.
Rozdział 33
Każdy klei połamane skrzydła
.
Lucjusz stuknął szklaneczką wypełnioną po brzegi Ognistą Whiskey w zimne szkło szyby, na którym majaczyło blado jego rozmyte odbicie, w którym nawet nie mógł dopatrzyć się własnych oczu (nie wiedział, czy maczał w tym palce wchłonięty przez niego alkohol, czy kłębiąca się wokół zamku niepogoda).
— Wcale za tobą nie tęsknię — powiedział, tak na próbę, żeby zobaczyć, czy jego głos zadrży mu bodaj na chwilę. Głos - na szczęście - nie zadrżał, ale coś w okolicach jego serca zacisnęło się boleśnie, zupełnie, jakby dopadły go jakieś wewnętrzne Diabelskie Sidła przyrośnięte do kości, a może przyczajone pod skórą, czułe na każdy jego ruch, na każdy gest. Kiedy nieznośne serce wreszcie postanowiło oszczędzić mu tej niemej tortury i poluźnić zaciski, Lucjusz odetchnął głęboko, policzył w myślach do trzech i ponowił tą cichą, małą walkę. — Wcale a wcale.
Coś zapiekło na tyłach jego oczu i Lucjusz zazgrzytał zębami, upijając solidny łyk alkoholu, który zamigotał złotymi refleksami, odbijającymi się na grubych ściankach szklaneczki.
Nie będziesz się rozklejał — zganił się w myślach Lucjusz, pocierając dłonią - która, swoją drogą, zdawała się dziwnie odrętwiała - nasadę nosa. — Jesteś na to za stary.
— To było małżeństwo zaaranżowane przez naszych rodziców — powiedział dobitnie, czując, jak alkohol rozgrzewa przyjemnie jego żołądek, rozlewając po jego ciele ciepło, które miało zastąpić ciepło ludzkich ramion. — Małżeństwo z rozsądku, nie z wyboru — ciągnął, posyłając własnemu odbiciu twarde spojrzenie zimnych oczu.
Lucjusz przełknął wzbierającą - nie wiadomo czemu - w ustach ślinę i mały włos brakowało, aby się nią zadławił.
Weź się w garść, człowieku — pomyślał ze zdegustowaniem Lucjusz - wyprostował plecy, tak, jak za czasów, gdy był kimś znaczącym w Ministerstwie Magii, a minister Knot siedział mu w kieszeni, uniósł dumnie podbródek jak na bankietach, które kiedyś urządzali tłumnie w rezydencji Malfoyów i zanim się rozmyślił, wyrzucił z siebie jak pocisk z lufy karabinu maszynowego:
— Wcale cię nie kochałem!
Tym razem serce zamarło na moment, jakby w niemej zgrozie; Lucjusz skrzywił się, kiedy usłyszał, jak gorzko smakuje jego własny głos i uniósł szklaneczkę do ust, aby przełknąć ból wzbierający w jego piersi jak wir wodny.
Zaczerpnął potężnego łyka alkoholu i zakrztusił się tak mocno, że biel błysnęła mu przed oczami. Pochylił się i kaszląc, i charcząc, i prychając jak wściekły kot, zaczął wypluwać z płuc drobinki trunku (kropelki wyplutego alkoholu zmieszanego z jego śliną rozsiały się na szybie jak uciekła ze zraszacza woda) i kiedy Lucjusz wreszcie uspokoił oddech, mrużąc oczy, zerknął z głębokim niesmakiem na bezkształtny obraz, który drobiny alkoholu wymalowały na szybie. Nie wiedział, co za fatum nad nim ciąży, ale zdawało mu się, że spośród nich spogląda na niego rozczarowany, pełen wyrzutu wzrok jego żony.
Lucjusz zacisnął oczy i lekko przechylając szklaneczkę, przyłożył sobie ściankę chłodnego naczynia do czoła, starając się oddychać głęboko i spokojnie.
— Cholera jasna — mruknął, przełykając ślinę - nie spodziewał się, że wyparcie się jedynej, życiowej miłości może okazać się aż takie trudne.
-VVV-
To był dziwny czas.
— Mówisz?
Nie szydź, Draco - tamte kilka dni po pierwszej bitwie - jak ją z czasem zaczęliśmy nazywać - były naprawdę, naprawdę zakręcone. Wszyscy snuli się po zamku jak duchy, niewiele się tym od duchów różniąc. Poważnie mówię - każdy starał się, jak mógł, żeby wrócić powoli do normalności - do wolniejszego tempa własnego życia, każdy starał się uspokoić własne serce i pocieszyć je po stracie, urazie, szoku, po bólu i po lęku.
Tyle że ciężko jest zapomnieć, kiedy wszystko wokół uparcie przypomina ci o tym, co straciłeś, a czego straceniu mógłbyś jakoś - na pewno - zapobiec.
— Na pewno?
Zawsze istnieje sposób, aby zapobiec tragedii. Czasami jednak zauważamy go o wiele za późno, a potem przeklinamy czas, który gna do przodu, nie chcąc zatrzymać się w miejscu - nawet na moment.
-VVV-
Ktoś musiał jej powiedzieć - zasługiwała na to, żeby wiedzieć, Merlin mu świadkiem, że zasługiwała. Tyle że najwyraźniej nikt nie kwapił się, aby podjąć się tego zadania.
Wiedział, że Harry i tak ma już zbyt wiele na głowie - nie chciał dokładać mu bólu, kiedy mógłby mu go zaoszczędzić - choć raz.
Bił się z myślami bardzo długo, próbując się jakoś mentalnie uspokajać - ale jego głupi umysł, ilekroć podejmował w głowie ten wątek, podsyłał mu pod oczy obraz martwego ciała jego własnej matki.
Wiedział, że jego słowa zabolą kobietę, dla której były przeznaczone nie mniej, niż widok ziejącej pustką, wysączoną z krwi dziury po niegdyś bijącym, gorącym sercu.
Wreszcie przemógł się na tyle, żeby do niej podejść i o mało co nie uciekł, kiedy otrzymał od niej piękny, zatroskany, szeroki uśmiech i idące za nim słowa:
— Draco, kochaniutki, czy chcesz, żeby ci w czymś pomóc?
Harry nigdy nie uciekłby od obowiązku, gdyby starczyło mu czasu i sił — jedynie ta myśl dała mu odwagę na uniesienie wzroku na jej zaczerwienione, zmęczone oczy i wyznanie prawdy.
Draco, patrząc na kruszejącą jak stary marmur twarz Molly Weasley, wciąż czuł pod palcami szorstką strukturę grubego sznura, którego włókna zatapiały się w jego naskórku jak drzazgi.
-VVV-
— A gdybym ci powiedział, że chciałbym, żebyś przekonał do mnie swoich ludzi?
Harry zmarszczył brwi i spojrzał na Snape'a w taki sposób, jakby nie do końca docierał do niego sens słów, które padły przed momentem między nimi. Czarnooki czarodziej przechylił głowę i zaplątał ramiona na piersi; zwierzęcy uśmiech nie spełznął z jego twarzy ani na chwilę, przez co przywodził Harry'emu na myśl dumnego, zachwyconego własnym sprytem kota, wyciągającego rząd naostrzonych pazurków. Młodszy czarodziej spuścił wzrok na ziemię i mruknął w stronę podłogi:
— Nie rozumiem.
Snape poruszył się, wyciągnął rękę i po chwili dwa długie palce napierały już na jego podróbek, unosząc go powoli, acz stanowczo. Harry przełknął - miał nadzieję, że niezbyt głośno - ślinę i posłusznie podniósł wzrok na czarne oczy migoczące jak dwa ostrza sztyletów. Czuł przebijające się przez jego skórę ciepło w miejscach, w których spoczywały opuszki czarnookiego maga, jakby wysyłały one impulsy w głąb jego ciała, jakby były łącznikiem pomiędzy czarną i gęstą jak smoła magią Snape'a, a jego własną (zawsze wyobrażał ją sobie jako posklejane niczym pajęczyna skupisko wielu odcieni szarości, nigdy nie ustabilizowała się ona po jednej, konkretnej stronie, nigdy nie wybrała swej własnej odsłony, kołatając się pomiędzy bielą a czernią, dryfując między dwoma odcieniami magii, nie mogąc osiąść na stałym lądzie).
— Rozumiesz doskonale.
Zielonooki przestąpił nerwowo z nogi na nogę, mając wrażenie, że wszystko w jego szarej, zmętniałej duszy skręca się jak wyżymana szmata. Snape opuścił swoją dłoń, przyglądając się Harry'emu zza zmrużonych powiek; młodszy czarodziej nie odważył się opuścić głowy, choć kłóciło się to z jego własnymi potrzebami - miał nieodparte wrażenie, że jeszcze moment i jego dusza ponownie roztrzaska się na miliony kawałeczków i tym razem za żadne skarby świata nie będzie zdolny do posklejania jej na powrót w jedną całość.
— Ja... — To nie do pomyślenia, że mógł z tak wielkim przekonaniem prowadzić ludzi do boju, a jedno spojrzenie Severusa Snape'a sprawiało, że zacinał się jak zgrana płyta gramofonowa. — Nie wpłynę na ich poglądy, nie mam nad nimi tak wielkiej... — Harry zaczął skakać spojrzeniem po pomieszczeniu, szukając odpowiedniego wyrazu na określenie takiej zależności, ale jedyne, które kotłowało się w jego zmarnowanym umyśle, było takim, które doprowadzało go do bólu żołądka — władzy — powiedział wreszcie, krzywiąc się gorzko - to słowo jakoś koślawo leżało na jego języku, przesunęło się po nim jak chrust.
Snape zaśmiał się miękko; Harry poczuł sieć dreszczy spływających w dół jego kręgosłupa, osiadających na jego kości ogonowej jak wata cukrowa, ale nie pozwolił swoim mięśniom na drżenie.
— Masz nad nimi o wiele, wiele większą władzę, dziecko, niż ci się wydaje — odrzekł czarnooki czarodziej, mrużąc swoje czarne, głębokie oczy.
Harry szurnął butem jak dzieciak, zanim zorientował się co robi. Odetchnął ciężko, powtarzając sobie w myślach, że musi bardziej kontrolować odruchy własnego ciała.
Jego serce za nic miało sobie jego postanowienie i bębniło miarowym rytmem o jego mostek, wyznaczając jakąś absurdalną melodię jako tło tej męczącej rozmowy.
— Przewodzić im w bitwie, a zmusić do zmiany w postrzeganiu, to dwie zupełnie różne kwestie — wymamrotał - słowa trzymały się jego języka, jak zszywki, jakby wcale nie zamierzały go opuszczać, ale on skupił się, jak tylko potrafił i wypluwał je z siebie kolejno niczym gęste łyki trucizny.
— Potter. — Głos Snape'a wezbrał na ostrości i Harry musiał zacisnąć zęby, aby dać upust rosnącemu w jego ciele, nerwowemu napięciu. — To nie była prośba.
Harry resztką zdrowego rozsądku powstrzymał się od zazgrzytania zębami. Jego niepewność i troska o Draco, który utracił matkę przez głupią upartość Lucjusza Malfoya, jego zamartwianie się o tych, którzy doznali fizycznych uszczerbków na zdrowiu i dręczące go, wijące się wewnątrz jego ciała poczucie winy, że być może, gdyby w którymś momencie postąpił inaczej, zdołałby zapobiec tym wszystkim tragediom - to wszystko razem rodziło w jego ciele niepojętą dla niego frustrację, która szalała pod jego skórą, zwijając się i kręcąc jak dementor, jak mara uwita z mroku, strachu i nienawiści formowana w mgliste kształty o zacierających się konturach, żądając uwolnienia.
— Więc co to było? — zapytał cicho; w jego oblicze wkradły się głębokie cienie, które przykryły jego twarz niczym chmury zasłaniające blade promienie słońca; jego układ nerwowy drżał niczym struny instrumentu szarpanego. — Moja cena za twoją pomoc? Mój dług? — Harry przeciągnął językiem po górnych zębach, czując, jak powoli, bardzo powoli niema wściekłość wtłacza się w jego żyły - jakby była zastrzykiem z adrenaliny, pobudzającym jego umysł jak dawka cukru po długotrwałym wysiłku fizycznym. Pokręcił głową, starając się uspokoić swój wzburzony, przemęczony umysł, ale nie potrafił - jego emocje wywijały się na drugą stronę, haratając jego psychikę jak ostre szpile wpijane w magiczny rdzeń. — Nie wyrobię ci gruntu pod rewolucję, Snape. — Jego głos zabrzmiał jak ostre pazury albo chłodne szpikulce przeciągane po szkle, zarysowujące z brutalną precyzją gładką powierzchnię.
Mężczyzna przechylił głowę, przyglądając mu się spod długich rzęs rzucających w świetle kominkowych płomieni długie cienie na jego kości policzkowe. Jego oczy - wbrew oświetlającemu ich ogniu palących się drew - pociemniały, jakby jego mroczna dusza kopała sobie tunel prowadzący na światło dzienne.
— Obawiam się, że nie masz wyboru — powiedział cicho - jego wąskie wargi ledwo się poruszały i Harry musiał mocno wytężyć słuch, żeby zrozumieć poszczególne słowa.
— Nie mam... — powtórzył Harry głupio, marszcząc czoło - nad jego brwiami uformowała się istna sieć milimetrowych wgłębień, jakby ktoś zaorał jego czoło pazurami. Jego serce tętniło jak głupie - czuł jego silne uderzenia w gardle. Jego nogi zrobiły się ciężkie jak kłody i odczuł w nich mrowienie, jakby tysiące małych insektów przedzierało się przez jakieś ciasne korytarze pod jego skórą. Prychnął pod nosem i wyrzucił z siebie, zanim się do reszty rozmyślił: — Zawsze istnieje jakiś wybór, Snape.
Nie wiedział, dlaczego czuje to, co czuje, ale miał wrażenie, że jego ciało rozrywane jest przez pazury jakiegoś wielkiego, mięsożernego zwierzęcia, a on, choć jego zmarnowana dusza poddawała się temu, pulsując bólem, który - tak mu się zdawało - aż promieniował z jego ciała, modlił się do wszystkich, znanych sobie bóstw, żeby to uczucie wreszcie zanikło, oddaliło się od niego, przeniosło na kogoś innego, wybrało sobie inną ofiarę. Zaciągnął się głęboko powietrzem, próbując odszukać w sobie resztki ulatującego mu z rąk opanowania, ale im bardziej starał się go chwytać, tym mocniej wyrywało się ono z jego palców, które nie wiadomo kiedy ponownie zaczęły drżeć (zupełnie, jakby przez ich długość przebiegała sieć prądu elektrycznego albo magii, drobnych iskier drażniących ciało i umysł, doprowadzających do szaleństwa). Harry - bardziej bezwiednie, niż z całkowitym rozmysłem - zaczął wyłamywać sobie kostki palców. Jego mięśnie napinały się i rozluźniały, jakby nie potrafiły zatrzymać się w jednej pozycji i znieruchomieć (Harry całkowicie utracił panowanie nad ich pracą - zupełnie, jakby to były skurcze, a nie celowe działanie popychane jego wolą).
— Nie mogę — wymruczał pod nosem, już nie przygryzając, a gryząc dolną wargę, jakby ta była gumą do żucia. Napięcie po bitwie zaczęło dawać o sobie znać bólem głowy, który zdawał się rosnąć powoli i stopniowo jak rozwijający się pąk kwiatu. Coś w jego piersi zaciskało się jak Diabelskie Sidła i wcale nie chciało puszczać.
— Czego nie możesz? — zapytał Snape, brzmiąc, jakby faktycznie go to interesowało; Harry skrzywił się jak po połknięciu kwasku cytrynowego.
— Przestań — wyrzucił przez zaciskające się boleśnie gardło, przecierając opuszkami palców pulsującą tępym bólem skroń, starając się zebrać z niej całe napięcie, ale - z jakiegoś powodu - nie będąc w stanie. W jego ciele kołatał się mętlik sprzecznych emocji. Harry oparł czoło o drżącą dłoń, przykrywając nią oczy. — Co ty ze mną robisz, Snape? — Prychnął, gdy tylko wypowiedział te słowa, myśląc, że w pełni jasności umysłu w życiu by sobie na nie nie pozwolił. — Katrina miała rację — wymruczał w kierunku swojej dłoni, która stłumiła jego głos jak knebel — jestem wyczerpany.
Snape uniósł nieznacznie głowę, spoglądając na niego z góry.
— Zdaję sobie z tego sprawę.
Harry opuścił nieznacznie dłoń, spoglądając ponuro znad dygoczących palców na stojącego przed nim mężczyznę.
— Doprawdy? — mruknął powątpiewająco.
Wąskie wargi mężczyzny wygięły się w wyrazie lodowatego rozbawienia.
— A i owszem, Harry, czyżbyś wątpił w moją zdolność postrzegania? — zapytał gładko (jego słowa przeciągnęły się jak aksamit pomiędzy językiem a podniebieniem i Harry musiał na moment zacisnąć zęby, żeby nie powiedzieć czegoś niestosownego).
Wreszcie odetchnął głęboko i powoli rozluźnił zaciśniętą szczękę, rozmasowując ją opuszkami palców (wbijał je w skórę nieco za mocno i uczucie przyciskanych do policzków paznokci nie znikało nawet wówczas, gdy na powrót opuścił swoje ramiona wzdłuż ciała).
— Oczywiście, że nie — powiedział ciężko - słowa zdawały się pozostawiać gorzki posmak na jego języku. Oblizał usta, starając się go pozbyć, ale nie powtórzył własnych słów po raz kolejny. — Dlaczego to przebiegło tak... nieoczekiwanie? — Musiał być naprawdę zmęczony, skoro o to pytał. Pokręcił głową i już otworzył usta, żeby mruknąć pod nosem, że w gruncie rzeczy, to bez znaczenia, kiedy Snape odpowiedział:
— Bo nie skierowałeś wzroku na zachód, kiedy kazałem ci to uczynić.
Harry uniósł na niego pełen niedowierzania wzrok, zastanawiając się, czy się nie przesłyszał. Szybko uzmysłowił sobie, że jednak nie, kiedy czarne oczy mężczyzny zamigotały jak ścianki diamentu w świetle słonecznych promieni, a jego (o wiele za spokojny, jak na rozum Harry'ego) głos, kontynuował nieprzerwanie:
— Gdybyś mnie wówczas posłuchał, oszczędziłbyś sobie wiele zachodu, zburzył mugolskie mosty podpierające ich struktury wojskowe, nie ofiarowałbyś im czasu na ukończenie największej broni, jaką mogą oni użyć przeciw ludności czarodziejskiej.
Harry poczuł, że jego samokontrola drży w posadach i kołysze się jak most bujany nad głębiną przepaści.
— Wobec tego, dlaczego mi o tym nie przypomniałeś? Dlaczego mi nie uświadomiłeś, że zapomniałem o ważnych detalach, dlaczego mi nie zwróciłeś uwagi, że...
— A dlaczego miałbym to robić? — przerwał mu spokojnym tonem Snape, a Harry zamilkł, mając wrażenie, że ktoś - jakiś nadludzki, niedostrzegalny byt - pomieszał im języki, tak, jak budowniczym konstruującym pnącą się ku niebu Wieżę Babel.
Zamknął oczy i potarł piekące tępym bólem czoło.
— Mam dość, ja... — Harry oblizał nerwowo wargi. — Pozwól mi odpocząć — wymruczał, ostatnią resztką własnej wytrzymałości uzmysławiając sobie, co właściwie wyrzuca z siebie jego gardło (Harry był zaskoczony, że po całym tym, męczącym dniu nie jest ono zdarte jak papier ścierny). — Proszę cię, Snape. Mam już naprawdę, naprawdę dosyć.
— Ja również!
Harry otworzył oczy i z lekką konsternacją spojrzał na osobę, która wypowiedziała te słowa - upór zabrzmiał w nich jak fałszywa melodia wychodząca z niewprawnych strun głosowych.
Nie zauważył, kiedy otworzyła drzwi, kiedy przekroczyła próg, kiedy pochwyciła się framugi tak mocno, że pobielały jej kostki. Jedno spojrzenie rzucone twarzy Snape'a powiedziało mu, że to ciche wtargnięcie jego córki zaskoczyło go bardziej, niż cokolwiek innego podczas tego długiego, opiewającego w absurdy dnia.
Snape uniósł wyżej podbródek, świdrując swoją córkę intensywnym spojrzeniem, kiedy ta - nic sobie nie robiąc z przeszywających ją oczu jej ojca - puściła dłonią framugę, jakby ta ją oparzyła i przekraczając próg, trzasnęła za sobą drzwiami tak mocno, że chyba całe, hogwardzkie lochy zatrzęsły się w posadach.
— Koniec tego — splunęła słowami Katrina z wigorem godnym własnej matki i zaczęła zbliżać się do nich z wysoko uniesioną głową.
Snape uniósł brwi i spojrzał z ukosa na własną córkę, krzyżując ramiona na piersi.
— Wydaje mi się, że kazałem ci...
— Gówno mnie obchodzi, co mi kazałeś zrobić, a czego nie — wysyczała jak rozjuszona kotka Katrina, niepomna na mrużące się wściekle, czarne oczy, bliźniaczo podobne do jej własnych — ojcze — dodała - to słowo zabrzmiało jak kpina w jej ustach.
Harry zagapił się na nią - jego wycieńczony umysł musiał mu zacząć podsuwać majaki pod nos, to musiało być to, to musiał być jakiś senny wytwór jego przemęczonego mózgu. Dziewczyna, którą znał, którą miał przed oczami, w życiu nie odezwałaby się takimi słowami do swojego ojca. Spróbował zamrugać, mając wrażenie, że kiedy to zrobi, postać Katriny rozmyje się jak sen na powiece na sekundę po przebudzeniu, ale ona nadal tam była - wyprostowana jak paw, z wysoko uniesioną głową.
— Jesteś moją córką — zabrzmiał tuż obok niego lodowaty głos czarnookiego czarodzieja, który sprawił, że serce Harry'ego zaczęło pompować pył, zamiast krwi — i nie wyobrażam sobie, że będziesz się tak w stosunku do mnie zachowywać.
Katrina prychnęła, podchodząc do Harry'ego i łapiąc go jak gdyby nigdy nic za rękę (uświadamiając go tym samym, że jednak nie jest jedynie jego majakiem - te z reguły nie wliczały się w obiekty materialne) i powtórzyła ironicznie po Snape'ie:
— Twoją córką — wypluła z siebie to słowo, jakby kłuło ją w język; Harry dostrzegł szybki i krótki przebłysk bólu w oczach Snape'a, który niemal natychmiast zatonął pod woalką chłodnego opanowania. — Mówisz, jakbyś miał jakiekolwiek pojęcie o byciu ojcem — zaszydziła - na jej usta wpłynął drwiący uśmieszek.
Snape nie odpowiedział; wpatrywał się w jej twarz spojrzeniem bez wyrazu, ale Harry doskonale wiedział, że słowa, ściskającej go za rękę z taką siłą, że niemal miażdżyła mu palce, Katriny ugodziły z celnością dokładnie tam, gdzie powinny.
— Potter. — Kiedy żądanie rzucone w twarz jego córki zawiodło, Snape postanowił skierować swoją frustrację ku niemu.
Katrina obejrzała się przez ramię, rzucając Snape'owi spojrzenie tak przeszywające, tak bliźniaczo podobne do spojrzenia jej ojca, że to podobieństwo uderzyło w Harry'ego jak łom - chyba tylko ta konfuzja sprawiła, że z jego ust wydały takie słowa, jakie wypadły:
— Daj spokój, Snape — wymamrotał, ledwo poruszając przy tym wargami. — Jestem już tym wszystkim zanadto zmęczony.
Harry kątem oka dostrzegł szyderczy uśmiech formujący się na ustach dziewczyny, podarowany Snape'owi jak zapowiedź zmian, zanim wciągnęła go do sypialni i zamknęła za nimi drzwi, jakby te były włazem do jakiejś trudno osiągalnej dla człowieka przestrzeni.
Katrina odwróciła się i spojrzała mu w oczy, a potem wyciągnęła rękę ku jego twarzy, jakby samym dotykiem zamierzała wygładzić zmarszczki obsiewające tłumnie jego czoło.
Harry opuścił powieki i czując, jak napięcie ulatuje powoli z jego ciała, pozwolił jej na wszystko, czego chciała i o czym - wiedział o tym doskonale - marzyła już od dawna.
-VVV-
Amelia przykuśtykała poprzez całą długość korytarza, nie mogąc ścierpieć głośnego stukotu, który wydobywała z siebie ta durna laska, którą Parkinson nakazała jej używać. Jej lewa noga, choćby starała się, jak mogła, za nic nie chciała podnosić się wyżej i szurała po ziemi jak stopa jakiegoś zniekształconego zombi z mugolskiego filmu grozy. Nie była w stanie patrzeć na odbijającą się w chłodnych taflach szyb mijanych przez nią okien jej karykaturalną postawę, toteż wbijała uparcie wzrok w niekończący się korytarz, starając się ją ignorować (co wcale nie było takie łatwe, jak jej się z początku wydawało).
— Jak tam twoja, hmm, głupa rana postrzałowa, jak ty to ujęłaś? — odezwał się męski głos za jej plecami.
Amelia - święcie przekonana, że znajduje się na korytarzu jedynie w towarzystwie swojego własnego cienia - odwróciła się gwałtownie, zapominając na moment o tej przeklętej lasce, przez co zagubiła się pośród kłębowiska własnych kończyn i ległaby na ziemię, gdyby nie silne ramiona, które pochwyciły ją w ostatniej chwili i przytrzymały w pozycji pionowej. Amelia burknęła pod nosem jakieś wymuszone podziękowania, rzucając tej durnej lasce spojrzenie, mówiące, że to wszystko jej wina.
— Słodka Morgano, nie zabij się kobieto — mruknął ktoś tuż nad jej głową - w jego głosie zabrzmiał autentyczny niepokój. — Teraz, kiedy wyszłaś cało z bitwy, głupstwem byłoby połamać się jeszcze bardziej przez własną nieostrożność, nie uważasz?
Amelia zacisnęła zęby, czując, jak irytacja uderza jej do głowy. Łypnęła w górę na podtrzymującego ją mężczyznę i jej oczy zetknęły się prosto z oczami przyglądającego się jej spod zmarszczonych brwi Andersona.
— Nie jestem jakimś kaleką! — wybuchnęła Amelia jak rozjuszone zwierzę, wyszarpując się z silnego uścisku aurora, solidnie moszcząc koniec laski na porysowanej posadce, mrugającej do nich salwą milimetrowych pęknięć.
— Nic takiego nie sugerowałem — odpowiedział Anderson, unosząc dłonie w obronnym geście, wyglądając na zatroskanego - jedynie to ostatnie powstrzymało Amelię od gwałtownego odwrócenia się i ucieczki w górę korytarza, na tyle pospiesznej, w jakim stopniu pozwoliłby jej ten durny rekwizyt, na którego rączce zaciskała ze stanowczą determinacją własne palce. — Może pozwoliłabyś, żebym ci trochę potowarzyszył? — zasugerował Anderson, ofiarując jej swoje ramię, którego się nie chwyciła, ale poważnie zaczęła rozważać ofiarowaną jej pomoc.
Kobieta zacisnęła zęby i dumnie uniosła podbródek, raz jeszcze zerkając krzywo na tę przeklętą laskę, która dźwigała połowę ciężaru jej ciała.
— Wiesz, obserwowałem cię, jak walczyłaś. — Słowa, które wyszły spod języka stojącego przy niej mężczyzny, zmusiły ją do uniesienia na niego wzroku; wąskie, kobiece brwi zjechały się nieznacznie, tworząc małą, milimetrową zmarszczkę nad jej drobnym nosem. — Jesteś naprawdę potężną czarownicą.
Musiała przyznać, ten komplement miło połechtał jej wysokie poczucie wartości. Zamiast się do tego przyznać, udała niewzruszoną, kiedy odpowiadała:
— Oczywiście, że tak. Dziwne, że zauważyłeś to dopiero teraz.
Anderson zaśmiał się głośno, ale w tym śmiechu nie było ani grama szyderstwa - wręcz przeciwnie, był dziwnie miękki, jak na rozum Amelii, z niezwykłą plastycznością wypełnił przestrzeń między nimi.
Amelia wyprostowała lekko przygięte plecy.
— Parkinson twierdzi — oznajmiła z dumą — że niebawem nie będę już potrzebować żadnego wspomagacza przy chodzeniu. — Nie wiedziała, co kazało jej to powiedzieć, ale poczuła się nieco lepiej, kiedy tylko te słowa opuściły jej język.
Anderson mrugnął do niej zawadiacko i bardziej wyciągnął ku niej własne ramię.
— To jak będzie — zapytał z iskrą w oku, której nie potrafiła zinterpretować — pozwolisz mi sobie potowarzyszyć?
Amelia zamrugała, ponieważ spodziewała się raczej czegoś w stylu: „Czy pozwolisz mi sobie pomóc?" i musiała przełknąć gotową już odpowiedź, którą miała cisnąć w twarz aurora jak przekleństwem: „Nie potrzebuję litości".
Przeciągnęła niepewnym wzrokiem, w którym jej wahanie odbijało się jak od tafli lodu, po łagodnej, spokojnej twarzy czarodzieja, i raz jeszcze - jedynie kątem oka - zerknęła na swoją laskę.
Anderson nie skomentował tego, czekając cierpliwie na jej decyzję.
„A co mi tam" — pomyślała z niedbałością, która wpasowała się w jej umysł z niezwykłą precyzją, Amelia i przyjęła ofiarowane ramię Andersona.
Nie powstrzymała rozbawionego drgnięcia warg, kiedy ten wyszczerzył zęby, jakby właśnie został obdarowany najwspanialszym prezentem na świecie.
-VVV-
Ambulatorium pustoszało, a ona dalej w nim tkwiła jak ostatnie wspomnienie wielkiej bitwy, jak jakiś nędzny relikt przeszłych zdarzeń. Nawet pan Ted Green zdawał się nabierać sił - Parkinson co prawda wciąż nie wypuszczała go ze Szpitalnego Skrzydła, a on - jak się zdawało Lunie - ani myślał się z tym spierać, ale i tak jego kondycja fizyczna powoli i stopniowo powracała do formy sprzed więzienia, a choć sam pan Green twierdził co innego (ach, droga moja Jedenastko, nie widziałaś mnie jeszcze w pełni sił. Zanim trafiłem... tam, gdzie trafiłem, codziennie rano pozwalałem sobie na dwie godziny joggingu, tak dla zachowania formy. Wszystko to legło w gruzach, jak się możesz domyślić, cała moja wytrenowana kondycja, ale takie życie, nie będę płakał nad rozlanym mlekiem), Luna wyraźnie widziała poprawę pomiędzy tym, jak całą resztką swoich obskubanych sił dźwigała jego ciężar na własnych ramionach, gdy przyszło im uciekać z tego piekła na ziemi, a stanem, w którym znajdował się obecnie. Obserwowała go, kiedy przechadzał się po ambulatorium, jakby testował własne nogi - jego kroki były ostrożne i wyważone, zawsze patrzył, gdzie stawia stopy, jakby obawiał się, że na tej - pomimo licznych zarysowań - równej posadce wyrośnie niespodziewanie na torze jego kroków jakaś niewiarygodna przeszkoda (rów, szczelina, a może wręcz przeciwnie - wywołane spiętrzeniem magii, nagłe wzniesienie) - i nie mogła odeprzeć wrażenia, że niebawem pozostanie tutaj jedynym lokatorem, za towarzystwo mając jedynie szereg pustych, zasłanych pościeli, na których nie pozostanie nawet najmniejszy ślad czyjejkolwiek obecności.
Nie wiedziała dlaczego, ale pani Weasley zwykła niemal większość czasu w ciągu dnia przesiadywać na niewygodnym krześle ulokowanym obok jej posłania i przyglądać się jej czułym, zatroskanym wzrokiem, od którego Luna miała niezmożoną ochotę uciec.
— Poprawić ci poduszki, kochaniutka? — pytała za każdym razem i Luna czuła się jak kukła, którą można przestawiać z kąta w kąt, która nie jest zdolna do samodzielnego egzystowania pośród zgiełku codzienności.
— Nie, nie, dziękuję bardzo, pani Weasley — odpowiadała, siląc się na uprzejmość, czując, że zjechała na materacu tak bardzo, że szczeble zagłówka nawet przez puchowe poduszki wrzynają jej się w głowę.
Starsza kobieta i tak poprawiała jej ułożenie, zagadując Lunę tysiącem innych rzeczy: opowiadając o bieżących, na pozór nieistotnych sprawach, dziejących się w zamku (które ją omijają — mogłaby powiedzieć pani Weasley, ale nigdy nie ubierała tego w podobne słowa).
— Wiesz — opowiadała jej łagodnym głosem, kołyszącym ją do snu — Joe Martin nie nazywa już Jean Granger wariatką z dysocjacyjnym zaburzeniem tożsamości.
— Cóż, pani nie nazywa go dłużej numerem piątym — mówiła cicho Luna, zatapiając twarz w poduszkę i wdychając głęboko jej świeżą woń.
Pani Weasley marszczyła czoło i odpowiadała przyciszonym głosem:
— Nigdy go tak nie nazywałam, kochaniutka.
Luna była skłonna w to uwierzyć, ale i tak nakładała sobie kołdrę na głowę i zamykała oczy, starając się zapomnieć o całym wielkim, bezlitosnym świecie - z panią Weasley włącznie.
Któregoś dnia obok zatwardziale zajmującej miejsce obok łóżka Luny pani Weasley (to głupie, małe krzesło, chwiejące się na czterech nogach jak zapowiedź upadku Luna podświadomie zaczęła z czasem nazywać „krzesłem pani Weasley") stanął Patrick Gillespie, wydając się Lunie wyższy, niż to zapamiętała z więzienia - co było śmiesznie bzdurne i mało prawdopodobne, oczywiście.
— Jak tam, panie Gillespie — zapytała Luna, błyskając na mężczyznę spojrzeniem srebrnych oczu — wreszcie wymyślił pan sposób ucieczki, co?
Mężczyzna uśmiechnął się kącikami warg i pogroził kobiecie palcem.
— Zawistni jesteśmy, co, Jedenastko? — zamruczał jak jakiś szczwany kot Patrick Gillespie, ale na jego twarzy nie było pretensji - wręcz przeciwnie, błąkał się na niej mały, łobuzerski uśmieszek.
— Widzę, że świetnie mnie pan zdołał poznać — odgryzła się Luna, co było skwitowane głośnym śmiechem starszego mężczyzny.
Mężczyzna uniósł brwi, przejeżdżając językiem po żółtych jak u nutrii zębach.
— Nie zaprzeczysz? — zapytał - w jego oczach migotały psotne ogniki.
— Dlaczego bym miała? — prychnęła Luna, wzruszając ramionami.
Ludzie przychodzili i odchodzili - czasami zostawali na dłużej, czasami wymieniali jedynie kilka drobnych uprzejmości, a kartki z kalendarza wypadały jak włosy z głowy.
Luna, obserwując przewijających się przez Skrzydło Szpitalne czarodziejów czekała jedynie na przybycie Harry'ego - śledziła skrupulatnie zmieniające się w kalendarzu daty, obserwowała słońce tlące się za oknami, przechodzące w czerń głębokiej nocy, zerkała na tykający na szafce nocnej zegarek, który ktoś - chyba Pansy Parkinson - pozostawił koło jej łóżka.
Harry nie przychodził.
-VVV-
Weszli do sporych rozmiarów sypialni w lochach o koślawych ścianach, z których niewielkich okienek rozpościerał się widok na gęstą toń głębin jeziora, która musiała być podświetlana magią, ponieważ Harry nie wierzył, aby docierało na tę głębokość mdłe, naturalne światło. Zielone oczy prześledziły ławicę niewielkich, podłużnych ryb, które przemknęły za gładką taflą szyby, której najwyraźniej jedynie magia nie pozwalała ulec ciśnieniu napierającej na nią wody.
— Nie powinnam była wychodzić. — Głos Katriny oderwał go od kontemplacji jeziora. Zielone oczy przesunęły się na tę gładką, dziewczęcą twarz, spoglądając na nią bez zrozumienia. — To był błąd, zostawiać cię sam na sam z moim ojcem.
Harry nie odwrócił wzroku; przyglądał się, jak Katrina zaczyna wiercić się nerwowo, przestępując z nogi na nogę.
— To nie tak, że rozmawialiśmy w cztery oczy po raz pierwszy w życiu, Katrino — powiedział cicho Harry, nie mogąc się powstrzymać od odgarnięcia z jej twarzy kilku brązowych kosmyków, zawijających się śmiesznie obok jej policzków.
Dziewczyna przylgnęła policzkiem do jego dłoni i zamknęła oczy.
— Niby tak, ale... — westchnęła ciężko, a Harry poczuł to westchnienie głęboko pod własną skórą. — Wykorzystując twoje słabości, on przymusza cię do czegoś, czego wcale nie chcesz.
Harry zapatrzył się mętnym wzrokiem w przepływającą za szybą wodę.
— To trochę bardziej skomplikowane, niż myślisz.
Katrina przygryzła wargę; Harry czuł jej czarnookie spojrzenie, tak bardzo podobne do wzroku jej ojca, wędrujące pomiędzy rysami jego twarzy.
— Dlaczego mu na to pozwalasz?
Nie wiedział, dlaczego odpowiedział. Być może był już zanadto zmęczony, by powstrzymywać słowa, być może wydawało mu się, że jeśli się tym podzieli, zrobi mu się lżej na sercu.
— Bo nie potrafię z tym walczyć, Katrino.
Z pewnością nie zrobiło mu się lżej. Katrina zmarszczyła brwi, podążyła wzrokiem za jego spojrzeniem utkwionym w ścianie, po czym westchnęła i spuściła oczy ku ziemi.
— On nazywa cię dzieckiem, Harry — powiedziała cicho; coś w tonie jej głosu nakazało mu na nią spojrzeć. Katrina wykrzywiła usta w słabej parodii uśmiechu. — Nawet mnie tak nie nazywa.
Harry skrzywił się i wzruszył niedbale ramionami.
— Nienawidzę tego określenia, a on o tym wie — odparł bez entuzjazmu, zastanawiając się, o co właściwie może chodzić, kiedy jego wzrok spotkał się z czarnymi jak nicość oczami Katriny.
— Nie, Harry — powiedziała, kładąc nacisk na pierwsze słowo. — Tu nie chodzi o chęć wyprowadzenia cię z równowagi, wierz mi, wiem, co mówię.
Katrina przygryzła dolną wargę i zacisnęła mocniej pace wokół jego dłoni. Harry uniósł do twarzy jej drobną rękę i złożył delikatny pocałunek we wgłębieniu pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym.
— On ma do ciebie jakiś niepojęty dla mnie sentyment, wiesz? — określiła swoje stanowisko Katrina, gładząc kciukiem wnętrze jego dłoni; jej głos zdawał się zmięknąć, jej słowa miały lżejszy posmak, niż zaledwie chwilę temu.
— Raczej do mojej matki — chciał powiedzieć Harry, ale rozumiał, że istniały kwestie, których nie powinien przy niej wspominać - nigdy. Zamiast tego odwrócił dłoń Katriny wnętrzem w swoją stronę i pochylił się nad nią, żeby złożyć na jej nadgarstku miękki pocałunek. Poczuł jej długie palce w swoich włosach (ona ma twoje palce — wróciło do niego echo starej rozmowy) i przez moment miał nieodpartą ochotę, aby się ewakuować. Całą siłą woli zmusił się do pozostania w miejscu, bez wszczynania jakiejś absurdalnej ucieczki. Uniósł na nią spojrzenie, przesuwając usta na jej przedramię, by chwilę później musnąć nosem wgłębienie łokcia.
— Mówię poważnie — mruknęła cicho Katrina; jej czarne oczy były zamglone, a Harry jeszcze nigdy nie widział podobnego wyrazu w tej głębokiej ciemności, w tych przestrzeniach bez dna, tak podobnych do oczu jej ojca. — Harry, ty tego nie widzisz, ale ja tak i mówię ci, że on w jakiś dziwny sposób utrzymuje cię pod swoją protekcją. W jakiś zagmatwany sposób jemu...
Harry wyprostował się i uciszył ją powolnym, niepowściągliwym pocałunkiem. Katrina jęknęła w jego usta, wysyłając w dół jego kręgosłupa salwę dreszczy. Harry przeniósł usta na płatek jej ucha, skubiąc go delikatnie zębami.
— Nie marnujmy słów na przypuszczenia — wyszeptał, wplątując palce w jej włosy (długie pasma prześlizgiwały się między jego palcami jak woda).
Zdawała mu się tak bardzo piękna w tym mdłym świetle pokoju, z rozrzuconymi niedbale włosami, z oczami migoczącymi jak pochodnie. Jej skóra zdawała się promienieć zdrowym, brzoskwiniowym kolorytem. Wargi Harry'ego zjechały za podbródek, smakując szyję.
Katrina oddychała pod nim przyspieszonym rytmem, wszczepiając swoje palce w jego ramiona, we włosy, w tył jego szaty klejącej się do jego ciała.
— Nie wiedziałam, czy wrócisz — jęknęła, sięgając dłońmi - jak się zdawało Harry'emu - wszędzie, gdzie tylko była w stanie, do jego twarzy, do szyi, do włosów, szarpiąc jego czarnymi, przydługimi kosmykami tak mocno, że Harry zdziwił się, że nie wyrywa ich całymi puklami. — Tak długo walczyliście...
— Teraz jestem — wyszeptał Harry; palce Katriny drżały, kiedy powoli zaczęła rozpinać guziki jego szaty - pozwolił jej na to, podejrzewał, że nie istniało nic, na co by w tej chwili się nie zgodził. Zamiast protestów, ponownie wrócił ustami do jej słodkich, drobnych warg.
Kiedy jej paznokcie zaczęły drapać jego plecy, Harry przepadł.
Gdzieś na granicy świadomości kołatało się w jego głowie, że będzie miał czerwone pręgi na skórze, że jego usta będą całe opuchnięte, że ona ma tylko piętnaście lat - ale te argumenty blakły przy drżącej mu w palcach Katrinie, której ciało odpowiadało na jego dotyk niemym krzykiem, prośbą zaklętą w każdym skrawku gładkiej skóry.
Harry, mając wrażenie, że jego umysł znajduje się gdzieś daleko, bardzo daleko, a tu - przy nim - zostało jedynie drżące pod skórą serce i gorące z pragnienia ciało, podniósł Katrinę, która nie odrywając ust od jego własnych, zakradając się językiem w jego wargi, oplotła nogi wokół jego bioder, pozwoliła mu zanieść się do łóżka i ułożyć w wymiętej pościeli.
Po jej szyi powoli spłynęła mokra stróżka potu, kiedy Harry, skubiąc zębami jej ramię, które wyłoniło się zza zwiewnego materiału, zaczął szukać palcami zamka jej sukienki.
— Harry?
— Hmm? — mruknął nietreściwie, przeciągając suwakiem po niemal całej długości jej pleców; jego palce musnęły podstawę jej kręgosłupa.
Katrina odchyliła głowę do tyłu i spojrzała w jego zamglone oczy spojrzeniem niemal tak samo niewyrazistym, jak musiało wyglądać jego własne; opuszki jej palców badały mięśnie na jego klatce piersiowej, jakby chciała nauczyć się w ten sposób ich ułożenia, ich struktury.
— Zawsze możesz zagrać moją kartą przy pertraktacjach z moim...
— Cicho już — mruknął Harry, przygryzając lekko skórę jej gardła, wyrywając z jej głosowych strun głęboki jęk, który zabrzmiał w jego uszach jak najpiękniejsza muzyka.
Jej oddech przyspieszył, palce sięgnęły do zapięcia jego spodni; Harry czuł własne serce tętniące u podstawy swojego gardła.
Była tak bardzo chętna, tak bardzo spragniona miłości, a Harry nie potrafił i nie chciał walczyć sam z własnym umysłem ani minuty dłużej. Jej sukienka zdejmowała się tak łatwo, jakby była drugą skórą, która zostaje zrzucona. Całował jej gardło, jej obojczyki, jej dekolt, lawirując ustami po jej gładkiej skórze, która drżała, jakby jego wargi ją parzyły.
Przycisnęła się do niego, jakby nie mogła już dłużej znieść oddzielenia ich ciał i Harry uniósł zamglone oczy na jej twarz.
Jej powieki były opuszczone i drżały w nie mniejszym stopniu niż całe jej ciało. Harry pochylił się i musnął wargami czubek jej nosa, zostawiając wilgotny ślad na jej brzoskwiniowej skórze.
— Katrino — wyszeptał w jej twarz, czekając, aż na niego spojrzy.
Kiedy jej powieki wreszcie się uniosły, Harry musiał zaciągnąć się głęboko powietrzem - czerń błyszczała jak kamień szlachetny i Harry, choć się starał, nie mógł oderwać od niej wzroku. Na jej wargach zamajaczył lekki, figlarny uśmieszek, a jej dłonie przesunęły się po jego plecach i zakradły się pod linię bokserek. Harry poczuł rząd paznokci wbijających się w miękką skórę pośladków.
— Katrino — powtórzył, oddychając coraz ciężej, przymykając nieznacznie powieki.
— Po prostu — wyszeptała, owijając jedną nogę wokół bioder Harry'ego jak bluszcz pnący się wokół rynny — dajmy się ponieść.
Zielone oczy jeszcze przez moment tonęły w czarnych, póki Harry nie opuścił głowy na jej dekolt i nie wyznaczył gorącej ścieżki pocałunków biegnących przez zagłębienie między jej piersiami, do napiętego brzucha, muskając językiem pępek tak długo, że Katrina zaczęła chichotać.
Kochali się tej nocy więcej niż raz, choć za pierwszym razem zakrwawili białą, wymiętą pościel szlakiem czerwonej, gorącej posoki spływającej strugami po udach zaciskającej powieki Katriny.
-VVV-
Zrobiliśmy to wtedy po raz pierwszy, ale nie ostatni. Wciąż pamiętam jej oczy rozpalone jak światło gwiazd. Wciąż pamiętam jej ciało - tak drobne pod moimi palcami, nękała mnie obawa, że jeśli pochwycę ją mocniej między swoje ramiona, pokruszę jej kości, jej wystające pod ostrym kątem obojczyki, jej biodra, w które tak idealnie wpasowały się moje palce.
To była nasza noc, w której nie istniał cały wielki, rozległy świat, nie istniał żaden kosmos pełen gwiazd ani żadna czasoprzestrzeń - jedynie my dwoje i doznania, które się na nas składały. Zupełnie jakbyśmy uczyli się własnych ciał od nowa, od nowa poznawali własne pragnienia i potrzeby.
Severus Snape, jakżeby inaczej, doskonale wiedział o naszych łóżkowych ekscesach - w całym tym miłosnym uniesieniu zapomnieliśmy zaryglować drzwi i wyciszyć pomieszczenie. Cóż - ja zapomniałem. Katrinie, jak podejrzewam, było wszystko jedno.
Doskonale pamiętam jego wzrok, kiedy po tym wszystkim spoglądałem mu w oczy. Rozkładający na części, na struktury, na włókna, na pierwiastki. Wzrok przebijający się przez wszelkie moje zabezpieczenia nałożone na umysł, jakby miały one co najwyżej konsystencję zbliżoną do wiatru przemykającego nad zamkowymi wieżami. Nie sposób było się przed nim obronić, ściągał on potężne pokłady poczucia winy, której wcale nie odczuwałem przed konfrontacją z jej ojcem.
-VVV-
Pocałował zaledwie wątłym muśnięciem warg nieruchome powieki śpiącej, oddychającej miarowym rytmem Katriny i wyślizgnął się z łóżka, szukając po omacku własnych ubrań. Nie wiedział, która była godzina, ale strużki księżycowego światła wciąż prześlizgiwały się pomiędzy wodne otchłanie, malując je paletą zróżnicowanych kolorów, żywcem wyjętych z opowieści uwiecznionych w kreskówkach. Naciągnął na siebie spodnie, przewijając własną bluzkę na prawą stronę, poszukał pozostawionych na szafce przy łóżku okularów i zarzucił na ubranie pomiętą szatę, na palcach przemykając się poprzez pokój, czując się trochę jak nocny włamywacz.
Pchnął drzwi, zastanawiając się, czy odnajdzie gdzieś w salonie jakąś szklankę, do której mógłby nalać w łazience przeźroczystą objętość zimnej wody. Ruchem dłoni przygładzając to dziwaczne gniazdo, które powstało na jego głowie, zaczął powoli przecinać pokój.
Jego wzrok przesunął się po nagich ścianach, po ciężkich, starych meblach, po szlaku zarysowań na drewnianej podłodze i padł na przykrytą grubą powłoką ciemności postać siedzącą na fotelu przed kominkiem i śledzącą jego ruchy w absolutnym milczeniu. Harry zamarł w pół kroku, czując, jak silny ucisk powoli sięga jego gardła, zaciskając na nim swoje sidła.
Miał nieodparte wrażenie, że w tych czarnych oczach dostrzegł rozczarowanie, kiedy przesunęły się one - wcale nie pospiesznie, wręcz przeciwnie, boleśnie powoli - po jego rozwianych włosach, po pomiętej bluzce i niezapiętych na guzik spodniach, widocznych zza rozchełstanej na poły szaty.
— Moje gratulacje — odezwał się cicho Snape unosząc dłoń w geście szyderczego toastu; pomiędzy jego palcami błysnęła do Harry'ego szklaneczka do połowy wypełniona jakimś trunkiem, na oko przypominającym whiskey.
Coś w piersi Harry'ego zacisnęło się boleśnie, kiedy Snape podniósł szklaneczkę do ust i opróżnił ją w kilku, dużych łykach.
— Snape... — W jego umyśle jego głos pobrzmiewał chłodnym opanowaniem, ale prawda była taka, że zaschło mu w ustach i brzmiał niemal jak niedoszły topielec, wypluwający z objętości własnych płuc całe pokłady wody.
— Cieszę się, że twoje... zmęczenie wyparowało na resztę nocy — zaszydził mężczyzna, nie podnosząc głosu, brzmiąc jak wcielenie demona uwitego z mroku. — To naprawdę znakomita nowina.
Harry przygryzł wnętrze policzka, zastanawiając się, jak to możliwe, że kilka celnych słów tego mężczyzny jest w stanie sprawić, że jego dusza kruszeje, rozlatując się na takie drobiny, których nie sposób posklejać w jedną całość.
— Naczelniku... — wymruczał słabo, świdrując oczami nieruchomą jak głaz twarz Snape'a.
Starszy mężczyzna wstał ze swojego miejsca i Harry'emu przyszło do głowy, że ten za moment go uderzy, ale Snape pstryknął jedynie palcami, a w powietrzu pojawiły się dwie kolejne szklaneczki wypełnione do trzech czwartych złotym alkoholem. Mężczyzna pochwycił je w swoje duże, blade dłonie i podszedł do Harry'ego, podając mu jedną z nich.
Harry zmarszczył brwi, spoglądając niepewnie na wręczany mu trunek.
— To nie trucizna, Potter — warknął cicho starszy czarodziej i jakby dla potwierdzenia upił niewielki łyk z własnej szklanki.
Harry oblizał nerwowo wargi.
— Ja... nie mam...
— Będę bardzo rozczarowany, jeśli się ze mną nie napijesz — przerwał mu Snape; jego obsydianowe oczy wtapiały się w ciemność pokoju, ale Harry wiedział, że spoglądają prosto w jego własne.
Zielonooki powoli ujął szklaneczkę w dłoń, czując pod palcami jej chłód, przenikający do jego palców jak prąd.
Jego powieki ciążyły, miał wrażenie, że pod oczami przykleił się do jego skóry jakiś niematerialny ciężar - jedynie się domyślał tego, jak bardzo podkrążone mogą być jego oczy.
Snape wrócił na swoje miejsce w fotelu i zasiadł na nim nienaturalnie wyprostowany, przypatrując się beznamiętnie jego twarzy.
— Więc — podjął po chwili konwersacyjnym tonem starszy czarodziej, przeciągając spojrzeniem po napiętej jak struna sylwetce Harry'ego — przespałeś się z moją córką, żeby mnie sprowokować?
Zielonooki poczuł, jak jego przełyk zamienia się w pustynię; bezwiednie przyciągnął szklaneczkę do ust i pozwolił, by łyk złotego trunku spłynął w dół jego gardła. Ciepło rozlało się przyjemnie po jego żołądku, delikatny, łąkowy posmak whiskey pozostał na jego języku jak wspomnienie po aromatycznych przystawkach z wysokiej klasy winiarni. Snape przyglądał się mu długo, a na jego twarzy nie było nawet śladu po emocjach - nawet jakiś skąpych pozostałości.
— Naczelniku... — Harry przetarł palcami nasadę nosa i poprawił chaotycznym ruchem palców zsuwające się z niego okulary. Coś ciężkiego zaciskało się w jego piersi, jakby pochwyciły go ostre szpony magicznego stworzenia. Zamknął oczy, kiedy poczuł przeklętą wilgoć kręcącą się pod jego powiekami jak wiry tornada. — To pewnie zabrzmi banalnie i wcale mnie nie usprawiedliwia, ale ja ją kocham. — Jego głos nie zaciął się na ostatnim słowie, jak myślał, że to nastąpi, ale - dzięki Merlinowi - nie smakował też zanadto ckliwie.
— Otwórz oczy i powtórz to.
Żądanie - Harry wyłapał je w jego głosie jak klątwę pośród serii standardowych zaklęć.
Uchylił powieki i spojrzał prosto w te czarne, głębokie, przeszywające jak igła tunele, pozwalając im wedrzeć się do jego duszy, choć obawiał się, że może mu przyjść za to zapłacić.
— Jestem zakochany w twojej córce, Snape — burknął. — Zadowolony?
Starszy czarodziej uniósł wysoko na czoło jedną, chudą brew, wyglądając przy tym dość karykaturalnie.
— Niespecjalnie — odparł konwersacyjnym tonem, a Harry nie powstrzymał kwaśnego skrzywienia, które zawitało na jego ustach. Odwrócił głowę, zatapiając wzrok w przykrytym cieniami regale na książki. — Zaledwie kilkadziesiąt godzin temu, Potter, zarzekałeś się przed Ginerwą Weasley, że moja córka jest dla ciebie nikim, a teraz co? Nagle urosła w znaczenia, nabrała jakiejś nowej astralnej rangi? Zaczęła podlegać jakiemuś nowemu notowaniu, co?
Harry poczuł nagły przypływ irytacji uderzający do jego ciała jak fala; dał jej upust, zgrzytnąwszy kilkakrotnie zębami.
— Ja wiem — zaszydził Harry — że jedyna kobieta, z którą się przespałeś, Naczelniku, znaczyła dla ciebie tyle, co prywatna zabawka i była jedynie twoją fraszką, twoim materiałem na rozładowanie napięcia, ale, wyobraź sobie, nie wszyscy są w podobnym stopniu skażeni umysłowo.
Pożałował własnych słów, zaledwie wydostały się one przez jego wargi; jego rozjątrzenie nagle opadło, zbiło się jak bańka mydlana, a zielone oczy pochwyciły spojrzenie czarnych. Harry nie musiał patrzyć w lustro, aby wiedzieć, że jego źrenice urosły do nadnaturalnych rozmiarów; serce w jego piersi na moment zatrzymało swój bieg. Snape patrzył na niego bez mrugnięcia powieką, a w jego ciemnych oczach jak kamień na lodzie spoczywała nicość.
— Przepraszam, ja... — wydusił przez zaciskające się gardło Harry; jego głos zaczął się łamać jak osłabione kości.
— Wynoś się stąd, Potter — przerwał mu Snape, uciszając go uniesieniem dłoni. Jego głos zabrzmiał jak płynne srebro, spłynął z jego języka jak aksamit.
Harry z całych sił starał się nie dopuścić ostrego rozgoryczenia do rysów własnej twarzy, ale oczy zaczęły nieprzyjemnie szczypać i nie mógł zrobić nic, tylko stać i czuć, jak powoli rozlatuje się w pył - trochę jak Voldemort pod koniec wojny. Przełknął ciężko ślinę, skacząc spojrzeniem od jednego migoczącego głęboką czernią oka do drugiego.
— Proszę cię, Snape — wypowiedział cicho przez wyschnięte usta - jego głos leżał jak papier ścierny na jego podniebieniu.
— O co mnie znowu prosisz, Potter? — wybuchnął Snape, podnosząc się gwałtownie; jego oczy błysnęły chęcią mordu (powodując, że Harry bezwiednie, automatycznie skulił ramiona) jego różdżka przecięła powietrze - choć Harry nie zarejestrował momentu, w którym właściwie znalazła się w jego palcach. Zaczerpnął tchu, spodziewając się bólu, spodziewając się rozcięcia piekącego skórę i ostrej krawędzi rany otwierającej się na jego ciele, ale Snape nie potraktował go żadną wymyślną klątwą - machnął nad głową okrężnym ruchem nadgarstka (Harry poczuł niemałą ulgę, gdy zdał sobie sprawę z tego, że to tylko zaklęcie wyciszające pomieszczenie). — Mam serdecznie dosyć twoich próśb — wysyczał, obnażając zęby. — Jesteś tylko irytującym, przemądrzałym bachorem, który nieustannie zapomina, gdzie jest jego miejsce. — Kolejny urok Snape'a ściął go z nóg - Harry miał wrażenie, jakby nagle utracił w nich czucie. Upadł z łoskotem na zimną ziemię, czując ból promieniejący z kolan, które zderzyły się mocno z twardą podłogą (wiedział, że będzie miał potężne sińce na nogach, ale to zmartwienie blakło przy płonących jak piekielne czeluści oczach jego byłego profesora). Ściskana w jego dłoniach szklaneczka wysunęła się z jego palców i z trzaskiem roztłukła pod jego kolanami. Zielonooki poczuł, jak kilka drobinek szkła osiada pod jego paznokciami jak drzazgi. To było nic, w porównaniu z tym, co czuł, tym, co promieniało w głębi jego duszy, ryjąc w nią pazurami, kalecząc wszystko, co napotka na swojej drodze. Harry przygryzł dolną wargę aż do krwi i opuścił głowę, ukrywając przed Snape'em wyraz własnych oczu, które zaczęły nabiegać gorzkimi łzami upokorzenia. — Wykorzystujesz i podjudzasz Katrinę przeciw mnie, żeby...
Harry nie wytrzymał.
Uniósł gwałtownie wilgotne oczy na mężczyznę, czując, że jest mu już wszystko jedno, a potem wyciągnął ramię i pochwycił w pięść głupią, zwiewną szatę Snape'a gdzieś pod wysokim kołnierzem, i przełykając własną dumę, szarpnął nią w swoją stronę z zaciętością dzikiej bestii.
— SNAPE, ja ją kocham! — wydarł się mu prosto w twarz, wpijając intensywne spojrzenie w tego niemożliwego człowieka, chcąc, żeby prawda uderzyła w jego pokręcony umysł jak rozpędzona torpeda.
Nie zdołał ocenić, czy jego słowa osiągnęły zamierzony efekt, bo to niespodziewane uniesienie jak nagle przyszło, tak samo gwałtownie opuściło jego ciało i Harry, przerażony własną śmiałością, wypuścił spomiędzy palców ten gładki, czarny materiał w tym samym tempie, w którym zaczerpnięty dech uleciał z jego płuc, wycofując w panice lekko drżącą dłoń; spuścił głowę.
Chude palce mężczyzny pochwyciły jego brodę, kiedy ta zaczęła się zsuwać ku dołowi i zielonooki, młody czarodziej - chcąc nie chcąc, czując ucisk w piersi tak silny, że zadawał niemal fizyczny ból - spojrzał ponownie w te obsydianowe oczy, nie mogąc sobie przypomnieć, jak należy spokojnie oddychać.
Harry przełknął ciężko ślinę, czując, jak ta z trudem przesuwa się w dół jego gardła, po czym utyka w nim jak ość. Oczy Snape'a badały jego twarz, jakby widziały w niej coś ponad rozpadającego się człowieka.
— Kochasz ją, Potter — powtórzył po nim cicho, brzmiąc tak bezosobowo, że Harry jak nic innego zapragnął mu się wyrwać.
Słowa Katriny, w jakimś dziwnym żarcie losu, powróciły do niego jak bumerang i Harry uśmiechnął się bez rozbawienia, mając wrażenie, że coś w nim samym umiera bardzo powoli, pozostawiając na jego duszy przeciągłe pręgi blizn.
— Już nie nazywasz mnie dzieckiem? — wymamrotał, wiedząc, że brzmi idiotycznie, ale to przestało mieć dla niego znaczenie.
Coś poruszyło się na tej ziemistej twarzy - jak mgnienie światła przemknęła po niej jakaś nieokreślona emocja, której Harry, choć starał się bardzo mocno, nie potrafił przechwycić, a co dopiero zinterpretować. Jego wąskie wargi pobladły o kilka odcieni, a żar wściekłości rozpalony w jego oczach zdawał się odrobinę przygasnąć.
Zielonooki czarodziej, czując się jak totalny głupiec, chcąc zająć czymś dłonie, z których niemal całkowicie odpłynęło wszelkie czucie, zaczął skubać nerwowo paznokciami jakąś przeciągłą rysę w podłodze i dopiero teraz zauważył, że okruchy szkła, które osiadły na jego opuszkach, rozcięły mu skórę, a gorąca krew spływała nie tylko z jego pulsującej wargi.
Snape milczał bardzo długo, a Harry nie mógł odegnać od siebie myśli, że to nagłe milczenie jest znacznie, znacznie gorsze, niż rzucana mu uprzednio prosto w twarz frustracja. Czarne oczy zamknęły się, kiedy Snape uniósł do góry rękę, aby przetrzeć opuszkami palców nasadę nosa.
— Głupi dzieciak — wymamrotał, oddychając głęboko, jakby starał się uspokoić własny huragan rozemocjonowania.
Harry oblizał językiem ściekającą mu po ustach krew; jego serce ponownie się zatrzymało, kiedy Snape przyklęknął naprzeciw niego, a czarne, głębokie oczy wyjrzały zza bladej dłoni.
Zielonooki przyglądał się nieco otępiałym wzrokiem, jak starszy czarodziej bez słowa chwyta jego krwawiące dłonie w swoje ostrożne palce i zaklęciem wydobywa z ran drobiny rozbitego szkła. Chłodny podmuch magii zasklepił - o wiele głębsze, niż zdawało się Harry'emu - drobne ranki, pozostawiając na jego opuszkach i w liniach papilarnych siateczkę blizn.
— Przepraszam, nie powinienem mówić takich rzeczy o... — przyznał cicho Harry, wpatrując się we własne dłonie niewidzącym wzrokiem.
— Więc nie mów — przerwał mu Snape; w jego głosie brakowało uprzedniej ostrości.
Zielonooki przełknął ciężko ślinę.
Kciuk starszego czarodzieja starł czerwoną, ciepłą posokę spływającą z jego brody. Harry odetchnął głęboko, zbierając w sobie siłę na następne słowa.
— Ostatnimi czasy proszę cię o zbyt wiele — przyznał przyciszonym głosem, bardziej przed sobą, niż przed Snape'em. Obawiał się spojrzeć mu w oczy - przemawiał do swoich rąk, jak do zaintrygowanego słuchacza ciekawego wykładu. — Już dawno powinieneś mnie za to zrugać.
Starszy czarodziej nie odpowiedział; jego magia zatańczyła na twarzy Harry'ego jak na lodzie. Przegryziona do krwi warga zaleczyła się w podobnym stopniu - jak podejrzewał - co jego palce.
Czarne oczy odnalazły jego własne.
— W porządku - kochasz ją — powiedział cicho Snape jak jakąś nową kontynuację starej rozmowy, mrużąc oczy w głębokim skupieniu — a co z twoim: „ona ma piętnaście lat"? — przedrzeźniał go, kręcąc sardonicznie głową, ale jego wzrok nie zmalał na intensywności.
Harry wykrzywił wargi w kwaśny grymas.
— A co z twoim: „nie przeszkadza mi to tak bardzo, jak powinno", hmm? — odgryzł się bez większego przekonania, wpatrując się w głęboką ciemność jego źrenic z niemym zrezygnowaniem.
Snape milczał dobrą chwilę, przyglądając mu się spod zmarszczonego czoła, a Harry im bardziej starał się zinterpretować wyraz jego oczu, tym bardziej dochodził do wniosku, że nie jest w stanie.
— Sądziłem, że zrobiłeś to tylko po to, żeby ze mnie zadrwić — powiedział tak cicho, że Harry'ego rozbolały mięśnie za uszami od wytężania słuchu, a kiedy już do jego zmarnowanego umysłu trafiły wypowiedziane przed sekundą słowa, Harry poważnie zaczął się zastanawiać nad tym, czy jego zmysł słuchu funkcjonuje poprawnie.
Wypuścił z głębi płuc spore pokłady powietrza, a to uciekło przez jego usta jak z przebitego balona i przetarł palcami wciąż piekące oczy, czując się nieprzyjemnie skrępowany tą rozmową oraz faktem, że ona w ogóle zaistniała.
— Musisz mieć o mnie naprawdę złe mniemanie, skoro założyłeś, że byłbym w stanie przespać się z kimkolwiek, jedynie po to, żeby cię podjudzić, Naczelniku — mruknął pod nosem, nie odważając się spojrzeć w oczy temu człowiekowi wpatrzonemu w jego twarz z uwagą, z jaką obserwuje się zachowanie bakterii pod mikroskopem elektronowym. Palce zielonookiego czarodzieja przeciągnęły się po płytkich rysach w podłodze - wyraźnie czuł pod opuszkami najdrobniejsze pęknięcie, najlichszą szczelinę. — Dlaczego zawsze ważne kwestie musimy omawiać, siedząc na ziemi, co? — zapytał ze zrezygnowaniem, na co kąciki warg Snape'a drgnęły - jak w imitacji drobnego uśmiechu.
— Taki, widać, już ich urok — odrzekł jedwabistym głosem, podnosząc się z ziemi z niebywałą elegancją - jakby cały ten czas siedział na obszernej kanapie o miękkim obiciu, a nie klęczał na twardej, niewygodnej podłodze, odciskającej się własnymi nierównościami na ich kolanach. Ku wielkiemu zaskoczeniu Harry'ego, Snape wyciągnął ku niemu dłoń, aby pomóc mu podnieść się z ziemi. Zielonooki podźwignął się ciężko na nogi, gubiąc gdzieś po drodze godność, z jaką chciał to zrobić, kiedy jego własna rozchełstana szata zaplątała mu się w łydkach jak nić pajęczyny, a on zachwiał się jak człowiek sterczący na klifie nad przepaścią. Harry zaklął szpetnie pod nosem, łapiąc równowagę; drobne wgłębienia w policzkach Snape'a ozdobiły jego koci półuśmiech.
— Urok — prychnął Harry, czując, jak (nareszcie) jego serce zaczyna wracać do swego stałego rytmu. — Chyba ich skaza.
Starszy czarodziej przechylił głowę jak zaintrygowane, drapieżne zwierzę, niewiele się tym od drapieżnika odróżniając.
— Och, dziecko, nie potrafisz docenić niewielkich, drobnych gestów, które całościowo mają olbrzymie znaczenie — zamruczał, brzmiąc, jakby świetnie bawił się całą tą kuriozalną sytuacją.
Harry westchnął ciężko.
— Jesteś osobą o najbardziej zagmatwanym umyśle, z jaką miałem nieprzyjemność obcować.
Śmiech starszego czarodzieja wysłał salwę zimnych dreszczy w dół jego kręgosłupa.
— Takie komplementy to ty sobie zachowaj dla kogoś innego — odparł starszy mężczyzna z niejakim błyskiem w czarnych oczach — dziecko — dopowiedział, przeciągając sylaby, jakby za punkt honoru postawił sobie wprowadzenie Harry'ego w konsternację.
Snape przeszedł przez pokój i ponownie zaczął nalewać złotego trunku do nowych szklanek, pozostawiając resztki rozbitego szkła na podłodze, jakby ich położenie nie stanowiło dla niego najmniejszego problemu.
— Więc — mruknął pod nosem Harry, krzyżując ramiona na piersi, odrywając wzrok od pokruszonych resztek szklanki — to całe przekonywanie moich ludzi...
— Wciąż jest aktualne — podchwycił Snape, odwracając ku niemu twarz i spoglądając mu prosto w oczy, ale ogniki tlące się na dnie tych czarnych czeluści nie przygasły ani na moment.
Zielonooki czarodziej skrzywił się, odgarniając z twarzy wpadające mu do oczu włosy.
— Co ty za wyzwania przede mną stawiasz? — mruknął ze zrezygnowaniem, przyglądając się, jak Snape podchodzi do niego z dwoma, nowymi szklaneczkami whisky. Złoty alkohol mrugnął do niego zachęcająco jasnym poblaskiem.
Mężczyzna wcisnął mu w dłoń jedną z nich, po czym złożył toast, uderzając lekko cienką ścianką swojego szkła o to, trzymane przez Harry'ego, sprawiając, że Harry nieomal rozlał zawartość własnego trunku na swoje ramiona przykryte niedbale czernią szaty.
— Tylko te najciekawsze. — Głos byłego profesora prześlizgnął się przez powietrze jak mżawka i osiadł głęboko na duszy Harry'ego.
Zielonooki czarodziej przytknął własną szklaneczkę do ust i opróżnił ją w trzech, dużych haustach, czując na sobie nieprzerwanie parę intensywnych oczu leżącą na jego podskakującej grdyce jak przyklejony do skóry kurz.
