie Sophie, uśmiechając się rozbrajająco jak dziecko, któremu dali czekoladę. — Lucjusz robi wszystko, aby ją stamtąd wyciągnąć, włącznie z donoszeniem na czarodziejskie rodziny. Ostatni donos mógł mocno sfrustrować tego młodego mężczyznę, z którym utrzymujesz kontakty, jeśli się nie mylę. Przyczynił się do pojmania niejakiej Molly Weasley, zatwardziała kobieta swoją drogą, mówię ci, ani myśli dać się złamać. Niebawem mam nadzieję dostać się pod jej celę i zostać jej łącznikiem z otwartym światem. Liczba czarodziejów przetrzymywanych w tamtej placówce rośnie, a szanowna Narcyza Malfoy, jak widać na załączonym obrazku, wcale nie wychodzi przez to na wolność. Nie zaskoczyłoby mnie to, gdyby nasz drogi Lucjusz szmuglował z nimi również czymś innym, poza nazwiskami. Zawzięty żołdak z niego, wiesz Sev? Zarządca więzienia już dawno zasugerował mu, że powinien zwinąć flagę i darować sobie te nędzne próby przekupstwa, a on pcha się pod wiatr na upartego.

Severus nie mógł nic poradzić na to, że się gapi. Stał i spoglądał w twarz tej kobiecie, której niemal zupełnie nie zna i zastanawiał się, ile poświęceń kosztowało ją to wtargnięcie na wrogie tereny i zaaklimatyzowanie się tam jak wąż boa, zwijający się na kominkowym dywaniku.

Naczelnik odetchnął głębiej i po raz pierwszy w życiu poczuł ziarno szacunku do tej kobiety, stojącej właśnie tuż przed nim, spoglądającej mu w oczy bez cienia strachu, bez namiastki zgrozy.

— Jesteś... nieoceniona — wyszeptał, a chłodne rozbawienie napłynęło mu na twarz jak śmiech.

Sophie uniosła brwi i skrzyżowała ramiona na piersi.

— Czy to był komplement? — zapytała szyderczo, łypiąc na Naczelnika spode łba.

Wąskie wargi Severusa zadrżały w niemym rozbawieniu.

— Skądże. Ja nie prawię komplementów.

Sophie odepchnęła od siebie dłoń mężczyzny i cofnęła się kilka kroków.

— Skontaktuj się z Harrym Potterem, Severusie — odezwała się z powagą, jakiej po niej nie oczekiwał. — On jeden będzie wiedział, co robić, żeby uratować tych, których uratować jeszcze można i przeżyć. Ma w tym niezłą wprawę.

Severus nie powstrzymał szyderstwa cisnącego mu się na usta.

— Ach tak, wielki Harry Potter. Nie zliczę nawet wydarzeń, których ten gówniarz z całą pewnością by nie przeżył, gdyby nie inni, mądrzejsi od niego i emanujący większą przebiegłością ludzie nie przyszli mu z pomocą.

Sophie przewróciła oczami i skrzywiła się jak od gorzkiego lekarstwa.

— I mówisz teraz o sobie, ach, wielki Severusie Snape? — zaszydziła.

Severus uniósł głowę i spojrzał czarnymi jak węgiel oczyma w pustkę niedaleko stojącej ściany.

— Zaiste — wyszeptał; jego oczy zapłonęły żarem ognia piekielnego. — Mówię o nikim innym, a o sobie, moja dulcyneo.