Ostrzeżenia: gore, śmierć postaci, cliffhanger


Rozdział 30

Tu walka o pokój, gdzie pokój już był

.

Ta przeklęta bitwa do tej pory śni mi się po nocach - i to z absurdalnymi szczegółami, patrząc na jej dynamikę, na jej gwałtowny przebieg, zupełnie jakby mój umysł z czasem uporządkował sobie wszystkie przebłyski, które utkwiły mi na źrenicy jak ziarna piasku, jakby samoistnie rozpracował odpowiednią chronologię zdarzeń.

Nigdy wcześniej ani później, nie przeżyłem tak krwawego boju, nigdy wcześniej nie przyszło mi brodzić w czerwonej posoce po kostki jak po bagnistych terenach - nawet Bitwa o Hogwart nie niosła za sobą tak brutalnych obrazów. Ma to chyba związek cielesnymi doznaniami, tak myślę, bo, powiedzmy sobie szczerze, Avada Kedavra nie pozostawia po sobie śladów na ciele ofiary (jestem od tego jedynym wyjątkiem), gdyby nie otwarte, puste oczy, człowiek wyglądałby, jakby zasnął i już się nie obudził - to tak krótka, szybka, bezbolesna śmierć (wiem, co mówię).

Mugolska broń pozostawiała po sobie ślad - otwarte rany, rozłupane kości, wylewającą się krew, spływającą po skórze, barwiącą ją na brunatny odcień, pokruszone zęby, podziurawioną skórę jakby ciało ludzkie było jakimś koszmarnym workiem treningowym. Pamiętam rany postrzałowe - te otwarte wyziewy, te kratery buchające gorącą posoką jak lawą, pamiętam czerwień klejącą mi się do butów, przesiąkającą przez ich materiał, zapisującą się na skórze.

Pamiętam szaleństwo w ludzkich oczach, chaotyczność tych szybkich spojrzeń, które wymieniałem z towarzyszami broni, pamiętam dziką furię spopielającą serce i rozdzierające wrzaski goryczy, i przerażenie pasożytujące na ludzkich umysłach, i huk towarzyszący wystrzałowi mugolskiej broni - pamiętam to wszystko, chociaż w tamtym dniu nie przykładałem do tego własnej uwagi, nie skupiałem się na tym, jedynie rejestrowałem jakąś śmiesznie małą cząstką umysłu - ale wróciło to do mnie i ciągle wraca, głównie po nocach jak chochlik, ściąga na mnie koszmary, jakbym został przeklęty, uwidacznia przede mną detale wydarzeń, czynów i słów, których nie miałem pojęcia, że zauważam.


-VVV-


Mat Steward, klnąc jak szewc, czuł zimny pot lejący mu się po plecach, nie myśląc o tym, że mogłoby to być coś innego; pod żebrami uciskała go kolka. Zipał jak nalany pijak, czując gorąco na twarzy i szyi buchające z jego skóry jak para z pociągu parowego.

Przywołał machnięciem różdżki tarczę Protego i otarł rękawem utaplanej w pyle szaty zroszone potem czoło.

Kręciło mu się w głowie; zrobił chwiejny krok go tyłu i zachłysnął się powietrzem, kiedy legł jak długi w kałużę błota, potykając się o jakieś ciało.

Odczołgał się od trupa patrzącego mętnymi oczami w nicość, wbijając zapuchnięte, obrzmiałe palce w miałki grunt, ryjąc nimi ziemię. Ponownie zaklął, gdy jakaś zbłąkana kula wbiła się w leżące przed nim ciało jak lotka w tarczę.

Ktoś złapał go pod ramiona i pociągnął na nogi; Matowi przewróciło się w żołądku.

— W porządku? — krzyknął mu do ucha jakiś męski głos.

— Ah-ha — wydyszał Mat, łypiąc pobieżnie na chudego, wysokiego czarodzieja w średnim wieku omotanego w coś, co kiedyś było zapewne aurorskim strojem, który już puścił jego ramię, biegnąc w sobie tylko znanym kierunku, nie zwracając najmniejszej uwagi na odpowiedź Mata. — Pieprzone młodzieniaszki — warknął pod nosem, zataczając wokół rozkojarzonym wzrokiem.

Naparł, z wyciągniętym ramieniem, na mugolski oddział, wymachując różdżką jak maczugą. Uskoczył na bok, gdy potężny mugol łypnął na niego jak na szczura, który wypełzł z dziury pomiędzy ścianą a podłogą, posłał na oślep trzy zaklęcia z rzędu, plując kosmykami własnych włosów, które uciekły mu z zapięcia na czubku głowy i obijały mu się o twarz.

Nagle coś łupnęło go w krzyż i ścięło z nóg. W pierwszym momencie poczuł rozdzierający, przeszywający, promieniejący na całe ciało ból niemożliwy do zniesienia. Zobaczył przed oczami cały kosmos pełen płonących gwiazd, słysząc w uszach narastający pisk.

Potem była już tylko ciemność.


-VVV-


McGonagall skakała po bitewnym polu jak rozszalały lew, uginając kolana, pracując mięśniami, miała wrażenie, że śmierć Kingsleya rozbudziła w jej wnętrzu uśpionego potwora, który teraz walił pięściami w jej ciało, domagając się uwolnienia.

Widziała Hermionę - tę młodą, zdolną czarownicę, jedną z najinteligentniejszych studentów, jakich przyszło jej uczyć. Widziała Dracona. Trzymał się blisko Harry'ego, z wyrazem oczu tak zajadłym, jakby przymierzał się do spopielenia całego świata i spłonięcia razem z nim. Miała świadomość tego, że gdzieś w murach tej przeklętej placówki przetrzymywana jest zdolna, niezastąpiona Luna, która swego czasu była szpiegiem w tajnej organizacji Antoniusza - teraz uwięziona, okiełznana, nie wiadomo czy wciąż ciesząca się zdrowiem i jasnością umysłu.

Widziała Harry'ego.

Już kiedyś patrzyła na jego ciało - sądząc, że poległ, że umarł, że został poskromiony - i nigdy, przenigdy więcej nie miała chęci przeżywać tego przerażającego rozdarcia, które poczuła tamtego dnia, kiedy Hagrid przyniósł w ramionach jego bezwładne ciało pod hogwardzkie bramy.

Jakiś mugol przykucnął, wcelowując broń w stopę Harry'ego.

McGonagall ryknęła jak rozjuszona lwica, której młode znalazły się w niebezpieczeństwie.

Nikt nie skrzywdzi moich uczniów nigdy więcej! — przeciekło jej przez umysł, kiedy skoczyła do przodu, posyłając w mugola przyczajonego na ziemi snop szalejącego ognia. — Nie pozwolę na to!

Mugol wydał z siebie zwierzęcy skowyt, który utonął pośród rozgardiaszu bitwy, i zaczął rzucać się jak przerażony koń, kiedy jego mundur zajął się ogniem.

McGonagall zacisnęła zęby i odwróciła się, aby sprawdzić, jak sobie radzi Hermiona Granger.

Nie poczuła litości.


-VVV-


— Zdrajczyni! — ryknął Lloyd i zanim Sophie zdążyła uskoczyć, kolba karabinu przecięła jej skórę na skroni. Zagryzła zęby i stłumiła jęk bólu, uchylając się przed kolejnym ciosem Lloyda, który rzucał się i ciskał gromy samym spojrzeniem, wyglądając, jakby coś go opętało. — Zdraj...

Sophie wysyczała klątwę przez zęby, celując mężczyźnie między nogi. Lloyd próbował uskoczyć, przez co klątwa kastracyjna ominęła swój cel o zaledwie jeden cal, godząc w jego udo. Lloyd zapiał z bólu - Sophie wiedziała, że zaklęcie pali skórę i mięśnie żywym ogniem; z głębi jej gardła wydobył się agresywny, ostrzegawczy warkot wściekłego zwierzęcia.

Jakiś obcy jej żołnierz skierował na nią lufę i nacisnął za spust.

Kula ominęła ją o zaledwie włos - drasnęła jaj ramię i pognała dalej; Sophie niemal nie odczuła piekącego bólu, który powinien zapłonąć w jej ręce - owszem czuła gorącą krew lepiącą jej się do skóry, ale jej umysł był zbyt zajęty próbą przeżycia, aby tak nieznacząca rana mogła zwalić ją z nóg; z zawiścią godną samej Śmierci, miotnęła w żołnierza klątwą i nie zatrzymując się, aby przyjrzeć się, jak jego ciało jest rozrywane jak wielki, tłusty robak, ponownie skupiła całą swą uwagę na naczelniku więzienia.

— Nie spodziewałam się, że wyjdziesz walczyć — chciała zaszydzić, ale nie zdążyła, bo Lloyd właśnie naparł palcem na spust.

Sophie spodziewała się fali gwałtownego bólu, spodziewała się rozdzierającego uderzenia pocisku, spodziewała się buchającej z jej klatki piersiowej krwi i przygotowała się na to - przygotowała się przez te kilka setnych sekundy, które sądziła, że jej pozostały.

Huk wystrzału nie nadszedł.

Sophie otworzyła oczy, nie wiedząc nawet, kiedy je zamknęła i zobaczyła przed sobą naczelnika, z wykręconym barkiem i leżący pod jego stopami karabin, który miał przypieczętować jej los.

— Byłem szybszy — wyszeptał Severus z płonącymi jak pożoga oczami, przykładając Lloydowi różdżkę do skroni.

Avada Kedavra wżarła się w głowę mugola jak kwas.


-VVV-


Złamany bark coraz bardziej mu doskwierał, ale nawet to nie potrafiło stłumić jego satysfakcji, kiedy tuż za Harrym dobił do głównych drzwi; potykając się na schodach, zamaszyście wysadził balkon, z którego przykucający strażnik starał się dosięgnąć ich swymi kulami - te wpijały się w betonowe ściany, drążąc w nich luki głębokie jak kałuże.

— Jerry, Draco, osłaniajcie mnie! — krzyknął Harry, nie oglądając się na nich, pędząc w stronę wind, jakby dorobił się skrzydeł.

Za nimi z głośną werwą do budynku wpadł Clarke i Palmer - dwójka z Naczelnictwa, promieniejąca oziębłością na kilometr.

Ten pierwszy miotnął zaklęciem mającym ujawnić obecność ludzką w niedalekim położeniu w boczny korytarz, a drugi wycelował ponad ramieniem Dracona w przeładowującego broń wojskowego, którego Jerry nawet nie zauważył.

Przeklinając własną nieostrożność, pobiegł za Harrym, czując tępe łupanie w barku; jego lewa dłoń zwisała bezwładne wzdłuż ciała - jakakolwiek próba jej użycia kończyła się na przeszywającym bólu promieniującym Jerry'emu poprzez kości.

Jerry patrzył, jak Draco naciska wszystkie możliwe guziki przy windzie, tłukąc w nie rękami tak mocno, że tylko cudem nie połamał sobie przy tym palców.

— Rusz się złomie! — ryknął Draco, kopiąc wściekle w rozsuwane drzwi windy.

Winda wydała z siebie cichy pisk i drzwi zaczęły się otwierać.

Z miejsca, w którym stał, Jerry nie zobaczył dokładnie, co się wydarzyło potem, ale z momentem rozsunięcia się przejścia, Draco i Harry krzyknęli coś jeden przez drugiego, pochwycili się nawzajem, wszczepiając sobie palce w podarte ubrania jak haki i głośnym hukiem padli na ziemię.

Odgłos wystrzału zabrzmiał jak rozbijające się z ogłuszającym trzaskiem, ogromne lustro, pociski przemknęły nad Draconem i Harrym, wbijając się z impetem w ścianę, pozostawiając w niej szereg małych, ziejących czernią, dymiących otworów; Jerry ryknął: „Incendio!", w tym samym momencie, w którym Palmer wykrzyknął zaklęcie rozsiewające zatrute pyły wokół osoby, na którą zostało rzucone.

Jedyne, co Jerry wiedział, to że tych dwóch zaklęć nie powinno się mieszać w żadnym połączeniu.

Harry najwyraźniej również zdawał sobie z tego sprawę; mocniej oplótł ramiona wokół Dracona i przetoczył się po podłodze, jak najdalej był w stanie; ich nogi utworzyły jakąś dziwną plątaninę, plecy młodego Malfoya uderzyły z impetem o ścianę.

Gorący wybuch rozsadził kabinę z ogłuszającym jazgotem, kłęby czarnego dymu buchnęły z jej wnętrza i zaczęły rozlewać się po korytarzu, szczypiąc w oczy i drażniąc gardło.

Głośne przekleństwo uciekło z ust Palmera, Jerry - z sercem w okolicach przełyku - wycofał się pospiesznie, żeby nie dosięgnęły go trujące opary, Harry i Draco zaczęli czołgać się po przeciwnej stronie wind w kierunku schodów.

— W porządku? — krzyknął Jerry poprzez korytarz, przykładając rękaw szaty do ust i do nosa, oddychając przez materiał, nie chcąc nawdychać się tej zabójczej mieszanki kumulującej się w powietrzu, rozrastającej się z szybkością plagi.

— Powiedz naszym, że póki dym nie opadnie, mają iść bocznym wejściem! — odkrzyknął Harry, chwytając ramię Dracona i podnosząc się chwiejnie na nogi; Jerry ledwo widział ich rozmazane sylwetki, ale wiedział, że dobili się do schodów.

— Tak jest, szefie! — zawołał i odwrócił się na pięcie, chcąc natychmiast wybiec z korytarza.

Pierwszym co zobaczył był Palmer przykucający przy ścianie, Jerry już miał na końcu języka pytanie, czy nie jest ranny, czy nic mu się nie stało, kiedy zobaczył drugiego czarodzieja, leżącego pod ścianą na podłodze, opartego plecami o złażący płatami tynk.

Clarke zaciskał dłonie na własnej szyi, oczy wychodziły mu z orbit i Jerry domyślił się, że trujące dymy przedostały się do jego płuc.

Zacisnął zęby, podbiegł do klęczącego na podłodze Palmera i ścisnął mocno ręką jego ramię.

— Już mu nie pomożesz — powiedział, choć przeczuwał, że niższy rangą Naczelnik doskonale zdaje sobie z tego sprawę. — Chodź — zarządził, chwytając mężczyznę silnie pod ramiona.

W pierwszej chwili mężczyzna nie zareagował; Jerry zerknął z przeszywającym niepokojem na wirujące na korytarzu, gęstniejące przy windach, trujące opary.

No chodź, no! — powtórzył niemal błagalnie, ciągnąc go na tyle, ile był w stanie do góry - złamany bark zapiekł jak ogień.

Palmer otrząsnął się, zarzucając głową jak mokry kundel, i wpijając palce w ścianę, podniósł się chwiejnie do pionu, bez słowa pozwalając się Jerry'emu wytargać na zewnątrz.


-VVV-


Lucjusz widział opary wyziewające z głównych drzwi więzienia jak z paszczy smoka; dostrzegł je w tym samym momencie, w którym się pojawiły. Szał gniewu zaślepił mu oczy, zaczął słać jedno zaklęcie zabijające po drugim, przedzierając się do głównego wejścia, torując sobie drogę, depcząc po trawie usłanej ciałami.

Ktoś chwycił go za nadgarstek, czyjaś dłoń spoczęła mu na karku, zginając go w pół; jakieś zabłąkane zaklęcie przemknęło nad jego głową jak torpeda.

— Co robisz?! — ryknął Severus, wbijając mu palce w skórę, niemal odcinając dopływ krwi do dłoni.

Lucjusz odwrócił się i spojrzał na niego rozpalonymi jak od gorączki oczami; Severus zacisnął mocno szczękę, ale się nie cofnął.

— Draco jest w środku — wycedził przez zęby Lucjusz; oczy Severusa pomknęły ku głównym drzwiom, jego twarz pobielała jak ściana.

Z kaskad dymu chwiejnym krokiem wytoczył się Palmer, wraz z jakimś młodym aurorem, który z roztargnieniem skierował różdżkę na własne gardło.

— Do bocznych drzwi! — ryknął bezskładnie; jego głos przetoczył się echem poprzez tereny więzienia. — Trujące opary, Haluna plus Incendio! — rzucał hasłami jak pomylony, ale ogólny sens dotarł do Lucjusza w mgnieniu oka.

— Cholera jasna! — zawołał i wyrwał się w stronę głównego wejścia; czarna magia oplotła go jak chmura, zaczął mknąć przez pole bitwy, nie rozglądając się na boki; jego oczy utkwione były w jednym punkcie, pełnym zabójczych, toksycznych dymów.

Coś ciężkiego padło na niego z boku jak atakujące zwierzę, Lucjusz poczuł, jak zmienia się jego tor lotu, jego błędnik zawirował.

Uderzył z rumorem w ziemię i przetoczył się po niej jak worek ziemniaków, gubiąc się w plątaninie własnych kończyn. Nad swoją twarzą zobaczył czarne oczy, przyciskającego go do ziemi Severusa. Warknął wściekle, mając na końcu języka wyjątkowo paskudną klątwę.

— Balkony — wydyszał mu w twarz Severus.

Lucjusz zdusił w sobie chęć przeklęcia go w cztery diabły.

— Co?

— Przejdziemy przez balkony — powtórzył Severus, wskazując palcem wysoko na więzienne mury.

Lucjusz spojrzał w górę, widząc stojących w strategicznych punktach wojskowych, którzy wychylali się przez barierki, celując w stronę głównego wejścia, pochłonięci zamieszaniem, które tam powstało, nie wydając strzałów - zapewne nie chcąc rykoszetem przestrzelić nikogo z tak zwanych „swoich". Szare oczy zmrużyły się, obiecując niebezpieczeństwo.

— Balkony — mruknął chaotycznie, zanim jego umysł nie zaskoczył i nie zaczął przeskakiwać wzrokiem pomiędzy Severusem a wysokimi, więziennymi ścianami. Jego oczy zapłonęły chęcią mordu.

W następnej chwili dwa, czarne skupiska magii, podobne nieco do czarnego dymu ulatującego z frontowego wejścia, wzbiły się ponad bitewne pole jak kruki.


-VVV-


Hermiona poślizgnęła się na plamie świeżej krwi i upadła w błoto, obijając sobie kość ogonową.

Jakiś mugolski wojskowy obrócił się w jej stronę, stanął tuż nad nią i prześwidrował jej twarz wzrokiem, jakby dostrzegał na niej coś ponad wyczerpanie, wściekłość i gorącą zajadłość.

— Ach... czy to nie przypadkiem urocza Demetria? — zapytał, jego oczy zapłonęły jak ogień świecy.

Ciało Hermiony stężało i zastygało; kobieta miała wrażenie, że cały jej świat kurczy się do tego jednego człowieka, patrzącego na nią z cynizmem i wyższością.

— Dziecinka przybiegła, żeby uratować swojego tatusia i mamusię? — zapytał, udając szczebiotanie dziecka. — Ojej, za późno! Za moment twój tatulek zostanie stracony przed plutonem egzekucyjnym. Co dziecinka zrobi bez swojego tatusia?

Przez gardło Hermiony wydarł się szereg jakiś nieartykułowanych dźwięków, a jej różdżka przecięła ze świstem powietrze - nogi mężczyzny zostały ucięte przy kostkach, a ten ryknął z bólu i furii, zachwiał się i wystrzelił z broni szereg naboi, które pomknęły w niebo, gdy ten wygrzmocił się na plecy i zaczął mrugać z podejrzaną częstotliwością, gdy jego potylica zderzyła się z ziemią. Plama krwi zaczęła wyciekać z jego ciała, wsiąkając w ziemię, jakby ta czarna, zbita masa pod ich stopami się nią karmiła.

Zielony błysk przemknął nad ciałem Hermiony i ugodził w drącego się wniebogłosy mężczyznę, którego mięśnie zwiotczały, krzyk urwał się, a głowa opadła bezwładnie na ziemię, odsłaniając długą szyję utaplaną pyłem i błotem.

Hermiona odwróciła się, dźwigając na nogi i spojrzała przez wzbierające w jej oczach łzy w stronę, z której padło zaklęcie.

Minerwa McGonagall wybierała skrupulatnie swoje cele pomiędzy kłębiącą się po polu bitwy, ludzką masą, wyglądając, jakby coś ją opętało, rzucając zaklęcie za zaklęciem, z oczami błyszczącymi jak pochodnie.

Hermiona poczuła wilgoć spływającą w dół jej policzków; kilka słonych kropel skapnęło na jej usta.

Odwróciła się w stronę mugolskiego więzienia i czując, jak coś się wewnątrz niej łamie, spojrzała na te wysokie, betonowe ściany.

Właśnie ziściły się jej najgorsze koszmary, właśnie tego chciała uniknąć, kiedy po wybuchu wojny z mugolami nie przywróciła pamięci własnym rodzicom - sądziła, że w ten sposób będą bezpieczni, sądziła, że ich ochrania, sądziła, że nie pozostawiła po sobie śladów, łączących ich w jakikolwiek sposób z nią samą.

Hermiona przycisnęła dłoń do ust i niewiele myśląc, rzuciła się pędem w stronę bocznych drzwi twierdzy. Nie wiedziała skąd znalazła w sobie tyle siły - biegła i biegła, nie zatrzymując się ani na moment, lawirując pomiędzy ciałami i ślizgając się po morzu krwi jak na lodzie.

Nie wiedziała, gdzie cała ta głupia egzekucja miała być przeprowadzona, ale była pewna jednego - że jeśli dotrze za późno, rozszarpie na strzępy każdego, pojedynczego człowieka, który ośmielił się położyć łapska na życiu jej ojca.

Nie przestawała biec.


-VVV-


Bark piekł już Jerry'ego tak bardzo, że zastanawiał się, czy za moment nie zacznie rzygać jak kot od natłoku tego bólu. Próbował się przedrzeć do bocznych drzwi, ale jego ruchy straciły na płynności, kulała szybkość rzucanych przez niego zaklęć, nawet orientacja przestrzenna zaczęła się kurczyć.

To absurdalne — pomyślał Jerry — siedziałem nad mapami tego miejsca tak długo, że powinienem znać już na pamięć każdy jego kąt, każdy zakamarek.

Jego błędnik szalał, powietrze uciekało z płuc - mimo wszystko biegł, mając świadomość tego, że Palmer depcze mu po piętach. Gdzieś z boku wyrosła nagle Granger - wyłoniła się zza jego pleców, jakby wydostała się z podziemi - jej oczy były pełne łez i świeciły się maniakalnie, niezdrowo. Jerry o nic nie zapytał; wpadli wszyscy troje na boczne drzwi, przelewając się przez próg, wpadając jedno na drugiego, tylko cudem nie tracąc przy tym równowagi.

Piwnice — zamajaczyło w umyśle Jerry'ego, po czym na złamanie karku puścił się biegiem w górę korytarza, maniakalnie poszukując wzrokiem jakichś drzwi, schodów, wind, czegokolwiek.

Jedynie cud sprawił, że z końca długiego korytarza nie natarła na nich mugolska armia - Jerry nie potrafił na to spojrzeć inaczej; kiedy naparł barkiem na jakieś boczne drzwi, a te nie otworzyły się pod jego naciskiem, Jerry przystanął (z sercem niemal wyskakującym mu z piersi), a następnie wycelował z rozmachem różdżką w zaryglowane przejście i ryknął:

Bomba...

Palmer chwycił go za ramię i szarpnął nim w dół; Jerry spojrzał na niego wielkimi oczami - twarz Palmera była czerwona jak piwonia.

— Chcesz nas pozabijać, kretynie! — ryknął; jego głos, który potoczył się echem po korytarzu, pobrzmiewał paniką. — To przecież drzwi przeciwpancerne!

Hermiona rzuciła szybkie spojrzenie na zaryglowane przejście, wyglądając, jakby znalazła się pomiędzy młotem a kowadłem, po czym odetchnęła raz, głęboko i wstrzymując powietrze, puściła się biegiem korytarzem.

— A ty dokąd? — zawołał za nią Jerry, mając wrażenie, że za moment wybuchnie od środka. — Piwnice są tutaj!

Kobieta nie zareagowała, w biegu wyciągnęła przed siebie różdżkę i brzmiąc, jakby zdzierała sobie gardło własnym głosem, wydarła się:

Wskaż mi salę egzekucyjną!

Chwilę potem w szerokim korytarzu pozostali tylko we dwoje - on i czerwony jak burak Palmer, dyszący mu w kark.


-VVV-


Anderson złapał Amelię za łokieć i wciągnął za róg tej przeklętej twierdzy.

— Uważaj, na Merlina! — krzyknął, kiedy ściana, przy której jeszcze chwilę temu stała została obsypana serią pocisków.

Anderson wychylił się i trzepnął zaklęciem wzdłuż betonowych murów, chowając się tak szybko, że nawet nie dostrzegł jego efektów.

Amelia, nieco blada na twarzy, skinęła mu głową, a Wally Anderson zaczął się zastanawiać, gdzie się podział ten barwny motyl, który promieniał jak słońce jeszcze w czasie ich zebrań w Hogwarcie; jego czoło zmarszczyło się z troską.

— Jesteś ranna? — zapytał, przekrzykując ogólną wrzawę, na co Amelia machnęła niedbale ręką.

— To nic — mruknęła, oblizując drżące usta. — Jerry już to zaleczył.

Anderson poczuł, że wszystko w nim się buntuje i sprzecza z brutalnością losu, spojrzał oddychającej ciężko kobiecie w oczy i zaproponował cicho:

— Mogę ci pomóc deportować się do Hogwartu. Pójdziesz do Skrzydła Szpitalnego i...

— Nie żartuj — fuknęła kobieta, odpychając go od siebie. — To tylko głupia rana postrzałowa! — prychnęła niedbale, po czym nie czekając na dalsze słowa Andersona, wyjrzała zza rogu i oceniając najwyraźniej, że może umiarkowanie bezpiecznie się zza niego wyłonić, rzuciła się ponownie w wir walki.

Anderson zaklął siarczyście, kopnął z głupiego poczucia bezsilności mury więzienne i zaciskając mocno palce na różdżce, wyskoczył zza ściany za czarownicą, obiecując sobie nie spuszczać jej z oka i w miarę możliwości zabezpieczać jej lewy, słabszy bok.


-VVV-


Severus pod postacią czarnego skupiska mrocznej magii mknął tuż za Lucjuszem wzdłuż jakichś schodów przeciwpożarowych, wijących się jak wężowe cielsko. Zaledwie chwilę temu natknęli się na dwóch umundurowanych, którzy to pilnowali tego przejścia jak straż przybrzeżna - nie pożyli długo; zaczęli panikować, gdy ujrzeli dwa snopy czarnego dymu mknące w ich kierunku jak spadające gwiazdy, a chwilę potem Lucjusz staranował ich jak koń wyścigowy - ich ciała przeleciały przez barierki, jak Albus przez blanki Astronomicznej Wieży i Severus nie potrafił powstrzymać kwaśnego skrzywienia cisnącego mu się na usta.

Wypadli z hukiem u dołu schodów, wyłamując drzwi, które wyleciały z zawiasów i łupnęły o przeciwległą ścianę.

Severus kątem oka dojrzał jakiś ruch z boku i obrócił się błyskawicznie w tamtym kierunku.

Avada...

— NIE, IDIOCI! — ryknął znajomy głos z naprzeciwka; Severus zamrugał i spojrzał na stojących u podnóża klatki schodowej mężczyzn; powietrze uciekło mu z płuc, kiedy zorientował się, że celują w siebie nawzajem z Draconem, którego srebrne oczy jarzą się jak gwiazdy na ciemnym niebie.

Potter odkaszlnął i krzywiąc się jak na kwaśny posmak, roztarł sobie palcami gardło.

— Merlinie, stracę przez to wszystko głos — mruknął nieco ochryple i zaczerpnął głęboko w płuca powietrza, rozglądając się po piwnicach.

Znajdowali się, o zgrozo — pomyślał Severus, w przestrzennej winiarni - roczniki wieńczące butelki wskazywały na to, że ich zawartość już dawno zamieniła się w ocet.

— Cholera jasna! — wyrwało się z ust Dracona, który obniżył nieznacznie swoją różdżkę. — Gdzie są te przeklęte lochy? Na dachu?

Potter rzucił Draconowi szybkie, pełne politowania spojrzenie.

— Nie bądź idiotą — burknął i zaczął się kierować pospiesznie wzdłuż ściany, mrużąc oczy i rozglądając się zapobiegawczo.

— Cóż, tutaj ich nie ma — sarknął w odpowiedzi młodszy Malfoy, wycierając rękawem pot zmieszany z pyłem z czoła.

Potter wydał z siebie cichy pomruk, którego przekazem było zapewne: „zauważyłem", nie spoglądając nawet w stronę Dracona. Severus poczuł chłodne rozbawienie gdzieś na tyłach swojego umysłu, ale jego oczy zaczęły przeskakiwać w skupieniu pomiędzy rzędami półek, wyszukując ewentualnych zagrożeń.

Mijali kolejne półki, mrużąc w półmroku oczy; Draco rozświetlił swoją różdżkę zaklęciem Lumos, ale potraktowany ostrym spojrzeniem własnego ojca skrzywił się koszmarnie i zgasił ją cichym Nox.

Lucjusz zatrzymał się nagle jak pies myśliwski i przeszył spojrzeniem ciemności, spoglądając gdzieś pomiędzy półki; Severus zerknął do tyłu na starego przyjaciela, mrużąc w skupieniu oczy. Lucjusz wyciągnął rękę i wskazał palcem na coś pomiędzy wysokimi rzędami regałów; Severus poczuł, jak lodowaty chłód przeszywa jego ciało, gdy ten sam głos, którym stojący obok niego czarodziej wypowiadał klątwy torturujące, zabrzmiał miękko i wyraźnie:

Tam.

Potter odwrócił się tak szybko i bezszelestnie, że Severus poczuł nieme zdziwienie; młodszy mężczyzna pospiesznie podszedł pod przejście między regałami, przy którym stał Lucjusz, a jego oczy zalśniły, gdy na samym końcu korytarza dostrzegł parę, solidnych drzwi.

Gęsty dym opatulił ciało Lucjusza jak szal, i chwilę potem mężczyzna badał już palcami żelbetowe drzwi, przeciągając nimi wzdłuż framugi, po stalowych zakończeniach, dotykał zawiasów.

Lucjusz odryglował przejście i naparł na nie barkiem, ale te ani drgnęły.

Severus spoglądał na to, biegnąc za młodszymi mężczyznami poprzez przesmyk między półkami.

— Odsuń się — powiedział w biegu Potter i wycelował różdżkę przed siebie.

Lucjusz usunął się z drogi.

Złota mgiełka wydostała się przez różdżkę zielonookiego i zaczęła pożerać i roztapiać żelbetowe drzwi jak wosk.


-VVV-


Hermiona pchnęła ciężkie drzwi, czując łupanie we wnętrzu czaszki, i wpadła do środka z rozwichrzonymi włosami zahaczającymi się o jej zęby, wlatującymi do gardła.

Raz, dwa, trzy - szybkie Zaklęcia Oszałamiające zostały rozdzielone pomiędzy niespodziewających się niczego żołnierzy jak serie losów loteryjnych.

Hermiona wiedziała, że jest zielona na twarzy, nawet nie musząc patrzeć w lustro, z płonącymi jak żar oczami przesunęła powoli różdżkę na mężczyznę omotanego w biały kitel, trzymającego w ręku jakąś dziwaczną aparaturę - pętle rurek rozmywały się w jej oczach, jakby omdlewała.

— Nie! — krzyknął mężczyzna, padając na kolana, odrzucając od siebie te dziwaczne, nieznane Hermionie przyrządy i unosząc ręce do góry. Hermiona zmierzyła go mało przytomnym spojrzeniem - większą uwagę poświęciła mężczyźnie siedzącego w fotelu, patrzącego na nią z rozdziawioną buzią, z jakimiś igłami powbijanymi w ciało.

Hermiona przełknęła ciężko ślinę.

— To dzięki mnie on jeszcze żyje — mówił w tym czasie klęczący człowiek, patrząc rozbieganymi, szerokimi oczyma na zzieleniałą twarz Hermiony. — Chcieli go rozstrzelać...

Kobieta poczuła, że jeszcze moment, a zwymiotuje.

— ...ale przekonałem ich do zmiany wyroku, dotarła do mnie informacja o ataku na twierdzę i pomyślałem...

— Pomyślałeś, że co? — fuknęła wściekle Hermiona, czując, jak na miejsce zieleni w jej twarz uderza czerwień. — Że uda ci się to jakoś przedłużyć, że jak go uratujesz, to się nad tobą zlitujemy? Inaczej zabiłbyś go bez mrugnięcia okiem, co? Pomyślałeś, że ujdziesz stąd cały i zdrów i że ci się upiecze? Co sobie jeszcze...?

— To dobry człowiek — przerwał jej głęboki głos.

Nie słyszała go od ponad kilku lat i teraz kiedy ponownie rozbrzmiał w jej uszach - trochę zachrypnięty, trochę przytłumiony, ale wciąż taki sam jak kiedyś - miała ochotę się rozpłakać. Podbiegła do swojego ojca i z sercem ciążącym jak żelazo i gardłem pulsującym łzami, zaczęła drżącymi dłońmi wyciągać igły z jego ciała, mając wrażenie, że za moment udusi się własnym żalem.

— Przepraszam, przepraszam, tak bardzo przepraszam — wydusiła z siebie, nie patrząc mu w oczy - bała się, że jeśli spojrzy w jego twarz, w tym samym momencie rozpadnie się jak porcelana.

Pomogła mu podnieść się z krzesła zabiegowego i poprowadziła w stronę wyjścia; mężczyzna zatrzymał się w połowie drogi, Hermiona odwróciła ku niemu głowę, ledwo cokolwiek widząc poprzez łzy.

— W więzieniu jest Monica — powiedział słabo jej ojciec, z tym samym uczuciem, z jakim zawsze mówił o matce i z gardła Hermiony wyrwał się szloch, gdy zobaczyła, że jej Obliviate pod żadnym kątem nie zmieniło stosunku jej rodziców do siebie nawzajem - wciąż widziała tę samą troskę w oczach swego ojca, tak samo brązowych i ciepłych, jak jej własne. — Muszę... muszę po nią wrócić...

— Ktoś ją zabierze — przecisnęła z trudem przez zaciśnięte gardło, krztusząc się słowami. — Obiecuję ci, że ktoś ją zabierze... — ugryzła się w język, zanim dodała: „tato". — Teraz musimy uciekać.

Wychyliła głowę na korytarz i rozejrzała się uważnie, a potem zaczęła badać bariery antydepotracyjne (skąd, na Merlina, takie zabezpieczenia u mugoli — pomyślała gorzko). Kilka zaklęć wystarczyło, aby zorientować się, że w pomieszczeniu, w którym się znajdowali, były one zaskakująco mocne, ale na korytarzu znacznie słabły, szczególnie na zakrętach, jakby załamanie przestrzeni w jakiś sposób je tłumiło - być może wyczerpany magicznie, chory, niedożywiony czarodziej nie zdołałby ich ominąć, ale Hermiona, choć przemęczona walką, była zdeterminowana, aby to zrobić.

— Teraz się deportujemy — powiedziała ojcu, łapiąc go za rękę i ciągnąc na korytarz. — To będzie... dosyć nieprzyjemne, ale zabiorę cię do miejsca, w którym będziesz już bezpieczny.

Nie czekając na odpowiedź ojca, chcąc jak najszybciej zabrać go z tego ponurego miejsca, zawinęła wokół niego ramiona i skupiając się z całych sił, deportowała się pod Hogwart.

Zapory odezwały się i natarły na nią jak Diabelskie Sidła, starając się ją pochwycić; Hermiona wysiliła swój umysł, odpierając je jak najmocniej była w stanie, czuła jak kumulują się wokół niej, zaplatają na jej magicznym rdzeniu, starając się ją powstrzymać. Zacisnęła mocniej ramiona na talii swego ojca i skupiła swoje myśli na detalach: wysokie kolumny bramy, drzewo rosnące nieopodal, z którego już niemal spadły wszystkie liście, szeroka ścieżka wiodąca pod zamkowe wrota. Coś szarpnęło boleśnie za jej mięsień w ręce, świat zawirował jej przed oczami, poczuła znajome pociągnięcie w brzuchu i chwilę potem (o Merlinie, dzięki ci) pojawili się przed znajomym zamkiem z wysokimi wieżami.

Hermiona zawyła z bólu, upadła na ziemię i zwymiotowała obficie.

— Co ci jest?! — krzyknął jej ojciec, klękając pospiesznie koło niej.

Hermiona wypluła nieprzyjemny posmak z ust i przycisnęła dłoń do swojego ramienia - krew przelała jej się przez palce, mięsień zapiekł jak potraktowany solą.

— Słyszysz mnie?! — wydarł się jej spanikowany ojciec.

Odetchnęła głęboko, kilkukrotnie i czując łzy bólu zalewające jej twarz, wyciągnęła przed siebie różdżkę, jąkając się jak dziecko:

Expecto Patronum.

W pierwszej chwili nic się nie stało i kobieta, bliska płaczu, zmusiła swój umysł do pracy — mój ojciec żyje i jest bezpieczny, i będzie żył jeszcze długo, bardzo długo, i umrze jedynie ze starości, nie na skutek czegokolwiek innego, w gorącej pościeli, w miękkim łóżku... — szarpnęła różdżką raz jeszcze.

Expecto Patronum! — zawołała.

Srebrny patronus, po największym wysiłku, jakie wskrzesiła w sobie w całym swoim życiu, wystrzelił z jej końca jak strzała i pognał w stronę zamku, a klęcząca Hermiona zacisnęła oczy, zwaliła się na ziemię, wciskając nos w przykryte rosą trawy i wyjąkała cicho:

— T-to nic. Nic mi nie jest.

— Matko przenajświętsza, potrzeba ci lekarza! — zawołał jej ojciec, dotykając troskliwie jej ramienia.

Hermiona wzdrygnęła się pod tym dotykiem; ojciec uciekł dłonią.

— Już... już idzie — wysapała Hermiona, wskazując głową w stronę wrót zamkowych.

I owszem - od strony szkoły biegła ku nim Pansy Parkinson - jej pielęgniarski kitel powiewał na wietrze, w ręku ściskała - jak podejrzewała Hermiona - małą fiolkę dyptamu.

Pansy przyklęknęła przy Hermionie z biegu (jej kolana zderzyły się z głuchym dźwiękiem z podłożem) i szybko ogarnęła wzrokiem jej rozszczepione ramię.

Hermiona, zaciskając zęby, odsunęła palce, pozwalając kobiecie przemyć ranę esencją z dyptamu.

— M-muszę wracać — wyjąkała Hermiona, podczas kiedy jej mięśnie się zrastały, uzupełniały, wracały na pierwotne miejsce, szczypiąc tak potwornie, że ledwo widziała na oczy. — Zajmij się, proszę cię, moim... — zacięła się i poprawiła szybko: — Jednym z więźniów. Tylko, proszę, bądź przy nim ostrożna. To mugol — wyrzucała z siebie pospiesznie słowa, wpatrując się w pełną napięcia twarz Pansy.

Kobieta skinęła głową, pomagając jej usiąść na trawie, trzymając silne ramię na jej plecach. Nie pytała o przebieg bitwy, nie pytała o poległych, nie zapytała też, jakich obrażeń doznali inni czarodzieje. Wcisnęła jej w rękę jakąś ciepłą fiolkę, a gdy Hermiona zerknęła na nią bez zrozumienia, odezwała się cicho:

— Eliksir na wzmocnienie. Końska dawka.

Hermiona odetchnęła głęboko, skinęła głową i wychyliła fiolkę na raz. Pansy wstała i wyciągnęła ku niej dłoń, pomagając drugiej kobiecie dźwignąć się na nogi, po czym spojrzała w twarz dawnej, szkolnej rywalki.

— Uważaj na siebie, dobrze? — poprosiła cicho, przetrzymując nieco dłużej lekko drżącą dłoń Hermiony.

Brązowowłosa skinęła głową czując potężny ciężar w sercu - choć bardzo nie chciała, musiała wrócić, ponieważ gdzieś tam jeszcze, w tym koszmarnym budynku, wciąż przebywała jej matka. Czuła ciepło eliksiru rozlewające się po jej żołądku i siły ponownie wracające do wyczerpanych mięśni. Pansy puściła jej dłoń, sięgnęła do kieszeni szaty i wyjęła z niego jeszcze trzy, takie same fiolki.

— Weź na zapas — wyszeptała. — Być może ktoś jeszcze będzie go potrzebował.

Hermiona przełknęła ciężko ślinę, ponownie skinęła w podzięce głową, schowała głęboko do wewnętrznej szaty ten cenny (bardzo cenny) podarek i odwróciła się, żeby odejść.

Zdołała zrobić kilka kroków, kiedy wstrzymało ją gorące wołanie jej ojca:

— Poczekaj! — krzyknął za nią. — Nie powiedziałaś, jak się nazywasz...

Kobieta przełknęła ciężko ślinę i czując łzy spływające jej po policzkach oraz bolesny ucisk głęboko w piersi, wyrzuciła z siebie napiętym głosem, nie odwracając się przodem do ojca:

— Hermiona. Nazywam się Hermiona.

Uciekła, zanim zdążył zapytać o więcej.


-VVV-


Jerry, czując frustrację niemożliwą do opisania słowami, patrzył poprzez kupy żwiru na jakiś pierniczony skład broni.

Nie mogąc znaleźć sposobu na odblokowanie drzwi stojących im na przeszkodzie, kopiąc w nie jak pacjent zakładu psychiatrycznego, rozłupał chwilę temu ścianę tuż obok nich, częstując ją zażarcie wściekłym spojrzeniem.

Palmer, oświetlając sobie pomieszczenie różdżką, wychylił się obok niego, mrużąc oczy, gdy zaglądał do środka poprzez tumany wirującego kurzu.

— To magazyn amunicji, ty matole! — warknął, jakby to Jerry był winien tej sytuacji.

Auror poczuł, jak uderza w niego fala gorącej irytacji.

— Jeśli jesteś taki genialny — wycedził przez zęby — to zaprowadź nas w odpowiednie miejsce, proszę bardzo, nie będę się kłócił.

Palmer, parząc na Jerry'ego spode łba, odwrócił się tyłem do pomieszczenia i wyciągnął różdżkę w stronę ziejącego pustkami korytarza.

Wskaż mi Harry'ego Pottera! — zażądał; różdżka obróciła mu się w palcach, Jerry zazgrzytał zębami, gdy Palmer zwrócił ku niemu twarz, na której widniał pełen wywyższenia uśmieszek. — Idziemy — rzucił przez ramię do Jerry'ego, gotów zapuścić się głębiej w czeluści więzienia.

Jerry zerknął raz jeszcze na magazyn broni i nagle w jego głowie zaświtał głupi, głupi pomysł.

— Poczekaj! — zawołał, przeciskając się przez gruz, wyciągając - najdalej jak był w stanie - rękę, aby sięgnąć po podłużny karabin maszynowy. — Umiesz się posługiwać tym cackiem?

Jerry jedynie kątem oka zarejestrował osłupiały wyraz na twarzy Palmera; kącik jego warg wygiął się w cynicznym uśmiechu.


-VVV-


Wpełzli do środka jak jakieś węże, przeciskając się przez szeroki otwór, który Harry wypalił w drzwiach. Zielonooki rozejrzał się po pomieszczeniu, oświetlonym zaledwie mdłym światłem żarówki.

Rząd cel rozpościerał się przed nim jak droga do piekieł, Harry poczuł gwałtowne ukłucie w sercu, kiedy jego rozbiegany wzrok zaczął przesuwać się pomiędzy wyniszczonymi twarzami więźniów.

— Harry... — wyszeptał ktoś ochryple, a zielonooki miał wrażenie, że miękną mu kolana.

Ramiona Snape'a przytrzymały go, zanim nie upadł i szarpnęły upominająco.

Zielonooki zaciągnął się głęboko zatęchłym, piwniczym powietrzem, starając się utrzymać równowagę.

— P-pani Weasley. — Głos mu się załamał; czuł, że jeżeli za moment czegoś nie zrobi, to rozpadnie się jak domek z kart, to eksploduje od natłoku emocji albo oszaleje; wyciągnął przed siebie różdżkę i machnął nią w stronę najbliższej kraty, chcąc ją jak najszybciej otworzyć.

Nic się nie stało - poczuł się jak niedojrzały dzieciak wymachujący podczas zabawy patykiem niczym mieczem.

— To pomieszczenie tamuje magię — usłyszał doskonale sobie znany głos Luny; spojrzał w stronę, z której dochodził i napotkał jej duże, srebrno-szare oczy; jego czaszka zatętniła napięciowym bólem. — Mugole zabezpieczyli się w ten sposób, żebyśmy nie byli w stanie... cóż, uciec.

Harry zagryzł dolną wargę niemal do krwi.

— No to świetnie — skomentował Draco, brzmiąc niemal paranoicznie i kopnął z całych sił najbliższą kratę, jakby spodziewał się, że ta ustąpi pod jego ciosem.

W tym samym czasie Lucjusz warknął jak rozjuszona zwierzyna i zaczął przesuwać się wzdłuż cel, zaglądając do każdej kolejnej z jakimś nieludzkim grymasem przyspawanym do twarzy.

Ona jest tam — odezwała się nagle pani Weasley, wskazując drżącym palcem na koniec korytarza.

Harry spojrzał we wskazanym kierunku i pobladł całkowicie, widząc zaryglowane, kuloodporne drzwi stojące im na drodze; usłyszał, jak Draco przełyka głośno ślinę.

Lucjusz przebiegł przez te żmudne lochy z szybkością zaczerpywanego oddechu i zaczął wymachiwać różdżką jak szaleniec - żadne zaklęcie nie wydostało się na powierzchnię, ale on nie przestawał i Harry, przez jedną, krótką sekundę, poczuł do niego głęboki żal.

Zielonooki odetchnął głęboko i starając się jasno rozumować, podszedł do najbliższej celi, badając palcami mosiężną kłódkę zamykaną na klucz.

To, co wydarzyło się później, zapisało się w jego pamięci, jakby wcale nie dotyczyło jego osoby, jakby był jedynie pobocznym obserwatorem zdarzeń, jakby coś wyrwało go z ciała i postawiło niewidocznego na uboczu. Pamiętał głównie emocje - związane z nimi zdarzenia zapętlały się i nakładały na siebie, tworząc jakiś dziwaczny miszmasz obrazów.

Pierwsze, co zakodowało się w pamięci Harry'ego to dziwaczne, narastające uczucie bycia obserwowanym jak robak pod lupą. Powietrze jakby zgęstniało albo zrobiło się cięższe - jakby ktoś wmieszał w nie pierwiastki, które nie powinny stać się częścią jego składu. Instynkt samozachowawczy ostrzegł go prędzej od głośnego, gwałtownego wciągnięcia powietrza, które dobiegło z ust Dracona.

Harry odwrócił się gwałtownie, mając wrażenie, że serce podchodzi mu pod gardło; jego głowa załupała tępym, ostrym bólem, jakby coś ciężkiego obijało mu się o czaszkę.

Przez wyżłobioną przez Harry'ego lukę przepchnęli się dwaj, umundurowani mugole, szczerząc się jak łakome hieny, celując w nich z pistoletów jak w jakieś zwierzęta łowne.

Zielonooki zastygł w bezruchu, w pomieszczeniu zrobiło się nagle wyjątkowo cicho, Harry słyszał głuchy, fantomowy pisk we własnych uszach; Lucjusz, ostrzeżony zapewne cichnącymi szmerami, przestał szamotać się przy ostatnich drzwiach i odwrócił się gwałtownie, celując na oślep różdżką przed siebie, wyglądając, jakby za moment miał choćby i skoczyć na dwóch uzbrojonych mężczyzn z pięściami.

Jeden z nich przeładował broń, celując gdzieś ponad głową Harry'ego w drżącego jak osika, starszego Malfoya.

Harry wiedział, że jeżeli za moment czegoś nie zrobi, mugolski pocisk rozłupie czaszkę ojca Dracona jak arbuza; bardzo powoli, trzymając ręce na widoku, ukucnął i odłożył różdżkę na ziemię pod czujnym okiem drugiego z mugolskich wojskowych.

— I tu nas macie — wyszeptał zielonooki, odwracając uwagę tego pierwszego od Lucjusza.

Harry... — jęknął drżącym głosem Draco, ale Harry wyprostował się równie powoli z rękami na widoku, obserwując z czujnością drapieżnika podchodzących do nich na ugiętych nogach jak do niebezpiecznych stworzeń mugoli; jego serce obijało się o mostek z taką siłą, że zaczął się zastanawiać, czy inni są w stanie to usłyszeć.

Jeden z nich wyszczerzył białe zęby w paskudnym uśmiechu.

— Złapaliśmy was, co? — zaśmiał się obskurnie.

Harry zastanawiał się z pewną dozą szyderstwa, czy to było pytanie.

— Bez dwóch zdań — powiedział miękko na głos, przekręciwszy głowę, oceniając swoich przeciwników. — Jakie to sprytne. — Słowa wylewały mu się przez usta jak ropa z tankowca.

Jeden z mugoli ponownie się zaśmiał.

— Prawda? — zawołał, pławiąc się w samozachwycie; Harry przekręcił głowę na drugą stronę, zastanawiając się, czy gdyby udało mu się przemknąć obok nich, byłby w stanie znowu odwołać się do własnej magii. — Jest tu taka blokada — mugol machnął głową w nieokreślonym kierunku — która zapobiega tym waszym sztuczkom! — Jego głos ociekał satysfakcją.

Harry oczekiwał jakiejś kontynuacji, ale gdy ta nie nadeszła, wydusił z siebie z udawanym zachwytem:

— Naprawdę?

— Mhm — mruknął wojskowy jak zadowolony lew; Harry miał ochotę przewrócić oczami.

— Niesamowite — rzekł zamiast tego. — Jak ona działa?

Mugol zagapił się na niego, a następnie spojrzał na swojego towarzysza, marszcząc brwi. Chwilę potem prychnął cicho.

— A co za różnica, po prostu działa — splunął z butą pod nogi Harry'ego, Draco nastroszył się jak gotów do skoku, Harry zgiął kark i niemal niedostrzegalnie pokręcił głową; zamknął na sekundę w podzięce oczy, gdy mięśnie Dracona rozluźniły się nieznacznie.

— Och? — mruknął cicho zielonooki. — Więc jak to się stało, że posiadacie... tak niesamowite, genialne zabezpieczenie?

Jeden z wojskowych wyszczerzył się, jakby był w siódmym niebie, drugi zaś zaczął się śmiać.

— Ta wasza czarodziejska suka to założyła! — zawołał takim tonem, jakby spodziewał się, że ta informacja sprawi im ból; Harry powstrzymał się od uniesienia brwi. — Zdradziła was! Przychodziła tutaj, żeby pieprzyć się z...

— Zamknij się — wycedził Lucjusz; Harry zamarł w kompletnym bezruchu, unosząc szybko wzrok na twarze dwójki wojskowych.

Uśpiona czujność mugoli powróciła na pełne stanowisko. Jeden z nich wyprostował się i łypnął wściekle na stojącego z tyłu ojca Draco.

— Słucham? — wycedził; Harry usłyszał odgłos przeładowanej broni, czując, jak panika uderza w niego jak wiry tornada.

— Powiedzia...

— Nasz przyjaciel nie wie, co mówi. — Cichy, głęboki pomruk Snape'a sprawił, że włoski stanęły Harry'emu na karku. — Skąd miałby wiedzieć, co robiła tutaj nasza... hmm, czarodziejska suka.

Zaskakujący dobór słów, jak na Severusa Snape'a, ale wystarczający, aby uspokoić nieco szalejące serce Harry'ego.

Snape podszedł bliżej swobodnym krokiem; dwa karabiny przesunęły się za nim jak smycz. Harry poczuł, że brak mu tchu, kiedy mężczyzna z całkowitym opanowaniem na twarzy, powoli odłożył różdżkę tuż obok różdżki Harry'ego i wyprostował się w żółwim tempie, unosząc wysoko prawą brew, jakby pytał, czy dobrze to zrobił - zielonooki schylił głowę, żeby ukryć przed mugolami przewrócenie oczami, którego nie potrafił zatrzymać (Snape musiał to dostrzec - jego uśmiech stał się zbyt agresywny, aby mogło było inaczej).

— A ty to kto? — prychnął jeden z wojskowych, łypiąc nieprzychylnym wzrokiem na Snape'a, który rozłożył ramiona i rzekł:

— Ktoś istotny dla magicznego świata. Możecie mnie skuć w kajdany i wrzucić do izolatki, a zyskacie bardzo istotnego więźnia.

Mężczyźni spojrzeli po sobie, po czym uśmiechnęli się do siebie jak lubieżne potwory; jeden z nich podszedł do Snape'a, przyłożył mu lufę do pleców i zaczął popychać karabinem w stronę drzwi na końcu korytarza.

Snape nie zaoponował - z niepojętym dla wszystkich spokojem pozwolił się zaprowadzić pod izolatkę.

Jeden z mężczyzn wyciągnął z wewnętrznej kieszeni klucze. Harry spostrzegł, jak oczy Lucjusza Malfoya zalśniły; Draco położył dłoń na ramieniu ojca i przytrzymał go w miejscu, kiedy mugol otwierał izolatkę i wpychał brutalnie do środka wyjątkowo uległego Snape'a; drzwi izolatki trzasnęły głucho.

Harry westchnął ciężko i pozwalając, aby kilka kosmyków przykryło mu twarz, ponownie przewrócił oczami.

— A was — rzekł jeden z wojskowych, unosząc broń — przedziurawimy jak kaczki.

Mały, szyderczy uśmieszek spełzł z twarzy Harry'ego jak woda - nie tego się spodziewał, pewien był, że te mugolskie ścierwa w najgorszym wypadku wepchną ich do cel, o ile oni sami nie dadzą im pretekstu do ataku - poczuł lodowate zimno rozlewające się po jego ciele, jego oczy rozszerzyły się jak pory skórne.

Zielonooki zadrżał, gdy zabrzmiały pierwsze huki wystrzałów; usłyszał czyjeś krzyki i zacisnął zęby, napinając wszystkie mięśnie ciała, przygotowując się na bolesny koniec.

Przez krótką jak mrugnięcie powiek chwilę nie był całkowicie pewien, co właściwie się wydarzyło - dwaj mugole padli na ziemię z ziejącymi w piersi dziurami po pociskach, które przeszły przez ich ciała na wylot jak szpony mięsożernej zwierzyny.

— Upolujemy was pierwsi — warknął Jerry, spluwając soczyście na podłogę.

Harry, z którego wyciekało powoli napięcie, nie dowierzając w to, czego przed chwilą był świadkiem, zaczął się śmiać niemal obłąkańczo.


-VVV-


— To tylko ja, Narcyzo — powiedział łagodnym tonem Severus, klękając w ciemnościach naprzeciw kulącej się na podłodze pani Malfoy. — Już dobrze. Jesteś bezpieczna.

Narcyza uniosła głowę, spazmatycznie łapiąc powietrze.

— Zabierzemy cię stąd — obiecał Severus, nie próbując wyciągać do kiwającej się to w przód, to w tył kobiety rąk.

— Już umarłam? — wycharczała słabym głosem; jej głowa ledwo trzymała się w górze.

— Jeszcze nie, Narcyzo — odpowiedział cicho Severus.

— Szkoda — wyszeptała ta niegdyś dumna i pewna siebie kobieta i położyła się na podłodze, zwijając w kłębek, jakby Severusa wcale tam z nią nie było.


-VVV-


Harry, nie zważając na to, że rozlana w rozległą palmę krew klei mu się do butów, wygrzebał z kieszeni martwego mugola pęczek kluczy i rzucił się, żeby otworzyć izolatkę. Dopiero za czwartym podejściem udało mu się ustalić, który klucz jest od tego zamka.

Harry szarpnął drzwiami, otwierając je na oścież, marszcząc nos, gdy stęchłe powietrze uderzyło go prosto w twarz.

Snape, który klęczał na ziemi naprzeciw wymizerniałej, wychudzonej, ze skórą szarą jak u myszy kobiety, spojrzał na Harry'ego przez ramię, unosząc jedną, chudą brew wysoko na czoło.

— Nadzwyczaj szybko sobie poradziliście — rzucił przekornie mężczyzna, w odpowiedzi na co Harry prychnął szyderczo, opuszczając rękę, w której ściskał pęczek kluczy, wzdłuż ciała.

— Jakoś musieliśmy, skoro pan tak błyskotliwie oznajmił, że umywa pan ręce.

— Ach, tak? — rzekł cichym głosem Snape, odwracając głowę w stronę Harry'ego, spoglądając na niego z dołu błyszczącymi jak u kobry oczyma.

Harry wykrzywił się i mruknął coś niezobowiązująco, kiedy Lucjusz przepchnął się obok niego i klęknął tuż przy Snape'ie naprzeciw swej wymizerniałej, patrzącej na wszystko w oszołomionym przerażeniu żony; zielonooki odsunął się od izolatki, rozejrzał się po lochach i podszedł do krat Molly Weasley, wypróbowując wszystkie, kolejne klucze - pęczek był niewielki, więc nie zajęło mu to sporo czasu - Harry warknął pod nosem, gdy żaden, przeklęty klucz nie otworzył celi, z którą się zmagał.

Wreszcie stracił resztki cierpliwości.

— Jerry — zawołał do swojego aurora, nie oglądając się za siebie. — Choć no tu i przestrzel ten pierniczony zamek!

— A przestrzelę! — zawołał z kuriozalną satysfakcją Jerry; Harry ponownie musiał przewrócić oczami.

— Proszę się odsunąć, pani Weasley — przestrzegł przebywającą w środku kobietę, spoglądającą w jego twarz, jakby on sam był halucynacją. — Ten idiota pierwszy raz w życiu ma broń palną w ręku.

— O Najdroższa Morgano — zapiszczała kobieta z początków sali.

— Zamknij się, ty moralistko funta kłaków niewarta — prychnął jakiś mężczyzna, wstając chwiejnie, przytrzymawszy się krat.

— Przejęliście pana Grangera? — zapytała cienkim głosem Luna.

— On się nazywa Wendell Wilkins!

— O Merlinie, a ta znowu zaczyna — mruknął ktoś inny, wzdychając ciężko.

Jerry zerknął na Lunę przez ramię, unosząc do góry lufę.

— Hermiona pognała po niego, jakby się paliło — mruknął, brzmiąc, jakby starał się nadać swojej wypowiedzi luźny, swobodny ton. — Powinni już oboje przedzierać się na podwórze.

Luna wyglądała, jakby ulżyło jej zaledwie w minimalnym stopniu.

— Przestrzelisz wreszcie ten zamek? — zniecierpliwił się Harry, zerkając nerwowo w stronę głównych drzwi, w których ziała rozległa, wypalona dziura. — Nie mamy nie wiadomo ile czasu, wiesz?

— Jasne, szefie — odparł z pozoru lekkim tonem Jerry, salutując głupkowato Harry'emu, którego cierpliwość wisiała na włosku.

— Nie wydurniaj się, tylko wal! — warknął, ciskając w Jerry'ego gromy samym spojrzeniem.

Harry wstrzymał powietrze, zacisnął zęby i zastygł w bezruchu jak marmurowy posąg, gdy Jerry wycelował.

Huk wystrzału był niemal ogłuszający i potoczył się głośnym echem po lochach; powietrze uciekło z płuc zielonookiego, gdy zakratowane drzwi odskoczyły i z płynnością jakiejś gęstej cieczy rozsunęły się przed nimi ze zgrzytem.

Wzrok Harry'ego i pani Weasley spotkał się w połowie drogi; fala gorącej ulgi napłynęła do ciała Harry'ego jak wybawienie, jego ciało poruszyło się niemal bez udziału jego woli.

Pani Weasley otworzyła ramiona a Harry wpadł w nie, czując, jak wszystkie jego maski pękają jedna po drugiej - wtulił się w kobietę, wiedząc, że jego mięśnie drżą jak osika, a nerwy wreszcie puszczają, powołując do istnienia strumień gorących łez, spływających w dół jego twarzy jak ulewny deszcz.

Czuł znikome ciepło jej wychłodzonego ciała i kościste obojczyki wbijające się w jego skórę, pod palcami mógł wyczuć każdy, sąsiedni kręg jej kręgosłupa; próbował przełknąć gorącą gulę rozrastającą się w jego gardle i nie był w stanie.

— Mój mały chłopiec — wyszeptała pani Weasley, chowając twarz w zagłębienie jego szyi i wdychając powoli jego zapach. — Mój wspaniały, mądry chłopiec.

Jak przez mgłę słyszał, jak Jerry i Palmer rozwalają kolejne zamki. Świat przez moment przestał się dla niego liczyć - kwaśny fetor unoszący się z poobdzieranych łachów kobiety nie miał najmniejszego znaczenia, stęchły, piwniczny zapach przestał grać jakąkolwiek z ról, liczyły się tylko te ramiona kołyszące go jak dziecko do snu, ten głos, nieco zachrypnięty, ale wciąż ten sam, szepczący kojące głupstwa do jego ucha, te włosy - suche i siwe, i przetłuszczone - muskające jego policzek.

Wiedział, że drży, że płacze, że pociąga nosem jak dziecko, i nic nie potrafił poradzić - nic nie mógł poradzić na to jego głupie serce, szalejące jak kopyta galopującego konia, nic nie mógł poradzić na przyspieszony obieg tlenu pomiędzy jego płucami a otoczeniem.

— Już dobrze — pocieszała go pani Weasley, kołysząc nim miarowo - zupełnie, jakby to on był więziony przez tak długi czas, jakby to jego ciało kości próbowały przebić jak sztylety, wystając spod opadniętej skóry pod tak ostrymi kątami, że Harry dziwił się, że nie nacinają naskórka. — Harry...

Zielonooki zaskomlał jak ranne zwierzę, słysząc swoje imię padające spomiędzy tych wysuszonych na wiór ust.

— Harry, słyszysz? — powiedziała kobieta tym swoim miękkim, kochającym głosem (Harry miał zamiar rozpaść się w jej ramionach, przykleić do jej skóry, pozostać w nich na zawsze). — Koniec smutków. Wiem, że już nic złego mnie nie spotka. Wiesz, kochanie ty moje, skąd o tym wiem?

Harry pociągnął nosem i niezdolny, aby wydobyć z siebie jakiekolwiek słowo, pokręcił głową. Kobieta mocniej przeczesała osłabionymi, brudnymi palcami jego przepocone kosmyki włosów.

— Bo jesteś tu ze mną.

Harry, usilnie starający się zacząć myśleć trzeźwo, poczuł, że się rozpada - a było to coś, na co nie mógł sobie w obecnej sytuacji pozwolić.


-VVV-


Luna, wpatrując się w objęcia przeciwległej celi, w których stara, siwowłosa kobieta kołysała dorosłego mężczyznę, jakby wciąż był jedenastolatkiem zagubionym pomiędzy rozgardiaszem peronu dziewięć i trzy czwarte, poczuła łzy klejące się do jej policzków jak żywica, ale nie otarła ich, pozwalając im płynąć w dół twarzy i skapywać na zimną ziemię.

Otrząsnął ją dopiero szczęk jej krat i Jerry wyciągający do niej swoją dłoń.

Uniosła na niego spojrzenie i uśmiechnęła się poprzez zapłakane oczy.

— Wynosimy się stąd — powiedział Jerry, obdarzając ją promiennym uśmiechem. — Raz na zawsze.


-VVV-


— Musimy ją deportować — ocenił Harry, kiedy gramolili się na powrót przez dziurę wypaloną w drzwiach, patrząc trzeźwym okiem na omdlewającą, ledwo trzymającą się na nogach panią Malfoy, którą Lucjusz po trzecim razie, w którym zapobiegł jej upadkowi, wziął na ręce.

Draco odwrócił się ku Harry'emu, przełykając ciężko ślinę.

— Zwariowałeś? — wyszeptał blado. — Być może korytarze nie tłumią magii w tak zaawansowany sposób, jak ta przegniła dziura, ale bariery są na swoich miejscach. Nie czujesz ich?

Harry oblizał wargi.

— Musimy spróbować — odetchnął głęboko, podtrzymując jednym ramieniem kuśtykającą przy nim panią Weasley.

Nie wszyscy więźniowie słaniali się na nogach - Luna pomagała iść starszemu, zmęczonemu człowiekowi (Harry'emu zdawało się, że to Ted Green, ale pewności nie miał), Draco, oglądając się co rusz na swoją matkę, asekurował chwiejącą się na granicy upadku panią Granger.

W reakcji na słowa Harry'ego, szarooki pokręcił gwałtownie głową.

— Mowy nie ma, nie zgadzam się.

Harry skrzywił się, biorąc na siebie więcej ciężaru pani Weasley.

Musimy, Draco — powtórzył, kładąc nacisk na pierwsze słowo. — Ona nie jest w stanie nawet ustać na nogach, stanowi najlepszy cel dla wrogów, a twój ojciec, Draco, on nie jest w najmniejszym stopniu osłonięty przed mugolską bronią, a w ten sposób — Harry kiwnął chaotycznie głową, wskazują trzymaną w ramionach Lucjusza, bezwładną panią Malfoy — nawet nie jest w stanie rzucić zaklęcia, żeby pozbyć się zagrożenia.

Draco gapił się na niego, dysząc jak po maratońskim biegu.

— Draco... — mruknął Harry, oddychając ciężko; zerknął szybko w stronę Snape i wyrzucił z siebie na jednym tchu: — Weźmie ją najsilniejszy.

Twarz Snape'a stężała; na krótką jak mrugnięcie powiek chwilę zagościł na niej jakiś trudny do zinterpretowania wyraz.

Draco łypnął na Snape'a, jakby wcale go nie widział.

— Co zrobi, jeśli ona się rozszczepi?! — wybuchnął; jego twarz wyciągnęła się w mało ludzkim grymasie, głębokie bruzdy zmarszczek przecięły jego młodą twarz jak pękającą, szklaną taflę. — Co zrobi, jak wyląduje, a ona będzie miała ziejącą krwią dziurę w klatce piersiowej?!

Chwiejące się nerwy Harry'ego puściły po raz kolejny i posypały się pod ich stopy.

— Wyleje jej końską dawkę wywaru z dyptamu na ranę! — wydarł się na Dracona, jakby łajał małe dziecko, czując, jak jego ciało zaczyna drżeć bez udziału jego woli. — Myślże ty!

Draco pochwycił go za ramiona i zaczął nim potrząsać jak kukłą teatralną; Harry poczuł, jak przewraca mu się w żołądku, mocniej zacisnął palce na ramionach pani Weasley, bojąc się, że jej ciało wyślizgnie mu się z wilgotnych rąk.

Nie mamy przy sobie dyptamu, idioto!

Siarczysty policzek wymierzony Draconowi przez Snape'a rozbrzmiał echem po pomieszczeniu; Draco oniemiał, puścił poły zapylonej, utaplanej we krwi szaty Harry'ego i zagapił się na wpijającego w niego ostre spojrzenie mężczyznę.

— My nie, ale Parkinson ma — wysyczał czarnooki, pochylając się nad twarzą Dracona. — Opanuj się trochę, bo nie przeżyjesz tej eskapady.

Snape odwrócił się ku starszemu Malfoyowi, wyciągnął ramiona i spojrzał w jego szare oczy.

— Daj mi ją, Lucjuszu.

Harry spoglądał, jak obaj - syn i ojciec - łypią na Snape'a takim wzrokiem, jakby nawdychał się oparów trucizny.

Lucjuszu — powtórzył Snape - jego głos nabrał jakiejś łagodnej, aksamitnej nuty.

Lucjusz Malfoy przycisnął swoją żonę mocniej do piersi, zmrużył wściekle oczy i wypluł z siebie z ostrą pogardą:

Ja to zrobię.

Harry, mając wrażenie, że emocje wyciekają z niego jak powietrze z przebitego balona, spoglądał, jak okowy czarnego dymu kumulują się wokół ciała państwa Malfoyów.

Odprowadził wzrokiem gęste skupisko Mrocznej Magii, przedzierające się pomiędzy wysokimi półkami i znikające w maleńkich drzwiach po przeciwnej stronie piwnicy.

Nie czuł w sobie niczego, co świadczyłoby o tym, że wciąż jest człowiekiem.


-VVV-


Biegli - i Harry dziękował za taki stan rzeczy Merlinowi. Trzeba przyznać - nie pędzili jakoś nadzwyczaj szybko, raczej miarowo posuwali się w stronę wyjścia, ale mimo wszystko szło im to znacznie płynniej, niż sugerowały na to wszelkie przesłanki.

Harry zlustrował ich abstrakcyjny korowód przedstawiający sobą obraz nędzy i rozpaczy.

— Jerry, co ci jest w bark? — zapytał, kiedy asekurujący ich z bronią maszynową w ręku mężczyzna, po raz już chyba kilkunasty skrzywił się, rozcierając palcami własne ramię.

Jerry machnął dłonią, skupiając się na wypatrywaniu ewentualnego zagrożenia i nie odpowiedział.

Przebili się na główny korytarz prowadzący do tego rumowiska, który pozostał z wind, kiedy niespodziewanie Snape przykucnął jak tygrys przed skokiem na ofiarę i wycelował różdżką w jakiś niewidoczny dla Harry'ego cel.

Jerry i Palmer zareagowali niecałą sekundę potem - jak na określony sygnał przeładowali broń; seria wystrzałów zabrzmiała w uszach Harry'ego jak erupcja wulkaniczna. Zielonooki zacisnął mocniej ramiona wokół pani Weasley, zatoczył się wraz z nią na ścianę i pociągnął ją na ziemię, aby stać się trudniejszym celem.

— Uciekajcie! — ryknął Jerry, przekrzykując dudnienie wystrzeliwującej serię pocisków maszyny. — Osłaniamy was!

Harry zobaczył ich zaledwie kilka sekund później - grupę mugolskich wojskowych, przytulonych do ściany, trzymających ich na celowniku.

Podjął działanie instynktownie - odepchnął się rękami od tynku, wycelował różdżką w sufit nad atakującymi ich mugolami i ryknął:

Bombar...

Nie pojął do końca, co właściwie stało się potem - kilka rzeczy wiedział na pewno: Draco wykrzyczał jego imię w taki sposób, jakby od tego zależało jego życie, z ust pani Weasley wyrwał się przepełniony rozpaczą skowyt, Severus Snape przywołał „Protego", które zamajaczyło przed nimi jak wodna kopuła, a ktoś wskoczył przed Harry'ego, smagając włosami jego policzek.

Harry zrozumiał sytuację za późno - kule przebiły się przez tarczę Snape'a, jakby wcale jej tam nie było i zanurzyły się jak paznokcie w bułce w osłaniającym go ciele, które zaczęło szarpać się jak dotknięte huraganami.

Ktoś - Harry nie zarejestrował kto - rozwalił z impetem ścianę w miejscu przyczajenia łakomych ich krwi mugoli, korytarz zatrząsł się w posadach, płaty tynku zaczęły sypać im się na głowę.

Harry, blady jak ściana, pochwycił upadające bezwładnie ciało Hestii Robinson, jej krew chlusnęła mu na dłonie.

Przed jego oczami zapłonął biały, ostry płomień najprawdziwszej furii. Głęboko we własnym umyśle usłyszał pobrzmiewające echem dalekiej przeszłości swoje własne słowa mówiące: „Nigdy nie chciałem, żeby ktokolwiek z was za mnie umarł" i „Remusie, twój syn...", po czym nagle, ujrzał przed oczami przebłysk Snape'a, patrzącego z głębokim niepokojem w twarz swej jedynej córki.

Pozwolił pochłonąć się rosnącej skokowo żądzy krwi, zostały odsłonięte jego najmroczniejsze instynkty, maski opadały jak jego własne ideały.

Harry, czując, jak własna szata plącze mu się u kostek, obrócił się powoli w stronę wygrzebujących się spod gruzów dwóch mężczyzn. Nie poznawał własnego głosu, wydawało mu się, jakby on sam był jedynie narzędziem, w którego pustą powłokę wkładane są słowa:

— To był naprawdę wielki błąd.

Nie widział bladego Dracona, po którego czole płynęła stróżka świeżej krwi, który zerknął na niego rozszerzonymi w szoku oczami, nie widział pani Weasley, która uniosła dygoczące dłonie do twarzy, zakrywając nimi usta, nie widział Snape'a, którego oczy rozjarzyły się jak płonące węgle, a na twarz wpłynął wyraz głębokiego niedowierzania.

Uniósł różdżkę wycelowaną w szamoczących się mugoli - krzyczeli coś, czego sens nie docierał do jego otumanionego umysłu, próbowali się wygrzebać spod resztek ścian, zakrywali twarze dłońmi jak tarczami.

Crucio.

Harry nie wiedział, jak tego dokonał, że zaklęcie objęło obu mężczyzn naraz, Harry nie wiedział, jak długo tam stał, umyślnie wydłużając ich cierpienie, Harry nie widział niczego, poza ich nienaturalnie wygiętymi twarzami, wyciągniętymi w wyrazie ślepej agonii i Harry najprawdopodobniej stałby tam o wiele, wiele dłużej, gdyby nie Draco, który złapał za nadgarstek rękę, w której ściskał różdżkę, szarpiąc nią w kierunku podłogi, po czym pochwycił jego białą, zalaną cudzą krwią, oblepioną potem i pyłem twarz, siłą kierując na siebie jego wzrok.

— ...yszysz mnie, Harry, słyszysz mnie? — wołał równie pobielały, co on Draco, zipiąc mu w twarz. — Musimy uciekać, Harry, rozumiesz?

Nie darł się bez opamiętania, przemawiał napiętym, łzawym tonem, jakby na nic innego nie starczało mu sił; w jego oczach majaczyły krople łez.

Harry, wiedząc, że po jego twarzy emocje spływają jak makijaż scenicznego aktora, zorientował się, że wciąż owija jedno ramię wokół talii Hestii, która przelewała mu się przez rękę jak kawałek brudnej szmaty; przełknął ślinę i ostrożnie usadził ciało kobiety pod ścianą, klękając naprzeciw niego.

Draco jęknął, rozglądając się po milczących ludziach, skacząc po ich twarzach spojrzeniem jak po stopniach szerokich schodów.

— Musimy uciekać! — skomlał Draco. — Powiedzcie mu, że nie mamy czasu!

— Wiem — odezwał się Harry wypranym z emocji głosem, oddychając głęboko, częstując swój umysł potężną dawką Oklumencji - rozumiał, że gdyby tego nie zrobił, przepadłby bez pamięci choćby i w tej samej chwili.

Zielonooki wyciągnął rękę i zamknął puste oczy Hestii, po czym podniósł się szybko z zapylonej, brudnej ziemi i czym prędzej odwrócił od niej wzrok - bał się, że jeśli tego nie zrobi, jego oczy przyspawają się do jej zastygłej w bezruchu twarzy, która zaledwie kilka minut temu płonęła żywymi emocjami.

Spojrzał w błyszczące od łez oczy Dracona.

— Wiem — powtórzył, chwycił jego dłoń i pociągnął w stronę frontowego wejścia. — Pamiętajcie, że kiedy wydostaniemy się na zewnątrz — odezwał się przyciszonym głosem Harry, wbijając wzrok w drzwi mrugające do nich z końca korytarza — wejdziemy wprost do paszczy naszej bitwy. Bądźcie na to przygotowani.

Rześkie powietrze przetaczające się przez korytarz do strony rozwalonego, głównego wejścia, którego drzwi wypadały z zawiasów, wołało go jak wytęskniona kochanka.


-VVV-


Wpadli na siebie w drzwiach, owijając wokół siebie ramiona jak gałęzie płaczącej wierzby.

— Hermiona!

— Harry!

Krzyknęli swoje imiona jednocześnie. Utaplane krwią, sadzą i pyłem dłonie Harry'ego zaczęły błądzić po jej twarzy; kobieta pochwyciła silnie jego nadgarstek, przyglądając się obfitym plamom krwi na jego palcach, po czym podniosła na niego wzrok z czymś tak czystym i rozdzierającym w oczach, że na jedną chwilę Harry'emu zrobiło się słabo.

— Nie moja — uspokoił, rozglądając się po polu bitwy; ugiął miękko kolana, gotów w każdej chwili przejść do ataku. — Mamy więźniów! Odwrót! — wydarł się, zaciskając mocno palce na dłoni Hermiony i zbiegając po popękanych, sypiących się schodkach.

— Mam eliksir na wzmocnienie — wydusiła Hermiona, wyszarpując dłoń z uścisku jego palców i zaczynając w szaleńczym tempie rozdzielać fiolki między odbitych mugolom ludzi. — Jedynie trzy, gdybyście mogli się nim podzielić...

— Nie słyszą cię — zawołał w tym samym czasie Draco do Harry'ego, przekrzykując słowa Hermiony. — Nie dziwię się im, ja własne myśli ledwo jestem w stanie usłyszeć.

Harry, dysząc ze zmęczenia jak mastif, wycelował w swoje gardło zaklęcie Sonorus i wrzasnął ponownie:

— Do bramy, do bramy! — Jego głos rozlał się po terenie niczym płynna czekolada.

Wprawdzie byli w stanie deportować się już z podnóża schodów, ale jeśli mieli zabrać ze sobą uratowanych czarodziejów w deportacji łącznej, musieli się upewnić, że żadne z nich nie będzie pozostawione samemu sobie.

Huki wystrzałów rozległy się wokół nich jak seria gromów spadających z nieba.

Zielonooki usłyszał przeszywający powietrze jak skalpel skowyt Luny, a następnie jej zbolały krzyk:

— Nie przejmujcie się, nic mi nie jest!

Zacisnął zęby, myśląc, że to nie czas, aby oglądać się za siebie; przeczesał wzrokiem teren i przeskakując nad rozsypanymi wokół ciałami, ślizgając się na plamach krwi i kałużach błota, czując, jak jego gardło piecze od raptownego wdychania zimnego powietrza, pomknął przed siebie niczym wichura, w biegu częstując mugolskich wojskowych korowodem zaklęć.

Harry - z niejakim roztargnieniem - zerknął na jakieś gwałtowne zamieszanie przy bramie, w kierunku której zmierzali; zwróciło ono uwagę również kilku biegnących nieopodal czarodziejów. Harry zatrzymał się tak raptownie, że pędząca za nim Hermiona wpadła na niego z ogromnym impetem - z gardła kobiety wyrwał się głośny krzyk. Jego mózg, który przełączył się na jakiś kuriozalny tryb otumanienia, sprawił, że nawet nie odczuł zderzenia. Patrzył na bramę - jedną chwilę, dwie - automatycznie jak mugolski robot posyłając wokół własne klątwy i zaklęcia - a w następnej chwili zzieleniał na twarzy i upadł na kolana, jakby całkowicie utracił w nich czucie.

Mugole wytoczyli przeciw nim broń ciężką.