.
Rozdział 21
Wylewająca się rzeka gardeł
.
Dali jej łachy cuchnące naftaliną i popchnęli poprzez ciemny, wilgotny korytarz rozświetlony pojedynczą, przygaszoną żarówką, ciągnący się pomiędzy sznurkiem więziennych cel.
Luna szła wyprostowana pomiędzy dwójką milczących żołdaków, którzy eskortowali ją do boksu numer jedenaście, który otrzymała w spadku od poprzedniego jej rezydenta, który „wykorkował na zapalenie płuc", jak nie omieszkał uprzejmie poinformować ją zadufany naczelnik więzienia mający wyraźny problem z otyłością.
Czuła na sobie różnorodne spojrzenia ludzi umieszczanych w mijanych celach, ale nie pozwoliła sobie na nich spojrzeć - za bardzo bała się własnej reakcji na ujrzenie znajomych twarzy, obok których walczyła w zaparte w ubiegłej wojnie czarodziejów, bała się, że w ich oczach nie zobaczy nic, prócz zrezygnowania.
Jeden z żołnierzy wyciągnął z kieszeni pęczek kluczy i przytrzymując Lunę za ramię z taką siłą, jakby spodziewał się, że za moment wyrwie mu ona z dłoni cały pęk i zacznie kolejno otwierać wszystkie, sąsiednie boksy. Kobieta stęknęła cicho, przymykając oczy; jej jęk został stłumiony przez zgrzyt metalu, kiedy żołdak pociągnął mocno za kraty.
— Twoja nowa rezydencja, misiaczku — prychnął ten drugi, chwytając Lunę za bark i wpychając do środka, jakby była workiem ziemniaków. Kobieta potknęła się o wyszczerbiony próg i runęła jak długa na kamienną, zimną posadzkę, lądując dłońmi w jakiejś wąskiej wyrwie wypełnionej brudną wodą. Chyba zdarła sobie przy tym skórę z łokci - niemiłosierne szczypanie wyrwało z jej płuc tłumiony skowyt. — Czuj się jak w domu.
Luna przeturlała się na plecy i posłała mężczyźnie zatrzaskującemu kraty spojrzenie pełne obrzydzenia. Kobieta zatrzęsła się z tłumionej wściekłości, gdy pojedyncza kropla wody padła na czubek jej nosa, rozpryskując się na nim z głuchym odgłosem; odczołgała się od krat i spojrzała na skryte w półmroku sklepienie, na którym rozciągały się szerokie, zapleśniałe zacieki. Kroki żołdaków oddaliły się, główne drzwi z końca korytarza zaszurały i zamknęły się z łoskotem, a trzask przekręcanego klucza rozniósł się echem po wszystkich celach - Lunie zakręciło się w głowie.
— Nic ci nie jest, kochaniutka? — dobiegł ją głos z przeciwległej celi - głos szczególnie znajomy, przez który serce Luny stanęło na moment w miejscu.
Jasnowłosa sapnęła i uniosła pospiesznie głowę, wytężając wzrok wbity w kraty majaczące po przeciwnej stronie korytarza.
Kształt jakiejś sylwetki zakołysał się w półmroku, a następnie rozległy się ciche kroki i wychudzona, zmizerniała twarz zamajaczyła w mdłym świetle pojedynczej żarówki zwisającej na starym kablu ze środka prostokątnego sufitu. Dłonie o sękatych palcach chwyciły dwa pręty kraty, a zatroskane spojrzenie wylądowało na twarzy młodej kobiety.
Luna poczuła się tak, jakby język stanął jej w gardle, siedząc na wilgotnej ziemi, której chłód przenikał ją do samych kości, wpatrywała się bezmyślnie w ciepłe, znajome oczy patrzące na nią z ogromną falą niepokoju.
Nie zdawała sobie sprawy z tego, że płacze, póki nie poczuła gorących łez ściekających jej z policzków, jej wargi samoistnie wyciągnęły się w uśmiechu pełnym rozpaczy.
— P...pani... — Głos jej odmówił współpracy. Luna wzięła chwiejny oddech, ocierając mokrą, od stęchłej wody, w którą wpadła, dłonią policzki. — Pani Weasley. — Głuchy śmiech wyrwał się z jej gardła i potoczył się w dół korytarza jak lawina. — Kochana pani Weasley! — zawołała Luna poprzez śmiech i pochwyciła dłońmi zardzewiałe kraty, kuląc się pod nimi i trzęsąc z zimna, z ulgi, ze strachu - ze wszystkiego na raz.
— Już dobrze, kochaniutka, nie ma co płakać, trzeba przywyknąć, wtedy łatwiej idzie przetrwać — odezwała się pani Weasley, wyraźnie starając się brzmieć pokrzepiająco.
— Cicho tam, dziesiątka — warknął ktoś z początku korytarza, uderzając chyba pięścią o podłogę, sądząc po głuchym chlupocie i idącym za nim cichym przekleństwie. — Ludzie tutaj starają się myśleć.
Odpowiedziało mu szydercze prychnięcie i pędzący zaraz za nim, chłodny, przeszywający głos.
— No popatrzcie, popatrzcie, do siódemki dalej nie dotarło, że jego plany powstańcze są gówno warte. Ciekawe co wymyśli tym razem?
— Po tym, jak zmusił biedną jedynkę do wypróbowania swoich zerowych zdolności do animagii, nic mnie już nie zaskoczy — odpowiedział mu głos starego człowieka, brzmiący wyjątkowo marnie.
— To wciąż nie najgorszy los — prychnął ten z numerem siedem. — Zawsze można było skończyć w izolatce, jak trzynastka.
— Biedna kobieta... — westchnęła pani Weasley, po czym uśmiechnęła się smutno do oniemiałej Luny. — Kochaniutka, pozwól, że przedstawię ci naszych sąsiadów.
— A co to, do diabła, zjazd anonimowych alkoholików? — warknęła siódemka. — Sąsiedzi, też mi coś...
Molly odetchnęła głęboko i wykonała nieokreślony ruch dłonią w stronę podminowanego mężczyzny.
— To Patric Gillespie, nasz wieczny kombinator, numer siódmy — zwróciła się do Luny, odgarniając przydługie, spłowiałe włosy z twarzy. — Niedługo wymyśli sposób na wydostanie się z tego piekła. Tak w każdym razie rozgłasza wszem wobec.
— Prędzej mnie myszy wtrynią na kolację, niż temu gnojkowi pierniczącemu o ucieczce wpadnie do głowy coś wartego czyjejkolwiek uwagi.
— Ten wulgarny to piątka, Joe Martin — odezwała się Molly — i lepiej nie pytaj, czym się zajmował na wolności.
Piątka warknęła z dezaprobatą.
— Dorabiaj sobie spokojnie na boku, a z góry zaczną tobą gardzić.
— Dziesiątka nikim nie gardzi, ośle — odparł kobiecy, podirytowany głos dochodzący z początku korytarza. — Obudziłeś mnie tym prostackim rzucaniem mięsem wszędzie wokół.
Numer piąty zaklął siarczyście pod nosem.
— Niech to czort, już miałem nadzieję, że zdechłaś w tej swojej celi, ty moralistko od siedmiu boleści.
— Hestia Robinson, nasza dama honorowa, numer drugi — ponownie odezwał się, najstarszy, jak się Lunie zdawało, lokator więzienia. — A ja, droga pani, jestem Green, Ted i bardzo mi przykro, że pani tu trafiła.
— Mnie bardzo przykro, że muszę dzielić więzienie z durnymi moralistkami i usłużnymi starcami — wycedził numer pięć.
— Słodki Jezu, niech ktoś go zaknebluje — sprzeciwił się markotnie kolejny, kobiecy głos. — Głowa mnie boli od twojego bełkotu.
Numer piąty prychnął zgryźliwie.
— A to jest małpa z rozdwojeniem jaźni — warknął pod nosem.
— Jean Granger — sprostowała cicho Molly, marszcząc ze współczuciem nos.
Pani Granger nabrała głęboko powietrza, jakby usilnie powstrzymywała wybuch irytacji.
— Wszyscy żeście poszaleli — rzekła dumnie kobieta na jednym wydechu. — Mam na nazwisko Wilkins, a moje imię to Monica.
— Biedaczka ma zaburzenia tożsamości — odezwał się Ted Green.
— Albo trzepnęli ją porządnym Zaklęciem Zapomnienia — mruknął numer siedem.
Pani Granger wydała z siebie odgłos przypominający prychającą kotkę.
— Zaraz obok jest niesamowicie milczący numer piętnasty, mąż Jean, Edward — oświadczył Ted z numerem szóstym.
— Ma na imię Wendell! — sprzeciwiła się głośno pani Granger.
Numer siódmy zaśmiał się wyniośle.
— Mendell, Wendell czy Edward, tutaj jest tylko numerem piętnastym. Lubię faceta, siedzi cicho i nikomu głowy nie zawraca w przeciwieństwie do gadatliwej dziesiątki.
Luna zmarszczyła czoło, starając się dostrzec w półmroku zarys celi siódmej.
— Proszę nie obrażać pani Weasley, panie Gillespie. — Jasnowłosa uznała, że musi bronić honoru Weasleyów, kiedy sami nie są w stanie.
— Patrzcie ją: nowa, a już podskakuje — zaśmiał się parszywie Joe spod piątki.
Rozdrażnienie zakuło Lunę pod skórą, ale zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, pani Weasley wyciągnęła ramię przez kraty i wskazała dłonią gdzieś na początki korytarza.
— No i jedyny magomedyk w naszym zacnym gronie, pan Byrne spod trójki — przedstawiła kobieta, mówiąc tak szybko, jakby usilnie starała się zapobiec kłótni; Luna odwróciła się i podążyła spojrzeniem we wskazanym kierunku.
Jasnowłosa przechyliła głowę, starając się przeniknąć wzrokiem półmrok; niewiele zobaczyła - cela trzecia była dla niej jedynie skupiskiem ciemności.
— To wielkie szczęście, że macie tu medyka — zauważyła mimo wszystko, marszcząc nos na stęchły odór wilgoci.
Siódemka zaśmiała się tak głośno, jakby usłyszała jakiś świński dowcip.
— No pewnie, magomedyk zamknięty w klatce, który leczy na odległość i to jeszcze bez różdżki jest służbą zdrowia pierwszej klasy!
— Przynajmniej nie rozgłaszam niestworzonych metod wybrnięcia z tego grzęzawiska, Siódmy — odparł z cynizmem głos dobiegający spośród cieni celi trzeciej.
— Do stu piorunów — wypluł z siebie zirytowany numer siedem. — Jeszcze wymyślę taką ucieczkę z tej mokrej dziury, że wszystkim wam szczęki poodpadają.
Numer pięć splunął głośno na podłogę.
— Prędzej cię przekwaterują do trzynastki, niż pozwolą ci dać drapaka — wysyczał, jakby sugestia numeru siódmego była dla niego osobistą obrazą.
Luna zaciągnęła się głęboko stęchłym powietrzem, wyobrażając sobie, że jest on dymem tytoniowym.
— A kto jest w tej izolatce, w tej całej trzynastce? — zapytała powoli, na co momentalne, jak za dotknięciem różdżki, zabrzmiała głucha, ciężka jak mosiądz cisza.
Kobieta zmarszczyła czoło i rozejrzała się w półmroku; jej oczy powoli zaczynały przystosowywać się do braku światła słonecznego. Więźniowie przyglądali się jej w bladym poblasku żarówki, każdy z nich z innym zestawem emocji kotłujących się w ich zmęczonych oczach.
Luna odwróciła się, aby zajrzeć we wpatrzone w nią, jasnobrązowe oczy Molly Weasley.
Pani Weasley opuściła głowę, zerknęła kątem oka na zaryglowane, zamknięte, pełne drzwi od izolatki pod numerem trzynastym i przełknęła głośno ślinę.
— Narcyza Malfoy — wyszeptała.
-VVV-
Kiedy salonowy kominek rozpalił się niespodziewanie cyjanowym błękitem, Katrina podskoczyła jak oparzona i odwróciła się w jego stronę z różdżką w pogotowiu.
Zielone oczy otaksowały ją z wnikliwością sokoła, a zaciśnięte, wąskie usta rozluźniły się nieznacznie, tracąc bladawy koloryt.
— Panna Snape, jak sądzę? — odezwała się kobieta, obserwując ją, jakby mierzyła się wzrokiem z przeciwnikiem na polu bitwy.
Katrina z wahaniem przestąpiła krok w kierunku kominka, niepewnie opuszczając dłoń z różdżką wzdłuż ciała.
— A pani to...?
Zielone oczy, tak niepodobne do oczu Harry'ego, zwęziły się surowo.
— Profesor Minerwa McGonagall — odpowiedziała kobieta, przenosząc wzrok na pusty salon za jej plecami. — Czy mogłaby panna zawołać panią Lovegood?
Katrina poczuła, jak panika wzbiera w zagłębieniu jej gardła. Przygryzła wargę i szurnęła nogą jak zganiony uczniak.
— Ona... wyszła — mruknęła piętnastolatka, odwracając głowę w stronę korytarza prowadzącego do wyjściowych drzwi. — Nie poinformowała mnie, kiedy wróci.
Kobieta skrzywiła się (albo na jej słowa, albo z powodu niebieskich płomieni, które przed sekundą liznęły jej gardło) i obrzuciła Katrinę ostrym spojrzeniem.
— Przekaż jej, proszę, że jesteście oczekiwane. Jutro, punkt trzynasta ma się odbyć zebranie zwoływane przez pana Pottera. Oczywiście, jeśli zdecydujecie się przybyć wcześniej, będziecie równie mile widziane. Punkt docelowy: mój gabinet w Hogwarcie. Macie tam u siebie proszek Fiuu, panno Snape, czy dostarczyć wam kilka gramów?
— Ja... — Dziewczyna podniosła głowę, przeszukując wzrokiem gzyms kominka i zmarszczyła nos, gdy nie zauważyła na nim szkatułki czy małego worka wypełnionego proszkiem. — Chyba... — Katrina obejrzała się przez ramię i dostrzegła na półce rozchybotanej szafy przezroczyste pudełeczko do połowy wypełnione tą magiczną, sypką substancją. — Tak, mamy, mamy.
McGonagall pokiwała głową, raz jeszcze obrzuciła pomieszczenie pełnym skupienia spojrzeniem, jakby starała się dojrzeć coś, co niewidoczne było na gołe oko, po czym utkwiła wzrok w piętnastolatce.
— No dobrze, w takim razie będę jutro na was czekała, panno Snape — odrzekała starsza czarownica, skinęła milczącej Katrinie i rzuciła krótkie słowo pożegnania, po czym jej głowa wysunęła się z kominka, a ten przygasł powoli i po chwili pozostał jedynie żar kilku węgielków w otwartym palenisku.
Katrina odetchnęła głośno i opadła na krzesło przystawione do zakurzonego stołu. Pęd powietrza wzbił w górę mgiełkę kurzu, który zaatakował kobiecy nos; Katrina przymknęła oczy i kichnęła, machając przed twarzą dłonią, aby odegnać wirujące pyłki.
Już jutro przyjdzie jej na powrót zobaczyć się z Harrym i Draconem, Katrina poczuła, jak jej serce przyspiesza na tę nagłą myśl, czarne oczy zabłysły jak diamenty, a po ciele rozlało się przyjemne ciepło. Przymknęła oczy, wyobrażając sobie twarz Harry'ego, jego gładką skórę, zieleń oczu połyskującą zza szkieł okularów, rozwiane włosy okalające jego policzki; niemal srebrne tęczówki Dracona skierowane w jej stronę.
Kąciki jej ust drgnęły w miękkim uśmiechu.
Jutro — powiedziała sobie w myślach. — Już jutro.
-VVV-
McGonagall pozostawiła go uprzejmie we własnym gabinecie, podając mu uprzednio miskę proszku Fiuu. Harry stał kilka chwil przy otwartym oknie, obserwując z napięciem płomienie strzelające w kominku. Krew buzowała mu w żyłach niczym przed egzaminami aurorskimi, mężczyzna przymknął oczy i odetchnął chwiejnie.
Nienawidzę tego, że muszę prosić cię o pomoc — pomyślał Harry, przecierając czoło lekko wilgotną dłonią — ale potrzebuję cię.
Obawiał się trochę, że jego wycieczka będzie chodzeniem od Annasza do Kajfasza, ale wiedział, że musi spróbować - doskonale rozumiał jak potężnym sojusznikiem mógł się okazać Snape, jeśli faktycznie stanął murem za dążeniami Harry'ego, dążeniami Antoniusza. Wiedział, że jeśli Naczelnik zjednoczy się z nimi w walce z mugolami, mogą osiągnąć więcej, o wiele, wiele więcej, niż wstępnie planowali. Snape był potężnym sojusznikiem - był wielkim czarodziejem, Harry doskonale zdawał sobie sprawę z potęgi magicznej żyjącej w jego ciele, tętniącej pod jego skórą. Jego magia była czymś wzniosłym, jego magia była większa i bardziej zaawansowana nawet od magii samej Minerwy McGonagall; Harry wiedział, że gdyby on sam się skupił, gdyby sięgnął i spróbował, mógłby dostać się na wyżyny, na których oscylował Snape, mógłby je przekroczyć.
Wypuścił ze świstem powietrze i pokręcił głową. Jego dłonie lekko drżały, gdy sięgał po proszek Fiuu.
Nie posiadam nic innego, co mógłbym ci ofiarować.
Harry nachylił się nad paleniskiem.
Błagam pana.
Poprawił zjeżdżające mu z nosa okulary i wyciągnął ramię nad płomienie.
Robię to dla ciebie.
Nie sądził, że po tych wszystkich słowach mogą tak łatwo wrócić do rutynowej relacji uczeń - nauczyciel.
— Dom Naczelnika Magicznej Wielkiej Brytanii, Severusa Snape'a, Aleja Wschodzącego Słońca, Londyn.
Rzucił proszek w płomienie i wszedł do kominka, schylając głowę, by nie uderzyć czołem w gzyms.
-VVV-
Severus odesłał Sophie z postanowieniem, że założy silniejsze zabezpieczenia na teren własnej posiadłości - tej przyprawiającej go o irytację kobiecie już dwukrotnie udało się przedostać do środka.
Mężczyzna przesunął palcami po wysokim kołnierzyku czarnej szaty i podszedł do skrytej w cieniu biblioteczki, przesuwając spojrzeniem po grzbietach książek.
Nagle ogień w kominku zapłonął błękitem, iskrząc się, jakby ktoś doprawił go nutą alkoholu. Severus zastygł w bezruchu, obserwując falujące jak ocean płomienie, z których wpierw wyłoniła się lekko rozczochrana głowa, a następnie całe ciało młodego, szczupłego czarodzieja.
Czarne oczy Severusa wbiły się w jego twarz jak oszczepy.
Przybysz otrzepał własną szatę i uniósł głowę, rozglądając się po przestronnym salonie; jego oczy przesunęły się po pustej kanapie oraz samotnym stole i moment później wylądowały wprost na jego twarzy skrytej w cieniu.
Severus wiedział, że Harry Potter mógł zobaczyć jedynie zarys jego postaci - mimo to młodszy czarodziej bez wahania ruszył w jego kierunku.
— Witaj, dziecko — rzekł cicho, obserwując zza kurtyny rzęs zbliżającego się do niego, młodego mężczyznę - coś w jego oczach mówiło mu, że to nie będzie czysto towarzyska wizyta.
Snape poczuł, jak na widok jego zielonych, pełnych zdecydowania, a jednocześnie rozgorączkowanych oczu, coś silnego i ciężkiego chwyta go za gardło, a serce przyspiesza momentalnie, jakby oczekiwało czegoś wielkiego, czegoś niezwykłego.
— Panie Naczelniku — odpowiedział przyciszonym głosem Potter i uklęknął na dwa kolana gdzieś na granicy sfery uznawanej przez ogół za społeczną i osobistej - około metra z kawałkiem przed Severusem.
Czarnooki mężczyzna patrzył na niego przez chwilę, zanim przymknął oczy, czując się i zmęczony, i poruszony jednocześnie - uklęknięcie na oba kolana było gestem pełnym uniżoności i pokory i, Severus wiedział o tym doskonale, młody mag doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
Tak samo, jak uczynił to podczas swej ostatniej wizyty, Harry Potter wyciągnął różdżkę i złożył ją przed nim na ziemi, co w rodzinach czystokrwistych było swoistym hołdem składanym przez osobę słabszą magicznie i społecznie przed potężniejszym czarodziejem.
Severus zastanawiał się, czy gdyby podał mu rękę do pocałunku, otrzymałby także i to. Odetchnął dyskretnie, odrzucając od siebie tę wizję jak nocną marę.
— Potter... — wyrzucił z siebie na jednym wydechu Snape i uniósł dłoń do twarzy, przecierając opuszkami palców nasadę nosa. Robisz to tylko dlatego, że powiedziałem ci, że tego pragnę. Odsłoniłem się, a ty to wykorzystujesz. Severus pokręcił głową i spojrzał w błyszczące zielenią oczy mężczyzny klęczącego na posadce. Ruszył w jego stronę, czarna szata zawinęła się wokół chudych kostek; Zielonooki spiął się, ale nie powstał z ziemi, albo nie zaczął się wycofywać.
Severus, wodząc spojrzeniem po napiętej twarzy Pottera, schylił się i wyciągnął ku niemu ramiona. Harry uniósł na niego wzrok i lekko podniósł podbródek, jakby spodziewał się, że jego chude palce wylądują na tej lekko pobladłej, skrojonej brodzie wymuszając dokładnie ten sam gest. Snape zastygł na moment, gdy pochwycił z tak bliska to zielonookie spojrzenie, w którym tlił się czysty spokój i bezwzględna szczerość; coś w jego sercu zawyło z rozkoszy, ale mężczyzna nie starał się tego analizować - zamiast podnieść mężczyznę z ziemi, co miał zamiar uczynić, przyklęknął naprzeciw niego, odsuwając od niego własne dłonie.
— Ty głupi dzieciaku — mruknął Severus, szukając w myślach słów, którymi mógłby wyrazić swoje stanowisko. — Przecież wiesz, że jestem bardziej po twojej stronie, niż po czyjejkolwiek innej.
Dzieciak miał czelność prychnąć, Severus nieprzeniknionym wzrokiem prześwidrował te zielone oczy i spróbował niezauważalnie przeniknąć do umysłu młodego mężczyzny - jak zwykle przyszło mu się zatrzymać na solidnych barierach oklumencyjnych, których nie sposób przekroczyć bez ujawniania własnej obecności. Severus wycofał się niepocieszony.
— Jest pan przede wszystkim po swojej własnej — odpowiedział cicho Potter.
Severus patrzył dłuższą chwilę w te pobłyskujące jak para szmaragdów oczy, po czym opuścił wzrok na leżącą między nimi różdżkę. Niemal wyczuł przenikliwe napięcie młodszego mężczyzny, gdy sięgnął po nią i pochwycił między swoje palce.
— Moja wierność, panie Potter — wyszeptał, unosząc różdżkę; Potter schylił głowę ku ziemi, jak skazaniec w beznadziejności podkładający kark pod gilotynę — była, jest i zawsze będzie — sięgnął po poły szaty zielonookiego i rozchylił je nieznacznie — w twoich dłoniach — wsunął różdżkę z rdzeniem z pióra feniksa na powrót do głębokiej kieszeni — w niczyich innych. — Severus uniósł wzrok, spotykając te migoczące zielenią oczy. Przez twarz Pottera przemknął cień jakiejś głębokiej emocji, ale zniknął tak szybko, że Snape nie zdążył jej zinterpretować.
Młodszy mag odetchnął głębiej i nie spuszczając oczu z jego twarzy, zaczął mówić:
— Jestem tutaj, aby poinformować pana o zebraniu, które wraz z profesor McGonagall zaplanowaliśmy na jutro, godzina pierwsza po południu.
Brwi Severusa podjechały wysoko na czoło.
— Zebraniu? — powtórzył, przyglądając się twarzy Pottera, jakby ten był motylem nadzianym na szpilkę.
Oczy młodego mężczyzny zwęziły się.
— Tak — odrzekł. — Spotkaniu, na którym przedyskutujemy kroki, które zamierzamy podjąć przeciw mugolom. — Zielone oczy przyjrzały się uważnie jego twarzy. — Powiedział pan, Naczelniku, że wybrał pan stronę.
Severus zastanowił się, czy na pewno poprawnie wszystko usłyszał.
— I... jestem na niego zaproszony?
Coś na twarzy młodszego maga drgnęło, zielone oczy opadły ku podłodze.
— Rzecz jasna, że jest pan na niego zaproszony, panie Naczelniku. Mógłby pan już dzisiaj przenieść się razem ze mną do Hogwartu. Pańskie kwatery... cóż, w tej chwili są puste. — Harry zawahał się i przechylił nieznacznie głowę w bok, unosząc na powrót wzrok na Severusa. — Ma to pewien związek z inferiusem, którego... hmm, Draco zastał w pewnej bibliotece za ciągnącym się przez ściany korytarzem...
Severusowi wyrwało się z ust ciche przekleństwo, czarne oczy zwęziły się znacznie.
— Po co, w takim razie, Draco pchał się w moje kwatery?
Zielonooki wzruszył ramionami.
— Profesor McGonagall tam go zakwaterowała, Naczelniku — odpowiedział Potter. — Z pewnością się pan ucieszy, jeśli panu powiem, że wcześniej nikt nie ośmielił się do nich zaglądać. Niespodziewane, prawda? — zaszydził cicho młodszy mag.
Severus poczuł, jak w jego ciało wkrada się iskra irytacji. Ten chłopak ośmielał się z niego kpić. Chyba nie sądził, że robi to bezkarnie, prawda? Powoli podniósł się z ziemi, z satysfakcją zauważając, że jego cień przykrył klęczącą sylwetkę młodzieńca.
— Uważaj, Potter — rzekł aksamitnym głosem, na którego dźwięk młodszy mężczyzna drgnął i uniósł głowę, by móc spojrzeć mu w twarz. — Chodzisz po cienkim gruncie.
Zielone oczy przygasły, temperament zaczął parować jak woda z ciepłych źródeł.
— Ja... proszę o wybaczenie, panie Naczelniku, zapomniałem się — powiedział jeszcze ciszej niż chwilę temu.
Złość opuściła ciało Severusa z szybkością ruchu wskazówki sekundnika, czarnookie spojrzenie przeciągnęło się z namysłem po młodzieńczej twarzy.
— Wstań, dziecko — rzekł, podając zielonookiemu dłoń w zapraszającym geście. Potter spojrzał niepewnie na wyciągnięte ku niemu palce - tak śmiałe, tak zdecydowane; zielone oczy ponownie spotkały się z czarnymi. — Wstań — powtórzył szeptem.
Potter wyciągnął rękę i pochwycił jego dłoń; kąciki warg Snape'a drgnęły w uśmiechu samozadowolenia. Mężczyzna skinął głową i pociągnął go na nogi. Młodszy mężczyzna był wyraźnie niepewny jego zamiarów, Severus spojrzał w te migoczące oczy obserwujące jego twarz spod rzęs - dodającego mu, wbrew wszelkim zwyczajom, drapieżnej ostrości.
— Czy... — zaczął powoli Severus, przechylając w zamyśleniu głowę — moja córka się na nim zjawi?
Potter spuścił wzrok i zaciągnął się głęboko powietrzem.
— Nie wiem — wyrzucił z siebie tak szybko, jakby chciał mieć jak najprędzej za sobą rozmowę dotyczącą Katriny.
Severus milczał dłuższą chwilę, przyglądając się jego lekko napiętej twarzy.
— Nie wiesz? — powtórzył ściszonym głosem.
Potter zawahał się wyraźnie i zerknął na niego szybko.
— Ja... — Nabrał głęboko powietrza i odezwał się na pozór spokojnym głosem. — To nie jest wykluczone, panie Naczelniku. — Młodszy czarodziej splótł razem dłonie i zapatrzył się na nie pustym wzrokiem. — Chciałbym, żeby pan coś zrozumiał, Naczelniku. Na tym zebraniu pojawią się ludzie... którzy niekoniecznie żywią do pana ciepłe uczucia, ludzie, którzy... powiedzmy, że mają całkiem inne poglądy na pewne sprawy. Na tym zebraniu pojawią się aurorzy bądź raczej to, co z nich pozostało. Będzie pan także wśród takich, którzy dopiero co stracili... lidera, że tak się wyrażę, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji, ponieważ pokładali w tym człowieku wielkie nadzieje, a teraz zostały one zdmuchnięte z szachownicy jak karciana wieża. W związku z czym... — Potter zawahał się; Severus zmrużył nieznacznie oczy, zastanawiając się, do czego dąży cała ta przemowa.
— W związku z tym uważasz, że nie będę umiał odpowiednio zachować się pośród tych ludzi, czy tak, dziecko? — podsunął cichym głosem Severus, pochylając głowę.
Potter drgnął i zaprzeczył gwałtownie:
— Nie, nie, oczywiście, że nie o to chodzi — pokręcił pospiesznie głową i utkwił w nim pełne zaaferowania spojrzenie, po czym odetchnął głęboko, wyglądając, jakby zbierał się w sobie na powiedzenie czegoś mającego nadrzędne znaczenie. Severus wychylił się w jego stronę, skupiając wzrok na tej młodzieńczej, napiętej twarzy.
— Więc o co? — zapytał przyciszonym głosem, starając się zapanować nad rosnącą powoli w jego ciele frustracją.
Potter oblizał nerwowo wargi.
— Chodzi o to, że to są moi aurorzy — rzekł, kładąc nacisk na przedostatnie słowo — to są ludzie, którzy po śmierci naszego lidera uznali moje przewodnictwo, Naczelniku. Ludzie, którzy mogą... uznać pańskie rozkazy za drugorzędne, którzy mogą potraktować pańskie słowa jako co najwyżej... sugestie. Chciałbym, żeby zdawał pan sobie z tego sprawę, zanim zderzy się pan z tym skromnym towarzystwem. — Młody mag zamilkł i odwrócił twarz ku ścianie; Severus wyraźnie widział poddenerwowanie: na jego zmarszczonym czole, w jego spiętych mięśniach, w tych zielonych, migoczących oczach; jego wąskie brwi samoistnie podjechały wysoko na czoło.
— Nie wszystkich można sobie zaskarbić, dziecko — odparł z beznamiętnością klejącą się do jego gardła; Potter uniósł na niego wzrok. — Zawsze tak było i zawsze tak będzie. Znajdą się też tacy, co nigdy nie podporządkują się nikomu, znajdą się i tacy, którzy będą szukali trzecich stron, znajdą się tacy, którzy je odszukają. Wymagam trzymania się prawnych przepisów od każdego, dziecko, każdego, ale nie zmienię tego, jak jesteś postrzegany przez innych czarodziejów. Jeśli widzą w tobie przywódcę, to niech tak zostanie, nie musisz się obawiać, że spróbuję zaburzyć twój wizerunek. Nie musisz się obawiać z mojej strony spisku, Potter. Nie musisz obawiać się zdrady.
— Chciałbym tylko — mruknął młodszy czarodziej, skubiąc własne paznokcie — świętego spokoju. — Spojrzał na Severusa, zdając się czegoś szukać, czegoś, co ukryte było gdzieś pomiędzy rysami jego twarzy. — Niczego więcej. Żadnych... awantur podczas trwania tego spotkania, chciałbym, żebyśmy byli w stanie się zjednoczyć... skupić na wspólnym celu. Rozumnie mnie pan? — Potter odetchnął głęboko i przetarł ze zmęczeniem skroń. — Wierzę, że razem jesteśmy w stanie osiągnąć naprawdę wiele, ale do niczego nas nie zaprowadzą ciągłe nieporozumienia albo sprzeczki o to, czyje słowo ma większe znaczenie. A pan, Naczelniku... pan nie zostanie tam przyjęty z serdecznością.
— Potter... — westchnął Severus i przymrużył oczy, wyglądając ni przypiął, ni wypiął, jakby łapała go migrena. — Sądzisz, że kiedy po latach grzania posady Mistrza Eliksirów w Hogwarcie, zapychając się smakowymi herbatami Dumbledore'a, wracałem na jego rozkaz na kolanach do Czarnego Pana, to zostałem tam serdecznie powitany?
Potter drgnął i zapatrzył się w niego niczym w jakiś tropikalny ewenement.
— Niby nie, ale...
— Skoro — przerwał mu Severus, a choć nie podniósł głosu, młodzieniec momentalnie zamilkł — byłem w stanie z cierpliwością przejść przez... tamto urocze spotkanie, nie pojmuję, dlaczego sądzisz, że w tym przypadku mogłoby być inaczej.
Zielonooki mężczyzna sapnął i zamknął oczy - w ciągu kilku sekund zaczął wyglądać tak, jakby postarzał się o kilka lat.
— Idzie pan do ludzi, którzy po części, bardzo przepraszam za nietaktowność, uważają pana za bydlaka niewartego ich czasu, do ludzi, którzy mają panu za złe sam fakt, że nie umarł pan podczas Drugiej Wojny Czarodziejów — wyjaśnił przyciszonym głosem Potter, pocierając opuszkami palców cienie pod oczami.
Severus uniósł brwi; kącik wąskich warg podjechał nieznacznie ku górze.
— Szedłem do psychopatycznego lorda z sadystycznymi pobudkami, który mógł mnie zabić, zanim jeszcze otworzyłem usta, aby cokolwiek powiedzieć. Potter, nie odprawiaj mi tu melodramatów, potrafię poradzić sobie z bandą zawistnych idiotów.
Chłopak skinął głową i uczynił gest dłonią w stronę kominka, który mógł oznaczać prośbę o oddelegowanie, albo Merlin jeden wie, co jeszcze.
— Wolałem, aby był pan przygotowany — rzekł, po czym dodał przyciszonym głosem, mówiąc bardziej do siebie, niż do Severusa: — Mat Steward to osoba, do której należy podejść z kolosalną wyrozumiałością. Tak czy inaczej — dodał głośniej — proszę stawić się jutro w gabinecie McGonagall. Ufam, że zaprowadzi pana wprost do sali, w której odbędzie się to zebranie. — Potter odstąpił kilka kroków i skłonił się, wyglądając, jakby czynił to automatycznie. — Godzina trzynasta, przypominam. Życzę miłego dnia.
Potter znikał w kominku, jakby uciekał, a Severus zastanawiał się, w którym momencie uczynił coś, czym podporządkował sobie tego młodzieńca aż w tak wielkim stopniu, jak wskazywały na to wszystkie tropy, za którymi podążał jego wzrok.
-VVV-
Oczywiście, że byłem przez niego ujarzmiony, na ciężką cholerę, jak mógłbym nie być, skoro oswajał mnie tak długo i tak skrupulatnie, a ja nawet nie potrafiłem rozeznać się w jego intencjach?
Nie wiedziałem nawet, czy to jest troska, czy nienawiść, dalej nie wiem, na dobrą sprawę, i frustruje mnie to jak mało co. Wiedziałem natomiast, że był nam potrzebny, był przydatny sprawie, a jego stosunek do mnie był punktem, na którym mógłbym się zaczepić, więc zrobiłem to, zaczepiłem się i trzymałem się tego bardzo mocno i bardzo solidnie. Obawiałem się, że jeśli puszczę, to on ponownie wycofa się w cień i tyle wyjdzie z całej tej przeciwmugolskiej konspiracji. Nie chciałem, żebyśmy przez moje obiekcje, przez mój strach stracili bardzo ważną figurę szachową, wydawało mi się, że jeśli źle postawię kroki, to Snape się od nas odwróci ze słowami: „radźcie sobie sami z własnymi porażkami", tak jakby atak mugoli na świat czarodziejów nigdy nie stał się również jego własną klęską - owszem, został wybrany na Naczelnika już po wybuchu tej wojny, ale, na litość Merlina, miał wcześniej wiele okazji, aby zaradzić jakoś tej trefnej sytuacji, a nie zrobił nic, przeklęty tchórz. No dobrze, tchórzem to on nie był, trochę mnie poniosło. Nie potrafię tylko zrozumieć, dlaczego przez tak długi czas sam nie zorganizował jakiejś akcji przeciw mugolom.
No, ale mniejsza z tym. Następnego dnia szanowny Severus Snape pojawił się na naszym zebraniu, co miało być początkiem długiej i owocnej współpracy, a okazało się tykającą bombą z samozapłonem.
Spodziewałem się naprawdę bardzo wiele: spodziewałem się buntu i oskarżeń, i ogólnej atmosfery niechęci, jeśli nawet nie nienawiści, ale nie przewidziałem tego, że zebranie tych wszystkich ludzi w jednym pomieszczeniu spowoduje, że wybuchnie taki chaos i mętlik - a powinienem był to przewidzieć. Albo co najmniej wziąć taki scenariusz pod uwagę. Nie zrobiłem tego - moja wina, przyznaję, ale, litości, zdawało mi się także, że nie pracuję z dziećmi.
-VVV-
Tak było łatwiej dla wszystkich - porozsadzać każdego przy stole, jakby wciąż byli uczniami, a ona profesorką, autorytetem, przy którym niepotrzebne rozmowy milkną, a spojrzenia napełniają się ogładą i spoczywają na jej twarzy jak oczy niewinnych szczeniąt, które przed chwilą stłukły ulubiony wazon właścicielki domu.
McGonagall przechadzała się nerwowo po sali, co rusz spoglądając to w kierunku drzwi, to na zegarek przypięty metalową, zdobioną bransoletą do jej nadgarstka, wskazując co bardziej upartym przeznaczone im miejsce przy stole.
— ...choroby takie jak zapalenie płuc, to nie zabawa, waćpanna zrozumie, siedząc za blisko okna i będąc narażonym na notoryczne przeciągi...
— Steward — fuknęła McGonagall i spojrzawszy w dół, rzuciła masywnemu mężczyźnie surowe spojrzenie; Mat skulił się i zapadł głębiej na krześle, mamrocząc coś pod nosem, z czego McGonagall wyłapała coś w stylu: „stare wiedźmy", „niedbałość" i „powszechne objawy chorób". — Nie biadol, na brodę Merlina, masz takie samo miejsce, jak każdy inny — prychnęła jak wściekła kotka i zanim mężczyzna zdążył zaprzeczyć, uciekła na drugą stronę pokoju, gdzie dwójka świeżych aurorów stała, opierając się leniwie o stół i trajkotała o jędrnych krągłościach madam Rosmerty. Mężczyźni ci, niepomni na krzywe spojrzenie, jakie im zaserwowała Minerwa, uśmiechnęli się z rozmarzeniem do byłej nauczycielki Transmutacji i zaczęli wymieniać się spostrzeżeniami co do zaduchu panującego w pomieszczeniu.
McGonagall z rezygnacją opadła na jedno z wolnych krzeseł stojących bliżej szczytu stołu i poprawiła wyuczonym ruchem zapięcie koka trzymającego się na czubku jej głowy.
Co prawda, to prawda - miała czekać na Severusa w dyrektorskim gabinecie, ale okoliczności jej na to nie pozwoliły - sprawy organizacyjne związane z dzisiejszym spotkaniem zajęły jej znacznie więcej czasu, niż przypuszczała. Gorsze, że od tego zaduchu zaczynała ją boleć głowa, a Harry'ego wciąż nie było widać w okolicach drzwi. Minerwa zacisnęła wargi i sięgnęła do pasa po różdżkę (na co jeden z siedzących niedaleko aurorów zareagował z nerwowością godną Alastora Moody'ego) i ruchem nadgarstka pouchylała wszystkie okna.
Jeśli mamy tutaj spędzić Merlin jeden wie ile czasu — pomyślała z niechęcią starsza czarownica — dobrze by było, gdybyśmy nie podusili się po około piętnastu minutach.
Jej przygnębienie sięgnęło zenitu, gdy Steward wychylił się poprzez stół, wyciągając w jej stronę coś, co na oko wyglądało jak paczka mugolskich papierosów.
— Poczęstujesz się? — zawołał poprzez ogólny zgiełk, uśmiechając się szeroko jak wariat. — Są zaczarowane, wiesz? Zakupiłem je za okazyjną cenę w Magicznych Dowcipach Weasleyów.
Kobieta fuknęła i spojrzała na mężczyznę jak na robaka, który usiadł jej na bucie.
— Jeśli za moment tego nie schowasz, Steward, obiecuję, że transmutuję cię w przerośniętą gąsienicę...
Mężczyzna zapowietrzył się i z kwaśnym grymasem schował pudełko do wewnętrznej kieszeni szaty.
— Pieprzone, stare cnotki — mruknął pod nosem, ciągnąc się, chyba bezwiednie, za kosmyk włosów.
— STEWARD! — ryknęła McGonagall tak głośno, że siedzący najbliżej czarodzieje podskoczyli na swoich krzesłach, spoglądając na czarownicę wielkimi oczami.
Mat uniósł ręce do góry w geście poddania.
— Przepraszam, przepraszam — zawołał poprzez ogólny harmider — nic nie mówiłem.
Minerwa zacisnęła zęby, aby nie zacząć prawić przeklętemu Matowi moralnych kazań i odwróciła wzrok ku drzwiom.
Jeśli lada moment się nie pojawisz, panie Potter — pomyślała wściekle kobieta — to Gryfoni stracą dwadzieścia punktów, słowo daję...
-VVV-
Harry, klnąc na czym świat stoi, wbiegł do dyrektorskiego gabinetu w Hogwarcie, przeskakując po dwa stopnie naraz, potykając się więcej niż raz, omal nie redukując ilości własnych zębów na zakręcie i myśląc, o ile łatwiej byłoby, gdyby kancelaria dyrektora szkoły magii znajdowała się na parterze albo w ostateczności w przeklętych, zawilgotniałych, zacienionych lochach. Dotarłszy do szczytu schodów, rzucił hasło i nie spoglądając nawet w stronę kamiennego gargulca, padł na drzwi całym ciężarem ciała, przelewając się przez próg jak rwąca rzeka poprzez tamę.
Drzwi, na których klamce uwiesił się jak nietoperz, ustąpiły bez najmniejszego jazgotu, za co Harry w głębi duszy dziękował Merlinowi, i uwidoczniły przed nim bardzo zniecierpliwionego Snape'a, który odwrócił się wnet od portretu Dumbledore'a i łypnął na niego jak rozgniewany dementor.
— Bardzo... ale to bardzo... przepraszam — wydyszał Harry, wykonując gest dłonią, który w zamyśle miał zaprosić Snape'a do pójścia za nim, a w rzeczywistości prezentował się jak niewdzięczne odganianie się od natrętnych komarów. — Pierniczona organizacja... cyrk na nogach... dzień dobry dyrektorze Dumbledore... profesor McGonagall poleciła temu bucowi... przeklęty Anderson... zaczekać na Naczelnika w gabinecie... co jest, do diabła, niejasnego w słowach: „zaczekać" i „przyprowadzić"?
— Nie uduś się, dzieciaku — warknął Snape takim tonem, jakby wcale go to nie obchodziło i z dumnie uniesioną głową ruszył w stronę wyjścia.
Dumbledore roześmiał się wesoło ze swego portretu i zaczął pogwizdywać pod nosem „La Primavera", czyli koncert E-dur z Czterech pór roku Vivaldiego.
— Faktycznie, przezabawne — wyrzucił z siebie pod nosem Harry, odwracając się - ociężale jak masywny wielbłąd - ku wyjściu z gabinetu.
— Niezmiernie — zawtórował nieoczekiwanie Snape szyderczym tonem.
Harry prychnął pod nosem, przytrzymał drzwi i przepuścił Naczelnika przodem.
— Wierzę, Harry — odezwał się Dumbledore ze swojego portretu ze swego rodzaju satysfakcją w głosie — że wraz z Severusem zaczęliście się świetnie dogadywać. Bardzo mnie to...
Zielonooki ledwo powstrzymał się od ciśnięcia drzwiami wprost we framugę z całych swych sił, ale i tak zamknął je z o wiele większą werwą, niżby wypadało.
Głuchy trzask uciął słowa byłego dyrektora jak gilotyna.
-VVV-
Tamto spotkanie miało naprawdę niewiele zalet w moim odczuciu - tak, tak, oczywiście, że przedyskutowaliśmy na nim ważne kwestie, że podjęliśmy kilka arcypoważnych decyzji, że usłyszeliśmy wiele nowości, ale patrząc na to wszystko z perspektywy czasu, śmiało mogę powiedzieć, że prawdziwa Zaleta była tylko jedna - i to pisana przez wielkie zet.
Mogłem znów spoglądać na uśmiechniętą Katrinę, która podrygiwała na krześle jak kusa sarenka, po raz kolejny zadziwiając mnie stopniem swojego ignorowania obecności ojca, Katrina, której wzrok biegał ode mnie do Dracona, od Dracona do mnie, a na jej twarzy pojawiał się lekki rumieniec, kiedy niepomna na krzywe spojrzenia Hermiony i twardy wzrok własnego ojca, zakręcała kosmyk kasztanowych włosów wokół palca, promieniejąc szczęściem i nadzieją, i obawą, której jeszcze wtedy nie potrafiłem się dopatrzyć - tym wszystkim naraz, zanim cały ten absurd zaczął sypać się jak piach, sytuacja wyrwała się spod kontroli, a całe nasze zorganizowanie szlag jasny trafił.
— Amen.
Tak, właśnie - i niech tak będzie - bardzo ładne sprostowanie, Malfoy.
-VVV-
— ...no więc spójrz na to z tej strony, że jeśli ja sam chcę się podtruwać, to tylko i wyłącznie moja... Szefie! Dobrze, że do nas wróciłeś! Ta kobieta — Anderson wykonał jakiś chaotyczny, niedbały gest w stronę zabijającej go wzrokiem Minerwy McGonagall — nie pozwala nam tu palić i nie rozumie, kiedy jej się prawi wykład o beznadziejnych przypadkach uzależnionych, podpisano: ja, a przecież...
— Anderson — przerwał mężczyźnie Harry, omiatając szybko wzrokiem ogóle rozsadzenie obecnych czarodziejów — czy mógłbyś choć raz przestać smęcić i posłuchać, co mają do powiedzenia ludzie starsi od ciebie?
— Ale ja tylko chciałem zapalić papie...
— A ja — syknęła McGonagall (jedno spojrzenie na nią powiedziało Harry'emu, że czarownica jest na skraju gorącego szału) — powiedziałam ci, że tutaj się nie pali. To szkoła, na Morganę, a nie więzienie dla kryminalistów z nałogami.
Anderson wydał z siebie coś pomiędzy prychnięciem a chichotem.
— Jedno drugiemu jest bardzo bliskie, jakby nie... — były auror zaczął odgryzać się dyrektorce.
Powieki Harry'ego drgnęły nieznacznie w ślepej irytacji, mężczyzna przeszedł przez pokój i zatrzymał się po drugiej stronie blatu wprost naprzeciw pyskującego czarodzieja.
— Słuchaj, Anderson — rzekł szef Biura Aurorów, starając się opanować wkradającą mu się w żyły irytację — nie jesteś u siebie, a ja nie mam ani czasu, ani ochoty, żeby wymieniać ci teraz zasady savoir vivre'u, więc bądź tak uprzejmy i zgaś tego peta, zanim wepchnę ci go do gardła.
Anderson naburmuszył się, pokazowo zaciągnął się dymem po raz ostatni i z butą zgasił żar papierosa o blat stołu, zostawiając na nim czarny, skwierczący ślad; McGonagall aż stęknęła z oburzenia.
— Ma się rozumieć, szefie — burknął niepocieszony Anderson i łypnął gdzieś w bok. — Ale jeśli ja nie palę, to on też nie — dodał, wskazując głową na uśmiechającego się jak sum bruneta, klepiącego się z ukontentowaniem po piwnym brzuchu, trzymającego papierosa pomiędzy palcami drugiej ręki.
Steward wyszczerzył się do Harry'ego niczym kojot i transmutował jakiś kamyk, który niedbale rzucił na blat, w popielniczkę.
— Ah-ha, nie palimy przy stole, tak, tak, to zrozumiałe... no więc proponuję, aby wyznaczyć jakąś strefę dla palących i niepalących, a wtedy...
— Steward, na litość boską! — nie wytrzymała McGonagall, podnosząc się ze swego miejsca jak wcielenie furii.
Mat westchnął ciężko i zamachał rękami w powietrzu.
— Ja tutaj staram się pertraktować, na słodką...
— Módl się, Steward, żebym ja ci za moment nie pokazała, jak wygląda pertraktacja — wycedziła przez zęby Hermiona, wychylając się w stronę Mata jak rozdrażniona lwica.
Harry naprawdę starał się nie wybuchnąć, naprawdę mocno próbował przytrzymać własne nerwy na wodzy - ale Hermiona mieszająca się w tę bezpodstawną, bezsensowną kłótnię okazała się granicą jego wytrzymałości.
Głuchy huk rozległ się po pomieszczeniu, rozmowy momentalnie umilkły i wszystkie oczy skierowały się w stronę Harry'ego, który natychmiast pożałował rąbnięcia pięścią w blat, gdy tępy ból rozszedł się po jego dłoni jak krew w układzie krwionośnym.
Zielonooki odetchnął bezgłośnie i spojrzał po twarzach siedzących przy stole osób.
— Jesteśmy tu po to — zaczął powoli Harry, starając się okiełznać ogień płonący w jego umyśle — aby przedyskutować problem czarodziejów zamkniętych na cztery spusty w jakiś mugolskich ciemnicach i, uwierzcie mi, mam po dziurki w nosie wysłuchiwania o waszych przyziemnych, błahych problemach, słyszysz mnie Steward? Nie, Hermiono, nawet nie myśl o tym, że wtrącając się w tę bezsensowną dyskusję miałaś rację, na Marlina, słyszysz? A teraz... Flork — Harry zwrócił się w stronę jednego ze swych aurorów, który do tej pory przyglądał się ze znudzeniem trwającej kłótni, by teraz wyprostować się na krześle i spojrzeć w skupieniu na zielonookiego — zdobądź mi namiary na to mugolskie więzienie polityczne - adres, położenie geograficzne, wygląd terenu, wszystko, co możesz ustalić, dasz radę?
Auror zdawał się rosnąć pod spojrzeniami, które pognały w jego kierunku i uśmiechnął się tak szeroko, że gdyby się postarać, można by było policzyć mu wszystkie zęby.
— Dobrze wiesz, szefie, że przede mną żadna lokalizacja się nie ukryje — ogłosił wyniośle, bębniąc palcami w blat.
— Świetnie — rzekł Harry z mniejszym entuzjazmem. — Niech Amelia ci przy tym pomoże. — Zielone oczy skupiły się na kobiecie; Harry przechylił głowę, posyłając jej pytające spojrzenie. Aurorka przeczesała włosy, różowymi tym razem pazurami przywodzącymi Harry'emu na myśl szpony jakiejś barwnej papugi Ary, i pokiwała z zadowoleniem głową. — Cudownie.
Zielonooki wypuścił ze świstem powietrze, zerknął na wolne miejsce na drugim krańcu stołu, naprzeciw krzesła przeznaczonego dla niego i powstrzymał się od kwaśnego grymasu; obejrzał się na stojącego za jego plecami Snape'a, wskazał zapraszająco na puste miejsce przy stole i zmusił się do lekkiego uśmiechu, który przypuszczalnie wyglądał z boku jak skwaszony grymas.
— Proszę usiąść, Naczelniku — rzekł cicho, starając się zbagatelizować frustrujące wrażenie, że zbyt wiele spojrzeń przesunęło się w tamtej chwili pomiędzy nim a Snape'em.
Naczelnik bez słowa sprzeciwu ruszył we wskazanym kierunku. Siedząca jedno miejsce dalej od Harry'ego Katrina przesunęła się ku niemu, zajmując puste krzesło po jego prawej stronie, przeznaczone w zamyśle będącemu w ambulatorium Draconowi. Dziewczyna nachyliła się nad jego uchem, kasztanowe kosmyki przysłoniły jej twarz.
— Co tu robi mój ojciec? — wyszeptała, łaskocząc oddechem jego ucho.
Harry kątem oka obserwował Andersona, który nie wyglądał na szczególnie poruszonego obecnością Naczelnika - nie bardziej od innych, w każdym razie.
— Przepraszam waść bardzo — mówił w tym samym momencie Mat Steward, bujając się na dwóch nogach krzesła, którego myśli biegły najwyraźniej tymi samymi torami, co Katriny — ale pozwoli waść, że zapytam, dlaczego, na Merlina, jest wśród nas... yyy... wzorowy pan Naczelnik?
Harry ułożył łokcie na stole i złączył razem czubki palców, spoglądając ponad nimi na milczącego Snape'a.
— Zaprosiłem go, Steward — odpowiedział tak spokojnie, jakby mówił o morskich falach, spodziewając się, że odpowiedzią na tę bryzę będzie istna wichura.
Krzesło opadło z trzaskiem na cztery nogi, no oczywiście, a Steward rąbnął przy tym łokciem w kant stołu i zaklął tak szpetnie, że Harry rzucił szybkie spojrzenie wychylającej się do niego Katrinie, której kosmyki włosów dyndały jak kłosy zbóż na wietrze.
— Świat schodzi na psy i nietoperze, cholera jasna...
— Steward! — wysyczała przez zęby McGonagall, a jej oczy zamigotały intensywniejszym odcieniem zieleni - trochę jak oczy kota w ciemności pokoju.
Mężczyzna wydał z siebie oburzone prychnięcie, odchylił się na oparciu i wlepił spojrzenie w sufit, po którym spacerowały do góry nogami dwie, wielkie muchy.
— Katrino, słońce ty moje — mruknął przyciszonym głosem Harry — dlaczego nie ma z tobą Luny?
Piętnastolatka się zasępiła.
— Mówiłam już dyrektorce, że Lovegood wyszła i... nie wróciła — zaczęła nerwowym ruchem ciągnąć się za kosmyk włosów, podczas gdy McGonagall zabrała się za tłumaczenie zebranym, jak ważne jest odbicie politycznych więźniów; Naczelnik wyglądał na bardziej znudzonego od Andersona, co doprowadzało Harry'ego do białej gorączki. — Nie wiem, gdzie poszła — mówiła w tym czasie Katrina — i szczerze mówiąc, Harry, niewiele mnie to obchodzi. Ta kobieta podchodziła do mnie jak do nic niewartego śmiecia, wyobrażasz sobie? Mówiła do mnie...
— ...jak do dziecka? — dopowiedział sobie Harry, kręcąc z politowaniem głową.
Katrina zacmokała gniewnie.
— No właśnie tak! — przyznała z naburmuszeniem, posyłając Harry'emu oskarżycielskie spojrzenie. — Zachowywała się w stosunku do mnie tak, jakby zadawała się z kimś młodszym o...
— No nie, naprawdę? — nie wytrzymała siedząca niedaleko Hermiona; z jej ust uciekło zmęczone sapnięcie.
— ...co najmniej osiem lat ode mnie — szeptała w dalszym ciągu swoje skargi piętnastolatka, splatając buntowniczo ramiona na piersi — ja mam trochę więcej oleju w głowie, niż wydaje się tej wrednej, rządzącej się, wyniosłej lafiryndzie.
— To ważne, ważne, no jasne, mówmy o tym, że to ważne — przerwał z tupetem, ciągnącą się równolegle z jazgotem Katriny, wypowiedź McGonagall Anderson. — Ale nawet nie wiemy, jak mamy się dostać do tego budynku mugoli. Są tam jakieś podziemne przejścia, czy jak?
— No tak — wyszeptał zielonooki, oblizując wargi — bardzo mi przykro, kochanie, że nie potraktowała cię poważnie, ale nie zostawiłaś jej wczoraj jakiejś wiadomości, nie wiem - liściku, albo coś w ten deseń? Bo... przekazałaś jej wiadomość o zebraniu, prawda? — zaniepokoił się.
Katrina spuściła wzrok na blat i zaczęła się bawić rękawem sukienki.
— No wiesz... — wymamrotała do własnych dłoni.
— Harry — odwróciła jego uwagę od Katriny Hermiona — ja wiem, jaką masz opinię o snuciu planów i tym podobne, szczególnie kiedy zwykle okazywało się, że nie mają one pokrycia w rzeczywistości, ale wiem, że musiałeś rozważać już przebieg wyrwania czarodziejów spod mugolskich sideł. Zbyt długo się znamy, żebyś mógł w tej kwestii mnie zwieść.
W pomieszczeniu nagle ucichło, a wiele par oczu na powrót utkwiło w jego twarzy. Harry stłumił ciężkie westchnienie, wyprostował się na krześle i ponownie spojrzał po zebranych.
— No dobrze — rzekł z rezygnacją, odgarniając włosy z twarzy. — Panowie, panie. Odrzućmy na moment kwestię położenia geograficznego mugolskiego więzienia, nie myślmy o otaczającym go terenie, a wyobraźmy sobie, czysto teoretycznie, ogromny budynek zdolny do przetrzymywania w nim ludzi, przeznaczony jedynie do tego jednego celu, pilnowany przez licznych szeregowych. Budynek, jak każdy inny wznoszony od przeszło kilkudziesięciu lat, składa się z kilku kondygnacji. Największa ilość wojowników, jak można by się spodziewać, obstawia wejścia na kondygnację dolną - nogi stykają się z ziemią, nieprawdaż? Co myśli mugol, obstawiając strażą teren wokół budynku? — Harry przychylił głowę niczym zainteresowany szczeniak. — Otóż myśli, że ewentualna napaść nastąpi z terenów lądowych, ewentualnie nadejdzie z powietrza. — Zielonooki pochylił się nad stołem i oparł łokcie o drewniany blat. — Sugerowałbym skupić się na wejściach do piwnic. Piwnicznych oknach. Przygruntowych kratkach wentylacyjnych. Ewentualnych przejściach podziemnych. Drogach ewakuacyjnych. Piwniczne ściany są znacznie łatwiejsze do sforsowania od solidnych ścian nośnych. A teraz pytanie. Na której kondygnacji, waszym zdaniem, przetrzymywani są więźniowie?
Obecni na zebraniu ludzie wpatrywali się w niego z lekką dezorientacją; Harry posłał kilku swoim aurorom uprzejmy, zachęcający uśmiech.
— Eee... W piwnicach, szefie? — odezwał się wreszcie Anderson po kilku, długich minutach ciszy.
Harry schylił nieznacznie głowę i posłał aurorowi nieczytelne spojrzenie; Anderson spąsowiał jak dojrzały pomidor w obawie, że palnął nieprawdopodobne głupstwo. Kąciki ust zielonookiego drgnęły w lekkim uśmiechu.
— W tak zwanych lochach, jak przypuszczam, Anderson. Czyli, istotnie, nigdzie indziej, a w piwnicach. Kiedy ta wojna się skończy, Anderson, to sądzę, że podwyższę twoją standardową pensję. Nareszcie zaczynasz używać mózgu.
-VVV-
Na początku, tak, jak ostatnio, śmierdziało eliksirami.
Kręciło mu się w głowie - miał wrażenie, że przebywa na skrzydle ogromnej karuzeli, która wiruje i wiruje, i wiruje, i wiruje, cuchnąc ostrą, szczypiącą nos wonią medykamentów, przez co jego żołądek zaczął wywijać flamenco i - niech to szlag - to flamenco wywinął.
Ktoś zaklął szpetnie gdzieś niedaleko, rozbrzmiały kroki dudniące jak koła parowozu sunącego po torach, a zawirowania magii od zaklęcia Chłoszczyść sprawiły, że biel błysnęła mu przed oczami z oślepiającą precyzją.
— No nareszcie się obudziłeś, już się bałam, że wlałam w ciebie końską dawkę Słodkiego Snu. Wiedziałeś, że od tego cuda można się uzależnić? Więcej - to świństwo da się przedawkować!
— C-co?
— No, wiesz, nafaszerować eliksirem jak morfiną i patrzeć jak człowiekowi wiotczeją mięśnie jak po jadzie akromantuli, a potem trafia do mózgu i odurza na dłuższy czas, podczas którego i pacjent, i magomedyk mają od siebie dłuższą przerwę, chyba że medyk kopnie się w odmierzaniu miligramów płynu, a wtedy...
— O kochany Merlinie.
— Nie martw się, złotko, tobie to nie grozi. Jesteś w naprawdę dobrych rękach.
— P-pansy?
— We własnej osobie i o stokroć lepszej prezencji, niż ty.
Draco otworzył oczy, starając się skupić wzrok w jednym punkcie. To, że bardzo zaaferowana Parkinson kręciła się pod jego nosem z zawziętością osy, wcale nie pomagało.
— Harry tutaj był — przypomniał sobie mgliście czarodziej, przecierając piekące oczy.
— No był, był — przytaknęła Parkinson, aplikując mu do gardła jakimś sprayem z długą szyjką coś tak paskudnie gorzkiego, że Draco zaczął prychać jak rzygający kot. Niezrażona niczym Pansy mówiła dalej. — Była tu też ta stara kocica strosząca wąsy jak jakiś kret. Krążyła wokół Pottera jak jaskółka przed deszczem, mówię ci, Draco. Gdybyś ją zobaczył, oczopląsu byś dostał.
— Nie... nie pamiętam — wydyszał Draco, krzywiąc się od ostrego posmaku lekarstwa. — Merlinie, daj ty mi coś do popicia tego paskudnego gniotu.
Pansy sarknęła cicho.
— Myślę, że profesjonalna nazwa brzmi: Eliksir Pieprzowy, a nie: ten paskudny gniot, Draco — zaszydziła, ale odeszła od łóżka, by nalać mu szklankę zimnej wody. — W każdym razie o starą kocicę nie masz co się martwić. Ma teraz na głowie jakieś zgromadzenie rebeliantów na czele z Potterem, czy coś podobnego, na drugim piętrze. Jest stosunkowo daleko, więc...
— Zebranie — podłapał Draco, wnet przypominając sobie o tym, co mówił Harry, kiedy odwiedził go uprzednio w ambulatorium; wyprostował się gwałtownie na materacu łóżka, zwracając głowę ku wyjściu. — Muszę...
— Nie ma mowy — zaprzeczyła natychmiast Pansy, chwytając go za ramiona; Draco szarpnął się, jak pochwycona w sidła antylopa. Kobieta pokręciła z niezadowoleniem głową i siłując się z nim, starała się na powrót ułożyć go w łóżku. — Teraz będziesz odpoczywał, póki...
— Nie mów mi, co będę robił — syknął Draco, wyrywając się byłej przyjaciółce i wyskakując z łóżka z takim zapałem, że lądując stopami na posadce, potknął się i zatoczył na ścianę. — Szlag by to!
Szkolna pielęgniarka zacmokała i pokiwała ze zrozumieniem głową.
— Po utracie takiej ilości krwi, każdy ma zawroty głowy — powiedziała cierpliwie, gotująca się do ponownego sprowadzenia go do łóżka.
— Nie mam żadnych zawrotów głowy, Merlinie! — wykrzyknął Draco, odsuwając się od wyciągającej ku niemu swe pielęgniarskie szpony kobiety jak od bogina. — Dajże spokój, Pansy, jesteś przewrażliwiona.
Kobieta splotła ramiona na piersi.
— Sugerujesz, że nie znam się na swoim fachu? — zapytała obrażona.
Draco zaczął skradać się ku drzwiom jak polująca pantera pod czujnym wzrokiem krzywiącej się jak od gorzkiego eliksiru kobiety.
— Pójdźmy na kompromis — zaproponowała, przechylając głowę jak żyrafa. — Ja poinformuję, jak zresztą obiecywałam, Pottera o twoim ponownym powstaniu z martwych, a ty wrócisz do łóżka i spokojnie na niego zaczekasz.
Draco przewrócił oczami i zaczął wygładzać roztrzepane włosy.
— To nie o niego idzie, Pansy, a o to zebranie — prychnął i uznając, że wygrał tę bitwę, zaczął przesuwać się jak prawdziwy czempion w stronę wyjścia. — Jak oni w ogóle mogli beze mnie zacząć? Przygotowałem się na niego, wiesz? Zarówno fizycznie, jak i... no, nieistotnie. Dzięki, Pansy, za posklejanie mnie w całość, dzięki twoim zabiegom czuję się jak młody bóg.
— I poczujesz się jeszcze lepiej, jeśli w tej chwili wrócisz do łóżka — podłapała Pansy, sugestywnie wskazując podbródkiem na rozkopaną pościel.
— Jeszcze lepiej będzie, gdy wypiję wiadro koniaku — burknął Draco, chwytając za klamkę. — Na pewno skorzystam z podobnego znieczulenia, możesz być pewna. Raz jeszcze dziękuję.
Draco wybiegł ze Skrzydła Szpitalnego, nim kobieta ponownie zdążyła zaprzeczyć.
-VVV-
Harry rozmyślał nad dwoma prawdopodobieństwami: jedno mówiło, że jeden z jego drogich aurorów, jakże adorowany przez wszystkich Anderson, jest niewyobrażalnie cwanym człowiekiem, będącym w stanie oszukiwać wszystkich własnym milczeniem na tematy istotne, tym samym - człowiekiem niebywale inteligentnym (Harry szczerze wątpił w tę opcję obserwując, jak rysuje palcem wzór w popiele zapełniającym popielniczkę). Drugie natomiast, ku któremu się przychylał, twierdziło, że Anderson okazuje się na tyle matołowaty, aby zdradzić i nawet (o Merlinie!) nie zdawać sobie z tego faktu sprawy.
Zielonooki westchnął i wstał od stołu, aby szerzej otworzyć wysokie okiennice.
Anderson na widok Snape'a nie zareagował w żaden sposób, jaki Harry podświadomie od niego oczekiwał. Był w stosunku niego wyraźnie niechętny - nie pałał nienawiścią tak namacalną, jak Steward, którego każde spojrzenie rzucane Naczelnikowi było niczym przyłożenie kaflem w gołą skórę, zachowywał raczej chłodną rezerwę skrapianą zniesmaczeniem (Harry, spoglądający kątem oka na grymas utrzymujący się na jego ustach, mógłby to wręcz nazwać obrzydzeniem) - nie przejawiał żadnego, wymuszonego szacunku, bądź też (co byłoby nie do strawienia) nie spoglądał na niego ze strachem w oczach.
Reasumując: Harry szczerze wątpił, aby ich plany były przez niego dyktowane, wątpił, aby z rozmysłem ich oszukiwał, wątpił, żeby w ogóle miał świadomość popełnianej przez siebie zdrady - puenta: Anderson był kopniętym głupcem - durniem, jakich mało.
Zielonooki westchnął cicho i przetarł palcami zmęczone skronie. Poczuł, jak palce Katriny spoczywają pod stołem na jego kolanie.
— Coś cię niepokoi? — zapytała tak cicho, że ledwo sam usłyszał jej słowa, wychylając się ku niemu pod dziwnym kątem, tak, że przez moment wyglądała jak startujący, mugolski samolot, szczególnie kiedy rozłożyła łokcie na boki, jedno podpierając o oparcie krzesła, drugie położywszy na blacie stołu, trochę jak dwa, sztywne, metalowe skrzydła.
Harry pokręcił ze zmęczeniem głową, oderwał wzrok od Katriny i zdecydował się doprowadzić do zderzenia tych dwóch kamiennych głazów: Andersona i rzeczywistości.
— Czy to prawda — odezwał się, podnosząc lekko głos, aby przebić się ponad słowami Mata, który dopiero co zaczął ślęczeć nad beznadziejnością losu — że odbywasz... kurtuazyjne pogaduszki z szanownym panem Caractacusem Burkesem?
Hermiona, która właśnie skrobała paznokciem jakąś niegłęboką rysę w blacie stołu, wyglądająca, jakby przez wiele nocy nie spała najlepiej - tak głębokie były cienie pod jej oczami - uniosła głowę i wpiła przewiercające spojrzenie w twarz młodego aurora.
Andersonowi opadła szczęka, zamrugał kilkakrotnie z takim zapałem, jakby jakiś okruch wpadł mu pod powiekę i ani myślał spod niej wyleźć, po czym zagapił się na Harry'ego z otępiałym wyrazem twarzy.
McGonagall wyprostowała się na swoim krześle tak bardzo, że jej kręgosłup najprawdopodobniej ustawił się w linii prostej pionowej, po czym pochwyciła dłońmi krawędź stołu, jakby ten miał niebawem odjechać jej sprzed twarzy. Jej pomarszczone palce, zaciśnięte kurczowo na blacie, pobielały jak płótno.
— Ja... eee... — zademonstrował szeroki zasięg swej elokwencji Anderson.
Oczy Hermiony zmrużyły się do rozmiarów wąskich szparek.
— Odpowiedź na to pytanie powinna być prosta i skupiać się na zaledwie dwóch odsłonach: albo tak, albo nie — oznajmiła nieco piskliwym głosem i wychyliła się poprzez blat, jakby zamierzała wyciągnąć ramiona i zacisnąć palce na pokrytym lekkim zarostem gardle młodego aurora.
Anderson zazgrzytał zębami i łypnął na kobietę spode łba.
— Nie odbywam z nim żadnych pogaduszek, Granger — fuknął, wyglądając jak naburmuszone szczenię. — Kupuję u niego kilka... przydatnych rekwizytów. Czysta transakcja - sprzedaż i kupno, czy tam kupno i sprzedaż przypieczętowane przekazaniem z rąk do rąk kilku galeonów.
— Więc przyznajesz, że się spotykacie! — zawołała triumfalnie Hermiona, otwierając szerzej oczy.
Harry zakrył dłonią twarz, aby nikt nie mógł dostrzec jego wzniesionych ku niebu oczu.
— Co? — zapeszył się Anderson. — Twoja głupota mnie zniesmacza, Granger, my się nie spotykamy. To się nazywa handel, wiesz?
— Handel informacjami! — podłapała momentalnie Hermiona, wyrzucając z siebie słowa na jednym wydechu; Harry miał ochotę położyć się na podłodze i kopnąć w kalendarz.
— Informa... słuchaj, nie wiem, o czym mówisz. Może pożaliłem się trochę co do nawału własnych powinności, ale ja tam chodzę na wymianę towarami, a nie, żeby zakapować na innych, jak zdajesz się insynuować.
— No pewnie, już ci wierzę!
Harry odjął ręce od twarzy i zerknął ze znużeniem na przyjaciółkę.
— Hermiono, proszę cię... — odezwał się ze zmęczeniem, splatając palce na blacie.
Kobieta fuknęła i spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— O czym ty mówisz, Harry? — przejęła się, wytrzeszczając na niego widowiskowo oczy. — Pozwolisz mu na to?
Zielonooki skrzywił się i zerknął na skołowanego Andersona.
— Dureń robi to nieświadomie — odezwał się i uniósł brew, gdy szczęka Andersona opadła jak łopata w mugolskiej koparce. — To głupiec, ale głupiec uczciwy.
— Och... — mruknęła Amelia i to było bardzo wymowne „och" - „och" tego rodzaju, którym rzuca się po usłyszeniu wyjątkowo nieprawdopodobnej opowieści, „och" bardzo ironiczne w swym wydźwięku i „och" raczej nietaktowne.
Harry zacisnął zęby i potarł palcami nasadę nosa.
— Anderson — wyrzucił z siebie jak westchnienie, zastanawiając się, skąd znajduje w sobie tyle cierpliwości do tego irytującego człowieka.
— Szefie? — zaniepokoił się auror (oczami wyobraźni Harry niemal widział jego drżące pod stołem palce).
Zielone oczy uniosły się i wbiły w Andersona; mężczyzna zaczął kręcić się niespokojnie na swoim krześle, spodziewając się zapewne, że Harry jak szybko zadeklarował, tak szybko odwoła jego przyszłą premię.
— Opowiedz o jednym takim spotkaniu — zażądał zamiast tego zielonooki, mrużąc w skupieniu oczy. — Krótko, zwięźle i nie przedłużając.
— Ale... skoro Naczelnik jest z nami, można przecież uznać, że problem nie istnieje i...
Hermiona grzmotnęła pięścią w blat, zaklęła z wściekłością i poderwała się ze swojego miejsca, jakby ktoś jej podrzucił szpilki na siedzenie.
Auror skulił się na swoim krześle, jakby spodziewał się, że ta naskoczy na niego jak kotka w rui.
Kobieta, zamiast wystawić pazurki i zasyczeć z nienawiścią, odwróciła się i podeszła do okna, wyglądając przez nie na zalane jesiennym słońcem jezioro.
Harry odetchnął głęboko, starając się uspokoić i zerknął niemrawo na milczącego Snape'a.
Czarne oczy rewidowały przez moment cienie znaczące jego twarz, mężczyzna poruszył się na swoim miejscu i, ku ogromnemu zdumieniu Harry'ego, odezwał się, zwracając w stronę Andersona.
— Problem polega na tym — powiedział przyciszonym głosem — że to nie ja jestem, czy też byłem, stacją końcową dla tych rewelacji. Obawiam się, że mój drogi przyjaciel, Lucjusz Malfoy, miał... uwarunkowany motyw, aby przekazywać wszystko pewnemu, wysoko postawionemu mugolowi.
Pomieszczenie zastygło i zaczęło truchleć, jakby cały tlen został nagle wyciągnięty z sali.
Harry obserwował pobladłe, pozieleniałe, pomarszczone i napięte twarze zgromadzonych podejrzewając, że jest jedynym, poza Snape'em, z obecnych tu ludzi, który w pełni zdawał sobie sprawę z tego, że ich tajne posiedzenia, mimo ich absolutnej ostrożności, trafiały wprost do mugolskich uszu.
— Niewiarygodne — wyszeptała McGonagall.
— Niemożliwe — wydusiła z siebie w tym samym momencie Amelia.
— Uwarunkowany motyw — powtórzyła Hermiona trzęsąc się koło okna z tłumionej złości. — Uwarunkowany motyw! Nie no, uszczypnijcie mnie, bo ja chyba śnię!
— Anderson — powtórzył Harry, starając się zapobiec rozpętaniu tornada — miałeś opowiedzieć o...
— Zasrane Naczelnictwo współpracuje z mugolskim wojskiem! — wykrzyknął Steward, uderzając pięścią w stół tak mocno, że blat zatrząsł się pod jego dłonią. — Wiedziałem, wiedziałem!
Harry zazgrzytał zębami, dętka jego nerwów pękła jak porcelana, i zerwał się z miejsca; jego krzesło zaszurało głośno i gwałtownie. Zielone oczy ciskały gromami, kiedy wbijały się w Mata, ciągnącego się za kosmyk brunatnych włosów.
— To się nazywa wyciąganie pochopnych wniosków, Steward! — warknął, opierając dłonie na blacie stołowym. — A ty, Anderson, nie miałeś przypadkiem mówić o tym przeklętym spotkaniu z Burkesem?
— Harry... — Łagodny głos Katriny rozbrzmiał tuż obok jego ucha; drobna dłoń spoczęła na jego ramieniu. — Szyba w oknach drży.
Steward uniósł dumnie głowę.
— Antoniusz na twoim miejscu by...
Lodowata furia zapłonęła w oczach Harry'ego jak pochodnia, wszelki kolor spełznął z jego twarzy jak akwarela z płótna, okienna szyba pękła z trzaskiem i posypała się po podłodze; Harry zacisnął powieki, starając się odzyskać kontrolę nad własnymi emocjami - padł na zajmowane przez siebie krzesło jak ścięty z nóg.
— Antoniusz — wysyczał zielonooki przez zaciśnięte zęby — jak ci najwyraźniej umknęło, Steward, nie żyje.
— I czyja to wina? — zaśmiał się paskudnie Steward. — Kto zasugerował, że atak skieruje się na Hogwart?
Na krótką chwilę w pomieszczeniu zapadła cisza, która zadzwoniła w uszach Harry'ego nie mniej, niż pełen zarzutu głos Stewarda; czuł, jak ostatni ślad koloru właśnie spełza bezpowrotnie z jego twarzy, palce Katriny mocniej zacisnęły się na jego ramieniu.
— Mat, nasz wspaniały brylancie — rozległ się jedwabisty, dźwięczny głos od strony drzwi, który uspokoił nieco rozchwiane nerwy Harry'ego — jeśli się nie przymkniesz, przywalę ci solidnie z prawego sierpowego.
Zielonooki wypuścił wstrzymywane powietrze; na jego twarz wkradł się cień szyderczego uśmiechu.
-VVV-
Draco, mój bohaterze! Co ja bym zrobił bez twojego wężowego języka? Przepadłbym bez pamięci w tamtej istnej jaskini chaosu.
Twoje pojawienie się w pokoju nieco ostudziło temperamenty zebranych - choć wzmianka o śmierci Antoniusza, jak podejrzewam, miała z tym faktem wiele wspólnego.
— A pogrzeb? — odważy się zapytać cieniutkim głosem Amelia.
— Nie ma ciała, nie ma pogrzebu — prychnie nasz fantastyczny Draco i zasiądzie jak na tronie na wolnym krześle stojącym obok mojego, od którego Katrina, uśmiechając się jak idiotka, odsunie się pospiesznie, z jakąś chorą satysfakcją ustępując mu miejsca.
Draco rzeczywiście wyglądał jak po spotkaniu z inferiusem, ale dumie trzymał głowę prosto i znalazł w sobie solidne zapasy sił, by warknąć wściekle na słodką Katrinkę, która starała się przylizać mu włosy swą drobną, lekko drżącą dłonią. Mimo wszystko rozsiadł się przy stole, przyciągnął ku sobie popielniczkę, której wciąż nikt nie odmienił do pierwotnej postaci i niepomny na surowe spojrzenie, jakim poczęstowała go McGonagall, zaczął wypalać cienkiego papierosa mentolowego, hojnie częstując nim również Katrinę - gwałtowny protest Snape'a był godny podziwu (nie mniej niż, całkowicie ignorujący jego obecność, Draco).
Anderson natomiast, wciąż lekko zasępiony, zaczął (nareszcie!) kreślić przed nami scenę swej wycieczki krajoznawczej do Borgina i Burkesa.
On naprawdę, choć trudno w to uwierzyć, nie zdawał sobie sprawy z tego, że zdradza panu Burkesowi, jakby nie spojrzeć, ociupinkę za dużo.
Dziwny facet.
