.

Rozdział 32

Podsnuta deszczem, druga opowieść Księcia

.

Szedł za nią ciemnym, cichym korytarzem, słysząc każdy szmer ich szurających o ziemię peleryn, mając wrażenie, że podąża za nią na własną zgubę, ponieważ gdzie ona, tam i jej ojciec, przyczajony w cieniach jak dementor. Jej kojąca obecność, która wcześniej tak skutecznie zdjęła ciężar winy z jego ramion, teraz nie pomagała na jego stopniowo podjeżdżające do gardła serce. Wmawiał sobie, że zachowuje się absurdalnie, jednak nie potrafił oderwać wzroku od tak znajomych sobie schodów do lochów (pamiętał ten dzień, kiedy Snape wlókł go za sobą przez te strome, kanciaste stopnie, gdy po raz pierwszy uaktywniło się jego mentalne połączenie z Voldemortem w sposób tak silny, jak nigdy wcześniej - pamiętał, jak omal nie ześlizgnął się ze schodów, jak o mało co nie potknął się o własne nogi, podczas gdy jego nadgarstek uwięziony był w żelaznym uścisku jak w okowach kajdan).

Starał się oddychać spokojnie. Wydawało mu się, że drzwi przybliżają się do niego, jakby był do nich przyciągany, jakby on i one byli dwoma połówkami magnesu - nie ważne, jak mocno próbował oderwać od nich swój wzrok, nie był w stanie.

Był prawie pewny, że tym razem nie usłyszy słów: „To jeszcze nie czas na tę rozmowę" - jego głos obijał mu się o czaszkę niczym echo rosnące z każdą chwilą, z którą przybliżał się ku tym znienawidzonym przez siebie już za czasów szkolnych drzwiom, trochę jak pogłos z koszmaru - takiego, z którego człowiek już prawie, prawie się wybudza, ale jednak nie całkiem.

Słyszał w uszach dudnienie własnego serca, wydawało mu się, że gdyby nie ręka Katriny zapleciona na jego własnej, odwróciłby się i zacząłby biec, mijając ściany i zawieszone na nich w równych odstępach portrety, jakby uciekał przed Szatańską Pożogą, przed rzuconą klątwą, która już niemal dotyka jego skroni, dłoni, kręgosłupa; czuł bębnienie krwi tętniącej w żyle na swojej skroni.

Katrina oparła się barkiem o drzwi, naparła łokciem na klamkę i wciągnęła go ku tym piekielnym czeluściom jak zasysający szamoczące się w sprzeciwie ciało wir wodny.

Ta jaskinia węża, wbrew wszelakim pozorom, była bardzo dobrze oświetlona, a sam jej rezydent siedział rozparty na fotelu naprzeciw płonących w marmurowym kominku drew.

Harry zatrzymał się, kiedy czarne oczy Snape'a powoli przesunęły się w ich stronę, a jego głowa przechyliła się w bok jak u zaintrygowanego kota, który widząc w progu „swojego" domu nieoczekiwanego przybysza, stara się wybadać jego intencje, weżreć do umysłu jak pasożyt, sprawdzić wewnętrzną siłę.

Katrina podążyła za wzrokiem Harry'ego, jakby chciała sprawdzić, co takiego przykuło jego uwagę. Po chwili krótkiej jak mrugnięcie powiek jej drobne usteczka wygięły się w zawadiackim uśmiechu.

— Ojejku — zaświergotała, przykładając palce do ust, jakby całe jej ciało oznajmiało światu jej kolosalne zaskoczenie. — Myślałam, że będziemy sami — oznajmiła jak gdyby nigdy nic, odrzucając gestem krzyczącym flirtem długie, kasztanowe włosy na plecy. — No cóż — wzruszyła ramionami i z błyskiem w oku zerknęła na Harry'ego, którego czoło przecięło kilka niemal niewidocznych zmarszczek — nie przeszkadzaj sobie, tatusiu, my już znikamy — Katrina wyciągnęła drobną rączkę, wskazując z niewinną miną palcem w kierunku lekko uchylonych drzwi po lewej od niewielkiego saloniku (jedno zerknięcie Harry'ego w tamtym kierunku powiedziało mu, że za nimi mieści się całkiem sporych rozmiarów sypialnia - biała pościel układała się niewinnie w drobne fale, jakby dopiero co została przez kogoś opuszczona, pozostawiona w bezładzie) — o tam — dodała, wachlując rzęsami powietrze (zielonooki przełknął ślinę, widząc, jak jej tusz standardowo w odpowiedzi na ten odruch zaczął sypać się na jej policzki).

Mała femme fatale uniosła brwi, które wygięły się w dwa idealne łuki, na czoło, jakby pytała, czy coś się komuś nie podoba, bo ona nie dostrzega najmniejszych problemów, a potem zalotnie okręciła kosmyk włosów wokół palca wskazującego i kołysząc kokieteryjnie biodrami, pociągnęła Harry'ego za rękę we wskazanym przez siebie kierunku.

— Nie tak szybko — powiedział Snape cicho, głosem, który sprawił, że Harry zamarł w pół kroku - trzymającą go za rękę Katriną szarpnęło do tyłu jak psem na uwięzi. Zielonooki oblizał nerwowo usta i powoli spojrzał w kierunku mężczyzny.

Nie potrafił powiedzieć, dlaczego się zatrzymał, dlaczego nie zignorował jego głosu i nie pozwolił Katrinie pociągnąć się dalej z szyderczym grymasem wypisanym na ustach, ale czuł, jak jego krew przez moment szybki jak mrugnięcie powiek przeobraża się w lód, kiedy jego oczy zetknęły się na krótką chwilę z tymi bezdennymi, zimnymi jak lądy Arktyki oczami Snape'a.

Snape uśmiechnął się tym swoim uśmiechem, który sprawiał, że Harry zapominał, że do przeżycia potrzebne jest kursowanie tlenu po organizmie i wstrzymywał dech tak długo, póki jego domagające się dawki świeżego powietrza płuca nie przypomniały mu o tym ostrym szczypaniem w piersiowej klatce. Złożył powoli gazetę na pół i bez pośpiechu podniósł się z zajmowanego przed kominkiem miejsca.

— Mamy z Potterem pewne kwestie do omówienia — powiedział, przechylając głowę i ogniskując te niezmierzone, obsydianowe oczy w oczach Harry'ego. — Prawda, Potter?

Harry jak nic pragnął zaprzeczyć, pragnął powiedzieć, że nie ma pojęcia, o czym on mówi, pragnął poczuć obojętność klejącą się do jego ust jak Eliksir Spokoju, ale czuł jedynie walenie swego nieposłusznego serca o klatkę piersiową. W innym czasie, o innej porze najpewniej spojrzałby na Snape'a z szyderczą pogardą i wyzywając go głęboko we własnym umyśle, doszedłby do wniosku, że nie obchodzi go nic, co ma do powiedzenia ten człowiek - ale teraz nie potrafił. Przyglądał się, jak Snape, nawet nie zbliżając się do nich, spogląda w twarz swej córki i prosi ją, aby pozostawiła ich samych.

Katrina najeżyła się jak kotka, jakby stała się wrażliwa na potrzeby Harry'ego - do których z całą pewnością nie zaliczała się konfrontacja ze Snape'em.

— Harry potrzebuje odpoczynku — sprzeciwiła się, prostując kręgosłup, skacząc spojrzeniem po twarzy swojego ojca.

— Znam jego potrzeby — odpowiedział z całkowitą stoickością Snape, przechylając głowę w drugą stronę.

Harry mógł usłyszeć jak zęby Katriny zazgrzytały o siebie z głuchym odgłosem.

— Jest wyczerpany. — Głos tej krnąbrnej piętnastolatki stał się cięty jak zatruta strzała, jej oczy zmrużyły się nieznacznie.

— Może znieść o wiele, wiele więcej, niż ci się wydaje — oznajmił Snape, w ton jego głosu wkradła się magia umysłu (Harry wyczuł ją niczym lodowaty powiew wiatru muskającego skórę). — Wyjdź, Katrino, pozwól nam porozmawiać.

Harry wstrzymał powietrze.

Katrina jeszcze przez kilka chwil mierzyła się na spojrzenia ze swoim ojcem, by po upływie jakichś kilkunastu sekund odwrócić się i wyjść, nie omieszkując przy tym trzasnąć pokazowo drzwiami, które zatrzęsły się we framudze, jakby za moment miały wypaść z zawiasów.

Snape nie wyglądał na rozgniewanego. Harry przełknął ślinę, kiedy jego oczy powędrowały ku jego twarzy; kąciki jego warg drgnęły w chłodnym uśmiechu.

— Ma tupet, prawda? — zagaił niemal konwersacyjnie. — Ta moja córka.

Harry wiedział, że Snape tylko czeka na jego odpowiedź, jak łakoma hiena oblizująca rząd krwiożerczych zębów przed skonsumowaniem padliny, ale wciąż krążąca wokół niej, jakby potrzebowała zapewnienia, że żaden inny padlinożerca nie zbliży się w tym samym czasie do jej zdobyczy.

Harry przygotował się na tę rozmowę - doskonale zdawał sobie sprawę, gdzieś na tyłach własnego umysłu, że ona musi kiedyś nadejść. Patrząc w twarz tego upadłego anioła uśmiechającego się, jakby cały świat był jego wielkim placem zabaw, czuł, jak puls zaczyna migotać pod jego skórą jak zmarznięty ptak.

Snape zaczął zbliżać się do niego leniwym krokiem (Harry słyszał każdy stukot jego butów, każde szurnięcie podeszwy o podłogę i bał się, że za moment zacznie kręcić mu się w głowie).

Podbródek mężczyzny uniósł się, kiedy sięgał palcami po jego brodę, jakby Harry był niczym więcej, niż jego własnością - zielonooki naprawdę mocno starał się okiełznać zawroty własnego żołądka - naprawdę mocno.

Harry miał wrażenie, że jego serce lada chwila pierzchnie za róg i ukryje się w jakiejś ciemnej, mysiej dziurze, a on pozostanie tu sam - z niczym.

— Nie znasz mojej magii — przecisnął Harry przez zbolałe gardło, czując głuche łupanie w uszach i skroniach. — Nie wiesz, czy nie byłbym cię w stanie... poskromić.

Snape zaśmiał się, a jego śmiech zabrzmiał niemal miękko.

Jego moc nie uaktywnia się, ale Harry czuł powiew jej wspomnienia na własnych barkach - powiew, który sprawiał, że trudniej było oddychać.

Mężczyzna, ku ogromnemu zdumieniu Harry'ego cofnął się o kilka kroków, rozkładając ramiona, jakby się odsłaniał; zielonooki poczuł, że coś ciężkiego więźnie mu w gardle.

— Poskrom mnie więc — powiedział Snape, spoglądając mu prosto w oczy.

Harry nie poruszył się - wiedział, że jego skóra zaczęła blednąć jak drewno pozostawione upływowi czasu.

— Poskrom mnie — powtórzył; jego wąskie usta uderzyły o siebie, gdy wymawiał pierwszą sylabę, co zabrzmiało trochę jak dźwięk wystrzeliwującego pod napięciem korka z szyjki butelki.

Poczuł się tak, jakby jakieś silne dłonie złapały go za gardło i ścisnęły. Nie był w stanie wydobyć z siebie głosu. Mógł tylko patrzeć na Snape'a rozszerzonymi jak talerze oczami, które migotały rozpaczliwie i kręcić bezwiednie głową, czując, jak z każdą kolejną chwilą, staje się ona coraz cięższa.

Snape wiedział, że nie jest w stanie - wiedział o tym i robił to specjalnie. Harry otwierał i zamykał usta - trochę jak ryba wyjęta spod wody, a stojący naprzeciw niego mężczyzna, widząc to, prychnął z pogardą i wykrzywił wargi w szyderczym grymasie.

— Czy nie byłem przydatny, dziecko? — zapytał; jego oczy zamigotały jak oczy sokoła na sekundę, zanim zanurkuje po swoją zdobycz, jedna z jego brwi uniosła się w niemym pytaniu. — Czy nie byłem... niezbędny?

Harry, biegając po własnym umyśle jak rozpędzony rumak, wysilał wszystkie swoje szare komórki, aby odnaleźć zadowalającą Snape'a odpowiedź.

— Jest pan... doskonałym wojownikiem — powiedział cicho Harry, czując, jak drętwieją mu usta. — Jest pan... — Starał się znaleźć w swoim zmarnowanym umyśle odpowiednie określenie, ale nie był w stanie - nie, kiedy te czarne, bezdenne oczy patrzyły i oceniały.

Mężczyzna okrążył go i zatrzymał się tuż za jego plecami; kręgosłup zielonookiego zesztywniał, kiedy poczuł na karku oddech tego demona wyłowionego spośród mroku, który potrafił zabić bez obejrzenia się za siebie i nawet nie pożałować.

— Tak? — wyszeptał Snape jak kobra przymierzająca się, aby zadać swój śmiertelny pocałunek. — Jaki jestem, dziecko?

Mężczyzna wciągnął głęboko przez nos powietrze, jakby sycił się jego strachem; Harry oblizał nerwowo wargi i przełknął zalegającą w ustach ślinę.

— Jest pan człowiekiem o bardzo... o bardzo silnej osobowości — powiedział szybko Harry, starając się nie potknąć o własne słowa.

Snape milczał przez krótką chwilę; zielonooki zaczął przygryzać wnętrze policzków.

— Powiedz mi, dziecko — odezwał się konwersacyjnym tonem ten despotyczny anioł ciemności, nadal nie wyłaniając się zza jego pleców — czy gdybym cię teraz zranił — zrobił pauzę, jakby z przyjemnością obserwował reakcję młodego czarodzieja - Harry spiął się jeszcze bardziej, a nieprawdopodobne zimno oblało mu kark, szyję i twarz jak woda chluśnięta z wiadra — nadal uważałbyś, że mam silną osobowość?

Harry poczuł, jak krew odpływa z jego ust, ale jego głos był niezwykle pewny swego, kiedy rzucał w przestrzeń pomieszczenia:

— Nie skrzywdziłbyś mnie.

Snape wyłonił się zza jego pleców jak dementor i zatrzymał tuż przed nim, spoglądając swoimi oczyma ziejącymi nicością, w zielone, migoczące oczy Harry'ego.

— To dziwne — powiedział Snape; jego głos niemalże przechodził w szept — że po tym wszystkim, co zrobiłem, wciąż jesteś tego tak bardzo pewien.

— Jestem pewien — oznajmił Harry, głęboko we własnym umyśle przeklinając swą brawurę.

Kąciki ust starszego mężczyzny drgnęły w drapieżnym grymasie.

— Wiesz, Potter — powiedział; jego palec wskazujący przeciągnął się w górę szyi zielonookiego mężczyzny i osiadł na podbródku jak pajęczyna — jest bardzo wiele, różnych sposobów, na jaki można zadać cierpienie drugiemu człowiekowi. Bardzo wiele.

Harry zaczerpnął bezszelestnie tchu.

— Nie wątpię, że znasz je wszystkie — przyznał cicho Harry, spuszczając wzrok, oddychając w niecodziennym rytmie.

Snape zaśmiał się cicho - Harry poczuł ten śmiech głęboko we własnych żyłach; palce mężczyzny delikatnym, niemalże troskliwym gestem uniosły mu podbródek. Zielonooki, przełykając ślinę, czując, jak jego serce truchleje w jego piersi, z ciężkością uniósł na Snape'a oczy, modląc się, aby jego wzrok nie zaczął pękać jak szkło potraktowane kamieniem.

— Spójrz na to w ten sposób, dziecko — oznajmił ten demon zaklęty w ludzkie ciało, przesuwając palcami po jego policzku — w tym momencie nie czynię niczego drastycznego — lodowaty uśmiech rozlał się po jego twarzy jak szron — a twój umysł i bez tego kruszy się i zwija ze strachu. Twoje serce płacze, czuję to bardzo wyraźnie. Twój umysł jest w rozsypce.

Harry oddychał bardzo głęboko, starając się uspokoić, ale nie był w stanie w żaden sposób ukoić własnych nerwów chyboczących się jak karciana wieża.

Snape przechylił głowę (obserwował Harry'ego z leniwym zaintrygowaniem).

— Więc — podjął spokojnym, zainteresowanym tonem — twoja przyjaciółka zawierzyła w tobie swoje wszystkie nadzieje, kiedy chciałeś przenieść się wraz z nią w deportacji łącznej, czy tak? A ty ją zawiodłeś...

Snape miał rację - istniały ciosy niezadawane fizycznie, a piekące jak żywa, krwawiąca skóra posypana solą. Zielonooki poczuł, że jego wzrok się łamie; spojrzał na Snape'a tak, jak dogorywający po długotrwałych torturach więzień, unoszący głowę znad lodowatej, brudnej posadzki, a on uśmiechnął się nieznacznie i przeczesał palcami jego włosy, jakby to było wszystko, na co czekał.

— Boli, prawda? — wyszeptał Snape, jego czarne oczy błysnęły zawistnie.

Harry zebrał w sobie drobiny jego rozlatującej się duszy; jego reakcją obronną była oziębłość, więc uderzył nią w mężczyznę niczym klątwą torturującą.

— Tak — przyznał, kiwając głową i patrzył, jak oczy Snape'a mrużą się podejrzliwie. — Teraz już wiem, jak się czułeś, kiedy odnalazłeś martwe ciało mojej matki na zakurzonej podłodze.

Źrenice Snape powiększyły się momentalnie, połykając tęczówki o tym samym kolorze, Harry spodziewał się odczuć bezgraniczną satysfakcję, ale przyszedł do niego jednie ból - jakby jego własne słowa równie mocno ugodziły także w jego serce. Harry obserwował, jak twarz mężczyzny kamienieje jak posąg zaklęty przez złego bohatera dziecięcych opowieści, a jego grdyka podskakuje szybko, gdy przełyka pospiesznie ślinę.

— Ta rana — powiedział Snape tak cicho, że zielonooki musiał bardzo wytężyć słuch, aby go usłyszeć — jest bardzo stara.

Harry uśmiechnął się bez rozbawienia.

— To śmieszne, że wciąż piecze tak samo — odparł, krzywiąc się gorzko jak po połknięciu jakiegoś obrzydliwego lekarstwa.

Nie zarejestrował, kiedy właściwie w dłoni czarnookiego czarodzieja zamajaczyła różdżka, usłyszał jedynie słowa, zobaczył błysk czerwieni i poczuł, jak niewidzialna pięść zwala go z nóg i przytłacza do ziemi z brutalnością o wiele, wiele większą niż się spodziewał. Ciężar osiadł na jego ramionach, a jego serce zabiło szybciej i mocniej, kołacząc się i potykając pod jego mostkiem.

Harry usłyszał, jak sam się śmieje - zupełnie, jakby wyrwało go z ciała i był jednie pobocznym obserwatorem; gorzki śmiech przetaczał się ciężko po pomieszczeniu jak gęste mazidło albo dymy kadzidłowe, kiedy unosił się na ramionach i podciągał się do klęczek, spoglądając płonącymi szaleństwem oczami wprost w czarne, głębokie oczy Snape'a.

— To miało mnie skrzywdzić, Snape? — wycedził poprzez obłąkańczy śmiech. — Nie bądź głupi, jesteś w stanie zranić mnie o wiele dotkliwiej. Znam twoje zaklęcia. Studiowałem je. Jesteś o wiele bardziej kreatywny, jeśli się postarasz. No dalej, Snape, przecież potrafisz, zrań mnie. Nie chciałbyś poczuć mojej gorącej krwi na własnych palcach? Nie chciałbyś znowu usłyszeć krzyku, wołającego, że masz całkowitą kontrolę nad drugim człowiekiem? Nie chciałbyś popatrzeć, jak wiję się spazmatycznie na ziemi? Nie chciałbyś, Snape?

Mężczyzna pochylił się nad nim tak gwałtownie, że Harry zapomniał, jak należy się wysławiać. Jego ziemista twarz zamajaczyła naprzeciw jego własnej; Harry wstrzymał oddech, spoglądając z tak bliska w te drapieżne, czarne oczy - paznokcie czarodzieja wbiły się w skórę jego szyi, kiedy siłą unosił wyżej jego głowę.

— Nie kuś — wyszeptał, wwiercając w niego intensywny wzrok Severus Snape; Harry przełknął ślinę, czując jego oddech wdzierający się pomiędzy jego rozchylone wargi.

Ból, który zaatakował jego system nerwowy, kiedy paznokcie mężczyzny wżynały się w jego gardło, był niemal oczyszczający i sprawiał, że przez moment był w stanie zapomnieć o wszystkich tych ranach, które krwawiły na jego duszy, które rwały się w strzępy i błagały o ukojenie, pozostawiając jego umysł w stanie połowicznego rozdarcia. Czuł ucisk głęboko we własnym gardle i piekącą gulę, którą pragnął rozbić jak choinkową bombkę, przekłuć ją niczym bańkę mydlaną - miał wrażenie, że coś ruchliwego i chropowatego przesuwa się we wnętrzu jego czaszki, sprawiając, że jego opanowanie zachwiało się w posadach.

— Mówię poważenie! — ryknął Harry, mając wrażenie, że słowa są wydzierane z jego gardła siłą - wiedział, że jego ciało zaczyna drżeć konwulsyjnie, ale to nie miało znaczenia, nie przy tym napięciu z kilku ostatnich dni, które pękło jak balon napełniony wodą, a wszystko to, co ukryte pod nim, cały żal, cały ból, cały strach i biały płomień furii liżący jego wnętrzności, zaczęło się wylewać na powierzchnię, a Harry nawet nie próbował tego tamować. — Mówię poważnie, Snape, skrzywdź mnie! Przeklnij mnie, uderz mnie, zadaj mi ból, zrób cokolwiek — jego wybuch był gwałtowny jak wulkaniczna erupcja — cokolwiek, co tylko ci przyjdzie na myśl, uderz we mnie Sectumsemprą, a potem gryź i rozdrapuj rany, maczaj palce w mojej krwi, wlej mi siłą do gardła jakiś zmyślny specyfik, przez który moje ciało zacznie płonąć od środka. — Krzyk, to wciąż było za mało, choć sądził, że ukoi ból w jego sercu palący jak żywy ogień, że odbierze potężny ucisk z gardła, zedrze go, razem ze strunami głosowymi, ale wszystko piekło tak samo: imię „Hermiona", czyste jak łza spojrzenie pani Weasley, niewyleczalna kontuzja Luny, śmierć Jerry'ego, kula karabinowa przeszywająca udo Amelii jak zatruta strzała, martwe ciało Ginny przykryte prześcieradłem, zza którego wystawał jeden, ogniście rudy kosmyk włosów, a Harry musiał, potrzebował się tego pozbyć, bo wszystko to wróciło do niego ze zdwojoną siłą i skumulowało się wewnątrz niego w jedno, głośne echo głosów, które zaczęło mieszać się i kotłować w tym bałaganie, który nazywał swoim umysłem.

Sięgnął na oślep obiema dłońmi, chwytając bez opamiętania, ze zwierzęcą brutalnością, zwisające wzdłuż policzków, sięgające nieco za ramiona czarne włosy Snape'a i jego zwiewną szatę, wciąż tak samo aksamitną pod jego palcami, i szarpnął.

Pochylający się nad nim Snape zachłysnął się powietrzem, kiedy stracił równowagę i runął wprost na Harry'ego.

Młodszy czarodziej poczuł, jak łokieć mężczyzny ląduje centralnie na jego żołądku i przez moment musiał usilnie walczyć z odruchem, który sprawił, że żółć podeszła mu pod gardło.

Mimo tego natarł na niego, zaczynając orać na oślep paznokciami tą wykrzywioną w chłodnej wyższości, ziemistą twarz, szarpać te lekko przetłuszczone włosy, póki ich pozwijane pukle nie zaczęły zostawać mu między palcami, i rozpychać się łokciami, uderzając w bark mężczyzny, w jego skroń, w klatkę piersiową w okolicach mostka, wierzgać nogami pomiędzy plątaniną kończyn, całkowicie ignorując fakt, że kopie przy tym boleśnie swoje własne kostki.

Być może zachowywał się absurdalnie, być może zachowywał się niedojrzale, ale jego zrozpaczony, zmęczony umysł potrafił jedynie wykrzykiwać: „zrób coś, Snape, nie mam już siły, chcę coś poczuć, coś, co nie jest tym okropnym, wewnętrznym cierpieniem!", jakby wysyłał sygnały morsem.

Usłyszał gdzieś nad sobą gardłowy warkot, brzmiący, jakby wyrwał się z gardła rozjuszonego do żywego, dzikiego wilka. Silne ramiona jak za mrugnięciem powieką chwyciły w żelazny uścisk jego dłonie i przytrzymały tuż nad głową (długie palce niczym pętla zacisnęły się na jego nadgarstkach); druga dłoń mężczyzny pochwyciła jego brodę i unieruchomiła szamoczącego się Harry'ego, przyciskając mocno jego głowę do podłoża promieniującego lodowatym zimnem.

To było to - to było dokładnie to, co chciał uzyskać, zielone, płonące jak w gorączce oczy spotkały się z czarnookim, bezdennym spojrzeniem i Harry, dysząc ciężko, czekał - na różdżkę wbijaną mu w gardło, na uderzenie piekące policzek i usta, i nos, i skroń, na metaliczny posmak krwi na języku, na ostre jak brzytwa zaklęcie przecinające jego skórę, ale minęła jedna chwila, a potem dwie kolejne, a ból, którego wyczekiwał, wciąż nie nadchodził, ból, przy którym jego pulsująca od gwałtownego kontaktu z podłożem czaszka byłaby niczym więcej, a dziecinną mrzonką.

Czarne, głębokie oczy Snape'a spoglądały prosto w jego własne, a on widział w nich odbicie swojej własnej zachłanności i zieleń migoczącą jak klątwa zabijająca.

— Ja wiem, czego pragniesz — odezwał się w końcu Snape, szepcząc te słowa wprost w twarz dyszącego jak od długotrwałego wysiłku Harry'ego — i nie rozumiem twojego przeświadczenia, że właśnie ode mnie to dostaniesz.

Odchodząc od własnych zmysłów, zrozumiał, że Snape nie ma zamiaru ukoić jego znękanej duszy i nie mógł się powstrzymać od zaciśnięcia zębów na dolnej wardze, kiedy ten czarnooki wzrok zaczął przygniatać, zaczął badać go jak słowa obcego, wymarłego języka i Harry był na granicy pęknięcia jak filiżanka upuszczona z trzaskiem na posadzkę, ale jakkolwiek bardzo by nie pragnął, nie był w stanie tej granicy, na której trwał jak głaz nad przepaścią, w żaden sposób przekroczyć.

Jeśli mi tego nie dasz dobrowolnie — pomyślał Harry, tracąc powoli trzeźwość umysłu — to zmuszę cię do tego, Snape.

W następnej chwili całą siłą woli wytężył własny umysł i czując te rozrywające go od środka płomienie poczucia winy za wszystkie krzywdy, których był pośrednim powodem, natarł na ten - tak doskonale sobie znajomy - umysł jak nawałnica, jak ostry, celny sopel lodu wbijany prosto w magiczny rdzeń.

Magia Snape'a zareagowała momentalnie, ale zamiast go odepchnąć, odtrącić, odrzucić Harry poczuł mentalne więzy zaciskające się z całych sił na jego umyśle; nie widział wokół siebie żadnych wspomnień - wpadł głową w dół w czarną, lodowatą toń nicości, od której z każdej strony nacierała na niego aura grozy, rozsiana niczym ziarno, które ma wydać plony, powodująca, że drżał - i drżał, drżał cały jego wyczerpany umysł i nie mógł przestać.

Harry podejrzewał, że Snape pragnie go przestraszyć, sprawić, żeby sam się wycofał, toteż zapętlił swoją magię wokół przestrzeni tego skomplikowanego umysłu i osiadł w nim jak kurz, klejąc się do dygoczących strun receptorów czuciowych. Gdy tylko to zrobił, coś w umyśle Snape'a zapłonęło, zadrgało spazmatycznie i moment później najeżyło się jak kocur wyrwany ze snu, coś lodowatego owinęło się wokół jego mentalności i unieruchomiło go jak bogina w potrzasku; umysł Harry'ego zapiekł jak sól wcierana w ranę, kiedy Snape siłą odrywał go od miejsca, do którego przyległ jak pasożyt, ale Harry ani myślał poddać się bez walki - jego umysł zaczął się szamotać i wyrywać, jego magia rozciągać się jak plastelina albo plama krwi rozlewająca się po marmurowej podłodze, sięgając tego drażliwego, wrażliwego miejsca w tym złożonym umyśle.

I wtedy to poczuł - jak śruba wkręcana w jego własny umysł, płomienie piekące od środka, pozbawiające zmysłów, czarną magię wżerającą się w niego, penetrującą z nielitościwą bezdusznością najgłębsze zakamarki jego mentalności - Harry poczuł się, jakby coś lodowatego wwiercało się w najbardziej intymne sfery jego osobowości, jego umysłu, jakby coś zatapiało ostre jak brzytwa kły w jego duszy, jakby chciało poznać jej smak. Miał wrażenie, że cała jego dusza skowyczy, pragnąc jednocześnie, żeby to uczucie nigdy nie znikało, czerpiąc z niego jak z niewyczerpalnego źródła, a jednocześnie mając nadzieję od niego uciec jak najszybciej, jak najdalej, wyzwolić się, móc na powrót oddychać spokojnie.

Coś nim szarpnęło tak brutalnie, że poczuł się, jakby był rozrywany na poły i niecałą sekundę później dyszał już ciężko na podłodze kwater Severusa Snape'a, wpatrując się rozszerzonymi nienaturalnie, oczami w bardzo wściekłego mężczyznę, leżącego na jego piersi, podnoszącego się powoli na nieznacznie drżących ramionach; czerń jego oczu przybrała na intensywności i zabłysła żądzą mordu, kiedy ich spojrzenia się spotkały.

Snape złapał go za przód szaty; Harry poczuł, jak magia mężczyzny opada na niego jak ciężka, czarna kurtyna. Został siłą pociągnięty na nogi i uwięziony szczelnie pomiędzy twardą ścianą a napierającym na niego ciałem rozjuszonego jak burza z piorunami Snape'a.

— Jak śmiesz atakować mnie na moim własnym, osobistym terytorium, Potter? — wyszeptał mężczyzna (jego głos przywodził Harry'emu na myśl płynną błyskawicę, z celnością wylewającą się na jego twarz, parzącą skórę i kości).

Dłoń mężczyzny wystrzeliła ku niemu i zakleszczyła się na jego brodzie, szarpnięciem sprowadzając spojrzenie Harry'ego na jego rozognione oczy.

Patrz na mnie — wysyczał Snape, brzmiąc, jakby miał nadzieję, że sam jego głos zada Harry'emu ból. Zielone, rozszerzone do nienaturalnych rozmiarów oczy spotkały się z czarnymi. Snape obnażył zęby niczym drapieżnik gotów do rozszarpania ofiary na strzępy. — Czy ty chociaż — zapytał czarnooki aksamitnym głosem, który sprawił, że salwa dreszczy przemknęła w dół kręgosłupa Harry'ego jak prąd — w minimalnym stopniu zdajesz sobie sprawę z tego, co właśnie zrobiłeś?

Zieleń zabłysła jak pochodnia, kąciki ust Harry'ego drgnęły w lodowatym uśmiechu.

— Nie — wysyczał — ale chętnie się dowiem.

Snape odetchnął głęboko, jakby całą siłą woli starał się kontrolować własne emocje, ale jego zrównoważenie przeciekało mu przez palce jak płynna czekolada.

— No tak — powiedział starszy czarodziej, jego oczy zabłysły jak dwa punkty jarzące się pośród ciemności, jego głos był złudnie miękki, jakby samymi jego nutami gładził go po policzku — tylko ty, impertynencki dzieciaku, masz w sobie tyle tupetu, że potrafisz wtargnąć brutalnie w cudzy umysł i panoszyć się po nim, nie rozumiejąc nawet znaczenia, siły i intensywności tego, co w nim robisz.

Magia mężczyzny buzowała wokół nich niczym żywe, tętniące serce.

— Wiesz, Potter — zagaił jedwabistym głosem Snape (Harry poczuł, jak ten głos wlewa się w każdą, najdrobniejszą komórkę jego ciała, która zaczyna drżeć jak pod wpływem impulsów elektrycznych) — Czarny Pan zawsze wolał mentalność od cielesności.

Harry prychnął otwarcie i wypluł z siebie zażarcie:

— Patrząc na jego zamiłowanie do Cruciatusów, to raczej mało prawdopodobne.

Obsydianowe oczy Snape'a pochłonęły go z taką intensywnością, że musiał na moment zagryźć zęby, aby nie uciec spojrzeniem.

Ból jest wytworem naszego umysłu, Potter — odparł cicho Snape. — Zawsze nim był. To reakcja obronna organizmu ludzkiego na doznaną krzywdę. — Mężczyzna zamilkł na moment, przyglądając się jego oczom z jakimś dziwnym, nieprzeniknionym wyrazem; te ciemne jak noc spojrzenie było niemalże namacalne i leżało jak kamień na jego źrenicach. — Czarny Pan, swego czasu, potrafił w podobny sposób, w jaki zrobiłeś to ty chwilę temu, dokonywać gwałtu na swoich ofiarach. Nie lubił babrać się ze swoim łupem. Jeśli pragnął kogoś złamać, wolał to zrobić na wielowymiarowej płaszczyźnie jego umysłu i czynił to niemalże bliźniaczo do tego, w jaki sposób uczyniłeś to ty, niesamowite, prawda, Potter? — Harry miał nieodparte wrażenie, że powietrze wokół nich gęstnieje. — Włamywał się do głów czarodziejów i tak jak ty dotykał tego, czego dotykać nie powinien.

Harry zastanawiał się, czy jeśli do określonego stopnia uda mu się rozdrażnić węża, to ten (nareszcie, nareszcie) rzuci się na niego, szczerząc rząd jadowych kłów i przyniesie mu ukojenie, którego tak bardzo potrzebował.

Nie przeciągnij struny — zakołatało mu o czaszkę — przecież nie chcesz, żeby cię wyrzucił. Chcesz, żeby zadał ci ból.

Ból jest wytworem umysłu — wyszeptał głos Snape'a gdzieś na tyłach jego podświadomości; Harry poczuł, jak oddycha coraz płycej.

— Wiesz, na czym polegał nasz problem, kiedy próbowałeś wbić mi do głowy Oklumencję, a ja byłem tak oporny, aby ją przyswoić? Teoretyzowanie, Snape. Rzucałeś we mnie pojęciami, które słyszałem po raz pierwszy w życiu, kazałeś mi uczynić coś, czego ja nie potrafiłem sobie nawet wyobrazić, a co dopiero się do tego zastosować. Oczyścić umysł? Raczej go wyklarować. W tamtych dniach myślałem, że każesz mi przestać myśleć, przestać odczuwać. Sam musiałem dojść do tego, że Oklumencja nie polega na robieniu z siebie pustej skorupy bez serca i mózgu, że można lepić w ludzkiej głowie jak w plastelinie, budować konstrukcje stworzone z wyobraźni, umacniać je i izolować. Więc może przestań wreszcie rzucać we mnie hasłami i pokaż mi, co masz na myśli. Ból jest wytworem umysłu, czy tak? To kolejne puste zdanie w stylu: „oczyść umysł", które nic nie znaczy, niczego nie dowodzi, niczego nie tłumaczy. Wobec tego proszę bardzo, droga wolna, umysł otwarty, odpłać mi się teraz za ten mentalny gwałt, jak ty to określiłeś. Ponownie odpowiadając na twoje pytanie: nie, Snape, nawet w najmniejszym stopniu nie potrafię pojąć, co tak naprawdę ci zrobiłem. Nie, nie rozumiem, co masz na myśli, kiedy mówisz, że Riddle wolał mentalność od cielesności. Tak, wiem, że czarodziej może skrzywdzić posługując się Legilimencją, tak wiem, że umysł ludzki jest zdolny do wielkich rzeczy, ale wiedzieć to, a zrozumieć to zupełnie dwie, różne kwestie.

Snape wciąż przytwierdzał go do ściany, a Harry nawet nie próbował się wyrwać. Czuł żelazny uścisk na własnych nadgarstkach uwięzionych nad głową i być może w innej sytuacji, w innym czasie przeraziłoby go ewidentne górowanie nad nim tego mężczyzny, którego kolorem była czerń, ale jego ciało aż skręcało się z potrzeby, chciał zostać zraniony, skompromitowany, narażony na wstyd - to właśnie powinno być jego karą, jego karą za to, że ponownie ktoś musiał umrzeć, aby on wspiął się na wyżyny sukcesu.

Wyglądał trochę jak pomnik z kamienia - ten drapieżnik ze spuszczoną smyczą (nieruchomy jak gipsowy odlew pośmiertny, z nieczytelnym spojrzeniem wbitym w jego oczy) — przywodzi trochę na myśl człowieka po petryfikacji — przemknęło Harry'emu przez myśl — gdyby nie ta falująca klatka piersiowa.

Kiedy Snape się poruszył, Harry przez moment nie był w stanie myśleć trzeźwo.

Każdy ruch wykonywał powoli i leniwie, jakby doskonale wiedział, że nie istnieje taka siła, która byłaby w stanie go powstrzymać.

Przytrzymał jego nadgarstki jedną ręką, a drugą odgarnął kilka kosmyków, wpadających do zielonych oczu (po uprzedniej gwałtowności ten delikatny ruch zasiał ziarno niepokoju w umyśle Harry'ego). Jego kolano bez ceregieli rozkopało sobie miejsce pomiędzy jego udami i oparło się o ścianę, napinając materiał szaty młodszego czarodzieja niczym płachtę torreadora. Serce Harry'ego zabiło z przerażenia, kiedy ta bestia powstała z mroku przystawiła usta do jego ucha i powiedziała głębokim, cichym głosem, który sprawił, że zimny pot uderzył w plecy Harry'ego jak nawałnica:

— Nie wiesz, kim jestem i nie wiesz, do czego jestem zdolny. Mówiłem ci już, dziecko: ja rozumiem, czego pragniesz, rozumiem, czego potrzebujesz i wiem, że nikt inny, poza mną, nie może ci tego dać.

Snape przesunął leniwie paznokciami po jego szyi i przystawił opuszki do jego migoczącego w zagłębieniu gardła pulsu, który przyspieszał tym bardziej, im dłużej te długie, ciepłe palce badały jego rytm.

— Mówisz, żebym cię zranił, a nawet nie potrafisz sobie wyobrazić, na jak wiele sposobów byłbym w stanie to uczynić — mówił zapamiętale Snape. — Wyzwalasz demona, Potter, i oddajesz mu się dobrowolnie, masz tego świadomość? Czy wiesz, że jeżeli przyjmę twoją propozycję, co, uwierz mi, jest niesamowicie kuszące, byłbym w stanie sprawić, że znienawidzisz samego siebie, byłbym w stanie sprawić, że będziesz dla mnie krzyczał, Potter, dla mnie, rozumiesz? Byłbym w stanie sprawić, że wyzwolenie, którego tak bardzo pragniesz, stanie się udręką, z której będziesz chciał uciec, wyrwać się jej, choćbyś się miał zapaść pod ziemię.

Harry zamknął oczy, licząc w myślach do trzech, a kiedy to nie pomogło, doliczył do sześciu, a potem do dziewięciu. Odetchnął głęboko.

— Cóż, zasłużyłem sobie, prawda? — wyszeptał, bojąc się, że zbyt wiele emocji wyleje się z jego ust, jeśli wypowie te słowa głośniej.

Przez moment pomiędzy nimi zapadła cisza dzwoniąca w uszach jak organy.

Spiął się nieznacznie, kiedy poczuł długie palce spoczywające na jego policzku.

— Otwórz oczy, dziecko, i spójrz na mnie — zażądał Snape; w jego głos wkradły się jakieś niepojęte dla Harry'ego, łagodne nuty.

Powieki uchylał powoli. Czarne oczy czekały na niego, przyciągając jego spojrzenie jak magnes, elektryzując i spopielając go jednocześnie.

Snape przesunął spojrzeniem po jego napiętej twarzy, bezwiednie - jak zdawało się Harry'emu - gładząc opuszkami jego kość policzkową.

— Po to właśnie do mnie przyszedłeś, prawda? — zapytał takim tonem, jakby omawiali najbardziej oczywistą rzecz pod słońcem. — Po ból?

Przecież wiesz — chciał powiedzieć Harry, ale miał wrażenie, że coś silnego ściska go w gardle; utkwił wzrok w oczach Snape'a, wierząc, że wyciągnie on prawdę z jego palącej, przemęczonej głowy.

Mężczyzna pochylił czoło, pod jego oczami rozpostarła się drobna sieć zmarszczek, jego brwi zjechały się delikatnie ku sobie.

— Kiedy tu wchodziłeś, zarzekałeś się, że jesteś pewien, że cię nie skrzywdzę — zauważył przytomnie Snape, na co Harry nie powstrzymał wzruszenia ramionami.

— Nie skrzywdziłbyś mnie — odpowiedział cicho, oblizując wargi — gdybym sobie na to nie zasłużył.

— I to właśnie chciałeś zrobić? — Snape przechylił nieznacznie głowę, jakby się nad czymś zastanawiał. — Zasłużyć sobie na ból?

— Próbowałem cię sprowokować — sprecyzował Harry, gryząc nerwowo wnętrze dolnej wargi — przecież sam zauważyłeś.

Harry naprawdę bardzo nie lubił ciszy, a już na pewno nie lubił ciszy, którą był zmuszony dzielić z drugą osobą. Fakt, że tą osobą był właśnie Snape, wcale mu nie pomagał.

Milczenie czarnookiego mężczyzny przeciągało się jak czas pomiędzy dwoma, uczelnianymi egzaminami i miało w sobie coś takiego, co sprawiało, że Harry zaczął oddychać zgęstniałym powietrzem.

Czerń oczu Snape'a odbijała mgliste, ruchome refleksy światła padającego z rozpalonych w kominku drew, a Harry mógł dostrzec pośród nich odzwierciedlenie własnych oczu - zapętlona smuga zieleni (nieco ciemniejsza, niż ta, którą widział, gdy spoglądał w lustro), wyglądająca jak płynna tafla jeziora, po której biegają rozłożyste fale.

Mężczyzna powoli wypuścił go z potrzasku, a Harry był tym ruchem tak zaskoczony, że nawet nie zaprotestował (później będzie się za to przeklinał - pośród ciemności nocnych - wdzierał w poduszkę swój zduszony krzyk, mówiący: „zabierzcie to wszystko, wyrwijcie emocje, wyprujcie mi żyły, nie chcę tego czuć, nie chcę, nie chcę" — trochę jak rozkapryszone dziecko). Przeszedł przez pokój, podczas gdy Harry ostrożnie wypróbowywał mięśnie własnych nóg - najpierw lewej, potem prawej, potem znów przestąpił na lewą - czepiając się palcami ściany jak wędrujący niedaleko, przykryty cieniami pająk, sunący po nagrzewających się od ognia, kominkowych płytach.

Snape usiadł na wysłużonej kanapie, której materac zapadł się nieznacznie pod jego ciężarem, i zapatrzył się w płomienie wzrokiem, który zdawał się oddalony całe mile od tego kominka, od tego pomieszczenia, od tego zamku narażonego na szkockie wiatry.

— Wiesz, Potter — powiedział bardzo cicho, splatając palce na kolanach; jego czarna szata ułożyła się w drobne fale i bez względu na to, jak mocno Harry wysilał swój zmęczony umysł, za każdym razem zdawała się układać inaczej, jakby jakieś cwane chochliki targały ją swoimi małymi rączkami, wyczarowując w niej różne plątaniny wzorów, figur i bezładu — kiedyś, dawno temu, gdy pierwszy raz wstąpiłem do służby Czarnego Pana — kontynuował spokojnym głosem, a jego słowa sprawiły, że kręgosłup Harry'ego zesztywniał, jakby Czarna Magia uwiązała go do jakiegoś sztywnego, metalowego pręta, tworząc przy nim pętle i supły nachodzące jedno na drugie — na wszystko trzeba było sobie zasłużyć. Poza bólem — mówił dalej Snape jego twarz przypominała wyrytą na wieczność w jednej pozie maskę z porcelany. — Ten był rozdawany za darmo. Czarny Pan częstował nim każdego - czy to wroga, czy sprzymierzeńca - prawie od niechcenia, jakby rozdawał bony loteryjne, pojmujesz? Jakby rzucał chustę w tłum i kto złapie, ten jego. Problem w tym, że nikt nie chciał jej łapać. W każdym razie nikt przy zdrowych zmysłach, nikt, kto wciąż zachował umysł funkcjonujący poprawnie.

Harry przestąpił kilka kroków, jak kot wyciągając szyję ku ciepłu kominkowemu; oparł się plecami o podłużne, czerwone cegły, których kanty naciskały nieznacznie na jego skórę - Harry wiedział, że będzie miał czerwone ślady na plecach, wiedział o tym, ale nie poruszył się, wpatrując się w tę ziemistą twarz, której czoło przeciął szereg krzywych zmarszczek.

— Jak ty to zrobiłeś, Potter? Zniszczyłeś duszę, która i tak była już zniszczona, a sądziłem, że nie da się spalić ognia. — Snape zamilkł na moment; kominkowe płomienie odbijały się w jego czarnych oczach. — Wiesz jakie to uczucie? Całkowicie dobrowolnie należeć do kogoś, do kogo nie chce się należeć? To jak naciąganie na dłoń rękawiczki, która jest za mała, ale musi zostać założona, musi zostać nasunięta na palce do granic możliwości jak druga skóra, której nie możesz zrzucić, choćbyś chciał.

Czuł ciężar osiadły na jego oddechu, który w jakimś dziwnym rytmie kursował po jego ciele i zastanawiał się, czy nie wyjść z pomieszczenia, czy nie odwrócić się i nie zatkać uszu i powiedzieć: „Nie mogę tego słuchać!", ale w głębi duszy chciał to usłyszeć - odezwała się jego druga natura o imieniu ciekawość i nadstawiła uszu jak lis skryty za oszronionymi, nagimi gałęziami drzewa liściastego.

— Byliśmy bogami, wiesz Potter? Byliśmy bogami wobec zwykłych śmiertelników, wobec tych psów, tych śmieci - mugoli, a fakt, że potrzebowaliśmy przewodnika, że potrzebowaliśmy wodza, był tak naturalny, jak oddychanie. Nie zdążyłem dobrze zdać egzaminów końcowo-rocznych, a już dobiegły mnie słuchy o potężnym, mrocznym czarodzieju, gotowym sprawić, że ten świat stanie się lepszy dla tych, którzy na to zasługują. Chodziły plotki - plątały się po korytarzach Hogwartu jak duchy - że tytułujący się Lordem, wielki czarodziej obiecuje możliwość wyzwolenia swego prawdziwego oblicza, przysięga zemstę wobec tych, którzy na zemstę zasługują, obiecuje wskazać drogę ku potędze i chwale i oprószyć nimi czoła tych, którzy na nią zapracują. „Zemsta" brzmiała słodko dla mojej rozgoryczonej duszy. Gdybym mógł skierować różdżkę przeciw tym, którzy kiedykolwiek sądzili, że mogą być lepsi ode mnie, gdybym miał szansę odegrać się na każdym, przez którego poczułem się kimś gorszym - gdybym miał taką możliwość, choć raz, czy to nie byłoby wspaniałe, pomyśl tylko, czy to nie byłoby kojące, że ktoś - jakiś niezrównany, wielki czarodziej - pozwala mi udowodnić przed sobą moją wartość, moją siłę, moją magię, która już wtedy buzowała pod moją skórą, błagając o uwolnienie? Czy to nie byłoby fascynujące przeżycie - pozwolić jej ożyć, wydostać się na powierzchnię? — Oczy Snape'a migotały jak kamienie szlachetne i Harry, jakkolwiek mocno by nie próbował, nie był w stanie oderwać od nich własnego wzroku. — I nikt nie zastanawiał się, czy to słuszne, że niepowodzenie karane jest bólem, nikomu nawet przez myśl nie przeszło, że cokolwiek, co uczyni ten niezwykły czarnoksiężnik, mogło okazać się bezpodstawne. Mój ojciec - głupi mugol i nędzny pijak - potrafił lać moją matkę bez opamiętania za najdrobniejsze przewinienie, wiesz Potter? Dorastałem wśród bólu, uodporniłem się na niego, nie był on dla mnie tak wielkim szokiem, jak dla czarodziejów z rodzin Czystej Krwi. Cierpienie w formie kary? Być może tak właśnie powinno być? Tak wówczas myślałem, taki kształt obierały moje spostrzeżenia. — Snape, raczej bezwiednie, przeczesał długimi palcami pasmo smoliście czarnych włosów. — Wtedy jeszcze nie znaczyłem tam wiele, wiesz, Potter? Byłem taką szarą myszą z zazdrością spoglądającą na te posągi ideału z Wewnętrznego Kręgu, myślałem o nich jak o takich osobistych demonach Czarnego Pana i wyobrażałem sobie, że pewnego dnia ja także stanę się jednym z nich. Przyrzekałem sobie, że będę ku temu dążył, że jestem na tyle potężny, aby dosięgnąć tych piedestałów. Wiedziałem jednak, że na podobne zaszczyty należy sobie najpierw zasłużyć. Czas biegł do przodu, a na wyżyny wdrapywali się jedynie ci, których ojcowie sięgnęli tam już dawno - ojcowie promujący własnych synów u stóp Czarnego Pana, przedstawiający ich, uwypuklający ich zalety i przemilczający wady. Bałem się, dasz wiarę? Naprawdę się bałem - że okażę się niewystarczający, za mało przydatny, że zostanę w drugim rzędzie, przyćmiony blaskiem tych czystokrwistych pawi wygrzewających się przy blasku swego własnego, napompowanego ego. Próbowałem się wybić. Klęczałem w gdzieś w trzecich, czwartych czy nawet piętnastych kręgach Czarnego Pana i byłem świadomy tego, że byłbym skory uczynić wszystko, aby przesunąć się bliżej, bliżej, jeszcze bliżej jego. Była w nim jakaś moc, jakaś siła, która odbierała nawet najzdolniejszemu mówcy umiejętność poprawnego, składnego myślenia, a co dopiero wysławiania się. — Snape odetchnął głęboko, jego oczy powoli przesunęły się na twarz obserwującego go Harry'ego, obawiającego się choćby oddychać za głośno, aby nie spłoszyć słów, które padały między nimi. — Niedługo potem pojawiła się sposobność do zabłyśnięcia — powiedział cicho mężczyzna, ledwo poruszając przy tym wargami — te słowa do wykorzystania — jego wzrok przeskoczył pomiędzy źrenicami Harry'ego z intensywnością, która mogłaby spopielić duszę — ta przepowiednia, którą ta stara, głupia wieszczka włożyła mi w dłonie jak dar. Ona nigdy się nie dowiedziała, że to dzięki niej zostałem popchnięty na falach sukcesu prosto w najbliższe otoczenie Czarnego Pana. Nagle znalazłem się tak blisko, jak zawsze pragnąłem być, znalazłem się w miejscu, o jakim marzyłem od momentu wstąpienia w czarne szeregi i pławiłem się w tym, w moim wielkim, rozkosznym triumfie.

Harry, który do tej pory słuchał uważnie, poruszył się w niezdecydowaniu, by po chwili przełamać się i zbliżyć się powoli do Snape'a - trochę jak niepewne swego, ostrożne zwierzę, gotowe w każdej chwili rzucić się do ucieczki.

— Posłuchaj mnie przez moment — poprosił Harry, a jego głos zabrzmiał dużo słabiej, niż to sobie wyobrażał. Uklęknął przy przetartej kanapie na starym, a wciąż zadziwiająco miękkim dywanie, wyciągając powoli, dosyć niepewnie dłonie ku bladym rękom drugiego czarodzieja; Snape, bez najmniejszego zawahania, podał mu prawą dłoń, na której powoli domknęły się palce obu rąk Harry'ego - trochę jak płatki kwiatu wokół kropli rosy. — Znam tę historię.

Snape uśmiechnął się bez rozbawienia, jego oczy były puste, kiedy spoglądały prosto w jego własne.

— Masz jako takie pojęcie o jej wstępie i zakończeniu — odrzekł cicho mężczyzna. — Zapewniam cię, że nie potrafisz sobie nawet wyobrazić rozwinięcia.

Harry zmarszczył czoło - brzydkie pasma przecięły bliznę w kształcie błyskawicy.

— Jeśli sądzisz, że nie wiem, do czego zdolny był Voldemort i jego Śmiercio...

Snape pochylił się nad nim tak gwałtownie, że Harry uciął w połowie własne słowa; był niemal pewien, że blada dłoń mężczyzny zaciśnie się boleśnie na jego własnej, sprowadzając go do pionu - tak się nie stało.

— W tym właśnie rzecz, Potter, że nie wiesz. Myślisz, że jesteś w stanie cokolwiek zrozumieć, bo odczułeś Cruciatusa Czarnego Pana na własnej skórze, ale to nie działa w ten sposób. Masz pstro w tej swojej małej, głupiej głowie i udowadniasz to na każdym kroku - chociażby prosząc mnie, cofnij: żądając ode mnie, abym sprowadził do ciebie byłych Śmierciożerców, chcąc, by pomogli ci oni w twojej genialnej akcji wyzwoleńczej. Kiedy przekazuję ci istotne informacje, ty, kretynie jeden, nawet nie starasz się ich zrozumieć i docenić ich wagę. Przychodzisz tutaj do mnie, próbując zasłużyć sobie na ból, nie mając pojęcia, do czego jestem zdolny, czym pławiłem się w przeszłości i w czym maczałem palce.

Harry czuł, jak irytacja rośnie stopniowo w jego ciele - jak wzbierający wulkan, mający prawo wybuchnąć w każdej chwili.

Mający prawo.

— Byłem połączony umysłem z Voldemortem, Snape! — ryknął; czara się przelała.

Oczy Snape'a zwęziły się niebezpiecznie.

— Nie wymawiaj...

— Siedziałem mu w głowie albo on siedział w mojej, a może robiliśmy to sobie nawzajem jak jacyś niewyżyci dementorzy! — Nie obchodziło go, że przerwał Snape'owi, nie obchodziło go, że te czarne oczy zapłonęły jak stal, nie obchodziło go nawet to, że paznokcie mężczyzny wbiły się w jego dłoń jak noże. — Widziałem ludzkie cierpienie każdej, pierniczonej nocy, odkąd on powstał zza grobu, oglądałem to wszystko jego oczami, całonocne sesje, które urządzał dla własnego pragnienia. Obserwowałem matki, bezskutecznie starające się uratować swoje dzieci, widziałem ich drobne ciałka potraktowane przedłużającymi się klątwami duszącymi i kobiety białe jak naga kość, starające się oddać im własny oddech, do samego końca wtłaczając powietrze do ich nabrzmiałych, małych, purpurowych ciałek. Byłem świadkiem popadania przez ludzi w obłęd po zbyt długim przetrzymywaniu ich pod Cruciatusem, patrzyłem, jak biją głową w ścianę, zamieniając własne czoła w krwawe miazgi ściekające po tynku, wzbierające w szczelinach podłóg. Przyglądałem się wygłodzonym, wyziębionym ludziom szamoczącym się pod nożami rozcinającymi ich, jakby byli zwykłym bydłem i czułem smród jelit wylewających się z ich pociętych jak kawałek brudnego materiału ciał. Patrzyłem w oczy umierającym ludziom, błagającym o to, aby ich dobić, zwijającym się z bólu, wykrzywiającym własne twarze w tak abstrakcyjnych wyrazach, że gdybym nie był tego świadkiem, w życiu nie pomyślałbym, że coś takiego może w ogóle wypłynąć z ludzkiej mimiki. Patrzyłem na córki gwałcone w obecności swych matek i widziałem mężczyzn, którym Legilimencja rozrywała umysł jak układankę z puzzli. Widziałem rzeki łez i kałuże krwi rozlewające się na zimnej ziemi, słyszałem krzyki niepodobne do żadnych ludzkich odgłosów i podobało mi się to, Snape. Podobało mi się, bo i jemu się podobało. Ktoś wił się w swojej własnej krwi, pocie i wymiocinach, a ja rozpływałem się w ekstazie, która nawet nie należała do mnie! Rozumiesz, Snape? Fascynowało mnie patrzenie na to wszystko, ponieważ dopóki istniałem wewnątrz jego umysłu, jego emocje były moimi emocjami, a ta makabra trwała i trwała, i trwała, i trwała jak przedłużający się koszmar albo piękny sen, jeśli spojrzeć na to wszystko z jego punktu widzenia, i jedyne co mogłem robić, to wyrywać się i szarpać, i błagać, żeby to wszystko się już skończyło, doskonale wiedząc, że Voldemort mnie nie puści, że przytrzyma mnie tam tak długo, póki nie uda mi się wreszcie wyszarpać z jego obłapiających mnie, mentalnych sideł, a i wtedy te wszystkie wspomnienia pozostaną, nawet po przebudzeniu — mówił coraz ciszej, wpatrując się niewidzącym wzrokiem gdzieś w przestrzeń, czując, jak bardzo zdrętwiałe są jego wargi i dłonie, i szczęka. — Więc — wyszeptał, spuszczając wzrok na własne palce oplecione szczelnie wokół ciepłych dłoni czarnookiego — nie mów mi, Snape, że nie wiem, do czego potrafisz się posunąć, ponieważ gdzieś za tymi maskami białymi jak kość słoniowa kryła się także twoja twarz.

Mężczyzna patrzył na niego mrocznymi jak jego dusza oczami, zastygły niczym gipsowy odlew pośmiertny - Harry czuł je wyraźnie - na swoich policzkach, na własnych powiekach, na ukrytej pod opuszczonym podbródkiem szyi.

— I mimo wszystko — powiedział w końcu tak cicho, że zielonooki prawie przegapił jego słowa — przyszedłeś z tą swoją masochistyczną potrzebą cierpienia do mnie.

Harry powstrzymał cisnący mu się na usta, gorzki uśmiech i odparł, zaczerpując głęboko tchu jak przed skokiem na głęboką wodę:

— Do kogo innego miałbym się z tym udać?

Snape zamknął oczy. Było coś takiego na jego twarzy, co kazało Harry'emu milczeć i czekać cierpliwie na głos, który opowie mu o bólu i jego obliczach.

Czarnooki oddychał tak, jakby wypróbowywał własne gardło, własne płuca, jakby robił to po raz pierwszy i nie był jeszcze do końca pewien, jak smakuje prawdziwe życie. Wyciągnął rękę z dłoni Harry'ego i sięgnął jego twarzy - zrobił to na oślep, a Harry, wstrzymując powietrze, mając wrażenie, że coś w jego piersi ściska się boleśnie, pozwolił mu przybliżyć dłoń do swojej skóry.

— Dziecko — westchnął Snape; opuszki jego palców zaczęły znaczyć kręte ścieżki po jego twarzy - po czole, kościach policzkowych, podbródku, skroniach. — Wiesz, kiedyś, dawno temu, kiedy Czarny Pan odszedł ugodzony zaklęciem, które się od ciebie odbiło, wydawało mi się, że moje życie dobiegło końca, że ucięło się jak niedokończony film mugolskiego kina. — Snape zmarszczył brwi, odsunął od Harry'ego swoje dłonie i zapatrzył się w przestrzeń, zupełnie, jakby nie dostrzegał otaczającego go świata - nie tak naprawdę. — Nie wiem, co mnie pchało do przodu, ale to, czego wówczas byłem częścią, bardziej było egzystencją niż życiem. Zasypiałem w przydymionych barach w mugolskich dzielnicach, piłem tak długo, aż ucinał mi się film, i tak często, aż żołądek nie zaczął protestować, a wątroba nie przyłączyła się do tej szumnej opozycji. Tonąłem w litrach alkoholu, zupełnie nie zważając na jego jakość, potrafiłem żłopać obrzydliwe, ruskie sikacze, jakby były cudownymi eliksirami, mogącymi uzdrowić mnie z poczucia winy, ze wszystkiego, co rozrywało moją brudną, popielatą duszę, a potem sterczałem trzy czwarte dnia nad muszlami klozetowymi w tanich pensjonatach, w których kołdra była nie grubsza od firanki i śmierdziała naftaliną i czymś jeszcze, czego pochodzenia wolałem nie analizować. Tłukłem się po starych ulicach, wydając resztkę moich szczupłych oszczędności na jedzenie smakujące jak papier i wódkę tak okropną, że aż wykręcało od niej od środka i miało się ochotę wypluwać na chodnik jej posmak zostający na języku jak klej. Potem odsiadywałem na kacu w jednej z małych, tanich kawiarenek licznie obsiewających ulicę Pokątną - zawsze w tej samej, zawsze zamawiając podwójne espresso średniej jakości, mając nadzieję, że taka dawka kofeiny rozproszy mętne szumy wewnątrz mojej czaszki, które alkohol pozostawiał po sobie w spadku. — Twarz czarnookiego czarodzieja nie wyrażała absolutnie niczego, choć oczy Harry'ego błądziły po niej uparcie, starając się doszukać przebłysków emocji, które w tamtych dniach pożerały wielki umysł Mistrza Eliksirów. — Tam właśnie ją spotkałem. Była kelnerką, wiesz? Po kilku pierwszych wizytach przestała pytać o to, co podać - patrzyła z tym głupkowatym uśmiechem, który ostatnio zdaje się coraz częściej gościć na ustach Katriny, jak siadam w najgłębszym kącie sali. Musiała się przyglądać temu, jak opierałem tą durną, ciążącą głowę o własne dłonie, bo kiedy przynosiła mi espresso do stolika, rzucała mi wszechwiedzące spojrzenie, które doprowadzało mnie do szwedzkiej pasji, a przecież nie wiedziała, nie mogła wiedzieć co... — urwał, oblizując - raczej bezwiednie - dolną wargę. Jego obsydianowe oczy zmrużyły się nieznacznie, jakby obserwował przebieg jakiegoś szumnego wydarzenia, niedostępnego oczom Harry'ego. — Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko.


-VVV-


Deszcz zacinał z ukosa, uderzając wielkimi kroplami o umazane tłustymi śladami czyichś palców szyby niewielkiej kawiarni, po której rozchodziła się - przytłumiona zapachem palonej kawy - woń spalonego ciasta.

Severus oddychał głęboko przez usta, przykładając rozpalone czoło do stygnącej już powierzchni filiżanki, starając się uspokoić wzburzony żołądek bez przerwy kurczący się i rozkurczający na nowo, za nic mając pragnienie jego posiadacza, aby nie wypluć za moment całej jego zawartości na klejącą się posadzkę i okrągły, chyboczący się na krótkich nóżkach blat wysłużonego stolika. Dudnienie deszczu brzmiało w jego uszach jak tętent tysiąca kopyt uderzających o bukowaną aleję - miał wrażenie, że jego czaszka płonąca tępym bólem za moment eksploduje jak supernowa.

— Zły tydzień? — zapytał jakiś kobiecy głos nad Severusem; mężczyzna drgnął niespokojnie, instynktownie przeniósł palce w stronę ukrytej w kieszeni różdżki i uniósł rozkojarzony wzrok na uśmiechającą się do niego, młodą kelnerkę, odgarniającą właśnie z twarzy zabłąkane pasmo długich, brązowych włosów.

Nie zauważył, kiedy się do niego zbliżyła - za co przeklinał w myślach i wyzywał się od idiotów - ten świat jest podłym miejscem (Severus wiedział o tym doskonale) i jeżeli wciąż będzie tak mało ostrożny to zmyślny los - był tego pewien - zgotuje mu jeszcze większe piekło, od tego, w które popadł (jeżeli może, przeklęty Merlinie, istnieć coś jeszcze gorszego — pomyślał Severus, przecierając palcami nasadę nosa).

— Zły miesiąc — pomyślał i dopiero po chwili zreflektował się, że powiedział to na głos. Skrzywił się, starając się skupić wzrok na młodej, gładkiej jak porcelana twarzy spoglądającej na niego z góry kobiety - była ładna, w każdym razie na tyle ładna, w jakim stopniu może być ładna kelnerka z uboczy Pokątnej, miała dziewczęcą urodę i rumianą, pociągłą twarz; jej bystre, duże oczy świdrowały go z ciekawością sroki przyczajonej na lśniącą w odblaskach popołudniowych, słonecznych promieni błyskotkę - w niczym nie przypominała mu Lily Evans.

— Poza tym, to nie twoja sprawa — burknął Severus, chwytając swoją zimną kawę i dopijając ją duszkiem, zastanawiając się, czy doprowadzając się do stanu, w którym każdemu ruchowi towarzyszy głuche łupanie w czaszce, a przedmioty stają się plątaniną irytujących barw do czegokolwiek go doprowadzi - czego szuka w tym mętnym alkoholu masowo rozcieńczanym wodą i sprzedawanym za cenę nieadekwatną do jego jakości? Przecież nie cofnie tym własnych błędów, nie wskrzesi przeklętej, rudej Evans, pozwalając jej wrócić do tego wrednego, szarego życia.

— Przychodzisz tutaj często. — Severus dopiero po chwili zorientował się, że ta młoda kelnerka dalej nad nim stoi i co więcej (o najdroższa Morgano), mówi coś do niego.

Severus zazgrzytał zębami i rzucił jej jeden ze swoich odstraszających spojrzeń, które sprawiają, że nawet wyżej postawieni Śmierciożercy schodzą mu z drogi z kwaśnym wyrazem przyszytym do twarzy.

Ta durna kobieta dalej tam stała i - o zgrozo - zdawała się nawet nie dostrzegać złowieszczych spojrzeń Severusa. Był pewny, że nim zdąży mrugnąć powiekami, ucieknie ona jak porażona prądem.

Zamiast tego kelnerka odsunęła przetarte krzesło stojące przy jego stoliku i bezceremonialnie zasiadła naprzeciw Severusa, uśmiechając się zawadiacko.

— Wiesz, przed chwilą skończyłam swoją zmianę — powiedziała, rysując coś w mgiełce kurzu porastającej brzegi blatu i Severus przez moment miał wrażenie, że to runiczne symbole, przez co niewiele brakowało, by zerwał się z miejsca i wszczął gwałtowną ofensywę. — Wynajmuję pokój niedaleko.

Severus popchnął palcem wyszczerbioną filiżankę i doszedł do wniosku, że jeśli kreślone w kurzu znaki faktycznie są runami, to są to runy naprawdę kiepskiej jakości - a co za tym idzie, całkowicie bezużyteczne dla czarodzieja, nawet potężnego.

Kobieta pochyliła się nad stolikiem i Severus zamrugał w zaskoczeniu, gdy jej ręka zaczęła wachlować powietrze tuż przed jego twarzą.

— Halo! — zawołała, szczerząc zęby. — Tutaj Ziemia. Wracaj z orbity.

— Przestań — zasyczał Severus, kiedy jeden z długich (chyba sztucznych - tak oceniając na oko) paznokci zarysował skórę na jego nosie; czarne oczy zmrużyły się mocno, taksując sylwetkę młodej kobiety oceniającym spojrzeniem.

— Jak ci na imię? — zapytała tamta, najwyraźniej zupełnie nieprzejęta wodzącym bezczelnie po jej ciele wzrokiem Severusa.

— S-simon. — Severus ugryzł się w język, zanim wygadał zbyt dużo; jakiś stary barman głośno zaszurał krzesłami, dosuwając je do pustych, stolików i łypiąc w ich kierunku ciekawskim spojrzeniem. Severus nie oszczędził sobie chłodu, gdy łypnął w jego kierunku zza kilku czarnych włosów opadających mu na twarz; jego czaszka ponownie zapłonęła ogniem bólu - Severus miał wrażenie, że ktoś wbija mu długą, naostrzoną igłę prosto w skroń. Czarne oczy ponownie przeskoczyły na siedzącą naprzeciw kobietę, która właśnie - niby przypadkiem - ścisnęła ramionami swoje piersi, opierając się łokciami o stołowy blat, uwydatniając je wyraźnie pod materiałem obcisłej bluzki; Severus zawiesił na moment wzrok na jej głębokim dekolcie.

— Ładne imię, Simon — odezwała się, przygryzając dolną wargę w głupim - jak na rozum Severusa - odruchu (Lily Evans nigdy nie wdzięczyła się w podobny sposób przed chłopcami, a ci i tak się do niej garnęli jak dzikie psy do skupiska kości).

Nagle coś zaskoczyło w przytłumionym kacem umyśle czarnookiego - spojrzał na przygryzaną wargę, a potem na podkreślone piersi i wreszcie zatrzymał spojrzenie na oczach młodej, niebrzydkiej kobiety.

— Pokój? — powtórzył powoli, zaciskając palce na wypitej filiżance, obserwując kobietę zza wpół przymkniętych oczu.

Ta nawet się nie zarumieniła - zamiast tego wyszczerzyła do Severusa zęby jak wygłodniały niedźwiedź.

— No — mruknęła, puszczając mu oczko i odgarniając zabłąkany kosmyk za ucho - co nie zrobiło na Severusie najdrobniejszego wrażenia, choć propozycja nierzucona wprost go zaciekawiła.

— I co z tym pokojem? — Severus za wszelką cenę starał się udawać znudzonego tą rozmową, ale sposób, w jaki kobieta siedząca przed nim zatarła palce, powiedział mu, że średnio mu to wychodzi.

— Jest bardzo mały, Simon — odparła, posyłając Severusowi niewinne spojrzenie.

— Tak? — mruknął, przeskakując spojrzeniem pomiędzy oczami kobiety, która zaczęła się wachlować rzęsami.

— No — powtórzyła. — Zaledwie kuchnia, łazienka i sypialnia. Bardzo mała sypialnia. Ledwo wcisnęłam w niej szafę, bo moim priorytetem było wygodne, duże, miękkie łóżko.

— Łóżko? — powtórzył bezwiednie Severus i pomyślał, że naprawdę powinien się stąd ewakuować - Mroczny Znak na przedramieniu zaciążył mu jak głaz.

Czarny Pan odszedł — zadzwonił mu w uszach głos Albusa Dumbledore'a. — Lily i James zaufali nie temu czarodziejowi, co trzeba — podążyły za nim irytująco spokojne słowa starego dyrektora i Severus musiał wbić sobie paznokcie we wnętrza dłoni, aby nie zawyć z bólu i tłumionej wściekłości. Naprawdę, naprawdę mocno potrzebował się na czymś wyżyć.

Albo na kimś — podszeptywał mu nieznośny głosik na tyłach jego umysłu.

— Gdzie ten pokój? — wypadło z ust Severusa, zanim zdołał przyhamować własne myśli.

Kobieta uśmiechnęła się w taki sposób, jakby nic na tym nędznym świecie nie było w stanie jej zaskoczyć i wstała, odgarniając włosy z twarzy.

— Tuż za rogiem, zaledwie kilka ulic dalej — oznajmiła, uśmiechając się z absurdalnym rozanieleniem. — Jeśli poczekasz momencik, to skoczę tylko po płaszcz i możemy wychodzić. Jestem pewna, że spodoba ci się mój gramofon.

Zanim Severus zdołał powiedzieć coś więcej, kobieta zniknęła w pomieszczeniu służbowym, zostawiając lekko oniemiałego mężczyznę przy okrągłym, przetartym stoliku z zimną filiżanką po wyżłopanym espresso.


-VVV-


— Rzuciłem się na nią, jakby to ona była winna wszystkim moim życiowym pomyłkom — powiedział Snape, wzruszając ramionami i posyłając Harry'emu przeciągłe spojrzenie. — Chciałem się wyżyć, pozbyć myśli o winie, a potem nie odwracając się za siebie odsunąć się i zapomnieć o jej istnieniu. — Snape przetarł palcami nasadę nosa. — Wróciła do mnie w drugim trymestrze ciąży. Nazwała idiotą i zarzuciła, że to ja powinienem pamiętać o zaklęciu antykoncepcyjnym. Zażądała alimentów. Kłóciliśmy się o to dziecko bardzo długo, wiesz, Potter? Kazałem jej usunąć ciążę, ale ona szła w zaparte, mówiła, że to ona jest matką i do niej należy decyzja. Kiedy urodziła się Katrina, nie wiedziałem, co mam robić, byłem zdezorientowany, naprawdę, naprawdę mocno zdezorientowany. I zaniepokojony. Bądź na służbie u bezwzględnego Lorda, pragnącego bezdyskusyjnego posłuchu i z zachwytem spoglądaj mu w twarz, a potem kul się ze strachu na wieść o małym dziecku, które przecież nie podniesie na ciebie różdżki i nie wyrządzi nieuleczalnych szkód. Absurd. Totalny absurd.

Harry milczał, wpatrując się w patrzącego w sobie tylko znanym kierunku Snape'a.

— A teraz — powiedział powoli czarnooki czarodziej, marszcząc czoło tak bardzo, że jego skórę obsiadła siateczka zmarszczek dodająca mu lat — nie wyobrażam sobie mojego życia bez niej. Nie wyobrażam sobie... — zamyślił się.

Zielonooki przygryzł wargę i odetchnął głęboko, zanim odważył się zapytać:

— To dlatego mi pomogłeś? Bo ona tego właśnie by chciała? Katrina?

Spojrzenie mężczyzny się wyklarowało, kiedy spoglądał na Harry'ego, przechylając lekko głowę.

— Jesteś mi winien dług — powiedział cicho, jakby w ogóle nie usłyszał pytania albo jakby ono wcale nie padło; czarne oczy zabłysły jak latarnie morskie na środku oceanu.

Harry spuścił wzrok.

— To nie była odpowiedź — mruknął, czując, jak lekkie zmierzwienie dotyka strun jego nerwów jak macki ośmiornicy bądź Wielkiej Kałamarnicy, po czym machnął ręką, krzywiąc się nieznaczenie. — Tak, tak, wiem. Nie jesteś zobligowany do dawania mi jakichkolwiek odpowiedzi, nieprawdaż?

— Zgadza się — odparł Snape; Harry miał wrażenie, że w jego głos wkradły się nuty rozbawienia, ale kiedy uniósł na niego wzrok, nie dostrzegł po nim śladu na jego ziemistej twarzy.

Zielonooki, młodszy czarodziej nie powstrzymał ciężkiego westchnienia.

— Zupełnie cię nie rozumiem — mruknął pod nosem, czując, jak jego umysł wykonuje fikołka za fikołkiem, ani myśląc zdecydować się na mały zastój. — Więc — podjął po krótkiej chwili, nie opuszczając wzroku — co chciałbyś w zamian za pomoc, którą od ciebie otrzymałem?

Snape - ten demon mroku okuty w ludzką twarz - uśmiechnął się wilczym uśmiechem.