.

Rozdział 25

Zapalę serce twoje swoim pocałunkiem

.

Przeszła przez rozjaśniony smugami ognia majaczącego na knotach świec ustawionych w kamiennych wnękach korytarz, czując się, jakby jej własne ciało ciążyło niemiłosiernie - trochę jak kamień, głaz spadający z klifu. Bała się, że jeśli przystanie choć na moment, jeśli się zatrzyma, jeśli pozwoli swoim nogom na wstrzymanie ruchu, to poczucie winy przeciąży wszystko inne, przytłoczy ją i pociągnie na chłodną ziemię.

Nocny korytarz pachniał jak rośliny po deszczu, jak zwilgotniała gleba, powietrze było lekkie, co wydawało jej się pogrywaniem zmyślnego losu - szydził z niej - ewidentnie - wiedząc, jakie ogromy ciężkości zasiadły pod jej naskórkiem, jakby były trucizną.

Stawiając kolejne kroki, starała się zapomnieć, jak smakuje ból, starała się przymykać oczy, przymykać zmysły i nie pamiętać, ale nie potrafiła (coś ty sobie myślała, ty głupia, mała...), starała się oddychać równomiernie, spokojnie, z pełnym opanowaniem, ale wiatr szalejący za oknami jak nadmorski sztorm, wdarł się do jej układu oddechowego, przejmując nad nim kontrolę (wynoś się stąd...), głosy dwóch mężczyzn - mężczyzn jej życia, jej głupiego, małego serca - tętniły jej w uszach jak uwięzione w butelce wspomnienie, zarysowując jej duszę z precyzją olejowego noża do cięcia szkła (coś ty powiedziała?); nie mogła myśleć swobodnie, jej umysł więził ją jak zakładniczkę, zamykał w szklanej kopule goryczy ściskającej serce, pulsującej łzami w jej gardle.

Katrinę śledziły duszności i kiedy dotarła wreszcie pod drzwi pokoju Harry'ego, framuga rozmazywała się w jej oczach jak dym.

Chciałaby móc powiedzieć, że się nie bała, ale serce rwące się w klatce piersiowej piekło strachem, ściskało się bólem, tętniło nadzieją - płomykiem tak wątłym, jak rozchwiany ogień na ustawionym w otwartym oknie knocie świeczki.

Oblizała usta, czując, jak wysycha jej w gardle i spojrzała na klamkę w taki sposób, jakby ta miała ją sparzyć. Przełknęła ślinę, nie wiedząc, czy jest jakikolwiek sens w tym, żeby walczyć, czy nie lepiej byłoby odpuścić, poczekać, aż ta sytuacja rozwiąże się sama (być może nie będzie czekała tak długo, być może nienawiść Dracona nie jest nienawiścią Harry'ego, być może sama nienawiść ma kruche granice i pęknie niebawem jak strącona z parapetu porcelana, a na jej miejscu pojawi się ta sama czułość, której smaku zdołała skosztować?); przez krótki moment zastanawiała się, czy nie odejść - ale nie zrobiła tego, coś ciągnęło ją za te drzwi zastawiające jej drogę, coś w jej wnętrzu pragnęło, by otworzyły się, a zza nich wyjrzały zielone oczy koloru zabijającego zaklęcia.

Wyciągnęła rękę (dziwnie zdrętwiałą), jakby śniła, jakby ktoś chwilowo odłączył jej umysł od reszty ciała, i zapukała - niepewnie, lekko (knykcie uderzające o drewno w synchronicznych odstępach, jakby to dzięcioł drążył dziuplę w konarze starego drzewa); miała wrażenie, że jej serce oscyluje na granicy łez.

Szelest po drugiej stronie drzwi (usta zaciskające się w przerażeniu tak bardzo, że sprawia to ból), ciche kroki, sprężyste jak u kota (zbyt znajome, aby mógł to być ktoś inny).

Drzwi zaskrzypiały jak skrobiące po szybie gałęzie, Katrina drgnęła, jakby ten dźwięk był niczym zwierzęce pazury wbijane w jej skórę; na jej policzki wystąpiły rozległe plamy czerwieni, które starała się ukryć pod włosami, ale nie wiedziała, jak ma to zrobić.

Mężczyzna, który wyłonił się zza nich, był zdystansowany i cichy, i o wiele bardziej spięty, niż się tego po nim spodziewała - zielony błysk jego oczu sprawił, że na moment zabrakło jej tchu; jego tęczówki pociemniały, gdy padły na jej zmarszczoną, okrytą goryczą twarz.

Harry milczał, ale nie zatrzasnął jej drzwi tuż przed twarzą (Katrina uznała to za dobry omen).

Stała przed nim, zastanawiając się co powiedzieć, rozpaczliwie skupiając się nad tym, by nie zacząć nerwowo przestępować z nogi na nogę jak kilkuletnia, wystraszona smarkula - już i tak wystarczająco się przed nim zbłaźniła.

Szukała w głowie odpowiednich słów, ale w umyśle miała wielką pustkę - jej myśli rozpraszało wszystko wokół - gruba warstwa ściany, zarysowanie na gładkiej framudze, duże, naznaczone piętnem ciężkiej pracy dłonie Harry'ego.

Była tylko piętnastoletnią małolatą - czuła się jak dzieciak, głupi, nieporadny, rozkapryszony dzieciak - nie chciała, aby on tak ją widział, nie chciała, aby uważał ją za naprzykrzającego mu się wyrostka, który nie wie nawet, co powinien powiedzieć, który wstydzi się przeprosić.

Uniosła oczy na to oceniające, ciche spojrzenie.

— Postąpiłam wyjątkowo bezmyślnie — zaczęła, starając się nie zagubić we własnych słowach. — Ta zwłoka... — zacięła się i momentalnie przeklęła się za to w myślach. — To było bardzo nieodpowiedzialne z mojej strony — wydusiła z siebie, szukając w jego twarzy zastygłej jak gipsowy odlew pośmiertny jakiejkolwiek oznaki, że nie będzie miał jej dłużej tego za złe - nie odnalazła na niej niczego.

Patrzyła w jego twarz, poważną i skupioną, muskając spojrzeniem delikatne zmarszczki rozjeżdżające się na kilka różnych stron w kącikach jego oczu.

Kiedy nie odpowiedział, poczuła, jak truchleje jej serce.

— Chciałam — wydukała, jakby słowa stawały jej kołkiem w gardle, po czym odchrząknęła i spróbowała od nowa. — Chciałam bardzo przeprosić. Naprawdę... naprawdę bardzo mi zależy, żebyś zrozumiał, że jest mi głupio i... — I co, durna dziewczyno? — jęknęła do siebie w myślach. — I jest ci przykro, że z twojej winy nie zabraliście się jeszcze za plan ratunku? I nie wiedziałaś, co takie aresztowanie może oznaczać dla waszej organizacji? Więcej: dla Luny Lovegood, która zapewne gnije w jakiś zatęchłych lochach, łudząc się, że pomoc już nadciąga? — Katrina potrząsnęła głową i zamknęła oczy, aby Harry nie dostrzegł rozległej, mentalnej rany paskudzącej się na jej duszy.

— Wejdź.

Katrina rozchyliła raptownie powieki i spojrzała w nieruchomą twarz Harry'ego.

Żadnego: „Powinno być ci głupio", żadnego: „Jeśli powiedziałaś już wszystko, idź precz", żadnego: „Twoje słowa niczego nie zmienią". Jedynie: „Wejdź". Nadzieja zawisła przed twarzą Katriny niczym biała chorągiew na bitewnym polu.

Mężczyzna otworzył szerzej drzwi i wycofał się, aby ją przepuścić. Katrina, oddychając płytko, przemknęła się przez futrynę (trochę tak, jakby cały czas obawiała się, że w każdej chwili może zostać wypchnięta za drzwi), spoglądając w napięciu na jego zastygłą w bezruchu twarz.

Maski zakładane przez własnego ojca nauczyła się odczytywać (choć pracowała nad tym ciężko i długotrwale), każda z nich miała swoją własną strukturę - jakieś charakterystyki, które ją określały, jakieś punkty odniesienia, na których można było się zaczepić, ale patrząc w puste, beznamiętne oblicze Harry'ego nie potrafiła ustalić, na jakim gruncie przyszło jej postawić stopę.

Harry, obserwując ją taksującą zielenią swych oczu, pod którą wierciła się niespokojnie jak nakryty na łgarstwie uczniak z pierwszego roku, nie ruszył się z miejsca, nie zaprosił jej w głąb pomieszczenia, nie zaproponował kawy - Katrina, zdenerwowana jak przed bitwą, oblizała mechanicznie dolną wargę.

Katrina zebrała w sobie odwagę i oddała spojrzenie tych zielonych, nieruchomych oczu, zanim jej dudniące serce nie nakazało jej raptownego odwrotu.

— Nie zamierzałam cię zranić — powiedziała cicho, nienawidząc się za lekkie drżenie słyszane w jej głosie.

Mimika twarzy Harry'ego nie przemieniła się nawet o cal.

— Nie zraniłaś — odpowiedział niebywale spokojnym głosem. — Nie jesteś w stanie tego zrobić. Nie ty.

Jej serce potknęło się o piersiową klatkę, a gula w gardle rozrosła się jak pasożyt żywiący się jej cierpieniem. Katrina pomyślała, że jeśli chce coś osiągnąć, naprawdę chce, nie może się teraz poddać - nawet jeśli jej umysł łka, a w uszach słyszy dudnienie ciszy, która na jeden, krótki moment przykleja się do jej skóry, owijając się wokół szyi, odbierając oddech.

— Ja... nie sądziłam, że ta sprawa jest tak istotna — wymamrotała, po czym uzmysłowiła sobie, że nie powiedziała najlepszej rzeczy, którą mogła powiedzieć: słowa rozłupały maskę Harry'ego jak ciśnięcie kamieniem, ale pod jej powierzchnią nie zatliło się zrozumienie, a jawna wściekłość.

Zielonooki nachylił się nad nią; jego gorący oddech na jej własnej skórze odbierał upragniony spokój.

— Nie sądziłaś — powtórzył warkliwie, mrużąc w zburzeniu oczy — że aresztowanie niewinnego człowieka to jest sprawa godna twojej uwagi? Nie sądziłaś — zniżył głos do szeptu, który zabrzmiał w uszach Katriny jak szemranie nadchodzącej wichury — że pochwycenie przez wrogich nam ludzi jednego z naszych czarodziejskich współbratymców to istotna kwestia?

Słowa jak draśnięcie biczem. Katrina poczuła, jak łamie się jej niedorosłe serce.

Odetchnęła chwiejnie, desperacko starając się nie rozpłakać.

Być może należało uświadomić mu, jak wiele jego słowa dla niej znaczą, jak głębokie korytarze goryczy i rozżalenia drążą w jej duszy, wwiercając się w nią jak stary, zwinny kret.

— Bardzo mi na tobie zależy, Harry.

Reakcja na jej słowa nadeszła jak z bicza strzelił.

Czarnooka wzdrygnęła się, gdy mężczyzna wyprostował się tak szybko, jakby sparaliżowało go zaklęcie, jego barki spięły się nienaturalnie.

— Będzie lepiej, jak już sobie pójdziesz. — Jego głos zabrzmiał jak skrzypienie lodu pod podeszwami, Katrina zaczerpnęła z roztrzęsieniem powietrze głęboko w płuca; ból rozlał się po jej klatce piersiowej z siłą błyskawicznie uaktywniającej się trucizny.

— Dlaczego nie potrafisz tego zrozumieć, zaakceptować? — Słowa wylewały się z jej ust jak rzeka, lawina poszła w dół, Katrina dałaby wszystko, aby móc ją zatrzymać; jej głos drżał jak struny instrumentu szarpanego. — Dlaczego się ode mnie odsuwasz? — Oparła się o stabilne, twarde drzwi, ponieważ bała się, że jeśli tego nie zrobi, jej miękkie, trzęsące się jak galareta kolana nie utrzymają dłużej ciężaru jej ciała. — Postąpiłam źle, uczyniłam błąd, ale to jeszcze nie jest powód, nie jest powód, Harry, żeby...

— Nie będę wysłuchiwał twoich dziecinnych rozgoryczeń! — przerwał jej mężczyzna, podnosząc głos (jego palce drżały nie mniej, niż jej własne kolana). Katrina poczuła, że jeszcze moment i rozleci się jak stara zabawka. — Jeśli przyszłaś tutaj, żeby płakać nad własną, biedną główką, możesz się stąd zabierać. Nie mam ochoty na rozmowy z małymi smarkulami.

Trafiło w nią z siłą będącą w stanie powalić (nie wiedziała, dlaczego się nie zachwiała, dlaczego nie upadła pod jego nogi jak kukła z uciętymi sznurkami, nie wiedziała, jakim cudem jeszcze stoi i wpatruje się w niego oniemiałymi z szoku, z bólu, z rozpaczy, pełnymi łez oczami - słone krople przelały się przez powieki i spłynęły w dół jej policzków); Katrina otarła chaotycznie łzy wierzchem dłoni, otwierając usta, aby coś powiedzieć, ale żaden dźwięk nie przedostał się w górę jej zaciśniętego na supeł gardła.

Harry, jak się okazało, wcale nie poprzestał na kilku trafnych słowach.

— Oczekujesz, że wszystko będzie ci wybaczone, spodziewasz się, że jesteś bezkarna, rozporządzasz sobie istotnymi informacjami, jakbyś sądziła, że jesteś do tego uprawniona, chociaż tak naprawdę znaczysz tyle, co...

— Nic dla ciebie nie znaczę, tak?! — podniosła głos Katrina, której serce przemieniło się w pył, którego nie sposób było bardziej rozdrobnić (być może tylko dlatego znalazła w sobie tyle odwagi, by przemówić własnym głosem). — To właśnie dlatego miałeś na twarzy wypisane rozczarowanie jak czarne na białym, gdy powiedziałam ci o Lovegood? Dlatego, że nic dla ciebie nie znaczę?

Zielone oczy zabłysły jak stal.

— Nie łudź się, ty głupia dziewczynko — wykrzyczał Harry; jego głos uderzył w nią z ostrością błyskawicy, która poniekąd jest jego symbolem - Katrina wzdrygnęła się pod siłą tego głosu. — Nie wiem, co sobie ubzdurałaś w tej niewielkiej główce, ale to ty wtargnęłaś w moje życie, ja wcale cię w nim nie chciałem, cokolwiek zdaje ci się wydaw...

Panika i złość, i kłująca jak ostrokrzew rozpacz wdarły się do jej umysłu i Katrina przestała panować nad własnym ciałem. Zielone oczy grzmiały, błyskały i ciskały w nią wściekłością jak kamieniami, a Katrina nie mogła dłużej słuchać jego podniesionego głosu, nie mogła nic poradzić na ucisk w piersi, na rozdarcie, które piekło jak sól wcierana w ranę, na głos w jej głowie, który krzyczał, darł się, wrzeszczał jak oszalały z tłumionego bólu. Te oczy nie powinny ciskać nienawiścią, ta twarz nie jest stworzona do tylu zmarszczek gniewu, te usta nie powinny rzucać w nią obelgami jak zatrutym winem, nie takie jest ich przeznaczenie.

Katrina wyciągnęła dłonie niemal na oślep i wpiła palce w ramiona Harry'ego, jakby chciała w nie zaryć paznokciami, jakby była w stanie zatopić opuszki palców w jego skórze jak w wodzie, wspięła się na palce, jakby sięgała wysoko, wysoko po zakazany owoc błyszczący czerwoną skórką ze szczytu drzewa i w gwałtownym geście przycisnęła wargi do tych gorących, rozkrzyczanych, toksycznych ust, a trucizna tego krzyku wlała jej się do gardła, zapiekła w przełyku i zamarła zagłuszona, wyciszona, okiełznana.

Harry Potter zamarł jak posąg z marmuru, jego usta nie odpowiedziały pasją na pasję (łzy Katriny spływały na ich górne wargi, pozostawiając słony posmak na języku).

Dziewczyna odsunęła się, jej oczy przeskakiwały pomiędzy lewym i prawym okiem Harry'ego - którego źrenice, rozszerzone jak latające spodki, wpatrywały się nieruchomo w jej zapłakaną twarz.

Katrina zacisnęła oczy, czekając na odrzucenie, które zaboli jak ogień przypiekający nagą skórę; jej dusza krwawiła niczym świeża rana.

I wtedy Harry zareagował, trochę jak bomba z opóźnionym zapłonem; Katrina poczuła, jak coś ciężkiego pcha ją do tyłu i po chwili z trzaskiem zderzyła się z drzwiami (głuchy jęk wyrwał się z jej gardła jak klątwa), wyższe ciało przyszpiliło ją do chłodnego drewna, silne palce znalazły się na jej palących jak krew w tętnicach policzkach; Harry zaatakował jej usta, jakby w nich tonął, zęby chwyciły wargę, paznokcie wbiły się w skórę na jej kościach policzkowych - róż musiał osiąść na jego opuszkach jak kurz, ale mężczyzna nie zwracał na to uwagi, tylko sięgał (wargami, zębami, językiem) wszędzie, gdzie miał dostęp, z agresywnością hieny rzucającej się na padlinę.

Katrina poczuła, jak gorąco uderza w jej ciało jak huragan, a krew przyspiesza, tętni i rozpala jej żyły do białości, nie mogła zaczerpnąć powietrza, ale to nie było ważne, nie było ważne, nic nie było ważne przy tych ustach, które z łapczywością, o którą nigdy by go nie podejrzewała - nie w stosunku do siebie - badały nowy teren, poznawały go, naznaczały jako własność, nic się nie liczyło, tylko ten język, przeciągający się po otarciu na dolnej wardze, nurkujący pomiędzy zęby, łaskoczący podniebienie.

Katrina dusiła się w tych ustach, ale pragnęła tego, tak rozpaczliwie tego pragnęła.

Trwało to niemiłosiernie krótko, pozostawiało głębokie i dręczące nienasycenie.

Harry odskoczył od niej tak nagle, jakby się oparzył; czarne oczy dziewczyny otworzyły się i spojrzały na niego - przeszklone i krzyczące fascynacją (była tego pewna - to wszystko musiało wypisywać się na jej twarzy jak kreślone niewidzianym pędzlem). Stał kilka kroków od niej, bardzo blady - jak naga kość, jak świeży śnieg o poranku, tak białe były jego policzki kontrastujące z głęboką czerwienią rozlaną na jej twarzy (miała ochotę się schować, pragnęła, aby przestał się w nią wpatrywać w tak ostentacyjny sposób - jakby to ona go zraniła). Nie ruszał się, Katrinie wydawało się, zerkając na jego nieruchomą klatkę piersiową, że wstrzymuje powietrze.

— Harry? — Katrina nie wiedziała, jak udało jej się przecisnąć jego imię przez zdrętwiałe wargi, ale jakoś to zrobiła, głoski przeciągnęły się po jej języku jak guma, wypadły przez usta, jakby miały rozsypać się po pokoju jak kurz, jak piasek.

Harry wzdrygnął się i zaczął oddychać (nie zaczerpnął gwałtownie tchu, jego oddech nie przyspieszył jak szaleniec na miotle); oddychał zdrowo i naturalnie, jakby przed momentem nie całował jej warg, jakby cały jego świat zamknął się wokół tej niewielkiej przestrzeni na jej chudej twarzy.

— To nie miało prawa bytu — odezwał się Harry i gdyby nie jego palce drżące jak w gorączce, które usilnie starał się schować w połach swej szaty, można pomyśleć, że to, co się wydarzyło, nic dla niego nie znaczy. — Powinnaś wyjść, kiedy cię o to prosiłem.

Katrina stała w miejscu jak przyrosłe do gruntu drzewo, wgapiając się w jego przykrytą woalką pozornego spokoju twarz, chcąc krzyczeć i wierzgać, i kopać, i gryźć, ale nie mając nawet siły na skinięcie palcem.

Harry stał i patrzył na nią z obojętnym wyczekiwaniem w oczach (Katrina poczuła, jak wzbiera jej się na mdłości), przechylił głowę, jakby miał głęboką nadzieję, że wreszcie sobie pójdzie, jakby jej obecność mu zawadzała, jakby nie miał ochoty przebywać z nią dłużej, niż to absolutnie konieczne.

Odwróciła się i nie mówiąc najmniejszego słowa, wyszła z pomieszczenia, jakby była odrętwiałą kukłą z drewna - krok, krok, krok - wszystko sztywne i drętwe jak szyna. Drzwi zamknęły się za nią cicho, niemal bezdźwięcznie; po jej palcach przeskakiwały dreszcze jak wyładowania elektryczne.

Oddychaj — powtarzała sobie w myślach jak mantrę — oddychaj, na bogów, wdech, powoli, wydech.

W sercu czuła zacisk odbierający zmysły, jej nogi powiodły ją przez korytarz, jednak jej otępiały umysł niemal nie rejestrował ruchu.

Siły zdawały się odciąć od jej organizmu jak skoszone ostrzem - oparła się ciężko o najbliższą ścianę i osunęła się po niej, drżąca, skostniała z zimna, nie będąca w stanie odnaleźć harmonii własnych oddechów.

— Ty... niemożliwy... — wyszeptała, zanim nie skuliła się na ziemi jak zraniony ptak ze zwichniętym skrzydłem. — Niemożliwy — powtórzyła bezsensownie; jej wargi zdrętwiały, jak po nafaszerowaniu zbyt dużą dawką eliksiru (eliksir miłości jest dość niebezpiecznym tworem — ostrzegał ją ojciec, przyglądając się, jak - uśmiechając się z rozanieloną słodyczą - obficie maluje rzęsy nad swoim podręcznym, chłodnym w jej dłoniach lusterkiem).

Katrina odchyliła głowę do tyłu i wybuchnęła gorzkim, rozdzierającym śmiechem, który potoczył się echem w górę i w dół korytarza, jakby był odbitym zaklęciem. Jej małe, niedorosłe serce posypało się pośród salw tego śmiechu jak szturchany podmuchami wiatru piasek na nadmorskiej plaży.


-VVV-


Amelia Biel wyszła spomiędzy równych rzędów książkowych półek i szczerząc się jak krokodyl, ruszyła w stronę Jerry'ego, ślęczącego z nosem przy rozłożonej na potężnym biurku mapie. Mężczyzna nie uniósł na nią wzroku przyspawanego do siatki kartograficznej, póki Amelia, przechylając się nad jego głową, nie rozłożyła mu przed twarzą średnich rozmiarów, zakurzonego tomu wygrzebanego z jednych z dolnych, niemal nieprzeglądanych półek.

Jerry wzdrygnął się jak wyrwany ze snu dzieciak i podniósł na nią głos, całkowicie ignorując zgrzytającą zębami bibliotekarkę, łypiącą na niego ze swojego biurka jak wielka kałamarnica:

— Zabieraj mi to sprzed twarzy — warknął, łypiąc na książkę. — Przeszkadzasz mi w... — urwał i zastygł na moment w bezruchu, po czym pochylił się głębiej nad pokazanymi mu stronami. Jego oddech urwał się jak ścieżka dźwiękowa wgrana na gramofonową płytę. — Znalazłaś — wyszeptał, bardziej do siebie, niż do niej, a jego ramiona drgnęły, gdy wyciągnął dłonie i pogładził opuszkami palców nadrukowane na pergaminie litery. — To...

— Więzienie Maze w Long Kesh na przedmieściach Lisburn w Północnej Irlandii, zgadza się — dopowiedziała Amelia, bardziej rozbawiona, niż zdenerwowana jego poprzednimi, ostrymi słowami.

Jerry pochylił głowę i zamknął oczy, by po chwili ponownie je otworzyć i zamknąć niecałe pięć sekund po tym - wyglądał przy tym dość komicznie, ale Amelia nie wybuchnęła śmiechem, ani nie skomentowała tego w żaden sposób - doskonale zdawała sobie sprawę z jego wyczerpania tymi żmudnymi poszukiwaniami, które tak długo kręciły się w kółko niczym pies goniący za własnym ogonem.

— Jesteś... — wymamrotał, ledwo poruszając przy tym wargami.

Amelia wyszczerzyła zęby, gdy mężczyzna uniósł głowę, wykręcając ją dziwnie przez ramię, aby móc na nią zerknąć; ciemne, brązowe oczy lśniły jak dzieciakowi na widok prezentów schowanych pod drzewkiem świątecznym.

— Boska? Niezastąpiona? Perfekcyjna? — zaproponowała, unosząc wąską brew na czoło.

Mały, zmęczony (acz niekryjący w sobie ulgi) uśmiech zawitał na twarz młodego aurora jak promień słońca.

— Wszystkie z tych rzeczy. — Mężczyzna poruszył się i ponownie nachylił nad książką. — Ustalę dokładne położenie geograficzne. Szukaj informacji na temat wyglądu terenu przy tej placówce. Otwarta czy zamknięta przestrzeń? Środek betonowego miasta czy zabudowa na środku pola? Tereny płaskie czy górzyste? — mówił z przejęciem, kartkując strony opasłego tomu. — Szukaj i zapisuj, Amelio, a potem biegnij do szefa. Wszystkie honory, wszystkie poklaski należą się tobie, moja ty perło złota.

Amelia odgarnęła włosy z czoła.

— Przeceniasz mnie — oceniła, wzruszając ramionami. — Ja tylko zerknęłam na to świeżym okiem.

Jerry pokiwał głową, odwracając się, by przyjrzeć się intensywnie towarzyszce.

— Zgadza się — przytaknął, uśmiechając się samymi kącikami warg. — I odnalazłaś coś, czego ja nie byłem w stanie ustalić przez znaczący czas. — Mężczyzna przechylił głowę i odezwał się, zanim kobieta, otwierająca już usta, zdążyła zaprzeczyć. — Nie umniejszaj swoich zasług, Amelio. Zasłużyłaś na medal.

— A może na awans? — zaproponowała, mrugając niewinnie rzęsami.

Jerry zaśmiał się i pokiwał głową.

— Podsunę szefowi podobną myśl — obiecał, pocierając zdrętwiałymi od przewracania stron i okładek palcami skroń, po czym machnął ręką na kobietę, starając się ją zagonić do dalszych poszukiwań. — No już, raz, dwa. Topografia terenu sama się nie odnajdzie.

Amelia z ciężkim westchnieniem ruszyła ponownie w stronę wysokich regałów.

— Jesteś mi winien wycinek ciasta czekoladowego! — zawołała przez ramię, wchodząc w wąski korytarz pomiędzy półkami.

Pełen nieograniczonego zachwytu śmiech Jerry'ego potoczył się wzdłuż regałów jak rzeka; Amelia uśmiechnęła się z przekąsem, wyobrażając sobie zrzędną minę podstarzałej bibliotekarki.

— Ciasta czekoladowego? — usłyszała niosące się w odpowiedzi na jej życzenie echo męskiego głosu. — Jestem ci winien cały tort!

Amelia nie potrafiła powstrzymać zadziornego uśmiechu klejącego się do jej ust jak wąsy malowane mlekiem z filiżanki. Miłe połechtanie ogarnęło jej ciało jak miękka pierzyna, a ona z nowym zapałem wyciągnęła szyję, unosząc wzrok na zakurzone, stare, pożółkłe tomy; na opuszkach jej palców wzbierał zgarnięty z grubych grzbietów kurz.


-VVV-


Draco, starając się zatrzymać niepohamowany, paniczny śmiech, ale nie potrafiąc, pochylił się nad blatem biurka dyrektorki i zakrył pobladłą twarz nieznacznie drżącą dłonią.

— Panie Mal... — McGonagall wyciągnęła rękę poprzez dzielący ich mebel i położyła z zatroskaniem na jego chłodnych palcach.

Draco drgnął, śmiech utonął w głębi jego gardła, a sam odsunął się od kobiety, jakby jej dotyk go oparzył. Szarooki czarodziej, starając się odstraszyć, spłoszyć i zniechęcić do siebie starą czarownicę posłał jej jeden ze swoich pełnych wywyższenia spojrzeń, przyciskając dłoń do piersi jak dzieciak chroniący przed rówieśnikiem swoją własność, którą ten drugi zapragnął się pobawić.

Kobieta zmarszczyła wąskie brwi i powoli uniosła wzrok na stojącego u wejścia mężczyznę.

— Coś się stało, Severusie? — Jej głos zabrzmiał ostro i stanowczo, trochę tak, jakby zwracała się do ucznia siódmej klasy przyłapanego na przekraczaniu regulaminu, a nie dorosłego mężczyzny.

Ciche kroki Snape'a, które zabrzmiały w uszach Dracona jak werble, sprawiły, że serce podeszło mu do gardła.

— Chciałem tylko — powiedział cichym głosem mężczyzna, zbliżając się do biurka, zatrzymując po lewej ręce młodszego czarodzieja i rzucając mu lekko zniechęcone spojrzenie — omówić kilka kwestii związanych z waszą... czarującą organizacją.

McGonagall sprawiała wrażenie ani trochę niezaniepokojonej tymi słowami; uniosła brwi i przechyliła głowę w geście bezbrzeżnego, uprzejmego zaciekawienia.

— Słucham — oznajmiła; nie zaproponowała Snape'owi kawy, nie zaprosiła go do biurka, nie poprosiła Dracona o natychmiastowe wyjście - młody czarodziej spiął się jeszcze bardziej.

— Wobec tego nie będę przeszka... — wymruczał Draco, zaczynając się podnosić, ale McGonagall powstrzymała go jednym, płynnym gestem dłoni.

— To nie zajmie długo, panie Malfoy, prawda Severusie? — To zabrzmiało bardziej, jak kategoryczność, niż pytanie; Draco przełknął nerwowo ślinę. — Proszę zostać.

— Ale ja... — spróbował się wymówić Draco, ale jedno, surowe spojrzenie siedzącej naprzeciw kobiety, błyskające na niego zielenią za szkieł okularów, zatrzymało go w miejscu z siłą Zaklęcia Oszałamiającego.

— To nie do pomyślenia, aby wyrzucać pana z gabinetu, panie Malfoy, tylko dlatego, że Severus ma do mnie kilka spraw: organizacyjnych, jak przypuszczam. — Kobieta uniosła brwi, spoglądając na stojącego gdzieś w tyle gabinetu, okrytego czernią jak smołą mężczyznę.

— Właściwie to... — zaczął spokojnym, niemal melodyjnym tonem Snape, ale McGonagall ucięła jego wypowiedź, nim ta zdążyła dobrnąć do końca.

— Na nic innego nie mam w tej chwili czasu — oznajmiła z rozbrajającą szczerością. — Przykro mi.

Draco, skupiając wzrok za swoich pobielałych dłoniach, poczuł się, jakby jechał bardzo szybką windą w dół; starał się nasłuchiwać - błagał w myślach, aby usłyszeć cokolwiek, co świadczyłoby o tym, że Snape mimo wszystko przymierza się do opuszczenia gabinetu: szelestu jego zwiewnych szat, uderzenia podeszwy o podłogę, skrzypnięcia drzwi - nie usłyszał żadnej z tych rzeczy.

Zamiast tego McGonagall ponownie otworzyła usta; jej głos przybrał na surowości.

— Jeśli sprawa, z którą przyszedłeś, Severusie, nie jest niezwłoczna, poprosiłabym, abyś...

Draco wiedział, dlaczego kobieta ucichła, doskonale zdawał sobie sprawę z przemieszczania się jego byłego opiekuna domu: trochę tak, jakby w jego umyśle włączył się siódmy zmysł odpowiadający za lokalizowanie Snape'a (co zdawało mu się tak ironiczne, że niemal śmieszne).

— Severusie... — Jej głos nabrał wyważonej ostrożności, Draco dałby sobie rękę uciąć za to, że gdyby uniósł w tym momencie wzrok na dyrektorkę, ujrzałby skupienie godne lwicy chroniącej własne młode w jej podstarzałych rysach (nie wiedział, czy powinien potraktować to jako zaszczyt czy obelgę - nie był tak bezbronny, za jakiego najwyraźniej ta kobieta go uważała, nawet jeśli jego serce drżało, a strach wpijał się w jego gardło jak stal, nawet jeśli miał ochotę zamknąć oczy i rozpłynąć się w powietrzu, zamienić we mgłę, w gęsty dym przesiąkający przez palce jak woda).

Czarna szata Snape'a musnęła wierzch jego dłoni, gdy mężczyzna przyklęknął koło jego lewego ramienia; Draco poczuł, jak przerażenie odbiera mu oddech.

— Czyżbyś — odezwał się mężczyzna; szarooki czarodziej, który zapomniał na moment, jak należy przeprowadzać proces oddychania, poczuł, jak coś niemiłosiernie ciężkiego chwyta go za gardło — przypisywał panu Potterowi własne odczucia wobec mnie, Draco?

Młodszy czarodziej zacisnął wargi, szukając wzrokiem pomocy u śledzącej jego twarz zza kilku kosmyków siwych włosów McGonagall.

— To tylko domysły — odezwała się niespodziewanie chłodno kobieta, przerzucając spojrzenie z niego na Snape'a; czarne oczy nie uniosły się, by na nią spojrzeć. — To tyczy się zarówno twoich słów, Severusie, jak i pana Malfoya.

Draco rzucił Snape'owi szybkie spojrzenie; kąciki warg starszego czarodzieja drgnęły w ironicznym grymasie.

— Mylisz brak zaufania ze strachem, Draco — rzekł przyciszonym głosem Snape, przechylając głowę, przyglądając mu się jak sęp padlinie (jego słowa brzęczały Draconowi w uszach jak natrętna mucha kręcąca się koło nosa). — Jakie to niegodne Ślizgona: omyłka takiej rangi. — Snape sięgnął po podbródek młodszego czarodzieja, sprawiając, że Draco zastygł jak sparaliżowany, mając ochotę krzyczeć i wyrywać się, i uciekać od ciepła tych bladych palców gdzie pieprz rośnie; jego twarz - choć wydawało się to niemożliwe - pobladła jeszcze bardziej, upodabniając się do pierwszego, grudniowego śniegu; szarooki poczuł zawroty w żołądku. — Gdyby się mnie bał — rzekł Snape, brzmiąc w taki sposób, jakby omawiał naukowe zagadnienie — nie pyskowałby na moje słowa z zażartością godną Katriny. Gdyby się mnie bał — powtórzył powoli, mrużąc leniwie oczy jak zainteresowany pająkiem drepczącym pospiesznie po suficie, stary kocur — zwracałby się do mnie z szacunkiem, na jaki zasługuję, z mniejszą niedbałością, przykładając znaczącą wagę do odpowiednich tytułów. Gdyby się mnie bał, kontrolowałby przy mnie własne ruchy, własne gesty, w podobnym stopniu, jak czynisz to ty. — Czarne oczy Snape rozbłysły jakąś drapieżną nutą, gdy wychylał się przez poręcz w stronę Dracona. — Ponieważ ty, Draco...

— Dosyć, Severusie — ucięła słowa Naczelnika McGonagall, wstając i podpierając ręce na biodrach. — To wszystko — machnęła ręką przeskakując nią pomiędzy Draconem a Snape'em — jest absolutnie głupie. I niekonieczne. Przykładasz do jego opinii większą wagę niż to wskazane.

Snape uśmiechnął się, a Draco poczuł ten uśmiech we własnych zakończeniach nerwowych, które zaczęły drżeć jak struny instrumentu szarpanego, jak mugolskie linie wysokiego napięcia na rwistym wietrze. Mężczyzna przyglądał mu się jeszcze przez chwilę, po czym wstał niespiesznie i z nonszalancją oraz elegancją godną czarodzieja czystej krwi ukłonił się przed starszą czarownicą.

— Ależ oczywiście, Minerwo — powiedział cicho, unosząc czarnooki wzrok na przyglądającą mu się spod zmarszczonych brwi kobietę. — Wybacz mi ten wykład. Czasami jednakże lubię postawić sprawy jasno.

— Nie wątpię — mruknęła, bardziej do siebie, niż kogokolwiek innego, obecna dyrektorka i wskazała Snape'owi drugie z krzeseł dla gości. — Usiądź, proszę.

Serce Dracona dudniło głucho w jego piersi, jego kręgosłup wyprostował się nienaturalnie, gdy Snape uniósł brwi, zagarnął dłonią własną szatę i usiadł z gracją na wskazanym krześle jak na tronie (Draco przygryzł dolną wargę tak mocno, że po chwili poczuł metaliczny posmak krwi na języku - Snape widział; kątem oka śledził tor ześlizgującej się z kącika warg, czerwonej kropli, błyskawicznie wstrzymanej czubkiem języka).

McGonagall odchrząknęła cicho i zasiadła na swoim miejscu za biurkiem.

— Wobec tego, Severusie, cóż takiego pragnąłeś omówić?

Snape podniósł czarnooki, nieprzenikniony wzrok na McGonagall i odgarnął do tyłu kosmyk smoliście czarnych włosów, który wpadał mu do oczu. Draco, zerkając przelotnie w jego stronę, miał wrażenie, że jego źrenice pociemniały jeszcze bardziej, niż zazwyczaj.

— Potrzebujecie mnie — powiedział cicho starszy mężczyzna, a Draco poczuł, jak coś ciężkiego przewraca mu się w żołądku. Spojrzał na podstarzałą, zaoraną zmarszczkami twarz byłej profesorki, ale ta nie wydała się zaniepokojona oświadczeniem kolegi po fachu.

— To pan Potter tak twierdzi — oznajmiła, jakby mówiła o pogodzie i uśmiechnęła się kurtuazyjnie; Snape nie podzielił jej przyjaznych gestów. — I być może się nie myli. Pan Potter ma niebezpieczną zdolność do prawidłowej oceny nawet najgorszej sytuacji.

McGonagall umilkła i zawiązała wargi w cienką linię, jakby powiedziała o wiele więcej, niż pierwotnie zamierzała.

Snape patrzył na nią - minutę, dwie - po czym zerknął jej przez ramię; jego wzrok padł na portret sędziwego czarodzieja o brodzie długiej jak nieskończoność i siwej jak dym (profesor McGonagall mocniej zacisnęła własne wargi). Zamrugał skonsternowany, jakby wcale nie chciał zapuszczać się tam własnym spojrzeniem i odwrócił oczy ku ścianie, zatrzymując wzrok na jakiejś brunatnej plamce w białym tynku.

Draco zastanawiał się, o czym myśli.

— Jestem... — zaczął Snape i zaciął się jak zgrana płyta winylowa; zamknął usta, wyglądając jakby się namyślał, po czym ponownie je otworzył. — Jestem w stanie wam pomóc.

Młody Malfoy bez słowa obserwował tę szybką wymianę zdań.

— Nie wątpię — odpowiedziała profesor McGonagall, przechylając na bok głowę, jakby rozważała jego słowa.

Snape skrzywił się, jak po połknięciu cytryny.

— Źle się wyraziłem. Chcę wam pomóc — uściślił, a Draco - z sercem zawiązanym na supeł - zaczął się zastanawiać, gdzie w tym wszystkim tkwi przysłowiowa igła w stogu siana.

Była nauczycielka Transmutacji obserwowała go przez krótką chwilę spod zmarszczonych, cienkich brwi; wreszcie skinęła głową i otworzyła usta, by odpowiedzieć:

— Tak podejrzewam — oznajmiała całkiem poważnie (Draco poczuł, jak schnie mu w ustach). — W przeciwnym wypadku nie byłoby cię tutaj.

Snape patrzył na nią, jakby się nad czymś zastanawiał, jakby coś rozważał, kiedy się wreszcie odezwał, powoli wypowiadał kolejne słowa.

— Tak bardzo wierzysz w moje intencje, Minerwo? — Jego pytanie powinno zasiać w umyśle Dracona ziarno niepewności, ale nie zrobiło tego - Draco przymknął oczy i zaczął zastanawiać się nad własnymi poglądami, nad własnymi odczuciami (dlaczego pewne słowa Snape'a sprawiały, że krew cierpła mu w żyłach, a inne nie wywoływały u niego najmniejszych reakcji, przechodziły koło niego na palcach, spływały z niego jak woda, jak deszcz?).

Dyrektorka zerknęła na Draco, zaglądając w jego oczy z dość nieodgadnionym wyrazem kotłującym się w głębi jej migoczących jak u kota źrenic; szarooki przełknął ciężko, przygotowując się na to, że czarne, przenikliwe spojrzenie Snape'a za moment dołączy do tego zielonego - tak się nie stało; kobieta otworzyła usta, a spomiędzy nich wypadło krótkie:

— Tak.

Draco zastanawiał się, czy się nie przesłyszał. Zerknął pospiesznie na Snape'a, który zdawał się równie zaskoczony otrzymaną odpowiedzią jak on - czarne źrenice przeskakiwały pomiędzy jednym a drugim okiem starszej kobiety, jakby mężczyzna spodziewał się wyciągnąć prawdę wprost z kobiecego, ułożonego, opanowanego umysłu.

Wargi starszej kobiety drgnęły, jakby ta stawiała wyzwanie.

— Wierzę — potwierdziła prostym słowem McGonagall, schylając lekko głowę, przypatrując się Snape'owi zza kaskady górnych rzęs.

(— Powiedz jej, że umywam ręce — wyszeptał głos Harry'ego gdzieś w mętliku wspomnień Dracona, a szarooki zaczął się zastanawiać, czy on naprawdę nie potrzebuje Snape'a - choćby podświadomie, jakby czepiał się go resztkami nadziei na jasną przyszłość - chwytał się jego, tej ciemności zbitej w materię, rękami, palcami, zębami, wbijał się w jego życie, jakby widział w nim coś więcej niż Draco, jakby znał jego umysł, chociaż w nikłym stopniu - co było tak abstrakcyjne, że niemal śmieszne, naturalnie).

Draco był przekonany, że pod tym wszystkim kryją się pokłady strachu, które kierują działaniami Harry'ego, był niemal pewny, że gdyby nie to, zmieniłoby się wiele jego poglądów na ważne sprawy, jego decyzje wyglądałyby nieco odmiennie od teraźniejszych, a obecność Snape w pobliżu nie byłaby czymś koniecznym, wymaganym. Był niemal pewien, że gdyby nie to, Harry nawet palcem by nie kiwnął, aby ściągnąć Snape'a do Hogwartu.

Niemal pewien.

Co jeśli się mylił?

Snape patrzył w oczy McGonagall, a Draco zapragnął odwrócić się i wyjść - i nie być świadkiem tej bezsłownej analizy, jakiej mężczyzna poddawał starszą kobietę.

Cały wielki świat mógł zaufać w dobroć intencji Snape'a, cała galaktyka mogła mu wierzyć, ale nie Draco - on patrzył na Snape'a i widział mistrza intryg i podwójnych ról, widział kłamcę idealnego (jestem jedynie Twój, mój Panie — szeptał jego głęboki głos naprzeciw czerwonych oczu błyszczących władzą i nienawiścią do świata), Draco szukał przesłanek do tego, by móc zaufać Snape'owi bezwarunkowo i ostatecznie i im bardziej starał się je odnaleźć, tym mocniej utwierdzał się na własnym stanowisku.

— Co za kretyństwo, to wszystko razem — wybuchnął Draco w kierunku podłogi, po czym przygryzł za karę koniuszek własnego języka, gdy McGonagall spojrzała na niego, zdając się jeszcze bardziej marszczyć swe czoło upodabniające się powoli do wyschniętego pergaminu i zapytała niemal spokojnym tonem (niemal):

— Co ma pan na myśli?

Sam nie wiem — pomyślał Draco, oddychając głębiej. — Powiedzmy sobie szczerze: jeśli to nie strach stoi murem za działaniami Harry'ego... to co w takim razie? Musi tam coś być, Harry nie jest głupi, nie oparłby własnych poglądów na czymś niestabilnym, mglistym i zamazanym, Harry tak nie postępuje, Harry bada grunt, zanim postawi na nim ciężar całego ciała.

Draco zamknął oczy, starając się szukać odpowiedzi, której nie dostrzegał, starając się przypomnieć sobie cokolwiek, co mogło stanowić jakiś trop, jakąś wskazówkę.

— Panie Malfoy? — McGonagall najwyraźniej nie odpowiadał fakt, że ktoś mógłby przemilczeć odpowiedź na postawione przez nią pytanie. W jego wspomnieniach wciąż posiadała twarz okrytą surowością i spojrzenie skupione jak u jastrzębia, wyciskające odpowiedzi z najbardziej opornych uczniów. W jego wspomnieniach...

Wspomnieniach!

Umysł Draco zaskoczył jak zacinająca się płyta, z której niespodziewanie popłynęła płynna nuta.

Miałbym jasny, klarowny obraz zaistniałej sytuacji, gdyby nie, na najdroższą Morganę, te przeklęte, przeklęte wspomnienia — wykrzyczał głos Harry'ego, który, zdaje się, postanowił zagnieździć się w jego głowie.

Rozwiązanie, które nadeszło, wbrew wszelakim pozorom, zdawało się rozjaśniać jeszcze mniejsze obszary, zamiast światła, rzucać cienie. Draco otworzył oczy, spoglądając z konsternacją na przyglądającego się jego twarzy z chłodną obojętnością Snape'a.

— Wspomnienia — wymamrotał, starając się posklejać własne myśli w jedną całość. Jego słowo - co przyjął z niemałym entuzjazmem - zadziałało jak zaklęcie - Snape zastygł w bezruchu, a jego wzrok stał się przewiercający, Draco poczuł liźnięcie magii na własnym umyśle. Nie oklumował go - satysfakcja, jaka wpiła się w jego żyły, skutecznie mu to uniemożliwiła. — Harry napomknął kiedyś o jakichś wspomnieniach — powtórzył pewniej, z butą oddając spojrzenie Snape'a, po czym uśmiechnął się szyderczo, rad, że znalazł swoją odpowiedź. Czarne oczy zaszły siatką pozornej obojętności jak szyba podchodząca szronem. Wzrok Dracona zaczął przeskakiwać pomiędzy jednym a drugim okiem Snape'a, jakby starał się znaleźć jakąkolwiek szczelinę w jego masce opanowania. — Wspomnieniach... waszych wspólnych? — zgadywał Draco, marszcząc nos. Wstał, starając się zebrać myśli i zaczął krążyć po gabinecie niczym sęp w trakcie łowów. — Nie, nie, to nie mogło być to. — Pokręcił głową tak gwałtownie, że białe kosmyki włosów obiły się o jego twarz. — O jakich wspomnieniach on mówił? — zastanawiał się na głos Draco. — Czyich? Dumbledore'a? — Jego wzrok automatycznie pomknął do niebieskich oczu zerkających w milczeniu na jego twarz z ogromnego portretu wiszącego centralnie nad głową McGonagall. W tym błękicie była jedynie uprzejma ciekawość - najmniejszego potwierdzenia, żadnych zaprzeczeń. — Dumbledore ci ufał, Snape, więc jeśli to były jego wspomnienia, musiały być stronnicze, a on im uwierzył jak głupiec, słodka Morgano, on wciąż nie przyzwyczaił się do magicznego świata... Chyba że...

— To absolutnie nie ma najmniejszego znaczenia — przerwał mu przesiąknięty pasją szept, pojawiający się tak niespodziewanie, że Draco, zaskoczony, nie powstrzymał raptownego drgnięcia. Jego mięśnie napięły się nieznacznie; w kierunku, z którego dobiegł głos, odwracał się powoli.

W drzwiach, z palcami trzymającymi się framugi, jakby ta była ostatnią deską pozostałą z tonącego statku, stał Harry, a jego oczy płonęły jak stal, jego twarz napięta była niczym łapy mięsożernego zwierzęcia; wyglądał jak drapieżnik, czekający na odpowiedni moment, aby skoczyć do gardła bezbronnej zebrze - Draco nie mógł nic poradzić na to, że jego serce podeszło pod sam przełyk. Powoli uniósł ręce do góry i cofnął się zapobiegawczo jak przed zbliżającym się dementorem. Harry nie drgnął ani na jotę, ale jego oczy wycelowane były w źrenice Dracona jak celowniki mugolskiej broni palnej; szarooki poczuł, jak jego oddech przyspiesza - oto Harry wyzbyty ograniczeń, oto Harry gotów bronić własnych tajemnic; Draco przełknął ślinę, patrząc prosto w oczy wojownika, któremu obcy był termin: „przeciwwskazanie" i pomyślał, że oto wywołał z lasu nie wilka, a demona, zbliżającego się po cichu, na miękko ugiętych nogach, aby rzucić się z płynną agresją na nic niepodejrzewającą ofiarę.

— Najwyraźniej ma — odezwał się powoli Draco, przeklinając własną śmiałość — skoro reagujesz w taki sposób.

Oczy Harry'ego przybrały barwę intensywnej, ciemnej zieleni; Draco pomyślał, że musi się mieć na baczności.

— Ja wiem — dopowiedział cicho, starając się przemawiać z łagodnością (chociaż głos mu zadrżał), czując, jak jego serce szaleńczo uderza o piersiową klatkę — że jesteś bliski skoczenia mi do gardła, Harry, ale doskonale wiesz, że ja muszę wiedzieć. — Jego głos uderzył w błagalne nuty, starał się pokazać mu prawdę samą intensywnością własnego spojrzenia.

Coś poszło nie tak, bo wyraz na twarzy Harry'ego nie zmiękł ani na moment, Draco miał wrażenie, że temperatura w pomieszczeniu spadła o kilka stopni. Ponownie się cofnął (niemal bezwiednie), ale jego nogi uderzyły o opuszczone chwilę temu krzesło i Draco zrozumiał, że jego droga ucieczki jest ograniczona.

— A ja — głos Harry'ego był tak cichy, jak szemranie wiatru w górskich dolinach — muszę ci powiedzieć, tak? — zapytał miękko; Draco poczuł, jak lodowate zimno uderza w jego kości - doskonale wiedział, że Harry nienawidzi tego słowa.

Pokręcił głową, patrząc w te jarzące się, zielone oczy.

— Nie powiedziałem tego — powiedział pospiesznie i wbił spojrzenie w Harry'ego, modląc się, aby wyczytał prawdę z jego przepełnionego istnym mętlikiem umysłu. — Harry...

Warkot, który wydobył się z ust Harry'ego, musiał powstać gdzieś głęboko w jego gardle; Draco poczuł, jak cierpną mu dłonie.

— One — mruknął szarooki czarodziej, po czym zaczerpnął głębiej powietrza w rozchwiane płuca — one muszą coś znaczyć. Mają ogromny wpływ na twoje decyzje i nie wiem, czy powinno mnie to przerażać, czy cieszyć. Podejrzewam, że to właśnie one stanowią główny powód tego, że tak mocno ufasz...

Nie będziemy — wysyczał Harry, przemieszczając się tak szybko, jak za mrugnięciem powiek - w jednej chwili przypatrywał się spod drzwi Draconowi (czyniąc to z taką uwagą, jakby spodziewał się, że ten za moment wyciągnie przeciw niemu różdżkę), a w następnej dyszał mu w twarz, spoglądając z bliska w jego srebrne oczy — o tym rozmawiać.

Draco zmarszczył mocno czoło, przeskakując spojrzeniem pomiędzy płonącymi jak ognie czary oczami Harry'ego.

— Chcesz mnie przestraszyć? — zapytał, nie cofając się ani o krok więcej. — Sprawić, żebym zrezygnował z tematu? Żebym go nie drążył? To tylko potwierdza moją hipotezę, że...

Draco. — Głos Harry'ego pobrzmiewał gorącą intensywnością, jego oczy wwiercały się w szare, jakby samym spojrzeniem mógł go zmusić do ustępstwa. — Odpuść.

Draco milczał przez chwilę, wpatrując się z niejakim niepokojem w Harry'ego.

— Czego dotyczą te wspomnienia? — Pytanie aż cisnęło mu się na usta, ciekawość drążyła tunele w jego umyśle, trochę jak łakomy, zmyślny pasożyt.

Przez moment sądził, że Harry wybuchnie, że jego magia zapłonie jak latarnia morska, sygnalizując, że oto nadeszła pora, aby się wycofać, przez moment myślał, że stojące na blacie dyrektorskiego biurka filiżanki roztrzaskają się z głuchym chrzęstem, a porcelana posypie się po blacie jak kurz, ale nic takiego nie nastąpiło.

Harry westchnął ciężko, zdając się przez moment o wiele, wiele starszy, niż w rzeczywistości, jego oczy przygasły, jakby był już zmęczony - zmęczony całym swoim życiem.

— Czy to ma teraz jakiekolwiek znaczenie? — zapytał, rozluźniając się, jak po ciężkim egzaminie i gestem dłoni wskazując na wejściowe drzwi; zawirowanie magii tak subtelnej jak letni wiatr i gabinet ponownie został zamknięty; szare oczy obserwowały to nie bez podziwu. — Daj spokój Draco, po co drążyć w dymie? — Dłoń Harry'ego zacisnęła się nienachalnie na jego ramieniu; zielonooki podprowadził go do krzesła, który uprzednio zajmował szarooki mężczyzna i popchnął go lekko na jego oparcie.

Draco opadł na siedzenie, obserwując Harry'ego spod mocno zmarszczonych brwi.

Zielonooki przeniósł wzrok na dyrektorkę, przechylając głowę jak zaciekawione szczenię - czasami przywodził Draconowi na myśl dziecko, takie duże, żwawe i chaotyczne, które wciąż nie posiada zbyt szerokiego pojęcia o świecie.

— Możemy wyznaczyć termin, w którym kontynuujemy nasze zebranie — powiedział płynnie, zaglądając jej w oczy z (jak się wydawało Draconowi) cichą prośbą. — Proszę wybaczyć, że z mojej winy nie zostało ono doprowadzone do końca. Bardzo mi... głupio. Nie zamierzałem sprawiać problemów. — Przez jego usta przemawiała szczera skrucha.

Na co dzień surowe oblicze McGonagall złagodniało jak za sprawą cudownych maści z drogerii obstawiających przyległe do Pokątnej, niewielkie uliczki, kilka zmarszczek wygładziło się, gdy spoglądała na byłego wychowanka domu.

— Nikt cię za to nie wini, Harry — zapewniła McGonagall, jakby sądziła, że powinna; Draco miał ochotę zaryć paznokciami w drewniany blat jej biurka i zacząć krzyczeć. Coś wciąż i na nowo nie dawało mu spokoju.

— Co ma z nimi wspólnego Snape? — Nigdy nie nauczono go odpuszczać, kiedy było to wymagane. — Pojawił się w nich? Dowiedziałeś się o nim czegoś nadzwyczajnego? Poznałeś jakąś wielką, niesamowitą tajemnicę, ukrytą przed światem? Skoro założyłeś jedynie na ich podstawie, że...

— Jakież to uprzejme z twojej strony, Draco — odezwał się momentalnie zainteresowany, świdrując Dracona nieczytelnym spojrzeniem — rozmawiać o mnie, jakby mnie tu nie było.

Głowa blondyna odwróciła się w stronę Snape'a, szare oczy przesunęły się po ziemistej twarzy z uważną ostrożnością.

Draco przygryzł dolną wargę. Z pewnością mówienie o Snape'ie w trzeciej osobie, podczas gdy ten stoi tuż obok nie było najlepszym zagraniem, ale Draconowi było już wszystko jedno.

— Twoje zaufanie, Harry, otacza go ochronną kopułą — stwierdził markotnie. — Dajesz mu tarczę, przeciw naszemu nieprzekonaniu, a przecież wiem, że jednocześnie... — Czarodziej zaciął się i spuścił wzrok na podłogę, po czym szurną nogą jak zagubiony uczniak.

Wiem, że w jakimś stopniu on cię przeraża — dopowiedział w myślach, mając wrażenie, że Harry i tak wiedział, co chciał mu powiedzieć - że Harry rozumiał.

— Szukasz zapewnień? — Usłyszał dźwięczny, cichy głos Harry'ego; podniósł wzrok, aby zajrzeć w jarzącą się zieleń jego oczu. — Potrzebujesz ich?

— Tak — chciał powiedzieć Draco, ale jedyne, na co się zdobył, to nerwowe zerknięcie w stronę starszego mężczyzny siedzącego w całkowitym opanowaniu na gościnnym krześle dyrektorskiego gabinetu.

Harry wychylił się w stronę Dracona, świdrując go intensywnym spojrzeniem - ta zieleń okrajała go z opanowania z precyzją gilotyny.

— Więc przestań naciskać, na litość Morgany. — Jego oczy powędrowały w stronę McGonagall, kiedy prostował plecy. Jego słowa były zrównoważone i spokojne, jak perfekcyjna odpowiedź ucznia podczas tygodniowych zajęć - Draco podziwiał jego opanowanie - zawsze. — Proszę wyznaczyć termin kolejnego zebrania, pani dyrektor. Zdaję się w tej kwestii całkowicie na panią.

Draco, przełykając ślinę, obserwował, jak te błyszczące niemym zdecydowaniem, znajome oczy przesuwają się powoli w stronę Snape'a.

Harry schylił nieznacznie głowę, zielone oczy padły na czarne z niejakim zamyśleniem.

— Idę się przejść po zamku — powiedział nader spokojnie, nie spuszczając z niego zieleni swoich oczu; Draco poczuł chłód w kościach. — Zechciałby mi pan towarzyszyć?

Snape patrzył na Harry'ego (Draco patrzył na Snape'a, pragnąc zamknąć oczy), szarookiemu czarodziejowi przeszło przez myśl, że Snape poważnie rozważa tę propozycję (jakby szukał luk, jakby szukał podtekstów, jakby grał, zawsze grał, bez kości, bez monet, jedynie na słowa - Draco pomyślał, że całe życie tego mężczyzny było jedną, wielką grą), a potem skinął głową z taką lekkością, jakby nic nie ważyła, chociaż to krótkie kiwnięcie sprawiło, że coś ciężkiego opadło na dno żołądka Dracona, a jego kolana osłabły i na moment musiał usiąść na jednym z gościnnych krzeseł, jakby omdlewał, jakby osuwał się w nicość.

Harry nie spojrzał w jego stronę - pozwalał Snape'owi zaglądać w swoje oczy jak w taflę przezroczystego jeziora.

Wreszcie Snape odwrócił się w kierunku dyrektorskiego biurka (Draco musiał ponownie przełknąć ślinę), ukłonił się przed McGonagall (jak kiedyś przed Czarnym Panem) i ruszył w stronę drzwi (które Harry przed nim otworzył; Draco poczuł, jak ściska go w żołądku).

Szare oczy spoglądały bezmyślnie jak jego rówieśnik, rzucając mu krótkie, nieczytelne spojrzenie, wychodzi tuż za Snape'em, dziękując pokrótce McGonagall - choć dziękować, na dobrą sprawę nie miał za co - i zamykając za sobą drzwi tak szczelnie, jakby bał się pościgu (Draco nie mógł zaczerpnąć tchu).

On się go boi — utwierdził się w przekonaniu szarooki czarodziej, przymykając oczy — i ufa mu w jakiś pokrętny, jedynie sobie zrozumiały sposób. Jak to wszystko odkręcić, na brodę Merlina, aby ten szlachetny idiota przestał pokładać zaufanie w zaufania niegodnych?

Draco wiedział, że szybko musi znaleźć na postawione przed sobą pytanie zadowalającą odpowiedź.


-VVV-


Nie chciałbym spłoszyć — pomyślał Harry, obserwując milczącego mężczyznę przemierzającego tuż koło niego drogę na szczyt Astronomicznej Wieży — tej zadumy z twojego umysłu.

Ich kroki odbijały się echem w korytarzowej ciszy, nakładały się na siebie i splatały we wzory nieposiadające symetrii ani sensu.

Do grubych podeszew kleiły się drobiny srebrnego kurzu.

Harry obserwował płynącą w górę schodów (przeciwstawiającą się nauce i zasadom fizyki), czarną szatę swego nemezis, której rąbek kołysał się jak dryfująca na morskich falach boja.

Ten mężczyzna to istny fenomen. Harry'ego wcale nie dziwił fakt, że został wypchnięty na sam szczyt drabiny społecznej - jego zdolność zadziwiająco trafnej oceny sytuacji zawsze go niepokoiła, szczególnie gdy nigdy nie kwapił się do zdradzania na głos własnych spostrzeżeń - wszystko zachowywał dla siebie, ukrywał głęboko - głęboko we własnym umyśle - i analizował powoli, decydując się, czy podjąć działanie, czy niepostrzeżenie odsunąć się w cień, pozostawiając szachownicę u stóp innych czarodziejów.

Potrafił milczeć, a to sztuka zanikająca w obecnych czasach, ale wszystkie spostrzeżenia kryły się w zmarszczkach jego czoła, w cieniach pod oczami, w drgnięciu kącików warg.

Powietrze na wieży było bardziej rześkie, wiatr tańczący na blankach poszturchiwał zaczepnie kosmyki włosów Harry'ego, muskał grdykę jak pocałunek.

Harry podszedł do barierki i spojrzał w stronę granicy Zakazanego Lasu, na której majaczyły zgrabne cienie, a nad nimi kołysały się leniwie czubki wiekowych świerków. Kiedyś, lata temu, jego oczy odnalazły w tamtym miejscu spojrzenie takich samych oczu, błyszczących zielenią (i miłością - zawsze miłością), odnalazły się - spojrzenia zagubione przez lata, rozłączone na przekór własnym pragnieniom. Powietrze nasączone było spokojem. I magią - atmosfera wokół Hogwartu zawsze miała swą unikatową barwę jak pejzaż na płótnie, przesiąknięta latami słów, obietnic i zaklęć, obserwująca zmieniające się pokolenia, stojąca na uboczu przepływającego jak woda w rzece czasu.

Czuł na sobie jego oczy - obserwujące go jak demon spośród ciemności, słyszał szelest jego szaty muskanej wiatrem wdzierającym się w przestrzenie wieży. Świeże powietrze koiło jego nerwy jak Eliksir Spokoju, opływało ciało jak aksamit i wlewało się głęboko, głęboko do gardła, do płuc. Harry odwrócił się w stronę mężczyzny, opierając się plecami o barierkę; wiatr wwiał mu zagubiony, ciemny kosmyk w oczy.

Mężczyzna obserwował muskające jego gardło końcówki czarnych włosów, liżące skórę jak języki ognia; Harry spuścił wzrok, zastanawiając się, czy nie popełnia błędu.

— Bronisz moich tajemnic? — zapytał Snape (młodszy czarodziej ledwo usłyszał jego słowa zagłuszane podmuchami wiatru przesuwającymi się pomiędzy ścianami jak cienie), sprawiając, że Harry'emu trudniej było oddychać. — Dlaczego?

Jego głos miał w sobie coś miękkiego - coś łagodnego wlekącego się w stronę Harry'ego jak obłok pary wodnej; zielonooki poczuł, że jeśli za moment się nie odezwie, gwałtowny, rwący ucisk, który pochwycił jego klatkę piersiową, zdecydowanie uniemożliwi mu wydobycie z siebie jakiegokolwiek dźwięku złożonego z czegoś ponad monosylaby.

Wbijając paznokcie we wnętrza własnych dłoni, postanowił mówić (wiedział, że na jego skórze pozostaną ślady delikatnych, drobnych półksiężyców błądzących pomiędzy liniami papilarnymi jak rozpierzchnięte po stole mrówki, wtapiających się w tło większych blizn, mrugających bielą, różem i purpurą).

— To także — odezwał się cicho, przyglądając się przesuwającym się pod jego nogami pyłom przywianym od strony lasu, które plątały się ze sobą jak pajęczyna, przesuwały się bezdźwięcznie po posadce jak skradający się kot — moje tajemnice. — Harry nabrał oddechu i dopowiedział szybko, póki się nie rozmyślił: — Jakkolwiek bardzo byś nie pragnął, aby nimi nie były.

Serce Harry'ego struchlało w jego piersi, gdy ten zebrał się wreszcie na odwagę, aby unieść wzrok na tę ziemistą twarz skutą taflą obojętności jak lodem - znał tę maskę, jedną z wielu, jedną z kolekcji, można powiedzieć, ale nie potrafił jasno stwierdzić, co może kryć się pod nią.

Snape już nie patrzył w jego stronę - jego oczy obserwowały drżącą wodę głębokiego jeziora leżącego u stóp zamkowych murów, posiadającego własne tajemnice i własne życie - oddychające, tętniące, przesuwające się nieustannie od pokoleń jak wędrujące wysoczyzny gór.

— Wierzysz w człowieka, który utknął w przeszłości — powiedział, zdając się mówić bardziej do siebie, niż do kogokolwiek innego.

Harry stał naprzeciw i patrzył na niego, starając się bardzo mocno okiełznać swój przyspieszony oddech, ale nie będąc w stanie tego zrobić. Jego serce migotało, jakby weszło w turbulencje, zielonookiemu zdawało się, że obija się ono o żebra, wystukując swój własny, niesynchroniczny, nieznany dotąd rytm.

Zielone oczy obserwowały tę nieruchomą twarz, po której przesunął się cień przelatującej nad wieżami zamku sowy.

Harry starał się, jak mógł, aby jego głos nie zabrzmiał słabo, ale gdy się wreszcie odezwał, miał wrażenie, że jego słowa są wątłe, jakby były płatkami kwiatu, który lada moment zostanie zmieciony z powierzchni ziemi przez siejący spustoszenie huragan.

— Kto powiedział, że w pana wierzę, Naczelniku? — zapytał, obawiając się, że już zna odpowiedź.

Snape spojrzał na niego z piekącą jego serce, cienką jak ostrze sztyletu wzgardą - trochę jak na ucznia, któremu podsuwa się odpowiedź tuż pod samą twarz, a jego krótkowzroczny wzrok nadal nie potrafi jej odczytać. Harry zmarszczył brwi, gotów porzucić własną ciekawość, ale zanim zdołał to zrobić wargi Snape'a rozchyliły się, a spomiędzy nich jak oddech uciekło jedno, ciche słowo wypowiedziane z taką miękkością, że Harry poczuł, jak coś gorzkiego i piekącego podchodzi mu pod sam przełyk.

— Katrina.

Harry zamknął oczy.

Być może to był jakiś rodzaj zaklęcia, być może jej imię naznaczone było magią, która zaczęła drażniąco wdzierać się pod jego skórę jak zastrzyk.

To wszystko nie powinno tak wyglądać, nie powinien czuć tego kłującego jak szpikulec bólu wwiercającego się w jego tętniące ze zdwojoną prędkością serce, jego wargi nie powinny drętwieć, a gruczoły produkować takich pokładów śliny, którymi niemal się dławił, nie nadążając z przełykaniem.

— Mogła... — wymruczał Harry, ale jego głos brzmiał ochryple i nienaturalnie. Przełknął ślinę i zaciągnął się głęboko szkockim powietrzem (jego płuca zapiekły jak świeża rana). — Mogła się mylić.

Snape nie odpowiedział, patrzył na niego, jakby go oceniał. Harry miał ochotę się roześmiać; zamiast tego przyłożył ciepłe palce do schłodzonej wiatrem skóry czoła, bezwiednie przeciągając opuszką po bliźnie w kształcie błyskawicy.

— Pokładasz głupio wiarę w słowa kogoś, kto zakochał się w mężczyźnie starszym niemal o dekadę, który ma obecnie sieczkę zamiast mózgu i sam gubi się we własnym życiu, choć mogłoby się wydawać, że samodzielnie kreśli własne ścieżki — powiedział, będąc zaskoczonym, gdy zorientował się, jak zdrętwiałe są jego wargi powoli układające się w sylaby. — Ja rozumiem, że to twoja córka, ale to jeszcze nie znaczy... nie znaczy... — Harry zgubił język we własnych ustach i zacisnął mocno palce na nasadzie nosa. — Słodka Morgano, dlaczego znowu musisz sprowadzać moje myśli w stronę tych wyżłopanych kolein? — wymamrotał, opuszczając dłoń i odwracając się tyłem do mężczyzny. — Nie chcę o tym rozmawiać.

Snape milczał dłuższą chwilę, a Harry ani myślał przerywać tej ciszy, nawet jeśli zadzwoniła mu w uszach jak kościelny dzwon, nawet jeśli miał chęć od niej uciekać - jak najdalej.

Wreszcie usłyszał ciche kroki - Snape zbliżył się do niego i oparł o chłodną, przykrytą mgiełką kurzu barierkę, spoglądając z góry w jego twarz; Harry zacisnął zęby, walcząc z chęcią ciśnięcia w niego obelgą jak klątwą.

— Powinieneś dać wam szansę.

Harry zamknął oczy i z niejaką dozą rozdrażnienia wypuścił z płuc kłęby powietrza, które zamajaczyły przed jego twarzą i osiadły na szkłach jego okularów jak rosa na liściach. Zielonooki mruknął bezskładnie, zdejmując oprawki z nosa i zajął się przecieraniem szkieł rękawem szaty - ich chłód ukuł jego opuszki palców nawet przez ten gładki, czarny materiał.

— Uparty jesteś, Snape — mruknął cicho, obserwując majaczącą w powietrzu mgiełkę własnego oddechu, rozmazaną jak plama farby na płótnie impresjonisty; strzepnął rękaw szaty i nasadził na powrót okulary na nos. — Tyle że to, jak mi się wydaje, nie jest absolutnie twoja sprawa. — Harry, nie chcąc spoglądać mężczyźnie w twarz, łypnął na sztywną, chłodną barierkę, posyłając jej pełne politowania spojrzenie, jakby ta coś mu zawiniła. — Powiedziałeś mi, że sprowadzisz tu matkę Katriny — przypomniał, jak nic innego pragnąc zmienić temat.

Snape odwrócił głowę, spoglądając w stronę granicy Zakazanego Lasu.

— Powiedziałem — przyznał; Harry skrzywił się mimowolnie i zerknął w ziemistą twarz byłego profesora kątem oka, po czym pospiesznie odwrócił wzrok.

— I? — drążył, zastanawiając się, po co w ogóle to robi - po co przykłada do słów tego mężczyzny jakiekolwiek znaczenie.

Snape westchnął i odwrócił się w jego stronę. Harry, przygryzając dolną wargę aż do krwi, pozwolił, aby chłodna dłoń uchwyciła jego podbródek i skierowała ku sobie jego twarz okrytą płachtą wątpliwości jak mgiełką kurzu.

— I dotrzymam słowa.

Jego oczy lustrowały jego twarz jak skanery, Harry, przełykając ciężko ślinę, modlił się, żeby całe zmęczenie, znużenie i zagubienie, jakie czuł, nie odbijało się na jego twarzy jak w lustrze duszy.

Prawda była taka, że Harry chciałby zapomnieć - zapomnieć o całym wielkim świecie, odsunąć się od niego i przestać przeżywać głęboko wszelkie jego upadki, wszystkie utarczki polityczne i najazdy wrogo przysposobionych osobników gotowych skrzywdzić, zranić i zabić każdego, kto współistnieje z magią - jakby to był grzech, jakby ołowiana kula przedziurawiająca klatki piersiowe porządnych, prawych czarodziejów była karą - najsurowszą i najbardziej brutalną, jaką mógł sobie wymyślić człowiek.

— Harry...

Zielonooki wzdrygnął się i spojrzał na Snape'a, mając wrażenie, że jego klatka piersiowa dymi - czarne, szare, brunatne kłęby pary buchały z jego serca jak z komina pociągu parowego; Harry zaciągnął się głęboko powietrzem i uciekł od dotyku tych chłodnych palców.

— Czy mógłbyś — rzekł wibrującym od kumulujących się w jego umyśle emocji głosem — przestać mnie tak nazywać?

W głębi obsydianowych źrenic coś przygasło; Harry patrząc w ich ogrom, bał się poruszyć, bał się zniszczyć tę wątłą nić porozumienia, która sprawiała, że ten niedzisiejszy profesor, ten były Śmierciożerca, ten demon nocy wyciągał do niego dłoń i chwytał: chwytał mocno i solidnie jego drżące w niepewności palce, zaciskał rękę pewnie i bez wahania, bez wątpliwości, bez trudu - jakby było to tak łatwą czynnością jak mycie zębów, jak wiązanie buta.

Wąskie brwi Snape'a uniosły się wysoko na czoło, czarne oczy studiowały przez dłuższą chwilę pękające jak stara płyta chodnikowa zasklepione miejsca w masce opanowania Harry'ego - stare rany, stare wątpliwości otwierające się na jego duszy jak nie do końca zaleczone blizny.

— Takie nosisz imię, czyż nie? — zapytał przyciszonym głosem, mówiąc półszeptem, oddychając wątlej - jakby obawiał się, że każdy jego kolejny oddech może być tym, który zniszczy całe pokłady zaufania, które Harry w sobie nosił, które skierowane były w stronę Snape'a jak drogi łączące ich losy.

Serce zielonookiego rozbijało się metodycznie i powoli na drobne okruchy starych nadziei.

Starszy mężczyzna przechylił głowę, a na jego wysokim, bladym czole zamajaczyła pionowa zmarszczka.

— O co chodzi? — zapytał cicho, na co Harry, po raz kolejny tego dnia, miał ochotę coś rozbić, w coś uderzyć, poczuć rwący ciało, fizyczny ból, choć na moment pozwalający zapomnieć o płonącej, spopielającej się w tym ciele duszy, wybuchnąć nerwowym śmiechem nasączonym paniką jak alkoholem.

Zielone oczy odwróciły się ku ziemi; palce Harry'ego pobielały jak od lodowatego zimna.

— Nie... nie mam siły, rozumiesz? Nie mam siły — wyrzucił z siebie Harry, nie zatrzymując się nawet na zaczerpnięcie wdechu. — To wszystko... to za dużo... nie wiem co... nie wiem jak... — Harry wyrzucał z siebie słowa z prędkością odbezpieczonego karabinu maszynowego. — Wszyscy sądzą... Nie uratuję świata po raz drugi, wiesz? Nic nigdy nie przebiega dwa razy takim samym torem. Czy ty myślisz, że ja...? Czy ty w ogóle...? — zaciął się jak zgrana płyta gramofonowa, łamiąc słowa jak herbatniki w zębach.

Jak to możliwe, że ten diabeł wcielony z taką prostotą potrafił otwierać zamki dawno ulokowanych kłódek, przykrytych kotarą spokoju, przełamywać pieczęcie i zaglądać w niedostępne światu zakamarki jego duszy, widząc, jak kruszeje od środka, wyciągając z jego umysłu myśli jak z szuflady, wyduszając z jego ust słowa, które pragnąłby zachować jedynie dla siebie (taki słaby — mruczał pieszczotliwie głos Toma Riddla ulokowany gdzieś na skraju jego podświadomości).

Harry przygryzł wargi niemal do krwi, rozpaczliwie starając się powstrzymać wodospad wylewających się przez nie słów i wątpliwości.

Snape patrzył na niego, jakby rozumiał. Kiedy wychylał się w stronę jego twarzy, Harry miał ochotę rozpaść się na tysiące kawałków i utknąć pomiędzy szczelinami w podłożu jak wilgoć.

Nie jesteś zobowiązany do niczego, słyszysz? — powiedział mężczyzna, nagle poważniejąc, obserwując w skupieniu spłoszone oczy Harry'ego. — Jeśli podjęta stawka jest dla ciebie nie do podźwignięcia, odpuść.

Zielone oczy zapatrzyły się na tę ziemistą twarz; Harry poczuł, jak zasycha mu w gardle.

— Zwariowałeś — wychrypiał, mając wrażenie, że jego oddech ucieka mu z ust jak wyrwany siłą.

Snape skrzywił się, kręcąc powoli głową.

— Żyjesz w przekonaniu, że to właśnie ty musisz stoczyć najcięższe boje, ale to nieprawda. Masz prawo odsunąć się w cień, wszyscy zrozumieją.

Harry tak bardzo pragnął, aby te słowa okazały się prawdą. Zanim pozwolił się skusić, zanim pokusa zdążyła zatruć jego umysł, zanim ziarno zostało zasiane głęboko, głęboko w jego umyśle, Harry powiedział: „nie".

— To także mój świat, mój kawałek ziemi, moja magia — sprzeciwił się Harry. — I cokolwiek będziesz sugerować, nigdy nie przestanę o to walczyć, nawet jeśli zabraknie mi sił, nawet jeżeli to będzie mnie niszczyć. Będę walczyć, nie dlatego, że muszę, ale dlatego, że chcę. Ale nie potrafię przewodzić ludziom, nie znam się nawet na strategiach bitwy, nie mam w sobie tyle sił, aby podźwignąć tak wielką odpowiedzialność, rozumiesz? Dlaczego wszyscy sądzą, że jestem w stanie to znieść?

Snape uniósł brwi, jakby odpowiedź na to pytanie była oczywista.

— Cóż — rzekł, wykrzywiając kąśliwie wargi, prostując się i opierając, niemal leniwie, o metalowe barierki — jesteś Chłopcem, Który Przeżył, czyż nie?

Harry skrzywił się, jak po połknięciu cytryny; ten powszechny, znany tytuł zabrzmiał w ustach Snape'a jak obelga. Nienawidził tego określenia, gardził nim, a Snape - Snape doskonale widział, jak mocno zapiekło jego nieposłuszne serce po usłyszeniu go z jego ust; kąciki warg czarnookiego drgnęły ku górze (był to wątły ruch, ledwie dostrzegalny, pozostawiający milimetrowe zmarszczki na bladej skórze wokół tych cienkich ust).

Harry odetchnął głęboko i zajrzał głębiej w te ciemne przepaście oczu naznaczone czasem i doświadczeniem.

— Pomożesz mi? — zapytał, ponieważ musiał (niewiedza parzyła jak pokrzywa, jak wrzątek); patrzył długo na przyglądającego się jego napiętej twarzy Snape'a, nie wiedząc, jakiej odpowiedzi powinien się spodziewać, bezwiednie licząc sekundy przemykające na palcach koło ich głów napęczniałych kłębkiem zmartwień.

Powieki Snape'a powoli zamknęły się i otworzyły; serce na moment zatrzymało się w piersi Harry'ego. Zielonooki mężczyzna wstrzymał powietrze, jego oczy powiększyły się w niemym zdumieniu (nadzieja zapłonęła w nich jak pochodnia).

— Póki co — powiedział cicho Snape, spoglądając w stronę horyzontu. Pomiędzy gęstymi drzewami Zakazanego Lasu przemknął cień dorosłego centaura, by rozmyć się po chwili we mgle majaczącej przy leśnym runie. — Nie wiemy jeszcze, co przyniesie czas, nieprawdaż?

Obietnica była większa, niż ta, którą spodziewał się dostać.


-VVV-


Tamtej nocy śniła mi się matka.

Kiedyś go zrozumiesz szeptała w moje ucho, łaskocząc mój policzek pasmem rudych włosów lśniących jak ogień (kiedy spróbuję pochwycić ich kosmyk we własne dłonie, zakręcić go wokół palca, poczuć pod opuszkami jego miękką strukturę, ten przesiąknie mi przez palce jak wiatr, jak dym). Kiedyś on zrozumie ciebie.

Na tamtą chwilę jednocześnie pragnąłem pojąć jego słowa i wzbraniałem się przed nimi jak przed torturą.

Zawsze to ja musiałem podejmować znaczące kroki - to ja musiałem umrzeć, aby inni byli w stanie odkryć potęgę miłości, to ja musiałem przecinać linie łączące Lorda Voldemorta z życiem, to ja musiałem patrzeć na korowody śmierci ciągnące się za mną jak cienie - ludzi bliskich, ludzi znanych jedynie z widzenia, ludzi obcych i zapomnianych jak zeszłoroczny śnieg.

Być może moim problemem była zwykła rutyna - paradoksalnie - przywykłem do bycia tym jedynym zdolnym do niemożliwego, nie potrafiłem spoglądać w swoją stronę i widzieć osobę obojętną na losy świata, musiałem działać - zawsze i wszędzie - bo takim mnie stworzono, bo na tym mnie wychowano.

Severus Snape twierdził, że mam prawo się odsunąć, że wolno mi to zrobić. Abstrakcyjność dla mojego umysłu nastawionego przez całe moje życie na jeden cel.

Być może on miał rację. Być może traktowałem jako obowiązek coś, co było jedynie wyborem. Jednak wiedziałem, że jeśli nie postawię wszystkich kart na ten wybór, zacznę pękać od środka jak porcelana, jak zadraśnięte szkło, jak szyba ze skazą.

Byłem stworzony do walki - ulepiony palcami Albusa Dumbledore'a, wyszlifowany i obrobiony (ubrany w koronki, których nie potrafiłem ścierpieć).

Jednak wówczas nie spoglądałem na to w ten sposób. Była wojna, trzeba było walczyć - nic nowego, nic nieznanego.

Żyłem wówczas w naiwnym, podszytym strachem przekonaniu, że w momencie, w którym się poddam - umrę.

Śmierć była doświadczeniem, którego w najbliższej przyszłości nie zamierzałem powtarzać.