Ostrzeżenia: wulgaryzmy


Rozdział 23

Dzieci ziemi nieserdecznej

.

Lucjusz nalał sobie whisky do literatki i spojrzał z chłodem w oczach na młodego, barczystego mężczyznę kręcącego się niespokojnie pod ciężarem jego wzroku, starając się nie uśmiechać na widok iskier strachu plączących się zgubnie w jego źrenicach - dobrze było zobaczyć, że po tych kilku latach od czasu przegranej, jaka spadła na ugrupowanie, za którym odpowiedział się podczas Drugiej Wojny Czarodziejów, wciąż jest w stanie wzbudzać lęk w sercu drugiego, słabszego, niższego społecznie człowieka. Przyglądał się przez chwilę, milcząco jasnowłosemu młodzieńcowi, upijając niewielki łyk mocnego, złotego płynu kołyszącego się między szklanymi ściankami naczynia, pozostawiającego ostry posmak na języku. Starszy czarodziej położył elegancko jedną dłoń na poręczy masywnego, rustykalnego fotela i oparł się wygodnie o jego zagłówek. Kiedy uśmiechał się z wymuszoną uprzejmością do ssącego w nerwowym tiku dolną wargę młodzieniaszka, czuł się niemal tak, jak wówczas, gdy ze swego dumnego, nienaruszalnego (jak mu się wówczas zdawało) miejsca w Wewnętrznym Kręgu, spoglądał wyniośle, nieco cynicznie na niższych rangą Śmierciożerców.

— Myślałem — odezwał się łagodnie Lucjusz, obracając szkło w dłoni — że poprzednim razem udało ci się przeniknąć do biura Pottera. Czy nie raportowałeś całkowitego powodzenia naszych planów, stary przyjacielu?

Siedzący na kanapie obitej w zamszowy materiał, młody czarodziej wzdrygnął się i spuścił wzrok na własne dłonie, bezwiednie tarmoszące fałdę tworzącą się na ewidentnie za dużej, workowatej, brunatnej szacie.

Żenujące — pomyślał Lucjusz, prostując kręgosłup i ściągając łopatki - ten młody nieudacznik, to totalne bezguście bez klasy i własnego stylu, zaczynał go przyprawiać o irytację tętniącą w czaszce jak migrena.

— No... myślałem, że moja pozycja praktykanta w Biurze Aurorów jest czymś stuprocentowo pewnym, ale... sytuacja uległa zmianie i...

— Sytuacja — powtórzył Lucjusz, mówiąc ciszej, jakby ostatkiem sił powstrzymywał się od gwałtownego wybuchu lodowatej furii — uległa zmianie?

Młodszy mag zawahał się i rzucił Lucjuszowi niepewne spojrzenie, zanim błyskawicznie nie odwrócił oczu ku ścianie.

— No... tak — zająknął się młodzieniec, oddychając nieco chwiejnie. — Pan... pan Potter, jak się okazuje, nie jest skory do przyjmowania nowych pracowników w... w obecnej sytuacji politycznej.

Lucjusz skrzywił się, jakby połknął kwasek cytrynowy, czując się, jakby jego frustracja miała za moment zgęstnieć tak bardzo, że przy odrobinie czarnej magii byłby w stanie uformować z niej odrębny, osobny byt żyjący samoistnie.

— Powiedziałeś — wycedził Lucjusz przez zaciśnięte zęby — że to jest pewne, byłeś o tym święcie przekonany, a teraz nagle mi mówisz, że to były tylko twoje wygórowane przewidywania?

Czarodziej pobladł i wsunął się głębiej w siedzisko kanapy, jakby była ona bastionem, który mógłby go uratować przed chłodną wściekłością starszego Malfoya. Lucjusz w tym czasie zginał i prostował palce, jakby liczył na to, że podobne działania będą w stanie rozładować kumulującą się w nim białą gorączkę - kostki palców strzykały jak iskry zimnych ogni.

— Sądziłem — kontynuował przyciszonym głosem — że ten symbol — Lucjusz poruszył sugestywnie lewym ramieniem, wpijając w młodego maga migoczące niczym sztylety oczy — jest czymś, co nas solidaryzuje. Czymś, dzięki czemu staniesz na głowie, aby pomóc rozwijać się naszym wspólnym celom, podczas gdy ty, głupi, szczeniacki małolacie, wszystko, co czynisz, robisz po łebkach, nie przynosząc nam najmniejszych korzyści. Myślałem, że mamy naszego, zaufanego, kompetentnego szpiega w samym centrum Wydziału Przestrzegania Prawa, zaaklimatyzowanego w Biurze Aurorów jak domowy kocur, podczas gdy ty przychodzisz do mnie z wieścią, że przeklęty Potter nie jest skory do przyjmowania nowych pracowników? — przedrzeźniał młodego mężczyznę Lucjusz i resztkami zdrowego rozsądku powstrzymał się od splunięcia mu pod nogi - to z pewnością nie byłoby czynem na miarę rodowitego arystokraty; szare oczy przeszyły twarz swego rozmówcy jak zaklęcie torturujące. — I co ja teraz — wycedził przez zęby — błyskotliwy geniuszu, przekażę Naczelnikowi? Że nasz informator nie potrafi wkraść się w łaski Harry'ego Pottera? Że nasz człowiek w Ministerstwie Magii spoczywa na laurach i jest dla nas całkowicie bezużyteczny? A może — szare oczy rozbłysły mściwą satysfakcją — sam mu to przekażesz, co?

Młodszy czarodziej zadrżał i spojrzał w twarz Lucjusza z paniką, której nawet nie potrafił ukryć; szarooki prychnął w zdegustowaniu dla okazywania podobnych słabości.

— Ja... — Mężczyzna przełknął ślinę, wyraźnie starając się nie okazywać, jak spięte są jego ramiona. — Ja postaram się wszystko naprawić.

Lucjusz uśmiechnął się chłodno i pokiwał głową.

— Och, oczywiście, że się postarasz — powiedział cicho - z jego głosowych strun wyciekał szron, który sprawił, że jego rozmówca zadrżał jak człowiek pod wpływem potężnego bodźca stresowego. — W przeciwnym wypadku szepnę Naczelnikowi słówko na temat twojej cudownej siostrzyczki. Ma na imię Helen, czy tak?

Czarodziej pobladł jak ściana, a następnie zzieleniał i zaczął przełykać w ekspresowym tempie. Pokręcił głową, jakby odganiał się od roju komarów i (zacinając się jak zgrana płyta) wyjęczał tak błagalnie, że Lucjusz momentalnie poczuł do niego głęboką odrazę:

— Proszę... proszę nie ingerować w... codzienne życie mojej rodziny, ja... może pan na mnie liczyć, zrobię... zrobię wszystko, aby służyć pomocą... złożę powtórne podanie, będę się ubiegał o każde, nawet najbardziej uwłaczające stanowisko, znajdę sposób, aby dotrzeć do Harry'ego Pottera i wyciągnąć z niego to i owo, tylko proszę nie nakładać sankcji na Helen, ja... bardzo pana proszę.

Lucjusz prychnął i uśmiechnął się niczym kojot.

— W obecnej chwili nie zależy nam na samym Harrym Potterze.

Młodzieniec zamrugał skonsternowany i zapatrzył się tępym wzrokiem w uśmiechniętą twarz Lucjusza przez kilka sekund przypominającą upiorną, halloweenową maskę.

— Nie? — zapytał niemal z przerażeniem. — Ale mówił pan...

— Zależy nam na obserwacji Biura Aurorów, nie Harry'ego Pottera. Umiesz jeszcze rozdzielić te dwie rzeczy, czy przyspawałeś je w swoim głupim, tępym umyśle do siebie nawzajem? — zapytał niemal z kurtuazją w głosie Lucjusz, popijając powoli chłodną whiskey.

— Biuro Aurorów — powtórzył młodzieniec, po czym skinął nerwowo głową i przetarł dłonią zaczerwienione policzki. — No tak, Biuro Aurorów, oczywiście. Oczywiście.

Lucjusz pokręcił z politowaniem głową, po czym machnął dłonią na młodego czarodzieja.

— Wobec tego idź już — warknął, tracąc nim zainteresowanie, kierując wzrok na szklankę pełną migoczącego złotem trunku. — I lepiej dla ciebie, byś nie wracał bez dobrych dla nas wieści, stary przyjacielu.


-VVV-


Harry pozwolił, by Parkinson wlała mu do gardła całą fiolkę eliksiru przeciwgorączkowego, ale pokręcił głową, gdy do jego nozdrzy dotarła woń eliksiru Słodkiego Snu (tę migoczącą fioletem ciecz poznałby wszędzie - choćby był na granicy samoświadomości, choćby stracił zmysł powonienia). Parkinson - co nieco wyprowadziło go z pantałyku - bez słowa odstawiła fiolkę na przyległą do łóżka szafkę (choć w głębi duszy był gotów przeprowadzić z nią zażartą kłótnię o własne potrzeby wyższego rzędu), po czym odwróciła się i ulotniła z szybkością wiatru, zaciągając z jazgotem ciężkie kotary, poplamione jakąś niezidentyfikowaną mazią, wokół jego posłania. Starał się oddychać regularnie - przez kilka chwil nawet mu się udawało, w każdym razie, póki nie zerknął w bok i nie odkrył, że Snape jak stał koło łóżka, na którym on sam legł niczym ścięty z nóg, tak stoi nadal, przyglądając mu się z głębokim rozmysłem, jakby był wyjątkowo rzadkim składnikiem jakiegoś zmyślnego wywaru - Harry przez moment miał szaleńczą ochotę nałożyć sobie kołdrę na głowę i wymamrotać buntowniczo w rozgrzany materac, żeby czarnooki demon wiszący nad nim jak przekleństwo, poszedł zająć się własnymi sprawami i (z łaski swojej) zostawił go samemu sobie. Zielonooki, przeklinając własną, wybujałą wyobraźnię, odgonił z umysłu niepotrzebne wizje, zamknął oczy i pozwolił swojej głowie bezwładnie opaść na materac.

Naczelnik poruszył się; Harry uchylił powieki i prześledził położenie jego cienia - jedynie na podstawie tej szarej masy, do której nie dociera światło, wywnioskował, że mężczyzna przykucnął przy wezgłowiu szpitalnego łóżka. Ciało młodszego mężczyzny napięło się w niemym oczekiwaniu.

Racjonalność wracała falami - trochę jak światło przetaczające się leniwie poprzez cienie: najpierw sączące się pojedynczym strumykiem, później wzbierające z każdą, kolejną minutą. Jego wyobraźnia przestała pokazywać mu świat niczym w obróconej rzeczywistości, niczym w krzywym zwierciadle - wszystko, cała otaczająca go materia, powoli zaczęła nabierać odrębnego, sensownego znaczenia - być czymś konkretnym, uosabiać coś, pokazywać coś więcej, niż bezkształtne plamy czerni, bieli i koloru.

Snape milczał przez dobre pół minuty - Harry czuł na skórze jego wzrok, który drażnił jego nerwy jak żerujący na nich pasożyt, modląc się do jakiś niewiadomych bóstw, aby ten niebezpieczny drapieżnik czający się na jego sumienie zniknął gdzieś w czeluściach świata, rozpłynął się jak dym, jak woda wsiąknął w podłoże i przepadł na wieki.

— Nie sądziłem, że na moją cichą zgodę, mówiącą, że ty i Katrina, że wy... — zaczął wypowiadać raptowne, ciche zdanie mężczyzna, by moment później zamilknąć, jakby starał się odnaleźć odpowiednie słowa, po czym najwyraźniej porzucił ponawianie własnych, uprzednich sugestii, bo, jak gdyby nigdy nic, rozpoczął układanie własnej wypowiedzi od nowa jak przewinięta do tyłu, mugolska płyta. — Nie sądziłem, że zareagujesz tak gwałtownie.

Harry nie odezwał się, wpatrując się, nie widząc, w zarysowaną terakotę pokrywającą podłogę ambulatorium; w uszach słyszał szaleńcze dudnienie własnego, przestraszonego niby dziecko zagubione we mgle, serca.

Czarnooki czarodziej obserwował go zza kurtyny ciemnych jak węgiel włosów - młodszy mag wyraźnie czuł intensywność jego spojrzenia ciążącą na jego kościach policzkowych jak porażenie prądem.

— Nie wiedziałem, że poczujesz się tak... niekomfortowo — podjął Snape, nie doczekawszy się żadnej reakcji. — Gdybym wiedział...

— To co? — Chłodne słowa wyrwały się z gardła Harry'ego bez udziału jego woli. Zacisnął powieki, starając się zatrzymać rosnącą skokowo frustrację, ale ona nie odchodziła - zagnieździła się w jego ciele z zawziętością kobry. — Miałbyś na uwadze moje zdrowie psychiczne? Daj spokój — prychnął Harry, nie będąc w stanie powstrzymać potoku cierpkich słów wylewających się z jego gardła — ośmielę się stwierdzić, Naczelniku, że moje rozkojarzenie jest ci nawet na rękę, czyż nie? — Zielonooki raptownie zagryzł wargi, by nie powiedzieć czegoś więcej; jego żywe serce kotłowało się w jego piersi jak tlen w zamkniętej, szczelnej szklarni - nie był w stanie w dalszym ciągu powstrzymywać własnych emocji - ich istny huragan domagał się uwolnienia, gotów uderzyć w każdą przeszkodę z destrukcyjną siłą.

Powietrze wokół nich zdawało się zgęstnieć, zielonooki niemal czuł ciężar jego objętości wzbierający w zagłębieniach obojczyków, przyklejający się do twarzy jak lepik na muchy, osiadający na powiekach jak kurz.

— Potter, spójrz na mnie — odezwał się z mocą Snape; suchość jego głosu sprawiła, że krew odpłynęła z twarzy zielonookiego niczym morska woda sterowana siłami księżycowymi. Jego głos był jak zaklęcie drążące dymiącą dziurę w piersi - Harry wmawiał sobie, że to dziwne uczucie odrealnienia wszystkiego wokół nie jest bezpośrednio związane z jego obecnością, ale im dłużej czuł na sobie przenikliwość tych czarnych, tak niebezpiecznie znajomych oczu, tym słabiej w to wierzył. Snape był jak senna mara - przychodził i odchodził, pojawiał się, raz poza jawą, raz na jawie, przynosząc ze sobą cienie, które kleiły się do jego sylwetki, oplatały go, wrastały w niego jak odwieczne przekleństwo. Niewiadomy znak interpunkcyjny, pytajnik, który ukrywał wszystkie odpowiedzi za maskami - cynizmu, spokoju, opanowania - Harry patrząc na niego, nie wiedział co jest prawdą, a co jednym, wielkim, rozlewającym się jak plama krwi na białej, otynkowanej ścianie, łgarstwem.

Jednego nie można mu było odmówić - Snape potrafił wywalczyć sobie niemal wszystko własnymi słowami, potrafił twardo postawić na swoim; a teraz patrzył na niego tymi swoimi głębokimi jak ocean oczami z kategorycznością, która potrafiła zranić.

Zielonooki zacisnął zęby i całą siłą woli powstrzymał się od spełnienia tego pełnego natarczywości rozkazu - to wcale nie było tak łatwe, jak mogłoby się wydawać.

Cóż, mężczyzna, jak można się było spodziewać, uznał to za osobistą obrazę. Pochylił się nad nim jak gradowa chmura i Harry nic nie mógł poradzić na to, że raptownie wstrzymał powietrze.

Patrz na mnie — wysyczał mężczyzna, brzmiąc jak wcielenie ognia piekielnego - zupełnie, jakby Harry znów miał szesnaście lat i spoglądał z rosnącą trwogą na jego różdżkę, wycelowaną wprost we wciąż bijące, żywe i czujące serce Albusa Dumbledore'a, na szał nienawiści kotłujący się w czarnych oczach jak gangrena - rozpętujący w umyśle młodszego maga prawdziwe tornado sprzecznych uczuć. Jego usta zadrżały niemal konwulsyjnie, powietrze, które pochwycił pomiędzy wargi, zdawało się lepkie i klejące jak pajęcza sieć. — Nie ma na świecie silniejszej mocy od ludzkich przyrzeczeń. A ty, dziecko, z całkowitą świadomością własnych słów, oznajmiłeś, że się mi poddajesz.

Słowa jak uderzenie - padły na jego duszę i szarpnęły zakończeniami nerwowymi, lokując się dokładnie tam, gdzie ich sens zabolał najbardziej.

W oczach Zbawcy Ode Złego zakręciły się łzy tłumionego gniewu, ale zignorował je, jak potrafił najmocniej i odwrócił się gwałtownie na materacu, który ugiął się płytko pod ciężarem jego ciała, wpadając spojrzeniem - niczym pociąg pospieszny do ciemności tunelu - wprost w te głębokie, bezkresne studnie (zielone oczy błysnęły gniewnie jak gromy i wwierciły się w czerń z niepoprawną intensywnością).

— Czy istnieje jakakolwiek szansa na to, byś przestał postrzegać mnie jako dziecko? — Gardłowe pytanie wylało się z jego ust niczym cichy zarzut i zawisło między dwójką magów jak mżawka.

Snape, który właśnie otwierał usta, by wypowiedzieć kolejne słowa, które miały zaciążyć na ciele Harry'ego jak ból, zamarł, jakby niespodziewanie został ogarnięty paraliżem. Młodszy mag spoglądał w milczeniu, jak źrenice mężczyzny niemal niedostrzegalnie rozszerzają się, połykając zlewające się z nimi tęczówki, ich czerń zdawała się wezbrać na intensywności; Snape patrzył na niego z czymś tak czystym i tak mrożącym krew w żyłach, że na kilka, krótkich chwil młodemu mężczyźnie zabrakło tchu.

Być może przyznając, że Harry nie jest już naiwnym, bezczelnym nastolatkiem, za jakiego Snape uważał go przez wszystkie lata jego szkolnictwa, za bardzo wyrównałby ich piedestały - postawiłby ich na tych samych szczeblach, przyrównał do siebie ich pozycje w społeczeństwie. Zielonooki rozumiał - to pytanie miało o wiele więcej znaczeń niż jedno oczywiste, rozumiane wprost. Jego słowa zdawały się uaktywnić wrodzony instynkt Snape'a - potrzebę walki o własną rangę. Położenie ich stanowiska na równi, notowanie ich tą samą miarą było czynem, którego ten rządny władzy czarodziej nie ścierpiałby nigdy (to ja jestem Naczelnikiem tego kraju — słowa Snape'a odbiły się od wnętrza jego czaszki jak powracające echo starej klątwy).

Zastygły w bezruchu mężczyzna przywodził mu na myśl rzeźbę wykutą w lodzie - poza biegającymi jak dzikie konie oczami: Snape przyjrzał się uważniej cieniom osiadłym na skórze Harry'ego jak krucze pióra, wargom drżącym w nieopamiętaniu, oczom ciskającym w jego twarz płomieniami chłodu. Czerń jego źrenic ślizgała się po jego twarzy jak po lodzie, jakby szukała szczelin w lodowatej frustracji opatulającej jego umysł jak tarcza, przez które mógłby przedrzeć się do jego myśli, przepłynąć między nimi jak woda, odszyfrować wszelkie intencje. Wreszcie ich oczy ponownie się spotkały - spojrzenia pochwyciły się jak zagubione ptaki na połaciach wiatru.

Przykucający koło materaca Snape, oparł długie, blade palce prawej dłoni o rozgrzaną pościel, czarne oczy rozbłysły jak diamenty.

— Gdybyś przeżył tyle, co ja — wyszeptał czarodziej, niemal nie poruszając przy tym wargami; głębia jego głosu sprawiła, że Harry omal nie zadrżał z wszechogarniającego zimna. Odetchnął głęboko, czując, że jeszcze moment i wybuchnie z siłą erupcji wulkanicznej.

— Gdybym to ja przetrwał tyle, co ty? — powtórzył drżącym głosem, starając się pochwycić w palce resztki opanowania i nie potrafiąc. — Śmiesz ze mnie żartować? Ty... nie masz nawet pojęcia...

— Nie mam? — przerwał mu Snape. Jego głos był niczym podmuch mroźnego, zimowego powietrza. Harry skrzywił się i zagryzł dolną wargę, nie umiejąc dłużej spoglądać w tę ziemistą, pociągłą twarz. Opierająca się o jego kołdrę dłoń opuściła swój posterunek i sięgnęła jego twarzy; wskazujący palec naparł na jego brodę, wymuszając ponowny kontakt wzrokowy. — Wytłumaczmy sobie coś, Potter — odezwał się powoli mężczyzna, przeciągając niemiłosiernie sylaby, jak to czynił jedynie wówczas, gdy pasja gniewu zaślepiała mu oczy. Harry odniósł wrażenie, że własne serce podjeżdża mu wysoko pod gardło. — Twoje życie można uznać za luksus, na który sobie nie zasłużyłeś. Ludzie patrzą na ciebie i widzą bohatera, którym nie jesteś, którym nawet nie poczuwasz się być, prawda, Potter? — zaszydził Snape, uśmiechając się przy tym lodowato (jakby wiedział, że ma rację; on rozumie — zakołatało się w głowie Harry'ego - niepokój napłynął do jego głowy jak wspomnienie). — Tyle że życie nie zawsze będzie biec po twojej myśli, głupi dzieciaku, zrozum to wreszcie. Przyznaję, że to ty, nikt inny, w ostatecznym rozrachunku doprowadziłeś do wygranej w Drugiej Wojnie Czarodziejów, ale wiesz, co sądzę? Myślę, że powinieneś wreszcie przestać zaprzątać swoją sławetną głowę ciągłą walką, niekończącą się wojną i zacząć żyć, Potter, żyć własnym życiem i pozwolić, aby tym razem to inni czarodzieje zajęli się polityką i bitwami, i ochroną magicznej społeczności, i przypisami prawnymi, i tym, na litość Morgany, abstrakcyjnym, obłąkańczym konfliktem zbrojnym z mugolami. Czy nie odnosisz wrażenia, że zrobiłeś już wystarczająco wiele? Czy nie jesteś już tym wszystkim zmęczony? — Snape pokręcił z niejakim politowaniem głową; jego wskazujący palec nacisnął niemal boleśnie na podbródek zielonookiego młodzieńca, gdy ten, przygryzając dolną wargę, spuścił wzrok, starając się uspokoić własne nerwy. — Tak, Potter, jesteś dzieckiem, ponieważ nigdy nie dałeś sobie bodaj cienia szansy, aby dorosnąć!

Nie dałem sobie... — wymamrotał Harry, prychając jak rozjuszone zwierzę, zanim w jego piersi nie zaczął wzbierać głęboki śmiech, przepełniony cynizmem jak jadem, który, jakkolwiek bardzo starał się go zatrzymać, wypadł z jego ust niczym przekleństwo.

Chłodna dłoń pochwyciła w silny uścisk jego podbródek, sprowadzając Harry'ego brutalnie do pionu - Harry zajrzał w jarzące się jak gwiazdy, migoczące jak stal oczy; śmiech utonął w jego gardle szybciej, niż uformował się na jego ustach.

— Posłuchaj — wyszeptał Snape; czarne oczy zapłonęły jak latarnie morskie pośród ogromu ciemnego oceanu — jeśli myliłem się co do ciebie i tak naprawdę nie potrafisz nawet dostosować się do zmieniającego się nieustannie świata, jeśli nie potrafisz pogodzić się z własnym życiem i popłynąć z prądem, to jesteś skończony. Ponieważ właśnie w taki sposób można wszystko przetrwać, przeżyć: dostosowując się. To jest jedyny sposób.

Harry wpatrywał się w twarz czuwającego nad nim jak dementor mężczyzny, który z szelestem obsydianowej szaty zmienił swą pozycję (robiąc to chyba całkowicie bezwiednie) i zamiast przykucać przy wezgłowiu jego łóżka, klęczał tuż obok, jakby był z tą postawą oswojony w równym stopniu, co labrador z własną smyczą (zielonooki poczuł posmak żółci na języku).

Gdybym to ja spędził połowę życia na klęczkach, na usługach maniakalnego mordercy — pomyślał mgliście Harry — zapewne też skończyłbym z absurdalną potrzebą osiągnięcia władzy. — Po czym zgnił sam siebie za podobne myśli, wmawiając sobie, aby przestał usprawiedliwiać przeklętego Snape'a i jego chore podejście do świata.

Leżące na jego podbródku palce zwróciły jego twarz wprost w kierunku przeszywających źrenic mężczyzny.

— Cóż się takiego stało, że tak nagle utraciłeś wątek, dziecko? — zaszydził mężczyzna, nie wiedząc najwyraźniej, jak wielka gula stanęła w gardle Harry'ego jak ość. Czarne oczy utonęły w zielonych. — Czyżbyś zrozumiał, że mam bezsprzeczną rację? — zapytał cicho Snape; Harry, czując liźnięcie magii na własnym, wytrąconym chwilę temu z pantałyku, umyśle, zareagował o sekundę za późno - zrozumiał to, gdy twarz mężczyzny stężała, a jego oczy zdały się pociemnieć, przeistaczając w dwie czeluście niebytu. — Ach...

Zielonooki wstrzymał powietrze, nie potrafiąc oderwać od niego wzroku, jakby ich źrenice były silnymi magnesami o dwóch, przeciwnych biegunach. Ku jego zdziwieniu to Snape był tym, który pierwszy odwrócił wzrok - spojrzał, jakby z lekką konfuzją, na własne kolana stykające się z chłodnym, twardym podłożem, po czym powoli, bardzo powoli uniósł ponownie oczy na Harry'ego. Młodszy mag pobladł, przygotowując się na to, że ostra reprymenda spadnie na niego jak kamień z wysokogórskich szczytów, ale minęła sekunda, a po niej dwie kolejne i nic takiego nie nastąpiło. Zamiast tego kąciki warg Snape'a drgnęły, a jego usta ułożyły się w niebezpiecznym, demonicznym uśmiechu - teraz bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej Harry widział w nim Śmierciożercę, którym kiedyś był - oczy mordercy przyszpiliły go własną intensywnością do materaca.

Palce zaciśnięte na jego skórze z siłą mugolskiej machiny zbudowanej z żelastwa poluźniły się, a miękkie opuszki - jak smagnięcie piórem - z niepojętym dla Harry'ego sentymentem pogładziły miejsca, w które dopiero co wpijały się ze stanowczą brutalnością. Głos Snape'a zabrzmiał miękko, kiedy przemawiał; słowa przesunęły się po skórze Harry'ego jak jedwab.

— Pragnienie władzy jest czymś potężnym, nieprawdaż, panie Potter?

Zielonooki drgnął i w nagłym popłochu, który osiadł pod jego skórą jak dreszcze, wyswobodził swój podbródek z uścisku palców Snape'a, ale te nie odeszły daleko - zatrzymały się na jego policzku, który zapiekł jak powtórnie trawiony gorączką.

— Przestań. — Jego zduszony głos zabrzmiał słabo nawet w jego własnych uszach; Harry ponownie przygryzł dolną wargę, uciekając spojrzeniem gdzieś w bok. — Proszę cię, przestań.

Niezależnie od tego, jak bardzo się starał, nie potrafił uspokoić swojego serca, które podeszło mu niemal pod samo gardło, walcząc z jego oddechem, przygniatając tchawicę.

Snape roześmiał się - jego śmiech był cichy jak deszcz, acz przeszywający jak drzazga - Harry, skulił się jak przemarznięty kundel, czując, jak jego serce migocze w jego piersi niczym skrzydła kolibra.

— Nienawidzę tego — wyrzucił spomiędzy pobielałych warg, nie spoglądając w twarz mężczyzny. Ten mroczny jak cień śmiech urwał się (dzięki Merlinowi) jak po cięciu gilotyną; skóra Harry'ego dygotała pod długimi palcami Naczelnika jak trawiona chorobą.

— Niena...

— Nienawidzę, Naczelniku, nienawidzę — potwierdził na wydechu zielonooki, mrugając ze wzmożoną częstotliwością, aby odegnać zgrozę spod powiek. — Nie potrafię ścierpieć samego siebie w roli sprawującego... władzę nad drugim człowiekiem, ja... zbyt długo i zbyt silnie byłem połączony umysłem z... z nim, żeby teraz... — Harry oblizał nerwowo górną wargę i opuścił głowę. — Po prostu mi tego nie rób. Nie ty.

Snape milczał - cisza, która zapadła po jego słowach zadzwoniła zielonookiemu w uszach jak uderzenie w gong. Młodszy czarodziej przełknął boleśnie ślinę, czując, jak bardzo zaciśnięte jest jego gardło - jego oddech ponownie stał się płytki - świadomość ciążącego na nim, intensywnego spojrzenia tych głębokich jak otchłań, czarnych jak objęcia śmierci oczu wcale nie pomagała.

Długie palce zsunęły się z jego policzka jak struga deszczu.

— Porównujesz mnie do Czarnego Pana... — usłyszał po chwili martwy szept Snape'a, na którego dźwięk dreszcze przemknęły w górę i w dół jego kręgosłupa; momentalnie poderwał brodę i spojrzał z przerażeniem w te niezbadane, niemające granic oczy - bezwiednie zaczął kręcić głową w niemym sprzeciwie, jego gardło momentalnie zdało się wysuszyć na wiór.

— Nie — wychrypiał; świadomość słabego brzmienia własnego głosu sprawiła, że świat ponownie wywinął fikołka. Odchrząknął jak najciszej był w stanie, po czym omal nie zakrztusił się własną śliną. — Nie, bogowie, nigdy bym... — Liczył w duchu na to, że to krótkie zawahanie się nie było aż tak widoczne w dziennym świetle.

Mężczyzna milczał, taksując go oceniającym, pustym jak bezdenna przepaść spojrzeniem.

— Naczelniku... — wydyszał słabo Harry.

Snape wzruszył ramionami - ten gest w wykonaniu właśnie tego mężczyzny wydał się zielonookiemu tak abstrakcyjny, że zaczął się zastanawiać, czy sobie tego nie wyobraził.

— Ja cię nie osądzam, Potter — rzekł najzwyczajniej w świecie Snape, odgarniając kosmyki czarnych jak węgiel włosów ze swego czoła. — Ja jedynie stwierdzam fakt.

Harry odwrócił wzrok.

— Pańska definicja faktów jest przerażająca — wymamrotał, po czym pokręcił głową, starając się odegnać niepotrzebne myśli kołatające się w jego czaszce.

Snape prychnął cicho i wykrzywił wargi w kwaśnym uśmiechu.

— Przerażające, dziecko, to jest twoje postrzeganie mojej osoby — wyszeptał z nagłą pasją; czarne oczy zapłonęły jak rozbłyski słońca na stali nierdzewnej. — Sądzisz, że będę cię zmuszał do zmiany własnych przekonań? Sądzisz, że zacznę je egzekwować siłą? Może wydaje ci się, że z czasem zacznę częstować ludzi Cruciatusami, co? — Snape odetchnął głęboko, jakby starał się opanować własne emocje, po czym pokręcił z politowaniem głową. — Przyjmij do wiadomości, Potter, że ta wojna wcale nie jest mi na rękę - stwarza jedynie szereg uciążliwych problemów. Wyciągam do ciebie pomocną dłoń, a ty przypinasz mi konkretną metkę i obwiniasz, o Merlin wie co...

— O nic pana nie obwiniam — wtrącił raptownie Harry; jego źrenice rozszerzyły się do rozmiarów latających spodków. — Słodka Morgano, jak pan może w ogóle podejrzewać, że ja...

— Znowu kłamiesz, Potter. — Głos Snape'a nie był głośniejszy od szeptu, ale przerwał mu z niebywałą skutecznością - uciął jego słowa w sposób, w jaki najgłośniejsze pokrzykiwania nie dałyby rady.

Harry zamilkł i odwrócił głowę, spoglądając gdzieś w przestrzeń; jego serce skuliło się boleśnie w jego piersi jak zlękniona zwierzyna będąca celem myśliwskich łowów.

Powoli zaciągnął się powietrzem i starając się uspokoić, zatrzymał je na kilka sekund w płucach.

— Zrujnowałeś całe zebranie — odważył się zauważyć Harry, wyrzucając z siebie własne niepokoje na jednym wydechu.

Snape prychnął, jakby miał do czynienia z wyjątkowo tępym, niedojrzałym uczniakiem.

— Nie byłeś w formie, aby go przeprowadzić.

Zielonooki zacisnął zęby i powstrzymał się od pokręcenia głową ze wzgardą ciężką jak głaz spadający z wysokogórskich szczytów.

Mężczyzna przyglądał mu się przez dłuższą chwilę nieodgadnionym wzrokiem (czarne oczy lustrowały jego twarz, jakby doskonale wiedziały, w którym miejscu się zatrzymać, aby wyczytać z jej rysów jak najwięcej), po czym - ze zmęczeniem malującym się na jego twarzy jak pejzaż - spuścił głowę i przyłożył trzy palce do nasady nosa.

— Nie ufasz mi. — To było stwierdzenie oczywistego; brzmiało w jego ustach trochę jak rezygnacja. — Rozumiem. Dziwi mnie, że postanowiłeś zaprosić mnie na dzisiejsze spotkanie.

Harry nie odpowiedział - coś w pustym głosie trwającego przy nim człowieka skutecznie zawiązało jego struny głosowe.

Snape, nie podnosząc na niego wzroku, nie opuszczając dłoni z twarzy, pokręcił głową z niejaką dozą zmęczenia.

— Miałem ci o tym powiedzieć, kiedy zebranie się skończy, ale wylądowałeś tutaj i... — Czarne oczy błysnęły na niego spomiędzy długich, bladych palców. — Sophie Fisher, matka mojej córki, ma... kontakt z naczelnym strażnikiem największego, mugolskiego zakładu karnego, w którym, jak podejrzewamy - ja, ty, cała ta dziwaczna organizacja, w której zebraniu miałem przyjemność uczestniczyć - są więzieni czarodziejscy obywatele.

Harry zastygł w bezruchu, wlepiając w ziemistą twarz Naczelnika spojrzenie rozdarte między niedowierzaniem a prowątpieniem.

— Kontakt z... — powtórzył niejakim otumanieniem zielonooki, po czym potrząsnął głową w gwałtownym szoku, gdy to, co właśnie przekazał mu Snape trafiło do jego świadomości z pełną mocą. — Chcesz mi powiedzieć, że z nim sypia? — wydukał w oszołomieniu Harry; jego oczy mogłyby konkurować na wielkość z galeonami.

Snape prychnął i opuścił dłoń na własne kolana; jego źrenice zapłonęły na moment intensywnym blaskiem.

— To, co z nim robi, jest absolutnie bez znaczenia — powiedział aksamitnym głosem, spoglądając mu prosto w oczy; Harry'ego zemdliło na jedną, niemiłosiernie dłużącą się chwilę, szkarłat wtopił się w jego policzki jak rozlane wino. — Istotne jest to, że najwyraźniej potrafiłaby cię zaprowadzić do więźniów, bądź utworzyć plan placówki, wskazując na nim wiodącą do nich drogę. Sądzę, że byłaby nawet w stanie, swobodnie poruszając się po więzieniu, przekazać uwięzionym jakieś... wieści od ciebie. O ile chciałbyś ich o czymś poinformować, oczywiście. Jeśli zechcesz porozmawiać z Sophie, mógłbym ją do ciebie sprowadzić.

Harry, nie potrafiąc odnaleźć słów we własnym gardle, wpatrywał się w Naczelnika jak bezmózgi idiota, to otwierając, to na powrót zamykając usta.

Snape patrzył na niego oczyma błyszczącymi jakąś silną emocją, której zielonooki czarodziej, jakkolwiek bardzo by się nie starał, nie był w stanie rozszyfrować. Mężczyzna uśmiechnął się do Harry'ego bez rozbawienia i odgarnął z czoła, muskające jego długie rzęsy, ciemne kosmyki włosów. Nie mówiąc nic więcej, wstał i odwrócił się, aby odejść; czarna szata zafalowała jak tchnięta oddechem dementora, jej gładki materiał musnął nadgarstek Harry'ego jak wiatr (lodowate dreszcze przemknęły w dół kręgosłupa zielonookiego młodzieńca).

Snape przystanął w drzwiach i nie odwróciwszy się ku niemu, wyszeptał tak cicho, jakby jego słowa były szmerem letniej bryzy:

— Mam nadzieję, że kiedy wyzwolicie swoich ludzi, będziesz miał o mnie lepsze zdanie, dziecko.

Zwiewna szata zafalowała niczym szarpana powiewami wiatru, a mężczyzna zniknął za drzwiami jak urywający się sen (bezkształtna plama hebanu rozmywająca się w jego źrenicach).

Głowa zielonookiego czarodzieja bezwładnie opadła na łóżko; Harry - czując szaleńczo skaczące w jego piersi serce - schował twarz za ramieniem zarzuconym na czoło.

Robisz mi z mózgu rzadką breję, Snape — pomyślał z mętlikiem w głowie zielonooki. — Tak bardzo chciałbym cię zrozumieć...


-VVV-


Chciałbym żyć w świecie bez zakrętów, w świecie bez barier nie do przeskoczenia, w świecie bez dróg nie do przebycia. Chciałbym rozumieć wszystko jaśniej i szybciej formułować słuszne wnioski - te błędne nigdy nie mają znaczenia. Chciałbym, widząc szczerość, wierzyć w nią bez podejrzeń, bez szukania miliona pułapek i przeszkód. Chciałbym, widząc fałsz, rozpoznawać go jak na dłoni, wiedząc czego nie dotykać, na czym mogę się sparzyć. Chciałbym widzieć prawdę i kłamstwo jak na tacy, leżące przede mną bez przykrycia, nieporównywalne, dualistyczne przeciwieństwa - jak minus i plus, jak noc i dzień.

Tyle że taki już jestem - wychowany na wojnie, dorastający na wojnie, nauczony, by wierzyć jedynie zaufanym. To nie zawsze jest korzyścią, wiecie? Bez względu na to, co mogłoby się wydawać.

Severus Snape był w całym tym chaosie jedną, wielką, czarną dziurą - raz własnymi działaniami doprowadzając do tragedii, innym razem podsuwając nam pod sam nos właściwe tropy i trafne wskazówki, na które, najpewniej, nie wpadlibyśmy samodzielnie.

Co było w tym wszystkim najgorsze?

To, że wyciągając do nas pomocną dłoń, twierdził, iż robi to dla mnie. Tej jednej, drobnej (nieznaczącej można pomyśleć) kwestii nie udawało mi się przeskoczyć.


-VVV-


Parkinson - ku jego ogromnej frustracji - nie wypuściła go ze Skrzydła Szpitalnego, kiedy eliksir zbił nieznacznie jego gorączkę. Nie wypuściła go nawet wówczas, gdy jego temperatura opadła jeszcze niżej i wychodziła zaledwie kilka części dziesiętnych poza normę. Harry, z oczami przyspawanymi do własnej różdżki, którą zaklęciem odmierzał co kwadrans temperaturę własnego ciała, bezczelnie machał jej wynikiem własnego pomiaru przed twarzą, domagając się natychmiastowego zwolnienia.

Nie rozumiesz! Snape jest w zamku. Draco jest w zamku. Muszę...

Będziesz leżał i nie będziesz wstawał, Potter. Marsz do łóżka.

Wodospad szczerej ulgi ogarnął go, gdy Malfoy zawitał w progach ambulatorium, zanim w irytacji nie rozerwał pościeli gołymi rękoma.

Wszedł do sali szpitalnej w obłokach papierosowego dymu i całkowicie zignorował młodą, szkolną pielęgniarkę, której oczy zapłonęły jak kamienie szlachetne, a z ust niemal buchnęła para, gdy rozpoczęła tyradę o bezczelnym zanieczyszczaniu stref ewidentnie przeznaczonych dla osób niepalących.

Kąciki warg Harry'ego uniosły się do góry w szyderczym grymasie, gdy Parkinson, w przypływie gorącego rozdrażnienia, wyrwała spomiędzy palców Dracona jarzącego się papierosa, rzuciła niedopałek pod nogi i przygniotła obcasem z taką werwą, że - jak zielonooki podejrzewał - jej głośny przytup usłyszano nawet piętro niżej.

— Dobrze, że jesteś — odezwał się kilka chwil później Harry, gdy Parkinson ostentacyjnie zaryglowała się w odziedziczonym po Poppy Pomfrey gabinecie, mrucząc coś pod nosem o bezczelności żyjącej nawet w porządnych, przyzwoitych ludziach. Harry odgarnął kołdrę na bok i opuścił nogi z materaca, starając się wygładzić roztrzepane jak po locie na miotle włosy. Draco oparł się wygodnie o framugę wejściowych drzwi i zielonookiemu wydawało się przez chwilę, że ponownie wyciągnie papierosa, nie mając na uwadze zdrowia psychicznego szkolnej pielęgniarki, ale Draco wzruszył jedynie ramionami, obserwując go milcząco ze swego posterunku.

Harry westchnął ciężko i zmusił się, aby spojrzeć w te szare, znajome oczy.

— Tak, tak, wiem — przyznał, krzywiąc się z pogardą dla samego siebie — zachowałem się jak przesadnie reagujący paranoik, któremu cały świat jawi się jako zagrożenie. Zbyt wiele snu przepuściłem, uwierz mi, i odegrało się na mnie w najmniej dogodnym momencie. Ironia losu.

Jedna brew Dracona uniosła się wysoko na czoło, a spojrzenie mówiące ni w pięć, ni w dziesięć: „No co ty nie powiesz?", omotało twarz Harry'ego jak wiązka światła.

Zbawca Ode Złego zmrużył wojowniczo oczy i przymierzył się do tego, by kolejne jego słowa wycelowały w punkt.

— Przypominam, Draco, że to nie ja pozwoliłem się pokiereszować inferiusowi.

Draco wydał z siebie szydercze prychnięcie, jakby jego uwaga wcale go nie ubodła, ale jego ramiona spięły się nieznacznie, kiedy oddawał spojrzenie Harry'ego.

— Masz zamiar powiedzieć mi, co się stało, na bogów? — odezwał się wreszcie jedyny dziedzic Malfoyów - decydując się zadać to pytanie chyba tylko po to, by odwieść Harry'ego od wydarzeń mających miejsce w byłych, prywatnych kwaterach Snape'a - lub raczej w ich mniej uczęszczanej części. — Nie uwierzę, że niespodziewanie dopadła cię niestrawność, wiesz?

Zielonooki przejechał końcówką języka po górnych zębach, zastanawiając się, czy sensownie byłoby teraz powtarzać chore insynuacje Snape'a.

— Gdybyś nie wiedział — mruknął ostatecznie, skupiając się na metodycznym przeczesywaniu włosów palcami — nie spałem wiele przed tym zebraniem. Mimo to musiałem wykrzesać w sobie siłę, aby sensownie je przeprowadzić, znieść niekompetencję Andersona i na domiar złego obecność naszego gościa honorowego. To wystarczająco wiele, by porządnie wyczerpać ostatnie pokłady energii w człowieku.

Draco przechylił głowę jak zaintrygowana surykatka.

— To straszne — powiedział marsowym tonem, na co Harry wywrócił oczami, zastanawiając się, po co podejmuje się tego trudu, aby cokolwiek Draconowi wytłumaczyć.

— Merlinie, zastanawia mnie, czy można osiągnąć jeszcze większy poziom szyderstwa od twojego — prychnął Harry, na co wargi Draco drgnęły w uśmiechu, który ten nieudolnie starał się ukryć za maską powagi.

— Owszem — odparł z nienaturalną dostojnością szarooki — jeśli nosi się abstrakcyjnie śmieszne okulary, ma się na czole paskudną szramę, a na nazwisko ma się Potter.

Harry uniósł brwi, zerkając na Dracona spod brody.

— Aleś ty zabawny — sprostował. — Nauczyłeś się tego od Katriny? Jeśli tak, to przekaż jej, że jest niesłychanie kiepską nauczycielką.

Szatański błysk zamajaczył w szarych oczach Dracona.

— Pewnie ma to po ojcu.

Tym razem nie udało mu się pohamować rozbawienia i Harry parsknął cicho, wymieniając z Draco wymowne spojrzenia.

Szarooki odgarnął z twarzy kosmyk białych włosów i bezceremonialnie zbliżył się do łóżka zajmowanego przez Harry'ego, aby przysiąść na drugim jego końcu.

— Skoro mowa o Katrinie — odezwał się, ważąc słowa na języku, jakby te były towarem usługowym — to, czy mi się już wszystko w głowie pomieszało, czy wraz z nią nie powinna pojawić się Lovegood?

Zielone oczy w zamyśleniu zatrzymały się na przeciągłej zmarszczce znaczącej czoło jego rówieśnika - jego myśli już od dłuższego czasu krążyły wokół tego pytania, nie zatrzymując się na nim, przyjmując, że nie czas na zadawanie pytań - gdy kwestia ta wreszcie została poruszona, poczuł, że jakiś nieokreślony niepokój, którego nie potrafił objąć w słowa, nie pozwala się odegnać w kąt.

Niespodziewanie Draco spojrzał na niego w dużo większym skupieniu i - zapewne nieświadomy własnych czynów - zaczął nerwowo oblizywać wargi.

— Tak sobie myślę... — zaczął, biorąc głęboki oddech, jakby w obawie przed własnymi słowami. — Gdyby Lovegood przytrafiło się coś przekraczającego nasze pojęcie, Katrina... od razu by nam o tym powiedziała, prawda?

Harry poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy.

— Nie bądź głupi. — Cichy zarzut rzucony w stronę Dracona jak kamień. — Nie zataiłaby przecież kluczowych informacji, szczególnie takiej rangi. Ona nie bawi się w Merlina czy jakiegoś monoteistycznego Boga, nie jest taka, jak jej ojciec.

Draco wydął wargi i zaszurał podeszwą jak dzieciak.

— Pomyślałem o tym, bo... — mruknął Draco, spoglądając na pusty, rachityczny stolik nocny przystawiony do łóżka. — No wiesz, straciliśmy Antoniusza — wymamrotał; słysząc słabość w jego głosie, Harry miał ochotę wbić sobie paznokcie w spód dłoni. — Zastanawiałem się nad tym, że jeżeli na domiar złego stracimy też tak ważnego sojusznika, jak Loovegood...

Zielonooki skinął głową na znak, że rozumie i w pełni się z nim zgadza (choć szczerze powiedziawszy, wolałby nie usłyszeć własnych obaw wypowiadanych na głos). Przez moment, czując, jak jego serce zwalnia z czegoś niebezpiecznie przypominającego strach, jakaś nieskładna myśl zamajaczyła w głębi jego umysłu; Harry całą siłą woli starał się ją ułożyć w pełną całość.

— W trakcie zebrania — zaczął powoli, przypominając sobie cichą wymianę zdań z Katriną — powiedziała coś o tym, że Luna wychodziła...

— Wychodziła? — zaskoczył się Draco, przechylając nieznacznie głowę. — Jeden moment, gdzie one właściwie były?

Harry skrzywił się lekko i przetarł dłonią swędzący policzek.

— Wiesz jak działa system adresowania listów z Hagwartu do dzieci z niemagicznych rodzin? — zapytał, spoglądając w twarz lekko skonsternowanego jego słowami Dracona.

— Nie, nie wiem i jeżeli zamierzasz teraz uzupełniać moje braki w edukacji...

— Nie bądź niemądry — prychnął Harry, ucinając pospiesznie jego słowa. — To ma ścisły związek z tym, w jaki sposób McGonagall, zapewne, wpadła na ich trop. — Zielonooki odetchnął głęboko, zanim kontynuował. — Magia... pozostawia ślady — odezwał się powoli, najpewniej bezwiednie muskając palcami bliznę w kształcie błyskawicy. — Magia to nie tylko rzucanie zaklęcia, rozumiesz, kiedy czarodziej rodzi się w mugolskiej rodzinie, szkoła jest o tym błyskawicznie informowana. Zwykle narodzinom czarodzieja towarzyszy niekontrolowany, choćby i nieznaczny, przepływ mocy magicznej w powietrzu - momentalnie przechwytywany przez czarodziejów, trochę jak w Biurze Niewłaściwego Użycia Czarów, pojmujesz: rozsiew magii na obszarze całkowicie mugolskim - dyrektorzy Hogwartu już przy narodzinach takiego czarodzieja poznają jego tożsamość. Dane automatycznie archiwizowane są w dokumentacji Hogwartu i od tego czasu, w każdej chwili mogą być dostarczone dyrektorowi do wglądu. Podobny proces przebiegł w tym wypadku. Problem polega na tym, że ani Luna, ani Katrina nie są już dziećmi, co oznacza, że osiągnęły znaczące panowanie nad własną magią. Kiedy dojrzały czarodziej przyswoi własną magię, nie przepływa ona już dłużej wokół czarodzieja jak bezwolna mgła, a jest przez niego intuicyjnie kontrolowana, rozumiesz?

Draco wyglądał, jakby przetwarzał w myślach usłyszane informacje.

— Wobec tego... — zaczął, po czym zaciął się i spojrzał na Harry'ego, mrużąc oczy. — Jak to możliwe, że cały proces zadziałał z dwoma świadomymi czarownicami, co?

Zielonooki uśmiechnął się samymi kącikami ust, ale jego spojrzenie straciło poprzedni blask.

— Cóż, powiedzmy, że nasza urocza Katrinka wciąż ma w sobie coś z dziecka.

Draco mruknął coś nieskładnie i odchylił się do tyłu, kładąc się w poprzek szpitalnego łóżka - jego blond głowa zaczęła zwisać z drugiej strony materaca jak mugolska żarówka trzymająca się na elektrycznym kablu.

— Mówisz o dzikiej magii — usłyszeli wyrzuty z emocji głos od strony drzwi, który sprawił, że Draco zesztywniał od karku w dół i pospiesznie wrócił do pozycji siedzącej, wpijając milcząco oczy w niechcianego intruza. — Doprawdy, można pomyśleć, że w ciągu całego cyklu szkolnictwa nie nauczono was podstawowych, prawnych pojęć związanych z czarodziejskim światem.

Harry doszedł do wniosku, że on sam jest Gryfonem jedynie z imienia - po odbytej uprzednio rozmowie z Naczelnikiem, obawiał się spojrzeć mu w oczy (było o wiele za wcześnie, Snape dał mu za mało czasu, aby przetrawić sobie wszystkie jego obietnice - o ile jego słowa obietnicami były, tego za żadne skarby świata nie potrafił rozgryźć).

Zielonooki, starając się nie okazywać własnej niezręczności, powoli odwrócił głowę i zerknął w stronę otwartych drzwi ambulatorium.

Cóż za rodzinne spotkanie — pomyślał wbrew sobie Harry, gdy dwie pary identycznych, czarnych oczu utkwiło w jego twarzy jak drzazgi. — Sam jesteś sobie winny — westchnął w duchu zielonooki, po raz kolejny bijąc się z myślami, czy gdyby nie wezwał Snape'a, daliby sobie radę z paranoją, jaka jest ta okrutna wojna z mugolami. — Raz ugryzione jabłko nie wróci już do pierwotnej postaci.


-VVV-


Sądziła, że po tym wszystkim, co zrobiła - po własnej ucieczce rodem z opowieści, jakie jej matka swego czasu czytała jej na dobranoc, tych, w których dzieci buntują się przeciw własnej krwi, a ta odgrywa się na nich niczym zawistna kochanka, odbijając od nich całe szczęście, jakby było ono wiązką światła skierowaną w stronę zwierciadła, po dość brutalnym spisku, który zmusił jej ojca - człowieka, który ponad wszystko nie potrafił ścierpieć dyktowania mu warunków, nie potrafił przejść obojętnie koło wydania mu rozkazu - do bezsprzecznego dostosowania się do żądań Harry'ego, ograniczających, jakby nie spojrzeć, jego wpływy, po „gdyby był kilkadziesiąt lat młodszy", po „rozważałabym...", po wszystkich swoich słowach, słodkich jak miód, a naostrzonych jak szpikulec do lodu, po kłamstwach ściekających z jej ust jak krew, po „nie krzywdź go" i po wyszarpnięciu różdżki skierowanej w jego serce - cudem byłoby, gdyby została przyjęta z beztroską, z niedbałością, tak, jakby wracała do domu po miesiącach spędzonych w szkole magii.

Zrobiła, jak jej kazał - poprosiła o pokój (i dostała go - chłodny apartament w lochach, które sprawiły, że drżała z zimna, z surowości wszystkiego, co ją otaczało, z szorstkości chłodnego kamienia ściany, do którego na stałe przykleiła się wilgoć, drżała i na zewnątrz, i wewnątrz - trochę jak dziki słowik po raz pierwszy zamknięty w klatce), usiadła na przetartej kanapie stojącej naprzeciw chłodnego, zionącego pustką kominka i czekała - czekała z niepokojem i mocno bijącym sercem, wystukując nerwowy rytm o podłogę czubkiem płaskiego buta.

Mijały minuty, podczas których przysłuchiwała się ciszy i odległym echom dalekich kroków - po lochach każdy dźwięk roznosił się jak po sali akustycznej, miała ochotę zatkać uszy i nie słyszeć, nie słyszeć nigdy więcej: nic i nikogo. Minuta za minutą przelewała jej się przez palce jak gęste mazidło, nie chcąc ściec na podłogę, klejąc się do skóry i zatrzymując pomiędzy palcami - a on nie przychodził.

Słodka, mała tortura — pomyślała gorzko Katrina — czekanie na nieuniknione.

Sądziła, że najpierw go usłyszy - ciche kroki, niemal kocie, ale wyraźnie sunące ku wejściu, następnie zgrzytanie drzwi i bezszmerowe kliknięcie, kiedy te wskoczą na powrót we własną ramę - ale nie usłyszała nic, zamiast tego poczuła: smukłe palce spoczywające na jej ramieniu (nie zauważyła, aby wchodził, jak mogła nie zauważyć?) - ten dotyk poznałaby wszędzie, choćby na drugiej, ziemskiej półkuli, choćby nie miała z nim kontaktu przez całe stulecia.

Odetchnęła głęboko, zerkając na bladą dłoń spoczywającą z łagodnością na jej ramieniu. Sięgnęła i położyła na niej własne palce, przyciskając je tak mocno, jakby obawiała się, że za moment dłoń zniknie, że strąci nieczule jej palce, że nie pojawi się już nigdy więcej.

— To nie tak, tatusiu, że już dłużej cię nie kocham — wyszeptała, bojąc się, że jeśli odezwie się głośniej, jej głos zacznie się łamać i posypie po podłodze jak rozbite szkło.

Ojciec okrążył kanapę i przysiadł u jej boku. Spojrzała na niego, przygryzając nerwowo dolną wargę - patrzył na nią tak, jak zawsze, tak, jak miliony razy przed tym, zanim świadomie wystąpiła przeciw niemu.

— Przecież wiem — powiedział i najzwyczajniej w świecie wyciągnął zapraszająco ramię; Katrina poczuła ciepło rozlewające się po jej mocno bijącym sercu jak gorąca czekolada; wtuliła się w jego bok, jakby znów miała osiem lat i pytała: „Dlaczego tak rzadko jesteś w domu?" - jeszcze wtedy nie rozumiała, że to nigdy nie był jego dom (później po tym zdarzeniu, można powiedzieć, że całe wieki później, zabierze ją do wielkiej, przestronnej rezydencji, oddając jej niesamowity pokój z balkonem, o którym zawsze marzyła i powie, że to będzie jej drugi dom, ale długo, bardzo, bardzo długo nie będzie umiała tak o nim myśleć - nigdy nie twierdziła, że potrafi się łatwo przystosowywać do zmian).

Zamknęła oczy i przez kilka chwil jedynie wdychała jego zapach.

— Czy... — zacięła się, po czym stwierdziła, że zachowuje się absurdalnie (To twój ojciec, na Morganę!) i zaczęła z większą śmiałością: — Czy Harry już czuje się dobrze? Martwiłam się o niego. Czy on...?

— Nic mu nie jest, Katrino — przerwał jej ojciec dziwnie ciężkim głosem. — Nigdy nie był przy mnie w zagrożeniu. Mówiłem ci, że go nie skrzywdzę.

Katrina przez moment nie potrafiła zrozumieć jego słów.

— Ja... och. — Kiedy dotarł do niej sens jego słów, poczuła, jak przez moment coś niewiarygodnie silnego ściska jej delikatne gardło. Otworzyła oczy i odsunęła się nieznacznie, aby na niego zerknąć. — Mówię o gorączce.

Ojciec spojrzał na nią jakoś dziwnie, jakby usilnie starał się zrozumieć coś, co umyka mu tuż sprzed twarzy. Katrina zmarszczyła czoło, zastanawiając się, co powiedziała nie tak.

— Dostał eliksir — odparł, zaczynając gładzić ją po włosach.

Kiedy nie doczekała się niczego więcej, spojrzała na niego ponaglająco.

— I? — zażądała doprecyzowania.

Ojciec uniósł brwi i uśmiechnął się ledwo dostrzegalnie (lubiła jego uśmiechy, kochała je - była pewna, że nikt, kto nie zna go bardzo blisko, nawet by ich nie zauważył, tak były wątłe - jak płatki róży, jak skrzydła motyla).

— Powinnaś wiedzieć, Katrino, że wywar na gorączkę zbija temperaturę w ciągu zaledwie kilku minut i działa...

— ...kojąco na ośrodek regulacji temperatury w mózgu. Tak, wiem. Nie o to pytałam.

Jego czarne oczy, tak podobne do jej własnych, spoglądały na nią długo, zupełnie, jakby starał się przeniknąć jej myśli (co zapewne robił), przesunąć się pomiędzy nimi jak wiatr albo woda.

— Więc — podjęła Katrina, ignorując fakt, że jej ojciec spogląda na nią, jakby była na oścież otwartą księgą z nadrukowanymi stronicami tekstu — rozmawiałeś z Harrym?

Skinął powoli głową, czyniąc to z taką ostrożnością, jakby spodziewał się, że na ten gest ziemia rozstąpi się pod jego stopami, wchłonie do samego, płynnego jądra i spopieli.

— I czego się dowiedziałeś? — To głupie, że zawsze musiała go ciągnąć za język, żeby się czegoś dowiedzieć - zupełnie, jakby sądził, że jego własne słowa mogą w jakiś niepojęty sposób obrócić się przeciw niemu (kolejna pamiątka wojny, jak sądziła).

Przez chwilę milczał, wyglądając, jakby ta rozmowa męczyła go ponad miarę - jego twarz zastygła jak gipsowy odlew pośmiertny, jak zawsze, gdy kotłowały się w nim głębokie emocje, których nie potrafił znieść (bądź zrozumieć — pomyślała Katrina, ściągając brwi).

— Że mi nie ufa — powiedział cicho przez zdrętwiałe wargi; jego ton głosu świadczył o tym, że nic go to nie obchodzi, ale jego ziemista skóra pobladła jeszcze bardziej niż zazwyczaj.

Spoglądała długo na człowieka, którego miała za ojca i widziała tkliwość, której nie oczekiwała - a już na pewno nie wówczas, gdy wzmiankował on o Harrym - widziała wrażliwość, którą uważał za słabość, od której się wzbraniał, udając, że nie odczuwa w ten sam sposób, co każdy inny, zdrowy człowiek. Miał żywe serce, które potrafiło czuć o wiele, wiele mocniej, niż kiedykolwiek dałby to po sobie poznać.

Pokręciła głową, czując rozbawienie wkradające się do jej ciała (dwa uparte koguty - on i Harry - obaj z nich); jej oczy rozbłysły śmiechem.

— Ufa ci bardziej, niż jest gotów się do tego przyznać — powiedziała, odrzucając długie włosy na plecy. — Ufa ci bardziej, niżby chciał.

Ojciec nie odpowiedział, wpatrując się obojętnie w przeciwległą ścianę, wykazując nadmierne zaintrygowanie przeciągłemu pęknięciu w szarym, zwilgotniałym kamieniu.

Uśmiech dziewczyny ześlizgnął się z jej młodej twarzy, zmarszczyła brwi, nie wiedząc, czy wyciągnąć dłoń i dotknąć jego ramienia, czy lepiej nie czynić nic, czekając na jego reakcję.

— Ty... — Katrina zaczęła nerwowo skubać rękaw własnej sukienki. — Wiesz o tym, prawda? Wiesz o tym?

Ci, co znali tajemnicę zaufania, mogli się nazywać szczęśliwymi ludźmi.

Spojrzał na nią z powagą, której nie oczekiwała, czarne oczy patrzyły i kalkulowały, zupełnie jakby starały się dociec prawdy o Harrym z jej własnej twarzy, zupełnie jakby nie potrafił uwierzyć na słowo - nawet jej; pozwoliła sobie na chwilę zadumy, co się stało, że wylądowali tu razem: jeśli ktokolwiek miał ściągnąć tu jej ojca, to tylko Harry, tylko on wierzył, że ten zimny, cyniczny człowiek z absolutną manią wyższości, gotów na każdym kroku walczyć o swą pozycję, jest skory im pomóc, więcej: poruszy niebo i ziemię, aby zwyciężyć mugoli w tej absurdalnej wojnie. Harry nie mógł liczyć na zapewnienia, na obietnice, na przyrzeczenia i Wieczyste Przysięgi - mógł się ich domagać, to prawda, ale nie chciał ich. Wystarczyło mu słowo, aby uwierzyć. Nie zadawał pytań ani nie poddawał w wątpliwość prawdy. Zaufał, tak po prostu, zwyczajnie, po ludzku. Katrina nie wiedziała, dlaczego jej ojciec nie dostrzega tej prostoty.

— Jestem widmem jego utraconej przeszłości — powiedział nagle - jego oczy utkwione były w pustce. — Nie widzę najmniejszego powodu, dla którego miałby mi ufać.

Katrina uniosła brwi i pokręciła głową z niejakim politowaniem.

— To dowód na to, że nie znasz Harry'ego — powiedziała, wstając i poprawiając, chaotycznym ruchem dłoni, włosy. — I przy takim podejściu istnieje duże prawdopodobieństwo na to, że nigdy go nie poznasz — rzuciła na odchodnym, czując niepojętą frustrację kotłującą się pod jej skórą jak dym.

Wypadła z zatęchłego, dusznego pomieszczenia w lochach, ciskając drzwiami o futrynę jak bogini furii i obłędu, czując na swoim karku spojrzenie tych pustych, ciemnych, zaślepionych jak kret oczu, niezdolnych do obiektywnego postrzegania świata.


-VVV-


Wyszedł za nią. Oczywiście, że za nią wyszedł - dla świata mógł być wrednym, chłodnym despotą ociekającym ironią i pachnącym wyższością, która kleiła się do jego ust jak karminowa szminka, którą Katrina zwykła krzywo nakładać na wargi, ale przede wszystkim był ojcem, który od nowa uczył się miłości - i potrafił kochać (powinienem wiedzieć o tym od dawna). Ona pognała wprost do nas - do Szpitalnego Skrzydła, trochę jak dzikie zwierzę podążające tropem intensywnego zapachu, a on podążył tam za nią - krok w krok, ślad w ślad, odwieczny szpieg na niekończącej się warcie.

Katrina Snape, ta wątła róża, ta fikuśna dziewczyna, ta ufająca bezgranicznie, młodziutka kobieta - co ona zrobiła, na litość Morgany...

Mógłbym liczyć godziny - oczywiście, że bym mógł - mógłbym prześledzić czas, jaki miała Katrina na poinformowanie nas o mugolach, którzy wtargnęli do ich kryjówki - jej i Luny, czas, w ciągu którego mogła zgłosić tę okropną tragedię, jakim było aresztowanie naszej Luny - to tchnienie nieprzychylnych wiatrów. Nie zrobiła tego od razu, dlaczego - nie wiem, może sądziła, że odwlekanie tej kwestii pozostawi jej kilka chwil na to, aby mogła się nami nacieszyć, raz jeszcze otrzymać uśmiech pełen szczerości, ujrzeć migotanie szczęścia w naszych oczach. Powinna przewidzieć, jak zareaguję. Mój umysł był przesiąknięty zmęczeniem, frustracją i nerwowością już wcześniej, a Katrina - jak nadmorska wichura - dolała oliwy do ognia. Ta mieszanka miała całkowite prawo wybuchnąć.


-VVV-


Harry patrzył na nią z bliska, z bliska, z bardzo bliska - jego oczy były zielone jak jadeit, jak trucizna słodka i gorzka i Katrina tonęła w nich, jakby były morskimi falami - bezdenna zieleń na głębokim morzu. Oczy zbliżały się i nabierały światła, jakby czerpały energię z jej własnych, jakby były pełne gwiazd - tej świetlistej energii powiązanej grawitacyjnie sama ze sobą, która płonie i płonie, póki nie wypali się za miliony lat, za miliony milionów lat.

Jej ojciec stał gdzieś obok, była tego jedynie mgliście świadoma - nikła obecność u jej boku o aparycji czerni, rozmywająca się na jej źrenicy jak drżący cień majaczący na podłodze.

Siedzący obok Harry'ego Draco przekrzywił głowę i zmarszczył brwi, jakby przeczuwał nadchodzącą burzę. Jakby wiedział.

Podeszła bliżej, czując, jak kroki jej ciążą, jakby grawitacja raptownie zwiększyła się kilkukrotnie; nie mogła dłużej milczeć, nie mogła tego robić - i sobie, i komuś, po prostu nie potrafiła tego ciągnąć, każde życie miało znaczenie - matka wpajała jej to bardzo długo i bardzo skrupulatnie, mówiła, aby nigdy nie zapomniała. Każde istnienie jest ważne, bez względu na czas i miejsce, bez względu na okoliczności - jej własne odczucia nie grały większej roli, jej postrzeganie drugiego człowieka, jej własny punkt widzenia nie był czymś nadrzędnym.

Przykucnęła przy wezgłowiu łóżka (jego oczy śledziły jej ruchy niczym spojrzenie jakiegoś drapieżcy) i wyciągnęła rękę w jego stronę.

— Harry...

W jego oczach była jakaś głębia, jakaś mądrość, której nie potrafiła pojąć - i zmęczenie, hektolitry zmęczenia przeciekające mu zza powiek, płynące powoli po lekko bladych policzkach - cienie pod jego oczami były tak głębokie, że miała ochotę wyciągnąć dłoń i zetrzeć opuszkami palców ten niezdrowy koloryt z jego skóry.

— Tak bardzo przepraszam...

Nie istniało miejsce na niezrozumienie w jego zielonych, tak mądrych, tak smutnych oczach - oczach starego człowieka wklejonych w tę młodą, pogodną, jędrną twarz. Gdyby mogła, przelałaby tę zieleń do flakonika i nosiła przy piersi - jej własny, osobisty Eliksir Spokoju - i wystarczy, żeby zamknęła oczy, by ujrzała, jak ta zieleń rozlewa się po jej skórze, wpływa na szyję, wsuwa się pod kołnierzyk sukienki jak woda.

— Kłamałam, ja...

Znienawidzi ją?

Nie, na pewno nie - nie on, każdy, ale nie on - on nienawidzi jedynie samego siebie, co jest głupie, co jest bezpodstawne, czego ona za żadne skarby nie potrafi zrozumieć.

Patrzył na nią i czekał - zawsze miał w sobie tyle cierpliwości, tak bardzo, ale to bardzo podziwiała go za to przez cały ten czas.

Na podłodze leżał kurz, który kleił się do jej sukienki, osiadał na rąbku, przesuwał się pod wątłymi podmuchami przeciągu. Lepiej patrzeć na kurz, niż na te zielone, piękne, intensywne oczy, które patrzyły na nią, jakby wyciągały słowa prosto z jej umysłu, powoli, po kolei, jak korale zawleczone na sznurek - jego oczy zaplątały się o ten sznurek i ciągnęły nienachalnie, lekko w swoją stronę.

— Znaleźli nas...

Jak powinna to powiedzieć, jak w ogóle się za to zabrać? Może zamknąć oczy, zaczerpnąć tchu i wyrzucić z siebie jak powietrze?

Tak: w ten sposób będzie łatwiej dla nas obojga.

— Zabrali ją. Pojmali. Chciałam ci powiedzieć już wcześniej, ale... nie wiedziałam jak, uwierz mi, że nie wiedziałam jak. Ona... kazała mi być cicho i zwyczajnie wyszła im naprzeciw jakby... Nie chciałam tego... Naprawdę, ja...

Nic nie mówił, ten posąg wyryty w marmurze - patrzył na nią i milczał, co było okrutne, nawet jak na niego.

— Harry, mugole dorwali Lovegood.

O nie, to spojrzenie na pewno nie mogło być przeznaczone dla niej, nie tak pociemniałe, nie tak bardzo zastygłe, jakby ta zieleń była kamieniem, jakby ten człowiek był wykuty w głazie, w skale.

Zakochałaś się w pyle wojennym — pomyślała gorzko. — Czego oczekiwałaś?

Pochylił się nad nią - chmura gradowa, bijąca zielonymi piorunami - w jego spojrzeniu była stal. Jego wargi zdały się nagle odrętwiałe - sztywne i nieruchome jak kij od szczotki.

— Coś ty powiedziała? — wyszeptał; jego głos sprawił, że chłód osiadł na jej karku jak szron.

Zaczęła kręcić głową, widziała zgrozę i chłód, i rozczarowanie w jego oczach - to ostatnie bolało najmocniej. Poczuła łzy na własnych policzkach - starała się je otrzeć, ale gdy uniosła dłoń, pochwycił jej nadgarstek w solidny uścisk palców. Zabolało. Katrina podejrzewała, że miało zaboleć.

Ta lodowata furia, jaka wypalała jego serce od środka, nigdy nie powinna zostać skierowana przeciw niej.

— I nie pomyślałaś — wyszeptał, pochylając się jeszcze niżej, Katrina poczuła jego oddech obijający się o jej kości policzkowe jak krucze skrzydła — żeby nas o tym niezwłocznie poinformować? — Jego głos ciął jej serce jak skalpel, te ciche słowa były o stokroć gorsze od najgłośniejszego krzyku i trafiały celnie prosto w jej serce kurczące się w piersi, piekące goryczą. Palce zacisnęły się mocniej na jej nadgarstku - ból zaczął promienieć wzdłuż jej kości jak ciepło. — I nie przyszło ci do głowy, że zatajanie tego przed nami postawi cię w bardzo, ale to bardzo złym świetle? Coś ty sobie myślała, ty głupia, mała...

— Potter, puść ją. — Głos jej ojca wkradł się pomiędzy te słowa jak gradowa, mroźna chmura; starała się odetchnąć głębiej i nie rozumiała, dlaczego jest to tak trudne.

Katrina nie wiedziała, czemu Harry usłuchał, czemu wypuścił jej nadgarstek ze swej dłoni tak, jakby ten go oparzył i spojrzał na własne palce, jakby nie należały do niego, jakby były naroślą skórną albo obcym bytem, które wpiło się w jego skórę niczym pijawka.

— Wynoś się stąd — wycedził przez zęby Harry - jej zwykle spokojny, opanowany Harry - oddychając płytko i nienaturalnie i rzucił jej tak ostre spojrzenie, że zapragnęła zniknąć, zapaść się pod ziemię.

Nie drgnęła ani na jotę, wpatrując się z przerażeniem w jego twarz skutą lodem. Zielone oczy pociemniały jeszcze bardziej. Dzika, gwałtowna magia zaczęła promienieć z jego skóry jak ciepło - bała się tej magii, nie rozumiała jej.

— Harry. — Głos Draco był nader spokojny jak na fakt, że znalazł się tak blisko tej płonącej furii, tego rozwścieczonego boga, rozjuszonego herosa. Jego dłoń wylądowała na ramieniu zielonookiego, jakby całe jego ciało nie płonęło wcale ogniem nienawiści. — Ona już wychodzi.

— Nie widzę. — Chłód, jaki zalał jej ciało wraz z tym ostrym jak brzytwa głosem, sprawił, że pojedyncze łzy przeistoczyły się w prawdziwy potok goryczy. Zadrżała i wlepiła półprzytomne spojrzenie w te zielone oczy promieniejące pierwotnym szałem.

Oblizała usta, chcąc coś powiedzieć, ale jedno spojrzenie Dracona sprawiło, że język uwiązł jej w gardle.

— Katrino, idź już — powiedział beznamiętnym tonem Draco, mocniej zaciskając palce na ramieniu nienaturalnie nieruchomego Harry'ego. — Idź już.

Nie była w stanie się podnieść, nie była w stanie nic na to poradzić - miała wrażenie, że jej kończyny są zrobione z waty - tak słabe, tak wątłe, niezdolne podźwignąć ciężaru jej ciała. Jedyne, na co potrafiła się zdobyć, to wgapianie się załzawionymi oczami w zaszytą warstwą lodu twarz tego, którego tak bardzo kochała, tego, który tak mocno i dogłębnie potrafił ranić kilkoma słowami, jednym spojrzeniem.

Usłyszała kroki za swoimi plecami i czyjeś dłonie podniosły jej odrętwiałe ciało z zimnej ziemi, której chłodu nawet nie odczuwała. Niczym bezwolna marionetka pozwoliła się postawić na nogi i przytrzymać w pozycji pionowej. Głos jej ojca zamajaczył gdzieś tuż przy jej uchu, ale ledwo potrafiła rozróżnić poszczególne słowa wychodzące z jego ust - dochodziły do niej jak z oddali, jak zza bariery dźwiękoszczelnej.

— Zostaw go — wyszeptał, zaciskając mocniej palce na jej ramionach.

Jej ciało trzęsło się pod jego dłońmi i im mocniej starała się to powstrzymać, tym większa salwa dreszczy spływała w dół jej kręgosłupa.

Dlaczego ludzie nieustannie się nawzajem okłamują? — pomyślała mgliście Katrina. — Dlaczego nie powiedziałam wszystkiego już wówczas, gdy postawiłam pierwsze kroki w tych zamkowych murach? Dlaczego milczałam tak długo? Przecież to porwanie nie było moją winą, nie było moją winą, nie było.

Ojciec ciągnął ją ku wyjściu, jakby była lalką z wosku, z materiału; Katrinie zachciało się śmiać w głos z całego swojego życia.

Kocham cię — chciała powiedzieć, wpatrując się w te zielone oczy błyszczące jak dwa sople lodu — kocham cię, kocham cię, idioto, nie odpychaj mnie od siebie za jeden, głupi, dziecinny błąd — ale nie była w stanie wydusić z siebie najmniejszego słowa.

Jego oczy nie przestawały wściekle płonąć - jej oczy nie przestawały produkować gorzkich łez, które starała się niepostrzeżenie wytrzeć rękawem sukienki. Nie wyrywała się, kiedy ojciec prowadził ją ku wyjściu jak bezwolną kukłę sceniczną, ale uchwyciła się palcami, paznokciami, słowami - wszystkim, czym mogła - tej ostatniej szansy, aby dowiedzieć się najważniejszego.

— Nienawidzicie mnie? — zapytała, bo musiała, musiała znać odpowiedź.

Draco poruszył się, ściągając na siebie jej spojrzenie; jego usta wygięły się w paskudnym grymasie.

— W tym momencie? — spytał, zaglądając jej w oczy - w tej szarości nie było kłamstwa. — Tak.

Jej świat runął w posadach.


-VVV-


W pozornie spokojnym pomieszczeniu wisiała aura gęsta jak dym papierosowy - Harry leżał nieruchomo, wpatrując się przygasłymi oczyma w drzwi, za którymi zniknęła Katrina, czując ból gdzieś głęboko w gardle, w piersiowej klatce, we własnym umyśle.

— Dlaczego? — Jego głos był niemal spokojny, jakby cały kurz opadł na ziemię i nie pozostało nic, prócz pustki i beznamiętności.

Dłoń Dracona zacisnęła się na jego dłoni, wstrzymując drżenie jego palców, którego nie był nawet świadomy. Czekał na odpowiedź od losu, tego koszmarnego, śmiejącego mu się w oczy, niewidzialnego bytu, który całe życie kleił się do jego nadgarstków jak pajęcza sieć.

Nikt nie udzielił mu odpowiedzi.

Harry przełknął ciężko, a jego wargi wygięły się w gorzkim grymasie - karty zostały odkryte, tylko dlaczego musiały się okazać tak wielkim, tak gorzkim rozczarowaniem?

— Życie to... — wychrypiał, zaciskając powieki, czując się przez to jeszcze gorzej - jego umysł przyciągał obraz pełnej łez twarzy Katriny jak złe sny - Harry miał ochotę wybuchnąć nerwowym śmiechem.

— ...ciągła, niekończąca się walka? — zaproponował Draco; jego głos brzmiał słabo; Harry uniósł dłoń do twarzy i gestem, który aż krzyczał przemęczeniem, przetarł palcami nasadę nosa.

— Sprzedajna kurwa, chciałem powiedzieć. Ale może być i walka - kulturalniej to brzmi.

Draco zaczerpnął chwiejnie powietrze w płuca, Harry zapatrzył się pustym wzrokiem we własną dłoń.

— Co teraz zrobimy? — zapytał cicho Draco; jego głos zadrżał i złamał się jak zgrana płyta gramofonowa. — Straciliśmy Antoniusza, a teraz, na dokładkę, naszego jedynego, niezastąpionego szpiega.

Harry chciał coś odpowiedzieć, ale jedyne co potrafił zrobić, to bezsłownie pokręcić głową i zacisnąć powieki tak mocno, że jego oczy zaczęły piec jak potraktowane kwasem.

Odetchnął głęboko, raz i drugi, starając się zebrać myśli w całość, ale ciężko jest zebrać drobiny roztrzaskanych nadziei.

— Idź do McGonagall — powiedział martwym głosem, nie patrząc na Dracona. — Powiedz jej... — zawahał się, zastanawiając się, co właściwie zostało jeszcze do powiedzenia, po tym wszystkim, co zostało już powiedziane, po czym pokręcił głową, uśmiechając się gorzko niczym od lekarstwa. — Powiedz jej, że ta niedorzeczna organizacja sypie się jak zamki z piasku na północnych plażach. Powiedz jej, że, bez względu na to, co sądzą o mnie inni, nie jestem typem przywódcy. — Harry odetchnął głęboko i zapadł się głęboko w poduszki. — Niech zrobi z tym fantem, cokolwiek zechce. Powiedz jej, że umywam ręce.

Draco milczał bardzo długo; Harry zaczął podejrzewać, że nie doczeka się od niego żadnej reakcji - i właśnie wtedy, kiedy sądził, że obaj przepadli w niebycie jak zagubione w czasoprzestrzeni gwiazdy, Draco poruszył się i położył silną dłoń na jego ramieniu, jakby chciał zapewnić go, że mimo wszelkich przeciwności, poradzą sobie ze wszystkim - że przetrwają.

— Powiem — wyszeptał gorąco Draco.

To była obietnica. Harry nie wątpił w to ani przez moment.