.

Rozdział 34

Jak rozbroić się bez broni?

.

— Czy wciąż wierzysz we wszystkie te rzeczy, za które nauczyli cię walczyć?

Harry wpatrywał się - niewiele dostrzegając - w rozpalone drewno kominka, czując na swoim kręgosłupie dotyk jego ciemnych oczu. Wpasowywały się one w jego kręgi, kleiły do pleców i karku jak mokre po deszczu włosy, przewiercały go niczym zaklęcie. Siateczka drobnych dreszczy przesunęła się po jego nogach, przebiegła w górę i w dół jak pajęcze odnogi sunące po delikatnych, naprężonych, srebrnych niciach pajęczyny. Harry zamknął oczy i wystawił twarz w stronę promieniującego od strony ognia ciepła. Zastanawiał się, czy jego milczenie nie jest przypadkiem swoistą odpowiedzią.

Usłyszał odgłos odstawianego na gładki blat kawowego stolika spodka, filiżanka stuknęła cicho denkiem o jego wyżłobienia. Harry wyobrażał sobie falującą, ciemną powierzchnię parującego naparu, która zatrzymuje się na brzegu filigranowego naczynia, a potem wycofuje się jak przybrzeżna fala w momencie, gdy już się wydaje, że przeleje się przez cienkie ścianki i ścieknie czarnymi łzami na niewielki spodek.

Pierwsze, pomarańczowe promienie dnia musiały rzucać już blade refleksy na horyzontalne granice, ale tu, na dole, w zamkowych lochach, wciąż panowała głęboka ciemność, jak gdyby czas zatrzymał się w miejscu.

— Gdybyś mógł cofnąć bieg zdarzeń do tych dni, w których świat był niewielki i promienisty, a twoim największym zmartwieniem był nieudany mecz Quidditcha, zrobiłbyś to?

Uchylił powieki, przez które zaczęły się przedzierać pomarańczowe refleksy rzucane przez płomienie tańczące w palenisku. Cichy głos Snape'a przebijał się przez jego ciało, poprzez kości, wnikał głęboko, głęboko w duszę, zmuszał do rozważania kwestii, w które bez odpowiedniej sugestii nigdy by się nie zagłębiał.

— Pomyśl, co byś zrobił, gdybyś dostał szansę, żeby cofnąć własne błędy, gdybyś otrzymał szansę, aby uratować czyjeś życie. Pomyśl, co byś zrobił, gdybyś tylko mógł powstrzymać jakąś serię niefortunnych zdarzeń. Zapobiec śmierci swojego chrzestnego oj...

— Nie będę z tobą rozmawiał o Syriuszu. — Jego słowa były wątłe jak tchnienie powietrza, ale w jego głosie nie było bólu, który na moment - krótki jak mrugnięcie powiek - zacisnął się na jego sercu.

Słowa lejące się na niego jak cichy wodospad ucichły. Harry wyciągnął rękę, przeciągając palcami po krawędziach kominkowych cegieł; na jego opuszkach osiadł zebrany z gzymsu kurz. Potarł o siebie palce, obserwując, jak szare drobiny odrywają się od jego skóry i wirując w powietrzu, spadają pod jego stopy jak śnieg.

Szelest peleryny zabrzmiał jak krople deszczu uderzające o brukowany dziedziniec. Harry wsłuchał się w ciche kroki sunące w jego stronę, zbliżające się z każdym jego oddechem - ten człowiek potrafił zapisać swoją obecność na kartach pamięci za pomocą samego dźwięku, szmerem wiatru przesuwającego się po pelerynie, uderzeniem rąbka szaty o krawędzie schodów, wątłym oddechem uciekającym z jego ust jak niewyraźne słowo. Harry przy nim zanikał, bladł jak nic nieznaczący cień rzucany na ziemię przez rozciągające się nad ludzkimi głowami chmury, przesypywał się przez życie jak pył rzucony na wiatr, jak nasiona dmuchawca rozpylone po świecie.

Poczuł, jak dłonie Snape'a chwyciły lekko pomiędzy długie palce przydługi kosmyk jego włosów i zaczęły powoli obracać nim jak szczęśliwym żetonem, ale nie odwrócił się ku niemu.

— Czy przyjdzie taki czas, w którym powiesz, że zrobiłeś już wystarczająco wiele i zażądasz od świata rekompensaty za wszystko, co kiedykolwiek przyszło ci poświęcić?

Harry spuścił wzrok na szarą, starą podłogę, zatrzymując oczy na jakiejś przeciągłej, wąskiej szczelinie.

— Nie jestem tobą — odpowiedział szeptem — nigdy nie byłem i nigdy nie będę.

Głębokie oddechy obijały się o tył jego głowy, rozwiewając przydługie włosy jak wiatr.

— Wcale nie próbuję odnaleźć siebie w tobie — usłyszał zrównoważony, trudny do interpretacji głos Snape'a. — Wiem, że moje stare życie, sprzed Dumbledore'a, sprzed Czarnego Pana, nie wróci do mnie, poprzez ciebie. Nie mam żadnych oczekiwań co do odwrócenia zdarzeń do czasów przed: „Nie potrzebuję pomocy tej małej, brudnej szlamy!".

Nagłe zimno uderzyło w jego ciało, jakby został oblepiony szronem; drgnął, po czym napiął mięśnie, starając się to pospiesznie zatuszować.

— Chodzi mi o to — powiedział powoli, czując głęboką, drażliwą potrzebę wytłumaczenia się — że wszystko ma swoją cenę. Wszystko, czego się podejmę. Za wszystko trzeba zapłacić - za podjęcie walki, za własne decyzje, nawet za twoją pomoc.

Poczuł oplatające się wokół jego ramion dłonie, zaciskające się lekko na jego napiętych mięśniach; odwróciły go one ku sobie z łagodną stanowczością (Harry poddał się im bez zastanowienia).

Palce odwinęły się z jego lewego ramienia na rzecz uniesienia jego opuszczonej głowy za podbródek.

Posłusznie uniósł wzrok na te czarne, głębokie oczy, z których nie potrafił wyczytać niczego - a choć nie były one puste jak zazwyczaj, przybrały wyraz, którego nie umiał poddać interpretacji.

— Życie ma gorzki smak — odezwał się powoli Snape, patrząc na niego, jakby chciał się upewnić, że jego słowa trafiają głęboko do jego świadomości — mówiłem ci o tym już dawno temu.

Harry przyglądał się tej głębokiej jak bezdenna studnia czerni; zieleń jego oczu przygasła.

— Wykrzyczałeś mi to prosto w twarz — przypomniał Harry z mętnym grymasem (te trefne lekcje z Oklumencji czasami do niego wracały, przeważnie w nocy, podczas kolejnego, długiego koszmaru, z którego wybudzał się z dręczącym poczuciem winy i imieniem swojego ojca chrzestnego gasnącym na jego ustach) — nie zapomniałem.

Snape pokręcił głową, na jego twarzy odbiła się ciężka jak kłoda wzgarda.

— Rzecz nie tkwi w tym, żebyś nie mógł o tym zapomnieć — powiedział, zniżając głos do szeptu — ale żebyś wreszcie zrozumiał.

Harry odwrócił wzrok i postanowił dać chociaż jedną odpowiedź na pytania, które stanęły murem między ich umysłami.

— Dumbledore zawsze twierdził, że miłość jest walorem, za który warto walczyć.

Snape skrzywił się jak po połknięciu niezwykle gorzkiego eliksiru leczniczego.

— Straszny trywializm - miłość — oznajmił twardym tonem mówiącym, że jego serce jest pokryte kopułą lodu, jakby zapomniał, że pod koniec Drugiej Wojny Czarodziejów ofiarował Harry'emu klucz sięgający pod jego żebra do żywego, czującego serca, przepełnionego tysiącem emocji - prawdziwych i głębokich jak ocean.

Zielone oczy zwróciły się ku czarnym i patrzyły w nie długo, póki Harry nie oblizał wyschniętych warg koniuszkiem języka i nie rzucił słów na przestrzeń między nimi:

— Nie mogę uwierzyć, że słyszę to z ust człowieka, który...

— Który co? — przerwał mu starszy czarodziej; jego oczy zaszły siateczką irytacji. — Który był tak naiwny, że dał się skusić na mroczną stronę, który pozwolił, by omamił go i uwiódł inny potężny mężczyzna, podczas gdy...

— Nie. — Tym razem to Harry mu przerwał; a w jego głosie zabrzmiała stanowczość. — Który w tym świecie zredukowanym do dualistycznych przeciwieństw, w tym świecie pełnym arogancji i zawiści, pełnym oszczerstw i wyzwań stawianych murem przed człowiekiem, potrafił kochać tak mocno, że spędził połowę swojego życia, chroniąc...

— Zamilcz. — Głos starszego czarodzieja wezbrał na ostrości. Harry przygryzł wnętrze dolnej wargi i nie dokończył zdania.

Przez dłuższą chwilę czarne oczy Snape'a lustrowały w milczeniu jego twarz.

Chłodny palec starszego czarodzieja powoli przesunął się na jego policzek i dotknął zasklepionej rany, którą Draco zadał mu podczas zebrania po odbytej bitwie. Harry spiął się automatycznie, kiedy opuszek długiego palca prześledził jej przebieg, badając niespiesznie jej szorstkie kontury.

— Dlaczego tego nie zaleczyłeś? — zapytał przyciszonym głosem Snape; czarne oczy podniosły się na jego własne, ale palce nie opuściły swojego stanowiska na przeciągłym rozcięciu na jego skórze.

Harry odwrócił wzrok, obawiając się, że Snape wyczyta prawdę z jego zmęczonego umysłu.

— Nie rozumiem, czemu miałbym ci na to odpowiadać — przecisnął przez swoje gardło; jego głos zabrzmiał warkliwie i nie na miejscu, ale Harry nie zamierzał cofać własnych słów.

Snape prychnął szyderczo i zanim zielonooki czarodziej zdołał to w jakikolwiek sposób zinterpretować, długie palce zanurzyły się w jego włosach i szarpnęły jego głową do tyłu; Harry poczuł ukłucie szczypiącego bólu rozciągającego się pod jego skórą, przeskakującego powoli na kolejne nerwy jego ciała. Przymknął powieki. Spojrzenie Snape'a niemal paliło, kiedy przesunęło się niemiłosiernie powoli po długości jego odsłoniętej szyi.

— Nie wiem, czy bardziej mnie zniesmaczasz, czy uzupełniasz — odezwał się konwersacyjnym tonem Snape, na co Harry poczuł się zgoła abstrakcyjnie; zmarszczył czoło, zastanawiając się, czy oby nie powiedział czegoś przekraczającego granicę, jaką powinna stać murem w jego zachowaniu, ilekroć zbliży się do tego człowieka na odległość wytężonego wzroku. Po chwili zastanowienia przyznał cichym głosem:

— Nie rozumiem.

Na wargi Snape'a wślizgnął się krzywy uśmiech.

— Mówię o tym twoim niegasnącym, wszczepionym w ciebie jak pijawka masochizmie, dzieciaku. — Harry drgnął, słysząc te słowa, a jego oczy urosły do nadnaturalnych rozmiarów, ale Snape nie przerwał swojej wypowiedzi, aby przeanalizować jego zachowanie. — Zniesmaczasz mnie, bo nieustannie ofiarujesz mi nad sobą kontrolę, której zdajesz się w ogóle nie doceniać. Uzupełniasz mnie, bo karmisz swoim postępowaniem sadystyczne zwierzę żyjące na dnie mojej duszy. Zastanawiałem się kiedyś nad tym, czy ty to w ogóle zauważasz, czy robisz to nieświadomie.

Serce Hary'ego zabiło mocniej.

— Ja nie...

— Nie kłam, Potter, potrafię rozpoznać, kiedy kłamiesz — wysyczał Snape, zwężając nieznacznie oczy. — Oddajesz mi się i robisz to nieustannie, na wiele, różnych sposobów. Pozwalasz mi sobie rozkazywać, pozwalasz mi wyznaczać sobie nieprzekraczalne bariery, pozwalasz mi sobą kierować, nie zważając na okoliczności, chociaż każdy inny człowiek splunąłby mi w twarz, gdyby moje wymagania zaczęły przekraczać jego możliwości. Ty jedynie podkulasz pod siebie ogon, kładziesz po sobie uszy i czekasz, aż moja magia cię przytłoczy, jakbyś był jej owcą ofiarną składaną na ołtarzu. Uzależniłeś się ode mnie i od moich decyzji, choć najprawdopodobniej nigdy byś się do tego nie przyznał. Wiesz, jak potężna jest moja magia i imponuje ci to, mam rację? Potrafisz przyjść do mnie po karę, przyjść po ból, jakby to było najbardziej oczywistą rzeczą pod słońcem, ponieważ potrzebujesz kogoś, kto nie przyklaśnie ci na wszelkie twoje postępowanie, jakkolwiek absurdalne by ono nie było i być może twoje działania przeszłyby niezauważone, być może zostałyby niezrozumiane albo źle zinterpretowane, ale, Potter, zapominasz, że ja również byłem kiedyś na twoim miejscu, że należałem do jednego Mistrza, były czasy, w których klęczałem przed nim tak, jak ty przede mną, napawając się jego potęgą, wygrzewając się w niej jak wąż na słońcu, kiedy powtarzałem mu: „jestem Twój" i „stanowię Twoją własność" i naprawdę miałem to na myśli, kiedy wypełniałem jego rozkazy i z pokorą przyjmowałem na siebie jego Cruciatusy i robiłem to tylko dlatego, że mogłem.

Snape wypuścił ze swojego uchwytu jego włosy, złapał go za brodę i skierował szorstko spojrzenie Harry'ego na swoją twarz. Młodszy czarodziej mógłby utonąć w przestrzeni tych czarnych oczu, wciągały go one jak wir wodny i przez myśl przemknęło mu, że w tym bezdennym jak przepaść spojrzeniu jest pewne ziarno magii umysłu.

— Nie chciałbyś zobaczyć, jak ja wyglądałem przed Czarnym Panem, Potter? — zaszydził Snape; jego czarne oczy błysnęły jak oczy drapieżnika. — Nie chciałbyś podziwiać takiego widoku?

Harry wyobraził sobie Snape'a na kolanach i coś ciężkiego wylądowało na dnie jego żołądka; nie potrafił nie przełknąć śliny, kiedy zdał sobie sprawę z tego, że tak naprawdę nigdy nie widział tego mężczyzny przed Voldemortem: okiełznanego, usidlonego, pokornego, nigdy nie był świadkiem takiej sceny - nawet we własnych wizjach, nawet we własnej głowie.

Kąciki warg Snape'a drgnęły w sardonicznym grymasie, a potem coś ostrego jak lodowy sopel szarpnęło za mentalne osłony Harry'ego i młodszy czarodziej poczuł, jak zostaje wciągnięty w lepką i chłodną mgłę wspomnienia, w którym wcale nie chciałby wylądować.

Cudzy umysł owinął się wokół jego własnego jak łaszący się kot, a chwilę później barwy i rozmyte kształty zawirowały na pograniczu jego podświadomości i kwatery zamkowe zniknęły zielonookiemu z oczu zastąpione cienką woalką wspomnień. Kształty nakładały się na siebie, piętrzyły się, nasiąkały barwami wirującymi wokół i klarowały jak wyostrzający się kadr widoczny przez aparat fotograficzny.

Coś zacisnęło się boleśnie głęboko w jego gardle, gdy ujrzał magię zapętlającą się jak koszmar senny, tworzącą struktury rosnące w znaczenia, upodabniające się do materializmu.

Po chwili zamiast w oświetlonych mdłym światłem kwaterach, stał w przestrzennej sali zachowanej w stylu klasycystycznym. Poznał ją bardzo szybko, zanim wszystkie kształty przysiadły na posadce, tworząc rzeczywiste formy, zanim spośród wirujących nici wspomnienia wyłoniły się dwie postacie - był w salonie wiekowej rezydencji Malfoyów, a choć widział to pomieszczenie zaledwie raz, będąc wówczas dość ograniczony w możliwościach kontemplacyjnych, poznał go od razu. Przestrzenność i krzykliwa elegancja, i absurdalne ozdobniki pachnące pychą gospodarza. To nie wnętrze posiadłości przykuło jednak jego uwagę, a szybki ruch gdzieś po jego lewej ręce. Harry zerknął w tamtym kierunku i poczuł się, jakby jechał bardzo szybką windą w dół. Ostatnim razem widział tą trupio-bladą twarz, gdy krążyli wokół siebie niczym dwa węże sposobiące się do skoku, w Wielkiej Sali Hogwartu, wymieniając szereg istotnych słów na sekundy przed ostatecznym uderzeniem. Wierzył, że już nigdy więcej nie będzie zmuszony patrzeć w te - tak niepodobne do ludzkich - oczy nasycone apetytem na brutalność oraz wściekłą czerwienią o odcieniu szkarłatu.

Lord Voldemort z czujnością sokoła śledził zbliżającą się do niego postać, której kroki odbijały się echem po rozpiętości pomieszczenia, dudniąc Harry'emu w głowie jak migrena.

— Ssseverusss — wysyczał ten głos, który do tej pory dosięgał go w najczarniejszych czeluściach własnych koszmarów, jakby mimo siły, którą przyłożył w poskromienie tego diabła podobnego jak dzień do nocy do człowieka, zagnieździł się w jego podświadomości, zaszczepił w nim jak idea.

Harry'emu zdawało się, że nagle temperatura wokół jego ciała obniżyła się o kilkanaście stopni - co nie mogło mieć miejsca, skoro był w umyśle Snape'a, nikt nie potrafi przywołać takich szczegółów z minionych zdarzeń - nawet on.

Bezwiednie cofnął się o krok, nawet nie starając się powstrzymać zapętlających się wokół niego słów - odzwierciedlenia jego własnych lęków, które zaczęły krążyć jak odległe, ledwo słyszane echo wokół komnaty niczym stado gawronów: „To wspomnienie, wspomnienie, to tylko wspomnienie, a on nie jest prawdziwy, nie jest, nie jest". Słyszał w uszach głuche dudnienie własnego, przerażonego serca.

Tymczasem mężczyzna śpieszący w stronę Voldemorta odezwał się głębokim, aksamitnym głosem, który sprawił, że Harry nie mógł nic zaradzić na salwę dreszczy, które przemknęły mu wzdłuż kręgosłupa:

— Mój Mistrzu.

Harry, zastygły jak sparaliżowany, podniósł wzrok na twarz Severusa Snape'a. To był Mistrz Eliksirów, którego pamiętał z Hogwartu, ten sam, tłustowłosy, chłodny i odstręczający; oddychając ciężko, jakby przytłaczano mu niebotycznym ciężarem płuca, przeniósł spojrzenie na trupie oblicze Voldemorta - ciało naciągnięte na kości, twarz niczym gumowa, blada maska, nozdrza jak u węża i te oczy, których nigdy nie zapomniał i o których nigdy nie będzie w stanie zapomnieć - szkarłatne jak krew, jak zaklęcie torturujące; Harry poczuł, jak żołądek podchodzi mu pod gardło.

Więc to musiało być wspomnienie z okresu po odrodzeniu się Czarnego Pana. Sam mógł mieć wówczas piętnaście bądź szesnaście lat - ciężko stwierdzić.

Snape ze wspomnienia z twarzą tak samo opanowaną, jak podczas ich własnych rozmów, których ostatnimi czasy spiętrzyło się jak gór lodowych na oceanie, podszedł do Voldemorta i bez zwlekania opadł na kolana - trochę, jakby był falą, jakby to był naturalny, cykliczny ruch, jakby przejście od pionu do klęczek było jakimś rytuałem - niewymuszonym i istotnym jak oddychanie.

Harry miał ochotę zamknąć oczy, ale złapał się na tym, że nie potrafi oderwać wzroku od okutej czernią sylwetki swojego dawnego profesora.

Snape ze wspomnienia, nie unosząc wzroku na te nieludzkie, czerwone ślepia, ugiął kark, chyląc czoła ku podłodze.

— Spóźniłeś się — oznajmił Voldemort, jego czerwone ślepia przesunęły się po sylwetce klęczącego czarodzieja jak dym; jego głos był nasączony jadem, który wypluwał z siebie, gdy tylko rozwarł ten otwór imitujący usta. Harry przełknął wzbierający w górze gardła kwaśny, piekący posmak.

Postać Snape'a nie podnosząc głowy, schyliła się ku ziemi i Harry musiał wytężyć całą swoją wolę, aby nie odwrócić wzroku, gdy oddech mężczyzny zamajaczył na nagich stopach Czarnego Pana.

— Spóźniłem się, mój Panie — przyznał ten sam, aksamitny głos, który wnikał w każdą komórkę ciała Harry'ego, w każdy jego receptor czuciowy jak opary z trucizny — i nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. — Jego wąskie wargi, które tyle razy układały się w cyniczny grymas, powoli przeciągnęły się po wierzchu lewej stopy Czarnego Pana, majacząc tuż przy skórze, jakby Snape czekał na akceptację bądź odrzucenie, a kiedy Voldemort go nie odepchnął, jego usta przesunęły się na cienką skórę, pod którą kryła się kostka boczna, muskając powoli tą białą - niemal wpadającą w szarość - miękką powłokę.

Harry najchętniej zgiąłby się w pół i zaczął wymiotować, ale na tej płaszczyźnie świadomości było to określenie dość abstrakcyjne.

— Patrz na mnie, Severusie.

Zielonooki wstrzymał powietrze, kiedy ostry, krótki rozkaz zabrzmiał w komnacie jak smagnięcie batem.

Czarne oczy uniosły się znad podłogi, kilka kosmyków ciemnych włosów osiadło na uwidocznionych, ostrych kościach policzkowych jak kurz.

Zielonooki najchętniej zacisnąłby zęby, zgrzytając nimi jak wściekły niedźwiedź - wiedział, że w tym wspomnieniu Snape musiał już być szpiegiem w szeregach Voldemorta, to było na długo, długo po tym, jak przyszedł on na kolanach do Dumbledore'a (widział to - zapisane na każdej zmarszczce znaczącej jak bruzda to wysokie, blade czoło, w ledwo dostrzegalnych cieniach rozlewających się pod oczami).

— Chłopak jest szkolony w Oklumencji — wypluł z siebie Voldemort, a Harry, słysząc te słowa, zastygł jak sparaliżowany, podnosząc oczy na te migoczące wściekle, czerwone tęczówki. — Czuję to, czuję wszystkie te marne bariery, które próbuje nakładać na swój umysł, a które są rozchwiane i słabe jak on sam. — Czerwone oczy prześwidrowały twarz Snape'a, której wyraz nie zmienił się ani o jotę i zanurzył spojrzenie w jego czarnych oczach - naprawdę zanurzył; Harry, choć bardzo się starał, nie potrafił znaleźć na to innego określenia. — Czy wiesz, kto mógłby go ćwiczyć, Severusie? Kto w tej nędznej parodii szkoły miałby uczyć Harry'ego Pottera magii umysłu?

Snape nie opuścił oczu, kiedy odpowiadał:

— Nie wiem, mój Panie — jego głos był nasiąknięty skruchą, jakby samym tonem głosu błagał o przebaczenie — być może ten głupiec Dumbledore zabrał się za edukowanie bachora Potterów. Jeżeli tak jest, to obawiam się, Mistrzu, że choćbym bardzo chciał, nie mogę na to w żaden sposób wpłynąć.

Harry poczuł, jak ulatnia się z niego wszelki spokój, kiedy kłamstwo przesunęło się z lekkością pióra po języku Severusa Snape'a, poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy, a nogi uginają się pod nim jak wata. W ostatniej chwili przytrzymał się ściany, odkrywając, że ma ona nader solidną, twardą konstrukcję jak na wspomnienie, toteż wszczepił się w nią, jakby za moment jego umysł miał się w nią wtopić, zlać się z jej masywną strukturą.

Voldemort skierował różdżkę na twarz mężczyzny (Snape nawet nie opuścił oczu, nie skulił się ani nie zaczął lamentować, choć końcówka różdżki Voldemorta majaczyła centymetry od jego twarzy).

Crucio.

Powieki klęczącego mężczyzny opadły, ciało naprężyło się jak struna, z jego gardła wylał się przeciągły skowyt, brzmiący, jakby nawet teraz - w zasięgu klątwy - Snape próbował go stłumić.

Harry patrzył, jak Snape we wspomnieniu upada twarzą na podłogę, a jego kręgosłup pręży się jak struna instrumentu szarpanego. Jego krzyk brzmiał w komnacie, jakby dochodził z oddali, jakby był ledwo zarejestrowanym przez jakiś magiczny czujnik odgłosem, tłem dla szelestu, pisku i nieartykułowanych dźwięków.

Harry, oddychając ciężko, zdał sobie sprawę, że jego usta są suche jak wiór; błyszczącymi jak w gorączce oczami, z gardłem zaciśniętym tak mocno, że sprawiało to ból, patrzył, jak klątwa się urywa, a Snape, powoli, ostrożnie, bez wykonywania zbędnych, niepotrzebnych ruchów, unosi się na drżących ramionach i zmusza swoje ciało do powrotu do klęczek.

— Masz to wybadać — wysyczał Voldemort ślizgając się na pograniczu wężomowy. — Masz wysilić każdą komórkę swojego Ślizgońskiego sprytu, aby dowiedzieć się, kto uczy chłopaka bronić się przed moją penetracją, a kiedy już znajdziesz tę osobę, Severusie, masz ją spętać i do mnie przyprowadzić.

— Oczywiście, mój Panie — powiedział Snape pomiędzy ciężkimi oddechami, które chwytały jego płuca.

Dłoń Voldemorta pochwyciła kościsty podbródek Mistrza Eliksirów i uniosła go tak brutalnie, że coś w szczęce klęczącego czarodzieja strzyknęło głucho.

Harry, czując, że nie jest w stanie oddychać, patrzył na pasmo bólu przemykające przez te czarne oczy i twarz wykrzywiającą się w nienaturalny grymas niczym u skrzywdzonego zwierzęcia.

Czerwone oczy błysnęły zawistnie.

— Pozwolę ci się pobawić osobą, która ośmieliła się zająć jego szkoleniem, zanim z nią skończę, Severusie.

Snape, wyglądając, jakby czynił to dosyć niepewnie, przechylił głowę w bok i wszczepił wargi w niemalże siną dłoń, której długie palce wciąż zaciskały się na jego bladej szczęce tak mocno, że Harry mógł obserwować zielono-fioletowe plamy zasinień wyłażące spod nich niczym rozlewająca się kałuża.

— Twoja łaskawość, mój Lordzie, zawsze była tak ogromna dla nas, nieudaczników, którzy nie jesteśmy cię godni — powiedział tym aksamitnym głosem, który sprawiał, że wszystko w Harrym skowyczało i wzdychało jednocześnie, a zielonooki jak nic innego, pragnął uciec od tego uczucia, od tego świata, od tego wspomnienia. Jego umysł zaczął się szarpać, pragnąc się ulotnić, zniknąć, zagubić, zaczął rzucać się jak przerażony piorunami koń zamknięty w ciasnym boksie. Jakaś potężna siła spętała go i przytrzymała, każąc mu patrzeć do końca; Harry drżał w jej okowach jak pogrzebane żywcem szczenię.

Serce dudniło w jego piersi jak oszalałe i Harry naprawdę zaczął się bać, że ten jego głupi organ tego nie wytrzyma, że zatrzyma się po którymś uderzeniu i ucichnie na wieki.

— Jest jeszcze kwestia przepowiedni, Severusie — powiedział ten demon jego przeszłości patrząc w czarne oczy Snape'a, a Harry doszedł do wniosku, że lada moment pozwoli ponieść się nerwom, że nie chce usłyszeć ani słowa więcej, bo pęknie jak serce obrzucone błotem, bo rozpadnie się i nie zdoła już pozbierać się w jedną całość.

— Wypuść mnie! — ryknął Harry, szamocząc się i walcząc z napierającą na niego siłą, i krzycząc, i krzycząc, i krzycząc. — Proszę cię, Snape, wypuść mnie, wypuść mnie, proszę, proszę, proszę!

— Panie mój? — wyraził swoje niezrozumienie Snape we wspomnieniu, na co cała mentalność Harry'ego wzdrygnęła się, jakby ktoś ją oparzył.

— Snape! — zaskomlał Harry.

— Nie mogę pozwolić sobie na to, aby pójść po nią sam, skoro ci wszyscy głupcy tak zagorzale nie chcą uwierzyć w mój powrót — mówił dalej Voldemort ze wspomnienia głuchy na lamenty Harry'ego w równym stopniu co umysł Snape'a. — Już raz mi ją dostarczyłeś Severusie...

— Błagam cię, Snape, wypuść mnie, nie mogę tego słuchać, po prostu nie mogę — wychrypiał Harry, będąc na granicy paniki. Jego mięśnie szarpały się pod skórą, jakby to on został ugodzony klątwą torturującą. — Snape...

Mężczyzna we wspomnieniu przeciągnął policzkiem po szacie Voldemorta, jakby łasił się do jego łydki niczym ogromny, czarny kocur. Harry załkał, jakby coś go rozszarpywało od wewnątrz.

— Jakkolwiek bardzo nie marzyłbym o tym, aby cię zadowolić, mój Panie, znajduję się za blisko tego zwolennika mugoli, Dumbledore'a, aby bez podejrzeń móc wypełnić Twój rozkaz.

Czubek różdżki Voldemorta naparł na podbródek Snape'a, unosząc mu głowę. Harry mógł zobaczyć rozlewające się po tej jasnej, bladej skórze czerwone ślady oparzenia, ale jedyną reakcją jego byłego profesora były głębiej zaciągane wdechy i niemal niedostrzegalne drżenie warg; nie cofnął się.

Harry skupił się jak mógł, aby natrzeć magią umysłu na ten znany sobie, skomplikowany umysł, ale był za bardzo roztrzęsiony, aby mógł się na tym dostatecznie skoncentrować - Snape zdusił jego zryw w zarodku, jakby był insektem rozdeptywanym pod podeszwą.

— Więc sprzeciwiasz się mojej woli? — zapytał Voldomort; w jego głosie dało się słyszeć niebezpieczne nuty.

Harry poczuł, jak przerażenie miażdży go niczym szarą, brudną mysz.

— Nie mogę... — wychrypiał Harry, drżąc jak ogarnięty gorączką. Jego gardło było tak strasznie suche.

— Ty wiesz, Mistrzu, że nie śmiałbym się sprzeciwiać — powiedział bardzo cicho Snape. — Wiesz, że należę do Ciebie. Ty wiesz, że jestem tylko Twój. — Gorąca żarliwość w głosie Snape'a sprawiła, że Harry'emu zakręciło się w głowie - wspomnienie, choć cały czas znajdujące się w tej samej, niezmiennej pozycji, zawirowało mu przed oczami jak kalejdoskop. — Tylko Twój — odbijały mu się od czaszki słowa Snape'a - Harry miał wrażenie, że dochodzą one do niego z bardzo, bardzo daleka.

Nagle pęta, które przytrzymywały go we wspomnieniu, szarpnęły nim brutalnie (Harry poczuł się, jakby jego umysł był rozrywany na kawałki - drobne i ostre jak brzytwa), a on został wyrzucony z głowy mężczyzny jak zbędny balast.

Harry przetoczył się po chłodnej podłodze, nie potrafiąc opanować na przemian zaciskających się i rozluźniających mięśni brzucha. Wtulił twarz w podłogę, kiedy zdał sobie sprawę, że jego policzki umazane są słonymi łzami, które płyną po jego skórze, klejąc się do niej jak pył, jak eliksir, skapują z drżących warg; starał się uspokoić swój oddech, ale im usilniej próbował, tym mocniej docierało do jego świadomości, że nie jest w stanie, że dyszy jak po długotrwałych torturach, że trzęsie się i trzęsie i nie zupełnie nad tym nie panuje.

Usłyszał szelest szaty i zbliżające się do niego kroki i zanim zdążył się wystarczająco opanować, skulił ramiona, a z jego gardła wydobył się agresywny warkot godny drapieżnika, który utknął w potrzasku i idące za nim, chrapliwe słowa:

— Nie dotykaj mnie!

Jednak Snape się nie zatrzymał. Przyklęknął na podłodze tuż przed nim a łagodne palce, tak różne od tamtych, których wspomnienie kluczyło wokół niego - brutalnych i porywczych - dotknęły jego podbródka (Harry wzdrygnął się, jakby go uderzono) i lekko naparły na jego brodę.

Harry, oddychając z nienaturalnym tempem, kuląc się w sobie jak dziecko, uniósł spojrzenie spłoszonego zwierzęcia na te czarne, głębokie oczy. Miał świadomość tego, że musi wyglądać, jak ktoś, kto spodziewa się ataku, jak ktoś całkowicie bezbronny, kto znajduje się w zagrożeniu, że wygląda jak zwierzyna uwięziona za kratami bądź spętana przez łowieckie sidła, ale nic nie mógł zrobić, jedynie patrzeć rozszerzonymi nienaturalnie źrenicami w te znajome oczy przyglądające mu się z wnikliwą uwagą.

— Wcale nie chciałem tego oglądać — wycisnął z siebie cienkim, niepodobnym do swojego głosem; jego skóra drżała pod opuszkami palców Snape'a - z każdą sekundą coraz bardziej.

Czarne oczy błądziły powoli po jego twarzy, jakby czegoś w niej szukały.

— Powiedz mi, dziecko — odezwał się szeptem Snape, a Harry nieświadomie wstrzymał powietrze — czy nie byłym ujmujący?

Harry miał ochotę poddać się łzom, które zapulsowały w jego głowie jak kwas.

— Był pan, był pan — przyznał, spodziewając się, że gdy tylko powie to głośno, Snape się od niego odsunie, zostawi go samemu sobie, da mu wreszcie odetchnąć. Czarne oczy spojrzały głęboko w zielone i Harry musiał przełknąć ślinę. — Był pan — powtórzył słabo. Jego serce tłukło się o jego mostek tak mocno, że Harry'emu zdawało się, że za moment zagłuszy ich słowa.

Wargi Snape'a wygięły się w kwaśnym grymasie. Jego twarz nachyliła się nad twarzą Harry'ego.

Jaki byłem? — nacisnął na słowo tak mocno, że Harry mimowolnie się wzdrygnął; zielonooki przełknął ślinę, starając się pozbyć suchości z ust. Miał wrażenie, że coś wewnątrz niego kruszy się bardzo powoli.

— Ujmujący — powiedział drżącym głosem, przeklinając się za to, że brzmi jak przerażone źrebię. — Był pan naprawdę ujmujący. Był pan urzekający, był pan fascynujący.

— Namiętny? — zapytał Snape, unosząc jedną, wąską brew.

Harry zbladł.

— Naczelniku... — wychrypiał przez suche na wiór gardło; czarne oczy zmrużyły się w zniecierpliwieniu, a Harry spodziewał się, że te długie, blade palce mocniej zakleszczą się wokół jego podbródka, ale tego nie uczyniły.

— Czy byłem namiętny, dziecko? — powtórzył; jego głos zabrzmiał jak aksamit - zupełnie jak w ukazanym Harry'emu wspomnieniu i Harry pomyślał, że za moment spali się w nim samym wszystko, co czyni go człowiekiem. Oblizał nerwowo wargi.

— Był pan... oszałamiający — wyszeptał słabo. — Był pan czarujący. — Serce huczało mu w uszach jak werble. — Był pan...

— Gorliwy? — wtrącił Snape, przyglądając mu się wnikliwie zza zmrużonych powiek. — Pełen namiętności? Ponętny? Uwodzicielski?

Harry zamilkł, czując się pusto i nie na miejscu, zastanawiając się, do czego to wszystko dąży.

— Tak — przyznał cicho, spoglądając Snape'owi w oczy. — Był pan bardzo kusicielski, bardzo nęcący.

Snape przez moment jedynie mu się przyglądał, jakby go oceniał, by chwilę potem - niespodziewanie dla Harry'ego - wypuścić jego podbródek z uścisku swoich palców.

— Mam nadzieję, że to do ciebie trafiło, dziecko — powiedział powoli Snape, rozdzielając słowa w taki sposób, jakby te się do siebie lepiły. — Nie chcę pustej skorupy przychodzącej do mnie po karę. Nie chcę kukły, która spodziewa się po mnie jedynie bólu. Ponieważ ja, Potter, mam prawo pragnąć rekompensaty za te wszystkie dnie i noce spędzone u stóp Czarnego Pana na żądanie Albusa Dumbledore'a. — Harry zachłysnął się powietrzem, jakby się dusił. — Możesz powiedzieć, że władza zmienia człowieka, dzieciaku, albo że jestem nieludzki. Problem polega na tym, że ja nie chcę owcy ofiarnej, dziecko. Chcę sługi.

Harry zamknął oczy, czując, jak coś w jego piersi zaciska się boleśnie.

— Tak bardzo mnie pan nienawidzi?

— Nie, idioto! — warknął Snape, z jakiegoś powodu brzmiąc na bardziej zniecierpliwionego, niż chwilę temu. — Tak bardzo mnie fascynujesz!

Harry zaciągnął się głęboko powietrzem, uchylając powieki, aby spojrzeć z niedowierzaniem w ziemistą, wygiętą w krzywym grymasie twarz Snape'a, którego źrenice płonęły jak para pochodni - w jego oczach buzowała chłodna irytacja, jakby niezrozumienie Harry'ego było czymś niedopuszczalnym, czymś karygodnym. Starszy czarodziej odetchnął głęboko, jakby z całych sił starał się okiełznać własny temperament i podniósł się z ziemi, górując nad młodszym czarodziejem.

— Posłuchaj — Snape wyglądał, jakby zbierał do kupy myśli, które rozlatują się po umyśle jak stado dzikich ptaków — gdybyś miał przed sobą dwóch ludzi, którzy ci podlegają — odezwał się po chwili namysłu, marszcząc w skupieniu brwi, zdając się uważnie dobierać własne słowa — którzy słuchają twojego głosu i stosują się do twoich poleceń, gdyby tych dwóch ludzi uklęknęło przed tobą, wyglądając zgoła podobnie, przejawiając podobną pokorę, ale u podstaw działań jednego z nich leżał strach, a u podstaw drugiego - szczerość i szacunek, którego byś wolał?

Harry wpatrywał się w Snape'a, starając się powiązać jego słowa z dopiero co ujrzanym wspomnieniem; jego umysł zdawał się oporny jak zardzewiały mechanizm skonstruowany z kół zębatych.

— Przecież — powiedział powoli, nieco niepewnie — w czasie, z którego pochodzi zdarzenie, które przede mną ujawniłeś, byłeś już szpiegiem Dumbledore'a. Ciężko uwierzyć, że jakimkolwiek twoim działaniem kierowała wówczas szczerość.

Z gardła Snape'a wylało się coś na kształt rozdrażnionego warkotu, który - o dziwo - nie przeraził Harry'ego tak bardzo, niż w zamyśle czarnookiego czarodzieja zapewne miał to zrobić.

— Nie mówię o sobie, idioto, tylko o tobie! — wysyczał, pochylając się nad Harrym, mrużąc wściekle oczy.

Zielonooki czarodziej, czując się, jakby pustoszał od środka, przechylił na bok głowę, jakby nie istniało nic, co byłoby w stanie go przerazić.

— Skąd przekonanie, że u podstaw moich działań leży coś innego niż strach? — zapytał, unosząc jedną brew wysoko na czoło, bardziej z przekory, niż z czegokolwiek innego.

Starszy czarodziej zamknął oczy, jakby starał się uspokoić jakiś wewnętrzny huragan rozdrażnienia. Harry obserwował spod zmarszczonego czoła, jak Snape przykłada palce do nasady nosa i pociera opuszkami ziemistą skórę.

— Mam nad tobą władzę, ponieważ wkładasz mi ją do ręki — powiedział powoli Snape, jakby wykładał skomplikowany temat na lekcjach Eliksirów. — Chyba mi nie powiesz, że robisz to niezamierzenie?

Harry wpatrywał się głupio w Snape'a, zastanawiając się, czy gdyby przyznał, że nie rozumie, o czym ten mówi, to starszy czarodziej uznałby go za niedorozwiniętego umysłowo.

— Jest pan... Naczelnikiem tego kraju — odezwał się niepewnie, nerwowo skubiąc rękaw wymiętoszonej szaty.

— Potter... — westchnął Snape, wyglądając, jakby szukał słów, które nie istnieją.

Harry poczuł lekką frustrację uderzającą w jego zmysły, naruszającą myśli, sprawiającą, że jego nerwy zaczęły się chybotać jak karciana wieża.

— Słodka Morgano — zirytował się — mam wrażenie, że za każdym razem, kiedy jestem w twoim towarzystwie, stąpam po kruchym lodzie. — Wiedział, że jego oczy zaczęły płonąć, kiedy spoglądał z ziemi w ziemistą twarz mężczyzny, który nad nim górował, wyglądając, jakby wpasował się w to miejsce z niebywałą precyzją.

Długie palce Snape'a drgnęły, a spomiędzy nich łypnęły na Harry'ego czarne, intensywne oczy.

— Stąpasz po kruchym lodzie? — powtórzył powoli starszy czarodziej, jego dłoń spoczywająca na twarzy zadrżała ledwo zauważalnie, jakby mężczyzna tracił panowanie nad własnym ciałem. — Masz wrażenie? — Snape pokręcił głową, jakby nie dowierzał, jego oczy migotały jak kamienie szlachetne. — Każdym słowem, każdym gestem nieustannie sprawiasz, że odchodzę od zmysłów, non stop przekraczasz granice, które stoją między nami od niepamiętnych czasów, rozłupujesz te mury własnym głosem, a po tym wszystkim mówisz, że masz wrażenie, że trzeszczy ci lód pod podeszwami? Do reszty obskubało cię ze zdrowych zmysłów? Czy ty...?

— Przestań! — zawołał Harry, niespodziewanie dla samego siebie podnosząc głos. Czuł, jak mięśnie drżą pod jego skórą i za nic nie był w stanie tego zatrzymać. — Przestań wygadywać nonsensy! Ja przekraczam granice? Ja łamię bariery? To ty oznajmiłeś, że pragniesz mieć we mnie swojego sługę, Snape, a ja...

— Dajesz mi władzę do rąk, Potter — wysyczał starszy czarodziej, przerywając jego słowa, wyglądając jak wcielenie boga podziemi z greckiej mitologii. — Nawet nie muszę jej egzekwować siłą. Wkładasz mi ją w dłonie jak broń, jak różdżkę.

Serce w piersi Harry'ego drżało niczym przemarznięty ptak. Spuścił wzrok na szarą podłogę, czując, że coś się wewnątrz niego łamie, coś się kruszy, bez względu na to, jak bardzo próbuje to zatrzymać.

— Wiem, co próbujesz zrobić, Snape — powiedział, a choć w jego głowie własny głos brzmiał silnie i stanowczo, w rzeczywistości trząsł się niczym w chorobie. — Chcesz mnie spłoszyć. Udowodnić przede mną, że nie jestem wystarczająco silny. Że granica mojej wytrzymałości leży znacznie bliżej niż twojej. Chcesz mi udowodnić, że nie jestem wystarczająco odporny na twoje zniewagi. Za słaby na twoje żądania.

Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, na co Snape chciał zwrócić jego uwagę tym wspomnieniem, co chciał mu przekazać, co chciał wyegzekwować.

Problem polegał na tym, że Harry dostrzegł też coś innego, poza pragnieniem sprawowania kontroli, coś innego poza wymogiem bezdyskusyjnego posłuszeństwa, coś innego poza dwa, nieruchome położenia pana i jego sługi. Jego serce nie drżało z przerażenia na wieść o tym, że Snape oczekuje po nim szacunku, że oczekuje posłuchu. Nie czuł, że tonie w powietrzu z powodu udawanej, nabożnej czci, jaką stojący przed nim mężczyzna okazywał niegdyś Voldemortowi. Uwierało go coś zgoła innego, coś zupełnie, zupełnie innego.

Harry przełknął ciężko i zacisnął powieki tak mocno, że poczuł pieczenie w oczach.

— Myślisz, że jestem ślepy, ale ja zauważam o wiele więcej, niż ci się wydaje — powiedział cicho, kuląc ramiona, bojąc się otworzyć oczy i zmierzyć ze spojrzeniem Snape'a, które czuł bardzo wyraźnie, przesuwające się po jego ciele jak wiązka księżycowego światła.

— Słucham? — zapytał po dłuższej chwili ciszy starszy czarodziej; w jego głosie dało się słyszeć ostrożność.

Harry odetchnął głęboko, czując, jak jego dłonie zaczynają drżeć, a coś wewnątrz niego kruszy się ponownie, jakby był samo naprawiającą się wieżą, od której z głośnym chrzęstem odrywają się płaty głazów, a na ich miejscach wyrastają nowe. Wyrastają nowe, tylko po to, aby znów się oderwać.

— Kłamałeś przed nim — wyrzucił z siebie, zanim się rozmyślił; jego głos był tak bardzo zduszony, że nijak nie potrafił go utożsamić ze swoim własnym. — Odsłaniałeś przed nim własne słabości, żeby ukryć za nimi prawdziwe intencje. Pozwalałeś mu się upokorzyć. Zredukować do czegoś mniej niż człowiek, odrzucając własną dumę na dalsze tory. Klękałeś przed nim. I robiłeś to... robiłeś to dla mnie. Przyjmowałeś na siebie jego Cruciatusy. Znosiłeś ból i upokorzenie. Dla mnie. Próbowałeś go zwieść, próbowałeś go omamić, sprzeciwiałeś się mu, wiedząc, że możesz za to zapłacić. Poświęciłeś połowę swojego życia i zrobiłeś to dla mnie. Owszem, byłeś namiętny. I gorliwy. I uwodziłeś go i robiłeś to tylko po to, żeby zanurzyć się jak najgłębiej w jego Wewnętrzny Krąg, żeby być w stanie usłyszeć o planach, których w innych okolicznościach nigdy by przy tobie nie poruszył. — Łzy uciekły z kącików jego oczu i popłynęły w dół jego policzków. Nie próbował ich zatrzymywać; uniósł głowę i spojrzał szczypiącymi oczyma w bardzo bladego, przyglądającego się mu Snape'a, który przywiódł mu na myśl kamienny posąg bez iskry życia. — Robiłeś to dla mnie, Snape.

Harry drgnął, kiedy mężczyzna poruszył się gwałtownie, podchodząc do stojącego przy kanapie mającej całe wytarte obicie stolika kawowego i z brzdękiem odkładając na niego filiżankę. Nie patrząc w stronę Harry'ego, Snape usiadł na wypłowiałej kanapie. Jego plecy nie były napięte, ale jego głowa odwróciła się tak, że zielonooki, bez względu na to, jak bardzo przekręcał szyję, nie był w stanie dostrzec jego twarzy.

— Będzie lepiej, jeśli już sobie pójdziesz — usłyszał głos Snape'a - jak zawsze opanowany, beznamiętny jak wypłowiały mebel.

Harry nie poruszył się; wszystko w jego gardle zaciskało się boleśnie, kiedy spoglądał na profil tej chudej sylwetki owiniętej czarnym aksamitem jak kokonem.

— Idź stąd, Potter — powtórzył starszy czarodziej; zimny ton uderzył w Harry'ego jak tsunami - jakby Snape za wszelką cenę starał się go spłoszyć.

Harry nie pozwolił się odtrącić. Czując ucisk w gardle tak mocny, że nie był pewny, czy uda mu się przecisnąć słowa przez zbolałe wargi, przesunął się z szelestem szaty po podłodze, wgramolił się na stary dywan, odkrywając, że ma on niespodziewanie miękką strukturę, więc zanurzył w nim paznokcie, przyłożył do niego wnętrza dłoni i z sercem zapętlonym jak skazaniec przed egzekucją, czując ciężar łez klejących się do jego rzęs i policzków, wyciągnął rękę i zacisnął palce na dużej dłoni Severusa Snape'a, przyciskając czoło do jej wierzchniej części.

Harry, oddychając nieco rozchwianym rytmem, ściskał dłoń starszego czarodzieja, bojąc się, że ten lada chwila wyrwie ją z uścisku jego palców, że go odtrąci jak zabłąkanego w deszczu kundla.

Snape tego nie zrobił.

— Co byś uczynił, gdyby wydało się, że jesteś szpiegiem? — wyszeptał Harry, nie podnosząc wzroku, słysząc, jak bardzo zdławione są jego słowa. — Co byś zrobił, gdyby na którymś etapie, coś poszło nie tak, jak powinno?

Miał nadzieje usłyszeć cokolwiek: westchnienie pełne rezygnacji, przełknięcie śliny, jakąś oznakę, że jego pytanie wytrąciło stabilną równowagę Snape'a, cokolwiek, co mogło przybliżyć mu odpowiedź, której nie spodziewał się usłyszeć.

Poczuł, jak dłoń Snape'a delikatnie wyplątuje się z uścisku jego dłoni, a miękkie palce napierają na jego podbródek. Uniósł głowę i spojrzał w czarne oczy opływające jego twarz jak ciepłe fronty, robiące sobie przystań z jego źrenic.

— Przeszedłbym dla ciebie przez coś gorszego od śmierci — powiedział bardzo cicho Severus Snape, rozbijając w nim coś więcej, niż rytm oddechu.


-VVV-


Czuł niesamowity głód, ale przez jego gardło nie chciał przejść choćby mały kęs kiełbasek z fasolką, po które wstąpił do kuchni w drodze do ambulatorium. Zadowolił się więc kolejną, czarną jak noc kawą, pozostawiającą gorzki posmak na jego języku i ruszył w stronę Skrzydła Szpitalnego. Schody dłużyły mu się, jakby ich psotna natura dorobiła kilka dodatkowych stopni po drodze między kondygnacjami. Kiedy wreszcie stanął pod drzwiami ambulatorium, miał wrażenie, jakby przebył mile, jakby pokonał lata świetlne, aby tu dotrzeć - bolała go głowa, tak, jakby dopiero teraz schodziły z niego nerwy po odbytej z mugolami bitwie (co było niemożliwe, tak na dobrą sprawę - zbyt wiele czasu upłynęło). Pchnął drzwi i przesunął wzrokiem po czystym, ziejącym bielą, sterylnym pomieszczeniu.

Przy łóżku, które zajmowała Luna siedziała pani Weasley, wciąż nienaturalnie chuda, z wystającymi pod zbyt ostrym kątem kośćmi policzkowymi, wyglądając zupełnie inaczej, niż kobieta z jego młodzieńczych wspomnień. Kiedy skierowała wzrok w jego stronę, Harry dostrzegł zdrowe rumieńce na jej policzkach i nie potrafił zatrzymać niewielkiego uśmiechu, który cisnął mu się na usta. W jej oczach było to samo ciepło, co zawsze i Harry miał wrażenie, że jego skostniałe serce mięknie na ten widok jak potraktowane zbyt mocnym eliksirem na rozluźnienie mięśni. Kobieta odpowiedziała uśmiechem i wstała z zajmowanego krzesła, kierując się w jego stronę. Harry zlustrował wzrokiem jej sylwetkę, nie bez satysfakcji oceniając, że porusza się ona o wiele sprawniej, niż w dniu, w którym obalili więzienne, mugolskie mury, jakby siły witalne na powrót zaczęły kleić się do jej kości.

— Harry, mój kochaniutki — powiedziała, zmierzając w jego stronę, a Harry rozłożył ramiona i otoczył ją nimi tak szczelnie, jak był w stanie, uważając, by nie przeciążyć jej kruchego ciała.

Położył głowę na jej ramieniu i zamknął oczy, wdychając powoli zapach jej włosów - musiała je ściąć, sięgały nieco przed ramiona i opadały na nie zgrabnymi, niewielkimi lokami, muskając jej wychudzoną szyję.

— Jak się pani czuje, pani Weasley? — wyszeptał, wciskając nos w szare kosmyki, uśmiechając się nieznacznie na świeżą woń, która owinęła go jak ciepły koc.

— Jakby mnie przeżuto i wypluto. — Jej ramiona zatrzęsły się od tłumionego śmiechu i tym razem prawdziwy, szeroki uśmiech zawitał na twarzy Harry'ego jak świeży poranek. — Nie martw się o mnie Harry, jestem dorosła, poradzę sobie.

Harry wyplątał się z jej ramion i odsunął ją od siebie na długość wyciągniętych rąk, lustrując wzrokiem cienie osiadłe na jej powiekach jak wrony. Tym razem uśmiech pani Weasley nieznacznie posmutniał; przełknęła ciężko ślinę i przygładziła czule palcami nieco rozwichrzone włosy Harry'ego.

— Poradzę sobie — zapewniła go raz jeszcze, spoglądając przeciągle w jego oczy; zacisnął wargi, czując, jak jego serce potyka się o klatkę piersiową.

Harry szukał słów, aby w jakiś sposób wyrazić swój żal, że ta starsza, wspaniała kobieta musiała przejść przez to wszystko, na co w żadnym stopniu nie zasłużyła - powinna być szczęśliwa i bezpieczna, i otoczona gromadą kochających osób, już na zawsze, ale im bardziej szukał zdań, które nie zabrzmiałyby oklepanie, zbyt prosto, zbyt banalnie, tym bardziej nie potrafił ich odnaleźć.

— Wie pani, że ja zawsze...

— Wiem — przerwała mu, zanim zdążył choćby dokończyć to zdanie we własnych myślach; w jej głosie pobrzmiewała czułość, jej oczy zaczęły błądzić po jego twarzy, jakby wyszukiwały w nim zmian, jakby starały się zapamiętać każdą nową zmarszczkę, która przykleiła się do jego czoła jak blizna, każdy cień, który osiadł na jego skórze.

Harry skinął powoli głową (wcale nie będąc przekonanym, czy postępuje słusznie, odsuwając tę rozmowę na bok) i spojrzał przez ramię starszej kobiety na przyglądającą im się w milczeniu Lunę - jej chłodne, niebieskie oczy spotkały się z jego własnymi.

Pani Weasley przesunęła rękę i ścisnęła pokrzepiająco jego dłoń (jakby samym dotykiem obiecywała, że wszystko się jeszcze ułoży).

— Zostawię was samych — powiedziała, kiedy zielone oczy ponownie przeskoczyły na jej obsianą licznym pasmem zmarszczek twarz. Harry ponownie skinął głową i doznał nikłego poczucia straty, kiedy pani Weasley wypuściła jego dłoń z uścisku swoich palców - jakby go ogołocono z czegoś bardzo, bardzo ważnego, czegoś cennego i niepowtarzalnego. To uczucie, na dobrą sprawę, było całkowicie nieuzasadnione i zielonooki musiał pokręcić stanowczo głową, aby pomóc mu ulecieć ze swojego ciała. Odprowadził ją wzrokiem, kiedy wychodziła ze Skrzydła Szpitalnego, znikając za drzwiami jak dym, jak senna mara, zostawiając na źrenicy Harry'ego jedynie zawijas szarej smugi o barwie takiej samej, co jej spłowiałe czasem włosy. Zielonooki odwrócił głowę, nie spoglądając za starszą kobietą jak osamotniony żeglarz obserwujący znikające na horyzoncie żagle (nie był aż tak sentymentalny) i pospiesznie ruszył w stronę łóżka zajmowanego przez Lunę; nie wiedział czemu, ale serce podeszło mu do gardła, jakby podświadomie wiedziało, że czeka go niełatwa rozmowa. Kiedy jednak otworzył usta, decydując się, że to on jest zobligowany do rozpoczęcia tej wymiany zdań, gdzieś za jego plecami rozległo się skrzypnięcie drzwi, a pewny siebie głos wstrzymał jego zamiary:

— Pan Potter.

Harry przystanął, a kiedy odwrócił głowę, spotkał na drodze swojego wzroku wodniste, niewielkie oczy Pansy.

— Pani Parkinson? — Uniósł brwi, przyglądając się, jak kobieta szerzej otwiera drzwi do swojego gabinetu; zza jej pleców wylała się cicha, melancholijna muzyka wirująca po przestrzeni jak krążące ptaki.

— Czy mogłabym pana poprosić na słówko?

Harry przyjrzał się kobiecie; dostrzegł cienie pod jej oczami i niezdrowy kolor lekko przekrwionych białek i już wiedział, że robi ona wszystko, co w jej mocy, aby przywrócić wszystkich, dawnych więźniów mugolskiej twierdzy do ich niegdysiejszej sprawności, ale niektórych szkód nie da się odwrócić tak łatwo.

— Oczywiście — powiedział cicho i patrzył, jak Parkinson po skinieniu głową wycofuje się na powrót do swojego gabinetu, wskazując gestem dłoni, by podążył za nią.

Zastanawiał się, czy chodzi jej o Draco, czy to o nim chce porozmawiać, czy rzecz tkwi w czymś zgoła innym. Odetchnął głęboko jak przed skokiem na głęboką wodę, policzył do trzech, a potem na odwrót i wspak i zanurzył się w lekkiej muzyce rozbrzmiewającej w gabinecie, przestępując próg. Rzucił szybkie spojrzenie Lunie, która przekrzywiając pod dziwnym kątem głowę, obserwowała go spod wpół przymkniętych powiek, po czym zawahał się i zdecydował zamknąć za sobą drzwi.

Gabinet, w którym się znalazł, urządzony był skromnie i starodawnie - zupełnie, jakby od dawna nie był przemeblowywany; Harry zastanawiał się, czy od czasów rezydowania w nim Poppy Pomfrey cokolwiek w nim uległo zmianie. Nieduże biurko z bielonego drewna ustawione pod szerokim oknem zawalone było kilkoma papierami, wyglądającymi na karty magomedyczne i dziennikami, z których mrugał do Harry'ego rząd nic mu niemówiących cyfr. Kilka piór leżało na granicy upadku, chwiejąc się na krawędzi biurka jak mugolska huśtawka. Parkinson podążyła wzrokiem za spojrzeniem Harry'ego i wygięła sceptycznie wargi, po czym podeszła do biurka, by uprzątnąć z niego porozrzucane papiery i wcisnąć je do jednej z szuflad.

— Ładny gabinet — pospieszył z zapewnieniem Harry, na co odpowiedziało mu jedynie szydercze uniesienie brwi. Parkinson podniosła na niego wzrok i gestem dłoni wskazała mu stojące naprzeciw siebie krzesło.

Zielonookie spojrzenie zlustrowało jej zastygłe w wyrazie powagi oczy i Harry - starając się tego nie okazywać - poczuł, jak coś ciężkiego osiada mu na dnie żołądka.

— Czy... czy coś się dzieje z Draco? — zapytał cicho, na co brwi kobiety podskoczyły jeszcze wyżej na czoło, a na krótki moment w jej źrenicach odbił się wyraz szczerego zaskoczenia.

— To nie o nim chciałam z panem porozmawiać — oznajmiła, obserwując, jak Harry przemierza pokój. — Proszę się rozgościć.

Nerwy Harry'ego zostały zatamowane jedynie w minimalnym stopniu. Jego myśli poszybowały w stronę pani Weasley. Być może to o nią chodzi? Być może zaklęcia sondujące wykryły u niej jakąś chorobę ciężką do uleczenia? Czując, jak jego nogi nagle zdają się mieć problemy z utrzymaniem wagi jego ciała, ruszył przez pokój i opadł na wskazane miejsce bez najmniejszej gracji. Pansy przechyliła głowę, obserwując go spod uniesionych brwi (czasami naprawdę przywodziła mu na myśl jastrzębia szykującego się do zanurkowania w powietrzu tuż przed dorwaniem swej ofiary) i zajęła miejsce naprzeciw w wygodnym fotelu z wysokim oparciem.

— Kawy? Herbaty? Soku z dyni? — zapytała, na co Harry zawahał się, zanim pokręcił przecząco głową.

— Nie, dziękuję. O czym chciała pani porozmawiać?

Obserwował spod zmarszczonego czoła, jak brwi kobiety na powrót układają się na prostej linii, a ta opiera się łokciami o blat i spogląda na niego znad splecionych palców. Przez moment wyglądała, jakby biła się z myślami; coś w jej oczach powiedziało Harry'emu, że jest całkowicie bezbronny wobec słów, które miały paść z jej ust.

— Chodzi o panią Weasley, tak? — zapytał, nienawidząc się za to, jak słabo zabrzmiał jego głos.

Na twarz kobiety wpłynął taki wyraz, jakby właśnie podjęła jakąś bardzo ważną decyzję. Rozplotła palce i położyła dłonie na biurku.

— Nie do końca, panie Potter — powiedziała powoli, przyglądając mu się wzrokiem szukającym elementów świadczących o tym, że nie jest on wystarczająco silny, aby udźwignąć to, co zamierzała przed nim wyjawić. — Na dobrą sprawę chodzi o jej córkę.

Harry wiedział, że jeżeli szybko się nie opanuje, na jego twarz wypłynie wszystko to, co wolałby raczej ukryć przed światem zewnętrznym. Skupił się na przybraniu obojętnego wyrazu twarzy, uciekając się, jak zwykle, do swojej wiernej przyjaciółki Oklumencji.

— Powiedziałem pani Weasley o jej śmierci. Proszę wybaczyć, że nie uzgodniłem tego z panią wcześniej, pani Parkinson. Jeśli to w jakikolwiek sposób wpłynęło na proces jej rekonwalescencji, to...

— Proszę się nie obawiać, panie Potter — wtrąciła się w jego słowa kobieta, przechylając głowę, w taki sposób, jakby przyglądała się bakterii obserwowanej przez mikroskop. — Jest słaba pod względem fizycznym, a nie psychicznym. Na dobrą sprawę to bardzo silna kobieta.

Parkinson otworzyła niewielką, rozsuwaną szafkę znajdującą się po jej lewej ręce i zaczęła coś w niej przestawiać; Harry'ego korciło, żeby wyciągnąć szyję i zobaczyć, co też kobieta może tam trzymać, ale powstrzymał ten wścibski impuls, składając dłonie na kolanach i dyskretnie szczypiąc się w wierzch dłoni.

— Na początku nie byłam pewna, do kogo powinnam się z tym zwrócić, ale myślę, że pan jest najbardziej odpowiednią osobą... — powiedziała, bardziej do siebie, pochylając się mocniej nad szufladą i wydobywając z niej jakiś niewielki drobiazg, który ukryła w dłoni.

Harry zobaczył zwisający z jej palców łańcuszek kołyszący się w powietrzu jak wahadło zegara i poczuł niemą konsternację, nie będąc pewnym, o co kobieta może się rozchodzić. Parkinson prześwidrowała go wzrokiem, który zdawał się mu dosyć niepokojący - lustrujący jego twarz niczym sęp padlinę - i choć nie wiedział, skąd to wynikało, niejaki popłoch uderzył mu do głowy jak cierpkie wino.

Uzdrowicielka wyciągnęła rękę nad biurko i wyprostowała palce, ukazując to, co kryło się w jej dłoni i Harry przez ten jeden, krótki moment, poczuł się, jakby jechał bardzo szybką windą w dół, jakby ciśnienie w pomieszczeniu nagle, całkowicie nieoczekiwanie uległo zmianie, a on stracił grunt pod nogami. Nie musiał widzieć własnego odbicia w tafli zwierciadła, żeby wiedzieć, że cała krew w jednej chwili odpłynęła mu z twarzy. Wycofał się na oparcie fotela, przylegając do niego plecami jak człowiek przyparty do muru, znajdujący się w poważnym niebezpieczeństwie. Kiedy unosił wzrok na Parkinson, wiedział, że w jego oczach jest ślepy popłoch, że może wyglądać niczym osaczona w czasie łowów zwierzyna, że jego maski opadają, jedna za drugą, po kolei, w przyspieszonym tempie, a on nie może na to nic poradzić, poza przyglądaniem się, jak roztrzaskują się pod jego stopami, zamieniając w pył. Parkinson musiała to dostrzec - jej palce odłożyły małą, srebrną obwódkę na blat pomiędzy nimi.

— Zdawało mi się, że to należy do pana — odezwała się powoli pielęgniarka, patrząc na niego bez krytyki; coś w jej wzroku mówiło Harry'emu, że jeśli w tym momencie odwróci się i wyjdzie, nie będzie miała mu tego za złe.

Harry starał się, żeby jego przełknięcie śliny nie zabrzmiało jak niemy trzask w gabinecie.

To z całą pewnością nie należy do mnie — powiedział, siląc się na spokój, ale w jego głos wkradły się ostre nuty, zawitały w nim jak mechanizm obronny nakładany w chwili największej potrzeby.

— Cóż — mruknęła Parkinson, kierując wzrok na srebrną ozdóbkę — wobec tego przekażę to matce Ginerwy...

— Czekaj! — wysyczał Harry, z szybkością kobry zadającej swój śmiertelny pocałunek chwytając kobietę za nadgarstek i odsuwając jej rękę znad blatu. — Wezmę to — powiedział nieco bardziej opanowanym tonem.

Na usta kobiety wpłynął wszechwiedzący, ślizgoński uśmiech. Harry policzył w myślach do trzech, czując w czaszce głuche dudnienie, narastające coraz bardziej i bardziej, i bardziej, jakby znajdował się wewnątrz błędnego koła.

— Wezmę to — powtórzył, wypuszczając drobny, kobiecy nadgarstek z uścisku swoich palców. Na gładkiej skórze sanitariuszki pozostało delikatne zaczerwienienie, ale Harry nie przeprosił, a Parkinson najwyraźniej nie zamierzała w żaden sposób komentować jego zachowania.

Harry powoli i ostrożnie, jakby obchodził się z przeklętym artefaktem, podniósł niewielki, srebrny pierścionek, ściskając za łańcuszek, na którym był on zawieszony tak mocno, że poczuł, jak wrzyna się on w jego skórę niczym żyletka. Na obwódce pierścionka zatańczyły rozbłyski światła i Harry poczuł, jak żołądek przewraca się mu na lewą stronę, a serce zaciska jak przemarznięty, przerażony ptak siedzący na grzędzie.

— Ja... — mruknął pod nosem Harry, marszcząc brwi i szukając w głowie słów, którymi mógłby wyrazić to, co kotłuje się w jego pogmatwanym umyśle.

— Myślę, że słowo, którego pan szuka, panie Potter, brzmi: „dziękuję" — podążyła z pomocą Parkinson i Harry jedynie cudem powstrzymał kwaśne skrzywienie, które cisnęło mu się na usta.

Nie chcę go — przemknęło mu przez myśl, ale zamiast wypowiadać własne odczucia na głos, wsunął pierścionek do kieszeni i uśmiechnął się z wymuszeniem do pielęgniarki.

— Cóż, zapewne — powiedział, starając się utrzymać uśmiech na swojej twarzy. — Czy to... — Harry rozejrzał się po blacie, mając nadzieję, że nie czeka go już więcej tego typu niespodzianek; jego serce zacisnęło się boleśnie w jego piersi na samą myśl o tym. — Czy to wszystko?

Parkinson prychnęła i wstała z zajmowanego miejsca, spoglądając na niego z góry, podpierając się rękami o biodra, przywodząc Harry'emu trochę na myśl panią Weasley albo...

Nie, nie, nie idź tym tropem, na litość Merlina — zganił się w myślach, oblizując nagle suche usta.

— Wydaje się pan... niezbyt wesół, za przekazanie panu tego drobiazgu — zagaiła Parkinson; w jej oczach zapłonęły ciekawskie ogniki.

Harry zacisnął zęby i również podniósł się z miejsca.

— Wręcz przeciwnie, jestem pani bardzo wdzięczny — sprostował, posyłając kobiecie krótkie skinienie głową, mając nadzieję, że zostanie to odebrane jako wyraz podzięki, nie szyderstwo.

— Ach, tak, domyślam się — powiedziała cicho kobieta, a kąciki jej warg drgnęły w uśmiechu pełnym zjadliwości; Harry jedynie cudem powstrzymał się od przewrócenia oczami.

— Jeśli to wszystko...

— To wszystko — ponownie wcięła się w jego słowa kobieta, przyprowadzając tym Harry'ego o szwedzką pasję.

— Wobec tego pozwoli pani, że... — Harry wykonał chaotyczny gest w stronę zamkniętych drzwi, ale zanim skończył mówić, pielęgniarka znów się odezwała.

— Ależ oczywiście. — Wyciągnęła różdżkę (Harry spiął się nieznacznie na ten gest) i otworzyła drzwi krótkim ruchem nadgarstka, a Harry poczuł się jak zwierzę zamknięte w bardzo dusznej przestrzeni, do której nagle naleciało świeże, chłodne powietrze. Nie miał zamiaru pozostawać w tej grocie żmii dłużej, niż to absolutnie konieczne.

Zielonooki uciekł się do krótkiego skinienia głową i opuścił gabinet w takim pośpiechu, jakby umykał niczym więzień czmychający z więziennych lochów. Na plecach czuł odprowadzające go, przewiercające spojrzenie wodnistych oczu.


-VVV-


Luna leżała na łóżku, zastanawiając się, czy kiedy Harry wyjdzie z gabinetu Parkinson, podejdzie do niej choć na chwilę, czy ulotni się, jakby wcale go tu nie było. W pewnym momencie złapała się na tym, że maniakalnie odmierza czas, liczy kolejne minuty, które minęły, odkąd Harry przekroczył progi Szpitalnego Skrzydła, że obserwuje zegar z taką wnikliwością, jakby od ułożenia jego wskazówek miała zależeć reszta jej nędznego życia.

Kiedy wreszcie drzwi od gabinetu otworzyły się i stanął w nich Harry, Luna stwierdziła, że wygląda, jakby chwilę wcześniej ujrzał zjawę - jego oczy błyszczały nienaturalnie, zielone tęczówki wyglądały jak migawki światła na szkle.

Spojrzenie Harry'ego powędrowało w jej stronę i Luna żałowała, że nie ma przy sobie jakiegoś kwiatu, którego płatki mogłyby stać się wspaniałym wskaźnikiem tego, co nastąpi za moment; jej umysł nawet bez kwiatów zaczął wyliczać monotonnym rytmem: „podejdzie, nie podejdzie, podejdzie, nie podejdzie, podejdzie..."; sprężyste kroki zabrzmiały w kontakcie z posadzką jak pojedyncze uderzenie serca.

Harry do niej podszedł.

Luna obserwowała go, gdy siadał na „krześle pani Weasley" i pochylał się do przodu, opierając łokcie na udach. Jego dłoń wyciągnęła się w jej stronę i zatrzymała wnętrzem do góry na krawędzi materaca - bezsłowne zaproszenie, które mogła przyjąć, choć nie musiała.

Luna ostrożnie wyciągnęła rękę z plątaniny pościeli i powoli złączyła razem ich palce. Harry uśmiechnął się samymi kącikami warg i zacisnął dłoń na jej drobnej dłoni.

— Jak się czujesz? — zapytał, a Luna wzruszyła ramionami, przeskakując lustrującym spojrzeniem od jednego jego oka do drugiego - jego umysł, jak zawsze, pełen był gnębiwtrysków.

— Jak skowronek na wiosnę — odparła pogodnym tonem, a uśmiech Harry'ego stał się nieco szerszy i jaśniejszy - to dziwne, ale czasami wciąż zachowywał się jak takie dziecko, któremu pierwszy raz w życiu wręczono tabliczkę czekolady.

— Mhm — mruknął powątpiewająco, ale rozbawienie nie schodziło w jego twarzy ani na moment; w zielonych oczach dostrzegła wesołe rozbłyski.

— Po co pytasz, skoro wiesz lepiej? — zapytała kąśliwie, unosząc brwi wysoko na czoło, a Harry odchylił głowę do tyłu i wybuchnął tym swoim śmiechem kogoś, kto nawet w najczarniejszych chwilach widzi promyki przebijającego się przez półmrok światła.

— I tu mnie masz — powiedział poprzez śmiech, a Luna poczuła, jak jej wargi same układają się w coś na kształt uśmiechu.

— Przyszedłeś... nie sądziłam... — wyrwało się z gardła Luny, która nie zdążyła zatrzymać słów.

Uśmiech Harry'ego zgasł jak zdmuchnięta świeczka, a śmiech urwał się tak nagle i tak nienaturalnie, że Luna miała ochotę zganić się za nieroztropne słowa.

Jego spojrzenie na powrót było pełne powagi, kiedy na nią spoglądał, a choć pozostałości po śmiechu wciąż były widoczne na jego twarzy (jak pojedyncze muśnięcia pędzla), jego oczy przybrały ten dziwny, melancholijny wyraz - jakby ogarnął go smutek, którego całą siłą woli starał się nie okazywać - do którego wciąż jeszcze nie zdążyła przywyknąć. Luna czuła się pod tym spojrzeniem trochę jak zwierzyna w zoo - zaczęła wiercić się niespokojnie na materacu, odwracając wzrok.

— Nie przypuszczałaś, że przyjdę cię odwiedzić, Luno? — powtórzył cicho młody czarodziej, brzmiąc, jakby się na niej zawiódł.

To nie była najlepsza kwestia do roztrząsania na obecną chwilę, toteż Luna czym prędzej postanowiła zmienić temat, skupiając myśli Harry'ego na ważniejszych sprawach.

— Sądzę, że Parkinson nie wierzy w to, że uda jej się uratować moją nogę, Harry — zdobyła się na powiedzenie na głos tego, czego tak bardzo się bała. — To oznacza, że nie jestem ci już dłużej potrzebna.

Kątem oka dostrzegła, jak coś nieokreślonego przemyka przez twarz Harry'ego jak błyskawica, ale gdy ponownie na niego spojrzała, jego twarz była opanowania i spokojna, a jego zielone oczy pełne szczerej troski.

— Nie wygaduj głupot, Luno, oczywiście, że wrócisz do pełnej sprawności — powiedział cicho; jak na rozum Luny brzmiał, jakby sam sobie nie dowierzał. Posłała mu lekki uśmiech i skinęła w podzięce głową.

— W porządku, Harry, nie potrzebuję pocieszeń — oznajmiła, czując, jak jej serce przyspiesza i zaczyna dudnić o jej mostek jak werbel. — Chodzi o to, że... — zacięła się i wzięła głęboki wdech na uspokojenie, zanim wznowiła własne słowa: — Kto mnie zastąpi? — wyrzuciła z siebie tak szybko, że jej słowa niemal zlały się w jedność. — Kto będzie twoim informatorem?

Harry odwrócił wzrok i Luna poczuła, jak coś wewnątrz niej kruszy się jak chińska porcelana; powstrzymała napływające jej do oczu łzy.

— Kto zajmie moje miejsce, Harry? — ponowiła pytanie, kiedy młody czarodziej zaczął milcząco wpatrywać się we własne dłonie.

Zielonooki nabrał głębokiego wdechu - trochę jak przed skokiem na głęboką wodę.

— To tylko tymczasowa zamiana, Luno, do czasu, aż nie odzyskasz sprawności, a potem...

— Harry — nacisnęła na jego imię, modląc się, aby przestał, nie będąc w stanie słuchać o przyszłości, którą jej zabrano, nie mając siły nawet o tym myśleć.

— ...a potem — kontynuował, jak gdyby nigdy nic Harry — wrócisz do swoich powinności, ponieważ oboje wiemy, że nie istnieje nikt, kto mógłby...

— Harry — powtórzyła z większym naciskiem, a mężczyzna umilkł i skulił po sobie ramiona.

Jego tyrada urwała się w połowie, a on oblizał nerwowo wargi, wyglądając jak stresujący się przed egzaminem uczniak.

— Nie zamierzam cię oceniać, wiesz? — powiedziała cicho Luna, przewracając się na plecy i wbijając wzrok w sufit. — Ja tylko... chciałabym wiedzieć.

Harry milczał długą chwilę; Luna bardziej poczuła, niż dostrzegła, jak po upływie kilku dłużących się sekund rzuca jej niepewnie, pełne wahania spojrzenie.

— Nie rozpadnę się od tego, wiesz? — zirytowała się, wciąż wlepiając oczy w sufit, wcale go przy tym nie widząc. — Potrafię znieść świadomość, że w moim obecnym stanie potrzebny jest nam ktoś, kto...

— Severus Snape — wyrzucił z siebie na wydechu Harry, a Luna zgubiła własne słowa w ustach, mając wrażenie, że właśnie na głowę spadł jej lodowy odłamek. Spojrzała na starszego czarodzieja wielkimi z szoku oczami, szukając na jego twarzy czegokolwiek, co powiedziałoby jej, że się przesłyszała.

Nie dostrzegła nic takiego.

— Ty chyba żartujesz — wyrzuciła z siebie słabo, a Harry przygryzł dolną wargę pokrytą serią drobnych otarć. — To był żart, prawda? — nacisnęła Luna, unosząc się na łokciu, czując, jak jej serce przyspiesza gwałtownie. — Bardzo, bardzo kiepski żart, ale jednak...

— Nie — odezwał się Harry, podnosząc wzrok i spoglądając jej w oczy. — Nie, Luno, to nie jest żart. Twoje miejsce zajmie Severus Snape.

Luna im bardziej starała się uspokoić, tym bardziej nie była w stanie, przez co zaczęła się zastanawiać, czy więzienie nie wypleniło z niej jej stalowej samokontroli.

— To jest Naczelniek, na litość Morgany! Rozumiem potrzebę wykorzystania jego zdolności w walce, ale do stu piorunów, Harry...

— Pomógł nam — powiedział starszy czarodziej, brzmiąc zgoła inaczej niż zazwyczaj; jakby próbował przypasować te słowa do jakiejś większej układanki, jakby starał się gładko ułożyć je na własnym języku.

— Za jaką cenę? — zapytała Luna, czując, jak nerwowość uderza w jej umysł, w jej oczy, w jej struny głosowe. Miała wrażenie, że coś w niej pęka, kiedy Harry nie odpowiedział. — Co mu obiecałeś, na brodę Merlina?

Harry uniósł wzrok; jego oczy lśniły jak spojrzenie jakiegoś nocnego drapieżnika.

— Nic, co w znaczącym stopniu odbije się na naszych planach — powiedział dobitnie, po czym zawahał się i dodał: — Wiesz, Luno, na dobrą sprawę, to on wcale nie jest taki zły.

Nie mogła nic poradzić na szyderczy śmiech, który uciekł jej przez wargi jak oddech.

— Nie taki zły? — fuknęła, ściszając głos, kiedy wreszcie zdołała go pochwycić i wepchnąć na powrót do gardła jak zduszony płacz. — Czy ty ze mnie kpisz, na różdżkę Morgany?

— Posłuchaj! — Głos Harry'ego stał się podirytowany. Mężczyzna jeszcze bardziej nachylił się w jej stronę, zerkając niecierpliwie przez ramię, jakby upewniał się, że nikt ich nie podsłuchuje. Jego zielone oczy wyrażały determinację, kiedy ponownie skierowały się w stronę kobiety. — Ludziom wydaje się, że jeśli oddadzą komuś wielką przysługę, to będą przez to lepiej postrzegani. Problem tkwi w tym, że wcale tak nie jest, rozumiesz? Człowiek zaczyna pałać sympatią do drugiego, kiedy on sam może coś dla niego uczynić.

Luna poczuła się, jakby coś ciężkiego uderzyło ją w głowę.

— No pewnie — powiedziała, nie panując nad własnym tonem, do którego chłód wkradł się jak nawałnica. — To właśnie dlatego to ty oddajesz przysługę jemu, pozwalając mu zająć moje miejsce. Genialne, doprawdy!

Harry pokręcił głową, marszcząc przy tym czoło, jakby z całych sił wysilał własny umysł.

— Severus Snape nie myśli w ten sposób — powiedział, na co Luna miała ochotę ponownie się roześmiać. Jedynie świadomość, że jeśli Harry odejdzie, jeśli go zirytuje, nie będzie mogła podążyć za nim, aby pociągnąć go za język, wstrzymała to gorące pragnienie.

— No tak — prychnęła. — Wobec tego oświeć mnie, proszę, jak twoim zdaniem rozumuje, ach, Wielki Snape!

Harry westchnął i utkwił w niej świdrujące spojrzenie. Luna doskonale znała naturę Severusa Snape'a, miała o nim własne zdanie i własną ocenę i nic, co mógłby powiedzieć Harry, nigdy by tego nie zmieniło.

— Póki nam pomaga, w taki czy inny sposób, dajemy mu tym złudne poczucie kontroli, rozumiesz, Luno? — powiedział cicho, mocniej ściskając palcami jej dłoń. — On właśnie tak to widzi - jako rozszerzające się zakresy własnej władzy.

Luna mruknęła powątpiewająco pod nosem i czując, jak powoli wypala się od środka, skrzywiła kwaśno wargi.

— Czy nie to właśnie robimy, Harry? — zapytała, odwracając wzrok. — Czy twoje działania nie dają mu nad nami panowania? — Odetchnęła głęboko, starając się ułożyć wszystko we własnym umyśle. — Prawdziwej kontroli, Harry... Musisz wiedzieć, że leży bardzo cienka granica pomiędzy ludzkim marzeniem a rzeczywistością.

Harry wyglądał, jakby bił się z myślami, ale kiedy otworzył usta, spomiędzy nich wypłynęła ponownie ta sama litania:

— Pomógł nam, Luno, na litość Morgany! — zirytował się, na co Luna zacisnęła mocniej dłonie na pościeli, ale nie przerwała. — Wiem, że to brzmi oklepanie i niczego nie wyjaśnia, ale fakt faktem i nic tego nie zmieni.

Kobieta pokręciła głową, przyglądając mu się zza wachlarza gęstych rzęs - z oceną, wnikliwie. Coś w słowach Harry'ego nie leżało na odpowiednim miejscu, coś jej nie pasowało w tej wielkiej, trudnej układance, jaką były jego myśli, coś nie współgrało z jego osobowością, ale nie potrafiła nadać swoim niepokojom odpowiednich imion.

Luna przełknęła ślinę i doszła do wniosku, że czas wyciągnąć broń największego kalibru, broń, która zawsze, w ten czy inny sposób, oddziaływała na Harry'ego jak magia. Uśmiechnęła się chłodno i uderzyła lodowatą stanowczością jak rozpędzona wichura, nie zważając na to, jakich szkód może dokonać, ani na czym może się sparzyć.

Jej głos, ku jej ogromnej dumie, zabrzmiał jak szron skrzypiący na szybach i osiadł na twarzy Harry'ego niczym czarna, głęboka magia.


-VVV-


Przeszywający wzrok Luny jak zawsze osiadł w najgłębszych czeluściach jego duszy i Harry przez moment naprawdę miał wrażenie, że ta kobieta wie wszystko o wszystkim. Przez krótką chwilę miał nadzieję, że jej słowa nie rozkruszą go z taką natarczywością, jak wiedział, że potrafiły.

Rozkruszyć, nie rozkruszyły, ale i tak uderzyły bardzo celnie, Harry musiał jej to przyznać.

— To zaskakujące, że przemilczałeś temat o cenie, jaką przyjdzie ci za to zapłacić. — Jej głos przebrzmiał chłodem i zasiał ziarno niepokoju w umyśle Harry'ego, wbijając zarazem ostrą szpilę prosto w jego bijące, żywe serce. Oblizał usta i odwrócił wzrok, starając się wyglądać dostatecznie niedbale, gdy wzruszał ramionami.

— Cena nie gra roli — oznajmił, siląc się na obojętność. — W każdym razie nie gra jej tak długo, póki wy - odbici więźniowie - pozostajecie bezpieczni, poza zasięgiem mugolskiej broni palnej.

Luna fuknęła jak wściekła kotka, a jej spojrzenie stało się jeszcze bardziej natarczywe.

— Jak zwykle stawiasz na piedestale innych, zapominając o tym, że to ty wśród szachowych figur jesteś Królem, na Merlina! — Kobieta uniosła palce do twarzy i przetarła skronie, wyglądając przy tym, jakby powoli łapała ją migrena. — Jeśli ty pozwolisz się stłamsić, nie podniesiemy się z tego, Harry...

Zielonooki sięgnął do kieszeni i próbując okiełznać własne nerwy, przejechał kciukiem po ciasnej obwódce pierścionka. Spojrzał ponuro na kobietę i wyplątał dłoń z jej uścisku, odgarniając włosy z czoła.

— Może więc przyszedł już najwyższy czas — zagadnął powoli, wiedząc, jak wiele frustracji kryje się za jego słowami, ale nie potrafiąc zatrzymać własnych słów (co zdarzało mu się ostatnimi czasy coraz częściej, a świadomość, do czego owa nieumiejętność może go wkrótce doprowadzić, prześladowała go jak przeszłość, jak koszmary) — aby przestać pokładać we mnie wszelkie nadzieje, spodziewając się, że rozwiążę każdy problem, który czai się na ludzi w wielkim świecie?

Luna zamrugała, spoglądając na Harry'ego, jakby nie potrafiła dopasować tonu jego głosu do jego osobowości; wreszcie westchnęła niczym przegrany, a jej głos zabrzmiał łagodniej, kiedy ponownie otworzyła usta:

— Harry, ja rozumiem, że ciężar obowiązku...

Harry zacisnął dłoń na pierścionku tak mocno, że jego cienka krawędź wbiła się w jego naskórek, czując, jak emocje wyciekają z niego jak ropa z uszkodzonego tankowca.

— Być może nadszedł czas — przerwał Lunie, podnosząc nieznacznie głos — w którym powinniście zrozumieć, że nie jestem jakąś statuą wojenną, nie jestem symbolem walki i zwycięstwa, bez względu na to, co sobą reprezentuje ta koszmarna bruzda, którą mam na czole. — Wzruszył ramionami i spojrzał gdzieś w przestrzeń ponad ramieniem Luny, zachodząc o głowę, czy postępuje słusznie. — Być może powinniśmy dać mu szansę?

Luna przyglądała mu się bardzo długo swoim chłodnym wzrokiem szukającym przewinień; czuł na sobie jej oczy bardzo wyraźnie - jak księżycowa struga jej wzrok prześlizgiwał się po jego twarzy. Wreszcie, ku ogólnej pociesze Harry'ego, odwróciła wzrok ku ścianie i tym razem to ona wzruszyła niedbale ramionami (gdyby nie napięte mięśnie jej barków, Harry mógłby uwierzyć temu drobnemu, lekkiemu gestowi; chciałby mu uwierzyć).

— Powiedziałabym raczej, że lepiej dmuchać na zimne — oznajmiła Luna, nie patrząc mu w oczy — ale jeśli naprawdę wierzysz w to, że w obliczu wojny z mugolami będzie on bardziej atrakcyjną kartą, niż ja, to kim ja jestem, żeby wyrażać swoje wątpliwości?

Słowa ukłuły jak lodowaty szpikulec i Harry musiał na moment przymknąć oczy.

Nie potrafił i na dobrą sprawę nie mógł jej wytłumaczyć, że w obecnej sytuacji, jeśli w grę wchodzi wola Severusa Snape'a, to nie ma szansy, na Merlina, do wtrącenia jakichkolwiek, własnych trzech groszy.

— Odpowiedziałbym ci, skoro już poszliśmy tropem przysłów — odezwał się cicho Harry, rzucając jeszcze jedno, szybkie spojrzenie na wejście do ambulatorium — że dzieci i ryby głosu nie mają.

Odwrócił się, nie spoglądając jej w oczy, wierząc w głębi ducha, że nikt tak, jak ona nie zrozumie tego zaszyfrowanego przekazu, którym pragnął cisnąć w twarz swoim towarzyszom broni jak wodą, jak ostrzeżeniem, mając nieustanną świadomość obecności ukrytego gdzieś w pobliskich cieniach diabła wcielonego, pragnącego bezdyskusyjnego posłuchu i zapłaty za wszystko, czego się podjął, a czego podejmować się nie musiał.


-VVV-


Wreszcie nastąpił moment, w którym poszedłem szukać Draco. Jakoś go przeprosić, przebłagać, zapewnić, że nigdy nie chciałem jego cierpienia. On to wiedział, oczywiście, ale mnie dręczyło poczucie winy, że w odpowiednim czasie nie wyciągnąłem do niego ręki, że nie wybiegłem za nim z zebrania, że nie przyznałem się do tego, że się bałem - bałem się oznajmić, że dowiedziałem się o śmierci Narcyzy Malfoy, bałem się, jak na to zareaguje, bałem się go zniszczyć. Jak bardzo łatwe było dla mnie zrzucić ciężar poinformowania go o tym wszystkim na cudze ramiona, o ile prościej było wypowiedzieć te kilka słów, które skierowały jego wzrok w innym kierunku? Tyle że tak nie postępują przywódcy. Przywódcy nie uciekają, nie kulą się ze strachu na myśl o błędzie, który popełnili - starają się go jakoś naprawić, odpokutować. Przywódcy nie mają dwudziestu kilku lat i romansów z piętnastoletnimi córkami krajowej władzy. Tytuł przywódcy powinien brzmieć dumnie, powinien brzmieć wzniośle. Zdecydowanie nie powinien przyprawiać o mdłości, fantomowe bóle głowy i zawroty żołądka, jak to było w moim przypadku. Przywódca powinien odznaczać się pokorą - potrafić przyznać się do własnych błędów, nie brnąc w nich na upartego, a już na pewno nie powinien w tak łatwy, nieskomplikowany sposób pozwalać sobą manipulować. O tych, którzy myśleli o mnie w kategoriach: „przywódcy", ja sam określałem mianem naiwniaków - ta myśl zawsze podszyta była gorzką nutą zgryzoty. Oczywiście, nie byłem na tyle głupi, żeby wspominać o tym na głos i narazić się na niepotrzebną krytykę - dawania nieopatrznych powodów do durnych nagonek na mój temat unikałem jak ognia.

Zamek nawet w ciągu dnia zdawał się pokryty cieniami, jakby dni były coraz ciemniejsze albo było ich mniej, a ja miałem ochotę odciąć się od świata, uciec od zobowiązań, ukryć się przed inwazyjnym wzrokiem Naczelnika, schować głowę w piasek jak zwykły tchórz. „Nie szamocz się" mówiły ciemne korytarze, z których cieni za każdym razem zdawały się na mnie spoglądać czarne oczy Snape'a jarzące się agresywną nutą. „Nie szamocz się, bo i tak jesteś już pokonany".