zywek — Cały ten rozdział dedykuję Tobie!

Rozdział 22

Jak okręty, nie te same, choć w tej samej wciąż przystani

.

Drobinki szkła przesypywały się po podłodze, trącane silnymi podmuchami wiatru, który przedarł się pomiędzy framugą rozbitego okna, gasząc wątły, blady płomyk, który kołysał się na czubku różdżki Harry'ego.

Zielonooki zaciągnął się zapalonym papierosem i odchylił głowę do tyłu, kierując wzrok na wysoki sufit, na którym kilka niewielkich zacieków tworzyło szare, bezkształtne obrazy.

Trochę jak sztuka nowoczesna — pomyślał Harry, wydychając kłęby dymu z płuc.

Siedzący między nim a Katriną Draco nachylił się nad jego uchem, trącając kosmykiem niemalże białych włosów jego policzek.

— Ominęło mnie coś ważnego? — wyszeptał mężczyzna tak wątle, że Harry musiał się mocno skupić, aby rozróżnić poszczególne słowa.

Harry wykrzywił wargi w zjadliwym grymasie i poczęstował Dracona spojrzeniem pełnym ironii.

Draco, rozumiejąc ten milczący przekaz, uśmiechnął się w chłodnym rozbawieniu.

Zielonooki strzepnął popiół do stojącej przed blondynem popielniczki i zerknął w kierunku rozbitej szyby.

— Steward bez dwóch zdań przyprawi mnie kiedyś o paranoję — mruknął i sięgnął po różdżkę ukrytą w wewnętrznej kieszeni. Skierował jej czubek w stronę rozsypanych odłamków, sprowadzając na siebie uwagę Hermiony (jej czoło zmarszczyło się jak karta schnącego pergaminu), po czym krótkim, niewerbalnym zaklęciem naprawił szkody, które sporządził.

— Albo o chorobę umysłową. Nabawisz się jakiejś psychozy i zostaniesz okrzyknięty kolejnym Czarnym Panem w dziejach czarodziejskiego świata — zaczął drażnić się z nim Draco; Harry przewrócił oczami i od niechcenia trzepnął go wierzchem dłoni po ramieniu. — Pomyśl o tym — nie spoczął na laurach Draco — dwukrotnie przeszedłbyś do historii. Raz jako oswobodziciel, a raz...

Zielonooki, bardziej rozbawiony, niż podirytowany, nachylił się nad uchem Dracona i zamruczał niczym rasowy kocur:

— Jeśli zaraz się nie przymkniesz, zrobię sobie z twojej dłoni popielniczkę.

Draco wyszczerzył się na niego jak Kot z Cheshire.

— Widzisz! — podjął z kuriozalną satysfakcją. — Jesteś na dobrej drodze. Już zaczynasz stosować kary cielesne.

Harry spojrzał na Dracona najbardziej surowym wzrokiem, na jaki potrafił się zdobyć; blondyn prześwidrował go w odpowiedzi intensywnym spojrzeniem szarych oczu - po mniej niż sekundzie obaj wybuchnęli gromkim śmiechem.

Anderson, który plątał się właśnie w jakimś zagmatwanym wstępie zawierającym w sobie milion wytłumaczeń, zażaleń i słów minimalizujących ogrom jego przewinienia, umilkł i utkwił w nich swoje jarzące się rozgorączkowaniem oczy.

— Bawi was to? — zapytał, w odpowiedzi na co Draco niemal zakrztusił się dymem, przez co śmiech Harry'ego stał się nieopanowany.

— O Merlinie, nie mogę — wydusił Draco ze łzami kotłującymi się w oczach, opierając czoło o drżącego w niepohamowanym rozbawieniu Harry'ego.

Harry wziął kilka drżących oddechów i zdusił w zarodku to niepojęte, ogromne rozbawienie.

— Przepraszamy Anderson — zaczął dyplomatyczne Harry, ale niedane mu było skończyć, bo trwający nieprzerwanie śmiech Dracona stał się głębszy i głośniejszy, całkiem jakby jego struny głosowe były przyłączone do wzmacniacza dźwięku. Zielonooki spodziewał się, że trzepnięcie go różdżką po głowie przyniesie odwrotny skutek do zamierzonego; zerknął na rozbawionego Malfoya kątem oka i uśmiechnął się pojednawczo do Andersona. — To typowa reakcja na stres, zaraz mu przejdzie.

— Chyba na głupotę — mruknęła pod nosem Katrina, patrząc na Dracona spod gęstych rzęs.

Harry przygryzł dolną wargę i skierował migoczące rozbawieniem oczy na dziewczynę. Niekiedy jej trafne komentarze sprawiały, że zaczynał się zastanawiać, czy ta czarnooka nastolatka nie zna czasem legilimencji. Zielonooki puścił jej oczko i szturchnął z lekka ramię Malfoya.

— No już, postrzeleńcu — upomniał Harry — bo nasza dama honorowa zaczyna się frustrować.

— Hormony? — zapytał śpiewnie Draco, przestając wreszcie trząść się jak osika z rozbawienia.

Harry uniósł brwi.

— Raczej kolejna, typowa reakcja na stres — sprostował zielonooki.

Katrina skrzywiła się jak od gorzkiego lekarstwa.

— Albo na głupotę — powtórzyła, zakręcając sobie kosmyk włosów wokół palca. — Myślicie, że mogę poprosić jakiegoś skrzata o kawałek czekoladowego brownie? — dodała, przechylając głowę jak zainteresowany szczeniak.

Harry przewiercił ją wzrokiem i z absolutną powagą odrzekł:

— Ależ oczywiście. Jaśnie pani życzy sobie do niego polewę z kandyzowanych wiśni?

Katrina zaczesała palcami długie włosy do tyłu i posłała Harry'emu cukierkowy uśmiech.

— Oczywiście — odparła zawadiacko — plus martini z lodem, jeśli można. — Dziewczyna zakręciła zalotnie kosmyk włosów wokół palca i zaciągnęła się leniwie papierosem.

McGonagall odchrząknęła znacząco, po czym wstała z zajmowanego miejsca i zmierzyła ich po macoszemu surowym wzrokiem. Harry pochwycił jej ostre spojrzenie i podniósł pojednawczo ręce do góry, wycofując się na oparcie siedzenia.

— Proszę o wybaczenie — powiedział Harry, posyłając kobiecie czarujący uśmiech. — Cieszę się tylko, że ten dureń, który siedzi obok mnie — zielonooki wskazał podbródkiem uśmiechającego się szyderczo Dracona — powstał z martwych.

Wzrok kobiety złagodniał, topniejąc jak pierwsze lody po masowych ociepleniach.

— Harry, nie przedłużajmy tego spotkania bardziej, niż to absolutnie konieczne — rzekła McGonagall, przechylając głowę i przyglądając się jego twarzy, jakby czegoś w niej szukała.

Harry patrzył na nią i widział - przeciągłą zmarszczkę na wysokim czole, nikłe spięcie ramion - tak lekkie, że niemal niedostrzegalne, zaciśnięte wargi pomiędzy poszczególnymi zdaniami. Harry pamiętał - szok na jej twarzy, gdy spoglądała we wciąż ciepłą, stygnącą twarz Dumbledore'a, jej niedowierzanie, gdy mówił, że to robota Snape'a, głęboki ból, który starała się ukryć, a który i tak - niemiłosierny dla jej starań - wypływał co rusz na powierzchnię jej oczu.

Uśmiech spełzł z twarzy Harry'ego jak za sprawą zaklęcia.

Sprowadził tutaj Snape'a. To i tak było dla niej ciężkie - zgodzić się na to bez najmniejszego oporu, ale kiedy jego własne zachowanie zaczęło przeciągać czas, który musiała spędzić obok mordercy Albusa Dumbledore'a, jej cierpliwość legła w gruzach.

Pojedyncza zmarszczka wstąpiła na czoło Harry'ego, przecinając w połowie bliznę w kształcie błyskawicy. Żałował, że nie może sięgnąć poprzez stół i zacisnąć dłoni na jej sękatych palcach starego człowieka.

W jej zielonych oczach było tak wiele przeszłości.

— Jeszcze będziemy szczęśliwi — powiedział cicho Harry.

McGonagall uśmiechnęła się ponuro - widział, że nie wierzyła jego słowom.

Pojedyncze rozmowy ucichły, gdy Harry wstał i okrążył stół, zbliżając się do dyrektorki. Kobieta odwróciła głowę i zapatrzyła się w stołowy blat. Harry zdusił w sobie westchnienie i przyklęknął na podłodze koło jej krzesła, chwytając w swoje dłonie jej pomarszczoną, zniszczoną czasem rękę. McGonagall nie zwróciła się w jego stronę, jej wzrok stał się bardziej czytelny, ale oczy wciąż uparcie kontemplowały porysowaną przestrzeń blatu.

— Najpierw gaśnie wszelka jasność i nastaje ciemność — zaczął powoli Harry, przeciągając kciukiem po wierzchu jej dłoni. — A potem zostajemy wciągnięci w tunel. Tunel jest długi, ale przebywamy go znacznie szybciej, niż to realnie możliwe, jakby coś nas ciągnęło, jakby otaczała nas magia w najbardziej pierwotnej postaci. Na końcu tego tunelu — rzekł zielonooki; jej twarz zwróciła się w jego stronę; uśmiechnął się wątle, przewiercając wzrokiem jej zielone oczy — jest światło, które nie posiada źródła, a może jest źródłem samo w sobie, w każdym razie ono jest, istnieje i wychodząc z tunelu, budzimy się w nim, zupełnie jakbyśmy otwierali oczy. Trudno stwierdzić, który zmysł wraca jako pierwszy. To bardziej jak stopniowe odkrywanie, że zmysły wciąż istnieją, wciąż funkcjonują, niż ich autentyczny, zsynchronizowany powrót. Orientujemy się, że nasza wola staje się prawdą, nasze życzenie obowiązkiem losu. A kiedy już w pełni zdamy sobie sprawę z naszego istnienia - gdzieś poza czasem - ktoś po nas wychodzi.

McGonagall milczała dłuższą chwilę (cisza, która zapadła po tych słowach zadzwoniła w uszach Harry'ego jak dzwony), by po chwili zacisnąć palce na jego dłoni i zapytać przyciszonym głosem:

— Kto?

Harry przyglądał jej się dłuższą chwilę, zanim odpowiedział:

— Sądzę, że to zawsze zależy od nas samych.

Kobieta pochyliła się nad nim.

— Kto wyszedł po ciebie?

Usta Harry'ego drgnęły w delikatnym uśmiechu.

— Ten sam, który wyjdzie po panią — odparł enigmatycznie.

Kobieta wypuściła ze świstem powietrze, zachwiała się nieznacznie, a w jej zielonych, zmęczonych oczach pojawiły się łzy. Wyplątała własną dłoń z uścisku jego palców i popłynęła w stronę wyjścia, jakby uciekała. Harry patrzył za nią, kiedy znikała w drzwiach sali; jej długa szata zafalowała i zniknęła za framugą, rozpływając się jak sen.


-VVV-


Severus milczał i obserwował - miał w tym sporą praktykę. Potter musiał wiedzieć, że jego źrenice nie opuszczają granic jego twarzy - lawirował spojrzeniem z perfekcyjną wprawą, omijał jego oczy jak szczeliny w kamiennym podłożu, przeskakiwał pomiędzy punktami z płynnością oceanu, opływając przeszkodę, którą był on, jak woda morska omijająca wystające spod niej szczyty oceanicznych gór lodowych. Severus wiedział, że zielonooki mężczyzna ma nieprzemijającą, ciągłą, uciążliwą świadomość jego spojrzenia błądzącego za nim jak natarczywa mucha. Wiedział, że czuje ciężar jego oczu osiadłych na jego twarzy, gdy klękał u stóp byłej nauczycielki transmutacji, gdy wymieniał spojrzenia z jego córką, gdy śmiał się do wtóru z młodym Malfoyem z czegoś na pozór nieśmiesznego.

Potter wstanie i zaciągnie się papierosem - zapach tytoniu wciąż drażnił Severusa w równym stopniu co niedoinformowanie - jego plecy będą napięte, będą napięte w równym stopniu przez całe spotkanie, będą napięte tak samo, jak wówczas, gdy wprowadzał go do pokoju wypełnionego ludźmi, których Severus w większości nie kojarzył. Jego wzrok ucieknie do tego niekompetentnego aurora - Antoniusza, a po drodze liźnie jego twarz jak język ognia, jakby w obawie, jakby starał się upewnić, czy cierpliwość Severusa wciąż trwa w solidnych ryzach - trochę z niepokojem, czającym się na dnie jego oczu jak dawno zatonięty statek.

Chciałbym tylko świętego spokoju — wyszeptał głos Pottera głęboko w jego umyśle. — Niczego więcej.

Istniały rzeczy, które Severus widział - napięte mięśnie mówiące same za siebie, cienie pod oczami pogłębiające się za każdym razem, gdy przyszło im skrzyżować swe drogi, palce drżące od nieopanowania, wkładające końcówkę papierosa wypełnioną filtrem pomiędzy pełne wargi.

Zielone oczy milcząco obserwowały starszą czarownicę wychodzącą w pośpiechu z pomieszczenia - Severus wiedział, że to on był realnym powodem tej ucieczki, Potter był tylko pośrednim materiałem przewodzącym, nigdy przyczyną.

Przyciągał wzrok Pottera jak magnes opiłki żelaza, a chłopak stawiał zażarty opór i nie pozwalał sobie na niego zerknąć, choć jego oczy uciekały wciąż i na nowo w okolice zajmowanego przez niego miejsca naprzeciw. Jego grdyka podskakiwała i opadała, gdy nerwowo przełykał ślinę. Jego mięśnie spinały się, gdy ktoś z obecnych zwracał swój wzrok pełen niekrytej niechęci ku Naczelnikowi. Jego oczy szukały go, nie chcąc go odnaleźć, uciekając od niego jak od ognia piekielnego.

Istniały rzeczy, których Severus nie chciał zobaczyć.


-VVV-


— Pieniądze nie spadają z drzew — powiedział Anderson, drapiąc się po lekkim zaroście — a ja potrzebowałem pieniędzy. Więc handlowałem. A nigdzie tak łatwo i z obopólną korzyścią nie można wymienić się towarem, nabyć niezbędniki i odsprzedać stare graty, jak u Borgina i Burkesa.

W to akurat żadne z nich nie wątpiło.


-VVV-


Dzwonek przypięty do drzwi oznajmił przybycie kolejnego klienta, który wtoczył się do środka, omal nie przewracając podejrzanie wyglądającej, przenośnej latarni, którą Borgin przytaszczył do ich sklepu kilka dni temu, mówiąc coś o nader owocnym interesie z ciekawym kontrahentem zaborczo strzegącym własnej tożsamości. Caractacus spojrzał w pociągłą, lekko zaczerwienioną twarz mężczyzny, który właśnie zatoczył się na ścianę, wodząc wkoło zapijaczonym wzrokiem.

W innych okolicznościach - w innych czasach, może nie lepszych i nie prostszych, ale znacznie różniących się od standardów obecnych - wyrzuciłby przybłędę na bruk, zanim ten zdążyłby powiedzieć: „zbyt" i „dochód". Prawda była jednak taka, że ilość klientów spadała z każdym dniem, a utargi z Mundungusem Fletcherem stawały się coraz to mniej opłacalne - zysk był atutem, który powoli tracił na wartości. Nie pozostawało mu nic innego, niż schować własną dumę do kieszeni i przyjąć klienta, który ostatnimi czasy zadomowił się najwyraźniej w przestrzeniach jego lokalu.

— Anderson — mruknął, nawet nie starając się brzmieć na zadowolonego.

Wizyty aurora nie były korzyścią samą w sobie, ale Caractacus doskonale wiedział jak wykorzystać je do własnych celów. Czasy były ciężkie i każdy radził sobie, jak umiał najlepiej. Ironia losu sprawiła, że tym, na czym Caractacus znał się najlepiej były przekręty i nieczyste zagrywki - jak uzyskać dochód z niedochodowego towaru nie było dla niego najmniejszą tajemnicą.

Mężczyzna dopadł kontuaru i oparł się na nim ciężko, zawisając nad Caractacusem jak wyżęta szmata; jego oddech cuchnął na kilometr tanim koniakiem.

— Pan Burkes, wspaniale pan się... trzyma — zagaił Anderson i Caractacus przez moment miał niezmożoną chęć, by go przekląć. — Jak idą interesy?

Caractacus najchętniej wypchnąłby gościa za drzwi, zabarykadował się w sklepie i tak dla pewności zapieczętował futrynę jakąś zmyślną klątwą.

Mężczyzna odchrząknął, wyobrażając sobie czerwone, pulsujące palce przytrzaśnięte ciężkimi drzwiami.

— Po staremu, dziękuję — burknął ostatecznie w odpowiedzi i zmrużył oczy, wpatrując się podejrzliwie w przybłędę. — Czego dziś szukasz?

— Szczypty strachu w ustach — odparł Anderson i roześmiał się nieprzyjemnym, niskim śmiechem.

Caractacus przetarł ze zmęczeniem oczy.

— Posada aurora dostarcza ci zbyt mało wrażeń, Anderson?

Auror wzruszył ramionami i podrapał się, raczej bezwiednie, po nosie.

— Trzeba czerpać nieograniczoną ilość przyjemności z życia, prawda? — odparł, jakby było to najbardziej oczywistą kwestią na świecie i wyszczerzył do Caractacusa rząd prostych, lekko pożółkłych zębów.

Właściciel sklepu zlustrował Andersona znudzonym spojrzeniem i odszedł w kierunku jakichś niskich szuflad, otwierając je kolejno, lustrując pobieżnie wzrokiem ich zawartość i na powrót je zamykając z nietęgim wyrazem twarzy.

— W biurze względny spokój? — zagaił raczej ze znudzeniem Caractacus, wątpiąc, aby Anderson, nawet przy swojej kolosalnej głupocie, wyjawił mu coś znaczącego.

Anderson wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć, że nie dzieje się nic specjalnego, jednak zamiast tego z jego ust wypadło gorzkie zażalenie:

— Szef nie próżnuje. Zawala nas tonami roboty, no naprawdę, jaki normalny człowiek wytrzymałby taki nawał obowiązków, jaki aurorzy muszą przy nim znosić?

— Przykro mi — odpowiedział półgębkiem Caractacus, brzmiąc, jakby wcale nie było mu przykro, niemalże przewracając na drugą stronę zawartość jednej z szuflad.

Anderson pokiwał z przejęciem głową.

— Rozumiem, że wojna z mugolami to dla nas wielki problem, no ale powiedzmy sobie szczerze, po cóż to organizować jakieś głupie akcje obronne? Ostatnio szef rozstawia nas na lewo i prawo po placówkach mających wpływ na zdrowe funkcjonowanie magicznej społeczności. Podejmuje jakieś śmieszne warty w jakichś głupich „punktach kulminacyjnych", jak to nazywa, ale gdyby mugole wtargnęli sobie, ot tak, gdzieś na ulice magicznego świata, czy pod rezydencje porządnych obywateli, szef mógłby się równie dobrze napchać tą swoją, bezwartościową ochroną, słowo daje.

Caractacus przechylił głowę niczym sęp obserwujący żerujące stado hien, gdy zerkał przez ramię na młodego aurora.

— No co też nie powiesz? — zamyślił się, marszcząc czoło.

Anderson, chyba po raz setny, wzruszył ramionami i wyszczerzył zęby.

— Głupie, nie? — prychnął, zaglądając sprzedawcy przez ramię. — Co takiego pan tam wygrzebał?

Caractacus Burkes uśmiechnął się ostro jak wierzchołek lodowej góry i podał klientowi zakorkowaną fiolkę z przesypującym się w środku, szarym, mętnym proszkiem.

— Cudo nad cudami — ożywił się nieznacznie Caractacus wchodząc w swój dryg sprzedawcy. — Najlepszy towar na rynku, Anderson. Odlecisz tak bardzo, że świat zacznie ci pulchnieć w oczach. Oczywiście, przyjemności swoje kosztują...


-VVV-


Draco przez całą przemowę aurora zgrzytał wściekle zębami, ale to wybuchowy temperament Hermiony uaktywnił się w końcowym rozrachunku.

— Ty durnowata ofermo! — ryknęła niespodziewanie młoda kobieta, niemalże wprawiając tym kilka osób w stan zawałowy. — Chodziłeś tam po środki odurzające!

Anderson zerknął niepewnie w stronę milczącego, wyglądającego jak posąg zawistnego, greckiego boga Harry'ego.

— Cóż... — zaciął się auror, oblizując nerwowo górną wargę. — Każdy radzi sobie tak, jak może.

— Ty przeklęty kretynie jeden!

Harry, wciąż nie reagując w żaden porywczy sposób na słowa Andersona, posłał Hermionie znużone spojrzenie - miał wrażenie, że dopiero co rozpoczęli to absurdalne posiedzenie, a już był tym całym cyrkiem poważnie zmęczony.

— Nie zdzieraj sobie gardła, bo nikogo tym nie poruszysz — rzucił dość chłodno; dłonie byłej przyjaciółki trzęsły się jak w gorączce. Jej oczy płonęły jak średniowieczne stosy, gdy skierowała na niego swój wzrok.

— Harry, ten idiota...

— Słyszałem, co zrobił — przerwał jej nadzwyczaj spokojnym głosem jak na istną nawałnicę, która szalała w jego żyłach. — Co nie uprawnia cię jeszcze do zmieniania tego zebrania w igrzyska wyzwisk. — Harry przeniósł wzrok na twarz Andersona, którego policzki płonęły niezdrową czerwienią. — Czy mogę ufać, że skończysz z tymi bezcelowymi wypadami na Nokturn? — zwrócił się do aurora, a ten uniósł głowę i spojrzał na swego szefa z popłochem w oczach. Skinął głową raz, potem drugi; coś bardzo wyraźnie zadręczało jego umysł. Anderson przełknął ślinę i uciekł wzrokiem, błądząc spojrzeniem po pomieszczeniu jak poszczute zwierzę.

— Jestem zwolniony, czy tak, szefie? — zapytał, potykając się o słowa, na co Amelia poruszyła się niespokojnie i wbiła oczy w swe krzyczące kolorem paznokcie.

Harry z trudem powstrzymał się od przewrócenia oczami.

— Czy ja ci, na Morganę, powiedziałem, że cię zwalniam? — warknął, nie potrafiąc opanować irytacji, która zakradła się do jego głosu, podporządkowując pod siebie jego tonację. — Powiedziałem, że masz dożywotni zakaz zbliżania się na odległość mniejszą niż piętnaście metrów do lokalu Borgina i Burkesa.

Anderson zadrżał, jakby go zdzielono po głowie.

— Szefie, nie mogę, w przyszłym tygodniu mam odebrać...

Jedno, lodowate jak sam środek oceanu spojrzenie Harry'ego uciszyło głupi sprzeciw aurora. Mężczyźnie oklapły ramiona, a wzrok zdawał się stracić na ostrości.

Harry oddałby wszystko, aby przez moment odsunąć od siebie całe to kuriozalne zebranie i zniknąć gdzieś w odmętach wszechświata - rozbić się w powietrzu jak bańka mydlana, rozszczepić, rozdzielić na komórki, na atomy i zniknąć, rozlatując się po różnych częściach kosmosu jak gwiezdny pył. Odetchnął głębiej, starając się myśleć logicznie i spójnie, ale jego umysł zamknięty pomiędzy zmęczeniem a irytacją wcale nie był skory do współpracy.

— Zróbmy półgodzinną przerwę — mruknął, odsuwając się od stołu, czując na sobie zaskoczone spojrzenie Dracona (przerwa w zebraniach nie była czymś, za czym odpowiadał się Antoniusz - twierdził on bowiem, że to, co raz zaczęte, musi być w ciągłej linii doprowadzone do końca). — Spotkamy się w tym samym miejscu.

Jego aurorzy z ulgą przyjęli wieść o odpoczynku od twardego siedziska i wbijającego się w kręgosłup oparcia, z drugiej strony stowarzyszenie Antoniusza wlepiało w niego cielęce spojrzenia - ich stary lider nigdy nie postąpiłby w ten sposób, ale Harry nie zamierzał czegoś wprowadzać w życie tylko dlatego, że tak po nim oczekiwała większość. Wstał z miejsca, ignorując marszczącą nos McGonagall, gotów odejść, gdy drobna dłoń zacisnęła się na jego nadgarstku.

Pośród szurania krzeseł, cichych pomruków i jawnych słów ulgi, Harry usłyszał swoje imię wypowiadane przez te czerwone jak krew usta, przez ten głos skowronka. Zielone oczy napotkały wzrok Snape'a wkrojony w młodą, niemal dziecięcą twarz - dziewczyna patrzyła na niego z czymś tak czystym i tak szczerym, że przez moment zapragnął wyrwać swój nadgarstek z uchwytu jej palców i uciekać - biec, póki nie skończy się ląd, póki się nie złamią kości.

Przez moment - krótki jak mrugnięcie powiek - zdawało mu się, że dziewczyna ma mu do powiedzenia coś ważnego, coś niesamowicie istotnego, coś, z czym czekała przez cały ten czas, coś, co nie powinno, bądź nie mogło czekać już dłużej.

Po chwili to wrażenie minęło, gdy Katrina uśmiechnęła się tym swoim słodkim, cukierkowym uśmiechem niewinności nieskalanej, a jej oczy zamigotały szczęściem jak morskie latarnie pośród ciemnego oceanu.

— Tęskniłam — odezwała się cicho, wstydliwie spuszczając wzrok, zupełnie nie przypominając w tym siebie, więc Harry zdusił w sobie odruch przewrócenia oczami i pochylił się, żeby przelotnie pocałować jej skroń.

— Cieszę się, że nic ci nie jest — wyszeptał Katrinie do ucha, a kąciki jego warg drgnęły, gdy dostrzegł szeroki, rozanielony uśmiech rozlewający się po jej twarzy jak słoneczne światło.

— Co to za akty rozpieszczania dzieci? — usłyszał tuż obok pełen ironii głos Dracona.

Harry wyprostował się, wyplątując swoją dłoń z uścisku dziewczyny i ukrył własne rozbawienie za uprzejmym zainteresowaniem, na co Draco nie dał się nabrać, oczywiście, i prychnął szyderczo, przewracając oczami.

— Ile razy mam powtarzać, że nie jestem... — zaczęła swą stałą litanię Katrina, wyrywając ostatecznie cichy, tłumiony śmiech z piersi Harry'ego.

Zielonooki machnął na dwójkę tych diabłów wcielonych dłonią i oznajmił, że musi się przewietrzyć.

Opuszczając pomieszczenie, czuł na swoim karku łaskotanie spojrzenia odznaczającego się dużo większą intensywnością, niż wzrok Katriny kiedykolwiek byłby w stanie wskrzesić.


-VVV-


Stojąc nad tym samym jeziorem, nad którym zwykł przesiadywać wieki temu w ciepłe, upalne dni lata, czuł, że drapieżnik, którego wpuścił na to terytorium, zbliża się do niego powoli na miękko ugiętych łapach.

Czuł za swoimi plecami stąpającą coraz bliżej obecność, ale nie odwrócił się, aby spojrzeć jej w oczy - wzrok utkwił w muskanej wiatrem powierzchni jeziora, która przesuwała się z synchronicznością nadmorskich fal przybrzeżnych.

Kark mrowił, jakby intensywność wzroku, który przykleił się mu do pleców jak jesienny, przemokły liść była w stanie przeniknąć pod skórę, podrażnić mięśnie kryjące się pod spodem.

Miękkie kroki ucichły - być może mógłby uchodzić za kogoś, kto nie zdaje sobie sprawy z tego cichego zajścia od tyłu mrocznej bestii o oczach bezdennych jak studnia, gdyby nie silne napięcie jego mięśni grzbietu, mięśni ramion.

Poczuł gładki ruch powietrza, zanim wąskie wargi przylgnęły do jego ucha - spodziewał się chłodu, ale jego oddech był ciepły i wskrzesił kaskadę dreszczy, które rozsiadły się po jego kręgosłupie niczym wróble okupujące grzędę.

— Czekasz na mnie. — To ewidentnie nie było pytanie. Słowa odbiły się od jego czaszki jak kauczuk.

Harry nie odpowiedział; zielone oczy nieprzerwanie tonęły w zagłębiach jeziora.

Mężczyzna go okrążył - czuł doskonale każdy powiew poruszonego przez jego szatę powietrza - i zatrzymał się u jego boku. Harry spodziewał się rozkazu - stanowczego „spójrz na mnie", a może jeszcze czegoś innego, może chłodnych palców na skórze i podbródka przesuwanego siłą, może polecenia migoczącego w oczach - wiedział, że byłby w stanie go zrozumieć, że byłby w stanie go rozszyfrować nawet bez słów.

Mężczyzna zatrzymał się u jego boku, wpił oczy w ten sam punkt na horyzoncie i milczał.

Woda w jeziorze przesuwała się pod siłami wiatru, ich szaty łopotały nieznacznie, plącząc się wokół nóg, uderzając o łydki.

Harry'emu to milczenie nie przeszkadzało, nie tak bardzo, jakby chciał.

— Jest wami zauroczona — przerwał ciszę, po kilku długich, ciągnących się jak guma minutach, Snape; Harry oderwał oczy od horyzontu i spojrzał w tę nieruchomą, kamienną twarz zastygłą niczym odlew pośmiertny.

— Kto? — wyrwało się z jego ust, zanim zdążył się zastanowić, po czym pokręcił głową z politowaniem dla samego siebie i dodał cicho: — Twoja córka, oczywiście.

Snape nie patrzył na niego, na jego twarzy - w kącikach oczu - pojawiły się nikłe zmarszczki i Harry obserwował ich linie, jakby były bliznami - trwałymi i nieusuwalnymi, przyspawanymi do twarzy jak ból.

— Chciałbyś, abym ją od siebie odsunął? — zapytał; jego głos nie drżał tak bardzo, jak myślał, że będzie.

Czarnooki uśmiechnął się ponuro, a serce Harry'ego zamarło na tę jedną chwilę, bardziej przerażone własnym pytaniem, niż jego odpowiedzią. Ich oczy spotykały się jak zgubione ptaki odnajdujące się nawzajem na falach przestrzeni. Snape patrzył na niego posępnie, a potem zerknął na jego drżące palce, zanim Harry w popłochu schował je za plecy (jakby znowu byli uczniem i nauczycielem, jakby przyłapany na szkolnych korytarzach po ciszy nocnej czekał z oklapłymi ramionami na otrzymanie ostrej reprymendy oraz kolejnego, bezlitosnego szlabanu); czarne oczy pochwyciły zieleń jego spojrzenia i zawiązały ją w jakiś niepojętych pętach - Harry próbował, ale nie potrafił odwrócić wzroku. Czerń zbliżyła się na jedną, krótką jak uderzenie serca chwilę, a Harry odniósł wrażenie, że kamień utknął mu w gardle jak kłamstwo.

— Byłbyś w stanie to zrobić? — zapytał Snape - jego głos podchodził pod szept - tak wątły, jakby był szmerem jesiennych liści pod ich stopami - Harry musiał się bardzo wysilić, aby zrozumieć poszczególne słowa.

Otwierał i zamykał usta (jego wargi drżały w przerażeniu, które musiało odzwierciedlać się w jego źrenicach, bo uśmiech, jakim poczęstował go Snape był jednym z tych mrocznych, zapomnianych koszmarów, których sądził, że pozbył się na wieki wieków), oddychał trochę chwiejnie, a mężczyzna pokiwał głową, jakby nie istniało nic będącego w stanie go zaskoczyć.

— Tak myślałem — wymruczał pod nosem, odsuwając się i odwracając głowę w stronę przeźroczystego jak szkło jeziora.

Harry odczuwał przemarzającą chęć, aby zacząć się bronić.

— Ona... ona ma piętnaście lat — powiedział trochę słabo, nienawidząc się za gardłowe brzmienie własnego głosu i przygryzł dolną wargę prawie do krwi.

Z ust Snape'a wydobyło się cyniczne prychnięcie, odwrócił się ku niemu i wyciągnął rękę. Harry wzdrygnął się, gdy kciuk i wskazujący palec uniosły mu głowę za podbródek; jego serce szamotało się pod mostkiem jak zraniony ptak. Uciekł wzrokiem, jak przerażony dzieciak i zaczął przeklinać siebie samego w myślach: Gryfon... — ironiczny głos w jego głowie, który powoli odbierał mu zmysły, pozbawiał możliwości logicznego myślenia, był ostry i kłujący i wpił się w jego serce jak drzazga.

— Naczelniku...

Śmieszne. Jego głos brzmiał słabo nawet w jego własnych uszach, jakby się rozpadał, jakby był domkiem z kart, który Snape może przewrócić jednym oddechem.

I zrobił to. Zniszczył jego bariery, jakby uważał, że ma prawo.

— Miłość nie pyta się o wiek, dziecko.

Przerażenie roziskrzyło się przed jego oczami jak błyskawica. Harry się starał, ale nie był w stanie zatrzymać gardłowego, roztrzęsionego śmiechu, który brzmiał makabrycznie nawet dla niego samego - Harry miał ochotę zamknąć go w próżniowym pokoju i uciekać, uciekać jak najdłużej i jak najdalej od swoich własnych słabości.

— Czyżbyś dawał mi swoje błogosławieństwo? — spytał poprzez nieprzyjemny śmiech, czując, jak jego ciało zaczyna drżeć - starał się to opanować, ale szybko odkrył, że nie był w stanie - trząsł się jak od dotyku syberyjskiego śniegu na skórze.

Snape patrzył i oceniał - zawsze tylko patrzył (i widział - przerażenie w oczach jak kamień ciągnący na dno topielca, jak kula u nogi), palce Harry'ego drżały jak w febrze, a potem całe dłonie, kiedy ten nagły atak przeniósł się na ramiona jak plaga, Harry pomyślał, że jest zgubiony.

Chłodne dłonie chwyciły jego nadgarstki i przytrzymały trzęsące się ręce; Harry przełknął ciężko, mając wrażenie, że w jego gardle rozpostarł swoje pnącza ostrokrzew.

— Być może — rzekł Snape z rozmysłem, z ostrożnością, Harry spojrzał na niego z przerażeniem, nie potrafiąc tego ukryć, nie potrafiąc zatrzymać - to nie była odpowiedź, jakiej się spodziewał. Pokręcił głową, wgapiając się w Snape'a wielkimi oczami i zaprzeczył bezgłośnie, cały czas zaprzeczał.

— Nie... nie mogę — wydyszał słabo, tracąc kontrolę nad własnym oddechem, prawie się dusząc. — Wiesz przecież, że nie mogę. Ja... my... Merlinie, dzieli nas prawie dekada. To jest...

— Nie możesz, czy się boisz? — zapytał cicho mężczyzna, sprawiając, że szpik jego kości jak lodowatą peleryną opatulił szron.

Harry miał sucho w gardle, wlepił w mężczyznę niedowierzające spojrzenie, zastanawiając się, czy nie śni, czy jeśli raz jeszcze zamknie i otworzy oczy, to mężczyzna rozpłynie się jak fatamorgana.

— Snape... — wymruczał przez wyschnięte gardło.

— Czego się boisz? — zapytał mężczyzna przeciągając kciukiem po linii jego szczęki.

Harry'emu kręciło się w głowie. Odtrącił dłoń Snape'a, kręcąc nieświadomie głową.

— Przestań, nie mogę tego słuchać — wyrzucił z siebie, jakby plunął i odsunął się krok od mężczyzny, oddychając jak po maratońskim biegu. Jego oczy wpatrywały się w czystym szoku w wypełnioną niezachwianym spokojem, nieruchomą twarz mężczyzny. Przełknął ciężko ślinę, mając wrażenie, że ta utkwiła mu boleśnie w gardle. — Katrina nie jest dla mnie, a ja nie jestem dla niej. I nawet nie próbuj... nie waż się insynuować...

Mężczyzna odwrócił głowę, spoglądając w lekko drżącą taflę jeziora.

Przez moment obaj milczeli - Snape z oczami utkwionymi w zielonkawej wodzie, Harry wpatrzony w jego twarz z przerażeniem, które nie pozwalało się odtrącić.

— Nie przeszkadza mi to tak bardzo, jak powinno — odezwał się po chwili milczenia Snape, obserwując drobny mech osiadły na brzegu jeziora. — Zrobisz z tym, co uważasz.

Czarne oczy osadziły się na jego twarzy jak ciężar; Harry poczuł, że blednie - chłód otoczył jego skórę z leniwą ospałością, a potem Snape odwrócił się i odszedł w stronę zamku, pozostawiając po sobie lodowate zimno ogarniające serce i wspomnienie czarnookiego spojrzenia osadzonego w młodszej twarzy o delikatniejszych rysach, tak podobnego do jego własnego.

Harry wypuścił wstrzymywane nieświadomie powietrze i pozwolił swoim powiekom opaść. Jego serce drżało jak przerażony gołąb.


-VVV-


— Nie wiedziałem o waszej rozmowie.

Tak, nie wiedziałeś. A ja nie kwapiłem się, aby komukolwiek się z niej zwierzać. Ta nowa myśl, która zakiełkowała w moim umyśle posadzona słowami Severusa Snape'a była zbyt chwiejna, zbyt świeża, abym czuł się wówczas na siłach, aby z kimkolwiek się nią dzielić.

To było niczym uderzenie młotem - usłyszenie tego wszystkiego z jego ust, ta milcząca zgoda jarząca się w jego czarnych oczach jak wieczorna gwiazda - i nie wiedziałem, co powinienem z tym wszystkim uczynić, miotałem się jak dziecko zagubione we mgle, znów tak mały i podszyty tchórzem, głupi, głupi Gryfon. Znowu pałętasz się po nocy po korytarzach zamku, Potter? Dwadzieścia punktów od Gryffindoru. Byłem podniesiony na duchu i rozkojarzony, i przerażony jednocześnie, a wszystko to przez kilka trafnych słów Snape'a, które (jak zwykle) uderzyły dokładnie tam, gdzie powinny, jakby mój umysł był tarczą do gry, a słowa mężczyzny, po którym Katrina nosiła swe nieziemskie oczy, były lotkami, raz, dwa, trzy - trafiające bezpośrednio w samo centrum tarczy i wpijające się w nią jak pijawki.

— Wobec tego to przez Snape'a byłeś wówczas w takim stanie, w jakim byłeś?

Sądzę, że na mój stan wpływało kilka czynników. Ale tak, można powiedzieć, że był on jego główną przyczyną, Malfoy.


-VVV-


Kiedy wkroczył do pomieszczenia, jego oczy nieświadomie odnalazły piętnastoletnią, gładką twarz, która zdawała się rozpromienić na jego widok jak promień słońca na wiosnę. Zielonooki miał ochotę schować twarz w dłonie.

— ...o, jesteś Harry! — Z lekkiego otępienia wyrwał go doskonale znajomy głos. — Właśnie opowiadałam Malfoyowi o tym, jak torturowała mnie jego ciotka.

Harry otrzeźwiał na tyle, by spojrzeć spod byka na Hermionę.

— Jezu, kobieto, twoja zawiść mnie przeraża — wyszeptał, nie ufając brzmieniu własnego głosu (Snape wiedział - trochę zbyt długo wpatrywał się w jego grdykę bladą jak śnieg).

Szare oczy osiadły pomiędzy jego brwiami jak kurz, puste, obojętne - Harry miał ochotę walić głową w mur.

— Daj spokój, Harry — odezwał się czystym jak kryształ, niemal leniwym głosem Draco. — Przyznaję, jest wiele rzeczy, które są w stanie mnie zranić, ale Granger nie jest jedną z nich — rzucił nazwiskiem Hermiony jak przekleństwem. Jego palce bawiące się kosmykiem włosów Katriny, która patrzyła w twarz Harry'ego, w jego zielone oczy, na jego bliznę o nieregularnym kształcie, na jego kości policzkowe, na jego usta, które oblizał koniuszkiem języka - na niego i nikogo więcej; Harry udał, że tego nie zauważył (ty tchórzu przeklął się w myślach).

Hermiona prychnęła, zakładając pod blatem nogę na nogę i odwracając wzrok ku ścinie - milczący zarzut rozlał się pod jej oczami jak wylewy rzeczne.

Draco porzucił zabawę włosami Katriny i wstał, krzyżując dłonie na piersi.

— Tak przy okazji - jak mogliście, na Morganę, zacząć zebranie beze mnie? — odezwał się z głęboki wyrzutem, przechylając głowę jak bocian wypatrujący w wysokiej trawie soczystej żaby. — Jak mogliście to zrobić?

— To nie tak, że jesteś tu kimś ważnym — odezwała się butnie Hermiona, uśmiechając się ze sztuczną przymilnością do Dracona; mężczyzna spiął się, choć usilnie starał się tego nie okazać, przywołując na twarz znudzony wyraz (ale Harry widział wszystko - widział, że cios osiadł na jego kościach i potrzaskał mostek, starając się dosięgnąć serca).

Mięśnie Katriny drgnęły pod skórą, jakby ten cios był przeznaczony dla niej.

— Jak śmiesz — wysyczała przez zęby piętnastolatka, jej onyksowe oczy zalśniły jak oczy Snape'a pośród rozbłysku zielonego zaklęcia i Harry'emu zrobiło się niedobrze. — Jak możesz, ty niewdzięczna...

— Niewdzięczna? — weszła jej w słowo Hermiona, śmiejąc się tak ciężko, jakby jej głos ważył tonę. — Ja jestem niewdzięczna? Z jakich powodów sądzisz, że powinnam okazywać ci wdzięczność ty zapatrzona w siebie, głupia...?

— To ciekawe, że Harry ma większy szacunek do swojego starego, szkolnego wroga, niż do szkolnej przyjaciółki — zaszczebiotała Katrina, brzmiąc jak dziecko (którym była, była); Harry poczuł, że kręci mu się w głowie - jego imię w jej ustach brzmiało jak słowo podczas nabożeństwa. — Nigdy nie zrozumiesz, dlaczego Harry nas przyjął, dlaczego nas zaakceptował, nigdy nie zrozumiesz, dlaczego wybrał nas, a nie ciebie, bo jesteś ślepa i nie dostrzegasz prostych rzeczy. My jesteśmy prawdziwi w tym, co robimy, jesteśmy oddani...

Mój boże, to brzmi jak uwielbienie — pomyślał z nagłą paniką Harry, starając się oddychać regularnie i głęboko (dlaczego, na bogów, to takie trudne?). — To ja zwariowałem, czy świat oszalał?

— To ja go odnalazłam, to ja go odszukałam — ciągnęła dalej z pasją Katrina, nie wiedząc, jaki zamęt wprowadza do jego umysłu — i nie kłamałam co do tego, kim jestem - a on mnie przyjął, tak zwyczajnie, bez oporów, wyciągnął do mnie rękę, tak samo, jak do Dracona, więc uszanuj jego decyzję i...

Harry nie usłyszał nic więcej, bo pisk w jego uszach stał się nie do pohamowania; odwrócił się gwałtownie i zwymiotował pod swoje nogi, na własne buty, na swoje dłonie, tak drżące, tak blade (migrena pulsowała w jego czaszce jak łzy), zamknął oczy i przełknął ciężko raz, drugi, starając się pozbyć gorzkiego posmaku z ust.

Stojący niedaleko Snape spojrzał milcząco w jego twarz, ale Harry nie podniósł głowy, zaciskając zęby tak mocno, że poczuł ból w szczęce.

Nie wiedział, kiedy palce Katriny sięgnęły jego czoła, by odgarnąć mu włosy z twarzy - wiedział tylko, że ciepła skóra musnęła jego własną jak płomień ognia - odskoczył od nich jak oparzony, częstując ją swoim najbardziej ostrym spojrzeniem, które przeznaczone było w jego profesji dla najgorszych łotrów, jakich posyłał do Azkabanu.

Dziewczyna drgnęła i cofnęła się z popłochem, a Harry pomyślał, że tak jest lepiej, że tak powinno pozostać.

— Nic mi nie jest — warknął i wymruczał zaklęcie, bezróżdżkowo pozbywając się produktów swego żołądka ze skóry i kafelkowej podłogi. — Jeżeli zaplanowaliście sobie zmarnowanie mojego czasu, który poświęciłem temu zebraniu na bezcelowe przepychanki, to, do diabła, skończmy to spotkanie i zabierajcie się stąd, bo naprawdę nie mam siły dłużej na was patrzeć — jego oczy przemawiały chłodem, kiedy wbijał w Katrinę wzrok niczym szpilę, a ona zmartwiała i zagryzła dolną wargę (Harry musiał odwrócić wzrok - jego żołądek znowu zaczynał się buntować).

Dyskutujące ze sobą po kątach głosy ucichły, a wszystkie spojrzenia skierowały się na niego - Harry ledwo panował nad własnym oddechem, ale obawiał się, że jeśli jego zdrętwiałe nogi postawią choćby jeden krok, runie jak długi na chłodną ziemię.

Cichy szelest szaty, zawirowanie cieni pod jego stopami i Snape, który wyłonił się zza jego pleców jak widmo. Harry uniósł na niego swe puste oczy pokryte szronem jak tarczą - mężczyzna nic nie powiedział, tylko podniósł dłonie do jego twarzy - chłodne palce przylgnęły do jego czoła i karku (zielone oczy przymknęły się z ulgi).

— Jesteś w stanie podgorączkowym — mruknął, zabierając dłoń z jego karku i dotykając wierzchem długich palców rozgrzanego policzka; zielonooki musiał się mocno skupić, aby pojąć znacznie jego słów.

— Nic mi nie jest — powtórzył Harry, czując, jak mdłości na powrót ogarniają jego ciało jak przędza.

— Dziecko... — westchnął Snape - zielonooki czuł to westchnienie aż po szpik kostny.

Kilka osób zesztywniało; jeśli do tej pory nie było cicho, teraz równie dobrze mogli się znajdować w izolatce - żaden szmer nie zakłócił przestrzeni tego niewielkiego pomieszczenia. — Merlinie, jak na filmowej klatce na mugolskim ekranie — pomyślał słabo Harry.

Mężczyzna zdawał się zreflektować, bo jego czarne oczy oderwały się od jego własnych i potoczyły groźnie po twarzach zebranych.

— Dokończymy to czarujące spotkanie jutro rano. — Jego głos przeciął powietrze jak brzytwa.

Steward wyglądał, jakby zamierzał wykłócać się z Naczelnikiem, ale ostatecznie nikt nie okazał sprzeciwu (całkiem możliwe, że miało to coś wspólnego ze spojrzeniem, które rzuciły mu czarne oczy Naczelnika).

Wzrok Snape'a na moment spoczął na twarzy swojej córki, lecz po chwili oderwał się od niej jak plaster na otarcia i mężczyzna pochwycił Harry'ego za ramię - zielonooki przypuszczał, że jego protest może być sygnałem dla pozostałych do buntu, więc zagryzając wnętrze policzka, sztywny jak kij od szczotki, pozwolił wyprowadzić się dłoniom byłego profesora z pomieszczenia i poprowadzić w dół korytarza.

Palce czarnookiego mężczyzny wpasowały się w zagłębienia jego kręgosłupa jak modelina, Harry oddychał: wdech, wydech, wdech, Morgano, zaraz się uduszę, wydech.

Słowa, słowa, jak wiele znaczą słowa Snape'a? Musi słyszeć jego oddech, musi go słuchać, tak nienaturalny, kontrolowany, napędzany jego świadomością: wydech, wdech, wydech; a umysł, co z umysłem, zawsze potrafił zagnieździć się w mojej głowie jak insekt, co jeśli właśnie to robi, a może mnie kontroluje, o Merlinie, a co jeśli...

— Potter, oddychaj. — Jego ciche słowa odbiły się od ściany i potoczyły jak lawina w górę i w dół korytarza; cienie zaczęły szeptać: oddychaj, oddychaj, oddychaj.

Grunt pod jego stopami był miałki jak piach.

— Nie wiem... nie wiem, co się ze mną dzieje — wyszeptał Harry, dotykając skroni opuszkami palców (dłoń Snape'a zacisnęła się na jego ramieniu ze stanowczą siłą). — Co się ze mną dzieje? Powiedz mi, co się...

Snape zatrzymał się, obrócił go ku sobie; czarne oczy omotały jego twarz jak płócienna kurtyna, Harry przełknął głośno ślinę.

— Nie jestem pewien. — Nie spodziewał się odpowiedzi - była ona zaskoczeniem, jakiego nie przewidział. Czarne oczy zmrużyły się, długie, blade palce musnęły jego skroń. — Chyba majaczysz.

— Maja...

— Wyczerpanie daje o sobie znać — kontynuował Snape, jakby go nie słyszał.

— Nie jestem wyczer...

— Przemęczasz się i to wystarcza.

— Gdzie...

— Do Skrzydła Szpitalnego. Po eliksir na wzmocnienie organizmu. I przeciwgorączkowy — rzekł Snape, przykładając spodnią część dłoni do jego rozpalonego czoła i marszcząc przy tym wąskie brwi. — Przeciwgorączkowy najpierw, zdecydowanie.

Jego palce były tak przyjemnie chłodne - jak szkło, jak lód, jak kra.

Zbliżające się do nich, pospieszne kroki zadudniły w korytarzu jak werble, zalały Harry'ego jak fala gorąca.

— Co mu jest? — usłyszał zlękniony głos Katriny jeszcze zanim ją zobaczył - rozsypane po piersiach włosy, zmrużone w niepokoju oczy utkwione w jego twarzy, pomarszczone czoło i napięcie osiadłe pomiędzy brwiami jak rosa.

Źródło przyjemnego chłodu zniknęło tak nagle, że Harry wydał z siebie jęk zawodu.

— Nie — wyrzuciły z siebie jego struny głosowe niemal bez udziału jego woli. Jego dłonie zaczęły szukać cudzych rąk. — Zimne — odezwał się na wydechu, jakby to cokolwiek wyjaśniało.

Ku jego ogromnemu zdumieniu źródło przyjemnego chłodu powróciło, obejmując z delikatnością jego policzki (jakby jego twarz była wyrzeźbiona w szkle, w porcelanie); westchnął ciężko z nieskrywanej ulgi.

— Gorączka — usłyszał gdzieś nad sobą mamrotanie Snape'a, chłodne palce zsunęły się na jego szyję i odpięły kilka górnych guzików jego szaty. — Katrino, wracaj do sali i powiedz McGonagall, że przyda się nam na noc para łóżek. Zapytaj, czy moje stare kwatery są obecnie w czyimś użytku.

— Ale ja...

— Idź i zapytaj — przerwał jej Snape; jego oddech połaskotał skórę Harry'ego jak pióro.

— Mogłabym...

— Nie. — Głos Snape'a zabrzmiał nieomal jak za dawnych czasów, kiedy karcił plączących się po korytarzach uczniów, odejmując innym domom niż Slytherin cały różaniec punktów, jakby spodziewał się, że dzięki niemu Gryffindor wyjdzie na minus - kompletnie poza skalę. — Proszę cię, zrób, co mówię.

Katrina, jak się zdaje, przez moment się wahała, bo kiedy Harry pozwolił sobie na przymrużenie powiek, wsłuchując się w szum krwi we własnych uszach, wciąż tam była - jak majak senny, jak drżący cień na otynkowanej ścianie; zamknął oczy, kiedy zaczęły piec (pod powiekami widział serię barw - trochę jak fajerwerki - czerwony, pomarańczowy, zielony rozbłyskały mu przed oczami jak iskry - Harry bał się tylko tego ostatniego - rozlewał się na źrenicy jak plama trucizny) nie od razu usłyszał oddalające się kroki. Jego skóra chłonęła zimno cudzej skóry jak absorber (wszystko na świecie dąży do równowagi — mruczał do niego głos jego matki gdzieś w głębi umysłu).

— Morgano, czy jestem obłąkany? — zapytał jedynie w swojej głowie, ale jego usta poruszały się, jakby wyrzucały słowa - krótką chwilę zajęło mu zrozumienie, że jednak odezwał się, jednak wypchnął to z głębi głosowych strun, jednak powiedział na głos to, co chciał zachować jedynie sobie.

Dłonie Snape'a opuściły jego policzki, ramiona popchnęły w głąb korytarza.

— Wszyscy jesteśmy w mniej lub w bardziej większym stopniu szaleni — wyszeptał głos w jego głowie, a może wcale nie w jego głowie, był zbyt żywy i brzmiał jak coś, co odwiecznie czuwa przy jego umyśle, jego głębia wciągała, wciągała, wciągała i Harry zastanawiał się, czy nie traci świadomości.

— O mój... — wymamrotał, mając wrażenie, że tonowy ciężar osiadł mu na języku jak pióra, klejąc się do warg, do podniebienia - Harry z trudnością przełknął ślinę. Zapach Snape'a pozostał mu w nozdrzach, jakby przykleił się do jego skóry, jakby osiadł między palcami, zatopił się w kotlinie obojczyków. — Dlaczego to robisz? — Słowa wymknęły się z jego ust jak oddech. Już kiedyś zadał to pytanie (zdawało mu się, że było to wieki temu - gdzieś daleko, gdzieś w innej rzeczywistości). — Dlaczego to...

— Już nic nie mów, Harry — przerwał mu Snape głosem intensywnym jak płomień - jego imię prześlizgnęło się pomiędzy jego językiem a podniebieniem jak słodka, gorąca czekolada. Zielonooki zadrżał, a jego powieki opadły i uniosły się jak otwierające się korony kwiatów w reakcji na słoneczne promienie.

— Powtórz to — powiedział niczym w transie, nie zastanawiając się nad tym, co mówi.

Snape przystanął, a Harry omal nie potknął się o jego nogi. Korytarz falował mu przed oczami jak morska woda - a czarnooki nią pachniał, pachniał nadmorskim powietrzem, pachniał letnią bryzą i chłodem oceanu - pachniał wolnością. Czarne oczy skupiły się na jego twarzy, a wysokie czoło zmarszczyło się jak karta suchego pergaminu - zdawało mu się, że jego sylwetka wyostrzyła się jak w kadrze aparatu, podczas gdy wszystko wokół, całe, niepotrzebne tło stało się niewyraźne, nieostre, rozmyte. Harry cofnął się - nieco chwiejnie - i zacisnął powieki, starając się odegnać głuchy szum z własnych uszu, starając się skupić na rzeczywistości, odnaleźć tu i teraz, ale świat nie przestawał się kręcić, nawet gdy miał zamknięte oczy.

Merlinie, co ty wygadujesz, idioto — zganił się w umyśle młodszy czarodziej, przeklinając swój długi język, swoją gorączkę, swój ból głowy, jakby dopiero teraz uprzytomnił sobie, co właśnie powiedział.

Harry zamrugał, pisk w jego uszach wzrastał, a jego oczy otwierały się szeroko, szeroko, jeszcze szerzej.

— O bogowie — wyrwało mu się przez zdrętwiałe usta; jego wzrok z przerażeniem spoczął na czarnych oczach, tak głębokich, milcząco obserwujących każde drgnięcie jego twarzy. — Przepraszam, nie wiem, dlaczego...

Snape uciszył go jednym, krótkim gestem dłoni.

— Jesteś niemożliwy — wąskie wargi drgnęły w cynicznym uśmiechu, podbródek uniósł się, gdy Snape wychylał się w stronę niższego ciała, jego oddech połaskotał wrażliwą skórę za uchem młodszego maga — Harry — zamruczał gardłowo wprost do jego ucha i zaśmiał się jak potwór skryty w cieniach, gdy zielonooki wciągnął łapczywie powietrze, a jego mięśnie zadygotały spazmatycznie pod jego skórą. — Na granicy trzeźwości umysłu jesteś dosyć zabawny — przyznał przyciszonym głosem Snape, zaplatając chłodną dłoń wokół jego nadgarstka i ciągnąc jego ciało poprzez korytarz. Zielonooki miał wrażenie, że wstępują do jakiejś wysokiej jaskini, której ściany zaciskają się na ich ciałach coraz bardziej i bardziej.

— Dlaczego? — wymamrotał Harry, przygryzając dolną wargę aż do krwi.

— Dlaczego co? — zapytał Snape, czarne oczy zerknęły na niego z oceną. — Dlaczego to robię?

Zielonooki pokręcił głową, uciekając wzrokiem gdzieś w kierunku zbliżającej się do niego ściany.

— Dlaczego mnie nie nienawidzisz?

Snape przystanął i spojrzał na niego - wyraźnie czuł na swojej twarzy ciężar jego wzroku.

Harry przestąpił nerwowo z nogi na nogę - zupełnie jak wtedy, gdy jeszcze był dzieckiem i przy sprzątaniu potłukł ulubiony wazon ciotki Petunii — głupi, mały darmozjadzie.

Czarne oczy obserwowały go jak oczy jakiegoś jadowitego węża i Harry odczuł niepohamowaną chęć, by się wytłumaczyć.

— Mącę ci w twoim poukładanym życiu, kradnę ci twoją własną córkę, wciągam cię w jakieś durne, bezsensowne organizacje, które większą ilość czasu spędzają na idiotyzmach i wykłócaniu się nawzajem między własnymi członkami, nie dochodząc tym samym do niczego błyskotliwego, zawracam ci głowę, chociaż, Merlin nam świadkiem, po ubiegłej wojnie zasłużyłeś na chwilę świętego spokoju, wkraczam prosto w paszczę mugolskich centrali i pozwalam się zaciągnąć w kozi róg, przez co stawiam na ciebie wszystkie moje karty, oczekując, że mnie stamtąd wyciągniesz, choć, na bogów, nie musisz, oczywiście, że nie musisz...

Snape wpatrywał na niego bez mrugnięcia, przyglądał mu się z uwagą, jakby kalkulował i wyciągał wnioski. Chłodny kciuk przemknął po skórze ściskanego nadgarstka jak deszcz; wargi Harry'ego zadrżały jak fala dźwiękowa.

— Mącisz mi w moim życiu — przyznał cicho mężczyzna, przechylając głowę jakby w zastanowieniu.

— Właśnie — zgodził się Harry, skinąwszy głową.

— I zabierasz mi moją córkę wprost sprzed nosa — ciągnął; zielonooki oblizał nerwowo wargi.

— Otóż to — przyznał przyciszonym głosem, odgarniając z oczu kilka kosmyków czarnych włosów.

— No i przyciągasz mnie do jakiś durnowatych stowarzyszeń dyskusyjnych — dodał aksamitnym głosem Snape.

Harry pokiwał głową.

— Nie inaczej — odpowiedział z niemałą satysfakcją, że Snape nareszcie przejrzał na oczy.

— A potem muszę ratować twoją sławetną głowę z opresji, ponieważ jak zawsze pchasz się bezmyślnie w najgłębszy ogień i utykasz pośród niego jak wykałaczka w zębach. — Snape pochylił się nad nim, aby uchwycić jego spojrzenie; czarne oczy migotały jak kamienie szlachetne.

— Nic dodać, nic ująć — skinął głową zielonooki.

Wąskie usta mężczyzny drgnęły jak tafla wody po naruszeniu jej końcówką patyka ściskanego w dłoni. Wolną dłoń uniósł do jego twarzy, by podłożyć kciuk i palec wskazujący pod chudy podbródek Harry'ego.

— Posłuchaj mnie uważnie, dziecko, bo to, co powiem, jest niezwykle ważne — wyszeptał czarodziej - jego oczy migotały jak gwiazdy. — Możesz robić głupstwa. I popełniać błędy. Możesz oddawać się czynnościom, które osobiście uznałbym za stratę czasu i niepomierną głupotę. Możesz wpadać w największe bagno i wyczyniać niepojęte dla mnie rzeczy, ryzykując swoim zdrowiem i poczytalnością umysłową. — Czarne oczy zdawały się przysunąć jakoś bliżej; hipnotyzowały one Harry'ego jak słowa przepowiedni. — Ale nigdy, absolutnie nigdy, się od ciebie nie odwrócę, rozumiesz mnie?

Harry próbował podejść do jego słów z każdej możliwej strony, za każdym razem spotykając jakiś wierzchołek górskiego szczytu, jakąś barierę - im bardziej starał się ją ominąć, tym bardziej zdawała się ona nieprzekraczalna. Przesunął koniuszkiem języka po zębach, starając się ze wszystkich sił zebrać myśli.

— Ze względu... — Nagle odpowiedź błysnęła mu przed twarzą jak płomień świecy. — Ze względu na swoją córkę — dopowiedział usatysfakcjonowany, że udało mu się odnaleźć ścieżkę wiodącą w kierunku zrozumienia.

Snape warknął gardłowo jak rozjuszone zwierzę, palce podłożone pod jego podbródek zacisnęły się na nim jak szczypce homara.

— Ze względu na ciebie, ty głupie dziecko! — wycedził mu prosto w twarz; Harry zachwiał się - jego błędnik zdawał się odmówić współpracy.

Pokręcił głową - raz, a potem drugi - zdawało mu się, że jest w samym środku jakiegoś obłąkanego snu.

— Nie — stwierdził stanowczo, rad, że gorączka nie przyćmiewa mu oczu. — Na pewno nie.

Snape wyglądał, jakby miał ochotę wznieść oczy ku niebu, ale ostatecznie tego nie uczynił, tylko odwrócił się i zaciskając jeszcze mocniej dłoń na jego nadgarstku, poprowadził go w stronę Szpitalnego Skrzydła.

Usta Harry'ego drgnęły w nikłym, zwycięskim uśmiechu, skinął głową w pochwale dla własnej spostrzegawczości, która - mimo iż zaburzona jego marnym stanem - wciąż była źródłem całkowicie niezastąpionym; oblizał koniuszkiem języka suche, gorące wargi.

— Na pewno nie — powtórzył przed samym sobą, obserwując załamanie cieni na wysokim, zamkowym suficie.


-VVV-


No cóż, przyznaję, trochę odleciałem.

— Tylko trochę?

Byłem w malignie, człowieku, czego ty się spodziewasz po ludziach? Ciesz się, że w ogóle pamiętam tę rozmowę. Jak na dwa stopnie gorączki, jak to później zdiagnozowała Parkinson, byłem nadzwyczaj przytomny, nie możesz się nie zgodzić.

Snape mógłby mnie równie dobrze wyprowadzić z zamku i uprowadzić, a ja nawet bym się nie zorientował, tak podejrzewam. Jak teraz o tym pomyślę, to zadziwiające, że szedłem o własnych siłach - korytarz kręcił mi się w oczach jak kalejdoskop, słowo daję.

— Za wiele wrażeń naraz?

Za wiele wrażeń?

Tak, być może.


-VVV-


Kiedy Snape wyprowadził z pomieszczenia Harry'ego, Draco w pierwszym odruchu, zerwał się z miejsca, gotów biec za nimi - szare oczy utkwione były w niedomkniętych drzwiach niczym w światło na końcu głębokiego tunelu.

Zatrzymały go drobne, dziewczęce dłonie zaciskające się mocno na jego ramionach.

— Pozwól, aby mu pomógł — usłyszał koło siebie dźwięczny głos Katriny.

Niepokój zastąpiła kotłująca się w ciele frustracja - szare oczy łypnęły na dziewczynę, a ramię samoistnie szarpnęło, uwalniając się spod uścisku jej palców.

— Tak, wiem, to twój przeklęty ojciec — burknął, mrużąc oczy wlepione w młodszą twarz z głębokim podirytowaniem — ale przyjmij do wiadomości, że nie ufam mu ani na jotę, a już na pewno nie zaufam mu w kwestii Harry'ego.

Katrina, niezłomna jak zawsze, niezrażona jego opryskliwością, chwyciła jego napiętą dłoń w swoje delikatne palce.

— Czy mi również nie potrafisz zaufać? — zapytała, świdrując go spojrzeniem, które zawierało w sobie niemą prośbę.

Jej pytanie nie odwiodło Dracona od jego zamiaru wybiegnięcia za Harrym ani na jotę - odwrócił się od dziewczyny, przemilczając swą odpowiedź i zabierając, dosyć szorstko, dłoń z uścisku jej palców, ruszył w stronę wyjścia.

— Ja pójdę — usłyszał za swymi plecami nieco podniesiony, kobiecy głos; przystanął niezdecydowany i spojrzał przez ramię w czarne, migoczące czymś, czego nie potrafił zinterpretować, oczy. — Ja pójdę — powtórzyła spokojniejszym głosem Katrina, zbliżając się do niego w kilku, drobnych krokach.

Draco odwrócił się w stronę młodej dziewczyny; wahanie musiało być wyraźne w jego szarych oczach - Katrina uśmiechnęła się z łagodnością wiosennej bryzy, odgarniając kosmyki brązowych włosów ze swej pogodnej twarzy jaśniejącej optymizmem na przekór wszelkim przeciwnościom losu.

— Nie martw się o niego tak bardzo — zaśmiała się cicho. — Podejrzewam, że jeśli powiem, że Harry jest w dobrych rękach, zabrzmię niedorzecznie, ale wiedz, że naprawdę mam to na myśli.

Wymijając go, Katrina zacisnęła lekko palce na jego dłoni, a Draco przez moment naprawdę starał się uwierzyć jej słowom - że zagrożenie pod postacią Severusa Snape'a, Naczelnika obecnych rządów, nigdy nie istniało, że ten czarnooki szatan rządzący ich krajem nie jest nikim, kogo powinni się bać.

Naprawdę się starał.


-VVV-


Moje wspomnienia z tamtego dnia są nieco zamglone. Pamiętam zapach sterylności i blade ściany ambulatorium. Pamiętam biel wirującą przed moimi oczami, jakbym siedział w centrum karuzeli, która obraca się wokół mnie w zawrotnym tempie, oscylując po orbicie, jakbym był słońcem, a połacie bieli planetami wirującymi koliście, gdzie okiem sięgnąć.

Był tam również Snape, choć wolałbym, aby zniknął, rozpłynął się pośród tej bieli i nie powracał; ale był tam - czarna plama na tle alabastru. Przystanął nad moim łóżkiem i czekał z niepokojącą cierpliwością, aż Parkinson przestanie krzątać się wokół. Nie potrafię powiedzieć, kiedy dokładnie odeszła - w jednej chwili wisiała nade mną jak sęp, tak szybko lawirując różdżką nad moim ciałem, że pociemniało mi przed oczami, a w następnej już jej nie było i pozostaliśmy jedynie my dwoje - ja: plama bieli wtapiająca się w tło i on: kleks czerni wybijający się pośród standardów. Dźwięki ciszy odbijały się od ścian z siłą, która dzwoniła mi w uszach jak Bombarda. Chyba musiał to widzieć - moją niechęć do milczenia - bo przechylił głowę, przez co mój błędnik zwariował i zaczął przedstawiać mojemu umysłowi obraz rzeczywistości ruchem wirowym, i powiedział tak cicho, że teraz, z całkowitą trzeźwością umysłu, nie jestem do końca pewien jego słów:

Im mocniej ją kochasz, tym bardziej ją od siebie odrzucasz.

Przeklęty Snape i jego przeklęta spostrzegawczość...