Ze specjalną dedykacją dla zywka!

Inspirowane najwspanialszym dziadkiem na świecie

Dodatek

W korowodzie zmysłów możemy trwać niepokonani

.

Kiedyś Katrina bywała u nich często - matka pakowała ją i siebie, zaciskając palce na uchwycie podróżnej torby, zawsze magicznie powiększanej Zaklęciem Zwiększająco-Zmniejszającym, wkładając do niej ramię aż po sam łokieć. Katrina lubiła ją obserwować - siadała na blacie niewysokiej komody i machała w powietrzu nogami, co jakiś czas uderzając piętami o równe krawędzie półek i patrzyła z uśmiechem na krzątającą się matkę. Matka miała swoje odruchy bezwarunkowe, których Katrina uwielbiała wówczas wypatrywać - śmiesznie marszczyła brwi, kiedy macała palcami dno torebki, naciągała wargi na zęby, kiedy znalazła na nim jakąś zapomnianą rzecz - podręczną, niedużą szczotkę do włosów, grubą frotkę - tą samą, którą Katrina pożyczyła sobie ostatnio bez pytania, jakieś stare paragony z tej budki z pączkami, w której podstarzały sprzedawca zaczął jej dawać śmiesznie duże zniżki.

Wyjeżdżały zawsze „tylko na piątek", a zostawały na cały weekend.

Jej babcia - niska, elegancka kobieta - całowała wyrywającą się Katrinę w policzek (babciuuu, jestem już na to za duuuża!), a potem tak samo witała się z matką, podczas gdy Katrina odrzucała już swoją małą, podręczną torebkę pod lustro w przedpokoju i biegła za ciągnącym się po parterze, aromatycznym zapachem zupy, gotowanej w kuchni przez dziadka - zawsze skrupulatnie dopieszczanej salwą prostych przypraw i zabielanej śmietanką (spróbuj, czy nie za słona mawiał dziadek, nabierając na łyżkę zupy prosto z garnka i podsuwając Katrinie pod nos — tylko podmuchaj, bo gorąca!).

Nikt nie gotował tak smacznych zup, jak ślepy dziadek.

Kiedyś był Profesorem Numerologii - w żadnym wielkim mieście, w jego własnym, rodzinnym, tym samym, w którym razem z matką ich odwiedzały, wcale nie takim małym, ale nazywanym przez Katrinę miasteczkiem z uwagi na to, że wszystkie, największe punkty życia publicznego mieściły się niedaleko działki jej dziadków. Douczał dzieci czarodziejskich rodzin, które przychodziły specjalnie do niego na korepetycje.

Nikt tak się nie znał na Numerologii, jak ślepy dziadek.

Katrina - jak każde dziecko - nie przepadała za nauką, wolała zabawę, czas wolny, ale jej edukacja musiała wreszcie sięgnąć wyżej, nie pozwalając jej na wieczną beztroskę.

— Przeczytaj dziadkowi treść zadania — mawiała babcia, a Katrina podsuwała pod siebie nogi na siedzeniu krzesła, przyciągała do siebie zeszyt i czytała.

Nigdy nie była mistrzem Numerologii, nie rozumiała zadań, były dla niej niejasne, zagmatwane, nieoczywiste jak Czarna Magia, mogli jej tłumaczyć, po kilkakroć, wszyscy zatrudnieni przez matkę nauczyciele świata, a ona dalej nie potrafiła pojąć, o co właściwie chodzi w danym temacie.

Dopiero potem, gdy ślepy dziadek, podsuwał sobie pergamin pod nos i maczał krzywo pióro w atramencie, a potem pisał - stawiał zbyt duże litery, robił śmiesznie wielkie odstępy między słowami, niekiedy jego wiersze najeżdżały jeden na drugi, a litery, cyfry i znaki pokrywały się w jedność - jednocześnie wyjaśniając kolejne etapy obliczeń, cierpliwie odpowiadając na dociekliwe pytania Katriny i jej głupie uwagi: „dziadku, znowu piszesz po innych równaniach" - i mimo tego wszystkiego, mimo wszystkich przeszkód, jakie - wydawałoby się - powinny im stać na drodze, była w stanie zrozumieć materiał wytłumaczony przez ślepego dziadka o stokroć lepiej, niż wpajany jej do głowy przez przeróżnych - młodszych, starszych; z krótszym stażem, z dłuższym stażem; drażliwszych, cierpliwszych - nauczycieli, niemających najmniejszych kłopotów ze wzrokiem.

Z czasem zadania stawały się coraz trudniejsze.

Siadywali razem i zastanawiali się nad rozwiązaniem, myśląc nad poszczególnymi wskazaniami treści, ona - wpatrywała się w linijki, rzędy, zestawienia równań, on - patrzył w sobie tylko znanym kierunku ze skupieniem odmalowanym na twarzy.

Kiedy rozwiązanie przykryte było mgłą niepewności, myśleli głośno - czasami ona dopowiadała jego słowom, częściej on drogą dedukcji dochodził do rozwiązania ich problemu, idąc od początku rozważań zaczynających się od: „Co mamy wiadome?" poprzez: „Co obliczyliśmy?" do finalnego momentu, w którym znajdował ścieżkę prowadzącą do ponownego ruszenia z zadaniem.

Niekiedy nie dostrzegał jej od razu.

Czasami zasypiał, myśląc nad zadaniem, a kiedy zasiadał następnego dnia do śniadania, mówił, że przyśniła mu się odpowiedź - a potem tłumaczył, zupełnie jakby jego treść miał wypisaną na jakimś wyimaginowanym pergaminie w swojej głowie.

Ślepy dziadek kochał czytać książki.

Chociaż czytać, to być może złe określenie - choć on nigdy nie nazywał tego inaczej:

(— Co robisz, dziadku?

— Czytam książkę — mawiał, poprawiając na uszach słuchawki mugolskiego odtwarzacza kasetowego).

Nie było takiej klasyki mugolskiej literatury - angielskiej, zagranicznej - o którą zapytany ślepy dziadek by nie znał.

Czasami Katrina siadała przy dziadku, który podparty łokciami o stół patrzył niewidząco w przestrzeń, a potem wyciągała słuchawkę z jego ucha.

— A co robisz? — pytała wesoło.

— A czytam — odpowiadał, zawsze z tym samym uśmiechem błąkającym się na jego pomarszczonej twarzy.

— A co? — zagadywała.

— A Bułhakowa.

Mistrza i Małgorzatę? — pytała, wzdychając i wcale nie dziwiąc się na jego cichy pomruk: „mhm" w ramach potwierdzenia. — Już to czytałeś — zwracała uwagę.

Ślepy dziadek kiwał głową i odpowiadał:

— Niektóre powieści, z każdym kolejnym spotkaniem, które z nimi odbywamy, okazują się inne. Na tym polega magia książek.

— To bez sensu — drapała się po nosie Katrina, marszcząc go brzydko i natychmiast przestając, gdy napotykała swoje odbicie w lustrze. — Przecież nie są zaczarowane, ich treść się nie zmienia i zawsze będzie taka sama, bez względu na to, jak często do niej zajrzysz.

Ślepy dziadek uśmiechał się jedynie tym swoim mądrym, leniwym uśmiechem, jakby mimo całej swojej przypadłości, dostrzegał coś więcej, niż ludzie przewijający się wokół niego.

Ślepy dziadek pisał pamiętniki.

— Ja jestem mózgiem, a tu jest moja piękna ręka — uśmiechał się olśniewająco do babci, jakby znów mieli dwadzieścia parę lat i posiadali całą gamę sił witalnych oraz cudownych planów, które wspólnie mieli realizować.

Katrina chrząkała powątpiewająco, ale słuchając całych litanii przemyślanych, poetycko sformułowanych zdań, zastanawiała się, czy ślepy dziadek byłby w stanie powtórzyć to wszystko raz jeszcze, na głos - słowo w słowo - wcale by się nie zaskoczyła.

Czasami ślepy dziadek jeździł z nimi na grzyby i siadał na pustej polanie, na jakimś rozległym pniu, wsłuchując się w przyrodę, wyciągając pomarszczoną twarz do słońca, które witało go ciepłem wczesnojesiennych promieni.

— I co, dziadku, znalazłeś jakieś grzyby? — pytała Katrina, wymachując głupkowato swoim przepełnionym po brzegi, wiklinowym koszykiem.

— Nie — odpowiadał bez złości dziadek — ale za to znalazłem gniazdo czyżyków. Choć, Katrino, i usiądź obok mnie, to je usłyszysz.

I tak siadali, ramię przy ramieniu, Katrina - postawiwszy sobie koszyk pełen grzybów na kolanach, dziadek - przesuwając się, żeby zrobić jej miejsce, wsłuchując się oboje w śpiewne, ptasie rozmowy unoszące się gdzieś nad ich głowami, wdychając leśne powietrze, pachnące roślinami po deszczu, grzybami i świeżością jesiennych poranków.