.
Rozdział 28
Kłamstwa smog się snuje i bezczelna władza ludzi oszukuje
.
W tamtych miesiącach zza każdego rogu wyglądała na mnie seria zdarzeń, której bez względu na wszystko, nie potrafiłem przewidzieć - jakby ze mnie kpiła, wychylała się, czepiając ścian starych budynków i zaśmiewała się cicho za moimi plecami, a gdy odwracałem się raptownie, aby przyłapać ją na gorącym uczynku, tej udawało się ukryć bezpiecznie za zakrętem, pozostawiając na mojej źrenicy tylko niewyraźny, rozmyty ślad mętnej szarości.
Nie rozumiem, jak to możliwe, że tak wiele naszych planów przebiegło zupełnie nie po naszej myśli, choć wkładaliśmy w nie tak wiele pracy, wycinki naszych serc układaliśmy rzędem w strukturach tych planów, modelowaliśmy je własnymi dłońmi, przekształcaliśmy jak twór w plasteliny, chcąc im nadać jak najdoskonalszy kształt, najlepsze obrysy.
Nie tak miało być. Nic nie miało wyglądać tak, jakie formy nagle zaczęło przybierać, dziwne, nienaturalne, wykrzywione jak w pokoju luster Snape'a, do którego kiedyś (zdaje się, że było to miliony, miliardy lat temu), z nędznym poczuciem odrealnienia, wpadliśmy całą trójką: ja, Draco i ona.
Pamiętam, jak kiedyś, dawno, dawno, bardzo dawno temu, Syriusz powiedział mi, że wszyscy mamy w sobie tyle samo dobra co zła, a ja mu wierzyłem, wierzyłem bardzo długo, przez te wszystkie lata, ale teraz, spoglądając w wymierzony w nas las mugolskich karabinów, zacząłem wątpić w prawdziwość tych słów - nie potrafiłem nie zacząć myśleć o mugolach przez pryzmat rosnącej coraz bardziej i bardziej nienawiści, rozprzestrzeniającej się w mojej głowie jak gradowa chmura, z każdym bolesnym doświadczeniem rozrastającej się, obejmującej coraz to większe obszary mojego umysłu.
-VVV-
Niewielki rogalik księżyca jaśniał na ciemnym niebie jak neon, kiedy Severus, późną nocą, pukał do drzwi Sophie Fisher. Dochodziła północ, a może pierwsza, Severus nie był całkowicie przekonany; stał na zimnym wietrze, pozwalając jego porywom szarpać rąbkiem swojej peleryny jak przemokłymi liśćmi - tymi samymi, które tworzyły pod jego stopami rozdeptany, szary szlak - i uderzał knykciami w stojącą mu na drodze przeszkodę, póki jego skóra nie popękała, a krew nie zaczęła spływać w dół jego palców jak deszcz.
Sophie wreszcie otworzyła drzwi, a jej oczy, mimo że zaspane i przykryte mgiełką fioletowych cieni, w skupieniu zlustrowały bladą twarz Severusa; przez jeden, krótki moment jej powieki zwieńczył ciężki i gorzki niepokój.
— Katrina? — zapytała, ledwo poruszając wargami, a Severus pokręcił szybko głową, przez co kilka kosmyków jego czarnych jak węgle włosów wpadło mu do oczu.
— Bezpieczna — zapewnił; jego czoło obsiały gęsto doliny i wyżyny zmarszczek, a on przetarł je bezwiednie opuszkami palców. — Chodzi o Pottera.
Sophie spojrzała na jego ziemiste dłonie przyciśnięte do twarzy, na jego wąskie usta, jeszcze bardziej pobladłe niż zazwyczaj, po czym otworzyła szerzej drzwi, gestem zapraszając opierającego się o framugę jak stara jodła, której wierzchołek ciąży nieubłaganie ku dołowi, Severusa do środka.
— Wejdź — powiedziała Sophie, a Severus uniósł na nią wzrok, nie będąc pewien, czy bardziej go zaskoczyło, czy uspokoiło to nieoczekiwane zaproszenie. Kiedy przerabiał tę rozmowę we własnych myślach, nawet w najjaśniejszych scenariuszach przychodziło mu wykłócać się o wejście pod jej dach co najmniej około pięciu minut.
Snape przekroczył próg, ale nie przeszedł w głąb domu; zatrzymał się w wąskim korytarzu, spoglądając z oceną na kobietę, która prześwidrowała wzrokiem okolicę, zanim zamknęła za nim drzwi. Zastanawiał się, jak w ogóle powinien przeprowadzić tę rozmowę; w myślach miał jasno wyklarowane to, co chciał powiedzieć, ale kiedy przyszło co do czego, złapał się na tym, że nie potrafi odpowiednio dobrać słów, nie potrafi zlepić ich w całość, łącząc w spójne, logiczne zdanie. Pilnował, aby jego niezdecydowanie nie uciekło spod opanowanej, beznamiętnej maski nałożonej na twarz jak rękawiczki szyte na miarę.
Sophie przechyliła głowę i oparła się plecami o jedną ze ścian wąskiego korytarza, dając tym Severusowi do zrozumienia, że nie zamierza zaprosić go dalej, w głąb domu, może do jakiegoś salonu z niedużą kanapą o miękkim obiciu. Severus miał naprawdę ogromną chęć na czarną, mocną kawę bez cukru, ale nie dał po sobie niczego poznać i zdecydował się na przejście do rzeczy, spoglądając w pełne niekrytej oceny oczy matki swojej córki. Sophie przekręciła nieznacznie głowę w geście zniecierpliwienia, a Severus zdusił w zarodku własną chęć wykrzywienia warg w cyniczny grymas.
Zanim zdecydował się na wyklarowanie przed nią sytuacji, doszedł do wniosku, że musi mieć pewność.
— Dlaczego tam chodzisz, Soph? — zapytał przyciszonym głosem, nie spuszczając wzroku z jej twarzy.
Sophie uniosła brwi w chłodnym zdziwieniu i wydała z siebie ciche, mające zapewne świadczyć o niezrozumieniu, jak Severus podejrzewał, mruknięcie:
— Mmm?
Snape z łatwością pochwycił w sieć oklumencyjną własną chęć przewrócenia oczami i cisnął nią w głąb umysłu, gdzieś na tyły świadomości.
— Do tego mugolskiego naczelnika więzienia — sprecyzował Severus, trwając w bezruchu jak posąg z oczami przyspawanymi do jej twarzy jak gwoździe.
Sophie prychnęła cynicznie, a to krótkie prychnięcie szybko przeszło w pełen zjadliwości chichot; Severus miał ochotę zacisnąć dłonie w pięści, ale powstrzymał tę napastliwą chęć.
— A co, zazdrosny? — zawołała Sophie poprzez nieopanowany (głupi i nieco tępawy, jak na rozum Severusa), piskliwy śmiech.
Jego usta ledwo się poruszały, kiedy wyrzucił przez nie twarde jak głaz słowa:
— Nie bądź śmieszna. Nie mam czasu na twoje humory.
Sophie prychnęła, a jej cichy śmiech umarł śmiercią naturalną; kobieta zastukała obcasem w pokrytą jasnym drewnem podłogę, przyglądając się spod rzęs obojętnej, nieruchomej twarzy Severusa.
— Jak zawsze pełen ekspresji — mruknęła pod nosem, w odpowiedzi na co Severus uniósł jedną brew, lecz nie odgryzł się na jej zaczepkę, wiedząc, że najlepszą bronią przyczyniającą się do zdobycia wartościowych informacji jest cierpliwość. Sophie wzruszyła ramionami, jakby zrzucała z siebie jakiś niewidzialny pierz, po czym odezwała się w kierunku bliżej nieokreślonym. — Nie wiesz? Jestem pewna, że kiedyś już o tym rozmawialiśmy.
Kiedy nie powiedziała nic ponadto, ponownie zwracając twarz w stronę Severusa, a na jej usta zawitał zimny pół-uśmiech, Severus nie powstrzymał zniecierpliwionego westchnienia.
Merlinie, chyba wychodzę z wprawy — przemknęło mu przez myśl; splótł palce przed sobą, opierając je o klatkę piersiową i bezwiednie przytknął do siebie opuszki wskazujących palców.
— Po co tam chodzisz, Soph? — ponowił pytanie, świdrując kobietę wzrokiem.
Sophie położyła ręce na biodra w geście tak niebywale podobnym do młodej Lily Evans żyjącej głęboko, głęboko w jego wspomnieniach, że Severus zapatrzył się mimowolnie na jedną z jej niedużych, gładkich dłoni, tak niepodobnych do dłoni Lily Evans.
— Dla zdobycia informacji, dupku, przecież nie dla własnej przyjemności — syknęła, po czym skrzywiła się jakoś dziwnie, jak na rozum Severusa i przekręciła głowę w drugą stronę jak zaintrygowany szczeniak; jej oczy zabłysły jak pochodnie. — Chociaż...
Kąciki warg Severusa drgnęły w lodowatym uśmiechu, kiedy ponownie spoglądał w jej duże oczy, tak różne od oczu ich córki.
— I czego się dowiedziałaś? — nie powstrzymał cisnącego mu się na usta pytania Severus, obserwując Sophie spod wpół przymkniętych powiek.
Podbródek kobiety uniósł się nieznacznie, w jej oczach zamajaczyła płynna jak lawa ostrożność i Severus pomyślał, że ten cały naczelnik mugolskiego więzienia musi być niezłym oszołomem, skoro pozwala się oszukiwać komuś, kogo emocje odbijają się na twarzy, jak spojrzenie w zwierciadle.
— Nie odpowiem ci, ponieważ po pierwsze i najważniejsze: i tak nic z tym nie zrobisz, a po drugie i mniej ważne: to nie twój interes, dupku — odparła tak lodowatym głosem, że Severus poczuł nieme uznanie, gdyż nigdy nie przypuszczał, że Sophie Fisher potrafi z siebie wydobyć tak przenikliwe, chłodne brzmienie; prawie się uśmiechnął.
Epitet rzucony mu w twarz spłynął po nim jak deszczówka z rynny; Severus rozplótł złączone palce i opuścił dłonie wzdłuż ciała; na ten ruch podbródek Sophie uniósł się nieznacznie, a mięśnie napięły pod skórą, jakby spodziewała się, że będzie się musiała uciekać do fizycznej obrony. Niewidoczny (Severus był tego niemal pewien) dla nikogo poza nim uśmiech spełzł z jego twarzy, zastąpiony kwaśnym grymasem.
— Twierdziłeś, że chodzi o Pottera — przypomniała Sophie, brzmiąc jak zima, jak szron skrobiący szyby, jak mróz oblepiający włosy kryształami lodu, osiadający na kołnierzykach czarodziejskich szat jak pętla na szyi.
— Ponieważ chodzi o Pottera. — Snape odgarnął z twarzy wpadający mu do oczu kosmyk czarnych jak węgiel włosów, a ten przelał mu się przez palce jak stróżka cieczy z wodospadu.
Sophie odetchnęła głęboko, zaczynając skrobać paznokciami o własne palce - dźwięk, jaki przy tym powstał przyprawił Severusa o zawrót głowy.
— No popatrz, a ja nie widzę związku — wycedziła przez zęby kobieta, patrząc na niego wilkiem.
Severus miał ochotę rozmasować sobie mięśnie za uszami; spojrzał krytycznie na przeciągające się po jasnej skórze paznokcie Sophie, obserwując przez moment czerwone pręgi, jakie zaczęły się na niej formować.
— Potter chce się z tobą widzieć — powiedział, siląc się na obojętność, przeciągając spojrzeniem po jej palcach, które na moment zastygły w bezruchu; uniósł wzrok na kobiecą twarz. Sophie zapatrzyła się na niego, jakby nie była przekonana, czy słuch ją nie zawodzi, jej usta były lekko rozchylone (jej zęby zadzwoniły głucho, gdy tylko zdała sobie z tego sprawę i zamknęła pospiesznie buzię).
— Potter chce się ze mną widzieć — powtórzyła głupio, na co Severus ponownie uniósł brew, czując, że cała ta sytuacja zaczyna go poniekąd bawić. — Chce się ze mną widzieć, ponieważ... — zacięła się, jakby szukała jakiegoś niewielkiego elementu zbyt skomplikowanej układanki; Severus roześmiał się w głos we własnych myślach i nie pomógł jej w tej dziwnej dedukcji. — Więzienie — odezwała się bez związku i pokręciła głową, jakby odpędzała się od muchy; Severus obserwował ją w milczeniu, ani myśląc jej to ułatwiać. — Mam kontakt z więźniami. Powiedziałeś mu o tym. On chce im coś przekazać.
Severus tym razem nie znalazł w sobie siły na zachowanie beznamiętnego opanowania i z politowaniem przewrócił oczami - to nie do pojęcia, że ta kobieta wywoływała w nim reakcje, o których dawno już zdołał zapomnieć.
— Skoro twój nieduży móżdżek już zaskoczył — powiedział powoli Severus, rozkoszując się własnymi oszczerstwami, powoli obracając nimi na języku jak kostką czekolady — i udało ci się uporządkować informacje w tej swojej małej głowie, chciałbym cię uświadomić, że on na ciebie czeka.
Sophie nie wydała się obrażona jego zniewagami; pochyliła głowę, nie spuszczając wzroku z Severusa.
— Czeka — powtórzyła, co zabrzmiało nieomal jak stwierdzenie oczywistego.
Severusowi wyrwało się ciężkie westchnienie, spojrzał ze znużeniem w stronę drzwi i oparł się dłonią o ścianę, bezwiednie przeciągając po jej białej powierzchni opuszkami palców.
— Tak, czeka — mruknął cicho, wpijając w drzwi intensywne spojrzenie, pragnąc jak nic innego znaleźć się po ich drugiej stronie. — Bierzesz pelerynę czy nie? Wolałbym, żebyśmy się już zabierali do deportacji, jeśli pozwolisz. — Odwrócił się, zarzucił kaptur na głowę i otworzył drzwi, z zamiarem rozejrzenia się po ulicy i upewnienia się, że wciąż są sami.
Chłodna dłoń Sophie złapała go za nadgarstek, kiedy chciał już przekroczyć próg.
— Po czyjej ty jesteś stronie? — usłyszał za plecami ciche, lodowate jak nocna wichura pytanie i pozwolił sobie na uśmiechnięcie się pod nosem do pustki ulic, które odpowiedziały mu podobnym chłodem kamienia.
— Po swojej własnej, Soph — odparł z nutą chłodnego rozbawienia. — Zawsze po swojej własnej.
-VVV-
Harry stał przy okiennej szybie, sącząc powoli czarne espresso, które już dawno zaczęło stygnąć, teraz paląc zimną goryczą jego język, wyglądając na świat, w którym późna jesień niespiesznie przechodziła w zimę.
Za długo. — Nieskładne myśli czepiały się go ostatnimi czasy jak rzepy, wpijały w umysł, osadzały się pod jego skórą, drażniąc nerwy, nieustannie utrzymując jego emocje na granicy wybuchu. — To wszystko trwa o wiele za długo, powinniśmy działać szybciej, sprawniej, powinniśmy...
Tę bezsensowną rozmowę z własnym sumieniem przerwał mu dotyk czyichś ciepłych palców na ramieniu. Harry skupił swój wzrok na okiennej szybie, dostrzegając w nich odbicie znajomej pary oczu, przyglądających się mu w zamyśleniu.
— Draco — westchnął Harry, odstawiając filiżankę espresso na zakurzony parapet (wklęsłe denko pozostawiło bladą obręcz, której nie imał się kurz na żelbetonie, zielonooki czarodziej miał ochotę wyciągnąć palec i obrysować podstawę filiżanki utaplanej w mętnym kurzu lepiącym się do jej ścianek).
— To już niedługo, prawda? Pierwszy, prawdziwy rewanż na mugolach — zapytał cicho stojący za nim mężczyzna, nie zdejmując dłoni z jego ramienia - wręcz przeciwnie, zaciskając swoje palce jeszcze mocniej.
— Drugi — poprawił Harry, uśmiechając się lekko w stronę jego odbicia w szybie — jeśli liczyć nasze przeobrażenie ich siedziby w masy gruzu, drzazg i pyłu. Twoja w tym zasługa, chciałem przypomnieć.
Na twarzy Dracona zamajaczył blady uśmiech; Harry nie był pewien, czy to szare oczy zamigotały na jeden, krótki moment, czy zobaczył jedynie odbicie jakiegoś zagubionego w przestrzeni refleksu na szybie.
— To dziwne, jestem pewien, że tuż po tym, jak ten masywny budynek poszedł z dymem, nazwałeś mnie „przeklętym idiotą", czy coś w ten deseń — powiedział dźwięcznym głosem szarooki, a Harry zaśmiał się szczerze, ostrożnie podniósł filiżankę z parapetu i odwrócił w jego stronę, opierając się leniwie o kant podokiennika. Espresso zafalowało jak eliksir w stojącym na wolnym ogniu kociołku.
Szare oczy spojrzały przelotnie na czarną ciecz sączoną przez Harry'ego; Draco skrzywił się, jakby połknął coś nadzwyczaj gorzkiego.
— Nie łatwiej by było — podjął, wskazując palcem na trzymaną przez Harry'ego filiżankę — potraktować tej kawy zaklęciem podtrzymującym temperaturę?
Zielonooki wzruszył ramionami i upił łyk letniego espresso.
— Mi to nie przeszkadza — odparł, gdy Draco pokazowo spojrzał na filiżankę jak na wyjątkowo obleśną ropuchę.
Szare oczy odwróciły się od filiżanki trzymanej w jego dłoniach i podążyły gdzieś za jego plecy, w dal rozciągającą się za chłodną szybą; jego uśmiech zmętniał i spłynął z jego twarzy jak łzy, z gardła Dracona wyrwało się ciche, zmęczone westchnienie.
— Czekamy już tylko na niego, tak? — mruknął ponuro, poprawiając rozbieganymi palcami ułożenie własnych włosów. — W momencie, kiedy on wróci, nic już nie będzie stało pomiędzy nami a tym więzieniem? — Jego ostatnie słowa zabrzmiały jak twierdzenie, choć Harry doskonale wiedział, że kiedy opuszczały jego usta, miały nakaz ułożenia się w pytanie (najwyraźniej umysł zawodził nie tylko Harry'ego).
Zielone oczy obserwowały przez dłuższą chwilę zapadnięte policzki Dracona, prześledziły cienie, które zajęły przestrzeń pod jego oczami, zerknęły na przeciągłe zmarszczki, które rozciągnęły się na tym młodym czole jak rany cięte. Harry oderwał jedną dłoń od twardej struktury naczynia na rzecz przeciągnięcia palcami po miękkiej, ciepłej skórze żywego człowieka - ospałym ruchem starł z jego skroni szary ślad lepiącego się do jego palców pyłu.
— Poradzimy sobie — mruknął cicho Harry, spuszczając rękę, aby ponownie zapleść palce wokół zimnej filiżanki.
Draco prychnął, a na jego twarz wkradł się lekki, zadziorny, zawadiacki uśmieszek.
— Nie musisz zawsze wszystkich pocieszać, wiesz? — odezwał się nieco pewniej szarooki, a jego uśmiech przeniósł się na jego policzki, a potem wspiął wyżej, sięgając oczu - trochę jak wschód słońca w górach. — Na dobrą sprawę, ludzie lubią czasami posmęcić nad własną, niepewną przyszłością.
Harry miał mu się właśnie odgryźć, kiedy spojrzenie Dracona padło na błonia, a jego uśmiech zgasł jak zdmuchnięta świeca.
Drugi czarodziej doskonale wiedział, co to oznacza. Spojrzenie Draco przybrało na intensywności, kiedy przewiercał się nim przez szary pejzaż codzienności. Harry zamknął oczy i odetchnął głębiej, rozumiejąc, że czas odpoczynku minął, teraz należy gładko przystąpić do obowiązków i postarać się nie krzywić - nie zbyt ostentacyjnie.
— To nie jest matka Katriny — usłyszał słowa Draco wypowiedziane jakimś dziwnym, kryjącym w sobie pokłady rozemocjonowania tonem.
— Co? — wyrwało się Harry'emu, zanim odwrócił się ku szybie i podążył za wzrokiem kompana.
Jego serce zabiło mocniej.
Z miejsca, w którym stali, nie widział jej dokładnie - była tylko niedużą sylwetką owiniętą szczelnie w czerń płaszcza, który falował w odpowiedzi na zrywy wiatru. Wokół jej szyi wirował czerwony, szeroki szal - trochę jak wąż na ramionach zaklinacza. Nie widział jej twarzy - z oddali tworzyła jedynie bezkształtną masę odróżniającą się od szalika tylko kilkoma odcieniami. Mimo wszystko poznał ją od razu.
Harry poczuł, jak siły z niego uciekają; oparł się ciężko o parapet i przycisnął czoło do zimnej szyby, z gardłem raptownie wysuszonym na wiór obserwując wirujące wokół jej głowy jak płomienie pasma długich (o wiele dłuższych, niż zapamiętał), rudych włosów tańczących na wietrze niczym ogień pomiędzy szarymi, ponurymi, przetartymi ścianami kominowymi.
-VVV-
Nie do końca rozumiał, co się wokół niego dzieje - ten nędzny świat po raz kolejny ogołocił go z jego zdolności postrzegania, wpijając ostry cierń w jego duszę, który utkwił tam jak drzazga pod paznokciem - wiedział tylko, że biegnie i że nie może już oddychać, że uderzający w jego twarz wiatr dusi go jak dłonie zaciśnięte na gardle, jak metalowe szpony o sile mugolskich trybików, a mijane po drodze mury, kamienie, krzewy tracą swoje pierwotne, geometryczne kształty, zlewając się w jego oczach w serię rozmytych konturów i niewyraźnych barw.
Zatrzymał się o jakieś dwa metry przed nią, błądząc wzrokiem po jej piegowatej twarzy, zastanawiając się, czy majaczy, czy ma zwidy - dziwnie realne, dziwnie złożone, nadzwyczaj opierające się na materializmie, nieprawdopodobnie zaawansowane - zamrugał raz i drugi, ale ona nadal tam była, patrzyła na niego tymi swoimi dużymi, brązowymi oczami skrytymi za pióropuszem czarnych rzęs.
W jej spojrzeniu było coś tak bardzo znajomego, że Harry tylko cudem nie upadł na ziemię - nie potrafił nic powiedzieć, nie mógł wydobyć z siebie choć szeptu, wpatrywał się w jej dorosłą twarz - tak znajomą, a tak obcą.
Dojrzała — przemknęło mu mgliście przez głowę, kiedy przesuwał wzrokiem po jej krągłych kształtach — zupełnie tak, jakby jej ciało nabrało w siebie więcej kobiecości.
— Cześć, Harry — powiedziała cicho Ginny, a on poczuł, jak zaczyna tętnić mu w głowie jak od głuchego hałasu.
Uśmiechnęła się; Harry nie wiedział, czy powinien zacząć krzyczeć, czy płakać, więc stał jedynie, wrosły w grunt jak słup soli, i wlepiał niedowierzający wzrok w jej chudą twarz, na której jeszcze nigdy tak mocno nie odbijały się kości policzkowe.
Gdzie byłaś — chciał krzyczeć — gdzie się podziewałaś przez te wszystkie lata? Gdzie byłaś, kiedy na ciebie czekałem? — ale nie potrafił wydusić z siebie słowa, zupełnie jakby wiatr, który z taką zaczepnością bawił się jej włosami, wpadł mu do gardła jak kamień i przyduszał bezlitośnie - coraz bardziej z każdą chwilą, gdy na nią patrzył, pozbawiał oddechu.
Ginny oblizała zaczerwienione wargi i mocniej oplotła się szalikiem, jakby nie była pewna, co powinna uczynić z własnymi dłońmi, jakby one jej w jakiś sposób przeszkadzały, jakby miała ochotę chwycić i połamać własne palce niczym kawałki plastikowych patyczków.
— Cieszę się, że miałeś siłę, żeby na mnie zaczekać — odezwała się swoim łagodnym (zawsze tak samo łagodnym - przywodzącym Harry'emu na myśl delikatne promienie słońca pieszczące niespiesznie bladą skórę) głosem Ginny.
Wrota do zamku ponownie trzasnęły; Harry drgnął jak wyrwany z transu, usłyszał stłumione wiatrem, pospieszne kroki, gałązki pękające pod podeszwami jak niewypowiedziane między nim a Ginny słowa, głos przepychany poprzez wiatr; usłyszał w nim jedynie własne imię wykrzyczane z taką desperacją, że poczuł, jak robi mu się słabo.
— Harry!
Ginny zerknęła mu przez ramię, podczas gdy jej zaróżowione od zimna i wiatru policzki nagle przybrały barwę mleka; kiedy ponownie na niego spojrzała, w jej oczach coś pękło.
Harry'emu zadrżały usta, poczuł rozgoryczenie i złość, i niesprawiedliwość świata, i ból rozrastający się w jego klatce piersiowej jak korzeń sięgający coraz głębiej i głębiej w ziemię.
Katrina wpadła na niego jak wichura - uderzyła całym ciałem w jego plecy, a uczyniła to z takim impetem, że Harry jedynie cudem utrzymał równowagę; żal rozciągnął się, przekształcił, zmienił formę; zielonooki czuł się, jakby jakaś dzika, łakoma krwi bestia osiadła mu pod skórą, czerpiąc z niego jak pasożyt - a potem Ginny spojrzała mu w oczy, a ogień szału wybuchł w jego klatce piersiowej, rozprzestrzeniając się tak szybko, jak Szatańska Pożoga. Warknął wściekle i odwrócił się, odpychając od siebie piętnastolatkę, która potknęła się o jakąś nierówność w ziemi i legła pod jego stopy jak długa - chwilę po tym, jak to zrobił, odczuł wwiercające się w umysł niczym młot pneumatyczny poczucie winy, ale stłumił go w zarodku, zanim zdążyło go połknąć jak mięsożerna bestia.
— Powiedziałem ci już, że nie mam chęci z tobą rozmawiać — wycedził Harry, mając wrażenie, że coś mierzwi go pod skórą.
— Kto to jest? — zapytała niemal z paniką Katrina, zdając się w ogóle nie rozumieć kierowanych do niej słów, brzmiąc, jakby coś długiego i ostrego przekuło jej gardło.
— Pilnuj własnego nosa. — Harry poczuł, że jeszcze moment i pęknie, a kiedy zacznie z niego wyciekać cały gniew, cały żal, cały ból, nie będzie już szansy na to, aby ten przepływ zatamować.
Katrina najwyraźniej nawet tego nie zauważyła - że znajduje się na skraju przepaści, w którą rozpaczliwie stara się nie spaść głową w dół - bo otworzyła usta, aby coś powiedzieć, coś mu zarzucić, o coś go oskarżyć, ale w tej chwili drzwi trzasnęły po raz kolejny i gdy Harry uniósł głowę, dostrzegł pędzącego w ich stronę, bardzo bladego Dracona, wpijającego w nich wzrok jak w jakiś nieosiągalny cel.
Za plecami usłyszał dziwny, urwany dźwięk wydobywający się z gardła Ginny, a zaraz za nim nadeszły słowa, które sprawiły, że naczynia krwionośne Harry'ego zamiast krwi zaczęły pompować lód.
— No tak — powiedziała Ginny w taki sposób, jakby się dusiła. — Idiotka ze mnie. Oczywiście, że nie czekałeś.
Harry, czując się rozdarty od środka, odwrócił się ku niej niemal dramatycznym ruchem, w którym więcej było chaosu, niż jakiejkolwiek równowagi, po czym słowa wylały się przez jego gardło jak woda ociekająca z ust topielca - całkowicie nieposłuszne jego woli.
— Czekałem na ciebie, Ginny, bardzo długo. — Jego głos był ciężki od przenikających go, sprzecznych emocji, kleił się do jego podniebienia jak przeterminowany eliksir; miał ochotę krzyczeć, przekrzykiwać wiatr, drzeć się tak głośno i tak długo, aż echo jego głosu nie zatańczy wokół szkockich szczytów, ściągając lawinę. — Ale już nie czekam.
Draco wreszcie do nich dobiegł, lustrując wzrokiem otwartą na zranienie, pękającą jak porcelana twarz Katriny, przepełnione poczuciem winy, rozgoryczone spojrzenie Ginny oraz iskrzące się od kotłujących się wewnątrz emocji, płonące jak stal oczy Harry'ego - na tych ostatnich zatrzymał się dłużej, a Harry o nic innego nie błagał w myślach, jak o to, żeby przestał, żeby nie patrzył na niego, żeby odwrócił wzrok - i Draco, jakby posłuszny tym milczącym modłom, wreszcie to zrobił; schylił się i pociągnął na nogi drżącą z zimna i z czegoś zupełnie innego Katrinę.
— Ty głupia, mała... — mruczał pod nosem Draco, chwytając piętnastolatkę za rękę i siłą starając się zaciągnąć na powrót w stronę zamku; Katrina postawiła tak zażarty opór, jakby od tego zależało jej życie (jakby nie wiedziała, że ten widok sprawi, że rozchwiane serce Harry'ego pęknie jak szkło, a jego drobinki utkną boleśnie w głębi jego gardła jak kolce). — No choć, na litość Merlina, on potrzebuje przestrzeni.
— Przestrzeni! — wykrzyczała Katrina, brzmiąc, jakby za moment miała się rozpłakać; Harry przygryzł dolną wargę tak mocno, że po chwili poczuł metaliczny posmak w ustach. — No tak, święty Harry Potter, który potrzebuje przestrzeni, bo kiedy zbliżysz się do niego za bardzo, jego głupie serce tego nie przetrawi, bo nauczyli go walczyć, ale zapomnieli nauczyć go kochać, bo wszyscy, którym mogło na tym zależeć, byli martwi, zanim...
Siarczysty policzek zabrzmiał na szkolnych błoniach jak odgłos łamanego skrzydła; Katrina zamarła w bezruchu, a Draco wytrzeszczył oczy tak bardzo, że nieomal wyszły mu one z orbit i przycisnął lewą dłoń do ust, spoglądając na prawą w taki sposób, jakby ta wcale nie należała do niego.
— Więc to jest twoja nowa dziewczyna? — zapytała cicho Ginny, brzmiąc, jakby zaczynała ją boleć głowa, całkowicie obojętna na zastygłe jak trzy marmurowe pomniki sylwetki, które od pomników odróżniały tylko wirujące wokół ich ciał szaty, szarpane poprzez wiatr.
Harry przełknął ślinę, starając się odzyskać głos.
— Ona nie jessst moją dziewczyną — wyrzucił z siebie, niemalże przechodząc w wężomowę — a na dobrą sprawę, ona nikim dla mnie nie jest.
Katrina spojrzała na niego w taki sposób, jakby jego słowa zabolały bardziej, niż otrzymany chwilę temu, głośny policzek.
Zanim Harry, który trapiony poczuciem winy nieomal odgryzł sobie język (czuł krew spływającą w dół jego gardła jak wino), zdążył przeprosić, złapać ją za rękę, zarzec się, że to nieprawda, że to tylko jego głupia, głupia złość kazała mu to powiedzieć, Katrina odwróciła się i uciekła w stronę zamku jak zranione zwierzę wycofujące się w cień.
— Szlag! — zaklął głośno Draco, kopiąc jakąś niewielką wyrwę w ziemi, po czym, zanim Harry zdołał choć mrugnąć, już biegł za Katriną. — Poczekaj! Przepraszam, słyszysz?! Przepraszam! No poczekaj, no!
Harry nie mógł zdjąć swoich oczu ze znikających w bramie wejściowej dwójki czarodziejów, czując się jak najgorszy bydlak, jak drań bez serca; jak nic innego pragnął, aby ktoś go teraz zranił, przeciągnął zimnym sztyletem po jego skórze, uderzył pięścią w skroń, trafił go zaklęciem Cruciatus - zasłużył sobie na ból, tego jednego był pewien.
— Niepotrzebnie wracałam — usłyszał za plecami głos Ginny; kilka gorących łez spadło z jego oczu na policzki i Harry starł je pospiesznie, jakby były kwasem.
— Niepotrzebnie — powtórzył mechanicznie za kobietą, automatycznie zakładając swoje bariery obronne: chłód musiał natrzeć na kobietę jak nawałnica, i choć Harry poczuł, jak serce mu pęka, nie odwrócił się.
Przez moment Ginny nic nie odpowiadała, a Harry wciąż stał ze wzrokiem wbitym w wejściową bramę, z wargą krwawiącą w nieco mniejszym stopniu, niż jego serce, a potem poczuł gwałtowne, bolesne szarpnięcie, gdy kobieta wymijała go, szturchając boleśnie jego żebra łokciem jak mieczem i podążyła w ślad dwójki magów z wysoko uniesioną głową - jakby nic nie potrafiło jej zranić i gdyby Harry jej nie znał, doszedłby do wniosku, że wyszła z tej konfrontacji bez szwanku.
Harry przełknął ślinę, raz i drugi, czując, jak ściska go boleśnie w gardle, jakby czarna magia osiadła na jego języku, obłapiała jego struny głosowe jak rosa iskrząca się na niciach pajęczyny.
Ktoś dotknął jego ramienia.
Harry odskoczył tak gwałtownie, jakby się oparzył, przeklinając się w myślach za to, że komukolwiek pozwolił się zajść od tyłu; jego różdżka mechanicznie powędrowała do jego palców (jakby coś nim sterowało, bardziej intuicyjnie, niż za sprawą rozumu) i już chwilę potem celowała w twarz najpiękniejszej kobiety, jaką Harry kiedykolwiek miał przyjemność widzieć.
Zagapił się przez chwilę, a kiedy uzmysłowił sobie, kogo ma przed sobą, opuścił różdżkę, a zaraz za nią głowę, ocierając zamaszystym ruchem policzki; łzy przykleiły się do jego palców jak gęsty eliksir.
Cholera, cholera, cholera jasna, dlaczego teraz? — zapiał roztrzęsiony umysł Harry'ego, który całą siłą woli starał się zebrać się na powrót w jedną całość, pozbierać z ziemi chłodne drobinki jego rozłupanego serca i powkładać je w odpowiednie miejsca, jak elementy wadliwego mechanizmu. Jego czaszka łupała tępym bólem.
— Katrina jest w zamku. — Nie poznawał własnego głosu - przesunął się po jego języku jak papier ścierny; Harry zacisnął zęby, ale nie schował różdżki do kieszeni.
— Krwawisz — odezwała się stojąca przed nim kobieta i zanim Harry zrozumiał, co robi, uniosła dłoń do jego twarzy, jakby własnymi palcami zamierzała zetrzeć czerwone, ciekłe pręgi z jego warg.
Harry uciekł przed jej dotykiem, starając się nie kulić zbyt wyraźnie. Przycisnął dłonie do własnej piersi i patrząc w łagodną twarz kobiety, tak, jakby zamierzał roztrzaskać ją samym spojrzeniem, powtórzył warkliwie:
— Katrina jest w zamku.
Kobieta spoglądała na niego tak jasnym i czystym wzrokiem, że Harry zapragnął móc się przed nim ukryć - gdziekolwiek. Gdy ta nagle wyciągnęła rękę, żeby pogłaskać go po policzku, Harry miał wrażenie, że cienka granica wyślizguje mu się spod stóp.
— Nie dotykaj mnie! — wydarł się tak głośno, że poczuł kłujący, szarpiący ból w gardle, jego opanowanie potoczyło się ze skały i z impetem rąbnęło w przestrzeń zamarzniętego jeziora, a ono roztrzaskało się jak tafla lustra, w którą ktoś cisną kamieniem. — Ona jest w zamku, czego, do cholery jasnej, nie rozumiesz?
Zamiast złości w oczach kobiety pojawiły się łzy.
— Biedne dziecko — wyszeptała, brzmiąc tak szczerze, że Harry poczuł, jak zaczynają się trząść jego dłonie — takie odważne, biedne dziecko. Gdyby ktoś przeszedł tyle, co ty...
— Zostaw go. — Głos, który padł na ich twarze jak ostre odłamki lodu, należał do osoby, której Harry w pierwszej chwili nie zauważył, stojącej niedaleko za kobietą, która spoglądała na niego z taką czułością, jakby jeszcze nie wiedziała, że on na jej czułość w ogóle nie zasługiwał.
Snape zbliżył się do nich, a Harry znów poczuł się jak niedorosły uczniak kulący się ze strachu na ciemnym, zamkowym korytarzu.
— Idź szukać Katriny, Soph — powiedział niemal spokojnie Snape, ale jego głos ociekał takim chłodem, że Harry mimowolnie drgnął, nawet jeśli wiedział, że gniew Snape'a nie jest skierowany na niego.
Kobieta wyprostowała się, a Harry starał się opanować, próbując niepostrzeżenie otrzeć swoją twarz ze słonej wilgoci.
— Nie będziesz mną pomiatał, dupku — odrzekła chłodno kobieta, mierząc się ze Snape'em wzrokiem gdzieś koło głowy starającego się uspokoić Harry'ego. — Zapamiętaj to sobie — dodała, po czym odwróciła się na pięcie, jakby nie mogła znieść patrzenia na Snape'a ani chwili dłużej i oddaliła się pospiesznie w stronę zamku.
Harry, przez krótką, wspaniałą sekundę, miał wrażenie, że Snape bez słowa pójdzie w jej ślady - modlił się o to do wszystkich bogów, którzy przychodzili mu do głowy, prosząc, niemal błagając.
Snape poruszył się; serce Harry'ego ponownie tego dnia podjechało mu do gardła, zaciskając się w nim jak ostrokrzew, raniąc nie mniej, niż kolce z ostrokrzewu byłyby w stanie.
Mężczyzna przyklęknął przed nim, chwytając w swoje długie palce jego drżące, sine dłonie; kiedy uniósł na niego wzrok, Harry miał wrażenie, że blednie bardziej, niż najmarniejsze widmo; w jego głowie znów zawirowało.
Przez moment pragnął się wyrwać - wyszarpnąć swe ręce z jego uścisku i puścić się biegiem ku wrotom zamkowym, ale wtedy Snape się odezwał, a Harry poczuł, jak powoli zaczyna opadać z sił, jak od ciężaru zbyt silnego zaklęcia, aby mógł je znieść godnie.
— Sprowadziłem Sophie do zamku — powiedział cicho - Harry miał nieodparte wrażenie, że jego czarne oczy przenikają w samą głębię jego zmarnowanej duszy. — Pomogę ci uwolnić czarodziejów z tego więzienia, do którego trafili. Jednak ty, dziecko, ty będziesz mi winien bardzo poważny dług.
Harry przez moment jedynie się w niego wpatrywał, wgapiał się w jego twarz jak cielę w malowane wrota, by po chwili usłyszeć jakiś dziwny, nieludzki dźwięk dzwoniący mu w uszach, coraz bardziej rosnący, rozwijający się, wzbierający na sile i Harry modlił się, żeby on już się skończył, żeby ucichł, żeby się urwał, póki nie uzmysłowił sobie, że ten rozdzierający dźwięk to śmiech i że dochodzi on z jego własnych ust.
Zielonooki, patrząc prosto w te czarne, głębokie oczy, mając wrażenie, że dusi się własnymi słowami, wycisnął z siebie poprzez łzy, poprzez śmiech, poprzez całe rozgoryczenie słowa, które brzmiały pośród tej całej symfonii nieomal absurdalnie.
— Czyżbym nieświadomie podpisał cyrograf z diabłem? — wyrzucił z siebie Harry, ocierając łzy z własnej twarzy.
Snape uśmiechnął się jak demon, którym był (Harry poczuł, jak ściska go w żołądku) i uniósł dłoń do jego twarzy. Kiedy jego smukłe palce odgarnęły mu zagubione kosmyki za ucho, a ciało Harry'ego nie zapragnęło się wyrywać tak, jak było to w przypadku matki Katriny, zielonooki bliski był uduszenia własnym żalem, własną naiwnością, własnym stopniem ufania tym, którym ufać nigdy nie powinien (Draco mnie ostrzegał, cholera jasna).
— Oswoiłeś mnie sobie, co? — Harry nie wiedział, dlaczego to powiedział, dlaczego nie zrobił nic innego - nie splunął, nie odwrócił się, aby uciec, nie zaczął krzyczeć, oskarżając go o całe swoje życie. — Nie jestem przeklętym zwierzęciem — zazgrzytał zębami Harry — a nawet jeśli jestem, nie powinieneś zapominać, że ja także mam kły i pazury, których mógłbym użyć. — Zielonooki oblizał nerwowo górną wargę i odwrócił wzrok. — Zaufałem ci — powiedział głupio, nie potrafiąc zatrzymać własnych słów.
Snape pokiwał głową jak cierpliwy rodzic, a Harry zacisnął zęby jeszcze mocniej.
— Liczyłem na to — przyznał Snape, jakby to nie miało znaczenia.
Chłodne palce dotknęły podbródka Harry'ego, sprowadzając jego wzrok na powrót ku tym czarnym, nieprzeniknionym, głębokim jak ocean oczom.
— Jeśli to jest w stanie cię pocieszyć, dziecko, pozwól, że ci przypomnę, że ta wojna także nie jest mi na rękę.
Harry'emu wcale nie zrobiło się lżej na sercu, wręcz przeciwnie - miał ochotę skowyczeć jak zranione zwierzę. Emocje wyciekły z jego serca, a wraz z nimi słowa, które zapiekły jego gardło jak kwas.
— Potrzebuję cię w tej wojnie, ty przeklęty... przeklęty... — wydusił z siebie chrapliwie Harry, starając się pochwycić resztką jasności umysłu wypadające mu spomiędzy ust słowa.
Miał już dość tego dnia, miał ochotę przyłożyć czoło do poduszki i zamknąć oczy, a potem obudzić się ze świadomością, że to wszystko było tylko długim, złym koszmarem, który już na zawsze odszedł w zapomnienie.
Snape uśmiechnął się, wyglądając przy tym niczym cień wyłaniający się spośród głębokich ciemności; podniósł się z ziemi i pochylił nad Harrym. Kiedy jego ciepłe wargi musnęły bliznę na jego czole, Harry miał wrażenie, że kruszy się w nim coś więcej, poza jego naiwną wiarą w ludzi.
-VVV-
Miałem naprawdę wielką ochotę wyżyć się na Draconie - naprawdę wielką. Za to jego: „potrzebujemy szpiega", za: „jedynie tymczasowo", a najbardziej za: „mamy idealnego kandydata" - nic, tylko walić głową w mur i przeklinać desperację cechującą człowieka w potrzebie.
To był ostatni raz, kiedy go o coś poprosiłem. Nie twierdzę, że przestał mnie rozumieć, nie twierdzę, że przestałem go potrzebować - być może to głupie z mojej strony, ale potrzebowałem go - mimo wszystkiego, co mi zrobił, mimo duszy, którą we mnie rozdarł. On dalej mi pomagał - jednak okazało się, z taką brutalnością jak kubeł zimnej wody chluśnięty prosto w twarz, że nie czynił tego tak bezinteresownie, jak z góry założyłem (odtąd wszystkie jego uczynki nabierały głębszego znaczenia).
Nie przestał mnie ratować - czego do tej pory nie rozumiem - ten podwójny agent na wiecznej służbie. Jakby obawiał się stracić pretekst do ciągnięcia tej kuriozalnej rozgrywki, tej pułapki, w którą dałem się złapać.
Mimo wszystko, musiałem zakotwiczyć się w rzeczywistości, musiałem wysłuchać matki Katriny, musiałem ją zrozumieć, musiałem zdecydować o dalszych krokach - a on mnie obserwował, kiwał głową, gdy rozprawialiśmy o szturmie na więzienie, zgadzał się stanąć przy nas - różdżka w różdżkę, mówił, że chce pomóc.
Przestań się mnie bać — szeptał jego głos w mojej głowie, nasiąkając jeszcze większą zachłannością, niż zazwyczaj. — Nie musisz się mnie bać.
Słyszysz?
-VVV-
Kiedy matka Katriny pierwszy raz wzięła udział w ich zebraniu, zachowywała się, jakby uczęszczała na nie od lat - przemilczała kąśliwości Mata, udawała ślepą, gdy Anderson zapatrzył się w jej dekolt niczym sroka w gnat, wysłuchała postępów tego drugiego w tworzeniu świstoklików, kiwając głową co jakiś czas, jakby dawała znak, że wszystko jest dla niej jasne, że wszystko jest dla niej klarowne.
Katrina siedziała tuż obok niej, obserwując z sąsiedniego krzesła jej twarz jak zauroczona, jak otumaniona eliksirem szczęścia, ściskając jej dłoń w swoich drobnych palcach, jakby nigdy nie zastanawiała się, w jaki sposób jej matka znalazła się w posiadaniu tak znaczących informacji.
Harry jedynie zaciskał zęby i słuchał.
— Poprzez piwnice? — zamyśliła się Sophie, kiedy wysłuchała z niepojętą dla nikogo cierpliwością pomysłu Harry'ego co do przedostania się do środka mugolskiego więzienia. — Myślę, że to bez znaczenia, którędy tam wejdziecie, skoro macie zamiar zaatakować otwarcie. Najlepiej po prostu zburzcie te mury, one nie są chronione żadną magią, wiecie?
Harry widział niepokój rodzący się na wielu twarzach, kiedy Sophie wyklarowała przed nimi tę propozycję (zastanawiał się, co właściwie czuje - czuł się wypalony, czuł się pusty jak wypompowany balon), ale to Hermiona ostatecznie wyraziła na głos swoją niepewność.
— Skoro lochy są pod parterem, to czy nie pogrzebiemy czarodziejów żywcem? — zapytała, a Harry spojrzał na byłą przyjaciółkę w zaskoczeniu na jej bezpośredniość - nie tego spodziewał się po tej przeżywającej zawsze wszystko głęboko w sobie kobiecie.
Sophie wzruszyła ramionami i przesunęła wzrokiem po zebranych - Harry zauważył, że ominęła skrupulatnie twarz Snape'a, jakby ta ją odstraszała, jakby jej widok mógłby ją skrzywdzić, jakby miała się przez to sparzyć.
— Oni mają granaty, wiecie? Rzucą w was takim i rozlecicie się jak manekiny witrynowe.
Sophie na migi zaczęła pokazywać proces odbezpieczania i odrzucania granatu, jakby to były jakieś absurdalne kalambury. Anderson odchrząknął cicho.
— Co za jaskrawa wizja — mruknął zrzędliwie pod nosem (Harry słyszał strach przyczajony za słowami jak drapieżnik; zacisnął zęby); Amelia szturchnęła go w żebra łokciem, na co ten tylko odwrócił głowę i splótł ramiona na piersi z taką miną, jakby coś ciężkiego i masywnego uderzyło w jego godność.
— Cóż — skwitowała nieoczekiwanie McGonagall — przynajmniej mamy mapę.
Coś w jej słowach wydało się Harry'emu niebotycznie zabawne, mimo że miał gorącą ochotę wydrapać sobie żyły - cichy śmiech wciąż smakował gorzko w jego ustach; rzeczywiście, mieli mapę, Sophie zabrała się do jej tworzenia, gdy tylko zasiadła do stołu (może nie być idealna — powiedziała, podając ją Harry'emu nad blatem — ale najdokładniejsza, jaką jestem w stanie rozrysować).
Zielonooki poczuł jak Draco opiera czoło o jego ramię - pozwolił mu na to, sam oddałby wiele za jakieś stabilne oparcie, które nie pozwoliłoby mu zwątpić w samego siebie.
— Nie śmiej się, wariacie — mruknął szarooki czarodziej. — Brzmisz, jakbyś tracił grunt pod nogami.
Harry nie chciał przyznawać się do tego, że właśnie to, na dobrą sprawę, ma miejsce.
Sophie spojrzała w ich kierunku i przez moment nie mówiła nic - jej oczy błądziły po twarzy Dracona, jakby starała się w nim doszukać kogoś innego; kiedy Harry'emu przeszło przez myśl, że ta obca im kobieta wychwytuje w rysach twarzy Dracona cech jego ojca, jego twarz stężała, a oczy zaiskrzyły niemą wściekłością (nie potrafił już tego zatrzymać - od rozmowy przeprowadzonej ze Snape'em emocje ulatywały z niego jak boginy z uchylonej szafy) i kiedy już miał rzucić w nią chłodem jak kamieniem, Sophie się odezwała:
— Ty jesteś Draco Malfoy. — Brzmiało to bardziej jak stwierdzenie, niż pytanie, ale mimo wszystko kręgosłup Dracona naprężył się nieznacznie, a jego podejrzliwe spojrzenie spoczęło na Sophie, kiedy kiwał w potwierdzeniu głową.
Sophie zmarszczyła czoło i wyciągnęła rękę przez stół, jakby chciała pochwycić dłoń Dracona - której przecież nie mogła dosięgnąć ze swego miejsca.
— Tak mi przykro — oznajmiła, brzmiąc tak szczerze, że teraz także i Harry wyprostował się, nienaturalnie spinając mięśnie jak człowiek pod batem, zastanawiając się, co też ta kobieta stara się im powiedzieć. Zerknął niepewnie w stronę Dracona, a jego serce zacisnęło się w piersi. Te szare, znajome oczy miały tak rozdzierający wyraz, że Harry nie mógł się powstrzymać przed wyciągnięciem ręki i zaciśnięciem palców na jego dłoni - szarooki zdawał się tego w ogóle nie zauważyć; Draco świdrował Sophie takim wzrokiem, jakby obawiał się, że rozumie, o czym ona mówi, ale nie dopuszczał tego do świadomości - nie teraz, nigdy, przenigdy. Nie zapytał, co miała na myśli, jakby nie chciał przyspieszać czasu, w którym będzie mu dane usłyszeć tę wiadomość.
Sophie zaciągnęła się głęboko powietrzem.
(Czasami lepiej nie poznawać prawdy — pomyślał Harry o dwie sekundy za późno).
— Twoja matka... — Na dobrą sprawę nie musiała kończyć tego zdania.
Harry poczuł, jak dłoń mężczyzny wysuwa się spomiędzy jego palców, przesypując się przez nie jak piasek, jak coś kruchego, jakby jego ciało nigdy nie posiadało stałej, jednolitej konstrukcji.
Jego oczy przesunęły się na twarz szarookiego, która z każdą chwilą zdawała się tracić kolor, zdawała się rozpadać, rozdzielać - na części, na pyły.
— Draco — wyszeptał Harry, ale nawet nie przypuszczał, że młodego czarodzieja pochwycą niekontrolowane drgawki, że zsunie się z krzesła, jak bezwolna kukła, której sznurki odcięto (Harry będzie próbował go pochwycić, ale ciało mężczyzny wyślizgnie się z jego palców jak kostka lodu - mimo to osunie się z krzesła zaraz po nim, wyciągając ku niemu dłonie jak w niemej prośbie, jak w błaganiu), że zacznie się śmiać tak gorzkim śmiechem, jak Harry zaledwie kilka godzin wcześniej. — Draco! — Panika - musiała wyraźnie zabrzmieć w jego głosie; młody Malfoy zaczął trząść się tak mocno, że Harry bał się, że dostał on jakiegoś napadu, jego rozbiegane oczy były tak boleśnie bezradne, że coś zacisnęło się głęboko w gardle drugiego czarodzieja, jakaś niewidzialna pięść chwyciła i ani myślała puścić.
Jego świat się skurczył - nie widział nic innego, poza Draconem - Draconem, który sypał się w drobny mak prosto w jego dłonie, Draconem, który przepadał, jakby go tracił.
Draco wyrwał się z jego ramion, jakby Harry był inferiusem, jakby zamierzał zacisnąć na nim palce, zapętlić je wokół jego nadgarstków, wokół szyi i ścisnąć - zielonooki, z sercem, które krajało się w jego piersiowej klatce, patrzył bezradnie, jak szarooki, młody mężczyzna na czworakach gramoli się w kąt, jakby rozpaczliwie próbował przed czymś uciec, pomimo że jego nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Patrząc na krokodyle łzy toczące się w dół jego twarzy, Harry miał wrażenie, że po raz pierwszy (i zapewne ostatni) widzi Dracona całkowicie podatnego na zranienie - jak dziecko w obliczu ogromu wszechświata, przerażone wizją potwora spod łóżka.
— Harry — niepewny głos Amelii przypomniał mu, że nie są sami; musiał wyglądać jak dzikie, osaczone zwierzę, kiedy nie wstając z podłogi, łypnął płonącym jak stal wzrokiem w stronę zebraniowego stołu i powiedział: „wynoście się wszyscy" i wiedział, że brzmi śmiertelnie poważnie, wiedział, że jego głos przybrał złowróżbny ton, wiedział, że to zabrzmiało jak groźba, ale to nie miało znaczenia, nie, kiedy Draco zaczął obejmować pod ścianą swoje kolana i kołysać się w tył i w przód, w tył i w przód, jakby miał chorobę sierocą. Nie wstając z podłogi, podpełzł na czworakach do Dracona, który zdawał się nie dostrzegać świata wokół siebie. Poczuł, jak coś w nim pęka, kiedy wyciągnął rękę, a Draco spojrzał na nią jak na narzędzie zbrodni - w jego srebrnych, błyszczących oczach zamajaczyło przerażenie.
— Draco — powtórzył zduszonym, łzawym tonem, czując, że to już za wiele, że nie wytrzyma jeszcze jednej próby od losu, że ma już dość, naprawdę dość, dosyć wszystkiego i wszystkich, dosyć, dosyć, dosyć. — Draco, proszę — nie wiedział, o co prosi, ale powtarzał to raz, za razem, póki drugi czarodziej nie przestał się wzdrygać, kiedy się do niego przysuwał - jak w treansie, póki nie spojrzał na niego, jakby nareszcie go dostrzegał, jakby go rozpoznawał - choćby przez łzy, choćby ledwo - Harry zawinął ramiona wokół chudego ciała mężczyzny, a Draco pozwolił mu, aby oplótł się wokół niego jak wąż, jak żmija i trzymał go bardzo mocno, jakby od tego, czy go puści zależało całe jego życie.
Harry, umierając z rozpaczy, wcisnął swoją twarz w zagłębienie szyi Dracona, wpijając palce w jego ramiona, a te plątały się w jego szacie, tonęły w niej, gubiły się jak dzieci na rozstaju dróg.
Draco zaczął łapać powietrze tak łapczywie, jakby się nim żywił, a jego głos był nienaturalnie głośny, niepospolicie drżący, jakby był zamkiem z kart na moment przed upadkiem.
— To mnie... kiedyś... udusi — wycharczał Draco, łapiąc dech pomiędzy kolejnymi słowami, jakby naprawdę był bliski uduszenia się, jakby nie potrafił pobierać tlenu z otoczenia i oddzielać go od innych gazów.
Harry, czując, jak jego twarz rozpada się i sypie po kątach jak kurz, mocniej wcisnął nos w zagłębienie szyi jasnowłosego mężczyzny.
— Nauczymy się z tym oddychać — obiecał, zaciskając mocniej palce na ciele Dracona, czując pod opuszkami drżenie jego mięśni. Zamknął oczy.
-VVV-
Kiedy ponownie uchylił powieki, jego pierwszym wrażeniem było, że upłynęły całe godziny. Poprawił swoje usadzenie - twarda podłoga wbijała mu się w kość ogonową - i odsunął głowę od oddychającego równomiernym, spokojnym rytmem Dracona (trochę, jakby spał — przemknęło Harry'emu przez myśli). Rozejrzał się po sali lekko zamglonym, zmęczonym wzrokiem i wcale się nie zaskoczył, gdy natrafił nim na czarne, przenikliwe spojrzenie Snape'a - tym, co go zdziwiło, była obecność Sophie, jakby ich pilnowała, jakby nie chciała zostawiać ich sam na sam z ojcem jej córki, jakby wiedziała coś, czego nie wiedział nikt inny.
Harry uśmiechnął się beznamiętnie, mając wrażenie, że się wypalił, że nie pozostało w nim nic, co ludzkie.
— Przyglądałeś się, jak się rozpadamy? — zapytał Snape'a, brzmiąc podobnie do tego, jak brzmiał Syriusz Black, kiedy uciekł z Azkabanu - jakby od dawna nie używał własnego głosu.
Snape nie odpowiedział - wpatrywał się w niego trudnym do interpretacji wzrokiem, gładząc opuszką wskazującego palca wąskie wargi.
Zielonooki niemal niedostrzegalnym gestem głowy wskazał na siedzącą zaraz obok Naczelnika Sophie, wyglądającą, jakby gryzła się z myślami, czy dać jemu i Draconowi jeszcze moment prywatności, czy podejść do nich, z zamiarem przeskanowania zaklęciem stanu ich psychiki.
— Dlaczego? — zapytał, sam nie wiedząc, o co dokładnie (co dlaczego, Harry? — zrugał się w myślach. — Dlaczego ona tu jest? Przecież sam ją tu ściągnąłeś. Dlaczego przygląda się wam, jakby jej zależało? Doskonale wiesz, że nie może jej zależeć - nawet was nie zna, nie zna was ani trochę).
— Nie jestem szalony, wiesz? — zwrócił się Harry w stronę kobiety, widząc jej spojrzenie ciążące na jego twarzy. — I nie znam legilimencji — dodał, gdy przeciągła zmarszczka zawitała na jej blade czoło. Jej usta uchyliły się nieznacznie, jakby szukała słów, którymi mogła zapytać. — Tak, czuję się świetnie — odpowiedział na niezadane pytanie, przewidując, że będzie ono należało do gamy tych standardowych, do których przywykł w ciągu długich lat, do których zdołał się nawet w jakimś stopniu przyzwyczaić. Kiedy grymas na twarzy kobiety stał się niepewny, Harry westchnął i przycisnął czoło do ramienia milczącego, wpatrującego się w jeden punkt w przestrzeni Dracona. — Nie, naprawdę nie czytam ci w myślach.
Cichy śmiech Snape'a zabrzmiał jak żerujący po łowach drapieżnik. Harry przygryzł dolną wargę i zapytał z niepewnością czającą się za słowami:
— Mogłabyś... to znaczy, czy mogłaby pani — poprawił się Harry, oddychając głęboko, mając wrażenie, że jego mózg został w kilku procentach odparowany — zabrać Draco do Skrzydła Szpitalnego?
— Nigdzie nie idę — wymamrotał młody Malfoy, a Harry spojrzał na niego, nie potrafiąc powstrzymać niewielkiego, bladego uśmiechu, który naciągnął się na jego usta jak gumowy materiał.
— Witamy w świecie żywych — powiedział miękko, podczas gdy Sophie wstała, prostując kręgosłup z lekkim przesadyzmem, ściągając łopatki i unosząc głowę tak wysoko, że Harry przez moment obserwował ścieżkę jej długiej szyi biegnącej ku odznaczającym się na głębokim dekolcie obojczykom i postukując obcasami, podeszła do nich, wyciągając szczupłą rękę w stronę Dracona, który wszczepiał palce w ramię Harry'ego jak pijawka, jakby wisiał nad przepaścią, a ręka zielonookiego mężczyzny była jego jedynym oparciem.
— Nigdzie nie idę — powtórzył słabym głosem Draco — nie bez Harry'ego.
Harry wziął dłoń Dracona w swoje dłonie, patrząc w jego twarz z niepokojem, którego nie potrafił się pozbyć.
— To śmieszne — odezwał się cicho Draco, wciąż nie spoglądając na nic konkretnego, wyglądając, jakby unosił się gdzieś ponad własnym ciałem, ponad światem i przestrzenią — moja matka, która całe życie stroniła od mugoli, na sam koniec jej marnej egzystencji utknęła jako więzień w mugolskim ośrodku karnym. — Mężczyzna prychnął, a chwilę potem z jego ust wydobył się śmiech, który przeraził Harry'ego bardziej, niż jakiekolwiek słowa byłyby w stanie.
— Draco... — wyszeptał, szukając słów, którymi mógłby odebrać z jego serca część tego bólu, który tak wyraźnie odbijał się w srebrnych oczach.
— No powiedz, czy to nie śmieszne, Harry? — Draco nie przestał się śmiać; jego oczy były tak otwarte, jego umysł tak podatny na zranienie, że Harry miał ochotę złapać jego głupią szatę w pięść i potrząsnąć nim z całej siły, każąc natychmiast się uspokoić (zamiast tego mocniej owinął palce wokół jego dłoni). — No powiedz, Harry! — podniósł głos Draco; Harry poczuł, jak łzy przyduszają jego gardło.
— Nie, Draco — wydusił, sięgając drżącymi palcami do jego twarzy, pragnąc wygładzić to napięte czoło, powstrzymać ten przyspieszony, nienaturalny rytm oddechu, zdusić ten gorzki, twardy śmiech, w którym więcej było cierpienia niż na tej pobladłej skórze wokół migoczących oczu. — Nie, to w ogóle nie jest śmieszne. — Jego wargi były tak zdrętwiałe, że prawie ich nie czuł. — To wcale nie jest śmieszne — powtórzył prosząco, gdy Draco odchylił głowę do tyłu, nie przestając trząść się ze śmiechu.
Sophie nie cofnęła ręki - przyglądała się milcząco Draconowi, jakby na coś czekała; Harry pomyślał, że jeżeli ten opętańczy śmiech za moment się nie urwie, to niebawem przyjdzie mu oszaleć. Bezwiednie wyciągnął ramiona, oplatając wokół chudego ciała blondyna (pod dłońmi czuł układ jego żeber, wibracje jego mięśni, ale nie puścił, nie puścił, mimo że śmiech Dracona nie ucichł, wręcz przeciwnie - wzmógł się jak deszcz przechodzący w istną ulewę) i zaczął kołysać go, jakby ten był dzieckiem, w lewo, w prawo, w lewo; czuł łzy kręcące się pod powiekami jak ptaki latające w kółko. Oparł czoło o jego skroń, szepcząc zapamiętale:
— Draco, powinieneś z nią iść do Skrzydła Szpitalnego, do Parkinson, jesteś zmęczony, odpoczniesz, prześpisz się i będzie lepiej, będzie lepiej, Draco...
— Będzie? — zapytał głucho szarooki, zaciskając palce na dłoni Harry'ego, który nie miał już siły udawania silnego, który najbardziej pragnął skulić się na tej zimnej ziemi i idąc za radą przeklętego Snape'a, pozwolić sobie zapomnieć o świecie; przełknął ciężko i zacisnął usta. — Jak... — Draco zaciął się, jego głos zadrżał, jak mugolski samolot podczas turbulencji; odetchnął głęboko i ponowił próbę: — Jak ty to znosisz, Harry? Świadomość, że nigdy już nie zobaczysz swoich rodziców?
Harry zesztywniał, ale nie oderwał twarzy od Dracona, jakby jego skóra przykleiła się do tej nienaturalnie pobladłej powierzchni. Przełknął rosnącą z każdą chwilą gulę w gardle i z wielkim trudem wykrztusił z siebie:
— Pozwól zaprowadzić się do ambulatorium.
Draco prychnął i odwrócił głowę, jakby nie chciał, aby Harry widział ściekające mu po twarzy łzy.
— A co, Parkinson ma jakiś genialny eliksir, który załata dziurę po zranieniu tego kalibru? — zaszydził, ale w jego głosie więcej było nadziei, niż czegokolwiek innego; Harry miał ochotę się rozpłakać.
— Z pewnością pomoże ci bardziej, niż ja kiedykolwiek będę w stanie — wyszeptał zielonooki czarodziej, mając wrażenie, że jeśli odezwie się głośniej, jego głos pęknie jak stara, zgrana płyta.
Draco zaśmiał się - jego śmiech brzmiał tak beznamiętnie, że Harry'emu zakręciło się w głowie.
— Masz tak niskie mniemanie o własnych zdolnościach? — zaszydził Draco, brzmiąc, jakby z całych sił starał się zakotwiczyć w rzeczywistości.
Harry uśmiechnął się blado pod nosem.
— Magomedycznych? Tak.
Draco skinął głową, jakby przyjmował to do wiadomości, jakby akceptował odpowiedź na jakieś skomplikowane, egzaminatorskie pytanie. Jego dłoń puściła rękę Harry'ego.
— W porządku — powiedział cicho.
Harry zamknął oczy, dziękując za tą odpowiedź wszystkim bóstwom, i powoli rozplątał ramiona zaciśnięte wokół Dracona jak pnącza dzikiej róży oplatające się naokoło schodowej barierki. Z sercem bijącym jak uderzenia werbla przyglądał się, jak Draco przyjmuje (nareszcie, Merlinie, nareszcie) ofiarowaną mu dłoń Sophie i pozwala pociągnąć się na nogi.
— W porządku — powtórzył jasnowłosy, unosząc swój rozdarty jak podziurawiona płachta wzrok na kobietę, która ułożyła drobną dłoń na jego kościstym ramieniu i poprowadziła w stronę wyjścia jak przewodnik niewidomego.
Kiedy znikali za drzwiami, Draco odwrócił głowę, by na niego zerknąć; w szarych, zapłakanych oczach jak mur wybudowany pospiesznie i niechlujnie jaśniała nadzieja.
-VVV-
Jego kocie, zwinne ruchy zawsze miały w sobie coś takiego, co sprawiało, że Harry obawiał się, że w momencie, w którym pozwoli sobie spuścić go z oczu, stanie się coś całkowicie nieoczekiwanego.
Mimo to nie potrafił zdobyć się na podniesienie wzroku kontemplującego własne, blade dłonie; siedział nieruchomo na podłodze, czując drażniącą pustkę w miejscu, które jeszcze chwilę temu zajmował Draco wszczepiony w jego objęcia jak kałamarnica owijająca wokół ludzkich ramion swe macki; potarł o siebie opuszki palców, spodziewając się, że jeśli to zrobi, to dziwne poczucie wybrakowania minie, że coś zastąpi pustkę, którą odczuwał, coś ją uleczy.
Tak się oczywiście nie stało; słyszał szelest szaty, gdy mężczyzna przyklękał przy nim (towarzyszył temu ucisk w gardle, który wbijał się w niego jak kołki, jak ciernie) i Harry, czując czarne oczy lepiące się do jego naciągniętych rysów twarzy jak wiatr, uniósł powoli głowę i uchwycił przenikliwy wzrok Snape'a. Przewiercające obsydianowe oczy przyglądały mu się z zamyśleniem, zanim ciche słowa nie padły spomiędzy tych cienkich warg jak okruchy tanich złudzeń:
— Byłbym w stanie go uleczyć.
Harry poczuł, jak kark mu sztywnieje, a wzdłuż kręgosłupa przebiega salwa lodowatych dreszczy.
Mógł znieść zastraszanie, mógł znieść niepewność co do intencji drugiego człowieka klejącą się do jego palców z siłą pajęczej nici, mógł znieść i ból - tego po ubiegłej wojnie nauczył się jak jazdy na rowerze, tej cichej, odważnej akceptacji na wyrządzane mu krzywdy - ale świadomość, że miałby dopuścić Snape'a do Dracona i do tego dać mu swoje błogosławieństwo, przyprawiała go o mdłości.
To zawsze było gdzieś w nim, ukryte głęboko na dnie - ten cień drapieżnika, który gotów jest wyłonić się spod ciemnych kłębów nieprzejrzystej, czarnej wody jak inferius i rzucić się w obronie tych, na których mu zależało. Jego serce zadrżało, a gardło zapiekło jak potraktowane kwasem, ale jego oczy - ta wirująca zieleń, z której w minionym dniu pozwolił wylać się zbyt wielu emocjom - one przykryły się siateczką szronu jak szkło szyby w grudniowy, zimny poranek.
Nie widziałeś mnie, kiedy zabijałem Toma — pomyślał Harry, czując, że nic go już nie jest w stanie uratować od tego lodowatego cienia, obłapiającego go z każdej strony, wlewającego się do jego ust, spływającego wzdłuż gardła, muskającego oczy - te okna duszy - jak odnogi dementora — ale przyrzekam ci, że pozwolę ci zobaczyć w sobie odbicie mojej osoby tamtego dnia. Nie jestem tak łagodnym barankiem, jak zdaje ci się wydawać.
Z gardła Harry'ego jak woda ze studni wylał się tak intensywny, ostrzegawczy warkot, jakby dochodził z paszczy niebezpiecznego, wygłodniałego wilka.
— Nie zbliżaj się — powiedział Harry, brzmiąc niczym demon ukryty w mroku — do jego umysłu.
Snape wpatrywał się w odpowiedzi w jego twarz z tym nieokreślonym wyrazem oczu, którego interpretację Harry już dawno postanowił sobie darować.
Przez głowę Harry'ego przemknęła niebezpieczna myśl, która wygięła jego rysy w jakiś mało ludzki grymas, który - czuł to doskonale - przykleja się do jego twarzy, wyginając ją w absurdalne strony, poruszając mięśnie, z których istnienia Harry nawet nie był świadom.
Zielone oczy zapłonęły jak stal, kiedy wwiercały się w te puste, czarne źrenice niemające dna.
— Czy — zapytał Harry, nie poznając własnego głosu - brzmiał tak drapieżnie, tak zwierzęco, ale Harry'ego to nie obchodziło, ponieważ wszystko traciło na znaczeniu w obliczu wątpliwości, które zrodziły się w jego umyśle, na powrót przyciągając ku niemu stare obawy i stare podejrzenia, które na tak długi czas zostały z niego wyplenione — wydałeś Molly Weasley w ręce mugolskich władz? Choćby nie osobiście, choćby za pośrednictwem? Czy przyłożyłeś własne dłonie do jej śmierci z rąk mugoli?
W oczach Snape'a coś się zmieniło, coś w nich przygasło, a coś innego przybrało na intensywności - jak płomienie ognia trzaskającego w kominku zmieniające położenie, prześlizgujące się gorącymi pasami po przestrzeni jak klątwa na metalowej powłoce. Jego perfekcyjna, szlifowana latami maska drgnęła, jakby coś w nią ugodziło, coś ciężkiego i ostrego - zafalowała jak odbicie światła w lustrze, ale nie pękła jak szkło, w które ktoś cisnął kamieniem, wręcz przeciwnie, zdała się utwardzić jeszcze bardziej. Przysunął bladą twarz bliżej twarzy Harry'ego tak, że niemal stykali się nosami - zielonooki czuł jego ciepły oddech owijający się wokół jego rysów twarzy jak wiatr przemykający między klifami.
— Nie — powiedział bardzo powoli i bardzo wyraźnie Snape, patrząc mu prosto w oczy.
Niewiara jego słowom musiała być wyraźna na twarzy Harry'ego, bo jego wzrok stwardniał raptownie jak za sprawą zaklęcia.
— Powiedz mi, dziecko, czemu miałbym pozbywać się tych, którzy w świetle prawa mi podlegają? Dlaczego miałbym pozbywać się podwładnych?
Harry miał wrażenie, że coś gorzkiego, kłującego i żarzącego się jak iskry przesuwa się po jego podniebieniu — i dlaczego, na Merlina, zdaje mi się, że mój język nagle spuchł mi w ustach? — pomyślał ze zdegustowaniem.
Nie wiedział, czy to jest test, czy to jest jakiś genialny, ironiczny sprawdzian jego wytrzymałości, siły jego własnej psychiki, ale, nawet jeśli nim nie był, Harry czuł, jak słowa, które musiał wypowiedzieć, utykają mu w gardle, niemal dusząc, dławiąc, boląc.
— Żeby mnie ukarać — powiedział powoli i wyraźnie, zanim jeszcze nie stracił odwagi. — Ukarać mnie za moje zachowanie tamtego dna w okolicach upadającego Ministerstwa Magii w mugolskich zaułkach przy jakichś starych, walących się blokach. Żeby mnie okiełznać, żebym nawet nie śmiał sprawiać problemów.
Snape odchylił się nieznacznie, aby móc lepiej przyjrzeć się jego twarzy.
— Ukarać cię — powtórzył przyciszonym głosem; Harry miał wrażenie, że serce na moment zatrzymuje się w jego piersi. — Dziecko... — westchnął Snape, brzmiąc, jakby naprawdę był już zmęczony; kiedy jego dłoń uniosła się, a palce osadziły na jego karku, a usta wyszeptały jakieś słowo, których sens zagubił się gdzieś po drodze między jego strunami głosowymi a uszami młodszego czarodzieja, Harry poczuł mrowienie magii, a następnie paznokcie Snape'a przeszyły skórę jego karku jak igły (udławił się zaciąganym powietrzem); Harry czuł się, jakby pod jego skórą zostało ulokowanych tysiące ostrych jak brzytwa, cienkich jak papier, szklanych drobinek, które sprawiły, że przez moment biel zabłysła mu przed oczami jak światło flesza. — Gdybym chciał cię ukarać, zrobiłbym to bez wchodzenia w pakty z mugolami.
Ból był czymś, co znał, czymś, co pamiętał - powracające echo przeszłych dni, pukające do jego drzwi, wychodzące mu naprzeciw z szyderstwem wypisanym w migoczących oczach.
Przetrwałem opętanie Czarnego Pana — pomyślał chłodno Harry, akceptując przeszywający jego unerwienie ból, zamykając się na echo przeszłości — nie jesteś w stanie zranić mnie na ciele bardziej, niż on.
Dlatego też, zamiast krzyczeć, płakać, błagać, wyrywać się albo czekać bezradnie, aż ból minie, pozwolił swoim ustom wygiąć się w ironiczny grymas i siląc się na spokój odrzucić cierpienie, zastępując krzyk pytaniem:
— Dlaczego miałbym ponownie zaufać słowom, o które już raz się sparzyłem? Dlaczego miałbym w to uwierzyć?
Ból minął tak nagle, jak się pojawił. Harry, starając się skupić wzrok, spojrzał ze znużeniem w ziemistą twarz przyglądającego się mu mężczyzny; opuszki bladych palców zaczęły gładzić powoli pulsujący tępym bólem kark. Zielonooki mężczyzna poczuł lepką, gorącą krew zraszającą jego skórę, ale nie odwrócił oczu.
— Harry — powiedział cicho czarodziej, przenosząc palce na jego twarz - rozmazując mu tym samym krew po policzku - i pochylając głowę, jakby próbował mocniej zakotwiczyć swoje spojrzenie w zielonych przestrzeniach oczu Harry'ego — nigdy nie wydałem żadnego czarodzieja w ręce mugoli.
Harry zmrużył oczy, nie wiedząc, co powinien o tym myśleć.
— Mogę być niebezpieczny — przyznał Snape, jakby dla potwierdzenia w ten sam sposób, w który zranił go w kark, smagając jego policzek; Harry zacisnął zęby i słuchał — i bezwzględny — dopowiedział cicho czarnooki — i okrutny. Mogę wymagać całkowitego posłuszeństwa i oczekiwać po innych bezdyskusyjnego zastosowania się do moich poleceń. Mogę pragnąć władzy — powiedział - jego głos przeszedł w szept; jego palce nie opuściły jego policzka - Harry był mgliście świadomy tego, że jego krew musiała utkwić pod paznokciami Snape'a jak kurz — pragnąć tego jedynego w swoim rodzaju poczucia kontroli nad drugim człowiekiem, sycić się tym, pić z tego, chcieć posiąść kogoś silnego, mieć go — dłoń mężczyzny poruszyła się; czarnooki z niepojętą dla Harry'ego delikatnością uniósł wyżej jego podbródek, jakby chciał tym pokazać, że to postać Harry'ego kryje się za jego wypowiedzią — pod własną dłonią, pod własnymi słowami. Mogę kierować społeczeństwem ostrą ręką i oddychać z rozkoszą, gdy dostosuje się ono pod moje wymogi jak posłuszne, bezwolne szczenię, ale zastanów się, Harry, kto by mi pozostał, gdybym pozbywał się moich ludzi, wydając ich pod jurysdykcję mugoli?
Harry przełknął ślinę, czując szalejące w jego piersi serce, ze wszystkich sił starając się go uspokoić i nie potrafiąc.
Oto jest — pomyślał Harry, starając się oddychać spokojnie, starając się nie truchleć na myśl, co ta niebezpieczna bestia spoglądająca mu prosto w oczy byłaby w stanie z nim uczynić — Naczelnik wyzbyty woalki chłodnej obojętności.
Harry patrzył na niego, zastanawiając się, co dokładnie czuje. Nie bał się - nie tak bardzo, jak wiecznej niepewności, nie tak bardzo, jak wówczas, kiedy patrząc w oczy Snape'a, nie wiedział, co wibruje pomiędzy strunami jego duszy, ale teraz, widząc prawdziwą twarz, której do tej pory było mu dane zauważać jedynie przebłyski, czuł pustkę topiącą go w swej rozpiętości.
Snape się uśmiechnął.
— Nie wierzysz mi — ocenił, a Harry, mimo że wiedział, że to nie miało w sobie nic z pytania, odrzekł cicho:
— Nie wiem. — Chciało mu się śmiać za taką szczerość wylewającą się przy nim z jego gardła; pokręcił głową, uśmiechając się chłodno. — Twoja przeklęta mowa mnie zmieszała. — Coś zamajaczyło w jego głowie, coś, co wypowiedział na głos, zanim się zastanowił. — Ale dobrze jest wreszcie odróżniać czarny od białego, zamiast widzieć zlepek nieokreślonych szarości.
Harry ocenił, że Snape wydawał się zamyślony po jego słowach - wpatrywał się w niego, a jego palce - raczej bezwiednie - zaczęły gładzić jego szczękę.
— Tak będzie lepiej — powiedział, bardziej do siebie, niż do Harry'ego. — Wreszcie na stałe znajdziesz się w miejscu, przez które zdajesz się jedynie przewijać.
Harry nie potrafił nie spojrzeć przelotnie na wpadającą w mętną szarość, zakurzoną, brudną podłogę wyglądającą jak śmiejąca mu się w twarz zapowiedź jego przyszłości.
-VVV-
Czuła, jak jej się przygląda - ta ruda dziewczyna, która patrzyła na Harry'ego, jakby coś dla niej znaczył (jakby to ona coś dla niego znaczyła). Ignorowała to tak długo, jak była w stanie, bujając nogami, przerzuconymi pomiędzy barierką wieży, w powietrzu jak dziecko siedzące na huśtawce. Udawała, że jej nie zauważa, udawała bardzo długo, jednak wreszcie, gdy minuty mijały, a ta namolna dziewczyna nadal się w nią wpatrywała, z irytacją odwróciła ku niej głowę, konfrontując ich spojrzenia.
— No, co? — warknęła zajadle, spodziewając się, że kobieta się zaczerwieni, wymamrocze coś pod nosem i sobie pójdzie, zostawiając ją samą sobie. Poczuła nieme skonfundowanie, gdy ta uśmiechnęła się niewyraźnie i powiedziała:
— Masz śliczne oczy.
Chwilę potem odwróciła się i powoli odeszła, pozostawiając oniemiałą Katrinę obserwującą te rude, długie kosmyki muskane porywami wiatru, tańczące wokół jej głowy jak ogniste ptaki.
-VVV-
Sophie weszła do pomieszczenia, przyglądając się spod zmrużonych oczu Severusowi klęczącemu nad bardzo bladym Potterem, siedzącym na wytartej, brudnej podłodze, wpatrującym się ze znużeniem we własne dłonie. Nawet nie podnieśli na nią głów, kiedy przestąpiła próg.
Sophie, mając bardzo złe przeczucie, zbliżyła się do nich i chcąc nie chcąc przykucnęła obok, spoglądając z niepewnością na młodego mężczyznę.
— Harry? — zwróciła na siebie łagodnie jego uwagę, ale ten i tak drgnął, jakby wcześniej wcale jej nie zauważał i spiął się ewidentnie, jakby oczekiwał po niej ataku. — Wszystko będzie z nim dobrze, dostał eliksir na uspokojenie, ja...
Harry patrzył na nią dłuższą chwilę, nie odpowiadając ani słowem; Sophie poczuła wżerający się w jej kości niepokój.
— On poczuje się lepiej — spróbowała ponownie. — Potrzeba mu tylko odpoczynku i...
— Wróciła tu pani, żeby mi o tym powiedzieć? — zapytał Harry; jego oczy były dziwnie przygaszone.
Sophie poczuła się zakłopotana, choć nie potrafiła jasno stwierdzić dlaczego. Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się blado.
— Wydawałeś się... zaniepokojony...
Harry prychnął szyderczo, odwracając od niej wzrok; Sophie, czując lekką konsternację, odetchnęła głębiej niż zwykle i postanowiła nie przerywać.
— ...więc pomyślałam, że chciałbyś...
— Nie potrzebuję pani współczucia — wypluł z siebie Harry, jakby miał do czynienia z rzadką trucizną, z którą nie potrafi sobie do końca poradzić.
Sophie przygryzła wargę, usilnie starając się nie podnieść wzroku na Severusa, którego oczy obserwowały to ją, to Pottera - jak drapieżnik na łowach wybierający najsłabsze ogniwo.
— Kim jest — zaczęła niepewnie Sophie — ta młoda, ruda kobieta, która się...?
Harry zwrócił ku niej swój wzrok, który uderzył w Sophie jak lód; kobieta zapomniała na moment, co właściwie miała zamiar powiedzieć.
— Nie pani interes — wyszeptał Harry; brzmiał tak, jakby przymierzał się do skręcenia jej karku; Sophie przełknęła ślinę.
— Przepraszam, nie chciałam być wścibska, ja... — starała się odnaleźć słowa na własnym języku, ale ich sens przepadł gdzieś pomiędzy rozsądkiem a niepewnością. — Przypomina mi kogoś, kogo niedawno poznałam — przyznała w końcu; niepokój obsiadł jej gardło jak szron zimową szybę.
Nie spodziewała się, że reakcją na jej słowa będzie chłodny uśmiech Harry'ego.
— Fascynujące — odpowiedział, przyglądając się jej jak wyjątkowo namolnej musze kręcącej się pod uchem.
Sophie wzięła głęboki oddech, starając się ze wszystkich sił zignorować szyderczy cień, który osiadł pod oczami Severusa jak mżawka.
— Czy... czy ona nie jest przypadkiem z Weasleyów? Ja...
— Weasleyowie — powtórzył przeciągle Harry, odginając głowę do tyłu i wpatrując się ze znużeniem w sufit. — Rodzina z tendencją spadkową — zaśmiał się ze swoich słów, jak z dobrego żartu; Sophie zmarszczyła czoło. — Najpierw Ron, później Fred, pani i pan Weasley... Gałęzie tego drzewa są rozległe, a przecinają się i padają jak potraktowane mugolską piłą mechaniczną.
— Pani Weasley? Masz na myśli... Molly Weasley? — zapytała cicho Sophie, czując zimno, które przelało się przez jej ciało jak strach.
Zielone oczy padły na jej twarz, w ich przestrzeni czaiła się jakaś dziwna nuta drapieżnej ostrożności.
— Co za rozeznanie — wyszeptał, jego oczy spoglądały na nią bez mrugnięcia, czujne, oceniające.
Sophie poczuła ból gdzieś głęboko w sercu. Spoglądała na tę młodą twarz i podziwiała ogrom siły, jaką nosił w sobie ten człowiek, który przetrwał tak wiele, tak dużo wytrzymał. Łzy zakręciły się w jej oczach, ale nie uroniła ani jednej, zamiast tego splotła razem dłonie, w których - zdaje się - straciła na moment czucie i powiedziała łamiącym się głosem:
— Harry, Molly Weasley żyje.
Zielone oczy w ułamku sekundy skupiły się na niej jak celownik mugolskiej broni palnej.
— Co powiedziałaś? — wyszeptał; jego źrenice stały się wielkie jak księżyce w pełni; Sophie ze wszystkich sił starała się powstrzymać od nerwowego drgnięcia, mając wrażenie, że żal zatapia jej duszę.
— Ona żyje — powtórzyła, dusząc się łzami — i jest w tym samym więzieniu, w którym przetrzymywana jest Narcyza Malfoy.
Harry wpatrywał się w jej twarz, jakby szukał na niej kłamstwa, jakiejś oznaki, że to nic, tylko pułapka, w którą powinien się wplątać.
— Żyje — powtórzył głucho; przeniósł wzrok na Severusa, jakby był on jakimś ogniwem rozstrzygającym i wwiercił w jego twarz natarczywe spojrzenie. — Myślałem... — wyszeptał, skacząc spojrzeniem pomiędzy jego czarnymi oczami jak sroka przemieszczająca się z kamienia na kamień; jego głos złamał się, a oczy przeniosły na powrót ku Sophie. — Molly Weasley? Jest pani pewna, że mówimy o tej samej kobiecie?
Sophie przygryzła dolną wargę, patrząc na młodego mężczyznę z niejakim rozżaleniem.
— Jestem całkowicie pewna, Harry — powiedziała, uśmiechając się z zatroskaniem, które niczym koronka zwieńczył klejący się do jej umysłu ból; chciała wyciągnąć rękę i dotknąć tych pobladłych palców, ale nauczona doświadczeniem zdusiła tę chęć w zarodku. — Widziałam ją zaledwie kilka dni temu.
— Kilka dni... — mówił jak nagrany na magnetofon, monotonny spiker, wydając się próbować wyłapać własnym rozkojarzonym umysłem sens wypowiadanych do niego słów. Nagle coś w nim zaskoczyło i przez moment wyglądał, jakby żołądek podchodził mu pod gardło. — O Morgano — zaskomlał, przechylił się chwiejnie, opierając dłońmi o podłogę i zacisnął oczy, jakby świat zaczynał kręcić się przed nim jak na karuzeli; Sophie jęknęła cicho, gdy Harry wyrzucił z siebie z gwałtownością całą zawartość własnego żołądka; zapach żółci wdarł się w nozdrza Sophie jak siarka. — O Morgano — powtórzył pomiędzy dopadającymi go torsjami.
Sophie, patrząc na niego i nie wiedząc, jak powinna mu pomóc, wyciągnęła ręce, chcąc odgarnąć te czarne, przydługie kosmyki z jego twarzy, ale zawahała się, gdy czarne oczy Severusa potraktowały ją lodowatym, przeszywającym spojrzeniem — spojrzeniem kamienia — pomyślała. Powoli (i nie bez zawahania) pozwoliła swoim dłoniom opaść; składając je na podołku, obserwowała, jak Severus przysuwa się bliżej tego młodego ciała i niezwykle delikatnym gestem wsuwa swoje ziemiste, długie palce we włosy zielonookiego, odgarniając je z tej wykrzywionej bólem i zażenowaniem, pobladłej twarzy.
Sophie poczuła ziarno irytacji, które powoli zaczęło kiełkować w jej umyśle jak zaraza; przerzuciła pełen zarzutu wzrok na Severusa i wycedziła przez zęby, sycząc jak na niewychowanego psa:
— Nie powiedziałeś mu, ty przeklęty bydlaku?
Severus nawet na nią nie spojrzał, kiedy udzielał odpowiedzi swoim zwyczajowym, zimnym, konwersacyjnym tonem (Sophie naprawdę mocno zapragnęła przyłożyć mu w splot słoneczny; naprawdę mocno):
— Nie mam obowiązku informowania Harry'ego o czymkolwiek.
Ziemiste palce przeczesały czarne kosmyki Harry'ego, który nie zareagował na te słowa tak, jak każdy sfrustrowany człowiek by to zrobił; Sophie poczuła, że robi jej się niedobrze.
Harry zacisnął oczy i przyłożył rękę do twarzy, po czym zastygł tak w kompletnym bezruchu, jakby jego ciało było wyryte w kamieniu - tylko palce Severusa zdawały się zdolne modelować ten głaz - nie przestały przeczesywać mu włosów, od cebulek, po końcówki, od cebulek, po końcówki (obserwując to, Sophie - po krótkiej analizie własnych odczuć - doszła do wniosku, że jeśli za moment Severus nie przerwie tej czynności, to zacznie krzyczeć z frustracji i ostrej bezsilności niczym więzień pogrzebany w murach Azkabanu).
Odetchnęła głęboko, starając się zebrać w sobie siłę, która zdawała się z niej ulatywać jak hel z przebitego balona i skupiła wzrok na ukrytej za nieruchomymi palcami twarzy Harry'ego. Po chwili wahania postanowiła mówić dalej:
— Luna Lovegood ma dla ciebie informacje — powiedziała młodszemu mężczyźnie, rzucając niechętne spojrzenie Severusowi, który zaczął się jej przyglądać ze zniesmaczonym grymasem. — Gdybyśmy mogli pomówić na osobności...
— Nie moglibyście. — Głos Severusa mógłby być równie dobrze smagnięciem bata przecinającym powietrze; Sophie drgnęła, ale nie odwróciła przewiercających oczu od Harry'ego.
Młody czarodziej wypuścił ze świstem powietrze, po czym powoli, bardzo powoli, opuścił własne dłonie z twarzy i spojrzał na nią, wyglądając, jakby był dużo, dużo starszy, niż wskazywał na to jego rok urodzenia.
— Harry — odezwała się Sophie w nerwowym skupieniu — czy mógłbyś powiedzieć Severusowi, żeby...
— Powiedzieć mu — wypluł z siebie Harry, przerywając jej w pół zdania; jego oczy przybrały lekko zdziczały wyraz. — Co ja takiego mogę mu powiedzieć, pani Fisher?
Sophie wierzyła, że tylko Harry Potter posiada w sobie moc pozwalającą mu postawić się słowom, czynom i rozkazom Severusa; zauważyła moment, w którym czarne oczy poczęstowały tę młodą twarz zamyślonym spojrzeniem.
— Możesz mu kazać...
Nikomu poza Sophie nie było dane dowiedzieć się, co Harry mógłby nakazać Severusowi Snape'owi, bo resztę słów kobiety zagłuszył płytki, ostry śmiech, który wypadł z ust Harry'ego jak przekleństwo i odbił się z impetem od czterech ścian pomieszczenia.
— Harry — odezwała się cicho Sophie, czując własne serce tętniące w okolicach jej gardła.
Śmiech zapadł się w sobie, a migocząca zieleń uderzyła w nią jak kamień spadający z klifu.
— To jest Naczelnik Magicznej Wielkiej Brytanii — wycedził powoli Harry, jakby usiłować trafić każdym, pojedynczym słowem w zdolność Sophie do logicznego myślenia. — Nie mogę mu niczego rozkazać.
Sophie zagryzła wargi, wpatrując się w tę młodzieńczą, rozjuszoną twarz oraz błyszczące jak w gorączce oczy i pomyślała, że to wszystko będzie o wiele trudniejsze, niż wstępnie zakładała.
-VVV-
Kiedy Sophie zostawiła go pod drzwiami Szpitalnego Skrzydła i wyprosiła się od niego, by dał jej słowo, że pozwoli Pansy się wyleczyć, Draco - oczywiście - obiecał jej wszystko, o co go prosiła, a potem odczekał, aż czarownica, rzucając mu ostatnie, szybkie spojrzenie, zniknie za rogiem, a dźwięk postukiwania jej obcasów oddali się pospiesznie - Draco wiedział, że Sophie nie zechce zostawić Harry'ego na długo w amoralnym towarzystwie Snape'a, widział to w jej oczach, odkąd wyprowadziła go z tamtej głuchej, lekcyjnej sali przemianowanej na zebraniową.
Draco rzucił niechętne spojrzenie zamkniętym drzwiom ambulatorium i odwrócił się od nich plecami, aby ruszyć w przeciwną stronę - ani myślał utykać w tym miejscu i prowadzić z Pansy absurdalne spory o to, czy jego organizm wymaga odpoczynku. Och, oczywiście, Draco wiedział, że żeby mieć siłę na dalszą egzystencję, musi pozwolić sobie na odpoczynek - na co w obecnej sytuacji nawet nie musiałby się zmuszać, jego głowa ciążyła jak na drugi dzień po wysączeniu jednego z tych drogich, włoskich win, które swojego czasu jego ojciec kolekcjonował w ich lekko podeszłej wilgocią piwnicy Malfoy Manor.
Szedł bez celu ciemnymi korytarzami, które zdawały się bardziej posępne, niż te, które pamiętał ze swych szkolnych lat.
Dni zdawały się coraz bardziej szare, mętne i puste - nie oświetlały zamkowych ścian, nie rozlewały się promieniami słońca na kamiennej, śliskiej posadce, opadały na ziemię jak kurz, przyklejając się do codzienności otoczką brudu i aurą zmęczenia. Draco zaciągnął się głęboko zamkowym powietrzem (ono jedno się nie zmieniło - wciąż pachniało magią tętniącą w murach zamku jak serce żywego organizmu), przymknął na moment oczy, myśląc, że jeśli cokolwiek może go uzdrowić od natłoku przygniatających go, sprzecznych emocji, to jedynie ta odwieczna magia, ciągnąca go do przodu, popychająca przez życie jak ręka troskliwej matki.
Matka. Uwięziona. Narcyza Malfoy uwięziona.
Nie wyobrażał sobie swojej matki w zamknięciu jakiejś mętnej, śmierdzącej celi - myślał, że nawet tam musiałaby jaśnieć niewymuszoną dumą, promienieć mocą jak gwiazda jaśniejąca na tle czarnego nieba, prostować plecy w obliczu dosięgającego ją nieszczęścia - tak właśnie ją sobie widział, niezłomną, niezwyciężoną i dumną, zawsze dumną.
Odetchnął głęboko, zastanawiając się, po jakim czasie w odosobnieniu, w towarzystwie zimnych, szczypiących w palce krat, człowiek się łamie.
Kiedy zamykał oczy, starając się uspokoić własne nerwy, pod powiekami widział obraz rozszalałej ciotki Bellatrix i zastanawiał się, chyba po raz pierwszy w życiu, jaka ona była przed Azkabanem, jak wyglądało wówczas jej życie? Czy jej szaleństwo to efekt czternastu lat odizolowania od ludzi, a może jedynie wpływ dementorów? Dementorzy nie nawiedzają mugolskich więzień, więc może jest szansa, być może jest nadzieja, że...
Draco przetarł palcami wciąż lekko wilgotne oczy, myśląc już tylko o tym, żeby zaszyć się w jednej z wielu nieużywanych, szkolnych sal i pozwolić sobie na moment zapomnieć o świecie, odsunąć od siebie myśli o jego istnieniu, przepaść na kilka chwil w głębinach własnego umysłu jak zapadająca się sama w sobie gwiazda (widzisz, Draco — szeptała mu do ucha matka, kiedy był dzieckiem nieświadomym okrucieństwa świata, nieznającym ani wojny, ani cierpienia, ani nawet pojęcia straty — pochodzimy od gwiazd, ty i ja, i wszyscy nasi przodkowie; to właśnie nas łączy, nas dwoje i antyczny ród Blacków - gwiazdy; pochodzimy od gwiazd - i to w nich zawsze się odnajdziemy, jeśli przyjdzie nam się zagubić).
Czasami lubił myśleć, że to jest ich wspólna, mała tajemnica - gwiazdy. Tajemnica, której nawet jego ojciec nigdy się nie dopatrzy, ani nie domyśli jej istnienia. Patrząc swoimi niedorosłymi oczami w śmiejące się, jasne oczy swojej matki zastanawiał się, czy ona także tak o tym myśli. Nigdy nie zapytał, bo sekret powinien pozostać na zawsze sekretem - nawet dla nich.
Draco, z mało przytomnym wyrazem twarzy pociągnął za klamkę i stanął w progu niewielkiej, smętnej sali zagraconej tuzinem niepotrzebnych rzeczy, których funkcji jedynie mógł się domyślać.
Stał i patrzył - minutę, dwie - zanim jego umysł przetworzył to, co widziały oczy.
W następnej chwili musiał przytrzymać się framugi, żeby nie upaść; poczuł lodowaty chłód przenikający jego kości, niemający nic wspólnego z otwartym na całą szerokość oknem.
Sznur był gruby i włóknisty; kołysał się jak dziecięca huśtawka, kiedy jesienny wiatr ze świstem wdzierał się do pomieszczenia, szarpiąc szatami wirującymi pod nim, jakby za wszelką cenę starały się uwolnić, jakby były ożywioną istotą. Draco poczuł się, jakby ktoś przyłożył mu w gardło - cały tlen wyciekł z niego jak krew z rany. Nie wiedział, czy drżenie, które wzięło sobie jego ciało jako zakładnika, wiąże się z lodowatymi podmuchami wiatru, czy ze zgrozą wtapiającą się w jego żyły jak roztopione masło w bułkę.
Na drżących nogach przemierzył odległość pomiędzy sobą a ciałem wyglądającym jak marmurowa rzeźba uwiecznionego na niej bólu. Czuł, że nie może przełknąć śliny, kiedy jego oczy padły na obtarty do krwi, kobiecy podbródek (jakby się szarpała, jakby walczyła, do ostatniej chwili starając się uwolnić od podjętej samowolnie decyzji). Niczym w transie wdrapał się na chyboczący się stołek, wyciągnął ramiona i drżąc jak dotknięty gorączką, czując, jak jasne kosmyki lepią się do jego karku, przyciągnął do siebie jej szczupłe ciało, bojąc się, że go nie utrzyma, że wypuści go i obije o ścianę tę bladą twarz wyglądającą jak zrobiona z porcelany (to nie mogło mieć już znaczenia - czuł to gdzieś w głębi podświadomości - ale w jego umyśle kotłowało się kruche jak zamek z piasku przeświadczenie, że nie może jeszcze bardziej skrzywdzić tego kruchego ciała, z którego uleciało życie jak woda przez palce). Objął ramionami jej szczupłą sylwetkę (gruby sznur musnął jego skroń, krzesło zachybotało się pod jego stopami w niemej zgrozie) i powoli sięgnął po różdżkę (rude włosy wpadały mu do oczu, do nosa, wypluwał je z ust, gdy połaskotały język) i starając się jednym ramieniem przytrzymać to bezwładne ciało z głową uwięzioną w bezlitosnej pętli, wyciągnął drżącą rękę, macając pod palcami powierzchnię grubego sznura.
Błysk zaklęcia tnącego, chybotliwy odgłos nóżek uderzających w jakimś szalonym rytmie o podłogę i masa sznura uderzająca o podłoże jak kamień padający na morskie dno.
Draco, oddychając przyspieszonym rytmem, przyjął na siebie cały ciężar tego szczupłego ciała, mając wrażenie, że jego przerażone serce wyrwie się za moment z jego piersi.
— Kochana Morgano, dziewczyno... — jęknął, nie wiedząc jakim cudem udało mu się wycisnąć przez zmarnowane gardło cokolwiek posiadającego pewien, znikomy sens. Zachwiał się, nie wypuszczając szczupłego ciała z dłoni i zatoczył się na ścianę. — Nie bądź martwa, na litość Merlina, nie bądź. — Wiedział, że brzmi absurdalnie, wiedział, że jej przekrzywiona nienaturalnie, zwisająca bezwładnie głowa wygląda, jakby trzymała się na ukręconym karku, ale mimo wszystko osunął się na podłogę, nie zważając na to, że obił sobie kolana i pospiesznie zaczął błądzić wilgotnymi od potu, drżącymi dłońmi po jej przetartej, zakrwawionej szyi.
Wstrzymał oddech, starając się wyczuć puls pod opuszkami palców, ale jedyne co czuł, to szaleńczy łomot własnego serca, którego uderzenia zaczynał słyszeć we własnych uszach jak odgłos dochodzących z daleka werbli.
Jęknął głucho i przysunął policzek do jej chudej, białej jak śnieg twarzy. Jej skóra była zimna; nie poczuł na sobie najniklejszego oddechu, ale nie odsunął twarzy, bojąc się, że mógłby coś przeoczyć, jakiś cichy zryw walczącego o życie serca, wątłość ciepłego oddechu ulatującego z jej na wpół otwartych ust.
— Cholera, cholera, cholera jasna — mruczał pod nosem, kołysząc sobą i bezwładnym ciałem jak łódka znajdująca się na morskich falach.
Złapał za sznur i spróbował go poluźnić, szarpiąc palcami drobną pętlę, aż przetarł sobie palce, aż nie były one pokryte krwią - nie wiedział, czy to jej krew, czy jego własna - nie przestawał maniakalnie ciągnąć za szorstkie włókna wchodzące mu pod paznokcie, zdzierające naskórek.
— Nie możesz mu tego zrobić — krzyknął, czując, jak łzy rozmazują mu obraz przed oczami. — Nie możesz, słyszysz! — Zamachnął się i spoliczkował zimne ciało; jej głowa odleciała w bok jak piłka. — No obudź się! Obudź się, ty głupia dziewczyno, obudź!
Nie wiedział, ile tak krzyczał. Nie wiedział, jak długo ściskał w dłoniach chude, zimne ciało, potrząsając nim, jakby chciał otrzeźwić zamroczoną alkoholem osobę. Nie był pewny, jak wiele krwi zdążyło zbrukać jego nadgarstki, przefarbować rękawy, wsiąknąć w materiał szaty jak deszcz, ale kiedy tak siedział i wykrzykiwał w przestrzeń salwę złudnych życzeń, ktoś popchnął uchylone nieznacznie drzwi, wpadając do środka jak wichura; Draco usłyszał odgłos wciąganego ze świstem powietrza.
Draco, czując pulsujący w skroniach ból głowy, uniósł pobladłą, morką od łez twarz na osobę stojącą w wejściu, a w jego piersi zrodził się głuchy, pełen rozpaczy krzyk, którego nawet nie potrafił stłumić.
Jakaś dziwna, potężna siła miażdżąca mu płuca nakazała mu się usprawiedliwić.
— Nie chciałem jej ruszać, ale ten sznur nią tak bardzo chybotał, nie... nie wiedziałem, że ona już... że ona nie... myślałem, że jeśli ją ściągnę...
Ciche kroki i dotyk ciepłego, żywego ciała, odciągającego go od bezwładnej masy ciała, krwi i kości ściskanej w jego ramionach.
— Już dobrze, Draco — powiedział łagodny, cichy głos gdzieś nad jego głową; mężczyzna poczuł, jak ktoś przyciska go do ciepłego, miękkiego ciała niemającego w sobie nic ze śmierci. Zatonął w tych pełnych niepojętej dla niego troski ramionach, które zaczęły go kołysać niczym dziecko do snu. Starając się opanować swój oddech, dyszał w miękką, grubą szatę, wciskając załzawioną twarz w gorące ramię, pragnąc, aby część tego ciepła przelała się na jego barki, odebrała od niego ten głuchy, tępy szok, który rozkładał go na łopatki. Czyjeś łagodne palce pogładziły jego plecy w bliźniaczym geście do tego, który czyniła jego matka w tych rzadkich chwilach, gdy pocieszała go, gdy zapłakany przyznawał się, że zbił wazon stojący w jadalni na parapecie - jeden z tych pięknych, obsianych kwiecistym wzorem, które tak bardzo lubiła. — To nie twoja wina — uspokajała go Minerwa McGonagall, odgarniając z jego karku pozlepiane zimnym potem kosmyki jasnych włosów.
Draco - przez tą jedną, kojącą, krótką chwilę zagubioną w przestrzeni jak odlatujące do cieplejszych krajów ptaki - odkrył, że wciąż jest w stanie oddychać głęboko.
