Ostrzeżenia: gore, śmierć postaci


Rozdział 29

Jeszcze wczoraj dobra wola, jeszcze wczoraj piękny plan

.

Może się wreszcie dowiem

Dlaczego Bogiem tak bardzo

Pragnie stać się człowiek

I czy tylko kwestią czasu jest

(Tak mi się zdaje)

Że jak muchy powybijamy

Wszyscy się nawzajem*

.

Delegat był niski i śmierdział wódą. Wstępując w ich szare progi poprzecinane kratami sięgającymi sufitu, zatoczył wkoło mętnym wzrokiem, a przekrwione białka zabłysły w świetle mrugającej, wypalającej się powoli żarówki jak odblaski.

Nie musiał patrzeć, żeby wiedzieć, że zipiący jak stary niedźwiedź żołdak idzie właśnie po niego, ale przez jedną, krótką chwilę, naprawdę mocno pragnął, aby chodziło o coś innego, niż przewidywał, aby zapijaczony wzrok zatrzymał się na innym numerze, niż piętnasty, zadzwonił innymi kluczami, niż te dopasowane do zamków jego celi, wyprowadził kogoś innego (dosyć samolubna prośba, ale nie był gotowy na to, co miało nadejść - jeszcze nie teraz; w życiu, które pamiętał, zostawił za sobą niedomknięte sprawy i ukochane, własne serce - małą, wspaniałą, piękną, najlepszą na świecie córeczkę, za której zobaczenie ten ostatni, ostatni raz oddałby wszystko, włącznie z życiem).

Niewysoki człowiek wetknął klucz w kraty, za którymi siedział, przytulony do chłodnej ściany, ściskający palce na wychudzonej, kościstej dłoni swojej żony przeciśniętej poprzez szczelinę w przegrodzie między ich celami (ich skóra i paznokcie były całe pozdzierane od wciskania palców pomiędzy kraty, od wyciągania ich jak najdalej, jak najbardziej, aby mogli chwycić, dotknąć, poczuć ciepło dłoni tej drugiej, ukochanej osoby, tej jedynej połówki, od której dzieliły ich kilogramy lodowatego żelaza).

— Ruszaj się Wilber — przekręcił jego nazwisko, ale przynajmniej nie zaczął uparcie tytułować go Grangerem.

— Wilkins — poprawił bardziej z rezygnacją, niż chęcią zmuszenia tutejszych wojskowych do zmienienia swoich przyzwyczajeń i wpojeniu im, że nie muszą go szanować - oczywiście, że nie muszą - ale wypadałoby, aby chociaż mieli świadomość tego, kogo właściwie przyszło im lekceważyć.

Wojskowy łypnął na niego ze wzgardą, która mogłaby odczłowieczać, gdyby posiadała jakieś funkcje - Wendell nie zwrócił na to uwagi, zajęty był wpatrywaniem się w swoją żonę, która uniosła na niego nic niepojmujący wzrok zagubionego człowieka.

— Tak, tak — prychnął wojskowy, marszcząc nos na fetor unoszący się z ich zmarnowanych, brudnych ciał, przesuwając wzrokiem po obskurnych kątach jego celi, jakby bardzo nie chciał przekraczać jej progów, ale był gotów to zrobić, jeśli tego wymagałaby od niego nieprzewidywalność sytuacji. — Wypełźniesz wreszcie z tego kąta, ty liszajowaty szczurze? Kazali mi cię doholować na odczytanie wyroku. — Mężczyzna uśmiechnął się jak aligator, wyszczerzając rząd nierównych zębów. — Jeśli o mnie chodzi, od razu oddałbym cię do stracenia, bez zachowywania tych głupich — mężczyzna zamachał bezładnie ręką, jakby coś wskazywał i sam nie był pewien, co i komu pokazuje — konwenansów — wypowiedział to słowo z tak przesadnym akcentem, że Wendellowi przyszło na myśl, że ten niski pijaczyna właśnie kogoś parodiuje i przez moment szukał w myślach tej osoby, starając się dopasować styl mowy do imienia, mając nadzieję, że mogłaby się ona okazać jego domniemaną ścieżką ratunku (pomięta, nieduża kartka otrzymana od tutejszego lekarza mignęła mu przed oczami jak góra złota). Jego serce rozszalało się w jego piersi jak przerażony tłum tratujący siebie nawzajem podczas ucieczki z gwałtownego pożaru.

Wojskowy zazgrzytał zębami, przełożył stopę odzianą w skórzanego, ciężkiego buciora przez próg i wdepnął prosto w szare wymiociny o konsystencji wody; mężczyzna wzdrygnął się, jakby ktoś splunął mu w twarz, a na jego twarzy pojawiło się tak wielkie obrzydzenie, jakby sam za moment miał opróżnić zawartość swojego żołądka. Ku ogromnej uldze Wendella, który jeszcze mocniej wtulił ciało w lodowaty kamień ściany, żołdak wycofał się, wycierając czarną podeszwę o kraty, jakby co najmniej przykleiły mu się do niej psie odchody. Z miną świadczącą o wysokim stopniu zdegustowania sięgnął do wewnętrznej kieszeni wojskowej kurtki i Wendell zastygł jak sparaliżowany, oczekując widoku metalowej lufy karabinu wycelowanej mu między oczy; skulił się mocniej, obejmując szczelnie ramionami przyciśnięte do piersi kolana, jakby to miała być jego tarcza przed całym złem tego świata i obserwował z paraliżującą go trwogą, jak żołdak wyciąga coś spomiędzy połów munduru i podnosi do góry.

Rozległ się cichy pisk, który zadzwonił w uszach Wendella jak organy kościelne; przełknął nerwowo ślinę, kuląc się i obserwując rozszerzonymi nienaturalnie oczami biegające po metalowej powłoce przedmiotu dłonie wojskowego. Dopiero chwilę później uzmysłowił sobie, że to, co widzi, nie jest bronią, a krótkofalówką; gwałtowna ulga spłynęła po jego kręgosłupie jak deszcz.

Żołdak zaczął postukiwać czubkiem dużego, ciężkiego buta o kraty, przytykając sobie mikrofon do ust.

— Panie majorze, ten brudny pies nie chce wypełznąć ze swojej celi — zakomunikował, krzywiąc się przy tym, jak od gorzkiego lekarstwa.

Urządzenie zaszumiało, zajęczało w tak wysokiej tonacji, że Monica siedząca w sąsiedniej celi zacisnęła dłonie na uszach, wkładając głowę pomiędzy nogi i wykrzywiając twarz w tak zbolały grymas, jakby ktoś wbijał jej naostrzony pręt w ucho, a potem z głośnika padły ciche trzaski i sfrustrowany, męski głos, który oznajmił:

— No to go wywlecz siłą, ty ofiaro losu, i racz się pospieszyć - pluton egzekucyjny już czeka.

Echo tych słów potoczyło się w górę i w dół korytarza jak zacieki na zimnej podłodze.

Żołnierz burknął coś pod nosem, nie wyglądając na pocieszonego i ostrożnie rozglądając się, gdzie stawia nogi, ponownie przestąpił próg, czyniąc to z takim rozdarciem wypisanym na twarzy, jakby go przymuszano, jakby znajdował się na celowniku odbezpieczonego karabinu.

Wendell poczuł, jak jego ciałem zaczynają wstrząsać konwulsje, a ślepy strach zaciska mu gardło jak żelazna obręcz.

— Nie radzę — rozległ się nagle chłodny, przeszywający głos dochodzący z którejś ze środkowych cel, brzmiący jak zgrzyt pazurów dzikiego zwierzęcia na solidnym, grubym szkle.

Wendell najpierw usłyszał, zanim ujrzał, jak żołnierz zatrzymuje się w pół kroku; powoli i ostrożnie pozwolił sobie na przesunięcie wzroku w kierunku celi jedenastej, łypiąc rozszerzonymi ze strachu oczami na tę młodą, o wiele za młodą, kobietę, która stanęła przy swoich kratach, opierając się o zimne pręty niemalże leniwie i uśmiechała się chłodno w stronę niskiego żołdaka, zawijając wokół palców przydługie kosmyki jasnych, wiszących w suchych strąkach włosów.

Żołnierz łypnął w stronę kobiety, a Wendell poczuł, jak serce podchodzi mu pod gardło, zastanawiając się, czy za moment nie ujrzy ziejącej brudnym srebrem lufy karabinu i nie usłyszy odgłosu odryglowania bezpiecznika.

— A to niby dlaczego? — fuknął wojskowy, przesuwając paznokciami po głośniku nadajnika, generując tym dziwaczny, irytujący dźwięk przywodzący Wendellowi na myśl zdzieranie kory z pnia drzewa.

Kobieta zaśmiała się przekornie, a jej oczy zapłonęły szyderstwem w półmroku piwnicy.

— Nie masz zbyt wysokiej pozycji, co? — zapytała, z pogardą lustrując ziejące pustką miejsce na mundurze, w którym powinny znajdować się odznaczenia.

Wojskowy naprężył się jak wściekły drapieżnik gotowy do skoku, jego usta zaczęły się układać w jakieś przepełnione frustracją słowa, ale kobieta nie pozwoliła mu dojść do głosu.

— Oczywiście, że nie masz — odpowiedziała na zadane przez siebie pytanie kobieta, odgarniając do tyłu pasma białych, przetłuszczonych włosów — inaczej by ci powiedzieli. — Zlustrowała niskiego mężczyznę od stóp do głów i prychnęła z chłodnym rozbawieniem, jakby rozumiała coś, co nie było dostępne dla jego umysłu.

Żołdak wyglądał, jakby za moment miał wyjść z siebie; przesunął językiem po górnych zębach, mrużąc oczy jak kundel ze wścieklizną.

— Co by powiedzieli, kto by coś powiedział, co ty w ogóle pleciesz, co? — wyrzucił z siebie i splunął na podłogę, obracając w dłoniach urządzenie krótkofalowe.

Kobieta uśmiechnęła się jeszcze szerzej, wyglądając nieomal jak obłąkana; Wendell przeraził się nie na żarty, gdy jej ręka uniosła się, a chudy palec wskazujący wycelował prosto w jego pierś; więzień wstrzymał powietrze.

— Ty nie wiesz, kto to jest, prawda? — zapytała ironicznie kobieta i chwilę potem zaśmiała się paskudnie, gdy żołnierz obejrzał się na Wendella przez ramię; Wendell zagryzł dolną wargę, niemal nie słysząc przez głośne kołatanie własnego serca (zastanawiał się, czy siedząca w sąsiedniej celi Monica także jest świadoma tego, że ten najważniejszy, ludzki organ zaczął pompować jego krew ze zdwojoną siłą). — To Edward Granger, stary capie, bardzo potężny czarodziej. Bardzo potężny. Nie będę cię wstrzymywać, bardzo proszę, wejdź do jego celi. Z ogromną przyjemnością zobaczę, jak dosięga cię jego magia i twoje ciało się rozczłonkowuje, rozlatując się jak zbita waza.

Wojskowy zawahał się, przesuwając wzrokiem pomiędzy uśmiechniętą jak wilczyca kobietą a milczącym Wendellem, zastanawiającym się, czy oszołomienie, które zagarniało sobie coraz większą przestrzeń w jego ciele, jest widoczne na jego twarzy jak czarne na białym.

— Łżesz — mruknął wreszcie żołnierz, zatrzymując wzrok na kobiecie szczerzącej do niego zęby zza krat swojej celi, przyciskającej policzek do twardego metalu, jakby ten wcale nie kłuł lodowatym chłodem jej skóry, ale jego głos był dosyć niepewny, jakby naprawdę brał pod uwagę słowa jedenastki.

Kobieta prychnęła i wzruszyła ramionami, po czym odsunęła się od krat i spojrzała kontemplującym wzrokiem w sufit, jakby dostrzegła tam coś niebywale interesującego.

— Rób, jak chcesz — odezwała się niemal śpiewnie; jej zachrypnięty głos zabrzmiał jakoś melodyjnie, prześmiewczo; Wendell oblizał wyschnięte, popękane usta i skupił wzrok na zmarszczonej twarzy żołnierza. — Tylko nie mów późnej, że nie ostrzegałam... ach, moment — zaśmiała się kobieta, jakby przypomniała sobie o czymś niesłychanie zabawnym — za chwilę nie będziesz w stanie już niczego powiedzieć.

Wojskowy zaczął przygryzać nerwowo wnętrze policzka, rzucając szybkie spojrzenie Wendellowi, jakby starał się ocenić go na oko pod wieloma kątami. Wreszcie odchrząknął i ponownie przystawił sobie mikrofon do ust. Przycisk kliknął jak guzik taśmy nagraniowej.

— Eee, panie majorze? — odezwał się w stronę urządzenia; Wendell wpił w niego intensywny wzrok, wstrzymując powietrze. — Ten... czarodziej... eee... naprawdę ciężko mi go wyciągnąć z...

Pisk, szum, wściekły głos zdzierający sobie gardło jak na koncercie:

— To nie jest czarodziej, idioto, przebadaliśmy go wariografem, dawaj go tutaj szybciej!

— Nie... nie czarodziej? — powtórzył tępawo niski mężczyzna, drapiąc się po nosie.

Jeszcze większy szum; Wendell zacisnął zęby z siłą rekinich szczęk.

— Jak dalej będziesz się tak guzdrał, to w życiu nie awansujesz, matole — warknął głos z głośnika; klatka piersiowa Wendella zaczęła falować w przyspieszonym tempie.

Mężczyzna odwrócił się w kierunku jego celi i zlustrował go pełnym niechęci wymieszanej z niepewnością wzrokiem po czym — o matko boska — pomyślał Wendell; wyciągnął z bocznej kieszeni niewielki pistolet i wycelował Wendellowi między oczy.

— Wyłaź, szczurze — mruknął, obserwując go tak, jakby więzień miał za moment rzucić się na niego z pięściami — i bez żadnych sztuczek, bo strzelę ci w kolano.

Mężczyzna wycelował mu lufą w stopę i odpalił; Monica wrzasnęła jak ranione zwierzę.

Nie trafił - nabój wyżłopał lukę w posadce, a Wendell zaczął oddychać, jakby nabawił się zapaści; na drżących nogach ruszył w stronę wyjścia z celi.

— Nie! — rozdzierający krzyk Monici rozkruszył jego serce na drobne fragmenty, poczuł łzy klejące się do jego rzęs jak słoma.

— Kocham cię, Monico — wyszeptał, ponieważ bał się, że jeśli odezwie się głośniej, głos zadrży mu tak, że stanie się niezrozumiały. — Kocham cię, kocham cię, kocham cię — pragnął wyryć te słowa w jej duszy, zapisać na jej ciele, wszczepić w umysł, aby nigdy nie zapominała.

Żołdak pospieszył go zniecierpliwionym ruchem pistoletu; Wendell zaciągnął się głęboko powietrzem, przyłożył dłoń do swojego podskakującego pod mostkiem serca i wyszedł z zacisza własnej celi.

— Nie! — nie przestawała krzyczeć Monica, jakby żadne inne słowo nie mogło uformować się na jej ustach, jakby ten jednosylabowy wyraz przykleił się do jej języka jak guma do żucia. — Nie, nie, nie, nie! — Wendell nie był w stanie wycisnąć przez zbolałe gardło niczego więcej, nie kiedy Monica rzuciła się do krat i zaczęła szarpać nimi jak zdziczała bestia. — Nie!

Rozgrzana lufa pistoletu wbiła się mu pomiędzy łopatki i naparła boleśnie na jego plecy; Wendell miał wrażenie, że kolana za moment ugną się pod jego ciałem, opętańczy wrzask Monici dzwonił mu w uszach jak przekleństwo.

— Pożałujecie tego — złowróżbny głos tej młodej dziewczyny spod jedenastki przebił się przez wrzaski jego żony z gładkością ostrza noża wchodzącego w miękkie ciało. — Gorzko tego pożałujecie.

Wendell, przełykając ciężko ślinę i odkrywając, że nie za bardzo ma co przełykać - tak suche było jego gardło - z przykrością musiał przyznać przed samym sobą, że szczerze wątpił w te groźby rzucone w afekcie.


-VVV-


Draco z ciężkim sercem obserwował nieruchomą, zamarłą jak szklana, chłodna kula, twarz Harry'ego, który nie odzywając się słowem, stał od godziny przy drzwiach Skrzydła Szpitalnego i przyglądał się zwiewnemu materiałowi prześcieradła, które Pansy wraz z McGonagall narzuciły na szczupłe ciało Ginny Weasley.

Draco szukał bólu na jego twarzy, ale nie widział na niej nic poza chłodną pustką i przez moment przeszło mu przez myśl, że Harry przeszedł w swoim nędznym życiu tak wiele cierpień i rozczarowań, że każde kolejne zaskakuje go coraz mniej. Wreszcie odważył się wyciągnąć rękę i położył dłoń na tym kamiennym posągu, w który przeobraził się młody, zielonooki mężczyzna; miał ochotę zacząć na niego krzyczeć, bić pięściami i kopać, kiedy Harry zadawał się nawet nie spostrzec tego drobnego gestu, ale zanim jego rozchwiane emocje wzięły górę, jego rówieśnik odwrócił się w jego stronę i uśmiechnął się chłodno, spoglądając na niego tymi pustymi, zimnymi (tak niepodobnymi do tych, do których Draco zdołał przywyknąć) oczami; jego głowa była uniesiona wysoko, jakby trzymała się na jakichś abstrakcyjnych szczudłach, oczy Dracona zaczęły skakać pomiędzy jednym a drugim, zielonym okiem, starając się odszukać Harry'ego w Harrym, mając nadzieję na wyłowienie go z tej woalki stoickiego chłodu, w jaki popadł, i wyciągnięcie go na powrót do żywych emocji świata.

Zielonooki skinął mu głową, jakby właśnie podjął jakąś skomplikowaną decyzję, z którą walczył głęboko we własnym umyśle i powoli sięgnął po różdżkę, wyglądając niczym całkowicie świadomy własnych czynów, przemyślny morderca; Draco przełknął ślinę, myśląc, że jego zielone oczy zdają się jeszcze bardziej przerażające niż wówczas, kiedy zabijał Czarnego Pana.

— Dosyć tej bezczynności — powiedział Harry, brzmiąc, jak wykładowca omawiający ulubioną dziedzinę i uśmiechnął się w taki sposób, że Draco poczuł, jak coś ciężkiego osiada na dnie jego żołądka. — Poinformuj ludzi, że za godzinę mają być gotowi do wyruszenia na pole bitwy. Nadszedł czas na wzięcie aktywnego udziału w tej wojnie i pokazanie tym parszywym psom, do czego zdolni są czarodzieje.

Draco wpatrywał się przez krótką chwilę w Harry'ego, po czym odetchnął, cały w nerwach, i skinął głową - raz i drugi - zielonooki uśmiechnął się jak zadowolone, niebezpieczne, magiczne zwierzę i odwrócił się do Dracona plecami, obracając powoli różdżkę w palcach, kierując spojrzenie na krajobraz rozpościerający się za oknami ambulatorium.

— Niech się przekonają — mruknął cicho Harry, zdając się przebywać myślami całe mile od Hogwartu — że magia — opuścił nieznacznie głowę, przydługie kosmyki wpadły mu do oczu — zostawia ślady — dokończył szeptem, ledwo poruszając przy tym wargami i Draco pomyślał, że Ginny Weasley - nie wiedział, czy świadomie, czy całkowicie bezmyślnie - obudziła demona, który został już wcześniej wywołany z lasu, ale do tej pory przebywał w cieniach, obserwując milcząco rozwój sytuacji.

Draco, ponownie przełykając ślinę, wycofał się z pomieszczenia i zapuścił w głąb korytarzy, oddychając nieco nieregularnym rytmem, czując ziarna adrenaliny wlewające się do jego żył, mieszające z krwią i uderzające do mózgu.

Wyłonił się zza jednego z szerokich, zamkowych zakrętów i przystanął, gdy jego spojrzenie zderzyło się z oblepioną czernią sylwetką, opartą leniwie o parapet jednego z okien, kierującą na niego przenikliwe spojrzenie, gdy tylko pojawił się w zasięgu jej wzroku.

Draco, czując serce tętniące w jego piersi jak werble, nie wiedział już, czy uczuciem, które go pęta jak Diabelskie Sidła jest strach, czy może chora niecierpliwość, pragnienie wyrwania się wreszcie do walki i pokazanie tym mugolskim ścierwom, które sądzą, że mogą ich zastraszać, przetrzymywać w lochach, plądrować ich dobra i wysadzać punkty życia społecznego, gdzie tak naprawdę znajduje się ich miejsce - a jeśli przy okazji dowie się, że z głowy jego matki spadł choćby jeden włos, nie znajdzie w sobie ni śladu litości. Schylił głowę i ledwo poruszając ustami, odezwał się przyciszonym, obiecującym cierpienie głosem:

— On jest gotów.

Czarne oczy wpatrujące się w jego własne rozbłysły jak stal i Draco uświadomił sobie, że oto ma przed sobą byłego Śmierciożercę, człowieka, który zabijał, zadawał rany i zdradzał ludzi bez choćby mrugnięcia okiem, człowieka, który tworzył klątwy mające daleko sięgające konsekwencje, mogące wywoływać głębokie cierpienie.

Severus Snape uśmiechnął się okrutnie i Dracona uderzyło jak niespodziewany policzek podobieństwo tego wyrazu twarzy, wyrazu oczu, do tego, który ujrzał już dziś w twarzy Harry'ego.

Powoli i ostrożnie zbliżył się do mężczyzny, wymijając go niczym kot poruszający się na miękko ugiętych łapach.

— Gdzie go znajdę? — zapytał cicho Snape - z jego głosu Draco wyczytał tyle, co nic.

Przez moment nie odpowiadał; Snape przekręcił głowę jak bardzo zaintrygowany kocur obserwujący kryjówkę myszy.

Draco zastanawiał się, czy jest jakikolwiek sens, aby go zwodzić, po czym uznał, że jeśli chce dotrzeć do innych, nie może pozwolić na zbyt długo zatrzymać się Snape'owi i jego poczuciu władzy.

— W Skrzydle Szpitalnym — powiedział, siląc się na obojętność i ruszył, nie zerkając na niego ponownie, w dalszą drogę — i szczerze powiedziawszy, radziłbym panu, szanowny Naczelniku — złośliwy uśmiech rozjaśnił jego twarz jak pochodnia — podchodzić do niego bardzo ostrożnie.

— Z jakiegoś konkretnego powodu? — zapytał Snape, wstrzymując go na jedną sekundę; Draco zmrużył oczy i odwrócił się, pozwalając dostrzec Snape'owi swój cięty jak osa uśmiech.

— Z takiego, panie Naczelniku — zamruczał jak rasowy kocur Draco — że nie powinno się jeszcze bardziej podjudzać rozdrażnionej bestii. Miłego dnia — dopowiedział i ulotnił się tak szybko, jakby nigdy się nie zatrzymywał.


-VVV-


Harry słyszał ten cichy szelest szaty obijającej się o kostki, któremu już dawno zdołał przypisać twarz i nazwisko i nie potrafił nie wydać z siebie gardłowego pomruku niczym bardzo zadowolony, szczwany lis.

Odwrócił się od okna, spoglądając prosto w te czarne oczy, przed którymi zwykł się kłaniać ostatnimi czasy, i uśmiechnął się, dziwiąc się, z jaką prostotą ten drapieżny wyraz układa się na jego wargach (jakby zawsze tylko czekał, aby na nich osiąść, jakby krył się za jego słowami, czekając na dogodny moment, aby wypłynąć na powierzchnię).

Wzrok Snape przeczesał jego rysy, jakby starając się rozeznać w intencjach Harry'ego, jakby samym spojrzeniem miał przeniknąć do jego umysłu.

Harry przechylił głowę, czując, że nie istnieje już w jego duszy miejsce na niepewności.

— Potrzebuję pańskich starych... przyjaciół — rzekł cicho; kąciki jego warg wyciągnęły się w drapieżny grymas, gdy spoglądał przeciągle na lewe przedramię mężczyzny okute czarną szatą. — Tych z jasnością umysłu i skorych do pomocy. Nie chciałbym podczas walki z mugolami uważać na to, by jakaś... ach, zabłąkana Avada nie uderzyła mnie między łopatki. Chcę kogoś, kto nie przepuści takiej cudownej okazji do... dobrej zabawy. Lucjusza, być może? Jestem... otwarty na propozycje. — Harry uśmiechnął się, jakby powiedział jakiś dobry żart i rozłożył ramiona, jakby chciał objąć jakąś grupę niewidocznych gołym okiem osób; różdżka obróciła się - przypominając o swojej obecności - pomiędzy jego palcami.

Snape patrzył na niego krótką chwilę bez słowa, zdając się analizować coś, co zobaczył na jego twarzy, a czemu w pierwszej chwili nie potrafił przypisać imienia; po nie więcej niż paru sekundach pozwolił swojej różdżce - w tempie padającej na ziemię błyskawicy - wysunąć się z jego rękawa i osiąść we wnętrzu dłoni jak szron.

— Nie zapominaj, gdzie twoje miejsce — przypomniał niemal konwersacyjnym tonem Snape, obserwując zielonookiego mężczyznę z czujnością drapieżnika krążącego wokół konkurenta o terytorium.

Harry skierował powoli swoją różdżkę ku ziemi, ale drapieżny wyraz ani na moment nie spłynął z jego twarzy.

— Ależ gdzież bym śmiał — powiedział, nie spuszczając oczu. — Więc? — Przechylił głowę jak zaintrygowany uczniak. — Lucjusz Malfoy, och, tak, Lucjusz z miłą chęcią się pojawi, prawda? Szczególnie, kiedy doskonale wie, że jego kochana żona, czeka tam na wybawienie. Rabastan Lestrange, być może? Nie miał ostatnio czasu na dobrą zabawę. Azkaban go pochłonął, czy już go pan z niego wydostał, szanowny Naczelniku? Thorfinn Rowle - rzuca porządnego Cruciatusa, jak dobrze pamiętam - mógłby, hmm, przydać się sprawie. Travers? Avery? — Harry rzucał nazwiskami członków Wewnętrznego Kręgu jak bonami loteryjnymi; Snape, stojąc w bezruchu jak marmurowy posąg, obserwował go nienaturalnie pociemniałymi oczami.

— Jesteś szalony — wyszeptał mężczyzna, niemal nie poruszając przy tym wargami.

— Może inni panowie Naczelnicy, też pragnęliby przyczynić się dobru społecznemu? Kingsley Shacklebolt? Berkeley, Cadogan, Palmer, Burrow, Clarke?

Snape, który zdawał się zastygły jak kamień, znalazł się nagle naprzeciw niego, zanim Harry zdołał choćby nabrać tchu. Chłodna dłoń zakleszczyła się wokół jego podbródka, palce zacisnęły, boleśnie wbijając w policzki, Snape pchnął go na ścianę z taką siłą, że zielonooki czarodziej raz - obił sobie kość ogonową - a dwa - grzmotnął potylicą w tynk z takim impetem, że na krótką chwilę go zamroczyło.

— Ależ oczywiście, panie Potter — usłyszał nad sobą aksamitny głos Snape'a i kiedy zamrugał kilkukrotnie, dostrzegł tę ziemistą twarz zawisłą jedynie cale nad jego własną i obsydianowe, żarzące się jak węgle oczy wszczepione w jego wachlujące powieki jak haki na ryby. — Byłbym w stanie sprowadzić do ciebie ich wszystkich, jeśli tego pragniesz. — Palce zacisnęły się jeszcze mocniej, Harry powstrzymał rodzący się w jego gardle skowyt. — Powiem więcej - sam jesteś w stanie ich wezwać, udowodniłeś to już raz, nieprawdaż? — Dłoń mężczyzny uchwyciła pod innym kątem jego podbródek i naparła na jego głowę, przyciskając boleśnie jego policzek do ściany; okulary przekrzywiły się nieznacznie na nosie Harry'ego, jego serce przyspieszyło swój rytm. — Tego chcesz? — wysyczał mu do ucha Snape, podrażniając oddechem wrażliwą skórę; zielonooki poczuł dreszcze biegnące w dół jego kręgosłupa jak prąd elektryczny. — Chcesz mieć po swojej, ach... stronie, tych wszystkich bydlaków? Jesteś pewien, że nie zgwałcą twoich odratowanych obywateli, kiedy już wytaszczą ich sponiewierane, wciąż oddychające ciała z murów mugolskiej twierdzy? Myślisz, że będą się z nimi cackać, a prawdziwą krzywdę wyrządzą jedynie mugolom? A co jeżeli w więzieniu przetrzymywani są jacyś niemagiczni obywatele? Co wtedy, Potter? Zostawisz ich Averemu na pożarcie, w rekompensacie za pomoc? Może ofiarujesz ich Rowle'owi, który, jak to ująłeś, mógłby przydać się sprawie, chciałbyś, żebym ci szczegółowo opisał, co on z nimi zrobi?

Harry dyszał ciężko, czując się, jakby jego umysł wykonywał jakiś trudny proces myślowy, za którym on sam nie nadążał. Snape wciskał go w ścianę, wyglądając, jakby wcale nie zamierzał zawahać się przed zrobieniem mu krzywdy; ale Harry o to nie dbał - z jego ust wyrwał się syk przechodzący w dawno odrzuconą, dawno zapomnianą wężomowę - zamierzał wygrać to starcie z mugolami, bez względu na to, po jakie środki przyjdzie mu sięgnąć.

— Właśnie dlatego — wycedził gardłowo zielonooki; twarde głoski przechodziły w niezadowolony pomruk przypominający warczącego psa myśliwskiego — zapytałem o pańską opinię. Nie potrzebuję szaleńców. Potrzebuję ludzi pokroju Lucjusza Malfoya. Potrzebuję ludzi pańskiego pokroju.

Paznokcie Snape'a wbiły mu się w skórę jak żyletki; gorące wargi zamajaczyły tuż nad jego uchem.

— Ludzi... mojego... pokroju — powtórzył mężczyzna, cedząc powoli sylaby, przepuszczając je przez usta, jakby dawkował słowa niczym składniki do eliksiru.

Harry odetchnął głęboko, wzbierając w sobie odwagę.

— Owszem — przytaknął lodowatym tonem, który przeciął powietrze jak pazury drapieżnej, magicznej bestii. — Takich, którzy nie zawahają się, zanim odetną człowiekowi głowę.

Zamiast cichego śmiechu, którego podświadomie oczekiwał, z gardła Snape'a dobiegł warkot rozjuszonego zwierzęcia, te długie, wąskie palce szarpnęły jego podbródkiem, kierując jego wzrok wprost w te czarne, płonące teraz jak lampiony na nocnym niebie, oczy, ciało mężczyzny mocniej przyparło go do ściany - Harry pomyślał, że ten rozjuszony demon za moment zmiażdży mu wątrobę.

— Czy widziałeś, Potter, abym kiedykolwiek odciął człowiekowi głowę? — Obsydian jego oczu płonął jak stal. — Czy potrafisz to sobie chociaż wyobrazić?

Harry zmrużył oczy, jego powieki zadrżały.

— Widziałem, jak zabijałeś — powiedział powoli i wyraźnie, patrząc wprost w czarne oczy potwora stojącego naprzeciwko; wyciągnął głowę na tyle, jak bardzo pozwoliły mu na to ściskające jego podbródek długie, męskie palce. — To mi wystarczy.

Snape tak nagle, jak uprzednio na niego naparł, teraz odsunął się gwałtownie; Harry zachwiał się, ale nie pozwolił sobie na osunięcie się po ścianie. Mężczyzna świdrował go wzrokiem spod wpół przymkniętych powiek, Harry milczał, pozwalając mu na przemyślenie jego propozycji.

Wreszcie Snape się odezwał.

— Innych Naczelników Magicznej Anglii byłbym w stanie ci... zaoferować. — Namyślił się, bezwiednie przecierając dolną wargę wskazującym palcem; za jego czarnymi oczami kłębiła się niema pogarda. — Lucjusza także — dodał powoli, wyglądając, jakby bardzo niechętnie przystawał na tę ugodę. — Nikogo więcej.

Harry prychnął, widząc jak na jego oczach jego dalekosiężne, genialne plany szlag jasny trafia.

— Bardzo to zapobiegawcze z twojej strony, Snape — wycedził zimno, pozwalając sobie obdarzyć mężczyznę kolejnym, lodowatym uśmiechem, mając wrażenie, że nic go już nie obchodzi. — Boisz się, że zaszarżują na twoje stanowisko pana i mistrza? Obawiasz się, że zepchną cię z piedestału? Że znów będziesz musiał się przed kimś kajać, okazywać swoją niebotyczną skruchę i płaszczyć na lodowatej podłodze jak nic niewarty...

Siarczysty policzek rozbrzmiał echem w pustym Skrzydle Szpitalnym jak odgłos wystrzału.

Snape przyglądał się Harry'emu, którego głowa odskoczyła na bok pod siłą uderzenia, z milczącą pogardą.

W umyśle Harry'ego zamajaczyło stare pytanie, które niegdyś, w czeluściach posiadłości stojącego przed nim czarodzieja, zadał z niepewnością, chcąc dowiedzieć się, na jakim gruncie przyszło mu stać.

Ty, Potter, o dziwo, zdajesz się doskonale rozeznany w szczeblach drabiny społecznej — odpowiedział mu tamtego dnia Snape, spoglądając mu prosto w oczy.

Harry bez słowa przyjął to uderzenie (najlepiej nadstawić drugi policzek — zabrzęczał mu w głowie głos Albusa Dumbledore'a; Harry zacisnął zęby, odganiając tę wizję z umysłu jak irytującą muchę - rozwiała się w jego głowie jak dym) i pomyślał, że najlepszym rozwiązaniem będzie okiełznanie swojego długiego języka.

Spuścił wzrok i utkwił beznamiętne, ziejące pustką spojrzenie w porysowanej podłodze; poczuł łaskotanie magii gdzieś na tyłach swojego umysłu.

— Będzie lepiej — powiedział cicho Snape po dłuższej chwili zapadłego między nimi milczenia; Harry czuł jego wzrok na swoim palącym bólem policzku — jeśli przeprosisz za swoje zachowanie.

Rozdrażnienie uderzyło Harry'ego jak nieopamiętanie, jego oczy potraktowały podłogę szydzącym spojrzeniem.

— Wybacz mi, mój panie — prychnął sardonicznie Harry — bo zgrzeszyłem przeciwko tobie.

Przez moment między nimi zapadła cisza, zgęstniała i trudna do zniesienia, w której - jak zauważył Harry - ich własne oddechy brzmiały raczej nienaturalnie, którą po długiej minucie ponownie przerwał Snape, odzywając się niemal konwersacyjnym tonem.

— Wiesz, Potter... dobrze by było, gdybyś miał świadomość tego, że w każdej chwili mogę stąd odejść, całkowicie ignorując pomoc, którą jestem w stanie wam oferować w waszych fascynujących zrywach wyzwoleńczych. Poradzicie sobie beze mnie. Prawda?

Pytanie zawisło w powietrzu ciężkie jak kamień, a Harry poczuł, jak zimno wtapia się w jego skórę jak sól z morskiej wody - doskonale znał możliwości Snape'a, doskonale wiedział, jak wyśmienitym jest on wojownikiem, byłby głupcem, gdyby pozbawił się tak potężnej karty ze swojej talii.

Zielonooki zacisnął oczy i przyłożył dłoń do swojej twarzy.

— Chcesz wiedzieć, co czuję? — wypalił, oblizując nerwowo wargi. — Chcesz wiedzieć, na słodką Morganę? Powiem ci, Naczelniku, co czuję. — Harry, nie patrząc w tamtym kierunku, wskazał dłonią na zawinięte w całun prześcieradeł ciało, odejmując palce od twarzy. — Ta kobieta, która leży martwa za twoimi plecami, była jedną z nielicznych, dla których pragnąłem przeżyć przeklętą Drugą Wojnę Czarodziejów. Z tą kobietą, Naczelniku, byłem gotowy zakładać rodzinę, chociaż, możesz się teraz pośmiać, droga wolna, w życiu się z nią nie przespałem. Ta kobieta — powtórzył Harry, opuszczając drętwiejące ramię — tuż po wojnie wyjechała Merlin jeden wie dokąd, a teraz wróciła — Harry nie wiedział, kiedy zaczął się śmiać, wiedział, że w tym momencie śmiał się jak wariat, bez mrugnięcia spoglądając w czarne oczy Snape'a — wróciła i oznajmiła mi, że cieszy się, że na nią czekałem. Miała rację, czekałem na nią, naprawdę czekałem, ale powiedz mi, Snape, ile można czekać, czując się jak głupi kretyn, który podświadomie zdaje sobie sprawę, że czeka na próżno? Cieszy się, że na nią czekałem — powtórzył Harry, chichocząc jak obłąkany, czując się jak nic niewarte ścierwo. — I wówczas - co za wspaniała scenka rodzajowa - pojawia się twoja kochana córka, nacierając na mnie jak przeklęta wichura, obłapiając mnie mocniej, niż Diabelskie Sidła. Nie wiem, co pomyślała sobie Ginny i nie chcę wiedzieć, ale teraz jest martwa, zakutana w jakieś stare prześcieradła, a ja nie mogę odegnać od siebie myśli, że może gdyby twoja przeklęta Katrina... że może wtedy... — Harry skrzywił się i odwrócił wzrok ku szybie. — Mam ochotę rzucać się i przeklinać, i miotać zaklęciami, i zacząć wreszcie działać, żeby nie myśleć... nie myśleć... — jego głos przycichł, Harry miał wrażenie, że jego maski opadają z jego twarzy jak kurtyna deszczu, jak walący się domek z kart - jedna po drugiej. — Cóż, tak się właśnie czuję...

Harry odwrócił się na powrót ku oknu, czując, jak siły opadają z niego jak śnieg z ramion; oparł rozgrzane czoło o chłodne szkło szyby, a to zaparowało pod jego oddechem, pod jego dotykiem, czuł, że czysty żal przebija się przez jego maski oziębłości i beznamiętności z szyderczą powolnością - przesiąka przez szpary w ich strukturze, rozlewa się ospale po jego twarzy, smakując zbyt gorzko, aby był w stanie to przetrwać z godnością.

Snape poruszył się znacznie wolniej, niż uprzednio - Harry usłyszał szelest jego szaty i poczuł chłodne palce przyciskane do jego pulsującego bólem, z pewnością zaczerwienionego policzka, które przyniosły niejakie ukojenie. Zielone oczy odszukały czarnych w odbiciu na gładkim szkle.

— Chłodny umysł, Potter, to on ma nadrzędne znaczenie w wydawaniu innym ludziom poleceń, które osiągnęłyby jakąś wartość. Chłodny umysł — powiedział Snape; jego głos złagodniał, jego palce z delikatnością przeciągnęły się po palącej jak żar skórze. — Nie możesz działać w afekcie, to do niczego cię nie zaprowadzi. Nie zrzucę ci na głowę Wewnętrznego Kręgu Czarnego Pana, to byłoby bardzo nieroztropne posunięcie i dla mnie, i dla ciebie. — Dłonie Snape'a z zadziwiającą łagodnością, całkowicie różną od uprzedniej brutalności, odwróciły go ku sobie; Snape schylił głowę, odgarnął Harry'emu z twarzy wpadające mu do oczu włosy i pocałował przelotnie jego skroń; zielonooki miał wrażenie, że jego serce na moment zatrzymuje się w miejscu; ucisk w gardle wcale nie zmalał. — Natrzemy na to więzienie, bo mamy w tym wspólny cel. Masz za swoimi plecami ludzi, którzy są gotowi za tobą podążyć, nie jesteś w tym sam. — Czarne oczy zajrzały głęboko w jego własne. — Całkowicie rozumiem potrzebę działania, która tobą kieruje. Sądzisz, że jeśli rzucisz się szaleńczo w wir nieprzemyślanej walki, to szybciej zapomnisz. Wydaje ci się, że wściekłość, sarkazm i słowne wyżycie się na innych przyniosą ci pewną dozę ukojenia.

Harry chciał zaprzeczyć, ale w tym momencie, Snape spojrzał na niego jakoś dziwnie i wypowiedział słowa, które zamknęły mu usta szybciej, niż jakiekolwiek zaklęcie kiedykolwiek byłoby w stanie.

— Też tak wtedy myślałem. Problem w tym, że tak się nie stanie.

Zielone oczy opadły na podłogę, cień żalu przemknął przez młodszą twarz jak refleks światła na szkle; młodszy czarodziej podszedł na miękkich nogach do jednego z pustych łóżek ambulatorium, mając wrażenie, że jeżeli za moment nie usiądzie, jego nogi nie utrzymają dłużej jego ciężaru. Opadł bezwładnie na materac, podpierając się łokciami o uda i odetchnął głęboko, siląc się na spokój.

— Nie wiem co mam robić — przyznał Harry, bardziej przed samym sobą, niż przed Snape'em, czując, jak zdrętwiałe są jego wargi.

Czuł wzrok mężczyzny przemykający po jego pustej twarzy jak iskra, starał się oddychać w miarę głęboko i spokojnie i wiedział, że całkowicie traci nad tym kontrolę. Snape zbliżył się do niego; Harry uniósł na niego zrezygnowany wzrok.

I wtedy czarna szata zaszeleściła jak pióra ptaków na wietrze, a mężczyzna przyklęknął przed nim z taką lekkością, jakby czynił to z rozkoszą (więc to tak wyglądałeś przed Voldemortem — pomyślał Harry nieskładnie, zanim zdołał wyciszyć własny umysł; jeśli Snape przechwycił te słowa, nie dał po sobie niczego poznać).

Harry uciekł wzrokiem, ale Snape pochwycił jego podbródek w swoje palce i łagodnie sprowadził jego oczy na powrót ku swojej twarzy.

Myśleć, Potter — wyszeptał; jego czarnooki, głęboki wzrok opadł na samo dno jego duszy. — Przede wszystkim nie przestawać myśleć.


-VVV-


Wiatr rozrzucił na swych strugach jego przydługie, czarne włosy, kiedy stanął u wrót zamku, spoglądając z chłodnym opanowaniem na ludzi zbierających się nad jeziorem. Harry przeciągnął palcami po lekko przesuszonych kosmykach, myśląc pobieżnie o tym, że stanowczo powinien je wreszcie podciąć.

Wysunął różdżkę z rękawa i stuknął lekko jej końcówką w czubek swojej głowy, czując powiew magii, która owinęła się wokół jego szyi i sięgnęła niesfornych kosmyków, jak małe tornado; poczuł niebolesne szarpnięcia, gdy czary zbijały mu włosy w niski, nieduży kucyk z tyłu głowy.

Nie zabrał z zamku swojej grubej, jesiennej peleryny - uznał, że tym razem nie będzie miał z niej najmniejszego pożytku.

Odwrócił głowę w stronę mężczyzny stojącego za jego lewym ramieniem i uniósł brwi w niemym pytaniu.

Czarne oczy były jak dwa kamienie - zestalone, zastygłe, twarde i bezlitosne; Severus Snape skinął bez słowa głową, a Harry poczuł, jak jego serce powoli oplata ta sama bezwzględność, która osiadła na krawędzi mrocznych źrenic byłego nauczyciela; podniósł wyżej głowę, wyprostował kark i głęboko w swoim umyśle przesiewając własne wspomnienia - dystansując się od bolesnych, wyławiając te, związane z chłodnym opanowaniem - odezwał się cichym, zrównoważonym głosem:

— Sprowadź tu Lucjusza, powiedz, że jego syn — zielone oczy odszukały pośród zebranych chudej jak szkapa sylwetki wysokiego młodzieńca; w kącikach jego warg zamajaczył usatysfakcjonowany uśmieszek — rusza do bitwy z przeciwnikiem o nieokreślonej jasno sile i możliwościach. Zjaw się u reszty grona Naczelników. Przekaż im, że Harry Potter potrzebuje ich pomocy w temperowaniu mugolskiej plagi.

Snape poruszył się obok niego (Harry zobaczył to jedynie kątem oka) i nic nie mówiąc, rozpłynął się w powietrzu jak mgła, zbijając się w gęsty, zbity, nieprzeniknięcie czarny dym, który zatańczył wokół Harry'ego jak wichura, wzbijając nieznacznie rąbek jego szaty, obijając się o jego łydki i pomknął ku granicom Hogwartu z szybkością hipogryfa, unosząc się coraz wyżej i wyżej, aż wreszcie zredukował się do czarnej, ruchomej plamy majaczącej w oddali (wyglądał trochę jak duży ptak albo burzowa chmura). Zielone oczy patrzyły za nim przez chwilę, zanim nie powróciły ku sylwetkom czekających, krążących w zbitej gromadzie jak ssaki stadne, czarodziejów - których uwaga została powierzona jego osobie z chwilą oddalenia się nietrudnego do dostrzeżenia skupiska Czarnej Magii, w którą Snape oplótł się jak welonem, jak miękką peleryną podróżną.

Harry obrócił różdżkę w palcach, przeciągając opuszkami po jej gładkiej powierzchni, i zaczął przedzierać się poprzez wiatr w stronę czekających ludzi.

Rozstąpili się przed nim jak morze przed Mojżeszem, a Harry, wchodząc pomiędzy nich, miał wrażenie, że ostatnim razem promieniała z niego tak wyraźna pewność, kiedy krążyli powoli wokół siebie z Voldemortem w tej pamiętnej, ostatniej walce.

Jego wzrok zaczął przeskakiwać po ich twarzach wygiętych przez różne emocje - determinację, strach, zbulwersowanie, cynizm, pragnienie zemsty - był w stanie zrozumieć je wszystkie i każdą z osobna.

Pojedyncze, szemrane rozmowy ucichły i nienaturalna cisza oblekła ich sylwetki, jakby wszyscy naraz zmówili się, aby uczcić tym czyjąś pamięć.

Harry spoglądał na nich, dokonując szybkiego bilansu liczebności (choć nie musiał, ponieważ przybyli wszyscy ci, a zarazem jedynie ci, którzy wcześniej wspólnie z nim obradowali), dochodząc do wniosku, że to niewiele, bardzo niewiele.

Skinął głową, zapisując to na tabliczce informacyjnej wszczepionej w głębiny jego umysłu.

— Musimy działać szybko — powiedział, podchwytując na chwilę spojrzenie Minerwy McGonagall, która z twarzą skupioną i surową - taką, jaką ją pamiętał - skinęła w jego kierunku głową. — Element zaskoczenia, który trwać będzie śmiesznie krótki czas, jest naszą największą bronią. Uderzymy raz, a precyzyjnie, znamy teren naszej walki i znamy jego atuty. Wiemy o słabych punktach tej mugolskiej cytadeli, wykorzystajmy je — mówił, sunąc powoli jak wąż pomiędzy falą czarodziejów i czarownic. Hermiona wyciągnęła dłoń, a on uścisnął ją mocno i krótko - ich mały, wspólny rytuał na szczęście, pozostałość z czasów drugiej wojny. — Nie bójmy się przewagi liczebnej naszych wrogów, ponieważ to my jesteśmy silniejsi, to nas wybrała magia, jesteśmy wybrańcami - każdy z nas.

Amelia przeciągała paznokciami po drewnie własnej różdżki, przyglądając mu się w skupieniu spod kurtyny rzęs - Harry wiedział, że ta niepozorna, młoda aurorka potrafi być bardziej zacięta w boju, niż niejeden, długoletni, znający tajemnice różnych dziedzin magicznych czarodziej. Uśmiechnęła się do niego jak wilczyca gotowa na żer, a Harry oddał jej jadowity uśmiech.

— Pokażmy im — podniósł głos Harry, unosząc wyżej podbródek — że być może nie stanowimy przeważającej większości populacji ludzi w Anglii, że być może nie mamy skomplikowanych machin obronnych i strzelniczego prochu, że być może posługujemy się - jak prymitywni ludzie - małymi, drewnianymi patykami — Harry zakreślił jakiś bezkształtny zawijas w powietrzu, a kilka głosów odpowiedziało mu cichym śmiechem, rozlewającym się po błoniach jak morze nadziei — ale nasze patyki są w stanie zdziałać cuda, których oni na oczy nie widzieli. — Harry rozejrzał się po zebranych, obdarzając każdego szerokim, agresywnym uśmiechem. — Są w stanie zachować taką wielofunkcyjność, do jakiej broń mugolska nigdy nie sięgnie — zniżył agresywnie głos Harry, przekręcając głowę, patrząc w oczy szczerzącemu zęby Andersonowi. — Być może mugolskie bronie są w stanie nas zabić za jednym pociągnięciem spustu — powiedział cicho, czując zimny wiatr przesuwający się pieszczotliwie po jego szyi - jakby aprobując jego mowę, przeciągnął ponownie wzrokiem po zebranych i uśmiechnął się drapieżnie, gdy dostrzegł zbliżających się do nich osiem nowych sylwetek; spojrzał przeciągle we wciąż tak samo głębokie, jak je pamiętał, oczy Kingsleya — ale my, my jesteśmy w stanie unicestwić ich zaledwie słowem.

Harry, z błyszczącymi nienaturalnie oczami, odwrócił głowę i pochwycił pomiędzy lasem głów i wirujących jak liście włosów szarookie spojrzenie Dracona.

Te znajome oczy spoglądały na niego z powagą i determinacją, jasne włosy upięte były wysoko na głowie w ciasny kok, kącik pełnych ust drgnął w szyderczym grymasie. Draco uniósł jedną brew w geście niesamowicie podobnym do tego, jak to czynił jego ojciec. Harry, czując, jak wzbiera w nim własna magia, odpowiedział, wyszczerzając zęby niczym wygłodniała hiena i wyciągnął zapraszająco dłoń w stronę szarookiego mężczyzny.

— To co? — zamruczał, patrząc prosto w błyszczące jak płynne srebro oczy. — Wyciągamy naszych ludzi i grzebiemy żywcem te mugolskie szuje pod tonami gruzu?

Draco przechylił głowę jak zaintrygowany, drapieżny kot, wyglądając trochę, jak jego ojciec zasilający szeregi Śmierciożerców.

— Nie do wiary — zamruczał miękkim, ciągnącym się jak guma do żucia głosem Draco — ostatnim razem, kiedy udało nam się wysadzić w powietrze jakąś mugolską placówkę...

— Tak, tak, wiem — przerwał mu Harry, z trudem powstrzymując drapieżny śmiech, rodzący się w jego głowie; jego wargi wyciągnęły się w obiecującym niebezpieczeństwo grymasie. — Tym razem masz w tym moje całkowite błogosławieństwo.

Draco roześmiał się, a jego śmiech potoczył się po szkolnych błoniach jak stado jesiennych ptaków. Zrobił krok do przodu i pochwycił wyciągniętą dłoń Harry'ego.

— W takim układzie — zamruczał Draco, przestępując niecierpliwie z nogi na nogę — jak mógłbym nie skorzystać z tak... pomyślnych okoliczności?

Harry sięgnął do kieszeni i wyciągając z niej stary, kruszejący się żeton - niewielki świstoklik uaktywniający się po przełamaniu - zacisnął na krążku palce (cichy trzask łamiącego się, zaśniedziałego, cienkiego metalu zabrzmiał jak rozkruszający się na twardym bruku ząb), nie wypuszczając ciepłej dłoni Dracona z uścisku swoich palców. Poczuł ostre szarpnięcie w brzuchu (do którego wciąż - po tych wszystkich latach współistnienia z magią - nie potrafił przywyknąć), kiedy magia porwała ich w swoje silne wiry.

Pod palcami przez cały czas czuł zdecydowany, wzmacniający się z każdą chwilą uścisk znajomej ręki.


-VVV-


Pamiętam ich twarze - wszystkich tych ludzi, którzy stanęli wówczas ramię w ramię z zamiarem postawienia się mugolskiej technologii. Pamiętam szereg różnych emocji przewijających się przez ich rysy - wszystko jest tak dokładne i wyraźne, ukazujące mi się przed oczami z detalami, na które w pierwszej chwili nie zwróciłbym nawet uwagi (zmarszczka pomiędzy brwiami McGonagall, gorący zapał Hermiony marszczącej czoło w tym śmiesznym wyrazie, który pojawiał się na jej twarzy jedynie wtedy, gdy mocno wysilała komórki mózgowe, będąc gotowa, aby swoją błyskotliwością uratować nas z opałów - tak, jak kiedyś). Pamiętam palące spojrzenie Dracona, błysk w jego oczach twierdzący w jego imieniu, że jest on gotowy na wszystko - ale głębokie cienie pod nimi wciąż nie opuszczały swego stanowiska, jakby przykleiły się do jego skóry, jakby były tak gęstym eliksirem, że zaczęły osadzać się pod powiekami, lepić rzęsy, spływać po policzkach jak słone łzy.

Pamiętam coś jeszcze - choć to bardziej migawka, niż wspomnienie, przebłysk obrazu rozmywający się na powiece w pasma splątanych kolorów - pamiętam spojrzenie Lucjusza Malfoya skierowane w stronę swego jedynego syna, spojrzenie tego jednego z najpotężniejszych Śmierciożerców, dysponującego ogromnym potencjałem i mocą magiczną, tego bestialskiego drania, który za czasów pierwszej, a później i drugiej, wojny czarodziejskiej lubował się w przemocy, której nie obawiał się wiernie służyć - w jego stalowo szarych oczach był niepokój, była w nim troska, troska głęboka i przejmująca, której nie spodziewałem się zobaczyć na jego twarzy nigdy w swoim marnym życiu.

Przypomniałem sobie, jak wyglądał pod koniec dyktatury Voldemorta, przypomniałem sobie to, jak wojna go wyniszczyła - jak całe jego ciało krzyczało wyczerpaniem i niemocą - na tej niegdyś przystojnej twarzy, jaką pamiętam ze swoich pierwszych z nim kontaktów - na drugim, na czwartym, nawet na piątym roku - były bruzdy tak głębokie, jak blizny niezdolne do wygojenia się, na niegdyś gładkiej, jasnej twarzy, był szorstki, ciemny zarost drapiący jego brodę i policzki, pomiędzy linią wąskich brwi stały murem dwie pionowe zmarszczki, nigdy nie opuszczając swojego posterunku, wokół oczu majaczyły fioletowoczerwone cienie, tak głębokie i ciemnie, że aż ciężko patrzyło się na jego twarz - nawet mi. Jednak największa zmiana nastąpiła wówczas w jego oczach - zawsze tak dumnych, jaśniejących wyższością nad innymi, jaśniejących pychą i potęgą - w tych samych oczach, podkrążonych jak po bójce na pięści, widniało złamanie, widniało przerażenie podobne do strachu kundla wyrzuconego z gorącego, jasnego domu na chłodny bruk, błądzącego w nocnych ciemnościach, nieznajdującego nikogo, kto by się nim zajął, przerażonego, wystawionego na ulewne deszcze i porywiste wiatry, które szarpią nim całym (kończynami, szyją, duszą, wolą) i szarpią, i szarpią, wcale nie chcąc przestać, kotłując niegdyś proste, zadbane, miękkie włosy i wplatając w nie brud, kurz i rezygnację.

Tak, pamiętam te oczy.


-VVV-


Zimne powietrze uderzało Harry'ego w twarz, przedzierało się za okrągłe szkła okularów i wpadało do oczu, kiedy ze źrenicami utkwionymi w więziennych murach, przemykał się pomiędzy falistymi pagórkami, biegnącymi wzdłuż ubocza wyboistej, krętej drogi ciągnącej się jak wąż po jego prawej ręce, wymijając wysokie głazy piętrzące się jak stare wysoczyzny górskie.

Oczy utkwił w majaczących przed nim, solidnych, wysokich murach i brzydkiej, niedostojnej, acz potężnej bramie wjazdowej, przy której jak pomnik stały cztery ściany stróżówki - przez jej maleńkie okna przelewał się pomarańczowy poblask płonącej żarówki. Kiedy uniósł głowę, mógł dostrzec piętrzącą się ku chmurom, starą fortecę z betonu, wyglądającą zza solidnych zamurowań.

Harry, czując adrenalinę kotłującą się w jego żyłach i przyspieszające swój bieg, szalone serce wybijające marsze w jego klatce piersiowej, odetchnął głęboko świeżym powietrzem, czując, jak obiega ono jego organizm jak fala, jak czysta woda (zupełnie jak wówczas, gdy stał na granicy Zakazanego Lasu i przyciskał złoty znicz do ust — już mogę umierać).

Widział wysokie balkony - choć musiał zmrużyć oczy, aby móc lepiej się przyjrzeć - i uzbrojoną straż opierającą się o ich ściany i barierki. Oblizał wargi, szacując dystans dzielący główną bramę i budynek więzienia - pomiędzy nimi musiał być jakiś plac albo pas zieleni, albo coś jeszcze, jeszcze innego.

Obrócił głowę i spojrzał na Draco, przykucającego blisko niego, przyglądającego się jego twarzy, jakby czekał na odpowiedni sygnał - na jego twarzy malował się obraz drżącej niepewności.

Zagryzł zęby, skinął głową i poruszając się jak pająk pełznący po stałym gruncie, posunął się do przodu, klucząc między wysoczyznami terenu jak skorpion.

Za plecami słyszał szelesty szat i nieme uderzenia butów o podłoże swoich towarzyszy; starał się oddychać głęboko i miarowo i miał wrażenie, że wpadający mu do ust wiatr dusi go nie mniej sprawnie od palców zaciśniętych na tchawicy.

W swym genialnym, przebiegłym planie, Harry nie przewidział jednego - że okno stróżówki otworzy się z cichym trzaskiem jak brama do piekieł, a trzy lufy karabinu wysuną się przez nie jak dysze parowe jakiś przemyślnych aparatur.

Oczy zielonookiego rozszerzyły się jak spodki, poczuł kiełkujące ziarno paniki, podjeżdżające mu pod samo gardło.

— Padnij! — zdąży wrzasnąć Harry, rzucając się na plecy Dracona i przyciskając go do ziemi całym ciężarem swojego ciała, zanim grad kul nie obsypał ich jak spadający śnieg; zielonooki, klnąc jak szewc, przeturlał się za wyższy pagórek, zaciskając ramiona wokół ciała Dracona jak szczypce, czując, jak ich nogi szamoczą się w jakiejś dziwnej plątaninie wzorów i zderzył się z kulącą się tuż obok Hermioną, pobladłą jak pergamin. — Cholera jasna! — warknął, podczas gdy jego umysł skandował: „To nie mogło się stać, nie mieli nas zobaczyć tak szybko, nie mieli, nie mieli, nie mieli".

Zaklęcie rzucone gdzieś zza jego pleców przemknęło nad pagórkami jak ptak i ugodziło w stróżówkę jak torpeda.

Niewielki budynek rozleciał się w drzazgi, buchając w kaskadzie dymu i ognia. Harry wypuścił spod siebie Dracona, który poderwał się na kolana i przycupnął na ziemi jak polujący, drapieżny kot, ryjąc paznokciami w grząskim gruncie, zaciskając palce prawej ręki na różdżce z taką siłą, że pobielała mu skóra.

Harry ponownie zaczerpnął głęboko w płuca błogosławionego powietrza (drobne pyły zaatakowały jego drogi oddechowe), oczyszczając z natłoku myśli własny umysł.

Jak z werwą, to z werwą — pomyślał Harry, czując frustrację atakującą jego ciało jak wodne wiry, a potem poderwał się na nogi z szybkością, którą wyrobił sobie podczas lat czarodziejskich potyczek i zbombardował bramę z ogłuszającym hukiem, intensywnie wpatrując się w deszcz gruzu i pyłu sypiący się na miałki grunt jak kurz.

W całej swojej determinacji, Harry nie wiedział jednego - że zanim posypały się od strony stróżówki pierwsze strzały, zanim deszcz pocisków przeszył powietrze jak błyskawica, zanim niewielki budynek padł niczym domek z kart, mugole pilnujący bramy, zdążyli już zawiadomić strażników okupujących balkony obserwacyjne, a informacja o ich rychłym przybyciu - w tej samej chwili, gdy brama legła w gruzach - dotarła do samego, więziennego czeladnika.

Zaledwie zdążyli podbiec do murów i przekopując się przez morze kamieni, torując sobie drogę rękami, nogami, ramionami, zdzierając sobie naskórek do krwi, przedrzeć się na szeroki, rozległy teren pełen niewielkich pagórków i wgłębień, przecięty grząską drogą samochodową, wciskając się w wyrwy w ziemi jak robaki, gdy wylał się przez główne wejście więzienia - które rozpostarło się z przyprawiającym o mdłości zgrzytem - jak wodospad, oddział umundurowanych, uzbrojonych po zęby w niepojęte dla czarodziejów mechanizmy, mugolskich wojsk.

Harry zbladł jak grudniowy śnieg - mieli przedostać się dalej, w żadnych planach nie uwzględnili możliwości, że zostaną dostrzeżeni tak szybko, to element zaskoczenia miał być mocną stroną tego ataku; przełknął głośno, zaczynając oddychać przyspieszonym tempem.

Jak zawsze — przemknęło Harry'emu przez myśl niczym wolny ptak; jego oczy błysnęły lekko szaleńczym blaskiem, wycelował w sam środek mugolskich wojskowych i zarzucił klątwę łamania kości najszerzej, jak tylko był w stanie - i z rozczarowaniem spostrzegł, że zaledwie nieznacząca garstka nacierających wojsk padła na ziemię jak ścięta z nóg; strzały posypały się w ich stronę jak grad — planujemy coś, trzymamy się ściśle planu, a ten się rozłupuje jak lustro pod zaklęciem wybuchającym.

Skulił się przy ziemi, gdy automaty zaczęły słać ku nim serię zabójczych pocisków; starał się ogarnąć wszystko własnym umysłem, oddychając chwiejne i płytko.

— Szefie! — ryknął gdzieś z tyłu Jerry, przekrzykując huki wystrzałów karabinowych. — Co robić?! Wycofujemy się?!

Harry miał wrażenie, że przed oczami zamajaczyła mu mgiełka wściekłej czerwieni; skierował gwałtownie różdżkę na swoje gardło, posyłając uprzednio wyjątkowo złośliwą klątwę ku grupie uzbrojonych mugoli, i wypalił niewerbalnie zaklęcie Sonorus, po czym warknął jak rozjuszone zwierzę, a jego głos wylał się przez gardło i jak fala przetoczył się przez pagórki, daleko wokół, sięgając murów, zataczając kręgi jak dzikie ptaki:

Walczcie, dzieci wojny, i nie znajcie litości!


-VVV-


Poruszali się, jak na oko Dracona, w ślamazarnym tempie, nie mogąc wybiec z zaklęciem naprzeciw kuli, nie mogąc stanąć wobec siebie jak równy z równym. Natomiast biegnący otwarcie przeciw nim mugole, nacierający jak nawałnica, w przeciwieństwie do nich doskonale znali teren, na którym przyszło im stoczyć bój.

Draco, kryjąc się przy ziemi, dysząc jak wściekły pies, czołgając się po trawie jak jakaś rzeczna żmija, czuł, jak muł gruntowy przywiera mu do palców, a pod paznokcie włażą ziarna piasku i pyłu. Jego obcisła szata rozdarła się u podstawy, gdy zahaczył nią o ostry kawałek głazu, czuł, że na rękach powstanie mu coraz więcej i więcej odcisków od ściskanej kurczowo różdżki.

W uszach słyszał ogłuszające huki wystrzałów; w nozdrzach zamajaczyła mu ostra woń prochu.

— To kolejna, przeklęta misja samobójcza! — krzyknął w stronę Harry'ego, którego zaklęcie zrobiło potężną wyrwę w ziemi pod nogami czwórki (a może trójki - Draco nie był pewien) wojskowych.

Zielonooki nie spojrzał w jego kierunku, jego oczy były skupione i utkwione w jednym celu; Harry przetoczył się po ziemi, zarył palcami w grunt koło dłoni Dracona, wycelował różdżkę w grupę mugoli i wypalił zaklęcie niemal w tym samym momencie, w którym uczynił to, oddychający z nienaturalnym tempem, Draco. Chwilę potem dymiący pocisk z mugolskiej broni wbił się ze świstem w ziemię tuż koło nich; szarooki poczuł, jak zamarza krew w jego żyłach - miał kuriozalne wrażenie, że rozbłyski zaklęć jedynie zdradzają miejsce ich położenia.

Przeklął siarczyście i pchnął Harry'ego za sąsiedni pagórek niecałe kilka sekund przed tym, jak miejsce, w którym się ukrywali, zostało zbombardowane serią pocisków karabinowych.

— Jesteś zupełnie... szalony — wysyczał w jego kark, dławiąc się własnym głosem, jednocześnie mając pewną, mglistą świadomość, że nie ma już nic do stracenia, bo gdzieś w tych murach, piętrzących się przed jego oczami jak zamki z piasku, więziona była jego matka. Pragnął jej szczęścia, jej wolności, chciał, żeby miała szansę godnie przeżyć swoje życie - z dala od mugolskich fortec, z dala od niebezpieczeństwa.

Harry wyrwał się z jego ramion jak wściekła bestia i skoczył do przodu, przytulając twarz do kolejnego pagórka, niemal na oślep posyłając swoje zaklęcia. Wokół nich czarodzieje rozpełzli się na wszystkie strony świata, Draco zacisnął zęby, oddychając coraz głębiej i głębiej, serce uspokoiło swój bieg, powietrze opłynęło jego umysł jak zaklęcie, oczyściło go, rzuciło mu prawdę przed twarz, nie okazując litości - zaczął dostrzegać potrzebę tam, gdzie wcześniej widział obowiązek - aż wreszcie z jego gardła wydarł się bez udziału jego woli wściekły, nieopanowany warkot - Draco, wiedząc, że jego pozorny spokój pęka jak porcelana, rzucił się w ślad Harry'ego z szaleńczą determinacją do tej walki absurdalnej jak ludzkie życie.

Jakieś ciało z tępym rumorem zwaliło mu się pod nogi, krew przywarła do butów Dracona jak błoto; nie spoglądając, nad czyim życiem przestępuje z tak chłodną obojętnością, przeskoczył nad jego głową, przeturlał się za najbliższy pagórek, taplając się w czerwieni wciąż ciepłej posoki, mule i błocie i rzucił z rozmachem pierwszą klątwę, jaka mu przyszła na myśl, nie zastanawiając się nawet nad jej sensem czy znaczeniem, w biegnącego od koszar mugola - człowiek uchylił się przed snopem czerwieni, Draco, czując ucisk gdzieś w centrum własnej piersi, zacisnął zęby, zmrużył oczy i widząc unoszącą się na niego - jak na klatce spowolnionego filmu - długą, dymiącą lufę karabinu, wycelował raz jeszcze.


-VVV-


Niebo w przeciągu ułamka sekundy zwaliło się Jerry'emu na głowę. Panika, lęk i dezorientacja były czymś, przed czym przestrzegano ich na kursach aurorskich, dlatego Jerry, resztką zdrowego rozsądku, usilnie starał się nie panikować.

Piach zachrzęścił mu w zębach i przykleił się do gardła; Jerry nie widział, ilu dokładnie przeciwników przyczaiło się na ich życia, ale było ich stosunkowo zbyt dużo - słyszał niekończące się wystrzały dzwoniące mu w uszach jak werble. Zawsze trzymajcie się blisko, nie rozpraszajcie się za bardzo, bo staniecie się łatwym celem — przestrzegał ich ten młody, utalentowany mężczyzna, który poprowadził ich dziś do boju, kiedy jeszcze, tuż przed wojną, posiadał stołek w Biurze Aurorów - i Jerry starał się - starał się nie zostawać w tyle, chociaż płuca paliły, a pył osiadał pod powiekami, starał się osłaniać Harry'ego, rzucając klątwy tuż nad jego głową, nad ramionami, zabezpieczać boki, starał się kontrolować, co dzieje się wokół niego - być jak sokół krążący nad polem bitwy - ale czuł jedynie tępe łupanie w głowie, kiedy kątem oka dostrzegł gdzieś przed sobą Amelię, rzucającą się po płaskich pagórkach jak koń w potrzasku, miotającą klątwami w ogólnym kierunku tego ogromnego zakładu karnego, jakby nie zwracała uwagi na to, w które miejsce trafi, jakby nie była zdolna do poprawnego ich wycelowania.

Jerry usłyszał głośną serię wystrzałów - przeczołgał się po ziemi za najbliższy pagórek, plując trawą, której ostre brzegi rozcinały mu język - gdzieś przed nim, zaledwie kilka metrów dalej, zafalował rąbek szaty Amelii, przykucającej na zimnej ziemi; wycelowała zaklęcie prawie na oślep i jeden z wojskowych padł z otwartą raną w brzuchu - Jerry wstrzymał powietrze, gdy pętle wnętrzności, krwi i fekaliów zaczęły wylewać się z otwartej rany. Inna para rąk obróciła lufę karabinu, wymierzając ją gdzieś w szyję kobiety i Jerry, zanim choćby pomyślał, co robi, miotnął zaklęcie niemal mechanicznie; mężczyznę odrzuciło jak po wybuchu gazu, Jerry z oczami wilgotnymi od drażniących je pyłów, miał ochotę dziękować Merlinowi, kiedy ujrzał, że kobieta nacierająca na tę betonową fortecę tuż przed nim, dalej się porusza, oddycha, żyje.

Widział ogrom mugolskiej armii i czuł się przy nich niczym zwierzyna łowna pod ostrzałem myśliwych; kątem oka dostrzegł Harry'ego - jego brudną od ziemi twarz, podartą szatę i lodowatą, skupioną determinację - tą samą, którą podziwiał u niego, odkąd zostali sobie przedstawieni. Przełknął ślinę, mając wrażenie, że wzbiera mu się na wymioty, i biorąc przykład ze swojego szefa, który sunął po ziemi jak wąż błotny, zaczął przeczołgiwać się na łokciach, dłoniach, kolanach, brzuchu między pagórkami, plując piaskiem, ziemią i trawą, które wpadały mu do ust i chrzęściły w zębach jak żwir pod podeszwami.

Przytulił się do kolejnego pagórka, kładąc się płasko na brzuchu, czując drobinki pyłu wpadające mu za kołnierz, wyciągnął po ziemi różdżkę i wypalił zaklęcie o większym zasięgu rażenia.

Nie trafił - snop granatowego światła przemknął po polu bitwy jak torpeda i padł na ściany więzienia, zderzając się z nim z ogłuszającym hukiem; Jerry poczuł, jak żółć podchodzi mu pod gardło; widział odłupane kamienie, spadające jak asteroidy i modlił się, aby nie poruszyło to konstrukcji ścian piwnicznych, grzebiąc przebywających tam więźniów żywcem.

Amelia odwróciła gwałtownie głowę w jego kierunku.

— Jerry, na litość Morgany! — wydarła się z tępą jak nienaostrzona klinga zgrozą.

Jerry następne chwile widział jak na spowolnionej klatce filmowej; uzbrojony w karabin mugol, którego wcześniej nie dostrzegł, wychylił się zza pobliskiego pagórka i przytulając szary od pyłu policzek do metalu tej zabójczej maszynerii, przymrużył jedno oko i wycelował.

Jerry miał wrażenie, że wszystko wokół zatrzymało się na jedną, przerażającą sekundę - słyszał jakieś krzyki i huki wystrzałów, ale zdawały się one dochodzić do niego jak zza szczelnej kopuły; w uszach usłyszał atoniczny pisk, jakby ktoś przekuł długą szpilą bębenki jego uszu. Nie potrafiąc nabrać powietrza, skoczył na Amelię w tej samej chwili, w której rozległ się huk wystrzału.

Jerry poczuł, jak cała krew odpływa mu z twarzy, gdy Amelia zaskowyczała niczym zarzynana zwierzyna, kiedy zachwiali się oboje pod siłą pędu czarodzieja; poczuł słodki, metaliczny zapach unoszący się wokół nich jak rozpylony sztucznie aromat, kiedy przewalili się z impetem na ziemię - w jego barku coś chrupnęło, ale nie zwrócił na to uwagi. Mając wrażenie, że patrzy na świat poprzez jakąś przezroczystą folię rozciągniętą wokół niego jak guma, uniósł się na dygoczących ramionach. Własne zaklęcie słyszał, jakby było one przytłumione jakąś magiczną barierą, Bombarda zapłonęła wściekłą czerwienią, przemknęła pod wyciągniętą, metalową bronią niczym powiew wiatru i rozerwała ciało wojskowego jak jabłko, które upadło ze zbyt wysoka.

Amelia darła się gdzieś u jego boku, wijąc się, jakby trzymali ją pod zaklęciem torturującym.

Jerry, z twarzą pobladłą jak u topielca, czując lodowate zimno wstrząsające jego ciałem niczym strach, spojrzał w jej wykrzywione salwą bólu oblicze i przeniósł rozszerzone z szoku oczy na jej udo, w które wbijała palce, łamiąc tym samym swoje barwne paznokcie, i przyciskała coraz bardziej i bardziej do klatki piersiowej.

Jerry, czując bezradność klejącą się do niego jak żywica, miał nieodparte wrażenie, że za moment oszaleje z niepokoju, strachu i niezrozumienia - ze wszystkiego naraz.

Ktoś wskoczył tuż przed nich, serce Jerry'ego zabiło z taką siłą, jakby żegnało się z życiem - wiedział, że nie zdąży nawet unieść różdżki, żeby chociaż spróbować się obronić.

— Osłaniam was! — warknął z góry intensywny, niemal zwierzęcy głos, i w pierwszym odruchu Jerry'ego zalała tak potężna fala ulgi, że zapragnął ucałować ziemię, po której stąpał ten czarodziej.

Uniósł głowę i na moment oniemiał jak baran.

Przed nimi, miotając mroczną magią z lekkością akrobaty, stał Lucjusz Malfoy, siejąc wokół siebie aurę grozy i zniszczenia; jego magia buzowała w powietrzu, niemal krzycząc, że stanowi potężne zagrożenie, którego nie sposób zignorować.

Jerry przełknął ślinę; głośne łkanie Amelii wróciło go ku rzeczywistości - oblizał nerwowo wargi i siłą odciągnął jej umazane we własnej krwi ręce od dygoczącego spazmatycznie uda - jej krew była gorąca i lepiła mu się do linii papilarnych, ale nie zważał na to; wycelował różdżkę w jej udo, uważając, aby nie wetknąć jej rozżarzonego wściekle końca w poszarpaną ranę, i zawołał:

Accio pocisk.

Kula karabinowa wypadła spomiędzy strzępów rozerwanej, zakrwawionej skóry - nieludzki skowyt Amelii przeciął powietrze jak grom - i potoczyła się zapomniana pomiędzy trawami, mieszając z błotem i żwirem.

Amelia oddychała płytko i nieregularnie, Jerry rozpiął kilka guzików swej szaty aurorskiej, wyciągnął niechlujnie koszulę ze spodni i zaciskając na niej pięści, szarpnął, rwąc materiał jak papier. Chwilę potem celował już w kawałek ubrania różdżką i rzucał na nie zaklęcie wspomagające tamowanie wylewów krwi oraz dezynfekujące; oblizał usta i dodał do tej przeplatanki słów wyciekających mu przez gardło, formułę czaru chłodzącego, a następnie wyciągnął ramiona i starając się łagodnie przesuwać materiał przez palce, ostrożnie owinął go wokół rany postrzałowej na udzie Amelii.

Kobieta jęknęła przeciągle, krzyk utonął jej w gardle, łzy żłobiły w jej utaplanej w błocie twarzy kręte korytarze.

— J-jerry — wyjąkała kobieta, kiedy auror wciskał na powrót różdżkę w jej drżące, pobladłe palce. — U-umrzemy tutaj?

Lodowata gwałtowność uderzyła w Jerry'ego jak tsunami i czując kilka sprzecznych, plączących się ze sobą emocji, tworzących w jego głowie dziwne, wyboiste drogi, pochylił się nad Amelią i wyszeptał z namiętnością:

— Jeszcze nie teraz.

A potem pochwycił ją mocno za rękę i pociągnął na nogi.


-VVV-


Lucjusz był naprawdę wściekły - naprawdę. Jego duma przewracała się i kipiała, gdy myślał o swojej żonie zamkniętej gdzieś w okowach tych przeklętych murów.

Nigdy... więcej... nie postawicie... mnie... w podobnej... sytuacji — warczał jego umysł pomiędzy najdotkliwszymi klątwami, jakie poznał w swoim długim, marnym życiu, posyłanymi w twarze tych mugolskich parszywców.

Jego duma wpijała w niego pazury i ryła w nim od środka niemożliwe do wytrzymania ścieżki, naznaczała napięciem, karmiła go szałem.

Przed oczami zamajaczył mu przebłysk wijącego się pod Cruciatusem, mugolskiego ścierwa, zdzierającego sobie gardło własnym wrzaskiem.

Kiedyś miał nad nimi władzę. Potrafił torturować ich bez drgnięcia powieką, godzinami przyglądać się, jak się łamią, z uśmiechem łakomego kocura patrzeć na ich krew rozlaną z rozmysłem, na kości pękające boleśnie powoli; a potem ich zabijał z całkowitą brutalnością, bezwzględny na ich błagania i lamenty.

Już zanadto upokorzył się przed przeklętym Lloydem, dosyć miał już poleceń wydawanych mu przez ścierwa słabsze, niż on sam, miał dosyć tego, że ktoś tak niewartościowy, jak jakiś durnowaty mugol, jest w stanie mu coś odebrać, a potem manipulować nim wedle własnego uznania.

Tego dnia, patrząc na te znienawidzone, wysokie mury, Lucjusz powiedział: „nigdy więcej".

Jego poczucie własnej wartości krzyczało w nim - darło się i wrzeszczało, nie przestając ani na moment - i teraz, patrząc na tych, którzy pozwolili zranić się tym mugolskim szujom, czuł do nich obrzydzenie i pogardę - jeśli nie potrafią zabić bez mrugnięcia okiem, zanim to oni zostaną pozabijani, to upadają do rangi tych niemagicznych psów posługujących się jakąś głupią maszynerią.

Lucjusz nie czuł się słaby i miał zamiar dziś dzień udowodnić to wszem wobec; a jeśli gdzieś po drodze dorwie w swoje szpony Lloyda, pokaże mu z przemiłą chęcią, co oznacza prawdziwe cierpienie.

Ledwo zdążył o tym pomyśleć, a mugolski pocisk już rozłupał jego różdżkę na części; Lucjusz czuł drewniane drzazgi wpijające się w jego naskórek jak igły, tworzące milimetrowe rany na jego skórze, jego oczy pociemniały jak zachmurzone niebo.

Różdżka! — zaskowyczał jego umysł. — Moja różdżka! — poczuł się, jakby oderwano mu dłoń.

Widział krew buchającą z jego palców jak fontanna i miał ogromną chęć rozerwać bydlaka, przez którego znalazł się w tak patowej sytuacji, na strzępy. Usłyszał triumfalny krzyk gdzieś przed sobą, pomiędzy harmiderem panującym wokół - odgłos przeładowania magazynku zabrzmiał w jego uszach jak werbel.

W następnej chwili ktoś wpadł na niego jak rozpędzony hipogryf; Lucjusz poczuł, jak całe powietrze ucieka z jego płuc, kiedy czyjeś ciało przygniotło jego piersiową klatkę; padł na ziemię jak ścięty z nóg, jasne kosmyki włosów zanurzyły się w kałuży cudzej, niedoschniętej, chłodnej już krwi. Czarodziej naprężył wszystkie mięśnie, gotów przyłożyć napastnikowi choćby z prawego sierpowego nie zważając na arystokratyczne etykiety i własne standardy zachowawcze, ale cichy, przeszywający głos, odciągnął go od tego zamiaru z precyzją zaklęcia tnącego.

— No, no, Lucjuszu, kto by pomyślał, że twoją wysłużoną, potężną różdżkę unicestwi zwykła, mugolska, prostacka broń — owiał mu ucho gorący szept.

— Zamknij się, Severusie, i gadaj no, co za asa trzymasz w rękawie — odgryzł się Lucjusz.

Severus nie odpowiedział od razu, Lucjusz poczuł owijającą się wokół nich moc i po chwili został pochłonięty przez doskonale sobie znajomą Czarną Magię; prześlizgiwał się przez powietrze jak pierwiastki życiodajne. Severus wcisnął ich za jakiś wyższe, bardziej rozłożyste wzniesienie i sięgnął palcami do kieszeni szaty, wyciągając z niej (dzięki ci, Merlinie!) różdżkę zapasową; Lucjuszowi zabłysły oczy; z łapczywością i namiętną zachłannością wyciągnął po nią palce, ale Severus cofnął dłoń, uśmiechając się zimno.

— Najpierw obiecaj, że jej nie stracisz — zażądał, wpatrując się w Lucjusza tymi swoimi skanującymi, intensywnymi, czarnymi oczami.

— Jesteś naprawdę wielkim bydlakiem, wiesz, Severusie? — zamruczała gardłowo głowa rodu Malfoyów i otrzymała w odpowiedzi wyjątkowo usatysfakcjonowane spojrzenie.

Lucjusz westchnął i wycedził lodowato:

— Przyrzekam ci, ty chłodny draniu, dawaj mi ją tutaj.

Severus, śmiejąc się jak sam szatan, podał mu magiczny artefakt; Lucjusz poczuł wibrowanie mocy pod palcami, jego serce zapłonęło ciepłem i dopasowaniem - różdżka leżała mu w ręku nieco inaczej, niż jego własna i wiedział, że będzie miał od niej odciski na palcach, ale to przestało być ważne. Spojrzał w czarne oczy starego przyjaciela - po fachu można rzec.

— Zabijmy ich — rzucił, jakby proponował drinka, a Severus zamruczał na zgodę.

— Zabijmy — skinął głową czarnooki, podnosząc się z ziemi z oczami płonącymi jak stal.


-VVV-


Nic nie szło zgodnie z planem i Minerwa czuła, jak wyczerpanie coraz bardziej daje o sobie znać.

Potknęła się o jakieś ciało, ledwo łapiąc równowagę, wystrzeliła z różdżki serię zaklęć, niemal nie rejestrując umysłem, że transmutowany w psa, mugolski wojownik, pochwycił w szczęki rąbek jej szaty, szarpiąc nim z maniakalnym szałem.

— Uwaga, z boku! — krzyknął ktoś za jaj plecami.

Bardziej wyczuła, niż zobaczyła zbliżającego się żołnierza i niewiele myśląc, przybrała swoją animagiczną formę. Kula świsnęła wysoko nad jej głową, Minerwa obróciła się błyskawicznie, skoczyła pod nogi żołnierza i przemieniła się na powrót we własną postać, posyłając go zaklęciem na ziemię.

— Dzięki, Kings... — urwała, kiedy karabiny wycelowały w nią z trzech różnych stron.

Sekundę potem ponownie spadła na cztery łapy, bronie wystrzeliły, mugole poprzewracali się ugodzeni własnymi kulami.

Machnęła ogonem i na powrót przybrała ludzką postać, czując, że od tych nagłych zmian perspektywy zaczyna jej się kręcić w głowie.

Na szczęście ich oddział posuwał się z każdą chwilą do przodu, mury więzienne rosły im w oczach; chcąc rozproszyć mugoli, posłała przed siebie warstwę nieprzeniknionego dymu i ukryta w ich okowach, odwróciła się, aby pomóc w walce Kingsleyowi.

Otworzyła usta, rzucając mimochodem zaklęcie w stronę mugola, który mignął gdzieś po jej prawej stronie, przeskakując ponad jakimś ciałem powyginanym jak gałęzie drzewne, i zastygła w osłupieniu, gdy jej wzrok nie spotkał się z ciepłymi oczami byłego członka Zakonu Feniksa.

Zerknęła w dół.

Jego twarz wciąż dymiła, rozerwana przez kule jak kawałek mięsa, wokół niej rozlewało się jezioro krwi, chrząstek i płynu mózgowo-rdzeniowego.

Minerwa odwróciła się gwałtownie, zgięła się w pół i zwymiotowała na własne buty. Czyjeś ręce owinęły się wokół jej pasa, pociągnęły w bok i na ziemię; Minerwa chciała się wyrwać, ale widząc cały czas przed oczami masę płynącej po ziemi krwi, resztek mięśni i wiszącej na nich jak na włosku skóry, nie była w stanie.

— Proszę pani?! — wykrzyknął ktoś do jej ucha, nad jej głową zamajaczyła kobieca twarz, która niesamowicie jej kogoś przypominała, ale chwilowo nie potrafiła powiedzieć kogo. — Proszę o tym nie myśleć, proszę się otrząsnąć! — wciąż i na nowo wołała kobieta, potrząsając nią jak lalką teatralną.

— Pani... — Minerwa z całej siły starała się sobie przypomnieć jej nazwisko.

— Tak, tak — mruknęła kobieta, posyłając z ziemi jakieś szybkie zaklęcie gdzieś w kierunku mugolskiej fortecy. — Chętnie bym pogadała, Crucio, Alarte Ascendare, ale muszę dorwać tego dupka!

— S-severusa? — zająkała się Minerwa i pomyślała, że musi szybko wziąć się w garść, jeśli chce być zdolna do dalszej walki.

— Nie — mruknęła kobieta, podrywając się z ziemi. — Lloyda! — krzyknęła, biegnąc już przez bitewne pole, nie oglądając się na kulącą się za pagórkiem, oszołomioną Minerwę.

Jej długie, ciemnobrązowe włosy powiały za nią jak sztandar.


* Edyta Bartosiewicz