.

Rozdział 26

Każdy z nas ma własny los, oddzielny plan, no i trudno kochać mocniej, kochać prościej

.

Satysfakcja po ich wspólnym sukcesie uderzyła mu do głowy jak stare wino i kiedy Jerry wdrapywał się po zamkowych schodach, zataczał się jak alkoholik, klejąc do ściany - trochę jak szarawy, mętny cień - wszczepiając się palcami w wyżłobienia w kamiennym murze i odpryski, które pozostawiło jakieś zabłąkane zaklęcie, a może wilkołak, może ostre pazury bestii posłusznej wezwaniom księżyca, która wdarła się pomiędzy ściany zamku w czasie wojny, podczas przechodzącej powoli do historii Bitwy o Hogwart. W jednej ręce ściskał wymiętą stronę, wyrwaną z bibliotecznej książki - Jerry miał szczerą nadzieję, że dobry duch biblioteki - pani Pince - nie dowie się nigdy o tym zbezczeszczeniu skarbów literatury (istniało prawdopodobieństwo, że przyczyniłby się wówczas do jej przeobrażenia w zawistnego demona).

Jerry przypadł do drzwi obecnych kwater Harry'ego Pottera i z rozpędu załomotał w nie potężnie, po czym nie czekając na odpowiedź, pchnął przejście i oparł się chwiejnie o framugę, wymachując przed sobą stroną księgi jak sztandarem.

Harry zerknął na niego mało przychylnie znad nadrukowanych stron Proroka Codziennego, zgiął gazetę na pół i wydał z siebie gardłowy pomruk, przywodzący Jerry'emu na myśl wyrwanego ze snu, rozjuszonego niedźwiedzia.

— Nie nauczono cię czekać na zaproszenie, Flork? — burknął jego szef, nie podzielając najwyraźniej entuzjazmu młodszego aurora.

Jerry był zanadto napompowany satysfakcją, aby przejąć się niezadowolonym grymasem swojego szefa. Wyglądając zapewne jak idiota, stojąc w progu z wyszczerzonymi zębami, wymachując dziko kawałkiem pergaminu; odetchnął raz i drugi, czując pokłady adrenaliny krążących mu w żyłach jak trucizna, by zaraz odepchnąć się od futryny i bez zaproszenia przekroczyć próg.

— Mamy to, szefie, znaleźliśmy go — zawołał z niemijającym entuzjazmem i podchodząc pospiesznie do siedzącego na sofie Harry'ego, wyciągnął w jego stronę nieco pomiętą stronę, której jedna krawędź miała nieregularne, postrzępione krawędzie.

Zielone oczy spoglądały na niego przez moment w niezrozumieniu, by po chwili zalśnić jak mugolskie latarnie w godzinach wieczornych; Harry poderwał się z kanapy, zapomniana gazeta wyślizgnęła się spomiędzy jego palców i osiadła na dywanie jak śnieg, zawijając się w nieregularny kształt - trochę jak płonący pergamin. Dłoń szefa wyciągnęła się w jego stronę, a Jerry, nie potrafiąc ukryć promieniującej z najmniejszego skrawka jego skóry satysfakcji, podał mu wymiętą stronę, nawijając w tym samym czasie jak nakręcona katarynka:

— To Amelia przyniosła mi tę książkę, to Amelia znalazła te strony, a ja myślę, że to jest nic innego, a nasza placówka, nasze więzienie, prześlęczałem nad szukaniem go wystarczająco długo, aby mieć prawo podejrzewać, że właśnie w nim przetrzymywani są czarodzieje, ja...

Harry kiwał głową, zdając się go słuchać jedynie jednym uchem, jego oczy sunęły po tekście zakreślonym na wygniecionym pergaminie jak lokomotywa po torach.

— Maze, Północna Irlandia — mruknął pod nosem, studiując kolejne linijki tekstu.

Jerry pokiwał gorliwie głową, a jego rozczochrana czupryna podskoczyła dwa razy, odbijając się od jego czoła jak kauczuk.

— Tak, zgadza się, przedmieście Lisburn, to jest na południowy zachód od Belfastu w hrabstwie Antrim, Amelia ślęczy nad topografią przestrzenną, mamy to, szefie, poczyniliśmy znaczący krok w stronę odbicia naszych ludzi, to sukces, to jest wielki...

Harry uniósł iskrzące się jak Zaklęcie Niewybaczalne oczy na rozmówcę i odetchnął kilka razy głębiej, a młody auror patrząc na jego rozjaśnioną emocjami twarz - tak często ostatnimi czasy ukrytą za grubą płachtą obojętności bądź poprzecinaną pasmami niepokoju jak ranami - zagubił język we własnych ustach. Zielonooki wyglądał - jak na rozum Jerry'ego - trochę jak planujący przyczajenie się na ofiarę, drapieżny ssak z rodziny dużych kotów.

— Mapa — myślał na głos, wodząc wzrokiem po promiennej twarzy młodego aurora. — Potrzebna nam mapa.

Wargi Jerry'ego wykrzywiły się w krzywym grymasie. Auror pokręcił głową, przygryzając wnętrze policzka.

— Mapy nie mamy — przyznał, nieznacznie kuląc ramiona jak ganiony uczniak. — Nic bliżej ukazującego tereny, w każdym razie. Żadnych pobliskich ulic ani placów. Przykro mi. Być może Amelii uda się jeszcze co nieco wywęszyć, ale na obecną chwilę...

— Rozumiem — mruknął Harry, pochylając głowę i ponownie spoglądając na ściskany w dłoniach wyrywek z książki. — To i tak bardzo duży postęp — pochwalił szef, a Jerry poczuł, jak jego wargi samoczynnie unoszą się w uśmiechu pełnym dumy mieszanej z satysfakcją.

Harry przeciągnął dłonią po trzymanej stronie książki, skinął kilkukrotnie, jakby w odpowiedzi na jakieś wewnętrzne rozterki, po czym wstał i podszedł sprężystym krokiem do kominka (Jerry wyciągnął z zaciekawieniem głowę, starając się spojrzeć nad ramieniem swego szefa w migoczące w palenisku płomienie). Dłoń Harry'ego chwyciła garść Proszku Fiuu stojącego w glinianym naczyniu na gzymsie kominka i z rozpędu rzuciła nim w płomienie; Harry zmrużył oczy, gdy ostre światło ognia rzuciło pomarańczowe refleksy na jego twarz i pochylił się nad ogniem z pomrukiem: „Gabinet dyrektorki Hogwartu, Minerwy McGonagall".

Płomienie zafalowały jak wiry tornada, a następnie zajarzyły się cyjanowym błękitem, Jerry patrzył, jak jego szef kuca naprzeciw zawirowań magii kotłujących się pomiędzy kafelkami kominkowymi, odgarnia z oczu niesforne kosmyki przydługich, rozczochranych włosów i wkłada głowę w lazurowy ogień. Płomienie połknęły ją jak paszcza rekina; Jerry, zastanawiając się, co rozpęta się w najbliższej przyszłości w związku ze zdobytymi przez nich informacjami, pozwolił sobie doczłapać się do kanapy i paść na nią, opierając się potylicą o miękki zagłówek. Jego ramię uniosło się i przysłoniło na moment iskrzące niemym zwycięstwem oczy.

— Wyciągniemy was stamtąd — wymruczał w stronę sufitu, obiecując to wszystkim czarodziejom pochwyconym przez mugolskie władze, odizolowanym od jedynego świata, który znali jak własną kieszeń. — Wyciągniemy was — powtórzył gorąco, wierząc, że są zaledwie o kilka kroków od zwycięstwa.


-VVV-


Nie mam nic do ukrycia — pomyślał Wendell, kiedy usadzono go na twardym krześle, a oddziałowy lekarz w białym kitlu zaczął przytwierdzać mu jakieś rurki do ciała, krzątając się wokół niego jak paź przy królu. — Jeśli chcą się zabawić w mierzenie moich własnych emocji i wyczytywać z nich prawdę jak z zeszytu, proszę bardzo, niech to czynią. Może wreszcie to monumentalne nieporozumienie dobiegnie końca.

Mechanizm wariografu błysnął mu przed oczami jak metal, gdy pomocnik milczącego lekarza zaczął rozstawiać go na blacie stojącego naprzeciw niego stołu.

Wendell bez szemrania wyciągnął ramiona, nie utrudniając podpięcia się pod urządzenie.

Załatwmy to szybko — pomyślał Wendell, zdmuchując ze swojego nosa niewidzialny pyłek i starając się odnaleźć w sobie cierpliwość, której pokłady niegdyś spoczywały na dnie jego umysłu, coraz mocniej przeganiane z każdym, kolejnym dniem spędzonym w tym ponurym miejscu. — Wyjaśnijmy sobie wszystko porządnie.

Lekarz nachylił się i nakazał mu odchylić się od oparcia, po czym przypiął mu coś szczelnie wokół piersi i zaczął poprawiać trajektorię kabli, rozkręcać zapętlone ze sobą przewody, naciskać jakieś guziki na sterowniku, po czym odszedł na drugą stronę biurka, spojrzał w ekran monitora, na którym niebawem miały się pojawić wyniki testu i całościowy zapis zmienności fizjologicznych parametrów.

— No dobrze — mruknął lekarz; jego palce zaczęły wystukiwać cichy rytm na klawiaturze. — Jak się pan czuje, panie Wilkins?

Wendell wykrzywił usta w kwaśnym uśmiechu i odburknął dosyć chłodno:

— Wspaniale. — Swędziała go szyja za uchem, a przez mnogość tych wszystkich kabli, ograniczających jego ruchy nawet nie mógł się podrapać. — Możemy zaczynać?

Lekarz westchnął i skinął głową.

— Oczywiście, panie Wilkins — przytaknął, zerkając na Wendella znad monitora i przez moment wyglądał, jakby bił się z myślami. — Będziemy badać zmianę pańskich reakcji fizjologicznych, które będą miały całkowity związek z pańskimi emocjami na poszczególne, podjęte zagadnienia. — Lekarz, jak zdawało się Wendellowi, zdradzał mu więcej, niż mógł, a Wendell zatrzymał na moment wzrok na jego zmarszczonym czole - chwilę później ich oczy spotkały się, ale zanim Wendell odczytał z nich jakikolwiek przebłysk emocji, mężczyzna odwrócił wzrok w stronę monitora i kontynuował: — Zmienność pulsu, ciśnienie krwi, reakcje termograficzne, skórno-galwaniczne oraz obrazowanie pracy mózgu. To tak przede wszystkim. Proszę przyjąć to za czystą formalność, panie Wilkins, w końcu nie ma pan nic do ukrycia, prawda? — Lekarz zrobił krótką pauzę, a Wendell zaczął się zastanawiać się, czy to pytanie wchodzi już w skład testu. Zanim jednak zdążył odpowiedzieć, niemłody lekarz odezwał się ponownie: — Na wszystkie pytania proszę odpowiadać jedynie: „tak" bądź „nie", czy to nie problem?

— Nie, oczywiście, że nie — powiedział Wendell, starając się zrelaksować, ale ten przeklęty pas nadal wrzynał się w jego żebra, szyja swędziała, a żołądek wybrał sobie akurat ten moment, aby zaburczeć donośnie.

Lekarz opuścił głowę jeszcze niżej i udał, że tego nie słyszy.

— Cóż, więc zaczynajmy — powiedział jakoś mętnie i bez najmniejszego zapału powciskał coś myszką na monitorze. — Czy nazywa się pan Wendell Wilkins? — zapytał, nie odrywając wzroku od monitora; Wendell odwrócił od niego wzrok, starając się rozluźnić na tym niewielkim, sztywnym krześle, którego oparcie wrzynało mu się w kręgosłup; kość ogonowa pulsowała tępym bólem po tak długim okresie bezczynnego siedzenia w przypisanej mu celi. Odetchnął głęboko, spoglądając za okno; jesień była tak piękna tego roku.

— Tak — odpowiedział, zapatrując się w dal, czując głęboką, wżerającą mu się w umysł nostalgię; zamknął oczy.

— Czy ma pan żonę? — Głos lekarza stał się nieco monotonny; Wendell nie zastanawiał się nad odpowiedzią.

— Tak.

— Czy pańska żona nazywa się Monika Wilkins?

— Tak — powtórzył, zerkając niepewnie w stronę odwróconego do niego tyłem monitora.

— Czy słyszał pan kiedyś o czarodziejach? — zapytał lekarz, a Wendell uśmiechnął się gorzko. Absurdalne pytanie na dobrą sprawę. Słyszy o nich bez przerwy, odkąd został zamknięty w tej marnej dziurze. Przeklęty los, jak zawsze kpi sobie z ludzi.

— Tak.

— Czy ma pan córkę?

— Tak. — Wendell na wspomnienie o córce poczuł gwałtowny ucisk gdzieś głęboko w gardle. Odetchnął głębiej, podczas gdy jego serce zacisnęło się boleśnie jak zmarznięty słowik.

— Czy pańska córka nazywa się Hermiona?

— Nie — rzekł twardo Wendell; jego oczy pociemniały.

— Czy pańska córka nazywa się Demetria? — zapytał, jakby ciszej, lekarz.

— Tak — potwierdził Wendell, mając nadzieję, że ułatwi mu to wydostanie się z tej klitki.

— Czy pańska żona nazywa się Jean Granger?

— Nie — rzekł Wendell, zastanawiając się tym samym, dlaczego jest o to pytany, skoro wyraźnie przyznał, że imię jego żony to Monica? Czyżby to analityczne urządzenie wskazywało na coś innego?

— Czy pańska córka jest czarownicą?

— Nie.

— Czy jest pan czarodziejem?

— Nie.

Co za absurdalne pytania — pomyślał Wendell, kręcąc się nerwowo na siedzeniu.

— Czy — pytał dalej lekarz, jego głos zdawał się przybrać na intensywności — słyszał pan kiedyś o Ministerstwie Magii?

Ministerstwo Magii. Jeśli miał być szczery, miał nieodparte wrażenie, że słyszał kiedyś tę nazwę, jakby we śnie, jakby w innym życiu, które mu skradziono. Zupełnie, jakby wyobrażał go sobie gdzieś głęboko, w podświadomości, jakby te słowa były cieniem niegdyś znaczącej konstrukcji, ale jakkolwiek bardzo się starał, nie potrafił przypomnieć sobie jej rangi, jej celu, jej renomy. Jakby nosił w sobie dwa życia, z których jednego nie pamiętał, co było pozbawione sensu, oczywiście.

— Panie Wilkins? — upomniał się o odpowiedź lekarz, wyrywając Wendella z zamyślenia (mężczyzna zorientował się, że od kilku chwil wpatruje się rozmytym wzrokiem w szybę), otworzył usta, aby przeprosić, ale w porę przypomniał sobie, że zalecano mu, aby odpowiadał jedynie tak albo nie. Lekarz ponowił pytanie. — Czy słyszał pan o Ministerstwie Magii?

Wendell oblizał mechanicznie dolną wargę i nie patrząc na nic konkretnego, wyrzucił spomiędzy ust krótkie:

— Nie.

Lekarz przypatrywał się milcząco ekranowi monitora - Wendell kątem oka mógł dostrzec przeciągłą zmarszczkę, jaka ulokowała się na samym środku jego czoła - a potem powoli, bardzo powoli poruszył ręką i przycisnął coś wskazującym palcem. Maszyna wydała z siebie cichy pisk, a lekarz wstał i bez słowa zaczął zwijać kable: metodycznie, jeden za drugim, niespiesznie, po kolei.

— Proszę pana? — mruknął niepewnie Wendell, po czym drgnął, gdy lekarz odwrócił się ku niemu z jakąś nienaturalną sztywnością w plecach i z uśmiechem, który wydał się Wendellowi dosyć oklepany, podszedł do niego, odpinając kolejne kable z napiętej skóry więźnia (Wendell już potrafił myśleć o sobie w ten sposób - wiedział, że nie popełnił żadnej poważnej zbrodni i właśnie dlatego - a może jedynie dlatego - zaakceptował własne położenie, choć nie bez ślepej goryczy pulsującej w czaszce i ściskającej gardło). Jego palce z delikatnością znaczyły ścieżkę pomiędzy lasem elektrycznych sensorów.

— Dziękuję bardzo, panie Wilkins, za cierpliwość i wyrozumiałość. Wyniki zostaną przekazane władzom więzienia. Niestety nie posiadam uprawnień, aby móc osobiście cokolwiek panu zdradzić w ich kwestii, ale zalecam zachowanie spokoju. — Przy ostatnich słowach mężczyzna spojrzał mu przeciągle w oczy, podczas gdy Wendell podnosił się z drewnianego krzesła, którego krawędzie oparcia najpewniej odcisnęły się na jego plecach jak stemple. Lekarz podał mu rękę, a Wendell, skubiąc zębami dolną wargę, z wahaniem odpowiedział uściskiem dłoni - i zamarł; jego oczy, nie bez popłochu, napotkały intensywny wzrok drugiego mężczyzny.

Pod ręką czuł krzywe, porwane krawędzie niewielkiej kartki suchej nie bardziej, niż jego wargi, jego oddech zatrzymał się na moment; lekarz uścisnął mu mocno dłoń - kartka przykleiła się do jego lekko wilgotnych palców. Wendell nie pozwolił sobie na to, aby ręka mu zadrżała, choć jego serce kołatało się w klatce żeber z częstotliwością drgań rezonansowych.

— Proszę na siebie uważać, panie Wilkins — powiedział spokojnie mężczyzna i puścił jego dłoń. Wendell natychmiast zacisnął palce na skrawku papieru i pospiesznie schował rękę do kieszeni. Uparcie zmusił się do tego, aby nie zacząć rozglądać się po sali, jakby w każdej chwili oczekiwał, że ktoś wyłoni się zza lekarskiego parawanu bądź zza jednej z tych tajemniczych, medycznych aparatur, wyrywając mu kartkę spomiędzy palców jak paznokcia (Wendell sądził, że zapiekłoby nie mniej dotkliwie).

— Dziękuję — wyszeptał i niepewnie wycofał się pod drzwi - jakby poruszał się po miałkim gruncie.

Kiedy rzucił ostatnie spojrzenie mężczyźnie przepasanemu białym kitlem, ten stał przy oknie, spoglądając gdzieś w stronę dziedzińca; z kieszeni lekarskiego drelichu wyciągnął paczkę papierosów, podważając kciukiem wieczko. Jego twarz z profilu zdawała się jakby starsza, bardziej pomarszczona, naznaczona pasmem zmarszczek ciągnących się od kącików oczu po skroń.

Wendell spuścił wzrok i pchnął gabinetowe drzwi, za którymi - wiedział o tym doskonale - czekali na niego dwaj strażnicy (do których widoku wciąż nie potrafił przywyknąć - a powinien potrafić) mający go odprowadzić pod jego celę - ponieważ teraz to już jego cela, jego własna, prawda?

Bez słowa złożył ręce na plecach i pozwolił jednemu z nich zacisnąć metalowe kajdany o wiele ciaśniej, niż byłoby to konieczne.

— Tak szybko? — mruknął jeden do drugiego, przekładając kolbę lśniącego karabinu - na którego widok Wendellowi zrobiło się słabo - z jednej dłoni do drugiej. — Można by pomyśleć, że nasz moralny specjalista od ludzkich dusz zabawi się swoją nową zabawką nieco dłużej, a tu takie zaskoczenie!

Wojskowy, który pochwycił właśnie łańcuch łączący ze sobą oba obręcze jego kajdan zaśmiał się cicho pod nosem, po czym popchnął mało delikatnie Wendella w głąb korytarza. Drugi z nich zamachał bezładnie lufą karabinu w kierunku skutego mężczyzny; Wendell na moment wstrzymał powietrze, modląc się, aby ten polemizujący z naturą wynalazek człowieka przez przypadek nie wystrzelił.

— Idziemy, idziemy — pospieszył Wendella, który posłusznie przyspieszył kroku pomimo nienaturalnej miękkości w kolanach. Zastanawiał się, czy ten przeklęty wariograf, zamiast przynieść mu upragnione wybawienie, nie zapisał przypadkiem skrupulatnie wyroku jego śmierci.

— Boisz się, co? — zapytał mrukliwie ten z wojskowych, trzymający jego łańcuchy - szarpiąc bezlitośnie za kajdany, jakby to on był nimi spętany, jakby to jego ruchy ograniczano.

Wendell, czując fantomowy ciężar skrawka papieru w kieszeni, modląc się, aby nie wyleciał on przez którąś z coraz bardziej poszerzających się w materiale ubrań dziur, skinął bezsprzecznie głową, wiedząc, że gorzki sprzeciw przysporzyłby mu więcej nieszczęść, niż pożytku.

Mężczyzna ponownie szarpnął za łańcuchy; Wendell poczuł, jak metal wrzyna mu się w skórę - przymknął oczy w niemym bólu, nie pozwalając sobie na najmniejszy szmer.

— Powiedz to głośno — zamruczał wojskowy, pochylając się nad jego uchem; Wendell poczuł przemykające mu po kręgosłupie dreszcze, gdy gorący oddech mężczyzny owiał jego skórę jak gęsta, lepka mgła. Oblizał wyschnięte wargi.

— Boję się, owszem — przyznał, przeklinając się w myślach, gdy usłyszał, jak cienko brzmi jego głos.

Wojskowy zaśmiał się ubliżająco i z pogardą (oraz sporym rozmachem) uderzył Wendella kolbą karabinu w kręgosłup.

Wendell nic nie mógł zaradzić na cichy syk, który uciekł spomiędzy jego zębów jak westchnienie.

— Bardzo dobrze — wysyczał mu do ucha żołnierz, prowadząc go w dół schodów w stronę piwnic. — Powinieneś się bać.

Wendell usłyszał podzwanianie kluczy, a następnie szczęk zamka, który przyjął z kolosalną ulgą - to aż dziwne i nienaturalne, że te stare, zatęchłe lochy kojarzyły mu się z cichą, małą, bezpieczną przystanią - nie wzbudzały ogromnej niechęci, ani nawet strachu, już nie.

Żołnierz pchnął go przed sobą i przeprowadził przez korytarz w kierunku, znanej Wendellowi, celi.

Kilka więźniów wstało, obserwując jego przemarsz koło rzędu krat - nikt się nie odezwał. Reece Byrne wodził wzrokiem po jego ciele odzianym w obdarte ciuchy, jakby doszukiwał się ran na jego skórze, a może na duszy - Wendell nie potrafił ocenić, Monica poderwała się spod ściany i przypadła do krat, wpijając oczy w jego twarz, jakby ta była dla niej wybawieniem; Wendell poczuł, jak ściska go w żołądku.

— To twoja żona? — zapytał lubieżnie wojskowy, który uprzednio przyłożył mu karabinem.

Wendell poczuł, jak zasycha mu w ustach; spojrzał niepewnie w kierunku Monici, która obdarzyła strażnika pełnym niechęci i politowania spojrzeniem.

Otworzył usta, aby odpowiedzieć, ale jego język zdawał się ciężki i nienaturalny, jakby spuchnięty. Przygryzł dolną wargę.

W momencie, kiedy gwałtowny cios padł na jego żołądek, zgiął się w pół, czując, jak przepełnione agresją palce wszczepiają się w jego włosy i podciągają go momentalnie do pionu.

— Zapytałem — wycedził mężczyzna wprost do jego ucha, opluwając przy tym jego skórę; Wendell poczuł, że robi mu się słabo — czy to twoja żona, ty obleśna szujo?

Monica jęknęła głośno, a Wendell pospieszył z odpowiedzią, mając nadzieję, że nie powie ona czegoś uwłaczającego tym dwóm bestialskim wojskowym:

— Zgadza się, panie sierżancie, to moja żona, Monica.

W nagrodę oberwał w żołądek - głuchy jęk wyrwał się z jego gardła, gdy ta rzadka breja, która uchodziła za więzienny obiad, podeszła mu pod przełyk. Pochylił się i zwymiotował intensywnie pod własne nogi.

Wojskowy odsunął się z obrzydzeniem i warknął jak rozjuszony byk:

— Jestem majorem, ty mendo.

Wendell zamknął oczy, przygotowując się na kolejny cios.

— Zostawcie go, na litość boską! — krzyknęła Monica; Wendell słyszał, jak upada na podłogę swej celi - głuchy stukot kolan zderzających się z rozmachem z twardym podłożem zabrzmiał jak dźwięk pękających kości. — Zostawcie go, zostawcie!

— Cisza! — warknął drugi z żołnierzy, otwierając szeroko kraty jego celi. Odepchnął towarzysza od Wendella, szarpnął więźniem za kubrak starych łachów i cisnął nim w objęcia izby więziennej jak szmacianą lalką.

Wendell upadł na zimną ziemię, owijając ramiona wokół brzucha rwącego tępym bólem. Zza przymkniętych powiek widział, jak Monica podpełza pod kratę dzielącą ich cele i przeciska drżące palce pomiędzy szczeblami.

— Nic mi nie jest — wymruczał Wendell, uśmiechając się do żony poprzez rwący ból. Kraty jego celi zatrzasnęły się z hukiem, klucze zadzwoniły w zamku, wwiercając się w jego umysł jak migrena, a dwa dryblasy skierowały się w stronę drzwi, zaśmiewając się jeden przez drugiego.

Wendell oparł zroszone kroplami potu czoło o brudną posadzkę i poczekał, aż główne drzwi zamkną się z głośnym trzaskiem.

— Czy... czy wszystko w porządku? — usłyszał cichy, przerażony nie na żarty głos Hestii Robinson, zagłuszony nieznacznie zgrzytem klucza przekręcanego w głównych drzwiach.

— Jasne Druga, w jak najlepszym — prychnął pan Byrne. — Wije się po podłodze, bo tak mu, cholera jasna, wygodnie!

Joe Matrin zaśmiał się ochryple i splunął głośno i soczyście.

— Co to, numerze trzeci, prześladuje cię twój własny zawód, kiedy patrzysz na rany i gówno możesz na nie zaradzić?

— Zamknij się, Piątka! — zawołała wściekle Hestia Robinson; jej głos popłynął echem, lawirując między celami jak woda.

Wendell odetchnął raz i drugi, oblizując krew z górnej wargi - nie zauważył nawet, kiedy ją przegryzł. Wymacał trzęsącą się dłonią kieszeń i sięgnął wilgotnymi palcami po wygniecioną kartkę. Bał się jak nigdy w życiu, że rozerwie ją w nieopanowaniu, rozedrze drżącymi rękoma, zahaczy jej kantem o ostrą krawędź szczeliny w pękającej posadce; przygryzł nerwowo koniuszek języka.

W półmroku jego celi widział na niej tyle, co nic; przytknął ją pod same oczy, mrużąc w skupieniu powieki.

Czuł na sobie przerażone spojrzenie własnej żony przesuwające się w górę i w dół pomiędzy jego dłońmi a pomarszczonym jak suche liście czołem.

— Proszę pana? — zaniepokoiła się ta nowa, młoda kobieta spod jedenastki; jej głos zadźwięczał Wendellowi w uszach jak dzwon.

Przesunął kartkę pod innym kątem do bladego światła smętnej żarówki, niemal słysząc trzask pracujących w jego mózgu trybików, kiedy wysilał się ponad miarę, starając się rozszyfrować napis wieńczący postrzępiony kawałek papieru.

Proszę czym prędzej stąd uciekać, panie Granger" — głosiły pospiesznie zakreślone słowa, które sprawiły, że serce na moment zatrzymało się w jego piersi.

Wendell zacisnął zęby, zmiął kartkę w dłoni, przewrócił się na plecy i czując się, jakby obierano go na części, na powłoki, ściągano warstwa po warstwie, pozostawiając bezbronnym i podatnym na zranienie, rozpłakał się jak dziecko, ze wstydem przysłaniając drżącym ramieniem stopniowo wilgotniejące policzki.


-VVV-


— Musimy zwołać ludzi — wyrzucił z siebie Harry z nadzieją tlącą się w głosie jak ogień na knocie świecy, kiedy zawirowania magii wyrzuciły jego głowę w gabinecie dyrektorki (barwy i kształty wciąż wirowały mu przed oczami jak w kalejdoskopie, a gdzieś pośród nich majaczył kontur szczupłej sylwetki podnoszącej się zza biurka i rosnącej mu w oczach jak zbliżająca się do ziemi asteroida). — Teraz, natychmiast — dodał, mrugając, starając się odegnać mroczki sprzed oczu.

Pospieszny stukot obcasów, szelest szaty; twarz McGonagall pojawiła się przed jego nosem jak wyostrzona na kadrze zdjęciowym sylwetka.

— Co się stało? — zawołała; niepokój - zabrzmiał w jej głosie jak przeciągła drzazga.

Harry pokręcił głową, skupiając wzrok na jej twarzy, kiedy świat powoli przestał kołysać się przed jego oczami, jakby znajdował się na pokładzie morskiej floty.

— Proszę się nie niepokoić — pospieszył z zapewnieniami Harry, wyrzucając z siebie słowa wibrujące mu na języku jak fala dźwiękowa. — Same doskonałe wieści. Nic lepszego nie mogło się zdarzyć. Wreszcie możemy zacząć działać.

McGonagall zmarszczyła brwi, zaciskając na krótką chwilę blade wargi w cienką linię.

— Wy... — Jej przewiercający wzrok przeskakiwał pomiędzy jego oczami, jakby czegoś w nich szukała. — Znaleźliście coś? — zapytała, zdając się oddychać nieco ciężej. — Ty i ci twoi aurorzy, dowiedzieliście się czegoś istotnego?

— Wszystko później wyjaśnię — zapewnił Harry, kiwając niecierpliwie głową. — Proszę zorganizować kolejne zebranie. Powiedziałem, że nie będę wyznaczał jego terminu i zleciłem to zadanie pani, ale w obecnej sytuacji konsultacja z naszymi ludźmi jest konieczna i to możliwie jak najszybciej. Proszę — zalecił Harry, skubiąc nerwowo zębami dolną wargę — o niezwłoczne powiadomienie wszystkich.

McGonagall przyglądała mu się dobrą chwilę, zanim skinęła głową i oznajmiła z charakterystyczną sobie dostojnością w głosie:

— Tak się stanie. Musisz jednak wiedzieć, że nie zorganizuję tego szybciej, jak do jutra rana.

Harry skinął głową, zdmuchując ze swoich oczu zabłąkany kosmyk włosów.

— Dobre i to — mruknął, rozglądając się po pustym gabinecie; meble powoli zaczęły nabierać wyrazistych kształtów, lecz w jego umyśle wciąż huczało jak na drugi dzień po intensywnej libacji. — Czy... — Zielone oczy podniosły się na McGonagall, a ich źrenice zabłysły jak rosa na trawie. — Czy to nie stanowi dla pani problemu? — zapytał, marszcząc nagle czoło, jakby coś sobie uświadomił.

Twarz McGonagall zdała mu się nagle starsza, niż zaledwie chwilę temu.

— Potter — westchnęła McGonagall, przecierając oczy dłonią, po czym uniosła palce do jego twarzy falującej w płomieniach jak obraz rzucany ze starego rzutnika na białą płachtę; chwilę później najwyraźniej uprzytomniła sobie, co robi i pospiesznie opuściła dłoń. Pokręciła głową, jakby próbowała nadać swoim myślom więcej trzeźwości i spojrzała bardziej przytomnym wzrokiem na Harry'ego. Jej zielone oczy błyszczały w świetle płomieni jak promienie słońca załamujące się wewnątrz diamentowych ścianek. — Nie jesteś dla nikogo ciężarem, wiesz o tym, prawda? — zapytała nieco łagodniej, lustrując twarz Harry'ego, która na moment zastygła jak maska teatralna, przeciągłym spojrzeniem.

Zielonooki przekrzywił głowę, obserwując ją jak jakieś drapieżne, zaszczute, zamknięte w pułapce bez wyjścia zwierzę; McGonagall z trudem powstrzymała zaniepokojenie, które zaczęło kleić się do jej rzęs jak mgła.

— Skąd to pytanie? — powiedział cicho, zdając się oddychać głębiej. — Oczywiście, że o tym wiem.

McGonagall nagle poczuła się niezręcznie; jej kręgosłup napiął się jak struna, a oczy uciekły gdzieś w bok.

— Pomyślałam tylko... — Jej cichy pomruk trochę przypominał miękki odgłos wyrywający się z kociego gardła; pokręciła głową. — Nieistotne — zapewniła, machając niedbale dłonią. — Zorganizuję wszystko, jak należy. Czy odpowiada ci godzina dziewiąta?

— Idealna — powiedział przyciszonym głosem Harry, wciąż nie spoglądając w twarz dyrektorki.

— Dobrze więc — rzekła na wydechu kobieta, podnosząc się i rozcierając nogi. — A, i Potter! — rzuciła, kiedy Harry już zaczął wycofywać swą głowę z płomieni. Mężczyzna wstrzymał się i spojrzał pytająco w stronę jej przechylonej na bok twarzy; jej zielone oczy przyglądały się cieniom pod jego oczami, jakby kobieta żałowała, że nie może pochylić się, wyciągnąć ręki i zetrzeć ich kciukiem z jego skóry jak rozmazanej na policzku czekolady. — Wróciłeś do domu — powiedziała cicho; kiedy pochylała głowę, jej rzęsy rzuciły długie cienie na jej pomarszczone czoło, a oprawki okularów zjechały na sam czubek nosa - poprawiła je wystudiowanym, bezwiednym ruchem palców. — Pozwól sobie na odpoczynek.

Harry z zawstydzeniem spuścił wzrok i skinął głową.

— Tak — mruknął, przyglądając się drobinkom kurzu przesuwającym się ospale po marmurowej posadce leżącej u stóp kominka. — Oczywiście, tak zrobię, ja... dziękuję bardzo.

W jego głosie najwyraźniej nie było zbyt wiele przekonania, bo była opiekunka domu zwęziła surowo brwi, spoglądając na niego z góry.

— Mówię poważnie, Potter — dodała ostrzegawczym tonem, kładąc ramiona na biodrach (tak bardzo przypominając w tym Hermionę, że Harry przez chwilę obawiał się, że kominkowy dym udusi go jak metalowe szpony, które niegdyś zaciskały się na jego siedemnastoletniej szyi w wielkich i dusznych lochach rezydencji Malfoyów).

— Ja też — powiedział przez nagle podrętwiałe wargi i zanim jej surowe spojrzenie zdążyło jak magia przeniknąć przez jego bariery oklumencyjne, wycofał się z płomieni, uparcie próbując nadać tej ucieczce inną nazwę, niż „tchórzostwo" - ostatecznie nazwał to przezornością, ponieważ mógł, a nazwy nie miały żadnego znaczenia (wmawiał to sobie jeszcze długo później, spoglądając w twarz wyczekującego na niego Jerry'ego - zapytany o przebieg rozmowy, machnął wymijająco dłonią i zasłonił się chęcią ponownego, bardziej wnikliwego przejrzenia znalezionych przez aurora informacji).


-VVV-


Dlaczego uciekałem od tego, co tak dobrze zdołałem poznać, nie wiem. Może przytłaczało mnie to wszystko o wiele bardziej i o wiele dłużej, niż byłem gotów się do tego przyznać? Moje oczy utkwione były w tej mugolskiej bazie, która powoli wyłaniała się zza mgieł horyzontu. Czemu miałbym myśleć o sobie, skoro tyle szlachetnych żyć czekało tam na wybawienie? Chciałem tego szturmu, chciałem, aby wszedł w życie jak najszybciej, jednocześnie wiedząc, że nie mogę pozwolić sobie na niedbałość, że mój najdrobniejszy błąd i mój niekonieczny pośpiech może kosztować kogoś więcej, o wiele, wiele więcej, niż byłem w stanie znieść. Musieliśmy opracować plan, którego wciąż na dobrą sprawę nie posiadaliśmy, ale obmyślenie go wcale nie było tak proste, jak wydawało mi się, że będzie. Na co lata szkoleń i treningów, na co kurs aurorski i ćwiczenia pojedynków, kiedy na drodze staje ci cała armia mugoli z bronią palną w ręku? Czym jest niezawodny refleks przy trajektoriach lotu lodowatych jak kra na jeziorze pocisków, przebijających się przez kości, przez chrząstki, wwiercających się w skórę jak śruba. Umieliśmy bronić się przed zaklęciami, umieliśmy uskakiwać z toru lotu tych najcięższych i mających najdalej sięgające konsekwencje klątw, ale nikt nie nauczył nas uchylać się przed pociskami pędzącymi z prędkością szybszą, niż jakiekolwiek zaklęcie, jakakolwiek klątwa, kiedykolwiek będzie w stanie.

Była jeszcze matka Katriny - matka Katriny, znająca pole naszej bitwy, znająca korytarze, kryjówki i tajne przejścia w czterech progach mugolskiego więzienia, matka Katriny - tak niepozorna, a będąca w stanie wkraść się w szeregi wrogów, a następnie zdradzić nam ich rozmowy bez cienia niepewności na twarzy, z chłodną determinacją spoglądająca na świat, przyczajająca się niczym kobra przed ofiarowaniem swego śmiertelnego pocałunku.


-VVV-


Sophie raz jeszcze przeciągnęła szminką po wargach i pochylając się nad kilkuwarstwową szybą, za którą niebo przybierało głęboką barwę smoły, przyjrzała się krytycznie swojemu rozmytemu odbiciu, obracając twarz w różne strony. Westchnęła ciężko, kiedy uświadomiła sobie, że końcowy efekt jej zabiegów kosmetycznych nie był do końca taki, jaki starała się uzyskać; szkło zaparowało pod jej oddechem jak samochodowa szyba - jesienna aura nie opuszczała jej ani na krok; Kobieta przechyliła głowę i mechanicznym ruchem starła wierzchem dłoni mgiełkę skroplonej wilgoci - szkło było chłodne jak oddech dementora, Sophie skrzywiła się, pospiesznie wycofując dłoń. Potarła schłodzoną skórę palcami drugiej ręki, sięgnęła do uchylonej torebki, aby wsunąć szminkę pod cienki i śliski materiał wewnętrznej kieszeni i odwróciła się, by pospieszyć w górę korytarza.

Jej wysokie obcasy wybijały równomierny rytm na terakotowej podłodze. Skierowała się wąskim korytarzem w stronę wind i nacisnęła przycisk, rzucając szybkie spojrzenie niewielkiemu ekranowi twierdzącemu, że jadąca po nią winda znajduje się obecnie na szóstym piętrze. Sophie przewróciła oczami i oparła się o przeciwległą ścianę, zakładając ręce za plecy. Przyglądała się obojętnie zmieniającym się powoli cyfrom na zamieszczonym nad wejściem do wind wyświetlaczu. Gdzieś na lewo od niej zabrzmiało wątłe echo zbliżających się stopniowo kroków. Sophie uniosła brwi, dostrzegając średniego wzrostu sylwetkę zmierzającą w jej stronę - mężczyzna odziany w ciężkie, wysokie buty, wojskową marynarkę i dość codzienne, brązowe spodnie wyłonił się z majaczących na korytarzu półcieni, spoglądając na nią przeciągłym wzrokiem. Sophie, starając się nie krzywić - w każdym razie nie jakoś bardzo - skinęła mężczyźnie głową, podczas gdy winda zadzwoniła (nareszcie — przemknęło kobiecie przez myśl), oznajmiając swoje przybycie. Mężczyzna wyciągnął ramię, wskazując zapraszająco na otwierającą się kabinę zalaną mętnym, żółtym światłem.

— Zapraszam, pani Fisher — powiedział, uśmiechając się tak, jakby odkrył jakiś wielki, ogromny sekret, który niebotycznie go bawił; w reakcji na to Sophie miała ochotę nadepnąć mu obcasem na stopę, ale skinęła tylko głową i weszła do środka, naciskając jedynkę, która zajarzyła się na czerwono jak klątwa torturująca.

Mężczyzna zerknął na wybrane przez nią piętro, pokiwał ze zrozumieniem głową i wyciągnął rękę, wciskając mocno przetarty przycisk oznaczający piętro siódme.

Sophie zerknęła na swoje odbicie w lustrze znajdującym się na tyle kabiny, automatycznie sięgając do włosów ułożonych w zgrabne loki, jakby samym dotykiem zamierzała poprawić ich sprężystość.

— Proszę się nie martwić — odezwał się stojący za nią mężczyzna; Sophie uniosła wzrok, napotykając w lustrze jego wnikliwe spojrzenie. — Ślicznie dziś pani wygląda.

— Dziękuję, komendancie — odparła dźwięcznym głosem Sophie, pozwalając sobie na łagodny uśmiech. — Jak się panu wiedzie?

Mężczyzna wzruszył ramionami; Sophie odwróciła się ku niemu, opierając ręce na biodrach i zadziornie przechylając głowę.

— A co my tacy ponurzy dzisiaj? — zapytała, unosząc brwi, na co mężczyzna machnął niedbale dłonią i spojrzał na zasunięte drzwi kabiny.

— Eee tam, szkoda gadać — mruknął pod nosem, podczas gdy winda przystanęła łagodnie na pierwszym piętrze.

Sophie nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz przeklinała pieprzonego Lloyda, że zaaklimatyzował się w gabinecie znajdującym się na tak niskim piętrze; tyle razy narzekała mu na „mizerne widoki, które z pewnością mogłyby być tak ekscytujące na wyższych kondygnacjach", ale uparty nie słuchał jej smętów, stojąc murem przy swoim.

— Cóż, jeśli jednak zebrałoby się panu na zwierzenia, komendancie, wie pan, gdzie mnie szukać — rzuciła Sophie, mrugając kokieteryjnie, po czym odwróciła się ku rozsuwającym się drzwiom windy.

— Niedoszła terapeutka, hmm? — odparł kąśliwie, na co Sophie machnęła wymijająco dłonią i mrucząc pod nosem o bezczelności niektórych mężczyzn, zanurzyła się w jasno oświetlonym korytarzu, którego jarzące się lampy fluorescencyjne niemal raziły ją w oczy.

Za plecami usłyszała szczęk zamykających się drzwi windy; nie zwalniając kroku, pokonała niemal całą długość korytarza, by skręcić w poboczne jego odgałęzienie. Znała tę drogę na pamięć, była przekonana, że dotarłaby tutaj nawet na wpół przytomna, na ślepo i po omacku.

Przystanęła przed solidnymi drzwiami i przez moment jedynie wsłuchiwała się w dochodzący zza nich odgłos wystukiwanych na maszynie liter. Wzięła jeden, głęboki oddech i wypuściła powoli powietrze, aby już za moment przystawić knykcie pod drzwi z drewnopodobnej płyty i zapukać bez wahania się. Odgłos pisania ustał, Sophie wyciągnęła dłoń w stronę klamki, gdy ze środka rozległo się ciche: „proszę wejść".

— Mamy wiek dwudziesty pierwszy — oznajmiła Sophie, przechodząc przez próg — a ty wciąż stukasz w tę przedwojenną maszynę. Nie możesz sobie kupić, no nie wiem, czegoś bardziej adekwatnego na obecne czasy? — Zamknęła cicho drzwi i zakołysała biodrami, przechodząc przez gustownie urządzony, przestronny gabinet. Pochyliła się nad biurkiem, opierając dłońmi o jego blat i spojrzała ponad maszyną w duże oczy nieco masywnego mężczyzny, którego uda wylewały się poza krawędź siedziska.

— Nie mogę — odparł mężczyzna, ściągając dłonie z klawiszy; na wpół zapisana kartka papieru zawisła zapomniana, zawijając się przy tylnej ramie maszyny — ponieważ liczy się funkcjonalizm, a to wciąż działa. — Wskazał pulchnym palcem gdzieś na suwak maszyny i przeniósł wzrok na głęboki dekolt kobiety wycięty na kształt litery „V".

Sophie wychyliła się, pochylając głowę z natarczywą ciekawością zaglądając w wypełnioną do połowy kartkę wkręconą w maszynę.

— Co tam piszesz? — zapytała, uśmiechając się przy tym przymilająco, na co Lloyd machnął masywną dłonią i wyciągnął kartki z maszyny.

— Nie istotne, nie zrozumiesz — mruknął, chowając kartki do szuflady biurka.

Sophie wydała z siebie obrażone prychnięcie; naczelnik więzienia uśmiechnął się z rozbawieniem, pocierając krótkimi, opuchniętymi palcami niskie czoło.

— Oczywiście, że bym zrozumiała! — oburzyła się Sophie z wyuczoną przesadnością, czym wywołała jeszcze szerszy uśmiech na okrągłej twarzy mężczyzny. — Uważasz, że jestem głupia? — zapytała, posyłając mu maślane spojrzenie.

Lloyd pokręcił pospiesznie głową, wołając w tym samym czasie:

— Nie, nie, no jasne, że nie, słoneczko. — Mężczyzna wyszczerzył białe zęby w uśmiechu i przywołał ją gestem dłoni. — No choć tutaj.

Sophie miała ochotę przewrócić oczami. Odepchnęła się dłońmi od blatu, leniwym ruchem zsunęła z ramion pelerynę, która opadła jak fala na podłogę i okrążyła biurko, kołysząc leniwie biodrami; spojrzenie Lloyda zwróciło się w stronę rąbka jej krótkiej, kusej, obcisłej sukienki. Mężczyzna położył zachłanne łapsko na jej pośladku i przysunął ją bliżej; Sophie wsunęła palce w jego krótkie włosy, pozwalając mu oprzeć podbródek na jej brzuchu.

— Mój drogi przyjaciel Lucjusz niepokoił cię ostatnimi czasy? — zapytała, jakby bardzo jej były nie w smak wizyty czarodzieja w tych progach.

— Ach, pan Malfoy — mruknął z niechęcią Lloyd, a zniesmaczenie odbiło się w jego oczach jak gangrena; Sophie miała ochotę strzelić go w ucho. — Nie, trochę mu przeszła ochota na te naloty. — Mężczyzna bardziej był skupiony na zakradaniu się pod rąbek jej sukienki, niż na tym, co właściwie wyrzucają z siebie jego struny głosowe. — Gdyby nie to, że dobrze płaci za, ach, przyzwoite warunki dla swojej żony, no i przynosi pożyteczne wieści, oczywiście, już dawno kazałbym go rozstrzelać. Masz coś, pod tą śliczną sukienunią, słoneczko?

Sophie postarała się, aby zrobić wyjątkowo rozczulające, maślane oczy.

— Nie chcę, żebyś strzelał do Lucjusza — powiedziała marudnie, jakby nie do końca rozumiała powagę sytuacji, po czym usiadła mężczyźnie na kolanach, krzyżując nogi w kostkach. — Obrażę się na ciebie, jeśli to zrobisz.

— Mhm — mruknął naczelnik więzienia, kładąc zachłanne dłonie na jej piersiach. — Nie masz bielizny, co? — powiedział chrapliwie, jakby nagle zaschło mu w gardle; Sophie poczuła pod udem napierającą na jej nogę wypukłość.

Uniosła rękę i trzepnęła eksplorującą jej ciało dłoń, zrzucając z siebie te krótkie, zachłanne palce.

— Ja nie żartuję — oznajmiła, krzyżując pokazowo ramiona. — Przestanę do ciebie przychodzić i pozbawię cię mojego genialnego humoru, i dopilnuję, żebyśmy się więcej nie spotkali, i...

— Już dobrze, dobrze — przerwał jej Lloyd, oblizując się łapczywie — żadnego strzelania do tego zdesperowanego elegancika — obiecał, sięgając po pocałunek.

Sophie pochyliła się i pozwoliła mu przejąć panowanie nad jej ustami, w głębi duszy czując obojętność klejącą się do niej jak choroba.

— Dawno cię nie było — poskarżył się, brzmiąc, jakby Sophie popełniła jakieś poważne wykroczenie; kobieta naprawdę mocno pragnęła splunąć mu w twarz. W zastępstwie za to pogładziła jego pulchne policzki, wyobrażając sobie, że kiedyś rozerwie je własnymi paznokciami, po czym uniosła się nieznacznie, podciągnęła sukienkę do pasa i przerzuciła jedną nogę przez kolana mężczyzny, siadając na nich okrakiem.

Lloyd jęknął jakby cierpiał na niestrawność i spojrzał nieco rozmytym, zasnutym mgłą przyjemności wzrokiem na jej twarz przyglądającą się mu z chłodnym zobojętnieniem.

— Naprawdę nie mogłabym zerknąć okiem na tych twoich więźniów? — zapytała, odgarniając włosy z twarzy, by chwilę później położyć palce na gorącym karku mężczyzny.

Ten sapnął w odpowiedzi i sięgając jej bezceremonialnie między nogi, mruknął mało przytomnie:

— Rozmawialiśmy już o tym.

Sophie najchętniej wydałaby z siebie pełne irytacji westchnienie, które koniec końców (dzięki Merlinowi) udało jej się stłumić.

Kiedy jego pulchny paluch wdarł się w jej kobiecość, zmusiła się do przeciągłego jęku, mocniej zaciskając palce na jego karku, całą siłą woli wyobrażając sobie, że ma przed sobą kogoś innego (w jej umyśle pojawił się obraz czarnych, intensywnych oczu oraz długich, bladych, eleganckich palców — jestem skazana na samych łajdaków — pomyślała, przymykając na moment powieki).

Cholerne lochy, nie dostanie się do nich bez przeklętego klucza - przerobiła to wielokrotnie, odbijając się od ciężkich drzwi jak wirujące wspomnienie od ścianki chłodnego szkła - zastanawiała się, komu w tym budynku pozwolić się przelecieć, żeby dostać pozwolenie na wejście do piwnic, skoro główny naczelnik jest tak upartym bucem.

— Oj, proszę cię, proszę cię, zgódź się — zapiszczała Lloydwi do ucha jak zachwycona nastolatka, mając nadzieję, że uda jej się coś ugrać. — Chcę tylko popatrzeć. Nie każdy jest tak genialny i tak mądry, i tak niezwyciężony, żeby zamknąć w lochach czarodziejów. A tobie się to udało, bo jesteś najlepszym naczelnikiem więzienia, jakiego zna świat, taki niesamowity i, och, tak dobrze, nie przestawaj.

Ruchy mężczyzny przyspieszyły, a do pierwszego palca dołączyły dwa kolejne. Sophie kołysała się na nich jak trzciny wodne na wietrze.

— Jestem niesamowity? — powtórzył ochryple, wyciągając dłoń spomiędzy kobiecych nóg (Sophie wydała z siebie - jakże sztuczny - jęk zawodu). Mężczyzna zepchnął ją z kolan, ciągnąc za ramiona na ziemię i sięgnął do zapięcia swoich spodni. Sophie uklęknęła między jego nogami, łasząc się do jego uda jak kot.

— Jeśli się zgodzisz — mruknęła kobieta, podczas gdy naczelnik walczył z zaciętym suwakiem — to będziesz niesamowity.

— A jeśli nie? — Wreszcie udało mu się pokonać przeszkodę, jaką były dla niego spodnie - Sophie, uśmiechając się zawistnie, pomogła mu zsunąć nogawki i zawisła z twarzą nad jego naprężoną erekcją.

— Jeśli nie, to nie zrobię ci loda — zagroziła poważnie, spoglądając mężczyźnie w oczy.

— Myślę, że zrobisz — prychnął niczym nieprzejęty naczelnik więzienia, zaciskając palce na karku kobiety i popychając jej głowę w dół. Chwilę potem krzyknął i spojrzał z konsternacją na swoje poparzone opuszki. Zerknął w dół na przyglądającą mu się kobietę, na której twarzy wciąż błąkał się szyderczy uśmiech. — Mała wiedźma z ciebie, hę?

— Zgadza się — powiedziała cicho Sophie, przechylając głowę i drażniąc sapiącego mężczyznę oddechem. — Więc jak będzie z tym pozwoleniem?

Mężczyzna skrzywił się, oblizując z łakomstwem nabrzmiałe usta.

— Na dziesięć minut — oznajmił, wysuwając biodra do przodu.

Kobieta chwyciła go mocno w pasie i przytrzymała w miejscu.

— Trzydzieści — odparła całkiem poważnym tonem.

— Piętnaście i ani minuty dłużej — syknął naczelnik, przymykając oczy i zaciskając z całych sił dłonie na oparciu fotela. — Bierz go do buzi.

Sophie przyglądała się jego zaczerwienionej twarzy dłuższą chwilę, po czym uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami.

— Piętnaście. Niech będzie — odparła i pochyliła się, otwierając usta.


-VVV-


Szerokie ramiona młodego czarodzieja ściągnęły się w napięciu, kiedy przekraczał próg sędziwego wiekiem, niegdysiejszego aurora, który łypnął na niego zza obłego kubka parującej kawy i prychnął, jakby miał przed sobą godnego pogardy nieudacznika.

Teleportacja do Francji była szybka i pełna zawrotów głowy - Lucjusz Malfoy załatwił mu od Naczelnictwa przepustkę na pozagraniczną teleportację, choć czarodziej wciąż nie potrafił powiedzieć, jak to możliwe, że wszyscy członkowie tej trefnej organizacji bez najmniejszego sprzeciwu na to zezwolili, nie żądając kontaktu z jego skromną osobą osobiście.

— Ostrzegałem cię, że marnujesz tylko swój czas — odezwał się starszy czarodziej, odstawiając kubek na drewniany blat kawowego stolika (denko stuknęło lekko, a kropla kawy z mlekiem przelała się poza ścianki naczynia i spłynęła powolnie w dół jak deszcz po szybie). Mężczyzna sięgnął po cukiernicę, która - jak się chwilę później okazało - była po brzegi wypełniona cynamonem; młody mag obserwował lekko pomarszczone palce siedzącego przy stoliku człowieka, które pochwyciły ozdobną łyżeczkę o lekko zaśniedziałej rączce i nabrały na jej koniuszek odrobinę korzennej przyprawy, oprószając nią delikatnie powierzchnię falującej w kubku cieczy. Drobinki cynamonu opadły do obłego kubka jak padające płatki śniegu.

— Po pierwsze - uważam, że po latach rezydowania w siedzibie aurorów, zasłużyłem na emeryturę, nie uważasz? — prychnął starszy czarodziej, zwracając wzrok ku swojej kawie, by zamieszać łyżeczką pomiędzy ściankami naczynia. — Po drugie — rzekł, odkładając łyżeczkę i unosząc naczynie do ust — jakbyś nie zauważył, przeniosłem się do Francji w jakimś celu i nie zamierzam z tego rezygnować tylko dlatego, że nie dogadujesz się z obecnym szefem.

Młodszy czarodziej spuścił wzrok i zaszurał nerwowo podeszwą o podłogę.

— Był pan moim opiekunem praktyk — zamruczał głupio, przyglądając się przeciągłemu, czarnemu śladowi, jaki jego czarna podeszwa zostawiła na terakocie.

Starszy czarodziej prychnął, zerkając ze znużeniem na przestępującego nerwowo z nogi na nogę czarodzieja stojącego ze spuszczoną głową, jakby się spowiadał.

— Jeśli Harry Potter podjął decyzję o nierekrutowaniu nowych aurorów, to ja nie mam w tej kwestii nic do powiedzenia, choćbym w tej chwili wysłał mu list polecony z rekomendacją. — Wzruszył ramionami, upijając drobny łyk gorącej kawy, nie spuszczając wzroku z kręcącego się nerwowo czarodzieja. — Przykro mi — dodał łagodniejszym tonem, kiedy czarodziej uniósł na niego wzrok, wyglądając przy tym jak zbite szczenię — takie życie. Napijesz się kawy? — zmienił temat, wskazując na drugi fotel stojący przy niedużym stoliku chwiejącym się na rachitycznych nóżkach.

Barczysty mężczyzna podszedł niepewnie do obitego zamszem fotela i usiadł na samym jego brzegu jak uczniak, który trafił na dyrektorski dywanik. Starszy czarodziej westchnął i wyciągnął różdżkę, przywołując drugi kubek z przyległej do salonu, niedużej kuchni.

— Podziękuję za kawę — odezwał się młodzian, opierając palce o podłokietnik, patrząc wszędzie, byle nie na siedzącego obok człowieka. — Jest pan... starszy wiekiem od pana Pottera, więc pomyślałem...

— Ale nie starszy rangą — przerwał mu czarodziej, odkładając kubek na chwiejący się stolik i unosząc rękę, aby uciszyć otwierającego już usta, młodszego czarodzieja. — Pisałem ci w liście, że nic nie mogę w tej kwestii zaradzić. Jestem na emeryturze, na Morganę, a z tego, co mi wiadomo, większość aurorów z dłuższym stażem zrezygnowała po wybuchu kolejnej wojny.

— No właśnie — burknął młodszy mężczyzna, strzepując nerwowo niewidzialne pyłki z ramienia — powinien być spory deficyt pracowników, powinno być zapotrzebowanie na młodych aurorów, ale...

—...ale nie ma — burknął starszy mag, popijając swoją kawę i krzywiąc się, jakby ta sparzyła go w język. — I na dobrą sprawę, jestem nawet w stanie zrozumieć podejście Pottera do tej kwestii, wiesz? Po drugiej wojnie czarodziejów wszyscy jesteśmy nieufni i nie powinieneś odbierać tego personalnie. — Starszy czarodziej potarł w zmęczeniu kark. — Mogę ci zaproponować ciasto biszkoptowe, powinienem jeszcze mieć jakieś resztki w zamrażalniku, chcesz?

Młodszy czarodziej bardzo starał się nie łypnąć na rozmówcę zbyt ostentacyjnie.

— To ma być moja rekompensata? — burknął, rozcierając bezwiednie nadgarstki.

Mężczyzna spojrzał na niego spod brody i uniósł wysoko brwi, zagłębiając się wygodniej w fotelu.

— Jaka tam rekompensata? — zapytał wymownie, krzywiąc się, jak przy połknięciu cytryny. — Wy, młodzi, uważacie, że wszystko wam się należy, ot tak, po prostu. — Czarodziej pstryknął palcami, świdrując młodszego maga przeszywającym spojrzeniem - barczysty młodzian zaczął kręcić się nerwowo pod jego spojrzeniem. — Sugerowałbym poszukać sobie jakiegoś dorywczego zarobku i, na litość Merlina, przeczekać ten trudny okres.

Młody mag poruszył się niespokojnie i uniósł lekko zamglone paniką oczy na starszego czarodzieja.

— Przeczekać? — zapytał, blednąc niespodziewanie i zaczynając skubać nerwowo skórki przy paznokciach. — Proszę pana, ja nie mogę czekać! — podniósł nieznacznie głos przepełniony paniczną nutą. — Kto wie, ile jeszcze potrwa ta wojna, może rok, a może całe lata, nie, nie, to zupełnie niemożliwe, żebym był w stanie ją przeczekać, ja...

— Przestań mi tu panikować, na litość Merlina! — Starszy czarodziej również zaczął mówić głośniej. — To jest jedynie dowód na to, jak bardzo jeszcze nieodpowiedni jesteś na stanowisko kompetentnego aurora - auror nie może pozwolić sobie na ataki paniki oraz na utratę cierpliwości, choćby sytuacja go przerastała. Nie opieraj się o ten stolik, na Morganę, wylejesz mi moją kawę!

— Gdyby pan się za mną wstawił...

— Ja już nie pracuję w Biurze Aurorów, młody człowieku, tak szybko zapomniałeś? — warknął czarodziej, tracąc cierpliwość. — Poza tym, moje wpływy nie sięgają tak daleko, nie jestem w stanie rozkazać obecnemu szefowi Biura Aurorów, aby zatrudnił, wywalił czy przeniósł do innego departamentu jakiegoś pracownika.

Młodszy czarodziej wychylił się z fotela, wyglądając jak ptak gotowy do odlotu.

— Ja muszę mieć tę pracę — zawołał, opluwając się przy tym pokazowo; jego wzrok był nieco zdziczały, kiedy błądził spojrzeniem po podstarzałej twarzy byłego opiekuna praktyk. — Nie rozumie pan? Muszę!

Starszy czarodziej wykrzywił ze zrozumieniem wysuszone usta.

— Jakkolwiek nie jest mi przykro patrzeć na zaprzepaszczone marzenia młodych ludzi, muszę powiedzieć, że...

— Na litość Merlina, nie chodzi o jakieś głupie nadzieje! — wykrzyknął barczysty młodzian, ciągnąc się brutalnie za włosy, wyglądając przy tym, jakby obłęd leżał już u jego stóp, łasząc się zalotnie do jego kostek.

Starszy czarodziej zmarszczył czoło, a jego wzrok nabrał na ostrości, gdy przyglądał się młodszemu koledze.

— O co więc idzie? — zapytał powoli, spoglądając, jak młodszy mag waha się wyraźnie, przygryzając wargi, jakby wyrwało mu się o wiele więcej, niż zamierzał wyjawić. Starszy czarodziej powoli wyprostował plecy, jego oczy zabłysły niezdrowo, kiedy kładł zapobiegawczo palce na bocznej kieszeni szaty, w której zawsze trzymał swoją różdżkę, nie rozstając się z nią nawet w godzinach nocnych, skrupulatnie układając pod stosem poduszek - nawyk z czasów wojny. — Wynoś się z mojego mieszkania — powiedział bardzo poważnie, spoglądając w rozjarzone jak w gorączce oczy niedoszłego aurora.

Młody mężczyzna jęknął, wyglądając, jakby lada moment miał się rozpaść jak porcelanowy wazon strącony z parapetu, jego dłonie zacisnęły się na krawędzi stołu, zaczynając trząść się jak w febrze. Chude, krzywe nóżki postukiwały ze wzmożoną częstotliwością o terakotę.

— Mam — odezwał się młodzian, jego głos drżał jak struna instrumentu szarpanego — mam siostrę. Ona... nie wie o mojej sytuacji, a oni... ci, z góry... ci z władzy...

— Przestań! — zawołał starszy mężczyzna, gwałtownie podnosząc się z fotela - to zadziwiające, jak bardzo skoordynowane wciąż były jego ruchy. Barczysty czarodziej drgnął i zapadł się w swój fotel, przygryzając dolną wargę aż do krwi. Starszy mag w dwóch krokach okrążył mały stolik, złapał młodego czarodzieja za kaftan i z siłą, o jaką zapewne nikt by go nie podejrzewał, podniósł młodziana z fotela, przystawiając nos do jego twarzy. — Nie chcę cię tu więcej widzieć.

Młody czarodziej wpatrywał się z lekkim otępieniem wlepiającemu w niego płonące wściekłością spojrzenie byłego opiekuna i nie zareagował w porę, gdy ten zaczął ciągnąć go w stronę wyjścia.

— A...ale... — Jego głos drżał jak przemarznięty gołąb, kiedy starszy czarodziej z rozmachem otwierał drzwi na klatkę schodową.

— Wracaj do Anglii — wysyczał mu w twarz i pchnął go za próg jak worek kartofli.

Młody mag potknął się i wpadł na barierkę, przydzwaniając w nią plecami z taką siłą, że przez moment zobaczył mroczki przed oczami.

— I nie zawracaj mi więcej głowy!

Drzwi trzasnęły jak ostateczność; czarodziej, mrugając ze wzmożoną częstotliwością, wpatrywał się w zamknięte mieszkanie; usłyszał przekręcający się zamek, który równie dobrze mógłby być dźwiękiem jego kruszejących nadziei.

Auror zatoczył się na drzwi i niczym w ślepym obłędzie zaczął walić w nie pięściami, wyrzucając z siebie zduszone, drżące słowa:

— Nie mogę... moja siostra... nie rozumiesz... Lucjusz Malfoy...!

— Zjeżdżaj stąd, bo wezwę gliny! — dobiegł do niego wściekły warkot, a następnie głos oddalających się w głąb mieszkania kroków.

— Ty, przeklęty, stary...! — ryknął, kopiąc w zatrzaśnięte drzwi, momentalnie czując roznoszący się po kostce ból, promieniejący aż po kolano.

Drzwi mieszkania z naprzeciwka skrzypnęły, a zza nich wyłoniła się twarz jakiegoś napakowanego sportowca, który zmierzył młodego, roztrzęsionego człowieka oceniającym spojrzeniem i mrużąc oczy, podwinął rękawy bluzy, ukazując kryjące się pod spodem, potężne mięśnie ramion.

— Jakiś problem? — zapytał ze sztucznym zainteresowaniem.

Młody kandydat na aurora, mając ochotę się rozpłakać, splunął mu pod nogi i na chwiejnych nogach ruszył w dół schodów, zawodząc pod nosem o nie mających serca starcach, chroniących swoje własne tyłki za bezpiecznymi granicami kraju, zaciskając palce na barierce tak silnie, jakby za moment miał się osunąć na chłodną ziemię, łamiąc nogi i skręcając nadgarstki.

Na plecach czuł odprowadzający go wzrok umięśnionego, tęgawego sportowca.


-VVV-


Stojąc przy oknie na korytarzu czwartego piętra, przyciskając palce do chłodu szyby, spoglądał na majaczącą nad jeziorem, samotną postać, mącącą czubkiem buta ciemną, nieprzejrzystą wodę. Obserwował długie, ciemne włosy plączące się na wietrze jak liście płaczącej wierzby, rozwiewane przez wiatr, muskające zaczerwienione od zimna policzki jak włókna pajęczyny.

Nie wiedział, jak długo tam stała, ale jej chude ramiona tak mocno drżały z zimna (wolał nie zastanawiać się nad tym, że przyczyną może być zupełnie co innego), że dostrzegał to nawet ze swojego punktu obserwacji wysoko, wysoko ponad ziemią. Jej długa szata oplatająca się wokół jej chudych kostek była stanowczo za cienka na tak wietrzną, jesienną niepogodę. Co jakiś czas stąpała z nogi na nogę, jakby jej stopy i kolana zaczęły powoli wchodzić w stan odrętwienia.

Harry zacisnął wargi, nie spuszczając wzroku z jej rozmazanej z daleka sylwetki (jakby była zbudowana z mgły, ze strużek dymu) i nic nie mógł poradzić na ostry ucisk gnieżdżący się głęboko w jego gardle, odbierający powietrze.

Niemalże nie czuł ostrego, kłującego chłodu szkła przenikającego jego palce aż do kości, wokół jego opuszek szyba zaparowała nieznacznie, jakby wchłaniała ciepło jego skóry, pozostawiając w nim jedynie lodowate zimno, które - tak mu się zdawało - przenikało głęboko, głęboko do jego serca, zatapiało się w żyłach, we krwi, uderzało do głowy jak cierpkie wino.

Jego gorący oddech pozostawiał na chłodnej szybie siateczkę pary, mrugającej wilgocią jak krople rosy na jesiennych, pożółkłych liściach.

Nagle z bramy zamku wyłonił się jakiś cień; sięgająca kostek szata załopotała na wietrze jak krucze skrzydła. Harry obserwował, jak chuda postać przemierza szkolne błonia, kierując się niespiesznie w stronę samotnej postaci. Zaciągnięty na czoło kaptur zasłaniał przed Harrym jej twarz.

Zielonooki zastygł w bezruchu, wlepiając intensywne spojrzenie w brodzącego w błocie zwilgotniałej ziemi intruza, gotów w każdej chwili wyciągnąć różdżkę i zareagować ze wzmożoną brutalnością.

Postać podeszła do stojącej samotnie dziewczyny i wyciągnęła ku niej dłoń, Harry'emu na jedną chwilę zatrzymało się serce. Patrzył, jak dziewczyna odwraca się bez żywiołowości w stronę nachodzącego ją intruza i spogląda w jego oczy; Harry starał się dostrzec wyraz jej twarzy, ale z miejsca, w którym stał, widział jedynie kontury trzepoczących, czarnych szat; zagryzł dolną wargę, mrużąc podejrzliwie oczy.

Wówczas silny podmuch wiatru zwiał kaptur z głowy czarodzieja stojącego naprzeciw Katriny, a kosmyki jasnych, niemalże białych włosów rozsypały się po jego twarzy jak piasek, powiewając jak tchnięta uderzeniami wiatru firanka.

Draco Malfoy odwrócił się, ciągnąc Katrinę za rękę ku bramie zamku; jego głowa uniosła się nagle dostojnie, kierując się wprost w stronę okna, o które opierał się zielonooki czarodziej.

Harry nie mógł dojrzeć jego twarzy, ale zdawało mu się, że Draco przygląda mu się w sposób, jakby starał się wyłapać jego emocje, zebrać poszczególne z nich i nadać im znaczenia niczym etykiety (jakby sądził, że te będą unosiły się wokół głowy Harry'ego jak aureola).

Zielonooki cofnął się w głąb korytarza; mgiełka jego oddechu rozmyła się na zimnej szybie jak chmura.

Draco spoglądał jeszcze przez moment na okno, w którym stał (spod ściany Harry widział jedynie połowę jego sylwetki), po czym opuścił głowę, przyciągnął Katrinę bliżej siebie i ruszył z nią w stronę wrót zamku.

Ich sylwetki zniknęły za granicą pola wzroku Harry'ego, rozmywając się na jego źrenicach jak sen.