.
Rozdział 31
Jak kurz po wielkiej bitwie, opadają emocje
.
Gąsienice czołgów manewrowały po pagórkowatych terenach z niebywałą prostotą, lufy zaczęły obracać się w ich stronę bez najmniejszej synchronii, miękki grunt uginał się pod ciężarem tych mugolskich, wojskowych machin jak sprężyna. Ziejący czernią wylot lufy najbliższego czołgu zamajaczył przed nim jak sama śmierć - Harry poczuł, że wszystkie włoski unoszą mu się na karku, a zimne dreszcze biegną wzdłuż kręgosłupa jak setki drobnych pająków.
— Co to za czort? — wyjąkał Ted Green, w tym samym czasie, w którym Hermiona i Sophie Fisher schyliły się gwałtownie i złapały Harry'ego pod ramiona, siłą ciągnąc go na nogi.
— Deportujemy się — wyszeptał Harry, czując, jak wszystkie mięśnie zaczynają mu konwulsyjnie dygotać. — Choćby i stąd, z tego miejsca! — Miał wrażenie, że żołądek podchodzi mu do gardła; usłyszał zbiorowy okrzyk od strony mugoli: „Ładuj!".
— Co mówisz, Harry? — krzyknęła mu do ucha Hermiona.
— Sonorus! Łapcie odbitych! — rozkazał ostro Harry, nie bawiąc się w subtelności. — Deporujemy się do zamku, już!
Przywódca zawsze powinien przejść do odwrotu jako ostatni - tyle pamiętał z lekcji dotyczącej strategii.
Cóż, nigdy nie twierdził, że jest najlepszym przywódcą.
Nie czekał, aż wszyscy zdołają uciec - słysząc pierwsze trzaski teleportacji, wyciągnął dłoń, łapiąc pierwszą osobę, która napatoczyła mu się pod rękę (rozmyty przebłysk brązowych włosów, drobne, kobiece dłonie, splątana fala błysku ciemnych oczu - nie musiał patrzeć, kogo pochwycił, instynkt wyrobiony podczas roku pogoni za horkruksami sprawił, że jeśli o spektakularne ucieczki chodziło, obydwoje - on i ona - potrafili skoczyć ku sobie nawet po omacku); huk wystrzału zadzwonił mu w uszach jak trąby na Sądzie Ostatecznym.
Obrócił się w miejscu, czując ostre szarpnięcie w okolicach pępka, koncentrując swoje myśli wokół bramy wejściowej na tereny zamku; poczuł, jak materiał szaty wyślizguje się z jego wilgotnych palców, zacisnął mocniej własną dłoń i przetrzymał ją z całej siły, słysząc w uszach rozdzierający bębenki pisk, mając wrażenie, że jest przeciskany siłą przez gumowe rury, zbyt wąskie, aby przeszedł przez nie samodzielnie, wystarczające, aby ktoś go przewlókł siłą na drugą ich stronę.
Wylądował z takim impetem, że nogi się pod nim ugięły, ktoś wpadł na niego, przewracając go na ziemię; Harry, czując w gardle kłujący pył, a żołądku przewiercający ucisk, zamknął oczy, wciąż nie wypuszczając materiału szaty z żelaznego uścisku dłoni, odetchnął głębiej rześkim powietrzem szkockich szczytów.
Ktoś padł z werwą na jego plecy, wydając z siebie głośny jęk, który zabrzmiał w uszach Harry'ego jak odgłos werbla, przyszpilając go do ziemi.
Harry syknął, czując, że jeszcze moment, a się udusi; wolną ręką zepchnął z siebie gorące ciało i uniósł się powoli na łokciach, starając się rozeznać w przestrzeni.
Przez chwilę nie mógł się skupić, nieprzytomnym wzrokiem wodził po znajomym sobie terenom przed hogwardzką bramą, kiedy powoli, bardzo powoli zaczęła docierać do niego świadomość, że wrócili, że udało się, że znów są w domu. Poczuł łzy spływające mu po twarzy, gdy napięcie zaczęło stopniowo spływać z jego ciała i odwrócił się, aby podzielić się własną radością z osobą, której pelerynę kurczowo ściskał w dłoni.
Zastygł w bezruchu, wgapiając się bezmyślnie w to, co trzymał w palcach - zapylony, przedarty strzęp materiału, z którego odłaziły poskręcane nici - Harry poczuł się, jakby coś ciężkiego uderzyło go w głowę.
Rozpoznawał tę szatę - miała na sobie te śmieszne, mugolskie guziki, które w swoim czasie Hermiona uparcie doszywała do magicznych strojów.
Serce zabiło mu tak mocno, że Harry był pewien, że pozostawi siniaki na skórze klatki piersiowej, uniósł głowę i mając świadomość narastającej w jego ciele paniki, zaczął przeskakiwać spojrzeniem po twarzach szamoczących się po ziemi, podnoszących na kolana, na nogi, podpierających się ramionami ludzi.
Nie dostrzegł jej oczu.
W uszach czuł tępy, narastający pisk, jakby wokół jego głowy gwałtownie obniżono ciśnienie.
Ktoś wydał z siebie rozdzierający, przenikający błonia lament (usłyszał go niczym echo dalekich fal rozbijających się o klif - był tak nierzeczywisty, nienaturalny), Harry, ledwo widząc przez wzbierające w jego oczach łzy, odwrócił się błyskawicznie w kierunku tego głosu.
Pan Granger stał niedaleko jeziora, jakby ich wyczekiwał - wpatrywał się w pomięty skrawek ściskany w dłoni Harry'ego, jakby wiedział, a zielonooki poczuł, że jego serce pęka równo na pół. Zakręciło mu się w głowie, jego czaszka zdała mu się nagle o całe tony cięższa; zmuszając cały swój organizm do pracy, mając wrażenie, że wykonuje największą pracę fizyczną w swoim życiu, uniósł się na drżących ramionach i wciągnął różdżkę przed siebie, celując nią centralnie w głowę ojca swojej przyjaciółki.
— Obliviate — przecisnął przez zbolałe gardło, mając wrażenie, że za moment pęknie mu czaszka, w której jak echem odbijał się skowyt pana Grangera.
Łzy strugami spływały Harry'emu na policzki, gdy skrupulatnie modelował umysł kołyszący się pod jego magią jak łódź, tak bardzo podatny na cudzą wolę.
Wreszcie opuścił dłoń, przełykając ciężko ślinę, w głowie słysząc głuche łupanie. Po wysiłku, jaki włożył w wykrzesanie z siebie tego zaklęcia, nie potrafił się nawet skupić - skakał spojrzeniem po twarzy pana Grangera, szukając w nim jakichś oznak tego, że jego zaklęcie zadziałało poprawnie i za nic w świecie nie potrafił sobie przypomnieć na jakiej podstawie należy to ocenić (to Hermiona była zawsze specjalistką od zaklęcia modyfikującego pamięć, to Hermiona zawsze wykonywała „brudną robotę").
— Czy... — zaczął pan Granger, jakby usilnie starał się dobrać słowa, które gdzieś mu uciekały, zanim zdołał je pochwycić; Harry wpatrywał się w niego, oddychając przyspieszonym rytmem. — Czy mojej żonie nic nie jest?
Jego serce pękło.
Z jego gardła wyrwał się zbolały krzyk, różdżka wypadła mu spomiędzy drżących palców - Harry poczuł, jak obala się na ziemię, jakby jego własny błędnik zrezygnował ze współpracy.
Ktoś go złapał - Harry po chwili dezorientacji odkrył, że zanurza twarz w wypłowiałych włosach pani Weasley, mocząc je obficie własnymi łzami.
— N-nie, panie Wilkins, nic jej n-nie jest, nic jej nie jest — wyrzucił z siebie Harry poprzez uciekający z jego gardła szloch (próbował pochwycić go opuszkami palców i na powrót wepchnąć sobie głęboko do gardła, utopić w nim, okiełznać, ale jego próby spełzły na niczym), słysząc łamanie się własnego głosu, z całych sił zaciskając w dłoni skrawek znajomej szaty - poczuł, jak palce mu drętwieją, a w głowie pulsuje tępa migrena.
— Harry — wyrzuciła z siebie przez zaciśnięte gardło pani Weasley. — Harry, spójrz na mnie, kochanie.
Podniósł na nią zapłakane oczy, czując, jak jego twarz rozdziera się jak materiał, którym szarpią nieprzychylne wiatry. W jej obliczu było tyle czułości, na którą w ogóle nie zasługiwał, że miał wrażenie, że za moment jego piekąca bólem czaszka eksploduje jak bomba z samozapłonem.
— To nie była twoja wina — powiedziała, patrząc mu w oczy z czymś tak ciepłym i tak czystym, że był pewien, że umrze pod wpływem tego spojrzenia. — To nigdy nie była twoja wina. Rozumiesz mnie, skarbie? Rozumiesz?
— Nieprawda — wykrztusił z siebie Harry. — Nieprawda.
Pani Weasley przyłożyła mu dłoń do policzka.
— Słońce...
— Dosyć tego teatru, nie będzie zachwycania się ciekawym człowiekiem. — Snape wyrzucił z siebie te słowa tak niespodziewanie, że Harry aż wzdrygnął się bezwolnie; jego aksamitny głos zabrzmiał jak odlana w dźwięku nienawiść. — Wynoście się — wycedził mężczyzna przez zęby - Harry słyszał, ale nie do końca pojmował jego słowa. — Skrzydło Szpitalne stoi przed wami otworem. Jazda!
Harry jeszcze nigdy nie błogosławił gruboskórności tego człowieka w tak ogromnym stopniu, co tamtego dnia.
-VVV-
Severus, patrząc w pękniętą jak szyba w starym, walącym się budynku twarz zielonookiego, młodego człowieka, widział w jego przepełnionych łzami oczach te same emocje, które porwały jego serce na strzępy tak dawno, dawno temu - w zgliszczach domu w Dolinie Godryka.
Na zamkowych błoniach, po kilku ciągnących się w nieskończoność minutach, zostały tylko trzy osoby - dygoczący w ramionach Molly Weasley chłopak i on.
Draco bardzo długo ewidentnie nie zamierzał ruszać się z miejsca, ale po ciosie, jaki Severus zadał mu własnym, przeszywającym jak skalpel spojrzeniem, on także usunął się z błoni, podążając w stronę zamkowych murów.
Molly Weasley uniosła na niego wzrok znad spoczywającej na jej piersi głowy młodego czarodzieja i posłała mu smutny, wdzięczny uśmiech. Severus skinął kobiecie sztywno głową, ale nie zaczął się oddalać przykładem pozostałych - zamiast tego powoli podszedł do dwóch skulonych na ziemi postaci i przykucnął przed nimi, spoglądając w oczy siwej, starszej kobiety, którą więzienie wyniszczyło nie mniej, niż wojna.
— Proszę się zgłosić do Pansy Parkinson, do ambulatorium — powiedział powoli, bez mrugnięcia wpatrując się w oczy przesiąknięte smutkiem. — Potrzebujesz magomedyka, Molly.
Pani Weasley przeczesała palcami rozwichrzone, pełne kołtunów włosy Pottera.
— Nie mogę go tutaj zostawić samego — odpowiedziała cicho kobieta, zerkając z czułością na to gniazdo, które Potter miał obecnie na głowie.
— Nie zostawisz — zapewnił Snape, wszczepiając we własne słowa nutkę magii umysłu.
Pani Weasley mimo wszystko wciąż wyglądała na niezdecydowaną - jej oczy ponownie zerknęły na drżącego (w nieznacznie mniejszym stopniu, niż zaledwie chwilę temu) chłopaka.
A niech cię, Albusie, miałeś rację — pomyślał ze zmęczeniem Severus — miłość rzeczywiście ma potężną moc.
Potter poruszył się wolno i uniósł głowę, spoglądając zaczerwienionymi, otwartymi jak wejściowe drzwi do gościnnego gospodarstwa, oczami w beznamiętną twarz Severusa.
Severus podtrzymał jego spojrzenie.
Potter przełknął powoli ślinę, oblizał suche wargi i odezwał się nieco zachrypniętym głosem:
— Proszę iść, pani Weasley. Naprawdę potrzebuje pani leczenia i wypoczynku.
— Ale ty... — chciała zaoponować kobieta.
— Ja jestem... — Potter ponownie oblizał wargi, jakby zastanawiał się nad doborem słów — w przyzwoitych rękach — powiedział w końcu, spoglądając w migoczące zatroskaniem oczy starszej czarownicy.
Kobieta otworzyła i zamknęła usta, po czym ponownie je otworzyła i ponownie zamknęła (Severusowi jedynie kultura osobista nie pozwoliła na przewrócenie oczami).
W końcu skinęła głową, podniosła się ostrożnie na nogi i oglądając się ostatni raz na Pottera, który posłał jej blady, wymuszony uśmiech, pokuśtykała w kierunku zamkowych wrót i zniknęła za jego murami.
Potter patrzył za nią dłuższą chwilę, po czym powoli, bardzo powoli odwrócił wzrok ku Severusowi, ale nie odezwał się słowem (patrząc w jego oczy, czarnooki widział tylko ból).
Severus, nie wiedząc do końca, dlaczego to robi, uniósł dłonie do zaczerwienionej od płaczu twarzy Pottera i powoli zaczął wycierać własnymi palcami gorące łzy spod jego oczu, śledząc wzrokiem ruchy własnych rąk.
Potter ponownie przełknął ciężko ślinę.
— To tak bardzo... — wykrztusił z siebie, zacinając się jak stara płyta gramofonowa; ich spojrzenia się spotkały.
— Wiem — przyznał cicho Severus, ten jeden raz decydując się na szczerość.
Potter spuścił wzrok.
Milczeli przez chwilę obaj, przysłuchując się odgłosom pociągania nosem i szmerom skóry przesuwanej po skórze.
— Więc... — przerwał wreszcie ciszę Potter, nie unosząc swoich oczu na Severusa, który milcząco obserwował tę twarz poprzecinaną bólem jak płótno ciemną farbą — czego chciałby pan w zamian za pomoc w u-uratowaniu więźniów? — Głos mu się lekko potknął o przedostatnie słowo; czarnooki wcale go o to nie winił.
Severus przyglądał się przez chwilę jego napiętej twarzy, zastanawiając się, jak to możliwe, że ten młody człowiek jest w stanie tak wiele przetrwać i wciąż mieć siłę na łączenie ze sobą poszczególnych faktów.
— To nie czas na tę rozmowę — zdecydował Severus, wyciągając różdżkę i kierując ją na twarz Pottera.
Młodszy czarodziej nawet się nie wzdrygnął (co naprawdę dało Severusowi do myślenia).
Mężczyzna zaczął powoli przesuwać różdżką po jego skórze, zasysając zaklęciem kurz, brud i zaschniętą krew.
— Nie czas? — powtórzył Potter, marszcząc brwi w tym śmiesznym wyrazie, który przyczepiał się do jego twarzy za każdym razem, kiedy starał się zrozumieć coś nieuchwytnego. — Więc dlaczego pan tu został? Razem ze mną.
Severus opuścił oczy, uniósł palcami podbródek mężczyzny trwającego tuż przed nim i ponowił proces wchłaniania pozostałości bitwy, przykładając leniwie końcówkę różdżki do jego szyi.
— Ty, zdaje się, czegoś nie rozumiesz, Potter — powiedział cicho, oglądając, czy na skórze szyi Pottera nie widnieją żadne rany.
Wargi Pottera wygięły się w gorzkim grymasie, kiedy odpowiadał:
— Zgadza się, ciebie nie rozumiem, mówię o tym od dawna. Cieszę się, że wreszcie to sobie wyjaśniliśmy — zaszydził przekornym tonem, jakby resztkami sił starał się zakotwiczyć w rzeczywistości.
Severus nie poczuł nawet najmniejszej zmiany we własnej emocjonalności, choć kiedyś podobne słowa z absolutną wprawą wyprowadziłyby go z równowagi.
Mimo wszystko pociągnął boleśnie kosmyk włosów Pottera, w ramach łagodnego upomnienia.
Potter zamilkł i spojrzał podkrążonymi oczami gdzieś w dal.
Severus przeniósł różdżkę na jego obojczyki, lecząc jakąś ciętą ranę ciągnącą się pod lewym z nich.
— Dziecko, nie wiem, co sobie ubzdurałeś w tej małej głowie — odezwał się cicho, unosząc wzrok, kiedy Potter ponownie na niego spojrzał; zielone oczy były nieznacznie zmrużone — ale ja nie chcę twojej śmierci.
Pasma zmarszczek przecięły bliznę w kształcie błyskawicy.
— Wiem o tym — powiedział ostrożnie Potter, a Severus miał ochotę zwrócić oczy ku niebu. Młody czarodziej oblizał nerwowo wargi. — Sądzisz... Sądzisz, że niepotrzebnie zaryzykowałem tą bitwą?
Severus przechylił głowę, jego brwi zmarszczyły się niemal niedostrzegalnie.
— Potrafię rozpoznać ryzyko konieczne, dziecko — powiedział, błądząc spojrzeniem po twarzy Pottera.
Zielone oczy były przygasłe, kiedy ten spuszczał wzrok na ziemię i gestem krzyczącym wyczerpaniem zaczął przecierać palcami nasadę nosa.
— A ja właśnie tak uważam — odezwał się młody czarodziej napiętym, pełnym zmęczenia głosem — że czasami... — Potter przełknął ciężko ślinę — podejmuję brawurowe głupstwa, bo coś mi się widzi — zielonooki zatoczył chaotycznym ruchem dłoni krąg nad własną głową i skrzywił się paskudnie — jakaś genialna, cudowna przyszłość. — Odetchnął głęboko i zamknął oczy; Severus przyglądał się mu w skupieniu. — Jeszcze, gdybym ryzykował jedynie własnym życiem... ale nie, ja najbardziej narażam życia wszystkich wokół. — Ton jego głosu wręcz ociekał gorzką pogardą i Severus pomyślał, że brzmi on trochę tak, jak osoba poddana długotrwałemu stresowi, jak osoba, która niewiele ma do stracenia i to nie dlatego, że na niczym jej nie zależy, a dlatego, że niewiele jej już pozostało tego, co mogłaby jeszcze utracić. Potter rzucił mu szybkie spojrzenie i pospiesznie uciekł wzrokiem, jakby patrzenie na twarz Severusa mogło go w jakiś sposób zranić, sparzyć jego umysł, jego duszę. — Bohater... — prychnął cicho, krzywiąc się przy tym niemiłosiernie.
Severus przez moment jedynie patrzył, oceniając kruszejącą mu pod palcami twarz młodego chłopaka; widział głębokie cienie pod jego oczami, osuwające się w zmęczeniu powieki, desperację przemieszaną ze zżerającym cierpieniem kołyszącą się w jego źrenicach.
— Nie ma walki bez ryzyka — powiedział Severus, przechylając głowę (wiedział, że ledwo porusza wargami, wiedział, że jego słowa są bardzo ciche, niemalże bezgłośne, ale wiedział także, że on usłyszy). — Powinieneś o tym wiedzieć.
Potter przełknął ciężko, a mięśnie jego twarzy zatrzęsły się jak karciana wieża tuż przed upadkiem.
— Niektórymi rzeczami — powiedział blado — nie powinniśmy tak mocno ryzykować.
— Owszem, nie powinniśmy — przyznał cicho Severus — ale będziemy to robić, bo taka już jest nasza natura.
Severus chciał powiedzieć coś jeszcze, ale zanim zdążył choćby ułożyć te słowa w swojej własnej głowie, wejściowe drzwi zamku otworzyły się ze zgrzytem, a następnie trzasnęły jak łamana kość.
Severus uniósł wzrok zaledwie kilka chwil przed Potterem.
Katrina, mnąc materiał w dłoniach, podwinęła sukienkę do łydek i puściła się biegiem poprzez błonia - jej kasztanowe włosy powiały za nią jak tchnięta wiatrem firanka.
Potter rzucił szybkie spojrzenie Severusowi - na jego twarz wpłynęło głębokie napięcie, jego źrenice rozszerzyły się jak droga na rozstaju - a po chwili zerwał się z ziemi i zaczął biec, jakby świat wokół niego rozpłynął się jak cienki pasek farby w wodzie.
Severus, czując, że powiewy wiatru odbierają mu dech, spojrzał za tym młodym mężczyzną, przecinającym szkolne błonia, jakby dorobił się pary skrzydeł, które rozwinęły się jak welon na podmuchach powietrza, aby owinąć się szczelnie wokół ciała jego jedynej córki.
-VVV-
Harry czuł, że nie starcza mu sił, że nie może już dłużej biec, że za moment jego zmęczone nogi potkną się o jakąś wyrwę w ziemi, a on legnie jak długi w morze gęstej trawy, której kępki usychały gdzieniegdzie, przybierając słomiany, żółty kolor. Mimo wszystko, jego nogi same ciągnęły go przez błonia, a on sam miał wrażenie, jakby spoglądał przez wielką tubę - jego świat skurczył się do tej jednej, drobnej twarzy, która była napięta jak płótno, do tych oczu, które błądziły po jego twarzy, jakby nie mogły się na niego napatrzeć.
Serce Harry'ego zabiło z całych sił i zaczęło skakać w jego piersi jak słowik po gałęziach drzewa — dzięki tobie czuję, że żyję — pomyślał, przyczepiając własny wzrok do tej drobnej, szczupłej twarzy — niech mnie przeklinają, niech szydzą, niech myślą, że to nam się nie należy - my będziemy wiedzieli swoje.
Wpadli na siebie w połowie drogi - Harry czuł, jak jej ręce napierają na jego ramiona, a jej nogi owijają się wokół jego bioder. Ciepła ręka spoczęła na jego karku, a on był już tylko czuciem i tymi palcami wszczepianymi w jego skórę, i paznokciami drapiącymi nasadę jego włosów, i włosami, którymi zarzuciła do tyłu, aby nie wpadały na jej twarz obleczoną jakąś dziwną emocją - jakby nie dowierzała temu, że on naprawdę tu jest, że wrócił, że żyje, że oddycha.
Harry, nie myśląc wiele, pochwycił jej policzki w swoje dłonie i przytknął usta do jej słodkich, małych warg.
Jęknęła cicho, jej palce zanurzyły się w jego włosach, jego ramię oplotło jej plecy i przez moment nie istniało: ich dwoje - byli jednym i tym samym, falą na morzu, śniegiem na górskich szczytach, byli dotykiem i ciepłem, i plątaniną rąk, i chwytaniem, chwytaniem, chwytaniem, chwytaniem - rękami, palcami, paznokciami - wszczepiali się w siebie nawzajem, jakby ich skóry kleiły się do siebie, sięgali ustami, zębami, językiem, jakby próbowali nauczyć się siebie na pamięć, każdej zmarszczki w kąciku ust, każdej luki między zębami, każdego otarcia na podniebieniu.
Wreszcie oderwali się od siebie, błądząc spojrzeniami po swoich twarzach.
Wargi Katriny rozciągnęły się w szerokim, przesyconym niedowierzaniem uśmiechu.
— Żyjesz — wyszeptała, skacząc spojrzeniem pomiędzy jego oczami, jakby nie była w stanie uspokoić własnego wzroku; zaśmiała się głośno - z jej gardła wypłynęły nuty głębokiej ulgi, która przywracała spokój jej duszy.
Harry nie powstrzymał zawadiackiego wygięcia kącików warg.
— Oczywiście, że żyję — prychnął, czując spokój napływający do niego jak tsunami. — Czy kiedykolwiek wątpiłaś w moją zdolność przetrwania?
Odchyliła głowę do tyłu, wybuchając tym swoim perlistym, promiennym śmiechem.
Harry nie mógł się powstrzymać przed zaatakowaniem ustami jej łabędziej, bladej szyi.
W tej jednej chwili - był w stanie przysiąc - że stali się jednością.
Nagle powietrze niczym grom przeciął przeżerający się poprzez ludzkie serca, wściekły, pełen zwierzęcej bezradności wrzask.
Harry oderwał się od Katriny i uniósł głowę w stronę, z której pochodził.
Na Astronomicznej Wieży, szalejąc jak dzikie zwierzę zatrzaśnięte w klatce, był Lucjusz - a właściwie czarna ni to gazowa, ni to ciekła mgła, która była Lucjuszem, rzucająca się od ściany do ściany jak gwałtowny, porywczy koń zamknięty w boksie.
Myśl uderzyła w Harry'ego jak jedno uderzenie serca.
Jego oczy przeskoczyły z Lucjusza na Katrinę, z Katriny na wejściowe wrota, z jego ust wyrwało się tylko jedno imię:
— Draco.
Czując, jak serce podchodzi mu do gardła, odwinął ciasno zaplątane wokół Katriny ramiona i pognał na złamanie karku w stronę zamku, jakby się paliło.
Katrina coś za nim krzyknęła, ale nie usłyszał jej słów; przeskoczył przez framugę wejściowych drzwi i puścił się pędem korytarzami, zmierzając do ambulatorium.
Wymijał jakichś ludzi, którzy wołali coś do niego, ale gdyby ktoś się go spytał, kim byli ci ludzie, nie potrafiłby odpowiedzieć.
Rzucił się po schodach Szpitalnej Wieży na pierwsze piętro, przeskakując po kilka stopni naraz, o mało co nie skręcając sobie przy tym kostki, po czym puścił się w te pędy ku rozchylonym drzwiom ambulatorium.
Wpadł do środka jak burza, skacząc spojrzeniami po twarzach zgromadzonej tam, sporej gromady ludzi, każdy okupujący inne łóżko - zobaczył Jerry'ego z obandażowanym barkiem siedzącego na jednej z leżanek znajdującej się najbliżej wejścia. Zobaczył Parkinson, która była w trakcie przemywania nasączoną eliksirem gazą ranę postrzałową w nodze Amelii, zobaczył Lunę z nogą obandażowaną od palców aż po udo, ale nigdzie nie dostrzegał tej znajomej, jasnej czupryny, której wypatrywał.
I wtedy ją zobaczył.
Leżała na jednym z łóżek jak bogini, jej twarz taka blada, jak grudniowy śnieg o poranku, zarzucone na nią w pośpiechu prześcieradło osuwało się na bok - jego brzeg był nasączony czerwienią.
Parkinson musiała usunąć krew - być może, aby pozbyć się drastycznego widoku, a być może, aby nie zaczęła morusać jej terakotowej podłogi.
Była tak bardzo blada, wyzuta z tej ciekłej, czerwonej posoki jak ofiara wampirzej zachłanności, ktoś zamknął jej oczy, jej rzęsy rzucały długie cienie na białe policzki w jasnym, sztucznym świetle Szpitalnego Skrzydła.
Gdyby nie głęboka, szeroka dziura ziejąca w miejscu, w którym powinno być serce, wyglądałaby, jakby zasnęła.
Harry zachwiał się i przytrzymał framugi aby nie upaść, w głowie ponownie zaczął narastać mu tępy ból drażniący jego zmysły; nie zauważył nawet, kiedy Parkinson oddaliła się od Amelii i zbliżyła do niego.
Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że kobieta chwyta go za ramię i ciągnie w stronę wolnego łóżka. Chciał zaprzeczyć, powiedzieć, że nic mu nie jest, że czuje się dobrze, ale nie był w stanie wydusić w siebie choćby jednego słowa.
Parkinson ostrożnie zaczęła odpinać jego aurorską szatę - robiła to ręcznie, nie używając magii, jakby obawiała się, że Harry jest w szoku, a magia niekorzystnie wpłynie na jego reakcje psychiczne.
— C-co się stało? — wykrztusił z siebie Harry, bez skrzywienia pozwalając Parkinson zbadać swoje własne skaleczenia, zdiagnozować kontuzje.
Kobieta zerknęła w stronę, w którą patrzył i zagryzła dolną wargę. Chwilę potem powróciła do sprawdzania stanu Harry'ego, odpowiadając cicho:
— Rozszczepienie.
Harry nie zrozumiał.
— Słucham?
Parkinson westchnęła, chwyciła różdżkę i rzuciła na niego zaklęcie wykrywające ewentualne złamania. Kiedy to nic nie wykazało, sięgnęła po szmatkę, umoczyła ją wodą zaklęciem Aquamenti i zaczęła przemywać jego twarz, wyjaśniając powoli:
— Lucjusz Malfoy deportował się poprzez jakieś silne zabezpieczenia teleportacyjne, będąc dodatkowo w niezbyt stabilnym stanie emocjonalnym. Udało mu się pojawić wraz... wraz z żoną przy Hogwarcie, ale...
Parkinson wzruszyła ramionami i zaklęciem poprawiła zsuwające się z nieruchomego, wyzbytego krwi ciała prześcieradła.
Harry spojrzał na pielęgniarkę w tępym oszołomieniu.
— Wyrwało jej serce? — powtórzył, czując, jak żołądek po raz setny tego dnia podchodzi mu do gardła.
Zanim jednak pochylił się, aby opróżnić jego zawartość, Parkinson wlała mu coś do gardła i pomasowała mu szyję, czekając, aż przełknie.
Harry skrzywił się mocno na gorzki posmak w ustach, marszcząc nos, ale poczuł, jak jego żołądek uspokaja się powoli, przestając kłuć, jak obrośnięty ostrokrzewem.
— Niestety eliksiry lecznicze nie smakują miodem i goździkami — skomentowała głośno wyraz jego twarzy Parkinson; Harry otarł usta wierzchem dłoni i przyjął podsunięty mu przez kobietę, plastikowy kubek z jakąś przezroczystą, bezwonną cieczą.
— To woda? — spytał głupio.
— Nie Veritaserum — odparła szyderczo kobieta, a Harry uniósł na nią pełny roztargnienia wzrok. — Tak, to woda, Potter. Pij.
Harry upił niewielki łyk jedynie po to, aby oczyścić wysuszone na wiór gardło i pozbyć się tego drażniącego uczucia zgrzytania piachu w zębach.
— Czy Draco wie? — zapytał, kiedy odjął plastikowe naczynie od ust.
Parkinson spojrzała mu w oczy.
— Szczęśliwie jego pawia duma nie pozwoliła mu się tu pokazać — oznajmiła cicho, pomiędzy jej brwiami osiadły dwie, pionowe zmarszczki. — Wobec czego nie - jeszcze nie wie. Niebawem jednak będzie musiał się dowiedzieć. — Parkinson przerwała, aby rzucić na niego serię jakichś czarów, których inkantacje nic mu nie mówiły - nigdy nie był najlepszy w zaklęciach uzdrawiających.
Przez moment pracowała w ciszy, mamrocząc tylko co jakiś czas pod nosem szereg jakichś zaklęć, kręcąc różdżką nad jego głową, przesuwając nią po ramionach, dotykając klatki piersiowej.
Wreszcie skinęła głową, oznajmiając:
— Wypoczywaj - to moje jedyne zalecenie.
Harry skinął jej głową, wstając i kierując się w stronę Amelii i wiszącego nad nią Andersona, aby podać im rękę i zapytać o samopoczucie.
— Hej, Potter... — zawołała za nim Parkinson.
Harry odwrócił się, aby na nią spojrzeć. Jej twarz była czysta jak łza, spokojna jak ocean, a zarazem pełna absolutnej powagi, kiedy mówiła:
— Jeśli chcesz znać moje zdanie, straty w ludziach są naprawdę niewielkie, uwzględniając liczebną i techniczną przewagę, jaką miało nad wami mugolskie wojsko.
Harry patrzył na nią przez chwilę, czując dziwną pustkę we własnym sercu - jakby to jego klatka piersiowa uległa rozszczepieniu, nie Narcyzy Malfoy.
Skinął bez przekonania głową w kurtuazyjnej podzięce i odwrócił się, aby podejść do łóżka Amelii.
Uśmiechnęła się do niego szeroko, kiedy tylko go dostrzegła, zupełnie jakby jej lewa noga nie ziała postrzałową raną, skrupulatnie owiniętą gazą.
— Dobra robota, szefie — powiedziała hardo Amelia, błyskając na niego figlarnym spojrzeniem.
Harry poczuł ciepło rozlewające się po jego piersiowej klatce i pomyślał, że być może jeszcze nie wszystko zostało stracone, nie wszystkie uczucia przelane ku zbiornikowi rozpaczy, nie wszystkie życia złamane.
Istniało jeszcze szczęście na tym świecie.
-VVV-
Zebranie huczało tą samą werwą co zwykle, mętlik głosów, plączących się ze sobą nawzajem, ciche śmiechy dobiegające z ust rozmawiających ze sobą szeptem ludzi, ale była w nim jakaś inna atmosfera, niż wcześniej, jakby widmo śmierci zataczało pętle nad głowami zebranych czarodziejów jak łakomi ludzkich dusz dementorzy.
Harry wszedł do pomieszczenia jako ostatni, przychodząc tuż za dumną, wyprostowaną McGonagall, której wnętrza dłoni były poobdzierane do krwi - Harry widział to, ale nie dał po sobie poznać, że dostrzegł w tej dystyngowanej, stanowczej kobiecie jakąś zmianę.
— Flork, jakie straty? — zapytał od progu, idąc w kierunku krzesła stojącego w centrum krótszej krawędzi stołu.
Głosy powoli ucichły, kiedy zbliżał się na miejsce, jak wówczas, kiedy wstępował pomiędzy nich, wygłaszając swoją kwiecistą mowę tuż przed szturmem na więzienie.
— Jerry? — powtórzył, rozglądając się, kiedy nie uzyskał odpowiedzi.
— Jerry poległ, szefie — odezwał się niepewnie Anderson, marszcząc na niego swe szerokie brwi.
Harry przystanął w drodze pomiędzy drzwiami a stołem, odwracając głowę w stronę Andersona; niemożliwe — przebiegło mu przez myśl jak natrętny chochlik — gdy wybiegaliśmy z murów więzienia, był tuż za mną; przez jego twarz niczym migawka z mugolskiego filmu niemego przemknęło osłupienie, które momentalnie rozpłynęło się w nicość, kiedy Harry całą siłą woli przywołał się do porządku.
Przesunął koniuszkiem języka po górnych zębach i powoli odwrócił głowę ku Amelii, która stanowczo uparła się, wbrew wszelakim prośbom oraz groźbom Parkinson, że weźmie udział w tym zebraniu i koniec, i basta, choćby miała przypełznąć do sali zebraniowej na czworaka.
— Amelia — powiedział Harry, dziękując Merlinowi, że jej imię nie zabrzmiało ciężko na jego języku, i podszedł do swojego miejsca, opadając na nie na tyle zgrabnie, w jakim stopniu pozwalało mu ogólne zmęczenie, ból po dotkliwej stracie (imię Hermiona wciąż pulsowało mu w czaszce jak ogień) i świadomość, że teraz to on jako lider jest odpowiedzialny za wszelkie porażki (każda z tych śmierci była odtąd jego wielką, dokuczliwą porażką). Oparł się łokciami o blat i spojrzał w twarz kobiety o podkrążonych oczach, która patrzyła na niego, jakby nie do końca rozumiała, o co mu chodzi. — Jakie straty? — zapytał, sam będąc zaskoczony tym, jak spokojnie zabrzmiał jego głos.
Amelia drgnęła i rozchyliła nieznacznie usta, wgapiając w niego wzrok, jakby nie zrozumiała pytania. Otrząsnęła się jednak, zanim Harry zdążył je powtórzyć i zaczerpując tchu jak przed skokiem na głęboką wodę, oznajmiła:
— Siedmiu poległych, w tym dwójka odbitych więźniów.
Kątem oka Harry dostrzegł, jak siedzący nieopodal Draco sztywnieje momentalnie, słysząc te słowa, ale nie oderwał wzroku od kobiety.
— Większość więźniów mocno osłabiona i odwodniona, ale bez fizycznych obrażeń. Luna Lovegood doznała poważnej kontuzji nogi, Parkinson twierdzi, że może jej się nie udać całkowicie jej wyleczyć, ponieważ kula uszkodziła nerwy.
Powieki Harry'ego drgnęły, ale nie przerwał relacji, wsłuchując się uważnie w słowa Amelii.
— Ci, którzy p-polegli — głos Amelii drgnął, ale odchrząknęła, uniosła wysoko głowę jakby samą siebie próbowała pokrzepić i mówiła dalej: — to: Jerry Flork, Mat Steward — kobieta zacięła się, prześwidrowując go niepewnym spojrzeniem i kontynuowała, dopiero kiedy Harry skinął na nią głową, by nie przerywała — Hermiona Granger — wymówiła jej imię jakoś dziwnie, jakoś łagodnie, jakby obawiała się, że jej słowa wbiją się w klatkę piersiową Harry'ego jak lodowe sople. Harry odetchnął głębiej, skupiając płaszcz Oklumencji wokół własnego umysłu i pospieszył Amelię gestem dłoni. — Dwóch ludzi od strony... Naczelnictwa. — Kobieta zerknęła szybko na siedzącego niemalże centralnie naprzeciw Harry'ego Snape'a i prędko uciekła wzrokiem, skupiając go ponownie na Harrym, na którego czole zawitała lekka zmarszczka. — Clarke, Shacklebolt — wyrzuciła przez usta ich nazwiska tak prędko, jakby miały ją one zatruć.
Harry nie musiał patrzeć w lustro, aby wiedzieć, że jego źrenice zrobiły się okrągłe jak spodki. Jego umysł nie potrafił pogodzić ze sobą informacji, że Kingsley - niemal najsilniejszy auror, jakiego znał, człowiek Dumbledore'a i Zakonu Feniksa, który walczył zażarcie w obu wojnach czarodziejskiego świata, został poskromiony przez jakichś mugoli i ich broń palną - nie mieściło mu się to w głowie.
Po raz kolejny skinął głową - nieco wolniej, niż poprzednim razem, wciąż nie potrafiąc do końca przetworzyć usłyszanej informacji. Nie odczuwał straty, tym, co go spętało, było niedowierzanie - zdaje się, że ta informacja była dla niego zbyt abstrakcyjna, aby zdołał ją całkowicie przyswoić.
— Poza nimi jeszcze Rudi O'Ryan, Tracy Gelbero i Oscar Garcia. — Byli to trzej ludzie z ugrupowania Antoniusza, Harry nawet nie znał ich za dobrze, ale przyjął do informacji wiadomość o ich śmierci, zapisując ich nazwiska na wyimaginowanej tablicy we własnym umyśle. — Jeśli chodzi o uwolnionych przez nas z więzienia czaro... — odezwała się na powrót Amelia, ale Harry pospiesznie wciął się w jej słowa:
— Z ich sytuacją jestem na bieżąco, dziękuję ci bardzo, Amelio.
— Ale ja nie jestem. — Harry stężał, słysząc słowa padające z ust Dracona; powoli odwrócił głowę w jego stronę, solidnie starając się ukryć własne emocje - najwyraźniej to się udało, ponieważ Draco zmrużył oczy, obserwując w skupieniu jego twarz, jakby z całych sił starał się z niej coś wyczytać.
Harry oderwał od niego wzrok i ponownie przesunął wzrokiem po twarzach zebranych, z niemałą ulgą dostrzegając nieobecność Lucjusza Malfoya. Jego spojrzenie ponownie zatrzymało się na twarzy swego rówieśnika, na której pojawiło się kolosalne napięcie; Harry żałował, że nie może go ukoić, zaleczyć, uspokoić; spojrzał w zrównoważeniu w te szare oczy i powiedział:
— W tej chwili to nieistotne, musimy...
— Owszem, to jest istotne — przerwał mu Draco; jego głos zabrzmiał jak suchy lód - Harry przyglądał się z głęboką pustką wżerającą się w jego serce, jak ten podnosi się z krzesła i opiera rozczapierzonymi dłońmi o blat, łypiąc na niego kategorycznym, chłodnym spojrzeniem. — Chciałbym usłyszeć, kogo nie udało ci się uratować.
Ta druga osoba w kompozycji jego zdania zapiekła Harry'ego jak kwas, do żywego raniąc jego głupie, uczuciowe serce.
Przez krótką chwilę milczał, zanurzając spojrzenie w źrenicach Draco jak w tafli głębokiego jeziora.
— W porządku — powiedział cicho, ciesząc się, że jego głos brzmi umiarkowanie obojętnie. — Amelio? — poprosił, nie spuszczając wzroku z płonących oczu Dracona.
Amelia przez chwilę nic nie mówiła, po czym odchrząknęła i odezwała się bardzo ostrożnie, jakby kluczyła wokół własnych słów na palcach:
— Cóż, jedną z... ofiar — przełknęła ślinę tak głośno, że chyba wszyscy zebrani to usłyszeli — jest Hestia Robinson — umilkła; Harry dostrzegł kątem oka, że utkwiła spojrzenie w swoich barwnych, połamanych paznokciach.
— A ta druga? — zapytał powoli Draco, takim tonem, jakby zaschło mu w ustach, jego oczy skierowane w stronę Harry'ego błysnęły szaleńczo.
Amelia oblizała usta i wyrzuciła z siebie słowa tak prędko, jakby wypluwała truciznę z ust:
— Narcyza Malfoy.
Harry patrzył jak wszelki kolor spływa z twarzy Dracona, jego oczy rozszerzyły się do rozmiarów latających spodków, z jego gardła wyrwał się wściekły ryk, niemal opętańczy w swoim brzmieniu. Zerwał się z krzesła, pochwycił swoją różdżkę i w ślepym amoku zamachnął się w stronę Harry'ego.
Zielonooki siedząc w bezruchu, przyjął na siebie zaklęcie tnące; poczuł piekący ból, kiedy to rozcięło mu policzek od skroni aż po kącik warg, ale nie poruszył się i nie podniósł różdżki, aby się zrewanżować. Siedział i patrzył na Dracona, przez którego twarz przewijała się salwa sprzecznych emocji: od rozpaczy, przez ślepą furię, aż po bolesną bezradność - w jego oczach coś zaczęło pękać i Harry obawiał się, że Draco padnie za moment na ziemię i zacznie krzyczeć i rzucać się bez opamiętania.
— Ty podła kreaturo — wycedził przez zęby Draco - jego głos chwiał się na granicy załamania. — Wiedziałeś — wysyczał, brzmiąc jak kobra ciskająca śmiertelnym jadem — i nie powiedziałeś mi o tym!
Harry siedział i patrzył, jak Draco ciska własnym krzesłem w ścianę - to rozpadło się pod wpływem zderzenia jak karciana wieża.
— Nie powiedziałeś mi, chociaż wiedziałeś! — powtórzył Draco - jego głos przeszedł w krzyk i odbił się od ścian pomieszczenia jak kauczuk. — Wiedziałeś! — rzucił w niego, jak oskarżeniem.
Harry wciąż milczał, wpatrując się beznamiętnie w rzucającego się Dracona (głęboko w swoim umyśle pragnął płakać i płakać, aż nie wyleje z siebie wszystkich swoich łez i nic już nie zostanie do wypłakania).
— Odpowiedz mi coś! — ryknął Draco uderzając pięścią w stół tak mocno, że blat zatrząsł się pod wpływem przyłożonej siły; jego oczy paliły Harry'ego do żywego.
— Nie usłyszałem pytania — powiedział cicho zielonooki, patrząc prosto w te płonące ślepą gorączką, szare oczy, które błyszczały jak sierp księżyca.
Draco, którego wyraz twarzy przez moment przywiódł Harry'emu na myśl jego szaloną ciotkę Bellatrix, dysząc jak po długotrwałym wysiłku, podciągnął się na stół i zaczął przeciskać się na czworakach w stronę Harry'ego - jego oczy płonęły żądzą mordu.
Kątem oka Harry dostrzegł, jak McGonagall unosi się z miejsca, czyniąc taki gest, jakby zamierzała sięgnąć po różdżkę, otwierając usta, aby przerwać Draconowi to absurdalne natarcie.
Harry uniósł nieznacznie lewą dłoń, wstrzymując kobietę z jej zamiarami.
Chwilę potem dłoń Dracona przecięła powietrze, a siarczysty policzek zapiekł skórę Harry'ego jak kwas, szczególnie że natrafił wprost na ranę, którą drugi czarodziej zadał wcześniej zaklęciem.
Mięśnie Dracona zwiotczały, jakby opadał on z sił, emocje na jego twarzy zaczęły dążyć do goryczy nieposiadającej barier, mięśnie jego twarzy zadrżały konwulsyjnie, jakby to on został uderzony.
Harry powoli rozchylił wargi.
— Nie tylko ty straciłeś kogoś w tej bitwie, Draco — powiedział cicho, patrząc jak pierwsze łzy uderzają w tę znajomą, sypiącą się jak zamki z piasku, pobielałą z rozpaczy i szoku twarz.
Z ust Dracona wyrwał się skowyt ranionego zwierzęcia; zakrył dłonią usta, wbijając zęby w skórę aż do krwi i zeskoczył ze stołu, aby wybiec z pomieszczenia, jakby to ogarnięte było ogniem Szatańskiej Pożogi.
Harry patrzył za nim bez słowa, czując gorącą krew spływającą mu po piekącym jak kwas wtarty w skórę policzku. Czuł na sobie palące spojrzenia zebranych, ale nie pozwolił sobie na to, aby dać to po sobie poznać.
Zwrócił zrównoważony wzrok na Amelię i rzekł, jakby pomiędzy ich własnymi słowami nic nadzwyczajnego nie nastąpiło:
— Dziękuję, Amelio.
Przesunął spojrzeniem po zebranych, zatrzymując chwilę dłużej wzrok na przypatrującym mu się z tym swoim nieczytelnym, zamyślonym wyrazem twarzy Snape'ie.
— Udało nam się — uśmiechnął się bez rozbawienia do zebranych. — Świetna robota.
— Straciliśmy — powiedziała powoli McGonagall — genialny, nieprzeciętny umysł.
Wiedział, że mówi o Hermionie, ale nie pozwolił na to, aby ta rana otworzyła się i zaczęła krwawić.
— I odzyskaliśmy naszego szpiega — przypomniał, nie próbując się uśmiechać.
— To prawda, Potter — skinęła głową starsza kobieta; jej wzrok złagodniał i ogarnął czułym spojrzeniem jego twarz. — Wiesz, że gdybyś odczuł potrzebę porozmawiania z kimś...
Uniósł wzrok na jej błyszczące jak u kota oczy i przez moment jedynie na nią patrzył.
— Wiem — powiedział wreszcie miękko i naprawdę miał to na myśli.
Położył ręce na blacie i splótł razem palce, przesuwając spojrzeniem po siedzących przy stole osobach.
— Musimy zachować czujność — powiedział; jego głos spoważniał. — Mugole niebawem podniosą się po porażce i będą szukali sposobu na rewanż. — Jego wzrok zatrzymał się o sekundę dłużej, niż na innych, na twarzy Severusa Snape'a, lustrując go spojrzeniem, mówiącym: „to także twój świat, Snape". Mężczyzna milcząco przetrzymał jego spojrzenie, zanim Harry nie odwrócił wzroku, skonfrontować swój stanowczy, pełen niemej powagi wzrok z pozostałymi. — Nie wiemy, gdzie uderzą i nie wiemy, kiedy uderzą. Nie możemy także zakładać, że sięgną jedynie po broń lekkiego kalibru.
— Może panna Lovegood coś zaradzi? — odezwała się ponownie McGonagall, unosząc nieznacznie podbródek i skupiając przewiercający wzrok na jego twarzy.
Brwi Harry'ego zmarszczyły się lekko, kiedy spoglądał pełnym zamyślenia wzrokiem na głębokie cienie widniejące pod oczami jego byłej opiekunki domu.
— Znamy ją przecież nie od dziś, Potter — mówiła bez chwili na zaczerpnięcie powietrza — jest niepozorna, owszem, ale ma oczy i uszy otwarte jak nikt inny.
Harry potarł o siebie palce obu rąk, kiedy odpowiadał spokojnie:
— Jestem tego świadomy, pani dyrektor. — Przeciągnął czubkiem języka po jakimś otarciu na dolnej wardze, starając się zebrać w kupę ten przemęczony zamęt, który osiadł mu w głowie w miejscu mózgu. — Problem polega na tym — powiedział, oddychając głębiej — że nie mogę oprzeć wszystkich swoich planów na jednym przypuszczeniu. Ponieważ tym będzie właśnie słowo Luny - przypuszczeniem. Wątpię, aby będąc więźniem w mugolskich lochach była w stanie usłyszeć coś dla nas istotnego. Nawet jeśli jacyś niscy rangą wojskowi rzucili w jej obecności kilka nieroztropnych słów, nie możemy w żadnym wypadku uznać ich za pewnik.
Amelia odetchnęła głęboko i - raczej bezwiednie - potarła swoją ranną nogę, jakby ta dawała jej się we znaki.
— Więc co zrobimy, szefie? — zapytała cicho, zaczynając nerwowo stukać swoimi kolorowymi, pokruszonymi, połamanymi jak herbatniki paznokciami o lepiący się blat.
Harry wyprostował kręgosłup, uniósł nieczytelne spojrzenie na Snape'a i zapatrzył się na niego, starając się ocenić jego twarz pozostającą maską nieokreśloności.
Zielonooki przechylił w zamyśleniu głowę.
— Na jakiś czas skierujemy wzrok na zachód i po jakimś czasie sprawdzimy rezultaty — powiedział powoli, rozważając każde słowo, zanim opuściło ono jego usta.
Czarne oczy Snape'a nabrały jakiejś bardziej intensywnej, głębokiej barwy, jego jedna brew wystrzeliła do góry.
Kąciki ust Harry'ego samowolnie drgnęły ku górze w małym, niemal niewidocznym uśmiechu.
— Nie rozumiem — odezwał się Anderson, marszcząc w kuriozalny sposób nos - drobne kaskady wąskich zmarszczek rozlały się po jego policzkach jak woda padająca z fontanny.
Usta Harry'ego ledwo się poruszały, kiedy odpowiadał:
— Ja też nie, ale chciałbym zrozumieć.
Snape wyprostował się powoli na swoim krześle i odgarniając niespiesznym gestem włosy z twarzy, zaczął mu się otwarcie przyglądać.
Wzrok Andersona zaczął przeskakiwać pomiędzy twarzami Harry'ego i Snape'a, jego paznokcie zaczęły bezwiednie zdrapywać jakiś zeschnięty brud z blatu stołowego.
Oczy Snape'a zmrużyły się nieznacznie.
— Widzę, że nie skierowałeś wzroku na zachód, kiedy kazałem ci to uczynić — stwierdził tak cichym głosem, że Harry'ego rozbolały mięśnie za uszami od wytężania słuchu.
— Co? — mruknął z otępieniem jeden z ludzi od Antoniusza, jak Harry wciąż nazywał ich w swojej głowie, którego nazwisko zaczynało się na „J" albo „L", Harry nie był całkowicie pewien.
— Nie — przyznał Harry, nie poruszając się, jakby był drapieżnikiem wypatrujących spośród traw zagubioną we mgle łanię — ale teraz jestem skory to zrobić.
Snape przyglądał mu się dłuższą chwilę, w ciągu której całe powietrze nagle uleciało z sali, jakby było dymem. Wreszcie, po chwili pełnej napięcia ciszy, odezwał się:
— Na zachodzie kraju, Potter, o czym z pewnością wiedziałbyś, gdybyś raczył się tym zainteresować wcześniej, znajdują się opuszczone magazyny, cały ich kampus, w których to mugole zajmują się produkcją broni masowego rażenia.
Umysł Harry'ego nie od razu przetworzył tę informację, a kiedy już to zrobił, Harry miał wrażenie, że cała krew odpływa mu z twarzy - nie takiej informacji się spodziewał. Wokół niego rozległa się cała salwa głosów, w których przebrzmiewały różne emocje: od oburzenia, po przerażenie.
Powoli otworzył usta, mając wrażenie, że jego język waży o wiele więcej, niż zaledwie chwilę temu - wiedział, że siedzi w sali pełnej osób, ale chwilowo nie potrafił skupić spojrzenia na kimkolwiek innym, kto nie był Severusem Snape'em - czarne oczy wciągnęły go w siebie jak rzeczne wiry i Harry, choć bił mentalnymi rękami w powietrze, nie potrafił się z nich uwolnić.
— Skąd o tym wiesz? — wyszeptał, podejrzewając, że jego wątłe jak róża słowa nawet nie zostaną usłyszane w istnym chaosie emocji, który ogarnął ludzi trwających obok nich, ale dla Severusa Snape'a nie istniało najwyraźniej coś niemożliwego do usłyszenia, nawet w tłumie głosów.
— Lucjusz — rzucił Snape, jakby to wszystko wyjaśniało. Harry bardziej wyczytał jego słowa z ruchów warg, niż je usłyszał, ale mimo tego, poczuł kaskadę dreszczy mknącą w dół jego kręgosłupa.
— Na zachodzie — powtórzył Harry, zamykając na moment oczy, starając się zebrać myśli. Kiedy je otworzył, przetarł z wyczerpaniem nasadę nosa i oparł się łokciami o stół, kładąc ciężką jak cegła głowę na własnych dłoniach.
— A dokładnie? — zapytał, słysząc, jak głosy wokół niego milkną stopniowo - jakby były gwałtowną nawałnicą, która przechodzi przez miasto, siejąc spustoszenie, a potem znika tak szybko, jak się pojawiła.
Kiedy Snape milczał dłuższą chwilę, Harry uniósł głowę, spoglądając w jego ziemistą twarz ponad odrapanym, zarysowanym blatem stołowym, gotów powtórzyć swoje pytanie.
— Nie wiem, Potter — odrzekł cicho Snape, kiedy ich oczy się spotkały, a Harry już otworzył usta. — Naprawdę nie wiem — powtórzył, patrząc mu prosto w oczy.
Harry zaczerpnął głośno powietrza przez nos, po czym pozwolił im ulecieć przez usta w płytkim westchnieniu aż krzyczącym wyczerpaniem. Przytknął palce do skroni, rozmasowując je kolistymi ruchami, z całych swoich sił próbując się skupić i zebrać te strzępki lichych słów w jedną całość.
— Dawać mi tu — słowa przepchnęły się pomiędzy jego zębami, układając się z nerwowy, pobrzmiewający nutami groźby, syk — Lucjusza Malfoya.
Jego emocje zawisły na włosku.
-VVV-
Stał na szczycie Astronomicznej Wieży, wpatrując się w dal oczami, które dostrzegały, jak mogłoby wyglądać ich życie, gdyby wszystko potoczyło się inaczej. Byli w nim razem - on i ona - starzejący się z taką samą klasą i dostojnością, jaką zawsze sobie wyobrażali, jaką wymarzyli dla siebie, urządzający wzniosłe bale i bankiety w przestrzeniach ich wielkiej posiadłości o prezencji zamku, do którego nie potrafił zajrzeć już od bardzo dawna, ponieważ w każdym kącie widział jej ślady, na każdym meblu tej przeklętej rezydencji - w zagubionym, pojedynczym włosie spoczywającym pod lustrem toaletki, w porozrzucanych po szufladzie nocnej szafki wsuwkach do włosów, w książce spoczywającej grzbietem do góry, którą skończyła czytać gdzieś pomiędzy stroną sto piątą a sto szóstą.
Teraz to wszystko miało zostać zaprzepaszczone i to przez kogo - przez jakichś żałosnych mugoli, którzy ośmielili się wtargnąć w ich życie, jakby sądzili, że mają do tego prawo.
Lucjusz niemal nie czuł zimna późnojesiennego wiatru przedzierającego się poprzez blanki, choć jego dłoń, zaciśnięta na lodowatej pod jego palcami barierce, była cała skostniała, miał wrażenie, że za moment stanął się jednością - on i otaczające go zimne powietrze - że rozpłynie się na jego smuga jak piana na falach morskiej, słonej wody.
Kiedy usłyszał kroki wspinające się po schodach ku szczytowi wieży, nie poświęcił nawet najmniejszej uwagi zbliżającej osobie - jego oczy nie oderwały się od kontemplacji horyzontu.
Ktoś zatrzymał się u góry schodów, ktoś postawił kilka drobnych kroków w jego kierunku.
— Harry Potter chce się z panem widzieć, panie Malfoy — powiedział jakiś głos, którego nie rozpoznawał.
Nie odezwał się, nie odwrócił, nie potrafił nawet poprawnie formułować własnych myśli, które niczym galopujące konie cały czas biegły w tę jedną stronę, ku tej jednej, jedynej osobie.
— Panie Malfoy... — powtórzył powoli ten irytujący głos, wżerając się w jego ciało, w jego kości, drażniąc tuż pod skórą jak zgrzyt paznokci przesuwanych po szybie.
— Powiedz — przerwał temu, kto śmiał mu przeszkadzać, kto śmiał zakłócać jego spokój, obiecując sobie, że kiedyś zemści się na całym, wielkim świecie, wypominając mu jego okrucieństwo — Potterowi — wypluł z siebie to koszmarne nazwisko z ogarniającym jego umysł wstrętem — że jeśli ma do mnie jakąkolwiek sprawę, to niech sam się pofatyguje.
Stojąca gdzieś za nim osoba przez moment, trwającym w odczuciu Lucjusz zdecydowanie zbyt długo, dalej tam stała, sprawiając, że jego serce zaczęło obrastać lodem niczym kora drzewna mchem.
— Powiem — odpowiedział wreszcie ten namolny czarodziej, wycofując się na schody.
Lucjusz zamknął oczy i oparł czoło o chłodną taflę szyby.
Tak bardzo pragnął móc zacząć od nowa, tak bardzo pragnął być gdzieś indziej - całe mile stąd, przy kimś innym, kogo czyste jak szkło, bladoniebieskie oczy będą go prześladowały już zawsze, do końca świata i o jeden dzień dłużej.
-VVV-
Anderson oparł się o framugę i oddał spojrzenie przyglądającego mu się intensywnym wzrokiem Harry'ego, którego jedna brew podpełzła ku górze w wyrazie niemego zapytania.
Anderson, czując, że tak będzie najlepiej, otworzył usta i wybrał najprostszy dobór słów, jaki mógł zastosować.
— Pozwolisz, szefie, że zacytuję? — zapytał, wyginając wargi bez rozbawienia. — Pan Malfoy powiedział: „jeśli Potter ma do mnie sprawę niecierpiącą zwłoki, to niech się do mnie pofatyguje". Cóż, możliwe, że szyk jego zdania był nieco inny, ale...
— Zrozumiałem, Anderson — przerwał mu ten zielonooki, młody mężczyzna przyciszonym głosem.
Anderson obserwował, jak Harry opiera się łokciami o blat stołu i w zmęczeniu kładzie głowę na splecionych palcach. Jego oczy nie były wściekłe, a zamyślone, niewielka zmarszczka zdobiła miejsce pomiędzy jego brwiami, jakby nad czymś intensywnie rozmyślał.
— W porządku — powiedział w końcu i rozejrzał się po sali - jego oczy były puste jak wyschnięta studnia (zupełnie, jakby się wypalił, jakby na koniec dnia nic w nim już nie pozostało). — Wobec tego — rzekł wypranym z emocji głosem — to zebranie uznaję za skończone.
Wstał od stołu i wyszedł, nie obdarowując więcej nikogo ani jednym spojrzeniem, odprowadzany przez szereg zdumionych oczu jak reflektory wbitych w jego plecy znikające za drzwiami.
-VVV-
Harry obserwował ją bardzo wnikliwie, odkąd wstała z łóżka ambulatorium i zaczęła snuć się po zamku - jakby była tylko kolejnym duchem spośród wielu. Powoli i ostrożnie przemierzała korytarze, jej nogi lekko się chwiały, kiedy parła w górę i w dół schodów, przesuwała się wzdłuż ścian, wodząc po nich rękami, jakby dotykiem badała ich strukturę.
Podążał za nią jak cień, kiedy metodycznie przeszukiwała każdy kąt, pokój za pokojem, gabinet za gabinetem, salę za salą, aż nie zostało już prawie nic do przeszukania - wówczas stanęła przed nim - ta kobieta, która przez tyle lat zastępowała mu matkę - spoglądając w jego oczy z taką desperacją, że Harry'ego aż chwyciło za serce i zapytała, gdzie jest Artur.
Nie odpowiedział jej - ani wówczas, ani później - zagubił język we własnych ustach, patrząc na nią długo, szukając w swoim umyśle jakichkolwiek słów, którymi mógłby przeprosić.
Skinęła głową - choć czekała na jego słowa długo i wytrwale, jakby mogły one uratować resztki jej rozbitych nadziei - i oddaliła się bez słowa, bez łez, bez krzyku a Harry patrzył za nią, zastanawiając się, czy mógłby uczynić cokolwiek (naprawdę cokolwiek), aby odebrać z jej barków ten ciężar, który dźwigała na własnych ramionach, gdziekolwiek poszła.
Wiedział, że to na niego spada obowiązek poinformowania ją o śmierci jej jedynej córki i zwlekał z tym, zwlekał tak długo, jak mógł, wiedząc, że nie może zwlekać wiecznie.
Stopniujmy tragedie — pomyślał — rozdawajmy prawdę bardzo małymi kęsami. — Wydawało mu się, że tak brzmi jedyny przepis na to, żeby nie oszaleć.
-VVV-
Harry nie wiedział, jak Snape się tego dowiedział, a żeby być precyzyjnym, Harry nawet nie chciał tego wiedzieć. Czuł, że jego rozpacz przeradza się w zawiść, a zawiść rozrasta się w nim jak pasożyt, połykając go kawałek po kawałeczku, wiedział, że trzęsą mu się dłonie, kiedy Snape bez słowa usiadł naprzeciw niego w starej kuchni Hogwartu, przy zdecydowanie zbyt dużym stole, do którego Harry, pomimo upływu lat, wciąż nie potrafił się przyzwyczaić, i ignorując krzątające się wokół naręcze skrzatów, położył przed nim na blacie mugolskiego New York Timesa, z którego nadrukowanej strony patrzyła na niego ta okropna twarz, która nawiedzała go w najczarniejszych koszmarach (błyszczące nienawiścią oczy, huk wystrzału zalewający jego umysł jak tsunami), twarz mężczyzny, który uczynił z Luny kalekę.
Snape wyciągnął rękę przez stół i postukał bladym, długim palcem w niewielką ramkę znajdującą się pod zdjęciem: George Diesel, lat 55, stopień wojskowy: aspirant, kraj pochodzenia: Wielka Brytania.
Podniósł głowę znad gazety i nawet nie widząc odbicia swojej twarzy w jego czarnych, czarnych oczach, wiedział, że jego własne rysy krzyczą surowością, brutalnością i pragnieniem zemsty. Kiedy otworzył usta, z jego gardła wydobyło się tylko jedno słowo:
— Zabij.
-VVV-
Amelia czuła się tak, jakby od nowa uczyła się chodzić. Krok za krokiem, stopa za stopą - szurając po ziemi podeszwami i pozostawiając długie, czarne szramy na zamkowej podłodze - przemierzała korytarze pod czujnym okiem Wally'ego Andersona, asekurującego ją nawet wtedy, kiedy krzyczała, przeklinała i darła się, żeby ją zostawił, że da sobie radę sama.
Mimo wszystko wielokrotnie została przez niego uratowana przed bolesnym upadkiem na ziemię, a raz, przed pokazowym zleceniem z ostatnich stopni zamkowych schodów prowadzących z pierwszego piętra na parter.
— Nie potrzebuję żadnej, głupiej laski — warknęła Amelia, gdy tylko Pansy Parkinson wniosła taką propozycję.
— Jedynie tymczasowo — zapewniała szkolna pielęgniarka, wciskając jej w dłonie ten durny atrybut z (o zgrozo!) ozdobną rączką w kształcie herbu Hogwartu.
— Nie, nie i raz jeszcze nie — wykłócała się Amelia, zaplatając ramiona na piersi. — Mam ci to dostarczyć na piśmie, żebyś się odczepiła?
Po takich incydentach, jak tamten ze schodami, miała czasami ogromną ochotę spuścić głowę, rozwinąć białą flagę i przydreptać (a raczej przykuśtykać) do Skrzydła Szpitalnego jak zbity szczeniak.
Najgorsze były wieczory, kiedy ból kumulował się po całym dniu, atakując jej lewą nogę jak rój wściekłych pszczół.
— To minie — zapewniała Parkinson, wciskając jej w dłoń niewielką fiolkę eliksiru przeciwbólowego.
— Kiedy? — pytała Amelia, z rezygnacją przyjmując buteleczkę wywaru.
Parkinson spoglądała na jej zmęczoną twarz, marszcząc własne czoło.
— Niebawem — odpowiadała, a Amelia zaciskała zęby tak mocno, aż nie odczuwała bólu w dziąsłach i bez słowa odwracała się, aby pokuśtykać do wyjścia z ambulatorium.
— Głupia, głupia laska! — zdzierała sobie gardło innym razem, opadając na materac jednego z wolnych łóżek i prawym kolanem napierała na drewno, aż granica jego wytrzymałości spotykała się z zażartym uporem Amelii i laska nie pękała z trzaskiem pod jej ciałem, pozostawiając nieregularne, pęknięte końce w miejscach, które niegdyś tworzyły jedność.
Amelia z werwą odrzucała obie połówki w kąt, a Parkinson, każdorazowo, przynosiła je do niej z powrotem, rzucając bez najmniejszego problemu zaklęcie „Reparo" i oddając kompletny przedmiot Amelii z ostrym, kategorycznym spojrzeniem podarowanym jej na odchodnym.
— Jak długo jeszcze? — pytała Amelia na granicy łez. — Jak długo jeszcze będę skazana na korzystanie z tej... tej...
Parkinson bez słowa sięgała wówczas po eliksir na uspokojenie i walcząc z wyrywającą się Amelią, wlewała jej do gardła niewielką dawkę.
Potem odkładała fiolkę z falującą wewnątrz resztką eliksiru i kucała przed odnajdującą zdrowy rytm oddechu Amelią, kładąc ciepłą dłoń na jej kolanie.
— Jeszcze tylko trochę — zapewniała cichym, łagodnym głosem. — Wytrzymaj, jeszcze tylko trochę.
Za każdym razem powtarzała to samo.
-VVV-
— Nie będę chodzić, czy tak? — spytała Luna, wgapiając się bezmyślnie w sufit, kiedy Parkinson przyszła zmienić jej opatrunek.
Kobieta nie patrzyła na jej twarz, tak jak Luna nie spoglądała na nią.
— To jeszcze nie jest pewne — odpowiedziała pielęgniarka, skupiając się na odwijaniu bandaży.
— Czyli prawdopodobne — zauważyła trzeźwo Luna, zaczynając bawić się kosmykiem własnych włosów. — Słuchaj, ja nie mogę nie chodzić, rozumiesz? Nie mogę sobie na to w ogóle pozwolić.
Parkinson nie odpowiedziała, biorąc się za przemywanie rany.
— Jestem potrzebna Harry'emu — powiedziała Luna, przeciągając nerwowo językiem po zębach. — W pełni sprawna.
— Ładnie się goi — rzekła Parkinson, sięgając po nowy opatrunek.
Luna obwinęła sobie włosy wokół palca, przyglądając się jasnemu pasemku z taką intensywnością, jakby spodziewała się, że ten zmieni kolor pod wpływem samego spojrzenia.
— To nie była odpowiedź — mruknęła z napięciem Luna, wciąż unikając wzroku pielęgniarki.
— Nie — przyznała Parkinson, kończąc zmieniać bandaże. — Nie była.
Zawsze zostawiała małą fiolkę pełną Słodkiego Snu na stoliku obok łóżka Luny, zanim podążyła ku innemu pacjentowi bądź znikała w przejściu do własnego gabinetu.
-VVV-
Zawinął ramiona wokół jej szczupłego ciała, kiedy oparła się o jego pierś, sięgając po pocałunek.
Jej czarne oczy były takie piękne w świetle korytarzowych pochodni.
— On dalej nie chce ze mną rozmawiać — powiedział Harry, przeczesując powoli palcami jej ciemne włosy, które przelewały mu się między dłońmi jak atrament.
— Daj mu trochę czasu — odpowiedziała cicho Katrina, przechylając głowę, przez co zmieniły się refleksy światła na jej rogówce.
Harry pozwolił jej przeciągnąć dłonią wzdłuż jego mostka.
— Katrina, ja go potrzebuję — przyznał się, oddychając głębiej — a on, zamiast postarać się cokolwiek przyswoić sobie tym małym móżdżkiem, zrzucił winę na mnie, jakby to go w jakiś sposób... czy ja wiem... uspokajało.
Dziewczyna westchnęła cicho i stanęła na palcach, opierając swoje czoło o jego własne.
— Może tak właśnie jest? — zastanawiała się. — Może to go uspokaja?
— Unikanie mnie? — zapytał sceptycznie Harry. — Nie wydaje mi się.
Katrina wyciągnęła ramiona, zaplątując je wokół jego szyi.
— Nie: unikanie ciebie, Harry — powiedziała, przeskakując spojrzeniem pomiędzy jego oczami — tylko: podzielenie się odpowiedzialnością.
Harry zmarszczył czoło, czując, jak nieznaczne napięcie osiada na jego ramionach jak sadza.
— Uważasz... — zaczął i zaciął się, po czym odetchnął głęboko i spróbował raz jeszcze: — Uważasz, że to była moja wina?
Katrina przygryzła wargę i przeczesała palcami jego włosy.
— Jeśli to w ogóle była czyjakolwiek wina, Harry — powiedziała cicho, całując delikatnie jak muśnięcie skrzydeł motyla jego szczękę pokrytą delikatnym zarostem — to tylko i wyłącznie Lucjusza Malfoya.
Harry odwrócił wzrok ku okiennej szybie i zapatrzył się w dal.
— Nie jesteś winien każdej śmierci, która następuje w twoim bliskim otoczeniu, wiesz, Harry? — zapytała łagodnie, jakby za wszelką cenę próbowała go uspokoić.
Mężczyzna nie zwrócił ku niej spojrzenia własnych oczu i milczał.
-VVV-
Późną nocą, stojąc przy szczelnie zamkniętych oknach, kiedy oznajmiła, że musi wreszcie wracać do siebie i porządnie odespać cały ten stres i cały ból, z którym musiał się zmagać, zostawiła go przy zimnych parapetach i zaczęła oddalać się ku własnym kwaterom, które dzieliła ze swoim ojcem.
— Kochanie — zawołał za nią Harry przyciszonym głosem. — Wiedz, że mi pomogłaś.
Kochanie.
Katrina odwróciła się i spojrzała na Harry'ego spod zmarszczonych brwi.
Zasadniczo nic nadzwyczajnego nie nastąpiło: bywało, że zwracał się do niej w ten sposób już wcześniej.
Jednak tym razem brzmiało to jakoś inaczej, bardziej miękko, bez standardowego przekąsu, bez ironicznych iskier zapalających się w jego oczach, nie miało w sobie tyle kąśliwości, która kleiła się do jego języka jak guma do żucia.
Promienny uśmiech rozpogodził jej twarz jak tęcza niebo po burzy.
Wyciągnęła ku niemu rękę, mówiąc jedynie:
— Chodź ze mną.
Jego smutną, zmęczoną twarz rozjaśnił lekki uśmiech, kąciki jego warg zadrżały, szyderstwo wróciło do jego ust jak bumerang.
— Czy ty przez przypadek nie dzielisz kwater ze swoim ojcem, Katrino? — zapytał, unosząc jedną brew.
Katrina przywołała na swą twarz zadziorny uśmieszek i mrugając rzęsami, zamruczała:
— Przecież będziemy tylko spać, wierzę, że mój ojciec nie będzie nam w tym jakoś bardzo przeszkadzał.
Harry zaśmiał się, nuty jego śmiechu popłynęły w dół korytarza; Katrina poczuła, jak robi jej się jakoś cieplej na sercu.
— Chodź, Harry — poprosiła, nie cofając ręki.
Podszedł do niej i pochwycił jej palce w swoje duże, ciepłe dłonie.
— Tylko dzisiaj — zastrzegł, skacząc spojrzeniem pomiędzy jej oczami — i naprawdę zamierzam tylko spać.
Katrina wiedziała, że jej uśmiech jest absurdalnie szeroki, że szczerzy zęby, a jej oczy migoczą jak gwiazdy, ale nie dbała o to - jedyne co się liczyło, to te zielone oczy, które na moment zdały się zapomnieć o przytłaczającym go bólu, oraz silne dłonie ściskające jej drobną rękę.
Odwróciła się w stronę pustek korytarza i ten jeden raz to ona pociągnęła go za rękę za sobą.
Ich kroki odbiły się od ścian jak szelest deszczu, który powoli zaczynał bębnić o zamkowe szyby, szepcząc obietnicę o spokoju i szczęściu, na który zasługują wszyscy - bez żadnych wyjątków.
