.

Rozdział 24

Nikt nie wie kto i kogo kocha ani kto i kogo się boi

.

Nazywali go odmieńcem, jeszcze zanim zaczęli przezywać kujonem - potrafił godzinami przesiadywać przy bibliotecznych biurkach - zarówno w tych mugolskich, jak i czarodziejskich placówkach - ślęcząc nad mapami i starymi zwojami, studiując położenia najmniej oczywistych regionów z pokaźnych rozmiarów atlasem geograficznym w ręku, śledząc opuszką palca zawiłości rzek nadrukowanych niebieskim tuszem oraz wypukłości krajowych granic; spod zmrużonych w skupieniu powiek przyglądał się liniom nowojorskiego, mugolskiego metra, przecinających się jak pajęczyna, zbiegających się kilkukrotnie jak łaknące ciepła węże, lgnące do potężnych ciał swoich podziemnych towarzyszy. Wiedział, że ten niemagiczny, podgruntowy system kolei, stanowiący publiczny środek komunikacji został wprowadzony do użytku w październiku, w roku tysiąc dziewięćset czwartym i zniszczony w grudniu, zaledwie dwadzieścia dwa lata później.

Wyczytywał z map geograficzne położenia co ważniejszych placówek instytucji państwowych i samorządowych, uśmiechając się przy tym jak kocur, któremu pod nos podstawiono spodek pełen świeżego, chłodnego mleka, bazgrząc na odwrocie menu z przydrożnych, mugolskich, tanich kawiarenek nazwy ulic, na których mieściły się co ważniejsze (i ciekawsze), niemagiczne instytucje i krajowe zabytki - dumy narodu, z których istnienia w większej mierze czarodziejscy obywatele (o ironio!) nie zdawali sobie sprawy.

Jerry Flork - średnio urodziwy, ale nadrabiający śmiałością, błyskotliwością i pełnią zdrowego zapału do pracy i powierzonych mu obowiązków - w przerwie między dwoma wojnami (tą czarodziejską, najgorszą, jaką pamiętał oraz tą mugolską, grającą inne rytmy, acz nie mniej gwałtowne i pozbawione synchronii) skończył rozpoczęty na początku Drugiej Wojny Czarodziejów (i zawieszony wraz z jej postępem) kurs aurorski i wstąpił w szeregi owego zacnego grona rezydującego w Departamencie Przestrzegania Prawa, kierowanego od niedawna surową ręką Harry'ego Jamesa Pottera.

Tak to bywa, gdy człowiek pozwala sobie na ujawnienie przed własnym przełożonym wszystkich swoich zalet - rach, ciach i zrzucają ci na głowę istną nawałnicę obowiązków, sądząc, że nikt inny, tylko ty, jesteś w stanie je poprawnie wykonać. Na domiar złego, od ich wykonania zależy powodzenie najbliższych akcji - a kto jest winny ewentualnej porażce? Oczywiście, ciągi spadają na tego, kto podyktował błędnie rozszyfrowane informacje na temat położenia czyjejś kwatery - co z tego, że wszystkie mapy świata twierdziły co innego, a przestudiowane z uwagą dokumenty podpisywały się za ich prawdomównością imieniem i nazwiskiem?

Jerry westchnął ciężko i przetarł ze zmęczeniem czoło, odchylając się do tyłu na przentransmutowanym z krzesła, głębokim fotelu, którego niewielkie nogi ciężko stały na drewnianej, porysowanej podłodze. Był środek nocy, a on - przeklinając w myślach własny zapał - siedział w oblanej sztucznym światłem zaklęcia Lumos (od którego zaczynały go piec oczy), hogwardzkiej bibliotece, studiując sektor geograficzny w dziale: „Mugoloznawstwo Praktyczne", starając się dociec położenia mugolskiego, wojskowego więzienia politycznego, przecinając przy tym wzrokiem mapę Londynu wzdłuż i wszerz, śledząc opuszką palca wyrysowaną na niej siatkę geograficzną.

Rozłożona przed nim na stole mapa, zanim zdjął ją z zakurzonej półki, była niepogięta, niewygnieciona, bez zagiętych rogów - wyglądająca w gruncie rzeczy na absolutnie nieużywaną przez przewijających się przez lata pomiędzy regałami uczniów (Jerry wcale by się nie zdziwił, gdyby oświadczono mu, że przed nim dotykały ją jedynie dłonie tworzącego ją kartografa), teraz natomiast wyglądała, jakby była ofiarą silnego huraganu, który wymiętolił ją, zarysował nadrukowaną powierzchnię, wciągnął ją w najsilniejsze wiry powietrzne, a następnie wypluł, pozostawiając ją w stanie istnej katatonii. Jerry miał szczerą nadzieję, że szkolna bibliotekarka, pani Pince, kiedy ujrzy nakreślone jego ręką niewielkie iksy w miejscach, na których skupił swą uwagę, zakreślone w obwódkę nazwy dzielnic oraz namazane pospiesznie uwagi na - jeszcze kilka godzin temu - czystych marginesach mapy, nie zdzieli go ciężkim woluminem po głowie, nabijając guza wielkości Mont Everestu.

Jerry przewrócił stronę, trzymanej w drżącej ze zmęczenia dłoni, książki - którą chyba jedynie magia trzymała jeszcze w jednej całości - dotyczącej mugolskich zakładów karnych o zaostrzonym rygorze. Szczególną jego uwagę przykuły cztery więzienia znajdujące się w Wielkiej Brytanii i jedno na terenach Irlandii Północnej.

Jerry miał zamiar udowodnić przed szefem (nie bardziej, niż przed samym sobą), że jest dokładnie tak, jak twierdził na uprzednim zebraniu, przerwanym jak po cięciu nożycami - żadna lokalizacja (choćby i mająca związek z mugolskimi placówkami) nie ma najmniejszej szansy na ukrycie się w starciu z nim i jego zapałem.

Jego pierwszym podejrzeniem był Pałac Bridewell znajdujący się w Londynie - Jerry szedł jego tropem dobrą godzinę, śledząc jego długą historię spisaną na kartach czytanej przez niego księgi, poczynając od szesnastego wieku - momentu powstania tej placówki, póki, ku jego wielkiej irytacji nieznajdującej ujścia, doszedł do informacji o tym, że budynek ten został rozebrany w ciągu dwóch lat, począwszy od tysiąc osiemset sześćdziesiątego trzeciego.

Po tym frustrującym fiasku był gotów cisnąć czytanym podręcznikiem o ścianę, ale przemógł rosnące zniechęcenie do dalszych poszukiwań i wymazał zygzakiem postawiony na mapie iks w miejscu jego - niedzisiejszego, jak się okazało - położenia.

Tym oto sposobem eliminacji pozostały do sprawdzenia cztery kolejne placówki, w których murach przetrzymywani być mogli czarodziejscy obywatele - cóż, można powiedzieć, że wykluczenie jednego z pięciu prawdopodobnych miejsc ich uwięzienia to już połowa sukcesu - Jerry stanowczo nie był podobnego zdania.

Zmęczenie dopadło go, gdy wyciągnąwszy z sekcji o wielkim pożarze Londynu w tysiąc sześćset sześćdziesiątym szóstym stare ryciny przedstawiające londyńskie więzienie Newgate - widok od zachodu, widok z frontu, samotnie zakreśloną na rycinie bramę więzienną oraz - jego serce na moment zabiło szybciej - opublikowany pod koniec osiemnastego wieku - plan więzienia z rzetelnymi podpisami poszczególnych bloków, po znalezieniu jego dokładnej lokalizacji na przecięciu dwóch, miejskich ulic - róg Old Bailey oraz Newgate Street, nauczony poprzednim doświadczeniem, przekartkował księgę historyczną i bez zaskoczenia przeczytał akapit zawierający wzmiankę o zamknięciu więzienia mającym miejsce w roku tysiąc dziewięćset drugim i (cóż za niespodzianka) jego późniejszym zburzeniu w roku tysiąc dziewięćset czwartym.

Około godziny trzeciej w nocy podstarzała bibliotekarka wygoniła go z przytupem z terenów biblioteki, wygrażając mu opasłym tomem Dziejów Hogwartu autorstwa Bathildy Bagshot, gdy umierając z głodu, słysząc marszowe takty grane przez własne kiszki, wezwał do siebie hogwardzkiego skrzata z prośbą o dostarczenie mu wołowego befsztyku z pieczonymi pomidorami koktajlowymi.

To, że pozwalam ci na wysiadywanie tu po godzinach, nie znaczy jeszcze, że zgadzam się na tak wielką profanację, młody człowieku!

Jerry - niewyspany, w podłym humorze i niepocieszony kilkoma grzankami z serem i pieczarkami, po które pospiesznie wstąpił do kuchni - zagłębił się w korytarz na pierwszym piętrze skoro świt i wysiadywał pod drzwiami biblioteki, póki Irma Pince, łypiąc na niego nieprzychylnym wzrokiem, bez słowa wpuściła go do środka, podzwaniając mosiężnymi kluczami o rozmiarach ludzkiej dłoni jak kościelnymi dzwonami.

Zasiadając w swoim wczorajszym fotelu - którego dziwnym trafem bibliotekarka nie przemieniła do pierwotnej postaci średniej wygody krzesła - ponownie rozłożył na blacie pomiętą mapę i ziewając potężnie, zastanawiał się, czemu, u licha, nie wypił z samego rana porządnej, mocnej kawy doprawianej cukrem.

Jerry przyjrzał się krytycznie własnym, odręcznym notatkom i przesunął palcem po nakreślonych w ciągu nocy oznaczeniom.

Mając dosyć niepowodzeń w swoich poszukiwaniach obracających się jedynie w obrębach Wielkiej Brytanii, postanowił spróbować szczęścia w Irlandii Północnej.

Mógł rzucić to wszystko w kąt i udać się na porządny posiłek, oczywiście, że mógł - nikt nie powiedział mu, że odnalezienie tej placówki jest robotą „na teraz" - mógł położyć się w wygodnym łóżku i spać, póki szef nie wyciągnie go z niego wezwaniem na kolejne zebranie, mógł usiąść z gorącą, parującą kawą skrapianą mlekiem na szczycie Astronomicznej Wieży i podziwiać wschód słońca - zamiast tego westchnął w duchu, przeciągnął się prężnie i zaczął kartkować spis treści w poszukiwaniu informacji o więzieniu Maze.

Miał głęboką nadzieję, że tym razem szczęście dopisze mu bardziej, niż ostatnio.


-VVV-


Draco - wraz z powrotem Snape'a do swojego starego lokum w lochach - przeniesiony został do jednej z niezamieszkałych kwater na drugim piętrze. Przestronne, dwuosobowe łóżko z jasnym baldachimem było odzwierciedleniem jego marzeń (choć przez moment - przyglądając się zwiewnemu, delikatnemu materiałowi spływającemu z baldachimu jak fala - zastanawiał się, czy nie został przydzielony do jakiś zastępczych kwater Sybilli Trelawney), z ręką na sercu mógł powiedzieć, że dawno nie wyspał się tak dobrze, jak tej nocy.

Wraz z wybiciem godziny ósmej, w progach jego tymczasowego mieszkania stanął Harry (z włosami roztrzepanymi jak po długotrwałym biegu na wietrze), dzierżąc w dłoniach koszyk pełen świeżego pieczywa i talerz wypełniony po brzegi różnej maści wędlinami oraz pieczonymi kiełbaskami (Draconowi ślina naciekła na język).

— Sugeruję, żebyś zamówił u skrzatów kawę — odezwał się bez powitania Harry, unosząc znacząco koszyk z pieczywem. — Moje rozeznanie w jej rodzajach kończy się na podziale na kawę czarną i z mlekiem.

Zniesmaczony ton jego głosu momentalnie poinformował Dracona, który odsunął się bez słowa, aby wpuścić swego gościa do środka, że humor nie dopisuje Harry'emu - nawet jeśli jego pytanie było przykryte uprzejmym uśmiechem nałożonym na twarz jak puder.

Zielonooki rozejrzał się za stołem, po czym postawił koszyk na chropowatym blacie i machnięciem różdżki przywołał z komody białe talerze przyozdobione na krawędziach wyciętymi wzorami kwiatów (Draco, widząc tą absurdalną, niewyszukaną dekorację nie powstrzymał szyderczego grymasu cisnącego mu się na usta).

Szarooki czarodziej zamknął drzwi, przyglądając się, jak Harry rozstawia naczynia na porysowanym, drewnianym blacie; podszedł leniwym krokiem do mężczyzny i wyciągnął z jego dłoni dwa, szczerbate kubki, umorusane jakimś białym zaciekiem.

— Wciąż jesteś zły za to przeciągające się milczenie Katriny? — ni to zapytał, ni to stwierdził Draco, szukając spojrzenia zielonych oczu, które, istotnie, chwile później spojrzały na niego, ale zamiast zrezygnowania - którego Draco podświadomie oczekiwał - jaśniała w nich szwedzka pasja, która krzyczała bezgłośnie i - Draco wcale by się nie zdziwił - mogła być równie dobrze nabazgrana jakimś bezbarwnym atramentem - wymysłem zmyślnych bliźniaków Weasley - w powietrzu pomiędzy ich głowami, uformowana w znaki, w litery i w wykrzykniki, szydząc ze wszelkich zasad kurtuazji.

— Zły? — powtórzył, uśmiechając się z jakąś abstrakcyjną gamą lodowatego rozbawienia. — Czy jestem zły? — Miękkość głosu Harry'ego nie współgrała z jego pobladłą dłonią, która drżała ledwo dostrzegalnie, jakby zielonooki jedynie cudem powstrzymywał się od rąbnięcia pięścią w blat bądź (co gorsza) pochwycenia jednego z kremowych kubków, trzymanych przez Dracona, i ciśnięcia nim o ścianę. — Straciliśmy szpiega, na litość Merlina, jestem przeszczęśliwy!

Draco, zamiast odpowiedzieć, postawił kubki na stole z taką delikatnością, jakby te były filiżankami z saskiej porcelany.

— Może wolałbyś herbatę z prądem? — zapytał (jego głos był łagodniejszy - trochę jak ton tresera, starającego się udobruchać niezadowolonego lwa, szczerzącego rząd krwiożerczych kłów zza krat ogrodu zoologicznego) i nie czekając na odpowiedź zaklaskał w dłonie - chwilę później rozglądał się już z jawnym zniesmaczeniem, jakby czekał na coś, co przeciągało się w czasie niemiłosierną liczbę godzin.

Harry, który już miał na języku litanię przekleństw pod adresem losu, zamknął usta i przyjrzał się Draconowi spod zmarszczonych brwi.

— Można wiedzieć, co robisz? — zapytał powoli, śledząc rozbiegany wzrok szarookiego.

Draco nie poświęcił mu ani jednego spojrzenia.

— Próbuję wezwać skrzata, jakbyś nie zauważył — prychnął Draco, wciąż nie opuszczając rąk - po chwili ponowił klaskanie, wyglądając tak, jakby coś ostrego wwiercało mu się w żołądek.

Harry poczuł, że rozbawienie rości sobie prawa zajmowane przez uprzednią frustrację i nie mógł nic poradzić na to, że jego usta drgnęły, a na twarz wpłynął grymas szczerego śmiechu.

— I co się szczerzysz, idioto? — warknął szarooki czarodziej, rzucając zielonookiemu pełne niechęci spojrzenie, jednocześnie krzyżując ramiona na piersi. — Niby wiesz, co tu trzeba zdziałać, aby dostać coś gorącego do picia?

Harry uniósł brwi i patrząc Draconowi w oczy, powiedział jedynie:

— Istotku, pozwól do nas na moment.

Trzask aportacji obwieścił im przybycie domowego skrzata, kłaniającego się przed Harrym w pas, z uszami postawionymi jak u czujnego roślinożercy spodziewającego się ataku drapieżnika.

Draco zagapił się na jego wyłysiałą czaszkę o poszarzałej, pomarszczonej skórze i powoli pokręcił głową.

— Ty chyba żartujesz — wymamrotał, ogarnięty bezbrzeżnym niedowierzaniem. — Nie mów mi tylko, że muszę znać ich imiona...

Harry odpowiedział mu wątłym uśmiechem, odgarniając palcami kosmyki przydługich włosów z oczu.

— Nie zaszkodziłoby — odparł i wzruszył ramionami, jakby była to najbardziej oczywista rzecz pod słońcem. Pochwycił z blatu puste kubki i podał zgiętemu w pół skrzatowi z wilczym uśmiechem na ustach. — Istotku, byłbyś tak miły i przyniósł nam dwa razy cappuccino z gałką lodów w śmietance?

Skrzat przyjął filiżanki, spojrzał wielkimi, bladymi oczami na Harry'ego i zasalutował jak wojskowy (uderzając się przy tym trzymaną w prawej dłoni filiżanką pomiędzy oczy), po czym - zanim Harry zdążył skrzywić się na ten pokaz służalstwa - zniknął z kwater Dracona z cichym pyknięciem.

Draco przechylił głowę, unosząc wysoko brwi.

— Sądziłem, że chciałeś, żebym to ja wybrał kawę? — zauważył, starając się nie uśmiechać zbyt ostentacyjnie.

Harry wzruszył ramionami i rozsiadł się przy niewielkim stole, przeciągając palcami po chropowatym blacie.

— Tak właściwie — mruknął zielonooki, nie odrywając spojrzenia od własnych dłoni — to zamierzałem spytać cię o zdanie à propos tego całego szaleństwa. — Czarodziej oderwał jedną rękę od blatu i zerkając przelotnie w twarz Draco, zatoczył chaotycznym gestem krąg nad własną głową.

Szarooki czarodziej zmarszczył czoło, zasiadając na krześle naprzeciw Harry'ego; zastanawiał się, czy drugiego czarodzieja ponownie nie uwiera dręczące poczucie winy, którego - jak podejrzewał - żaden inny czarodziej nawet by nie odczuł, znalazłszy się w analogicznej sytuacji.

— Znów chodzi o Snape'a, tak? — zapytał przyciszonym głosem, jakby obawiał się, że ściany mają uszy. — Mówiłem ci już, że całkowicie rozumiem potrzebę...

— Nie chodzi mi o Snape'a, Draco — przerwał mu Harry, unosząc wzrok na szare oczy towarzysza - w tej intensywnej zieleni migotała jakaś nieokreślona nuta emocjonalności. — Mam na myśli wszystkie te wielkie plany, w których skuteczność sam powątpiewam, jednocześnie mówiąc o nich z tak wielkim przekonaniem. — Zielonooki zaczął skubać skórki przy krzywych, połamanych paznokciach. — Jakbym sam siebie starał się przekonać — dodał ciszej, a światło zacietrzewienia płonące w jego oczach przygasło jak dogasające drewno w marmurowym kominku.

Skrzat pojawił się na powrót z dwoma kubkami parującej kawy i ustawił je z najwyższą ostrożnością na obdartym blacie pomiędzy dwójką magów. Chwilę potem podniósł duże, blade oczy na milczącego Harry'ego, jakby spodziewał się gorących słów pochwały. Po chwili uciążliwej ciszy, w trakcie której zielonooki, jak się wydawało Draconowi, nawet nie zdawał sobie sprawy ze skrzacich oczekiwań, wpatrując się niemo w ulatującą z kubków parę, podłużne uszy stworzenia oklapły, a ten - wyglądając jak zmokły szczeniak - zniknął ponownie z cichym „pop", rozmywając się w smugi brązu i szarości.

Szarooki westchnął i pochylił się nad blatem, aby uchwycić zmęczony, rozmyty wzrok Harry'ego.

— Chcesz zaatakować mugolskie więzienie? — zapytał cicho, wierząc, że tylko bezpośredniość wyrwie Harry'ego z tego dziwnego, nienaturalnego stanu otępienia.

— Chcę odbić naszych ludzi. — Harry nie odwrócił wzroku - w głębinach tej ciemnej zieleni, która wraz z kolejnymi słowami przybrała na intensywności, czaiła się pierwotna dzikość. — Chcę swojego szpiega z powrotem.

Draco odchylił się na krześle, przyglądając się napiętej twarzy Harry'ego w niejakim zamyśleniu.

— Wiesz — mruknął ostatecznie, przyciągając do siebie kubek parującej kawy, kuszącej jak ambrozja i - raczej bezwiednie - zaczął wodzić kciukiem po płytkich wyszczerbieniach w jego strukturze — jeżeli chodzi o chwilową lukę na stanowisku szpiegowskim... Jest z nami ktoś, kto mógłby wyeliminować te braki własną osobą, że tak się wyrażę.

Harry zastygł z ręką wyciągniętą nad blatem po pieczywo i uniósł pobladłą raptownie twarz na swego towarzysza; powoli wycofał rękę, oblizując nerwowo wargi, jakby sama sugestia sprawiła, że ścierpnął mu żołądek. Szarooki czarodziej pomyślał, że oto właśnie ugodził w wyjątkowo czuły punkt. Zielonooki wychylił się w stronę Dracona jak przymierzająca się do odlotu sowa - jego oddech stał się płytki i nierówny.

— Mam... — wyrzucił z siebie na jednym wydechu — zastąpić Lunę Snape'em?

Draco skrzywił się na sam wydźwięk tych słów.

— Tak, wiem - to brzmi niedorzecznie — przyznał, chwytając nóż i dla ukrycia własnego napięcia piętrzącego się w jego ciele jak pasma górskie, zaczął kroić na pół miękką kajzerkę, pochwyconą z blatu — ale pomyśl, Harry, kto ze znanych ci osób jest wprawiony w szpiegostwie lepiej od niego?

Zielonooki prychnął nieco nerwowo i - wycofując się na oparcie sztywnego krzesła - ukrył się za kubkiem gorącej, korzennej kawy.

— Umie perfekcyjnie kłamać, to wszystko — mruknął zza ściskanego w dłoniach naczynia. — Jego technika polega na jawnym działaniu, udawaniu wierności ideałom, których nie popiera, podsuwaniu fałszywych tropów, opierając całą fasadę na obronnych strategiach chroniących jego umysł i prawdziwe intencje. Styl Luny jest zgoła odmienny - ona potrafi przejść koło człowieka i nie zostać zauważoną, wtapiać się w tło jak kameleon, znikać, kiedy zajdzie taka potrzeba...

— A jednak nie wystarczyło to, aby uchronić się przed więzieniem, prawda? — zauważył cicho Draco, przechylając głowę i wpatrując się uważnie w twarz pobladłego Harry'ego.

Szarooki mężczyzna odetchnął głęboko (samego siebie starając się uspokoić) i upił łyk gorącej kawy, ściskanej w palcach jak materialna tarcza - skóra na opuszkach stykająca się z naczyniem zaczynała się zaczerwieniać - Draco nawet nie odczuwał wżerającego mu się w palce gorąca.

— Harry...

— Jeśli próbujesz mi powiedzieć, że nie powinniśmy podejmować szturmu na to więzienie... — zaczął mówić ciężkim głosem zielonooki, ale przeczący ruch głową Dracona skutecznie uciszył jego zarzuty.

Szarooki czarodziej odłożył bułkę na talerz i złożył dłonie na kolanach.

— Broń Merlinie, nie sugeruję ci, że nie powinniśmy walczyć o wolność zamkniętych tam czarodziejów — zasępił się, wyłamując sobie, ułożone na nogach, palce — ale potrzebujemy szpiega, Harry, choćby jedynie tymczasowo. Mamy na to stanowisko idealnego kandydata. Dlaczego nie pozwolić mu przysłużyć się naszej sprawie? Dlaczego nie pozwolić mu robić tego, co potrafi najlepiej, tego, do czego jest stworzony?

Harry patrzył na niego, jakby ujrzał go pierwszy raz w życiu.

Draco — wyszeptał słabo, pochylając głowę, aby przetrzeć oczy. — Co ty proponujesz, na Morganę? — Zielonooki oblizał nerwowo wargi. — Zaufać, że Snape przysłuży się naszej organizacji, a powierzać mu tak znaczące stanowisko to dwie, odmienne kwestie, na bogów.

Dracon spuścił wzrok na własny talerz.

— Wiem — przyznał cicho, marszcząc blade czoło, czując rosnący w sercu niepokój — ale nie istnieje żaden inny sposób, aby przekonać się, że dojrzał do tego, aby naprawdę zacząć walczyć u naszego boku, nie przymykając oczu na istotne kwestie. — Szare oczy odnalazły zielone. — Nie istnieje żaden inny sposób, aby samych siebie utwierdzić w przekonaniu, że nie odwróci się on od nas w najmniej dogodnym momencie.

Zielonooki wyglądał tak, jakby jego serce zatrzymało się na jedną, ulotną jak sen chwilę. Draco miał szczerą nadzieję, że ten moment wyparcia nie potrwa nadzwyczaj długo.


-VVV-


Harry, słuchając słów rówieśnika, miał wrażenie, że docierają one do niego zza szczelnego klosza tłumiącego dźwięki.

Wykorzystać umiejętności Snape'a? Potraktować go jak podkomendnego? Powierzyć zadanie? Snape nie był kimś, kto wciąż jest gotów podporządkować się poleceniom - był kimś, kto sam sobie wyznacza cele i jeśli poda komuś pomocną dłoń to tylko i wyłącznie z własnej, nieprzymuszonej woli, jeśli ucieknie się do kłamstwa, to jedynie widząc w tym korzyści dla własnej osoby (a może — przemknęło Harry'emu przez myśl — zadziała na użytek swej córki?).

Mówił, że wybrał stronę — pomyślał w popłochu, wpatrując się w te szare, tak pełne przekonania, oczy i jak powracająca niczym w błędnym kole modlitwa, odpowiedział mu głos jego własnych obaw: — Wszystko sprowadza się do słów. Ile są warte słowa Snape'a?

Harry wciąż nie potrafił znaleźć na to pytanie zadowalającej odpowiedzi.

— Pomyślę nad tym — odrzekł, mocniej zaciskając dłoń na szczerbatym kubku, nie zważając na to, że rozgrzana powierzchnia parzy mu palce. — Na razie skupmy się na tym mugolskim zakładzie karnym, w porządku? Czarodziejscy obywatele nie zasłużyli sobie na los, jaki ich spotkał. Im szybciej wymyślimy, jak wydobyć ich na wolność, tym lepiej dla wszystkich.

Właściwie, pokazał w ten sposób własne podejście do poruszonej przez Dracona kwestii Snape'a lepiej, niż byłby w stanie ubrać to w słowa.


-VVV-


I to nazywam kochaniem cię — pomyślała Katrina, kopiąc samotny, obły kamyk leżący nad brzegiem jeziora, który z pluskiem wpadł w odmęty ciemnozielonej cieczy, mącąc wodę, poruszając stabilność jej gładkiej powierzchni. — Stanie samotnie w szkockim klimacie, narażając się na przeziębienie i uparte oddychanie pod wiatr, który im bardziej próbuję z nim walczyć, tym mocniej mnie poddusza.

Dzień był chłodny i przesiąknięty aurą wyniszczenia i bezładu (na zielonkawej wodzie kołysały się leniwie na wpół zżarte przez pasożyty, wodne hydrofity).

Katrina odgarnęła do tyłu kosmyki kasztanowych włosów, które im bardziej starała się wetknąć za uszy, tym bardziej wiatr wwiewał je w jej twarz. Wreszcie dała za wygraną z nieugiętym żywiołem i, podtrzymując się dłonią o przesuszony grunt, usiadła na chłodnej ziemi, podciągając kolana pod brodę.

Ty natomiast, bałwanie, im wyraźniej to moje uczucie dostrzegasz, tym bardziej zapierasz się przed nim rękami i nogami — westchnęła w myślach, pocierając o siebie zziębnięte palce — zupełnie, jakby ono ci szkodziło, jakbyś prędzej miał się udusić, niż zaakceptować to, że przywiązałeś do siebie mnie i moje serce, i wszystkie moje myśli, zaplątałeś je na supeł wokół własnych nadgarstków, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Twoje myśli zaprzątają zgoła inne sprawy, jakby całym twoim życiem była wojna oraz to, co w jej trakcie następuje. Kiedy mugolskie ataki zdążyły przycichnąć, ty już węszysz szansę na odwet. Zwołujesz posiedzenia, które cię frustrują i przyprawiają o zawroty żołądka, ale i tak je przeprowadzasz, bo pragniesz dobra dla całego, wielkiego, wrednego świata.

Katrina uderzyła czołem o własne kolana, mając ochotę zacząć krzyczeć, wyrzucić z siebie całą frustrację i cały smutek i słuchać, jak jej głos roznosi się echem poprzez tafle zielonkawego jeziora.

Zastanawia mnie — pomyślała Katrina — czy gdybym była córką kogokolwiek innego, napotkalibyśmy po drodze do siebie nawzajem tyle trudności? Z drugiej strony, ciekawe, czy gdyby moim ojcem nie był ten Severus Snape, w ogóle zwróciłbyś na mnie uwagę?

Im dłużej się nad tym zastanawiała, tym mocniej zaczynała w to wątpić.

Katrina odetchnęła głęboko i wstała - jej zziębnięte kończyny skostniały tak bardzo, że niemal utraciła w nich czucie - po czym odwróciła się w stronę zamku i uniosła spojrzenie na solidne, kamienne mury.

Z otwartych na oścież, wejściowych wrót przyglądały się jej jak sokół ciemne, milczące oczy jej ojca. Obawiała się, że po tym wszystkim, co zrobiła to czarnookie spojrzenie, bliźniacze do jej własnego, będzie ją prześladować każdego dnia - aż do śmierci.


-VVV-


Deszcz zacinał z ukosa, a silny wiatr szalejący pomiędzy rzędem obskurnych, sklepowych witryn omal nie wyrwał mu drucianego, czarnego parasola z dłoni. Clark, sterując rączką parasolki jak cyrkowiec piłką osadzoną na patyku, kroczył pospiesznie pod wiatr - jego czarna, zwiewna peleryna szurała szerokim rąbkiem o rozległe kałuże i namokły bruk, nasiąkając wodą jak gąbka. Spod ukośnych zadaszeń okrytych złą sławą lokali spoglądały na niego czarne, połyskujące w półmroku, wronie oczy - jeden z czarnych, dużych ptaków zakrakał głośno i z furkotem sfrunął na błyszczący od deszczu bruk - ciemny dziób chłapną dwa razy i zwierzę wzleciało na powrót pod schronienie zadaszenia z podłużną dżdżownicą wijącą się w szaleńczych pląsach.

Mężczyzna rozejrzał się czujnie po ulicy, oblizał czubkiem języka dolną wargę i pospieszył w stronę drzwi, nad którymi - szarpany silnymi podmuchami wiatru - dyndał szyld z pociemniałym, pokrytym rdzą napisem: „Borgin & Burkes".

Clark, składając zamaszystym ruchem parasolkę, pchnął drzwi, słysząc nad sobą fałszywy dźwięk starego dzwonka zawieszonego nad odrapaną futryną.

Caractacus Burkes, który z ożywieniem podskoczył do niego, sądząc najwyraźniej, że ma do czynienia z którymś z nielicznych, dysponujących majątkiem klientów, sposępniał momentalnie, gdy Clark strzepnął z głowy naciągnięty niemal na same oczy kaptur.

Mężczyzna uniósł brwi widząc, jak usłużny, pełen sztucznej przychylności uśmiech ściera się z twarzy właściciela parceli jak farba spłukana sporą dawką wody.

— Ach, to ty — burknął ze znudzeniem Burkes, rozluźniając swoje naprężone jak struna mięśnie i westchnął z niejaką dozą irytacji, zerkając przez okno na zalaną deszczem, przykrytą pustką ulicę, jakby miał głęboką nadzieję, że będzie mógł się wymówić jakimś dostojnym, ważnym klientem, z którego obsłużeniem nie wypada zwlekać. — Cóż, zapraszam. — To brzmiało co najmniej jak szczere zniechęcenie do dalszego przebywania w tych - jakże gościnnych, jeśli mowa o handlu i niczym innym - progach.

Clark miał nieprzemożoną chęć, by otrzepać z deszczu materiał parasola, ale zamiast tego opuścił luźno ramię trzymające rączkę złożonej parasolki, pozwalając, by zagubione krople skapywały powoli na pokrytą mgiełką kurzu posadkę.

Na witrynie obrastały w pył zapomniane antyki - Clark zerknął podejrzliwie na zawieszony jak kukła za dziury wyżłopane w czaszce, pożółkły szkielet jakiegoś większego ssaka o kłach sprawiających wrażenie ostrych jak rząd skalpeli, po czym odsunął się zapobiegawczo kilka kroków od okna wystawowego, oblizując w nerwowym tiku dolną wargę.

Burkes zerknął w stronę dyndającego na magicznej nici uczepionej u sufitu szkieletu i uśmiechnął się półgębkiem, a jego oczy rozbłysły psotnym ognikiem.

— Podoba ci się Clark? — zapytał z przekąsem właściciel sklepu, przecierając palcem kilkudniowy zarost. — To szkielet chimery sprowadzony prosto z Grecji. Autentyczny, Clark. W jego budowie dostrzega się gładkie przejścia pomiędzy lwią głową, tułowiem kozy i smoczym ogonem. Idealnie wpasowuje się w nowoczesne i neogotyckie wystroje wnętrza. Zdjąć z wystawy?

— Podziękuję — odparł mężczyzna, wyjmując z wewnętrznej kieszeni płaszcza przeciwsłoneczne okulary i - mimo zachmurzonej pogody za oknami - nałożył je, nasuwając jak najgłębiej wskazującym palcem na chudy nos. Jego poszarpane wiatrem włosy zdawały się jeszcze bardziej rozwichrzone niż na codzień - Clark bez najmniejszych rezultatów silił się, aby je przyklepać przemokłymi od deszczu palcami.

— Więc może skusisz się na przejrzenie, nowych w naszym asortymencie, samonapełniających się pucharów z Dynastii Ming, które to...

— Myślisz, że przyszedłem tu w celu nabycia tych... imponujących staroci, hmm? — przerwał Burkesowi Clark, odgarniając z czoła przesiąknięty deszczem kosmyk włosów. — Mylisz się, Burkes. Tak się zabawnie składa, że mam sprawę niecierpiącą zwłoki. Widzisz, Burkes, pan Malfoy się niecierpliwi, nieustannie podpytując o wieści na temat szanownego Szefa Biura Aurorów i jego przyszłych posunięć.

Burkes zmrużył oczy, urażony niezainteresowaniem swego gościa ich nadzwyczaj bogatym asortymentem i oznajmił półgębkiem (nie mając najmniejszej chęci omawiać jakiejkolwiek kwestii poza sprawami handlowymi), mierząc wątpliwego klienta niechętnym spojrzeniem:

— Ja nie zapraszam Andersona na herbatki, Clark. — Sępie oczy Clarka obserwowały, jak Caractacus odwraca się i idzie w stronę lady, by dać wytchnienie swoim starym kościom. Usiadł ciężko na rozchybotanym krześle i wyciągnął nogi przed siebie, krzyżując je w kostkach.

Clark skrzywił się z niesmakiem i poprawił automatycznym ruchem zsuwające się z chudego nosa przyciemniane okulary.

— Nie mam żadnych świeżych wieści i nie będę ich miał, póki Anderson nie raczy przyprowadzić do mojego sklepu swoich szanownych czterech liter — obwieścił Burkes, rozkładając ramiona w geście bezsilności. — Przekaż panu Malfoyowi, że jeśli zainwestuje w promowanie tego lokalu, wówczas obroty najprawdopodobniej wzrosną i wizyty Wally Andersona mogą okazać się częstsze. Podkreślam: mogą, ale nie muszą. — Burkes wzruszył obojętnie ramionami, spoglądając posępnie na przyglądającego się szyderczo jego twarzy Clarkowi. — Niestety jestem handlowcem, nie wieszczem. Nie przewidzę posunięć Andersona.

Clark zmarkotniał i podrapał się po chudym nosie.

— Patowa sytuacja, hmm? Pan Malfoy nie będzie zachwycony.

Właściciel owianego złą sławą sklepu uniósł brwi, przechylając głowę w uprzejmym - jakże sztucznym - zainteresowaniu.

— Nic na to nie poradzę — odparł półgębkiem, podciągając stopy do siebie. — Być może skusisz się na zerknięcie na kolekcję wytwornych artefaktów? Mam na zapleczu pył, którego działanie opiera się o...

— Nie interesują mnie twoje towary, Burkes — zirytował się Clark — i sądzę, że pana Malfoya ciekawią jeszcze mniej. Co więcej, pan Lucjusz Malfoy działa w imieniu Naczelnictwa. Mówiąc precyzyjniej: w imieniu pana Severusa Snape'a. Myślisz, że Głównego Naczelnika obchodzi asortyment, który masz na stanie, hmm?

Caractacus Burkes wydawał się ani trochę nieprzejęty sugestywnymi pytaniami mężczyzny.

— Patrząc na to — odparł półgębkiem, ponownie mrużąc wlepione w Clarka oczy — ile razy pan Malfoy senior zaopatrywał się w moim sklepie, Clark, sądzę, że owszem, interesuje go towar, który mam w ofercie. I choć nie mogę powiedzieć tego samego o Naczelniku, siedzę w tym biznesie na tyle długo, aby wiedzieć, jak sobie poradzić na tym pieskim świecie.

Clark prychnął i poprawił zsuwające mu się z nosa okulary, po czym owinął się szczelniej peleryną i uniósł parasol.

— Oby szczęście pana nie opuściło, panie Burkes — mruknął pod nosem, po czym dodał głośniej: — Tak czy inaczej, wrócę tu jeszcze po informacje. Miejmy nadzieję, że do tej pory szanowny nasz auror Wally Anderson raczy podskoczyć po jakiś kiczowaty produkt. Dla pańskiego dobra, panie Burkes, byłoby lepiej, gdyby tak się stało.

Caractacus Burkes zazgrzytał zębami, na co Clark uśmiechnął się z bestialskim szyderstwem.

Właściciel sklepu zdawał się bardziej przejęty sugestią, że sprzedawane przez niego towary miałyby być zwykłą tandetą, niż tą przemyconą w krótkich słowach groźbą.

— Mój asortyment można nazwać wieloma epitetami, panie Clark — głos sprzedawcy ochłodził się znacznie, brzmiąc jak ostry piorun w środku ciemnej nawałnicy — ale „kiczowaty" nie jest jednym z nich.

Clark pokiwał kpiarsko głową i oblizał mechanicznie samym koniuszkiem języka dolną wargę.

— Oczywiście, panie Burkes, proszę wybaczyć to przejęzyczenie — zaszydził ewidentnie, kłaniając się prześmiewczo sprzedawcy. — Komu w drogę, temu czas. Do rychłego zobaczenia. — Clark, nie czekając na odpowiedź, obrócił się w stronę wejścia i pchnął drzwi, sprawnym ruchem otwierając parasol, zanim wiatr wdmuchnął mu w twarz lodowate krople deszczu, jesienne, wydeptane liście i pomięte papierki po cukierkach.

Drzwi trzasnęły za jego plecami, gdy schylając głowę i naciągając na czoło przyduży kaptur, ruszył ścieżką wybrukowanego chodnika, depcząc powciskane w jego krzywe szczeliny strzępy zużytych prezerwatyw i kępki napęczniałego od wilgoci i częstych deszczów mchu.


-VVV-


Oczy wiekowych portretów okutych w twarde, archaiczne ramy obserwowały go, jakby był muchą, która przycupnęła na krawędzi lukrowanego tortu - ci bardziej podejrzliwi drażnili go jak kamyk uwierający w bucie: wychylali się ze swoich ram, jakby spodziewali się utrzymać go na jakiejś mentalnej uwięzi samą intensywnością spojrzenia (absurdalne, prawdę mówiąc, bzdurne i groteskowe - te przeświadczenia wspomnień).

— On nie jest w stanie podźwignąć więcej — powiedział Draco, unikając zielonych, przewiercających go, niemal kocich oczu Minerwy McGonagall, zaciskając palce na filiżance gorącej herbaty z mlekiem, której nie chciał, ale i tak ją dostał. — Stara się jak może, ale po tych wszystkich trudnościach, na które natrafił w swoim życiu, niewiele mu już pozostało wiary we własną wyjątkowość.

Dyrektorka, zaciskając wargi w cienką linię, przyglądała się długą chwilę jego zastygłej w powadze twarzy tymi niemożliwie zielonymi oczami, które (w sposób niepospolicie abstrakcyjny) odbijały od swej powierzchni światło, zdając się świecić w półmroku gabinetu jak oczy domowego kota.

— Uważa pan, że — zapytała w końcu, pochylając nieznacznie głowę nad blatem dyrektorskiego biurka — pan Potter nie da rady przeprowadzić planowanego szturmu na mugolskie więzienie, panie Malfoy?

Draco miał ochotę przewrócić oczami i zrobić swej byłej nauczycielce wykład na temat słuchania ze zrozumieniem.

— Broń Merlinie, niczego takiego nie powiedziałem. On nie jest niedołężny — odparł opryskliwie (do czego popchnęła go nienaturalna nerwowość żerująca na jego umyśle), po czym zreflektował się, pokręcił głową i przeprosił za ten pozbawiony kultury ton głosu. — Chodzi o to — ciągnął, starając się ze wszystkich sił znaleźć odpowiednie słowa, aby wytłumaczyć swoje obserwacje — że sprawowanie kierownictwa nad naszą organizacją plus notoryczne przebywanie w pobliżu Naczelnika, nie wpływają na niego korzystnie, pani dyrektor.

McGonagall uniosła chude brwi wysoko na czoło i delikatnym, pełnym gracji ruchem odstawiła filiżankę na spodek.

— Panie Malfoy, być może nie jest pan zaznajomiony z tą kwestią, ale zapewniam pana, że pan Potter własnowolnie i osobiście zaprosił Severusa Snape'a na dzień przeprowadzenia zebrania do Hogwartu — powiedziała z jakimś mechanicznym drygiem w głosie, jakby odczytywała artykuł prawny, a nie rozmawiała z sojusznikiem.

Szarooki czarodziej powstrzymał zmęczone westchnienie i przetarł palcami prawą skroń.

— Oczywiście, że go zaprosił — przyznał ze znużeniem, po czym pokręcił głową. — Nie rozumie pani?

Była nauczycielka Transmutacji splotła palce na blacie i przyznała z równym profesjonalizmem w tonacji, z jakim zaczęła ich rozmowę:

— Obawiam się, panie Malfoy, że, owszem, nie rozumiem. Nie zechciałby pan wyrażać się jaśniej?

Na kilka minut w gabinecie zapadła cisza. Draco, skubiąc nerwowo własne paznokcie (wyglądając przy tym bardziej jak nerwowy, nierozsądny uczniak przed końcowo-rocznym egzaminem, niż dorosły czarodziej), szukał słów, które nie zabrzmiałyby zbyt ostentacyjnie i nie potrafił ich odnaleźć. Wreszcie utkwił wzrok w błyszczącym od polerowania przez szkolne skrzaty biurku, uniósł do ust filiżankę herbaty i po wzięciu dużego łyku „na uspokojenie", wymamrotał ledwo zrozumiale:

— On się go boi, pani profesor.

Draco uniósł wzrok na dyrektorkę, chcąc sprawdzić, jakie będą następstwa jego słów i zaskoczył się, widząc, że jego wypowiedź nie wzbudziła w obecnej dyrektorce oczekiwanej przez niego reakcji. Spodziewał się, że kobieta zastygnie w bezruchu albo powie coś w stylu: „co to za dziecinne mrzonki?", może będzie domagać się wyjaśnień, a może zaprzeczy jego słowom, stwierdziwszy, że ktoś, kto pokonał samego, potężnego Czarnego Pana, nie może bać się zwykłego przedstawiciela państwowego, kimkolwiek by takowy nie był w przeszłości. Zamiast tego starsza czarownica pochyliła się nad blatem, marszcząc jeszcze bardziej swe pokryte nieznacznie przesuszoną skórą czoło i poprosiła cicho:

— Przepraszam, nie dosłyszałam. Czy mógłby pan powtórzyć?

Draco poczuł, jak coś w nim pęka - przepoławia go równo na pół: po jednej stronie pozostała racjonalność, po drugiej pojawiła się błyskawica zniecierpliwienia kotłująca się w pustych przestrzeniach irytacji - ta druga strona, ku przerażeniu samego Dracona, coraz bardziej przejmowała nad nim kontrolę.

— Boi się! — wybuchnął tak niespodziewanie, że dyrektorka, choć ewidentnie starała się nie okazywać swojego zaskoczenia, wycofała się raptownie na oparcie krzesła. — Harry podporządkowuje się mu, bo się boi: przerażają go możliwości Naczelnika, obawia się przewagi, jaką ten nad nim trzyma, boi się niepewności co do jego zamiarów, co do jego intencji. Żeby stanąć na równi z przeciwnikiem, trzeba go najpierw zrozumieć, wczuć się w jego sposób postrzegania świata, a Harry... — Draco zacisnął powieki i wyrzucił na jednym tchu: — Harry nie jest w stanie pogodzić się ze zmiennością Snape'a, z nie oczywistością jego ruchów, stara się rozgryźć sposób działania jego umysłu, ale błądzi tylko w ciemności jak dziecko, ma w dłoniach wszystkie elementy układanki i nie potrafi ułożyć ich w jedną całość. — Draco nabrał głęboko roztrzęsionego oddechu i przetarł czoło - jego głowa zaczynała tętnić tępym bólem. — Jednocześnie ufa — powiedział cicho, starając się, aby jego głos nie zadrżał zbyt mocno — że - może nie tylko, ale przede wszystkim - Snape jest w stanie skutecznie pomóc mu w uratowaniu tego świata, w wygraniu tej wojny. Ufa, że Snape - nie ze względu na niego, ani kogokolwiek innego, ale z uwagi na samego siebie i własną córkę - pomoże nam zakończyć to: raz a skutecznie.

Draco odetchnął nieco chwiejnie i spojrzał przez palce na McGonagall - która (ku jego ogromnej konsternacji) nie patrzyła na niego, a utkwiła zielonooki wzrok w coś ponad jego ramieniem.

Mężczyzna zaczął się zastanawiać, po co w ogóle przyszedł tu dzisiaj, aby wyłożyć przed tą (niemal obcą sobie) kobietą własne lęki. Kiedy miał już zamiar pokręcić głową i przeprosić za swój nagły wybuch, po czym kulturalnie podziękować za herbatę i ewakuować się stąd jak najdalej, ktoś go uprzedził.

— Chyba powinienem podziękować ci, Draco, za to błyskotliwe wyłożenie mi tej sytuacji — rozległ się zza jego pleców głos, który sprawił, że cała krew odpłynęła mu z twarzy. — Sądzę, że sam jeszcze długo bym nie dotarł do podobnych wniosków.

Młody mężczyzna - czując się, jakby w głowie szumiał mu mugolski młot pneumatyczny - nie potrafiąc powstrzymać nagłego przypływu paniki, jaka wpiła się w jego umysł niczym pnącze bluszczu, wybuchnął śmiechem (tak gorzkim, tak gardłowym i tak ciężkim, że to niemal sprawiało ból).

Zdaje się, że potwór zamieszkały w cieniach jego koszmarów zawsze będzie się znajdował kilka kroków przed nim.


-VVV-


Rząd ciasnych cel w ciągu dnia wyglądał zupełnie tak samo, jak w porach nocnych. Półmrok okrywał wąskie, długie pomieszczenie piwniczne jak drżąca sieć pajęczyny, na której osiadły błyszczące krople rosy, rozpostarta pomiędzy dwoma konarami dębu. Zużyta, jarząca się bladym światłem, gorąca żarówka migotała jak światło projektora w starym kinie niemym, odbijając się słabymi rozbłyskami od metalowych krat, oświetlając od czasu do czasu blade, zmęczone twarze więźniów.

Monica Wilkins siedziała na chłodnej ziemi z głową wspartą o sąsiadujące ze sobą kraty, zaciskając palce na zimnej dłoni Wendella, którą ten przecisnął przez lukę między dwoma pręgami.

Wendell pogładził żonę kciukiem po wierzchu dłoni i westchnął przeciągle, zastanawiając się, czy w tej zawilgotniałej, śmierdzącej stęchlizną, ciemnej piwnicy przyjdzie im wkrótce umrzeć.

Odkąd utknęli we dwoje w tym zapomnianym przez Boga miejscu, miał bardzo dużo czasu na myślenie (tego jednego nie mogli mu zabrać) - tak upływały mu dni, minuta za minutą, godzina za godziną, na analizowaniu torów własnego życia, na myśleniu o sytuacji, w której się znalazł, o czarodziejach, którzy rzekomo dzielili z nim to piekło. Szczególnie uważnie obchodził się z zastanawianiem się nad osobą Molly Weasley, jedną z więźniarek, do której, można tak to ująć, zapałał sympatią (za jej zrównoważenie, za jej zaraźliwy spokój mimo ciężkiej sytuacji, za jej łagodny ton głosu i pokrzepiające słowa, i współczucie, z jakim myślała o innych, a nigdy nie o sobie, zupełnie tak, jakby losy innych ludzi były ważniejsze od jej własnego. — Jestem stara — mówiła czasem ta skromna kobieta do tej nowej dziewczyny spod jedenastki, która - patrząc na wiek - równie dobrze mogłaby być jego córką. — Ty, kochaniutka, masz przed sobą całe życie. Jeśli, daj Merlinie, znajdziesz okazję, aby stąd uciec, uciekaj i nie oglądaj się na mnie). Krążył wokół tej myśli na palcach, podchodził do niej powoli, z kilku stron, kilkukrotnie (trochę jakby byli dwoma kotami, które obserwują się z wnikliwością, analizują swe wzajemne zachowanie, idą ku sobie ostrożnie - na miękko ugiętych łapach - zataczając wokół siebie kręgi jak wrony albo łabędzie), obwąchiwał tę myśl jakby był bezpańskim psem, a ta okruchami chleba na wyasfaltowanej trasie. Wendell dałby się pociąć, okaleczyć, poćwiartować - dałby sobie rękę uciąć - że nazwisko tej starej kobiety, nazwisko Dziesiątki, jak powiedziałby wiecznie sfrustrowany Patrick Gillespie z celi siódmej, nie jest mu obce - majaczyło gdzieś w jego podświadomości, coś świtało w jego umyśle za każdym razem, gdy go usłyszał, jakby w przeszłości już je napotkał, jakby je znał i to bliżej, niż sądził, jakby ta kobieta była kimś, kogo wielokrotnie spotykał w swoim długim życiu (co było niemożliwe, oczywiście, ponieważ jak mógłby ją znać i nie pamiętać - kogoś takiego jak Molly Weasley się nie zapomina). Co zaskakiwało go bardziej (choć kiedyś użyłby określenia: „przerażało", ale ten etap ciągłego strachu, w którym majaczący w kącie celi cień zdaje się przybierać monstrualne kształty nieludzkiej bestii o najgorszych intencjach, Bogu dzięki, miał już za sobą), wszystko wskazywało na to, że pomimo tego, że on nie zna i nigdy nie poznał żadnej Molly, a już na pewno żadnej Weasley, kobieta spod celi dziesiątej doskonale zdawała się znać jego (...mugolskie sposoby lecznicze, mówię poważnie, zapytaj pana Grangera, ach, znaczy Wilkinsa z celi piętnastej, on leczy ludziom zęby, panie Byrne, bez magii medycznej, bez magii ogółem. Bez zaklęć, panie Byrne! Rozumie pan ten fenomen?). Wendell nie wiedział, co w takiej sytuacji powinien myśleć, a co dopiero powiedzieć.

Kiedy miał gorsze dni (a tych, ostatnimi czasy, ustawiał się przed nim cały szereg jakby były kolejką klientów na największych wyprzedażach letnich), myślał nad swoją córką. Wiedział gdzie ją zabrali - dwaj mężczyźni w wojskowych płaszczach siedzący na przednich siedzeniach samochodu, który zabrał jego i Monicę z ich skromnego, lecz ukochanego domu, sądzili zapewne, że pośród krzyków, zarzutów i rzewnego płaczu jego roztrzęsionej żony, której - jakkolwiek bardzo by się nie starał - nie był w stanie pocieszyć, nie usłyszy ich krótkiej rozmowy, będącej dla niego jak cierń wbijany w serce.

...ta mała, widziałeś, to ich dziecko, które było na piętrze, weź głośniej - to Czwórka z Liverpoolu, ma trafić do rodziny zastępczej w Baton Rouge...

To w Luizjanie?

W jej stolicy, Kris, i żyjemy poniżej fal, w naszej żółtej łodzi podwodnej*, czego oni cię uczyli na tych studiach geograficznych?

Ta wiedza wcale nie była dla niego ulgą - myśl, że jego dziecko będzie wychowywało się w innej, obcej mu rodzinie, z dala od nich, od ciepłych szalików robionych wieczornymi porami na drutach przez Monicę, od słodkich puddingów czekoladowych serwowanych przez jego żonę po obiadach, od gorącej herbaty z miodem lipowym, którą pili każdego popołudnia (ich mały, osobisty rytuał), była niczym uderzenie w policzek, czuł się, jakby nie spełnił swoich rodzicielskich obowiązków, nie miał nawet pewności, że rodzina, do której trafi Demetria, będzie o nią dbać, będzie się o nią troszczyć, będzie jej dawać kieszonkowe na te okrągłe, małe pączki z lukrem, które jego córeczka tak bardzo uwielbiała. Owszem, szczęściem w nieszczęściu było to, że ci okrutnicy, którzy ich porwali, oskarżając o cuda niewidy, nie uznali za słuszne sprowadzić ich córkę do tego chłodnego, przerażającego więzienia i zamknąć ją w jednej z tych bezosobowych cel zastawiających drogę do normalnego życia metalowymi kratami. Nie ścierpiałby, gdyby losy ich córki potoczyły się inaczej - chłód więziennej celi nie sprzyja prawidłowemu rozwojowi dziecka. Wendell zamykał oczy, zasłaniał twarz dłońmi i modlił się do Boga, w którego nie wierzył, o przychylność i łaskę dla jego małej Demetrii, które pozwoliłyby jej żyć, owszem: inaczej, niż w ich rodzinnym domu, lecz we względnym spokoju, w otoczeniu miłości (miał głęboką nadzieję, że zazna jej od ludzi, do których trafiła pod opiekę).

Kiedy tu trafili, Wendell starał się nie utracić poczucia czasu, starał się zapamiętywać dni, które spędził w tym odsuniętym od społeczeństwa miejscu, przeliczać ich ilość, zatrzymać ich upływ w jakikolwiek sposób, ale im dłużej tkwił w tym więzieniu, w którym zegary zdawały się zatrzymać, tym bardziej tracił rachubę.

Wendell nie wiedział, dlaczego został tu zamknięty, owszem, słyszał oskarżenia rzucane mu w twarz jak błoto, rozumiał słowa, które padały pod jego zarzutem, lecz im bardziej starał się rozpracować ich sens, tym bardziej czuł się zagubiony.

Wypiera się pan własnej córki, panie Granger? — syczał mu do ucha podstarzały komendant jakiś tam na „L", którego oddech cuchnął kiszonymi ogórkami.

Ależ nie, przyznaję szczerze, proszę szanownego komendanta, że mam córkę — mówił cicho, wpatrując się we własne dłonie, przerabiając tę samą rozmowę chyba po raz dwudziesty.

Przyznaje się pan, że ma pan córkę! — wołał wówczas zafrasowany wojskowy, opierając się biodrem o krawędź swojego biurka i klaszcząc triumfalnie w dłonie.

Zgadza się, panie komendancie, mam córkę — powtarzał Wendell, walcząc o zachowanie spokoju. — Czy wobec tego pozwoli mi pan opuścić więzienie?

Ma pan córkę — kontynuował mężczyzna, drapiąc się po rudym zaroście — dorosłą córkę, czarownicę, Hermionę Jean Granger.

Wendell nie raz i nie dwa miał ochotę w takim momencie się rozpłakać, pozwolić, by łzy napłynęły mu do oczu jak dziecku, nie dbając dłużej o własny honor.

Ależ nie, panie komendancie, mam córeczkę Demetrię, małą dziewczynkę w wieku szkolnym, proszę to sprawdzić, w chwili mojego aresztowania była z nami w domu, któryś z panów, którzy zostali do nas wysłani, musiał ją widzieć i mógłby to potwierdzić.

Komendant cmokał z dezaprobatą jak zawiedziony dzieckiem rodzic i kręcił z naganą głową.

Ach, panie Granger, już sądziłem, że się dogadamy. Pańska cela tak bardzo panu przypadła do gustu?

Uwadze Wendella nie umknęły także sporadyczne rozmowy współwięźniów. Poruszali oni najdziwniejsze kwestie, od magii poczynając, kończąc na niepojętych dla niego słowach, które nie mają racji bytu w mowie angielskiej - o ile nie założyć, że nie wtrącają ich w języku obcym, ale to Wendellowi zdawało się pozbawione najmniejszego sensu. Wendell słuchał tajemniczych nazw i złożonych zwrotów, którymi posługiwali się więźniowie i zastanawiał się, czy nie został zamknięty w jakimś koszmarnym reality show i czy dwadzieścia cztery godziny na dobę nie znajduje się pod czujnym okiem ukrytej kamery. Kilkukrotnie zdawało mu się, że zaraz, zaraz, za momencik wbiegnie na więzienny korytarz producent telewizyjny, z okrzykiem: „Aleś się dałeś wkręcić, chłopie! Pomachaj do widzów!", ale im dłużej tego wyczekiwał, tym bardziej zaczynał wątpić, że jego obecna sytuacja jest skutkiem jakiegoś głupiego żartu. Nikt nikogo nie zagładza dla żartów, sprawiając, że kiszki człowiekowi marsza grają, podrzucając jakieś nieokreślone breje w chłodnych miskach w jeszcze bardziej nieokreślonym czasie (Wendell wolałby, gdyby to wszystko okazało się wyjątkowo paskudnym kawałem albo złym snem, z którego za moment przyjdzie mu się obudzić).

Któregoś dnia (bądź nocy, do diabła) ktoś otworzył główne drzwi na początku korytarza z cichym, głuchym jazgotem, po czym ciężkie kroki oznajmiły przybycie jednego z wojskowych. Żołnierz - wśród cichnących falowo głosów więźniów - przemaszerował przez korytarz i (serce Wendella, jak zwykle w takich sytuacjach, podjechało mu do gardła) zatrzymał się przed jego celą, podzwaniając kluczami, jakby były dzwonkami.

— Wstawaj — oznajmił suchy głos zadbanego mężczyzny w średnim wieku o krótko przystrzyżonych włosach. — Jest rozkaz od naczelnika, aby poddać was wykrywaczowi kłamstw. — Wojskowy przechylił głowę, przyglądając się, jak Wendell dźwiga się chwiejnie na nogi i bez słowa, ostrożnie posuwa w stronę wyjścia z celi. — Naczelnik ostrzega, Wilkins, że jeśli okłamywałeś go przez cały czas i naprawdę nazywasz się Granger, ciebie i twoją żonę spotkają bardzo, ale to bardzo nieprzyjemne konsekwencje.

Wendell, przechodząc obok wojskowego, zakładając ręce do tyłu, pozwolił bez szemrania skuć się w ciężkie, mosiężne kajdany. Silny uścisk dłoni zakleszczył się na jego nadgarstkach, a gorący oddech żołnierza przesunął się po jego zziębniętym, skostniałym karku.

— Przerażony? — zaszydził mężczyzna, gdy Wendell zadrżał pod tym ciepłym oddechem, czując, jak dreszcze przemykają mu w dół kręgosłupa jak iskry.

Wendell, nie bez satysfakcji, postanowił wyprowadzić żołnierzyka z błędu.

— Niespecjalnie — odparł tak, jakby omawiał stan uzębienia jednego ze swoich pacjentów.

Mężczyzna prychnął szyderczo i pchnął go w dół korytarza.

— Pewny siebie, co? — sarknął żołdak, wbijając paznokcie w jego nadgarstek.

Wendell skrzywił się z bólu, ale odpowiedział w podobnym tonie, co przed momentem:

— Dosyć pewny, owszem.

Żołnierz sarknął pod nosem i pospieszył go niedelikatnym pchnięciem w stronę wyjścia.

— Kiedy prawda wyjdzie na jaw, już inaczej będziesz śpiewał, Granger — wycedził mężczyzna, otwierając drzwi prowadzące na korytarz - świeże, rześkie powietrze uderzyło Wendella w twarz jak najprzyjemniejsza woń kwiatowa; zaciągnął się głęboko powietrzem, łaknąc go jak jedzenia.

— Znam swoją prawdę — powiedział bardziej do siebie, niż do wojskowego, który właśnie wprowadzał go w jasny, dobrze oświetlony korytarz (po długotrwałym siedzeniu w półmroku od uderzenia światła Wendellowi zakręciło się w głowie, ale szedł dalej, na ślepo, zupełnie nie wiedząc, gdzie stawia kroki, potykając się jak dziecko z rozwiązanym sznurowadłem). — Znam swoją prawdę — powtórzył szeptem i odciął się od kłującego oczy światła opuszczeniem powiek.


-VVV-


Ted Green, wpijając intensywne spojrzenie w zamykające się drzwi, przytknął dłoń do ust i przeklął tak siarczyście, że Hestia Robinson siedząca cztery cele bliżej wyjścia wydała z siebie piskliwy, wysoki odgłos pełen oburzenia.

— Dobre sprostowanie, Szósty — zgodził się z charakterystycznym dla siebie cynizmem Reece Byrne, przyciskając wychudzoną twarz do krat celi trzeciej, zawijając dłonie wokół zimnych szczebli. — Sam lepiej bym tego nie ujął.

— Co oni z nim zrobią? — rozległ się przesiąknięty paniką jak deszczem głos Jean Granger. — Dokąd go zabrali?

Joe Martin spod piątki warknął niczym rozjuszona bestia.

— Co ty, wariatko z dysocjacyjnym zaburzeniem tożsamości? — zawołał w kierunku celi szesnastej. — Nie słyszałaś? Można pomyśleć, że to ty powinnaś nam wytłumaczyć, jak działa ta wasza, dziwaczna, mugolska technologia.

— Nie dosłyszałam, co powiedział ten mugol — przyznała przed wszystkimi Luna, wstając z zimnej podłogi i podchodząc do krat swojej celi. — Zamierzają go potraktować czym?

Molly Weasley spojrzała z jawnym niepokojem na kobietę z przeciwległej celi.

— Powiedzieli: „wykrywacz kłamstw" — powtórzyła, starając się mówić głośno i wyraźnie, po czym oblizała nerwowo wargi. — Mój mąż od tak dawna interesuje się mugolskimi gadżetami, a w życiu o czymś podobnym nie słyszałam. — Molly zaczerpnęła drżąco powietrze. — Ten... ten mechanizm wyciągnie prawdę z jego umysłu? Dowiedzą się... dowiedzą się o Hermionie? — pytała na głos, bardziej samą siebie, niż kogokolwiek innego; jej głos trząsł się jak przemarznięty wróbel.

Luna zaczerpnęła gwałtownie tchu w objęciach własnej celi.

— Morgano, pani Weasley, proszę nawet nie sugerować takiego scenariusza — zawołała, wbijając w kobietę błagalne spojrzenie, jakby jej słowa mogły tu cokolwiek zmienić.

— Wyciągnie prawdę? — powtórzyła nieco otępiałym głosem Hestia; jej oddech przyspieszył raptownie. — Dowiodą, że to Granger?

— Nasze nazwisko to nie Granger, a Wilkins! — ryknęła niespodziewanie na całe gardło pani Granger - jej głos przeszedł potężnym echem przez korytarz - trochę jak nawałnica.

Na moment we wszystkich celach zapadła cisza. Hestia Robinson spojrzała współczująco w stronę celi szesnastej, podczas gdy Jean Granger starała się odzyskać panowanie nad roztrzęsionymi kolanami. Molly Weasley, blada jak naga kość, zasłoniła dłonią oczy, zastanawiając się, czy jeśli ta mugolska machina zaprzeczy temu - jakże gwałtownemu - oświadczeniu, nie pozostawiając nawet małego miejsca na wątpliwości, to Edward Granger zostanie bezdusznie stracony za okłamywanie władz więziennych - jej serce kołatało się w piersi jak mugolskie opony roweru na silnych wertepach.

Ciężkie milczenie, wiszące w powietrzu jak duszność przed burzą, przerwał, w dość opanowanym tonie, pan Byrne.

— Wykrywacze kłamstw — powiedział powoli, ostrożnie dobierając słowa — to nie Veritasera.

Dłoń Molly Weasley opadła bezwładnie z jej oczu, a kobieta spojrzała z iskrą nadziei na magomedyka, czepiając się jego słów jak deski ratunku, wbijając w nie palce i paznokcie, przytrzymując się ich ze wszystkich sił, widząc w nich ostatni ratunek dla ojca wzbudzającej w niej litość, nieświadomej rozgrywającego się tu dramatu, nieszczęsnej Hermiony, która - pani Weasley nie miała ku temu najmniejszych wątpliwości - oskarży samą siebie ze stanowczą brutalnością, jeśli jej ojcu - święcie pewnemu własnej prawdomówności - stanie się krzywda z powodu podawanej przez niego notorycznie, fałszywej tożsamości.

— Jeśli nasi ludzie wiedzą o tym, że mugolskie władze dorwały Grangerów — powiedziała z niepojętym dla nikogo stoicyzmem Luna, zaglądając prosto w jasnobrązowe oczy Molly Weasley — to i tak zapewne nie wróżą im dobrego końca.

Starsza kobieta zastygła, przyglądając się zza potarganych, spłowiałych włosów zrównoważonemu, chłodno kalkulującemu spojrzeniu tych srebrnych, migoczących jak łzy oczu.

Molly Weasley odetchnęła głęboko, starając się uspokoić nagły niepokój, który rozsiadł się w jej umyśle jak ptaki obsiadłe grzędę.

— O czym ty mówisz, kochaniutka? — wyszeptała, nie potrafiąc wydobyć z siebie głośniejszego dźwięku.

Luna uśmiechnęła się pusto i spuściła wzrok - przydługie, białe kosmyki wpadły jej na oczy, muskając powieki.

— Przepraszam, że pani to wyjawiam — odezwała się cicho, nie patrząc w kobiecą twarz, wpatrującą się w nią z przeciwległej celi. — Wszyscy sądzą, że pani nie żyje, pani Weasley.

Słowa Luny uderzyły w duszę starszej kobiety jak kamień ciśnięty o powierzchnię lustra - jej serce zaczęło obdzierać się z zewnętrznych warstw, jakby było jabłkiem obieranym z twardej skórki - pozostawiając na widoku delikatny, miękki miąższ mający tendencję do ulegania łatwemu zniszczeniu, obiciu, zgnieceniu.

Hestii Robinson wyrwało się z gardła przerażone sapnięcie.

Molly pobladła i struchlała, wodząc spojrzeniem po twarzy unikającej jej wzroku kobiety - jej dłonie zaczęły drżeć.

— Wszyscy? — powtórzyła szeptem, nie mając siły zaczerpnąć tchu. — Hermiona? Harry? Wszyscy?

Luna pokiwała głową.

— Wszyscy — powtórzyła pustym głosem. — Bardzo mi przykro.

— Artur? — zapytała Molly drżącym, łamiącym się głosem, wczepiając się palcami w kraty, jakby jej dłonie były haczykami. — Czy Artur też tak myśli?

Luna uniosła wzrok i spojrzała na Molly jakoś inaczej, jakoś dziwnie, z czymś nieokreślonym ukrytym na dnie jej oczu jak tajemnica. Jasnowłosa kobieta powoli otworzyła usta i odezwała się z łagodnością pierwszego, śnieżnego puchu opadającego na świat jak delikatne nasiona dmuchawca:

— Nie. — Luna uśmiechnęła się łagodnie do starszej kobiety, odgarniając z twarzy kosmyki białych, mocno przetłuszczonych włosów. — On nie. Pan Weasley wciąż wierzy, że panią odszuka, że znajdzie panią gdzieś na tym wielkim świecie i pomoże pani wrócić do normalnego, codziennego życia. Zazdroszczę pani. Tej miłości. On tak bardzo panią kocha.

Twarz Molly straciła uprzednie napięcie - kobieta odetchnęła głęboko i pokiwała głową, wyglądając, jakby ze wszystkich stron napłynęła do niej fala ulgi.

— Tak — przyznała z czułością — mój Artur nigdy by nie poddał się bez walki. Czekałby na mnie do samego końca, nawet gdyby już zabrakło nadziei. — Molly uśmiechnęła się lekko, nie widząc, zdaje się, cichych łez, które spłynęły po bladych policzkach Luny. — Tak, to cały Artur.


-VVV-


Ciężko mi się o tym pisze, zdaje mi się, że pióro waży nagle więcej, niż powinno - z nienaturalną trudnością, ociężale chodzi po pergaminie.

W wyznaniu Luny była pewna rysa, głęboka i przeciągła jak krwawiąca rana. Widzicie - kiedy Luna mówiła pani Weasley o czekającym na jej powrót mężu, pan Weasley od dawna już nie należał do świata żywych.

Powiecie: litość - której tak bardzo nienawidzimy, jeśli skierowana jest w naszą stronę - i tak, to z pewnością był przejaw litości, zryw dobrego serca, ale pomyślcie: po co pogłębiać piekło, w którym i bez tego tkwi się po kolana, po szyję, po czubek nosa?

Luna mogła ujawnić szokującą prawdę, ale nie zrobiła tego, zdecydowała się milczeć i nie mnie osądzać jej decyzję.

Czas na wypływającą na powierzchnię prawdę jeszcze nadejdzie, nadejdzie czas na załamywanie rąk i płacz przebijający się poprzez ciemności.

Tamta chwila - choć osadzona w najgorszej scenerii, jaką może wymyślić sobie człowiek - miała być spokojna, na tyle spokojna, by godnie ją przetrwać i nie utracić nadziei, która jest matką głupich i pocieszycielką tych, którzy nie mają wyjścia. Gdyby było inaczej, nie potrafilibyśmy zaakceptować nieszczęścia, nie pogodzilibyśmy się z tym, że jest, jak jest i jedyne, co możemy zrobić, to popłynąć z prądem i zaadoptować się z prawdą.


* The Bealtes „Yellow Submarine"