.
Rozdział 27
Wojna po świecie nas rozrzuciła, lecz się znajdziemy
.
W ostatnich latach życie płynęło wolniej, jakby było gęstym eliksirem przelewającym się między ściankami szklanego naczynia, ospale przesuwało się wokół niej, jakby wcale nie była jego częścią, jakby znajdowała się na jego uboczu, jakby stała się jedynie zewnętrznym obserwatorem, spoglądającym na nie spod przykrycia rzęs, jakby życie było skomplikowaną pracą badawczą, polegającą na obserwacji zmian rzeczywistości i wyciąganiu bardziej bądź mniej adekwatnych wniosków.
Dryfowała na nim jak boja na morskich falach przycumowana do dna, mająca ograniczone pole oddalenia się od cumy, określony promień, na jaki mogła przepłynąć, zanim cienkie linki ograniczą pole jej manewru.
Jej cumą była Rumunia. I Charlie, dzień po dniu, noc po nocy, przysuwający jej pod nos talerz gorącej zupy, kanapek, sałatki obficie polanej sosem, wkładający jej w palce kubek parującego kakao albo schłodzonej wody, zmuszający ją do funkcjonowania.
— Zjedz, Ginny — mówiła, prosiła, zaklinała Rosalie, kucając naprzeciw niej przy wytartym fotelu, w który zawsze w takich chwilach zagłębiała się jeszcze bardziej, naciągając akrylowo-bawełniany koc pod samą brodę i podciągając pod siebie nogi. — Musisz jeść — zwracała jej łagodnie uwagę, wyciągając widelec napełniony ryżem w sosie curry w jej ogólnym kierunku. — Charles, powiedz jej, że to konieczne, żeby jadła.
Ginny odwracała głowę, aby nie napotkać zatroskanego, pełnego rozczarowania spojrzenia swego brata, błądząc spojrzeniem po jasnych meblach i drewnianej podłodze ułożonej we francuską jodłę, śledząc wzrokiem szczeliny pomiędzy sąsiadującymi deskami.
Rosalie wiedziała, że Ginny nie odmówi Charliemu, więc zawsze tam był, gdzieś w pobliżu, w zanadrzu niczym broń wyciągana w ostateczności. Rosalie odgarniała jej z twarzy rude włosy, które przeczesywała łagodnie każdego ranka niedużą, czarną szczotką o prostokątnej główce, którą kiedyś przechowywała w górnej szufladzie własnej toaletki, a teraz odkładała na komodę w salonie, aby zawsze znajdowała się pod ręką, kiedy Ginny schodziła wcześnie rano po skrzypiących jak gałęzie schodach i zagłębiała się w swoim fotelu, na którym to późnymi wieczorami zastawała ją wkradająca się przez okienne szyby ciemność nocy. Rosalie pojawiała się zaledwie dwie godziny po ulokowaniu się Ginny na swoim stałym miejscu, chwytała nieregularną rączkę szczotki i pieczołowicie rozczesywała rude kosmyki, tak samo, jak to robiła matka, kiedy Ginny miała sześć, siedem, osiem lat i wciąż potrafiła się śmiać.
Gazety z Anglii przychodziły z opóźnieniem.
Ginny udając obojętność, uważnie słuchała głosu Charliego, który modulował swój sposób wymowy w zależności od informacji, jakby nie czytał wiadomości z artykułów prasowych, a intrygujące powieści przygodowe o losach jakichś mitycznych bohaterów.
Kobieta słuchała tych historii - o ludziach, których znała, o ludziach, z którymi walczyła w ubiegłej wojnie - i zastanawiała się, czemu wciąż ubiegają się oni o wolność świata, który nie ma dla nich litości.
— Naczelnictwo — czytał Charlie, popijając kawę ze szczerbatej filiżanki — zarządziło obowiązek pozostania w domu po zapadnięciu zmroku z uwagi na bezpieczeństwo społeczne. — Mugolskie wojsko na ulicach Magicznej Anglii — wzdychał, rozkładając się na kanapie i wyciągając przed siebie bose stopy. — Harry Potter odmawia udzielenia komentarza. — W takich chwilach jego głos był niepewny, zdawał się bardziej ostrożny, wyważony, a jego oczy unosiły się, aby spojrzeć na Ginny, wgapiającą się w białą ścianę, na której wciąż nie było żadnych odprysków, chociaż Rosalie zdążyła przypadkowo przywalić w kant rączką od garnka, pacnąć białą powierzchnię nogą od krzesła - Ginny doskonale pamiętała ten łomot, tamtego dnia Rosalie uparła się na małe przemeblowanie i stłukła przy tym jeden wazon, dwie miski na owoce i znienawidzoną przez Charliego filiżankę z koślawymi wzorami przedstawiającymi słonie albo mamuty, Ginny nie była pewna - oraz wpaść na nią z pudłem pełnym książek, które chwilę potem częściowo legły na ziemię przy akompaniamencie zatrwożonego jęku Rosalie. W swojej niezdarności przypominała Ginny Tonks, co prześladowało ją bardzo długo, zaciskając gardło i pulsując łzami gdzieś we wnętrzu czaszki, zanim Ginny zdołała się do tego braku operatywności przyzwyczaić.
Mimo że Charlie i Rosalie żyli ze sobą od zakończenia Drugiej Wojny Czarodziejów, wciąż nie byli małżeństwem.
— Nie potrzebny nam papier na miłość — mawiała Rosalie, patrząc z czułością na Charliego stojącego nad garnkiem w kuchni, zakreślającego różdżką zawijasy nad gotującą się zupą, podczas gdy przyprawy latały wokół jego głowy, tworząc absurdalną aureolę woreczków, słoiczków i torebek; niekiedy kilka ziarenek ziół wysypywało się na blat, tworząc wijący się pomiędzy miskami, szlak o intensywnej, orzeźwiającej woni, które później Rosalie skrupulatnie zmywała nasączoną ciepłą wodą ścierką. — Ginny, kochana, zaparzyć ci zielonej herbaty?
Herbata zawsze należała do jej słabości, herbacie nie potrafiła odmówić.
Minęło wiele miesięcy, zanim Ginny zaczęła coraz więcej uwagi poświęcać pozostawionej gdzieś za plecami przeszłości. Gazety były coraz mniej dokładne, a niewiedza drążyła w jej duszy głębokie korytarze pęczniejące pustką i idącą w jej ślad niepewnością. Kiedy artykuły stały się coraz bardziej oszczędne w słowa, a ich treści pisane w sposób, jakby krążyły wokół tematu, nigdy go tak naprawdę nie dotykając, Ginny ostatecznie pękła.
Rosalie, oczywiście, przez cały czas jej rzewnego ataku była blisko, ściskała ją za rękę, mamrocząc jakieś uspokajające głupstwa, kiedy Ginny rwała czytane jej zaledwie kilka sekund temu przez Charliego strony na drobne fragmenty, coraz drobniejsze i drobniejsze, i drobniejsze, aż wreszcie nie było już nic do darcia, kiedy opuściła swój fotel na rzecz rzucania się po pokoju jak przerażona burzą klacz, gdy łzy napełniły jej oczy, jakby te były ręcznie zdobionymi misami, a wreszcie, gdy padła na podłogę i rozpłakała się pierwszy raz, od niemal roku, wyrzucając z siebie wraz ze łzami wszystko - cały strach i cały ból, całą niepewność, całą wściekłość i rozżalenie, aż nie pozostało już nic do wylania, a jej łzy zaschły na jej policzkach jak skorupa, a choć Ginny próbowała, nie była w stanie uronić ani kropli więcej.
Rosalie przeczekała to wszystko, wszystkie etapy rozpadu człowieka, a potem nic nie mówiąc podniosła Ginny z ziemi, prowadząc do „jej fotela" i głaszcząc po policzku, oznajmiła, że zaparzy jej czarnej herbaty.
Tego dnia nastąpił przełom, a Ginny powiedziała: „dosyć"; w nocy spakowała własne rzeczy - nie było ich dużo, kilka ubrań, trochę więcej książek, parę nic nieznaczących dla osób postronnych drobiazgów, które dla niej stanowiły cały świat: kolczyki, które dostała od matki na trzynaste urodziny, niewielką szczotkę do włosów, tą samą, którą Rosalie tak długo i skrupulatnie rozczesywała jej splątane, rude kosmyki, rozdwajające się przy końcówkach, oraz skromny, srebrny pierścionek bez niepotrzebnych ozdobników, bez wyżłobień, szlachetnych kamieni czy grawerunków - ten ostatni obracała długo w dłoni, póki nie nawlekła go na łańcuszek, który przewiesiła wokół szyi i schowała pod bluzką, czując przyjemny chłód małego krążka na skórze.
Nad ranem zjawiła się z walizką pod drzwiami. Rosalie była w kuchni, rozpakowując świeżo kupione bułki z torby, które pachniały, jakby dopiero co wyjęto je z pieca; kiedy Ginny zeszła po schodach, Rosalie uniosła na nią głowę i zamarła na moment, błądząc spojrzeniem od małej, fikuśnej walizki kołyszącej się jak niedźwiedź na tych nierównych kółkach, które Ginny już dawno temu obiecała sobie wymienić na nowe, ale nigdy tego nie zrobiła, do twarzy opatulonej w uczesane, rude loki.
Ginny uśmiechnęła się i o dziwo, jej twarz od tego małego gestu nie pękła jak porcelana i nie posypała się po jasnym dywanie, wplątując się w jego miękkie włókna.
Rosalie upuściła trzymaną w ręku torbę, która uderzyła głucho w blat, a okrągłe bułki z ciemnego pieczywa posypały się po blacie jak korale z pękniętej nitki, i podeszła do niej pospiesznie, unosząc ramiona i zaplatając je ściśle wokół chudej talii Ginny.
— Pamiętaj, że ten dom zawsze stoi przed tobą otworem — wyszeptała Rosalie, wciskając nos w jej rude włosy i wdychając powoli jej zapach, jakby starała się go dokładnie zapamiętać. — Pamiętaj, kochana.
Ginny, starając się nie rozpłakać, oddała uścisk, zdejmując na moment dłoń z chłodnej rączki niedużej walizki, na rzecz przyciśnięcia jej do ciepłych łopatek Rosalie.
— Nie zapomnę — obiecała, przełykając twardą gulę, która utkwiła jej w gardle. — Ucałuj ode mnie Charliego, dobrze? I wyrzuć ten śmieszny fotel z waszego salonu. Ma całe przetarte obicie.
— Nigdy go nie oddam — odparła miękko Rosalie, wyplątując się z uścisku rudowłosej i popychając ją lekko w stronę drzwi, trochę jak matka wysyłająca swoje dziecko na zakupy. — Uważaj na siebie Ginny. Tylko nie zapominaj...
— Nie zapomnę — powtórzyła cicho, po czym pochwyciła rączkę swojej walizki i ostatni raz przesuwając wzrokiem po znajomych ścianach - tych kilku wyżłobieniach spowodowanych przez Rosalie, nowoczesnych meblach, do których tak bardzo zdołała przywyknąć i połączonej z salonem kuchni, po której blacie wciąż walały się zapomniane bułki, przestąpiła próg, nie wiedząc jeszcze, że czyni to po raz ostatni.
-VVV-
— Czy istnieje ktokolwiek, kto byłby w stanie cię okiełznać, szefie? — zapytała Amelia pół żartem, pół serio, kiedy stali w głębokim kącie sali wykładowej, która chwilowo, za sprawą geniuszu Minerwy McGonagall, przekształciła się w zebraniową, a jego wzrok automatycznie przeskoczył pomiędzy kręcącymi się, jedni bardziej, inni mniej, nerwowo po sali uczestnikami zgromadzenia, na którym (nareszcie) mieli skupić się na konkretach, i padł na twarz Severusa Snape'a, który (tak się Harry'emu zdawało) bardziej wyczuł, niż zauważył, że Harry na niego patrzy i zwrócił ku niemu głowę, przechylając ją w ledwo zauważalnie w prawo, w geście, który (Harry nie był pewny, skąd o tym wiedział, ale wiedział o tym) u niego oznaczał czyste zaciekawienie.
— Nie — odpowiedział Harry, przypalając znalezionego z kieszeni szaty, pomiętego papierosa końcówką własnej różdżki i krzywiąc się, gdy ten ani myślał pozwolić się rozpalić.
— Cóż — mruknęła Amelia, dłubiąc czubkiem swego buta w płytkim wyżłobieniu pomiędzy ścianą a podłogą — mimo wszystko, sądzę, że powinieneś się postarać o przetrzymanie swojego temperamentu na wodzy.
Harry wyrzucił kłęby dymu ze swoich płuc, gdy lekko zwietrzały tytoń wreszcie się zajął i odwrócił się twarzą do kobiety, która zaczęła - raczej bezwiednie - odganiać szybkim ruchem ręki rozwiewające się przed jej twarzą, papierosowe kłęby wydychanego przez Harry'ego powietrza.
— Matko, musisz tak kopcić, szefie? — warknęła, krzywiąc się jak od kwasu cytrynowego, Amelia, obdarowując Harry'ego zniesmaczonym spojrzeniem.
— Co masz na myśli? — Harry zmrużył oczy, odsuwając papierosa z dala od skrzywionej kobiety.
Amelia przewróciła oczami.
— Naprawdę, muszę tłumaczyć? Palisz jak smok, na Morganę, a do tego...
— Ja pytałem o ten mój wybujały temperament, który rzekomo powinienem powstrzymywać — przerwał jej zielonooki, strzepując kciukiem tytoń na popękaną posadzkę.
Amelia westchnęła i spojrzała na niego, jakby to o czym mówiła, było oczywiste.
— Denerwujesz się, kiedy ktoś choćby spojrzy krzywo w ogólnym kierunku Snape'a, znamy się przecież nie od dziś, spora większość widzi, jak napinasz mięśnie, jak gotowe do walki o Merlin wie co zwierzę drapieżne na jakąkolwiek kwestię dotyczącą...
— Przestań, Amelio, proszę cię — westchnął Harry, nagle zanadto wyczerpany, aby dodać cokolwiek ponadto.
Zielone oczy spojrzały z rezygnacją na wypalanego przez siebie papierosa, jakby to w nim tkwiły wszystkie problemy jego życia, po czym zgasił go o parapet - choć zdążył zaciągnąć się zaledwie kilka razy - i patrzył, jak czerwony żar tlący się na jego końcu przygasa, by chwilę później zniknąć zupełnie.
— Nie bądź zły, nie chciałam... — Harry uciszył ruchem dłoni jej ciche przeprosiny, położył jej dłoń na łopatkach i poprowadził w kierunku szczytu stołu.
— Choć, ty nasz zuchu, i pochwal się własnymi dokonaniami — mruknął w jej stronę, przesuwając oddechem kosmyki jej włosów.
Amelia, stanąwszy obok honorowego miejsca, wyciągnęła dłoń w stronę stołu i zaczęła postukiwać nerwowo barwnymi paznokciami o blat, spoglądając na Harry'ego, jakby spodziewała się, że ją wyręczy i to on powie kilka słów wstępu. Zielonooki, z myślą, że to przecież nie jest, na miłość boską, egzamin, powstrzymał odruch przewrócenia oczami i wzdychając cicho, uniósł rękę, uciszając ostatnie szmery rozmów.
— Dziękuję, że pojawiliście się tak szybko — oznajmił miękko Harry, przesuwając wzrokiem bardziej po tej części zebranych „od Antoniusza", niż po garstce jego byłych aurorów. — Nie zwoływałbym was na hejnał, gdyby nie było to całkowicie konieczne. Znaleźliśmy się w posiadaniu informacji, których potrzebowaliśmy. Amelio? — zwrócił się w stronę kobiety, odsuwając się, aby dać jej pole manewru.
Kiedy spojrzenia zebranych przesunęły się płynnie na jej twarz, Amelia spurpurowiała i spojrzała na Harry'ego tak, jakby przed momentem upokorzył ją na oczach innych ludzi. Otworzyła usta, po czym je zamknęła i raz jeszcze otworzyła, wyglądając nieco jak ryba wyjęta z jej naturalnego środowiska.
Siedzący po jego prawej ręce Draco prychnął, spuszczając wzrok na swoje dłonie, jakby w ten sposób był w stanie to ukryć. Harry, nie szczędząc sobie siły, kopnął go pod stołem w kostkę, na co szydercze prychnięcie przeszło w zdławiony jęk, a szare oczy uniosły się, spoglądając z wyrzutem w jego twarz.
— Amelia pomogła Jerry'emu w wertowaniu hogwarckiej biblioteki, a tym samym odnalazła więzienie, w którym mugole trzymają naszych czarodziejów — wyjaśnił Harry z niezachwianym opanowaniem, gdy stało się jasne, że stojąca tuż obok kobieta, nerwowo bębniąca paznokciami w stołowy blat, zagubiła język w zębach.
Jerry (kochana Morgano, to nie cyrk — pomyślał Harry) z marszu zaczął wiwatować, gwiżdżąc przy tym na akord do postukiwania barwnych paznokci Amelii.
Zielone oczy zwróciły się ku mężczyźnie, któremu zrzedła mina, kiedy napotkał przewiercające jak młot pneumatyczny spojrzenie swego szefa.
— No więc idźmy tam — oznajmił Mat Seward, jakby to była najbardziej oczywista rzecz w świecie, wyglądając, jakby już gotował się do wyjścia.
— Co, od razu, bez przygotowania? — zaoponowała Hermiona, nerwowym gestem odgarniając włosy z czoła. — To niedopuszczalne, musimy coś zaplanować!
— Uderzmy w niego, na litość Merlina, oni nie spodziewają się szturmu — zawtórował Matowi Jerry, na co McGonagall pochyliła głowę i przetarła palcami oczy, jakby była już od tego wszystkiego nie bardziej zmęczona, niż umysł Harry'ego w przeciągu ostatniego tygodnia.
— Znamy wygląd terenu — kontynuował zielonooki, udając, że nie usłyszał sugestii Stewarda. — Okolice więzienia cechują się typowym krajobrazem dla Północnej Irlandii, bardzo surowym i skalistym. Niedaleko biegną pasma starych gór, wobec tego teren sprzyja naszym planom. Więzienie znajduje się na przedmieściach Lisburn i raczej nie jest oblegane pod względem demograficznym. Jest tylko jeden problem.
— Problem? — zaskoczył się jeden z milczących dotąd aurorów, marszcząc wysokie czoło. — Niby jaki?
Harry nabrał głęboko powietrza.
— Taki, że od Północnej Irlandii dzieli nas ogrom Morza Irlandzkiego. Który z was sprosta teleportacji na takim dystansie? — To pytanie miało raczej gorzki wydźwięk - Harry doskonale wiedział, że tylko potężni czarodzieje są w stanie pokonywać podczas teleportacji tak rozległe dystansy. On sam wątpił, aby był zdolny do czegoś podobnego, nigdy nie próbował teleportować się poza obręby Anglii i obawiał się, że mógłby słono przypłacić podobną próbę sił.
Na moment zapadła cisza, podczas której Harry czuł na sobie przeszywające na wskroś, szarpiące jego duszę na części spojrzenia zebranych - jakby spodziewali się, że za moment im oznajmi, że wynalazł jakąś niesłychaną metodę pozwalającą im wszystkim dokonać tego cudu.
— Mógłbym — mruknął niepewnie Wally Anderson, drapiąc się po nosie — stworzyć, hmm — jego wzrok podążył w stronę Snape'a i moment później opadł w popłochu na blat — nielegalny zestaw świstoklików — przyznał, ściszając głos, nie patrząc nikomu w twarz.
Harry uniósł na niego wzrok, poważnie rozważając jego propozycję.
— Stworzyć czy kupić, Anderson? — zapytał cicho, świdrując mężczyznę wzrokiem.
Anderson podniósł głowę, spoglądając mu prosto w oczy z jakąś rozbrajającą szczerością.
— Stworzyć — wyszeptał, jakby bał się własnych słów. — Mogę je stworzyć.
Harry wpatrywał się w niego przez moment; jego oczy powoli przesunęły się na Snape'a, którego ziemista twarz nie zdradzała ani namiastki emocji, a czerń źrenic zlewających się z tęczówkami była pusta jak zimne przestrzenie pomiędzy błyszczącymi na srebrno gwiazdami.
To nie mogło się podobać Naczelnikowi - kreowanie broni tuż przed jego nosem, bo czym innym mogły się stać te świstokliki, jeśli nie bronią? Amelia, wciąż zaskakująca go swoją błyskotliwością, przestała bębnić paznokciami w blat i uniosła niepewny wzrok na Harry'ego; czuł go - spoczywał na jego profilu jak żrąca substancja, którą miał ogromną chęć zetrzeć z siebie kawałkiem rękawa, zanim wsiąknie w skórę, dotrze do żył i zatruje serce.
— Stwórz je więc — powiedział cicho Harry; poczuł, jak palce Dracona zacisnęły się pod stołem na jego nadgarstku - a uczyniły to z taką siłą, że niemal odcięły mu dopływ krwi do palców. Czarne oczy, w które się wgapiał z niejakim otępieniem, nawet nie mrugnęły. — Na moją odpowiedzialność.
Severus Snape oparł się łokciami o stołowy blat, zetknął ze sobą opuszki palców, jak czynił to kiedyś, gdy był profesorem i spoglądał, jak Harry odrabia u niego kolejny ze żmudnych, bezcelowych szlabanów, i milczał.
-VVV-
Oczy korytarzowych portretów przesuwały się po jego ciele jak cienie, kiedy dwie godziny później, gdy omawianie nadchodzącego Dnia Sądu Ostatecznego, jak Harry zaczął do skrycie nazywać głęboko we własnej głowie, nareszcie dobiegło końca, przemierzał zamek, zmierzając w miejsce, w którym jego umysł mógł nareszcie odpocząć.
Przez blanki Astronomicznej Wieży wdzierał się do zamku lodowaty podmuch jesiennego powietrza, który czuł, jeszcze zanim dotarł na szczyt spiralnych schodów. Barierka była chłodna jak stworzona z lodu, ale Harry i tak trzymał się jej kurczowo, kiedy wspinał się na wieżę z metodyką mechanicznego robota, krok za krokiem, stopień za stopniem, przełożenie ciężaru z jednej nogi, na drugą.
Jej brązowe włosy powiewały na wietrze; stała oparta o ciemne blanki, zdając się niepomna na zimne powietrze prześlizgujące się wokół jej szyi, napierające na twarz, wpadające do oczu jak piasek; Harry, patrząc na nią z boku, doznał wrażenia, jakby cofnął się w czasie - całkiem tak, jak dawniej, kiedy jej palce zaciskały się na łańcuszku złotej klepsydry przytulonej do płaskiej, drobnej tarczy oplecionej jedną ruchomą obwódką, jedną przytwierdzoną do łańcuszka, trwającą w bezruchu, milcząco obserwującą obroty czasu zmieniające się wewnątrz niej.
Wciąż była taka sama - jego stara, wspaniała przyjaciółka - to on się zmienił i patrząc teraz na nią, tak kruchą i tak niepewną przyszłości, pragnął ją przeprosić, przeprosić za te wszystkie dni rozczarowań i chłodu, które nosił w sercu jak narośl, pragnął znów mieć jedenaście lat, przysłuchując się turkotaniu kół pociągu sunącego po dolinach i kotlinach, zmierzającego w stronę jego nowego, wspaniałego życia, znów spojrzeć w jej wciąż dziecięcą twarz, pragnąc, by się nie zmieniała, by nie dorastała, zatrzymała się w miejscu, w czasie, pragnął znów usłyszeć jej niewinny głos, pytający: „Widzieliście gdzieś żabę? Neville swoją zgubił" i śmiać się wraz z Ronem z jej zamiłowania do ślęczenia w szkolnej bibliotece.
— Pamiętasz, jak umierał Ron? — zapytał cicho, a ona drgnęła, ale nie odwróciła się w jego stronę; jego imię uciekło z jej ust jak westchnienie. — Ten horkruks — wymruczał w stronę swoich butów, czując się, jakby znów był nieśmiałym, cichym dzieckiem zamkniętym w czterech ścianach własnej komórki pod schodami — był taki zachłanny.
Nie widział, jak jej ramiona kulą się pod naciskiem jego słów, nie widział, jak pęka, ponieważ jego oczy wbite były w ziemię jak spojrzenie ganionego szczeniaka. Być może gdyby widział, nie powiedziałby tak wiele, być może wstrzymałby słowa, okiełznał język, zmusił się do milczenia. Być może.
— Wyssał z niego wszystko — powiedział zamiast tego. — Włącznie z życiem.
Odwróciła się w jego stronę tak gwałtownie, że drgnął zaskoczony, a kiedy spojrzał na jej twarz: pękającą jak porcelana, zapadającą się w rozpacz głęboką i ciemną jak ocean, momentalnie pożałował własnych słów.
— Przestań, Harry. — Jej głos był na granicy załamania, Harry słyszał w nim płacz wzbierający głęboko, głęboko w jej gardle. — Chcesz mnie zranić? — zapytała, jakby naprawdę tak sądziła. To tylko jedno, ciche pytanie - jedno, ciche pytanie sprawiające, że Harry przepadł.
Nie był pewny, jak do tego doszło - w jednej chwili wdychał pustkę, a w następnej czuł łagodne perfumy Hermiony, wciąż te same, choć minęły lata, wdzierające się w jego nozdrza, w jego układ oddechowy, czuł miękkość jej loków napierających na jego twarz, czuł ramiona - tak znajome, wciąż tak bardzo znajome, że przez moment nie pamiętał, jak należy oddychać - powoli, acz zdecydowanie oddające jego uścisk.
— Wciąż jestem twoim przyjacielem — wyszeptał w jej loki i powtórzył to jeszcze kilka razy, jakby sam przed sobą starał się to udowodnić. — To brzmi strasznie banalnie — przyznał, zamykając oczy i mocniej wciskając twarz w jej włosy.
— Nie prawda — powiedziała słabo, zaciskając kurczowo palce na jego szacie.
Harry przeciągnął palcami po pasmach jej włosów, jakby starał się dokładnie zapamiętać ich fakturę, zapisać pod swoją skórą - ten dotyk jak kartę z pamiętnika.
— To brzmi szczerze — zaśmiała się cicho Hermiona, chociaż śmiech podzwaniał między nimi jak płacz. — Jedynie szczerze.
Jej ciało drżało pod jego palcami, a on starał się odebrać dotykiem to uciążliwe napięcie osiadłe na jej mięśniach jak szron, ale nie potrafił.
— Harry? Co się z nami stało? — zapytała, oddychając płytko, jakby dusiła się słowami.
Ucisk w gardle był niemal nie do wytrzymania, czuł pulsujące w czaszce łzy i wiedział, że powoli dopada go migrena.
— Z naszą trójką, ja...
— Nie — przerwała mu Hermiona, odsuwając się, aby spojrzeć mu w oczy. — Z nami. Tylko z nami dwoma.
Harry zacisnął zęby na dolnej wardze, brązowe oczy Hermiony spoglądały na niego z tak głębokim żalem i otwartością, że zapragnął krzyczeć - krzyczeć i krzyczeć tak długo i tak głośno, aż zedrze sobie gardło i nie pozostanie już nic więcej do dodania.
Przełknął zalegającą w ustach ślinę, czując, jak z trudem przeciska się ona w dół jego gardła; jego serce zatłukło o pierś tak mocno, że niemal czuł jego poszczególne uderzenia, tętniące jak podkowy pędzących po bruku koni.
— Hermiono — wyszeptał, odwracając głowę, mając nadzieję nie zobaczyć wyrazu jej twarzy na jego słowa — nie istnieje: „tylko nas dwoje".
Jego stara, długoletnia przyjaciółka patrzyła na niego długo, jakby widziała duszę, której on nienawidził i którą gardził, a potem odwróciła się przodem do blanek i spojrzała w dal, gdzieś poza horyzontalne granice, jakby chciała odlecieć, dorobić się pary skrzydeł i skoczyć, dając się pochwycić porywom wiatru - jak pióro.
Harry, patrząc na jej odwróconą sylwetkę, bardzo pragnął wycofać własne słowa i obrócić całą sytuację w żart, ale nie potrafił.
-VVV-
To, co w tym samym czasie wydarzyło się mile od nas i naszych możliwości miało nadrzędne znaczenie w nadchodzących dniach, w których tylko nasze zacięcie pchało nas do przodu, pozwalając wierzyć, że potrafimy pokonać niesprawiedliwość tego świata.
Była niezwykła, naprawdę niezwykła. Kiedy spoglądam w przeszłość, starając wyobrazić sobie, jak potoczyłyby się nasze losy bez niej, potrafię dostrzec jedynie chaos i bezład. Robiła dla nas tak wiele, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, uważała to za naturalność, za zwyczajną kolej rzeczy, za którą nie potrzeba jej podziękowań skrapianych we łzach, jakby jej działanie rozumiane było jako pospolitość samo przez się. Nigdy wcześniej ani później nie przyszło mi spotkać tak bezinteresownej osoby, jaką była ona, a szukałem, wierzcie mi, naprawdę szukałem. Jest wiele osób, którym udało się zdobyć mój całkowity szacunek, ale niewielu z nich osiągnęło to w tak krótkim czasie - a wystarczyło kilka zdarzeń oplecionych w słowa, kilka słów oplecionych w znaczenia; robiła to wszystko, bo mogła, co przez długie miesiące było dla mnie nie do pojęcia — zawsze istnieje jakaś głębia, jakieś drugie dno — mówiłem sobie, wyglądając go i tylko czekając, aż rozwiązanie wpadnie w mój umysł jak ćma złapana w lepkość pajęczyny, ale drugie dno nie istniało, nie istniał żaden powód odpowiadający na pytanie, które w głębi umysłu zadawałem sobie wielokrotnie: dlaczego?, szukając odpowiedzi pomiędzy jej uśmiechem a czynem i nie znajdywałem tam najdrobniejszych wskazówek.
Wywalczyła sobie pozwolenie na kontakt z więźniami i poszła do nich, tak po prostu, po ludzku, jakby nie dokonała właśnie czegoś nadzwyczajnego.
Nadejdzie taka chwila, kiedy pani Weasley przysiądzie koło niej i powie, że powinna bardziej uważać na własne życie, że powinna o siebie zadbać - siebie i swoje zdrowie, a ona się zdziwi, całkowicie szczerze i bez zrozumienia, odpowiadając, z tą głupią naiwnością dziecka, którym przecież nie była, które wciąż widzi świat w czarno-białej scenerii, że z pewnością każdy będący na jej miejscu postąpiłby tak samo.
Katrina to po niej odziedziczyła - tę piękną naiwność, pozwalającą wierzyć, że dobrzy ludzie żyją dłużej, lepiej i ciekawiej, otoczeni miłością i swobodą ducha, z której życie - i my sami - powoli ją obdzierało - skórka po skórce, plasterek po plasterku, cząstka po cząstce.
-VVV-
Kiedy ogromne, dźwiękoszczelne i najpewniej kuloodporne, jak przypuszczała, drzwi zatrzasnęły się za jej plecami, wokół zapadła martwa, gęsta cisza, choć mogła przysiąc, że w chwili, gdy skrzypnęły zawiasy, usłyszała ciche szmery niosące się pomiędzy głuchą przestrzenią ścian jak ćmy lecące do świecy.
Chociaż jej serce szalało w jej piersi, zebrała w sobie całe pokłady odwagi i ruszyła pospiesznie pomiędzy rzędem cel - jej obcasy uderzające rytmicznie w starą podłogę, zdawały się niczym werble w martwej ciszy panującej tu, na dole.
Doskonale znała swoje miejsce docelowe - cela dziesiąta krzyczała do niej, wołała, darła się na całe gardło - być może jedynie w jej głowie, ale jednak to robiła.
Sophie, nie rozglądając się na boki, zatrzymała się dopiero u jej wrót; duże oczy siedzącej na ziemi, starszej kobiety, spojrzały na nią z rezygnacją, ciążącą na jej mocno bijącym sercu jak trucizna.
Sophie przyklęknęła naprzeciw niej, dotykając palcami chłodnego metalu.
— Proszę wytrzymać jeszcze trochę, pani Weasley — wyszeptała i zadrżała, gdy szmer jej głosu przetoczył się echem poprzez mury piwnicze. — Jestem przekonana, że Harry Potter znajdzie rozwiązanie, na sforsowanie tych murów, a wówczas wszyscy wydostaniecie się z tego piekła.
Kobieta skulona na podłodze w celi zawahała się, po czym powoli, manewrując zdrętwiałymi z zimna nogami, wspomagając się sinymi dłońmi, na których czerwone otarcia odznaczały się jak poparzenia, przysunęła się bliżej krat, przyglądając się jej twarzy bez podejrzenia, a ze swego rodzaju tęsknotą.
— Niech pani stąd odejdzie, póki nikt z władz więziennych nie zauważył pani obecności — odezwała się kobieta - głos miała zachrypnięty i słaby, Sophie poczuła łzy kotłujące się pod powiekami.
— Proszę nie tracić nadziei, w porządku, pani Weasley?
Kobieta uśmiechnęła się do niej pełnym smutku uśmiechem i odgarnęła z twarzy spłowiałe, mocno przetłuszczone, wiszące w strąkach kosmyki włosów.
— Nigdy jej nie tracę — odpowiedziała, wyciągając rękę, jakby chciała zacisnąć pokrzepiająco palce na jej dłoni - jakby to Sophie potrzebowała pomocy, jakby to Sophie była zamknięta, odizolowana od świata, od normalnego życia (o ile życie Sophie kiedykolwiek będzie można nazwać normalnym) - ale zdała się to po krótce przemyśleć i zrezygnować. — To nieodpowiednie miejsce dla tak pięknej kobiety, niechże pani już stąd ucieka. — Nie mogła wiedzieć, że Sophie jest tu za zgodą głównego naczelnika więziennego, nie mogła wiedzieć, że Sophie wcale nie chciała uciekać, zostałaby tu - gdyby tylko mogła - całą noc, a może i kolejny dzień, albo jeszcze dłużej, prosząc, przypominając i błagając, aby Molly Weasley nie utraciła wiary w ludzi, w lepszy świat, w przyszłość - ciekawszą, łaskawszą, piękniejszą.
— Przepraszam bardzo, ale kim pani jest? — zapytał jakiś mężczyzna (głosem tak chłodnym, że przez moment nie mogła wyjść z dziwnego stanu niedopasowania, ponieważ jedynym człowiekiem, którego znała, a który potrafił z taką wprawą manewrować tonem swego głosu, był Severus), mrużąc na nią oczy z głębin swej celi, a ona na moment zwróciła ku niemu wzrok, zastanawiając się, co odpowiedzieć, chcąc płakać, widząc jego zmizerniały wygląd i łachy wiszące na nim jak śmiecie, nie ubrania, i oczy jarzące się tak mocno, jakby dręczyła go gorączka - co wcale nie było wykluczone; Sophie zagryzła usta, sięgnęła do swojej torebki i przeszukała skrupulatnie jej zawartość. Chwilę potem wstała i podeszła do celi siódmej, przeciskając dłoń przez kraty, w palcach z całych sił ściskając szyjkę niewielkiego flakonika, modląc się, aby nie wyślizgnął się z jej wilgotnej ze zdenerwowania dłoni jak cień.
— Proszę to wziąć, to na ból głowy — wyszeptała.
Mężczyzna skrzywił się i spojrzał na nią sceptycznie.
— Aha, już ci wierzę — zaszydził, mierząc fiolkę przeszywającym spojrzeniem pobladłych oczu.
Sophie nerwowo zerknęła w stronę wyjścia i odetchnęła głęboko, starając sobie wmówić, że żaden z mugoli nie będzie jej podejrzewać o konspirację.
— Pomoże panu — niemal błagała, choć to ona udzielała pomocy, nie na odwrót.
Mężczyzna przyglądał się jej dłuższą chwilę spod zmrużonych powiek; jego oczy wciąż zaćmione były płomieniem gorączki.
Powoli uniósł rękę, lecz zamiast zbliżyć się do krat i przyjąć podarunek, wskazał palcem w kierunku początków cel.
— Jeśli numer trzeci potwierdzi, że to ma mi pomóc, nie zaszkodzić, przyjmę to, ale tylko i wyłącznie po jego ocenie.
Sophie skinęła głową - raz, drugi - i ostrożnie wyciągnęła dłoń z flakonikiem spomiędzy krat, bez słowa kierując się pod celę trzecią (jej obcasy brzęczały jej w głowie jak rój pszczół) i podała flakon mężczyźnie, który podciągnął się na nogi, zaciskając dłonie na metalowych prętach.
Wnikliwe, mądre oczy spojrzały na nią w zamyśleniu, po czym bez słowa przyjrzały się kołyszącej się pomiędzy szklanymi ściankami cieczy; odkorkował buteleczkę i ruchem dłoni zagarnął ku sobie opary, zaciągając się intensywnym zapachem specyfiku. Zakołysał ostrożnie flakonikiem i zakorkował szyjkę butelki, raz jeszcze zerkając badawczo na mrugającą zza szkła ciecz.
— To Eliksir Przeciwgorączkowy, Siódmy — zawyrokował przyciszonym głosem, unosząc nieczytelny wzrok na napiętą twarz Sophie. — Wypij go.
Sophie, czując łzy kręcące się w jej oczach, zawróciła pospiesznie w kierunku celi siódmej, bez słowa wyciągnęła korek z kłującej ją własnym chłodem w opuszki palców fiolki i podała ją mężczyźnie, a ten, marszcząc brwi, przyglądał się przez chwilę kołyszącej się, gęstej cieczy (przypominającej bardziej parafinę, niż lek), po czym przystawił flakon do ust i łyknął całość za jednym razem.
— Chyba powinienem podziękować — rzekł sztywno, oddając jej opróżniony flakon dłonią o brudnych, poobgryzanych paznokciach; śmierdział potem i starym człowiekiem, choć wcale nie wyglądał na takiego, ale Sophie nawet się nie skrzywiła, kiedy odbierała od niego naczynie, wciskając głęboko do torebki, jakby pozbywała się narzędzia zbrodni.
— Nie ma pan za co — mruknęła, po czym przebiegła wzrokiem po lokatorach szarych, krzyczących bezosobowością, cel. — Która z pań to Luna Lovegood? — zapytała mężczyznę, oblizując wargi i raz jeszcze zerkając z niepokojem w stronę wejścia.
— To ja — rzekła kobieta o skórze jasnej jak mleko, do której kleiły się drobiny brudu, o włosach w odcieniu tak jasnego blondu, że niemal wpadającego w biel.
Sophie odwróciła się w jej kierunku, mając serce w okolicach gardła.
— Taka młoda — mruknęła bardziej do siebie, niż do kogokolwiek innego, marszcząc czoło i zastanawiając się, o ile ta kobieta mogła być starsza od jej ukochanej córki? O sześć lat? A może pięć, a może jeszcze mniej? Sophie poczuła, jak żółć jej podchodzi pod gardło.
— Proszę tu do mnie podejść — odezwała się z chłodnym zrównoważeniem młoda kobieta, patrząc zimnymi (jak jej własne) oczami w jej przykrytą warstwą taniego makijażu twarz.
Sophie zawahała się i raz jeszcze nerwowo spojrzała w stronę drzwi, które niewzruszenie trwały w jednej, niezmiennej pozycji, szydząc z jej strachu i śmiejąc się jej prosto w twarz.
Jasnowłosa kobieta wydała z siebie warkot zniecierpliwienia, który zabrzmiał jak odgłos grożącego konkurentowi, dzikiego kota.
Sophie zamrugała i zwróciła skołowany wzrok w jej stronę.
— Proszę się pospieszyć — powiedziała tak spokojnie, jakby ten złowróżbny pomruk, który przeszył przed chwilą więzienne ściany, wcale nie wydobył się w jej bladych, zmarzniętych ust.
Odetchnęła głęboko, z całych swych sił starając się uspokoić szaleńcze tętnienie swego serca i przecięła salę, zmierzając ku celi, której lokatorką została ta młoda, przewiercająca ją wzrokiem z jakąś nadzwyczajną jasnością (całkiem, jakby widziała duszę kłębiącą się gdzieś we wnętrzu jej zmarnowanego ciała) kobieta.
Sophie, przygryzając wargi, zatrzymała się przed zimnymi prętami jej celi, starając się nasłuchiwać szczęku ciężkich drzwi prowadzących na schody. Kobieta wstała zgrabnie z podłogi i podeszła do swoich krat dumna i wyprostowana, jakby wcale nie stanowiły one przeszkody dla jej ciała.
— Proszę mnie uważnie słuchać, bo to, co powiem, jest niezmiernie istotne — powiedziała kobieta tak cicho, że Sophie rozbolały mięśnie za uszami od wytężania słuchu. — Do pilnowania cel przeznaczono troje strażników - zmieniają się o stałych porach, jeden na zmianie nocnej, jeden od rana, podejrzewam okolice godziny piątej bądź szóstej, a kolejny wchodzi w okolicach południa lub wczesnego popołudnia. Jedyne momenty, w których są na warcie we dwóch, zdarzają się przy ich zmianach, potrafią rozmawiać gdzieś około dziesięciu minut, zanim strażnik na zmianie pozostanie sam. Na początku każdej zmiany strażnik otwiera główne drzwi, sprawdzając cholera wie co, zakładam, że nasz stan żywotności, przechodzi się z dwa razy wzdłuż cel i odchodzi. Strażnicy ze zmiany porannej i popołudniowej siedzą tutaj dłużej, rozdając, hmm, jedzenie. Kiedy rozniosą go już po wszystkich celach, co zazwyczaj zajmuje im około dziesięciu minut, mówię poważnie - liczyłam wielokrotnie, podchodzą tam — kobieta wyciągnęła wychudzoną dłoń, wskazując na wejście do izolatki — otwarcie tamtych drzwi jest dla nich niezłym wyzwaniem, ten z rana męczy się z tym dobre trzy minuty, ten popołudniowy radzi sobie lepiej, bo zajmuje mu to gdzieś z dwie z kawałkiem, czekają, aż pani Malfoy zabierze im te paćki w szczerbatych miskach z dłoni, co zajmuje, jakby nie spojrzeć, kolejną minutę. Zamykają celę, dwa zamki, górny trzykrotnym przekręceniem klucza, dolny dwukrotnym. Kiedy trzaskają drzwiami, mija około piętnastu minut, odkąd weszli. Wejście główne zamykane jest, tak sądzę, na jakąś zasuwę, dodatkowo na klucz, przekręcany się w zamku trzy razy. Zapamięta to pani?
— J-ja — zająkała się Sophie, patrząc rozbieganym wzrokiem to na wejście, to na kobietę obserwującą ją z zawziętością szakala spod wpół przymkniętych powiek — postaram się.
Kobieta skinęła głową i odgarnęła z twarzy pozlepiane, białe jak papier włosy.
— Proszę powtórzyć to Harry'emu. Ach, i proszę mu powiedzieć, żeby nie winił Katriny — rzekła kobieta nader opanowanym tonem, całkowicie ją tym kołując. — Może i była nieuważna i pozostawiła za sobą tropy prowadzące do naszego schronu, ale ona naprawdę nie zrobiła tego celowo. Nie mogła, po prostu nie mogła, wiedzieć, że jest śledzona. Może mu pani to przekazać?
Sophie na moment zaschło w ustach. Wpatrywała się głupio w kobietę, czując, jak jej dusza łamie się i kruszy, mimo że wiedziała, że nie może sobie na to pozwolić - nie w tych murach, nie teraz, nigdy. Przełknęła ciężko, starając się pozbyć suchości z gardła i skinęła głową, po czym, nie będąc w stanie wydusić z siebie słowa, odwróciła się i ruszyła pospiesznie w stronę wyjścia.
Dopiero późną nocą, przy drzwiach zaryglowanych na zamek, a oknach zamkniętych tak szczelnie, że niemal maniakalnie, pozwoliła sobie na łzy bólu, gryzienie warg aż do samej krwi, rycie paznokciami w podłodze, pozostawiając przeciągłe pręgi na drewnie, nie zważając na krew ściekającą z jej palców w równym stopniu, co żal z jej serca - żal za grzechy, które nawet nie należały do niej.
-VVV-
Były takie dni - jak ten dzisiejszy - kiedy Katrina patrzyła na niego długo i choć na jej policzkach nie było łez, a jej czarne oczy, które z dnia na dzień traciły swój zwykły blask, coraz bardziej upodabniając się do oczu jej ojca, były suche i nie nasiąkały słoną wilgocią, Harry wiedział, że płacze.
— Nie możesz jej wybaczyć? — pytał Draco, stając za jego plecami i przystawiając usta do jego ucha, a Harry spuszczał wzrok i odpowiadał:
— Przecież jej wybaczyłem.
Draco w takich chwilach zaciskał mocno rękę na jego nadgarstku i opierając czoło o jego sztywny, napięty bark, szeptał głosem, w którym więcej było smutku, niż oskarżenia:
— Nieprawda, Harry, nieprawda.
I w takich chwilach Harry wiedział, że on ma rację, niezależnie od tego, jak bardzo by się nie starał nie dopuszczać tej myśli do świadomości.
-VVV-
Stał przy oknie opatulony w czerń, z klejącymi się do niego cieniami, przylegającymi mu do dłoni, do długich pasm włosów, osiadającymi na jego bladych nadgarstkach jak rosa, a choć musiał wiedzieć, że Harry go obserwuje, choć musiał czuć ciężar jego wzroku utkwiony gdzieś pomiędzy jego łopatkami, zdawał się bardziej rozluźniony, niż zwykle.
— Potrzebuję cię — chciał powiedzieć Harry, przeciągając wzrokiem po jego chudej sylwetce — potrzebuję cię, potrzebuję cię, potrzebuję — ale bał się naruszyć tą ciszę, która opatulała jego ciało jak materia, jak nuty miękkiej kołysanki owijała się wokół jego głowy i ramion, spływała ku nadgarstkom jak złota kropla Płynnego Szczęścia.
Czekał w milczeniu, aż Harry odejdzie, albo podejdzie bliżej, nie dając po sobie poznać, że jest świadomy jego obecności, ale Harry znał prawdę - nie ukryje się przed Severusem Snape'em, nawet pod eliksirem, nawet pod peleryną niewidką, zupełnie, jakby w jego chudym ciele, w jego genialnym umyśle wykształcił się szósty zmysł od wykrywania jego osoby.
Patrząc na niego z ciążącym jak kamień sercem, wiedział, że musi podjąć decyzję.
Potrzebuję cię, potrzebuję cię — grała wyimaginowana orkiestra w jego głowie tę piosenkę starą jak świat, a Harry, zaciskając dłonie w pięści tak mocno, że jego paznokcie odbiły się śladem czerwonych półksiężyców na jego skórze, wiedział, że nie wytrzyma, że jego przeznaczeniem jest jej ulec.
— Mój szpieg — wyszeptał Harry w kierunku jego pleców, starając się nie brzmieć zanadto żarliwie, ale słyszał ją - tę maniakalną pasję w swoim głosie i nie mógł nic uczynić, tylko przyglądać się, jak wylewa się przez jego gardło jak ropa z tankowca — siedzi w mugolskim lochu. — Oddychał płycej, mając nadzieję, że żadna poboczna osoba nie obserwuje zza zakrętu tej chwili jego słabości. — Nie wygramy tej wojny bez informatora — powiedział, kręcąc głową, chociaż wiedział, że Snape nie może tego dostrzec. — Chciałem powiedzieć, że... — Harry zaczął się rozglądać, jakby na okrytych cieniem ścianach była wypisana kwestia dialogu, mająca mu pomóc się wysłowić, czując się tak zagubiony we własnych odczuciach, że chciało mu się płakać i śmiać jednocześnie.
— Nie możesz się beze mnie obejść w tej wojnie — podsunął spokojnym, cichym głosem Snape, nie brzmiąc, jakby zadawał pytanie, a jakby oznajmiał oczywiste.
Harry zesztywniał i pokręcił gwałtownie głową.
— Nie — oznajmił niemal desperacko — nie, nie, nie to miałem na myśli. — Sam siebie starał się zapewnić o słuszności własnych słów. — Chodzi o to, że... — zaciął się, wlepiając wzrok w szarą, mętną posadzkę, po której ciągnęły się smugi klejącego brudu jak odgałęzienia rzeczne.
Snape odwrócił się, Harry usłyszał to bardzo wyraźnie - szelest szaty, miękki stukot podeszwy, chociaż nie podniósł głowy, bojąc się, co może odnaleźć w jego czarnych oczach.
— ...że zabiegasz o moje wstawiennictwo za twoimi dążeniami, że rozumiesz, jak wiele mogę wnieść do tej wojny, że łakniesz mojego poparcia, jakkolwiek byś nie chciał tego określić.
Harry poczuł, jak coś ciężkiego zaciska się w jego gardle i wiedział, nawet nie musząc spoglądać na swoje odbicie w szybie, że jego twarz kruszy się pod słowami Snape'a, jakby ten był w stanie go złamać jedynie za pomocą kilku trafnych słów.
Wiedział, że zawistna gorycz urządziła sobie płótno z jego twarzy i kreowała jej rysy, wyciągając pod nienaturalnymi kątami, puszczała korzenie czarnej melancholii wprost pod jego powieki, przebijając się do oczu.
Przełknął z trudnością gulę ściskającą jego gardło jak Diabelskie Sidła i oblizał nerwowo wargi.
— Bez względu na wszystko, co są w stanie stwierdzić na podstawie zapisków z książek i całych harmonii map terenu Jerry wraz z Amelią, choć ich praca jest naprawdę znacząca...
— ...potrzebujesz jakiegoś szpiega — dokończył Snape, a Harry zamknął oczy, licząc w myślach do dziesięciu, a kiedy to nie pomogło od dziesięciu do zera, starając się nie rozpaść przy nim w drobny mak; po raz kolejny — przemknęło Harry'emu przez myśl jak strzała wystrzelona z napiętej cięciwy łuku.
— Nie — sprostował, starając się nie roześmiać jak szaleniec w czasie pełni księżyca. — Nie potrzebuję, jakiegoś tam szpiega, ty ślepy ignorancie, potrzebuję ciebie — wyrzucił z siebie tak szybko, że niemal zadławił się własnymi słowami, a potem zamrugał, niemal zły na siebie, że pozwolił sobie na takie słowa, zły za łamiącą się desperację we własnym głosie i wlepił kontemplujący wzrok we własny rękaw szaty, usilnie starając się nie patrzyć na Snape'a.
Starszy czarodziej stał w bezruchu, przyglądając się jego twarzy, a kiedy Harry pozwolił swojemu wzroku prześlizgnąć się przez jego oczy jak padający cień, ujrzał głęboką czerń, z której na kilka, nieważkich sekund zniknęła jego standardowa kurtyna beznamiętności.
— Mnie — powtórzył szeptem Snape, jakby ważył te słowa na języku. — Potrzebujesz mnie.
Te słowa wydały się Harry'emu absurdalnie przerażające, chociaż wiedział, że nie ma w nich najmniejszych pułapek.
— Słodka Morgano — wymamrotał, czując, jak zasycha mu w gardle i uniósł dłoń do twarzy, starając się z całych sił zapanować nad drżeniem swoich palców, aby przetrzeć pulsujące od goryczy skronie, mając wrażenie, że coś ciężkiego obija mu się o czaszkę — nie każ mi tego powtarzać, proszę cię. — Łzawy śmiech wyrwał się z jego gardła, chociaż naprężał wszystkie swoje zmysły, wszystkie palce drżących dłoni, aby go zatrzymać. — A ty powinieneś się tego domyślić! — wyrzucił z siebie, kiedy niepojęty dla jego zmęczonego umysłu gniew uderzył mu do głowy jak stare wino; krzyczał i śmiał się, i miał ochotę płakać, ale ostatnia resztka przyzwoitości nakazała mu powstrzymać wzbierające w czaszce łzy. — Powinieneś się tego domyślić, ty ociemniały idioto, kiedy błagałem cię, żebyś uwolnił mnie z dachu tej przeklętej, mugolskiej bazy, na którym utknąłem jak jakiś nieudacznik, a jeżeli nie wówczas, nie w tamtej sekundzie, to chwilę później, kiedy skoczyłem z pierdolonego dachu, ufając ci, że nie pozwolisz mi się rozmiażdżyć u jej stóp jak żuk pod butem przechodnia, a nawet jeśli nie wtedy, to chociaż w czasie, kiedy pozwoliłem ci dotachać się do twojej pierdolonej łazienki, wisząc na twoim ramieniu, jakbym był workiem kartofli, i zdjąć ze mnie te zakrwawione cudzą krwią, przepocone, zapylone, cuchnące śmiercią łachy i wstawić do wanny jak kukłę bez życia — nie potrafił przestać wrzeszczeć, chociaż głos mu się łamał — a jeśli nie dotarło to do twojego błyskotliwego umysłu nawet wtedy, powinieneś był to zrozumieć, kiedy informowałem cię o naszych podejrzeniach co do działań mugolskich wojsk, albo wtedy, kiedy przyszedłem do ciebie po ataku mugoli na naszą bazę. — Nie potrafił powstrzymać drżenia, które zawładnęło jego mięśniami w sposób, którego Harry szczerze nienawidził, ale wreszcie nie znajdował w sobie zahamowań, aby wykrzyczeć Snape'owi prosto w twarz wszystko to, co przechowywał głęboko w sobie, co ciążyło mu niemiłosiernie jak sumienie. — Powinieneś to wreszcie pojąć, choćby i wówczas, kiedy przyszedłem prosić cię na to przyprawiające mnie o mdłości zebranie. — Jego głos niósł się już echem po korytarzu, ale nie dbał o to, nic go już nie obchodziło w obliczu tej pary czarnych, beznamiętnych źrenic, obserwujących każdy moment jego napadu.
I nagle Snape się poruszył. Zbliżył się do niego tak szybko, jak jeden oddech, jak mrugnięcie powiek i pochwycił jego twarz, na której niewiadomo kiedy pojawił się strumień słonych łez, w swoje duże, blade dłonie, ocierając kciukami wilgoć spod jego dolnych powiek, a Harry zastygł na moment, by zaraz potem zacząć się wyrywać jak zwierzę, które wpadło w łowieckie sidła, ale Snape nie puszczał i trzymał go mocno jak kotwica, a młody czarodziej szarpał się i szarpał i oplótł palcami nadgarstki Snape'a tak mocno, że musiał, po prostu musiał mu tym sprawiać ból, choć Snape nawet się nie skrzywił, kiedy paznokcie Harry'ego zaczęły na oślep rozdrapywać jego skórę.
Wreszcie, czując bezsilność klejącą się go niego jak plastelina, Harry się poddał, jego ramiona opadły wzdłuż ciała, a on pozwolił sobie spojrzeć, wiedząc, że jest odsłonięty jak otwarta księga, na obsydianowe oczy Snape'a, nieosuwające się z jego twarzy ani na moment i wpadł w nie - wpadł prosto w czarny tunel wiodący w stronę umysłu, jakby coś go ciągnęło, jakby go zasysało jak syfon, jak Czarna Dziura pośrodku galaktyki połykająca nawet światło, a Snape, powoli i z rozmysłem - sprawiając, że Harry z początku przeraził się nie na żarty - odsunął na bok swoje oklumencyjne bariery, by Harry mógł wejść i spojrzeć wprost w jego umysł, w jego uczucia, w jego wspomnienia, w jego myśli i Harry zrozumiał, że Snape nie tyle nie rozumie, ile sądzi, że nie zasługuje sobie na zaufanie Harry'ego.
Umysł Harry'ego przełączył się na te stare nuty i jak przewinięta do tyłu taśma, raz jeszcze zagrał: potrzebuję cię, potrzebuję cię, Snape, ty przeklęty, bezrozumny durniu, ciebie, ciebie, ciebie, a nie twoich strategii wojennych, a obcy byt prześlizgujący się przez jego otwarty na oścież umysł, zwiedzając jego kąty i zakamarki, muskając pragnienia, dotykając potrzeb, zapytał: dlaczego więc wciąż się mnie boisz, dziecko, chociaż minęło...?
Harry zatrzasnął swój umysł jak drzwi i naparł na umysł Snape'a jak rozpędzony huragan, ale wiedział, że zanim zacisnął wszystkie bariery i powkładał na miejsce wszelkie sploty zabezpieczeń, jego umysł sam wyklarował przed nimi odpowiedź, jakby wyświetlał napisy pod koniec mugolskiej projekcji filmowej: bo jesteś nieprzewidywalny.
Harry otworzył oczy, dysząc z ciężkością i dostrzegł, że czarnooki mężczyzna nie stoi już na wprost niego, tylko podnosi się spod ściany pod oknem, z błyszczącymi niezidentyfikowanymi przez Harry'ego emocjami oczyma, przytrzymując się jedną dłonią parapetu tak mocno, że zbielały mu kostki. Harry, czując drżenie własnych palców, zakrył dłonią usta, jakby właśnie przecisnęły się przez nie słowa, których nie zamierzał wypowiadać, wpatrując się w Snape'a, jakby spodziewał się, że ten za moment zacznie na niego krzyczeć.
Snape nie podniósł głosu. Nie podniósł głosu, kiedy zbliżał się do Harry'ego tak wolno, jakby obawiał się go spłoszyć, kiedy wyciągał ręce i zaplatał swoje dłonie wokół drżących palców Harry'ego, kiedy, ściskając je nienachalnie, unosił pobladłe ręce Harry'ego do góry i przykładał do swojej klatki piersiowej, pod którą tętniło miarowym rytmem jego serce.
Młodszy czarodziej wstrzymał oddech i spojrzał bez zrozumienia w czarne, głębokie oczy.
— Jestem tylko człowiekiem, Harry — wyszeptał Snape, nie spuszczając wzroku. — Wiem, że zawsze dostrzegałem więcej niż inni, ale bez względu na wszystko, wciąż jestem tylko człowiekiem.
-VVV-
Wiedziałem o tym doskonale, ale co innego coś wiedzieć, a co innego usłyszeć potwierdzenie. Na dobrą sprawę cała ta sytuacja wydawała się niczym sen, a coś w splotach tej rozmowy wydawało mi się abstrakcyjne i godne głuchego śmiechu, mimo że serce mi kruszało jak chińska porcelana.
Potrzebowałem go nie dlatego, żeby wykorzystać jego zdolności w walce z mugolami, potrzebowałem go, bo mnie rozumiał, bo potrafił dostrzec we mnie to wszystko, czego nie widział nikt poza nim i chociaż nie każde moje działanie potrafił pojąć, wiedział, jak mi pomóc, kiedy tego najbardziej potrzebowałem.
Widział moją duszę, zmarnowaną i łaknącą spokoju, dostrzegał moją potrzebę działania, rozumiał, że nienawidziłem bezczynności - ale przede wszystkim widział mnie - nie Złotego Wybawiciela, nie Pogromcę Czarnego Pana - widział młodego człowieka, którego przerastała sytuacja, w której się znalazł, który nie wszystko potrafił znieść, nie wszystko mógł ścierpieć, a który walczył w uparte o ten nędzny świat, robiąc to dla siebie.
Tak to wyglądało, chociaż moja dusza rozpadała się jak zamki z piasku, kiedy o tym myślałem - mogłem skoczyć prosto w przepaść, nawet nie mrugając powieką, ponieważ ufałem (nie, cofnij: wiedziałem), że on mnie złapie i przytrzyma, bez względu na wiatry wiejące nam na opór.
Wiedziałem.
