.

Dodatek

Hula wiatr po ulicy miłość

.

Targały nim sprzeczne emocje - od przeszło godziny siedział w bezruchu pośród plątaniny korzeni wystających z zamarzniętej, twardej ziemi, wpatrując się w usypane niedaleko kretowisko, po którym bez ceregieli co jakiś czas przesuwały się ruchome dywany jesiennych liści poruszanych chłodnymi powiewami.

Wspomnienia zalewały jego umysł jak tsunami - mówią, że tak się czasami dzieje w momencie, w którym życie wycieka człowiekowi przez palce.

Nie rozmawiał z nią od prawie roku - tęsknił za jej dłonią przeczesującą mu włosy, od czego zawsze tak bardzo się uchylał, wspominał jej westchnienia, kiedy mówiła: „Wiesz co? Wolę, kiedy nie układasz grzywki na żel", tęsknił za nią poprzez czas i poprzez przestrzeń i zastanawiał się, dlaczego Ministerstwo zawsze tak silnie się upierało, że Zmieniacze Czasu są takie niebezpieczne - gdyby dysponował jednym, małym zegarkiem tykającym życiem, taką klepsydrą chłodną pod palcami, pozwalającą czarodziejowi na oszukanie przeznaczenia, gdyby tylko mógł ścisnąć go w dłoni i poczuć przesypujący się pod szkłem piasek...

Kiedy zobaczył ją w tej małej, ciasnej klitce w twierdzy mugoli, poczuł się, jakby przyłożono mu w splot słoneczny, a potem zaczęto rozrywać, powoli, skrupulatnie, skorupka za skorupką na bardzo drobne części.

Nie rzucił się ku niej śladami swego ojca jedynie ze względu na to, że wiedział, że kiedy już ją uratują, będą mieli bardzo dużo czasu jedynie dla siebie - on tylko dla niej, ona tylko dla niego.

Wyobrażał sobie, jak przebiegłoby takie spotkanie - położyłby głowę na jej kolanach, jak czynił to jedynie wtedy, kiedy był dzieckiem, a ona, głucha na jego pełne marudzenia: „mamooo, przestań!", przeczesywałaby mu palcami włosy, które ślizgałyby się po jej skórze jak łyżwa po lodzie. Nie cofnąłby głowy, chociaż jego narzekaniom nie byłoby końca, a ona opowiadałaby mu historie o magii czystej jak łza i żyjącej samoistnie, napędzającej się sama sobą, czerpiącej z siebie i spalającą się w sobie. I nigdy nie wspomnieliby o strachu, o głodzie, o ciasnej przestrzeni czterech ścian przytłaczającej głowę i zmysły, i magię - przede wszystkim magię.

Nie rozumiał, dlaczego to właśnie jemu musiało się to przytrafić - jakaś samolubna część jego osobowości krzyczała wewnątrz tej niejasnej plątaniny, którą obecnie tworzył jego mózg, jakby był kawałkiem włóczki rozplątanej, potarganej i zmiętej w chaotyczny stos, że gotów byłby oddać wszystko, absolutnie wszystko, żeby to Harry był teraz na jego miejscu, a los, który wyznaczył sobie za zwierzynę jego matkę, osiadł na Molly Weasley i tam właśnie pozostał. Wiedział, że to bardzo egoistyczna myśl, wiedział, że nie powinien w ogóle o czymś takim fantazjować, ale nie mógł przegonić wrażenia, że gdyby sprawy potoczyły się innymi torami, a los dostałby swoją ofiarę w nieco innej postaci, on odzyskałby swoją matkę. Nie mógł patrzeć na panią Weasley tulącą do siebie drżące ciało Harry'ego - to on powinien znaleźć się w matczynych ramionach, zasłużył sobie na to, Harry Potter - święty Potter, którego zawsze Los stawiał na piedestale - nie miał prawa do tego szczęścia, które powinno należeć do niego i tylko do niego.

— Twój gniew jest słuszny.

Draco drgnął, wyrywając się z myśli, po których kluczył jego roztrzepany umysł, i uniósł głowę na sylwetkę, która majaczyła przed nim, choć nie potrafił nawet powiedzieć, kiedy właściwie się do niego zbliżyła.

Ojciec spoglądał na niego swoim szarookim, chłodnym wzrokiem - który kiedyś, dawno, dawno temu Draco nazwałby silnym - widok kulącego się i jąkającego przed Czarnym Panem ojca - tego zawsze dumnego i pewnego siebie człowieka - w trakcie trwania Drugiej Wojny Czarodziejów, skutecznie wypłukał mu podobne określenia z głowy.

Czuł się dosyć niepewnie, siedząc u stóp własnego ojca, toteż zaciskając zęby, przeklinając fakt, że stojący przed nim człowiek wciąż wywiera w nim presję, którą już dawno powinien przestać odczuwać, podniósł się na nogi, ciskając w ojca lodowatym spojrzeniem - które, o ironio, podchwycił kiedyś właśnie u niego.

— Czego chcesz? — warknął nieprzyjemnie Draco, pilnując się, aby jego głos nie zadrżał - nie jakoś bardzo - i doszedł do wniosku, że marnie mu to wychodzi (był zbyt piskliwy, żeby oziębłość, która miała zadziałać jak broń, wbiła się tam, gdzie miała ugodzić).

Jego ojciec wykrzywił usta w tym swoim pełnym dystyngowanej powściągliwości uśmiechu, przyprawiając Draco o niesmak na języku - miał ochotę splunąć ojcu pod nogi, przed czym powstrzymywały go jedynie wpojone od najmłodszych lat, surowe etykiety à propos zachowań i dobrych manier, nie powstrzymał za to kwaśnego skrzywienia, które samo cisnęło mu się na wargi.

— Potter zawinił — powiedział starszy Malfoy, przekręcając głowę pod dziwnym kątem; Draco zmrużył oczy, łypiąc na ojca z przychylnością, która gdzieś, zdaje się, zaginęła — jaka szkoda — pomyślał drwiąco.

— Nie wyraziłem chęci przeprowadzenia z tobą tej rozmowy, ojcze — rzekł głosem, który mógłby rozcinać szkło, w myślach gratulując Lucjuszowi Malfoyowi, że kilka jego krótkich słów potrafiło uderzyć tak celnie we wszystkie jego wewnętrzne sensory czuciowe odpowiadające za emocje. Wyprostował plecy nieco zbyt sztywno i zdeterminowany, aby ominąć ojca szerokim łukiem, ruszył w powrotną drogę ku bramom zamku mrugającego do niego obietnicą ciepła i długiego, kojącego snu bez Snów.

Kiedy go wymijał, ojciec, z siłą zacisku mugolskich kajdan, pochwycił go za nadgarstek.

Zatrzymał się, czując na sobie to przeszywające spojrzenie, które tyle razy przywoływało go do porządku, kiedy był jeszcze dzieckiem, a później nastolatkiem, i postąpił wbrew etykietom rodzin z krwią czystą jak szczere złoto, ale nie pofatygował się, aby z absurdalnym opanowaniem, którego przecież wcale nie odczuwał, oddać jego ostry wzrok, czego - Draco wiedział o tym doskonale - jego ojciec po nim oczekiwał.

— W co ty pogrywasz, Draco? — padły ciche, acz dobitne słowa, tnące powietrze jak brzytwa.

Draco wykrzywił cynicznie wargi.

— Wybrałem Harry'ego — użył jego imienia i zrobił to z pełnym rozmysłem i świadomością — a nie ciebie, ojcze. Nie popieram ani twojej wizji, ani znamienitego Naczelnictwa, ani tym bardziej Snape'a, więc — słowa coraz ciężej ześlizgiwały się z jego języka, ale Draco z namaszczeniem zadbał o to, aby zabrzmiały silnie i zdecydowanie — z łaski swojej, odsuń się ode mnie i od mojego życia.

Palce ojca zacisnęły się jeszcze mocniej - Draco wiedział, że na nadgarstku pozostanie nieprzyjemna, bolesna, czerwona pręga, ale nie dał po sobie poznać, że cokolwiek odczuł.

— Twoje życie, Draco, było, jest i będzie uwarunkowane moimi decyzjami, uzależnione ode mnie — wycedził powoli ojciec, brzmiąc, jakby celowo mówił wyraźniej i dobitniej, aby ucho Dracona nie uroniło ani jednej głoski.

Czuł przeszywającą, ciążącą mu jak grzech ciężki gorycz we własnym umyśle - spływała rzewnym bólem do jego zaciśniętego gardła - ale nie pozwolił się sprowokować.

— Sam decyduję o tym, od kogo uzależnione jest moje życie, ojcze — powiedział, siląc się na spokój i wyrwał rękę z silnego, kłującego jak szpikulec uścisku na nadgarstku.

Starał się nie wyglądać, jakby wszczynał pospieszną ucieczkę, kiedy ruszył stanowczym krokiem w stronę zamku.

— Harry Potter jest uzależniony od Severusa — zawołał za nim ojciec, wbijając tym samym przeciągłą szpilę głęboko w jego duszę.

Draco zamknął i otworzył oczy, spinając mięśnie jak po ciosie zadanym w twarz, ale nie odwrócił się, ani nie przystanął - choćby na moment.

— Ten twój bohater — Lucjusz Malfoy wypluł to słowo, jakby było nasiąknięte trucizną — nie potrafi poradzić sobie bez Severusa, słyszysz? Jest od niego zależny. Głęboko liczy się z jego zdaniem, choćby bardzo dobrze udawał, że wcale tak nie jest.

Zacisnął zęby, licząc w myślach do pięciu, wiedząc, że on sam zagubiony jest nie mniej, niż Harry - i popada w to swoje zagubienie coraz bardziej i coraz głębiej, za każdym razem, gdy spogląda w czarne oczy Katriny, tak bardzo podobne do oczu Severusa Snape'a.

— Śmierć twojej matki była winą Harry'ego Pottera, Droconie — powiedział chłodno ojciec, a wiatr przywiał ku niemu te ostre słowa, sprawiając, że zrobiło mu się zimno na duszy — i możesz być pewien, że kiedyś mi za to zapłaci.

To było zdanie, które przelało czarę. Draco poczuł, jak wzbiera w nim niemożliwy do opisania słowami gniew i rozrasta się coraz bardziej i bardziej, pożerając jego umysł, duszę i ciało jak żerujący na nim pasożyt. Draco zatrzymał się i zaczerpując głęboko w płuca świeżego, szkockiego powietrza, odwrócił się powoli w stronę swojego ojca - wiatr wwiał mu w twarz lodowatą pewność siebie i pukiel białych włosów.

— Jeżeli — powiedział Draco, podnosząc nieznacznie głos, aby ten przebił się niczym ostry pocałunek kobry bądź lodowaty szpikulec nasączony trucizną przez połacie wiatru i dotarł do uszu jego zadufanego w sobie, zbytnio pewnego swego zdania ojca — ośmielisz się chociaż zbliżyć do Harry'ego na odległość wyciągniętej różdżki, mogę cię zapewnić, ojcze, że policzę się z tobą na osobności. I - wierz mi - nie będę odczuwał najmniejszych skrupułów.

Odwrócił się i nie oglądając się na ojca, ruszył ku bramom zamkowym, czując odprowadzające go, wwiercające mu się w kręgosłup, surowe spojrzenie oczu tak samo szarych, jak jego własne.

Podświadomie czuł, że ich przecinające się wiecznie ścieżki życia, właśnie rozbiegły się na dwie, odmienne drogi oddalone od siebie o morskie mile, o lata świetlne i - o dziwo - jego krwawiąca dusza nie rozbiła się na jeszcze mniejsze cząsteczki.

Draco, uśmiechając się pod nosem niemającym w sobie ni krztyny radości, wątłym jak róża uśmiechem, przekroczył zamkowe progi, nie odwracając się, by spojrzeć na swoje przeszłe, sztywne życie.

Wolność rozpostarła przed nim swoje wytęsknione ramiona.