.
Rozdział 35
Skrępowane dłonie łańcuchami pokoju
.
— On ma nad nim kontrolę.
McGonagall zamrugała i podniosła głowę znad swojego biurka w dyrektorskim gabinecie. W progu stał Draco Malfoy, utrzymując zaklęciem lewitacji kobietę, której zwykle jasna cera była zaczerwieniona jak piwonia, a jej blade oczy były utkwione w twarzy Minerwy z taką intensywnością, że starsza kobieta poczuła się gorzej niż: „nieswojo".
— Panno Lovegood, czy nie powinna być pani w Skrzydle...
— Ostrzegł mnie — przerwał jej zniecierpliwiony, kobiecy głos; McGonagall zacisnęła usta w cienką linię, rzucając byłej uczennicy surowe spojrzenie. Jasnooka, młoda czarownica zdawała się całkowicie niepomna na jej zacięty wyraz twarzy. — Musimy go usunąć z głównego stanowiska dowodzącego, musimy dać mu dobry powód, dzięki któremu będzie mógł zasłonić się niedoinformowaniem.
McGonagall westchnęła, ściągnęła z nosa okulary, odkładając je na blat biurka, spoglądając na byłych uczniów spod ciasno zwężonych brwi. Jej oceniający wzrok przeskoczył między Luną a Draconem i ponownie zatrzymał się na bladych, dziewczęcych oczach.
— O czym pani mówi, panno Lovegood? — zapytała, bardziej słysząc, niż czując, że w ton jej głosu uderzają surowe nuty.
McGonagall obserwowała, jak młoda kobieta unosi brwi i bezwiednie przeciera osłabione ramiona.
— O Harrym — odpowiedziała w sposób, jakby na dobrą sprawę, nie było nic do wyjaśniania — oczywiście — dodała tonem, którym informuje się o najbardziej zwyczajnych rzeczach pod słońcem.
McGonagall przez krótką chwilę, marszcząc czoło, starała się uporządkować we własnej głowie słowa młodej blondynki.
Wreszcie odchrząknęła cicho i przetarła palcami zmarszczki na czole.
— Mówi pani — starsza kobieta podniosła oczy na wpatrzone w nią z niepoprawną intensywnością, jasne oczy Luny Lovegood — o Severusie — bardziej stwierdziła, niż zadała pytanie.
Jej była uczennica skinęła powoli głową, wyglądając, jakby coś sobie w niej kalkulowała.
— Skoro z tej strony pani na to patrzy...
Zawodowy profesjonalizm i konserwatywne wychowanie nie pozwoliły McGonagall na przewrócenie oczami, ale nijak nie zatrzymały jej przed zaciśnięciem ust w wąską, ciasną linię.
— Jak często Harry zapewniał panią, że obdarza mnie całkowitym, bezwarunkowym zaufaniem? — zwróciła się do niej ni stąd, ni zowąd Luna, a McGonagall - po raz kolejny w swoim długim życiu - doznała absurdalnego wrażenia, że jej była uczennica naprawdę zdaje się mieć dostęp do informacji zgoła niedostępnych dla postronnych. Luna Lovegood uniosła brwi, jakby oczekiwała odpowiedzi, ale McGonagall ograniczyła się do krótkiego, niejednoznacznego, gardłowego odchrząknięcia. Luna wzruszyła ramionami.
— Wobec powyższego musimy zachować ostrożność — kontynuowała jasnooka. — Jestem przekonana, że Harry na jakiś czas znalazł się pomiędzy młotem a kowadłem, rozumie pani, prawda? To nie będzie proste, ale musimy w pewien sposób ograniczyć zasób informacji, który dociera do Harry'ego i wyeliminować jakiekolwiek przecieki.
McGonagall jeszcze mocniej zacisnęła usta, przeskakując wzrokiem na milczącego Dracona. Młody Malfoy pochwycił jej świdrujący wzrok i skrzywił się w bezradności, rzucając szybkie spojrzenie w stronę zamkniętych drzwi od dyrektorskiego gabinetu, jakby spodziewał się podsłuchu. McGonagall zastanawiała się, czy nie powinna poczuć się urażona na podobną, bezsłowną insynuację. Co jak co, ale dyrektorski gabinet był dość sprawnie chroniony przed salwą wścibskich oczu bądź uszu.
— Ja wiem, że to brzmi absurdalnie — wtrącił się do rozmowy Draco, zaczynając nerwowo skrobać paznokciem o paznokieć, by po krótkiej chwili przestać, jakby uświadomił sobie własne gesty i doszedł do wniosku, że podobna nerwowość nie wypada arystokracie — ale Harry naprawdę może mieć zawiązane ręce.
— Nie: może mieć — wtrąciła niecierpliwie Luna — tylko: ma. Powiedział mi o tym.
McGonagall, mając co do tego mieszane uczucia, obejrzała się dyskretnie na portret Albusa, ale wymalowany na płótnie starzec, jak często ostatnimi czasy, albo spał, albo udawał, że śpi, oddychając miarowo i spokojnie z dłońmi zaplecionymi na piersi, na której szarawa szata układała się w głębokie pofałdowania. Kobieta, wcale niezaskoczona, splotła razem palce i ponownie przeniosła spojrzenie na Lunę, mierząc jej szczupłą sylwetkę zamyślonym wzrokiem. Co jak co, ale jednego była pewna - nie mogła bez słowa odsunąć na bok kogoś takiego jak Harry Potter, nie zweryfikowawszy uprzednio domniemywań, na podstawie których miałaby się podjąć jakichkolwiek, poważniejszych działań.
Panna Lovegood napotkała jej oczy z tak niezachwianą pewnością siebie, że McGonagall zaczęła się zastanawiać, czy nie powinna z większą rozwagą potraktować jej ostrzeżenia. Zamiast tego postanowiła pomęczyć temat, mając nadzieję na wyciągnięcie od dwójki młodych ludzi więcej konkretów.
— Co dokładnie powiedział pan Potter, panno Lovegood? — zapytała, pochylając głowę nad splecionymi dłońmi, przypatrując się tej znajomej twarzy o porcelanowej karnacji spod rzęs.
Luna skrzyżowała ramiona na piersi i uniosła wyżej podbródek, jakby starała się dodać sobie pewności siebie.
— Cóż, powiedział, że... — zaczęła z pompą, ale zamilkła, zamykając usta (jakby słowa, które kształtowały się na jej języku były nie do końca stosowne). Zerknęła kątem oka na młodego Malfoya, który mrugnął oczami jak w bezsłownym potwierdzeniu jakiejś wyższej idei, i ponownie przeniosła wzrok na byłą nauczycielkę.
McGonagall skinęła głową, zachęcając ją do mówienia.
Luna westchnęła i opuściła ręce wzdłuż ciała, jej lekko napięte ramiona rozluźniły się jak za sprawą eliksiru.
— Prawda jest taka, że to nieistotnie, jakimi słowami ujął to Harry — oznajmiła; McGonagall ponownie uniosła wysoko brwi, słysząc, jak silną pewnością siebie bije jej - zwykle pobrzmiewający nieobecnym rozmarzeniem - głos. — Ważne, że próbował nas ostrzec, a kiedy o tym mówił, był naprawdę mocno zaniepokojony. I uważny, po stokroć uważny.
— Uważny? — podchwyciła McGonagall, przenosząc wzrok na Dracona, który był zajęty przyglądaniem się profilowi młodszej o rok dziewczyny.
Zielone oczy starszej kobiety powędrowały na powrót do jej twarzy, gdy ta zaczęła objaśniać:
— Rozglądał się, kiedy wszedł, upewnił się, że nie jest podsłuchiwany, zamilkł, gdy wydawało mu się, że usłyszał jakiś szelest na drugim końcu ambulatorium... Być może pomyślał, że zbliżając się do Naczelnika, byłby w stanie mocniej na niego wpłynąć albo podsłuchać coś, na co w innym wypadku nie miałby szans...
— ...a może nie ma wyjścia? — przerwał przyciszonym głosem Draco, zwracając całą uwagę McGonagall ponownie na siebie. — Znając go, mógłbym podejrzewać, że wplątał się w coś niebezpiecznego, w jakieś... polityczne zgrzyty, że tak to ujmę, rozumie pani, pani dyrektor? — Draco przeczesał nerwowym gestem włosy wpadające mu do oczu. — Myślę, że on na nas liczy. Myślę, że ma nadzieję, że... jakby to ująć...
— Założymy mu klapki na oczy — zaproponowała Luna, na co młody Malfoy machnął ręką w jej stronę, podchwytując jej słowa:
— O, no właśnie — rzekł, kiwając głową. — W tej chwili to może być naszą jedyną bronią.
McGonagall bezwiednie przesunęła dokumentację z wynikami najwyższych roczników na krawędź biurka, spoglądając spod uniesionych wysoko brwi na Dracona.
— Naszą bronią: klapki na oczy? — mruknęła powątpiewająco, na co Luna momentalnie zaoferowała jej wyjaśnienie:
— To przenośnia.
McGonagall złożyła ręce na kolanach i uszczypnęła się dyskretnie w wierzch lewej dłoni, mając nadzieję, że to powstrzyma w niej naturalną, mocno drażniącą jej zmysły chęć przewrócenia oczami.
— Zdaję sobie z tego sprawę, panno Lovegood — powiedziała, nieco ostrzej, niż pierwotnie zamierzała — bardzo dziękuję za wyjaśnienie.
Jej byli uczniowie umilkli, a McGonagall pozwoliła sobie na pełne zmęczenia westchnienie i przetarła opuszkami palców skronie, starając się zebrać myśli.
— Czy mogłabym zapytać — zaczęła z rozmysłem, obracając w palcach zdjęte z nosa okulary — na jakiej podstawie snujemy te rozważania?
Luna i Draco spojrzeli po sobie, na co McGonagall przekrzywiła głowę, przyglądając się ich twarzom znad trzymanych w dłoniach okularów.
— Już mówiłam — powiedziała powoli i wyraźnie Luna, jakby miała do czynienia z wyjątkowo skomplikowanymi słowami obcego języka — że Harry mnie ostrzegł.
McGonagall przytaknęła niecierpliwie, przesuwając palcami po cienkiej, wrażliwej na uszkodzenia oprawce okularów.
— Tak, cóż, ostrzegł panią — powtórzyła, rzucając krótkie spojrzenie zausznikom szkieł kontaktowych, gdy niewielki zawias zaciął się w jej palcach — a mogłabym wiedzieć, w jaki sposób?
Przez chwile młoda kobieta wyglądała, jakby się wahała. Draco Malfoy spojrzał na nią, marszcząc nieznacznie nos, utwierdzając tym Minerwę w przekonaniu, że ta informacja nie trafiła do jego rąk z „bezpośredniego źródła". Luna zaciągnęła się głęboko powietrzem, a potem wyrzuciła z siebie na jednym wydechu:
— Powiedział, że dzieci nie mają głosu. Tak to ujął w każdym razie.
McGonagall, marszcząc brwi, zastanawiała się, jaki to ma związek z tą rzekomą kontrolą.
— Tak powiedział? — powtórzyła, oczekując wyjaśnień, nie do końca rozumiejąc, co właściwie miałoby świadczyć o tym, że wyrazy: „kontrola", „Naczelnik" i „Harry", mają w sobie jakieś wspólne ogniwo.
Draco Malfoy poruszył się niepewnie, po czym wystąpił do przodu, prostując się jak paź podczas audiencji.
— Snape nazywa Harry'ego...
— ...dzieckiem, właśnie — dokończyła za Dracona Luna, kiwając głową, jakby omawiali coś nader oczywistego.
— Zgadza się — przytaknął szarooki czarodziej, przeskakując spojrzeniem pomiędzy jednym okiem McGonagall a drugim. — On nie przyzna nam wprost, że stracił panowanie nad pewnymi aspektami swojego życia, pani profesor, ale będzie po nas oczekiwał, że weźmiemy to pod uwagę podczas dzielenia się z nim dalszymi zamiarami. Rozumiem, że to... cóż, Gryfon, ale zadaję się z nim na tyle długo, że doskonale wiem, że niektórych... rozgrywek, że tak to ujmę, które wdraża bądź jest zmuszony wdrożyć w swoim życiu, podejmuje się zupełnie jak Ślizgon. — Draco zawahał się krótko, zanim kontynuował: — Jako wychowanek Domu Węża, zapewniam panią, że to, co przekazała nam Luna, było ostrzeżeniem Harry'ego, które powinniśmy uwzględnić. Można było przewidzieć, że tak to się skończy, mówię o tej całej kooperacji z Naczelnikiem, tyle że to nie są już tylko przewidywania, pani profesor. To, co powiedział Harry, było niczym innym, a znakiem ostrzegawczym. Zaszyfrowanym raportem.
McGonagall ponownie przeniosła spojrzenie z Dracona na Lunę, by chwilę potem znów zerknąć na tego pierwszego. Zawahała się, po czym sięgnęła do kieszeni szaty po różdżkę i wyczarowała dwa patronusy: jeden do Amelii, jeden do Andersona. Czuła, jak jej brwi zjeżdżają się ciasno na czole, kiedy obserwowała dwa srebrne koty znikające w ścianie - ich ogony zawirowały w powietrzu jak serpentyny.
— Wobec tego — oznajmiła surowym, nauczycielskim tonem — wedle decyzji samego pana Pottera, utrzymamy go na dystans.
Skinęła głową dwójce młodszych magów, ukrywając uśmiech spuszczeniem głowy na stertę dokumentacji, którą zamaszystym ruchem ponownie podsunęła sobie pod nos, gdy na ich twarzach rozlał się wyraz pełen ulgi i wyczerpania.
-VVV-
Zimny przeciąg przesuwał się po kostkach Harry'ego jak śliskie, wężowe cielsko, wywołując lekkie dreszcze, które przemykały w górę i w dół jego łydek niczym skurcze. Harry mocniej opatulił się cienką peleryną, ledwo chroniącą przed ochładzającym się z każdym dniem klimatem.
Drżąca sieć obaw podążała za Harrym po zamku jak widmo.
Postąpił słusznie - nie miał ku temu najmniejszych wątpliwości - przyczyniając się do wzięcia przez Snape'a udziału w ich bitwie, nawet jeżeli wówczas nie wiedział, jaką cenę przyjdzie mu za to zapłacić.
Harry pamiętał jego dotyk - pamiętał każde muśnięcie palców, które przebiegło po jego skórze, wywołując u niego niepojętą chęć ucieczki, przyspieszając każde kolejne uderzenie serca, posyłając lodowaty chłód do wnętrza jego ciała, jak za sprawą klątwy. Czarne buty ze smoczej skóry na miękkich podeszwach tłumiących kroki, które pozwalały na bezszelestne przemieszczanie się po zamku - jak cień, jak nieme oczy obserwujące zamkowe życie z wiekowych ram portretów o brunatnej barwie. Fantomowy ciężar twarzy wiszącej nad jego uchem. Pamiętał to wszystko.
Jego głos zamieszkał w jego głowie jak stały bywalec - głęboki i dźwięczny jak potok spływający strugami spośród gór, woda przeskakująca z kamienia na kamień, kojarzący się z odgłosem kropli rozbijających się o twarde podłoże, rozdzierających się na mniejsze cząstki, wnikających głęboko, głęboko w receptory czuciowe tych, do których przemawiał.
Harry zatrzymał się w połowie kroku, mając wrażenie, że usłyszał szmer peleryny ciągniętej po ziemi dochodzący zza zakrętu, który sam właśnie minął. Odwrócił się, naprężając mięśnie jak gotowa do skoku bestia, ale kiedy wbił natarczywe spojrzenie w kant hogwardzkich murów, nie usłyszał już nic, co mogłoby świadczyć o tym, że jest obserwowany - jak zwierzyna zamknięta w klatce, jak insekt pod lupą. Pokręcił głową i przymknął na chwilę oczy, unosząc dłonie do twarzy, aby przetrzeć zdrętwiałymi palcami pulsujące tępym, napięciowym bólem skronie. Przysunął się bliżej ścian i oparł się o zimną powierzchnię plecami, odchylając głowę i wbijając ziejący pustką wzrok w mętny, jednolity sufit. W miejscach jego styku ze ścianami majaczyły drobne plamy zacieków, tworzące zawiłe plątaniny nieregularnych wzorów.
Od kontemplowania sklepienia oderwał go odgłos ciężkich kroków - z początku stłumiony, zdający się zbliżać i rozbrzmiewać coraz głośniej z każdym kolejnym uderzeniem podeszwy o podłoże.
To, z całą pewnością, nie jest Snape — było pierwszą myślą, jaka zamajaczyła w głowie Harry'ego, zanim nie pokręcił gwałtownie głową, starając się wyrzucić z umysłu jakiekolwiek spostrzeżenia dotyczące tego konkretnego czarodzieja.
Harry odbił się rękoma od ściany w tej samej chwili, gdy zza rogu wyłoniła się wysoka, szczupła postać, która zerknęła w jego kierunku, miażdżąc go momentalnie bazyliszkowym wzrokiem. Harry musiał włożyć całą siłę woli w powstrzymywanie się od kwaśnego skrzywienia warg.
Cadogan — zweryfikował w zamknięciu własnego umysłu Harry, nie spuszczając oczu z twarzy mężczyzny, który na jego widok przystanął, a długa szata, tchnięta najpewniej tą nagłą zmianą położenia, owinęła się wokół jego kostek (materiał w odcieniu karmazynu przywiódł Harry'emu na myśl świeże plamy krwi).
— Pan Potter — spostrzegł mężczyzna, który się napatoczył - jeden z członków, Merlinie dopomóż, Naczelnictwa - niby w odpowiedzi na myśli Harry'ego, przechylając głowę jak w niemym zaintrygowaniu (jego oczy przeszyły młode ciało jak lodowaty podmuch arktycznego powietrza - jakby Harry był duchem, poltergeistem, a mężczyzna spoglądał poprzez niego). Zielonooki powstrzymał odruch wzdrygnięcia się, myśląc, że potrafiłby zrozumieć frustrację Jęczącej Marty, gdy wpite w nią, ciekawskie oczy gapiów w rzeczywistości obserwują zaokrągloną strukturę kranu umywalki majaczącego za jej plecami.
Nie wiedział, jak powinien zareagować - rzadko kiedy przychodziło mu zmierzyć się samopas ze Znakomitością zasilającą szeregi Naczelnictwa, która nie byłaby Snape'em. Harry odchrząknął i skłonił lekko głowę, nie spuszczając oczu z naznaczonej zmarszczkami czasu twarzy.
— Pan... Naczelnik — rzucił przeciągłe powitanie, czując, że to wyrażenie, w odniesieniu do kogoś innego, niż Snape, brzmi jak niedopasowanie w jego ustach.
Cadogan skinął głową i - ku ogromnej irytacji Harry'ego, którą ten momentalnie przykrył wyrazem leniwego zaintrygowania - zbliżył się ku niemu i oparł o ścianę po przeciwnej stronie korytarza, zaplatając ramiona na piersi. Harry miał ogromną ochotę zazgrzytać zębami, kiedy uważne oczy przesunęły się w górę i w dół jego na pozór rozluźnionej sylwetki.
— Może zechciałbyś poczęstować mnie papierosem? — zapytał czysto konwersacyjnym tonem Cadogan, a Harry przymrużył nieznacznie oczy i węsząc podstęp, sięgnął do kieszeni po na wpół opróżnioną paczkę lekko zwietrzałych, mugolskich fajek.
Będziesz ze mną igrał jak kot z myszą? — pomyślał ze wstrętem Harry, usłużnie częstując mężczyznę papierosem. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni szaty i wydobył z niej różdżkę, marząc o tym, by krótkim, bezsłownym zaklęciem rozciąć miękkie gardło mężczyzny i przyglądać się szkarłatnej posoce wzbierającej na jego obojczykach, wsiąkającej w materiał szaty jak deszcz. Zgrabnym, precyzyjnym ruchem nadgarstka wzniecił ogień i podstawił koniuszek różdżki pod papierosa, przyglądając się bez zainteresowania, jak mężczyzna zaciąga się tytoniem. Czubek papierosa rozżarzył się jak węgiel w piecu; Harry odsunął różdżkę, przekrzywiając głowę, gdy oczy o piwnym odcieniu rozbłysły w świetle niewielkiego płomienia jak firmament.
Nadgarstek Harry'ego drgnął sugestywnie, a magia posłuchała się jego woli jak wytresowana zwierzyna - ogień wsiąknął w różdżkę jak mgła, jak gęste, wilgotne powietrze piętrzące się wokół ludzkich głów, wdychane przez falujące nozdrza. Harry wsunął różdżkę do rękawa, pragnąc tym samym zasugerować, że jest przygotowany na każdą ewentualność; mężczyzna uniósł brwi i wskazał na Harry'ego ręką z zapalonym papierosem, na którego końcu zaczął wzbierać siwy popiół.
— Ty nie zapalisz? — zapytał, spoglądając na chowaną do kieszeni paczkę.
Gdybym z tobą zapalił, Cadogan — pomyślał z rezerwą Harry — to każdy postronny uznałby, że kooperuję z wrogiem.
Na głos powiedział jedynie:
— Podziękuję. — Jego głos był neutralny jak Szwajcaria, ale oczy uważnie śledziły dłoń unoszącą się do ust, poruszające się przy zaciąganiu się tytoniem gardło.
Cadogan wypuścił z płuc obłok szarego dymu i przez moment obserwował, jak ten rozmywa się na pokładach powietrza.
— Więc — zagadnął, przenosząc piwne oczy na powrót na twarz niewzruszonego Harry'ego, którego wrodzone poczucie ostrożności uaktywniło się jak na zawołanie, zawirowawszy na najwyższych obrotach — potrzebujesz pomocy przy temperowaniu mugolskiej plagi?
Harry - bardziej z nieufności, niż z czegokolwiek innego - natychmiast zaczął szukać pułapek, które mogłyby być na niego zastawione w tych wypowiedzianych niby mimochodem słowach.
Przytaknął niezbyt wylewnie krótkim skinięciem głowy i zwrócił wzrok w stronę strug zacieku przebijających się na załamaniach między ścianami a sufitem. W kawałku odłamanej ściany jakiś pająk uwił zaplątaną, rozłożystą sieć, której nici przeplatały się kunsztownie we włókniste złącza.
— Jaki masz plan?
Pytanie Cadogana przyciągnęło uwagę Harry'ego. Zielone oczy na powrót utknęły w piwnych, przewiercających oczach, którym nie ufał ani na jotę.
— Ja nie posiadam najmniejszego planu na najbliższą przyszłość, panie Naczelniku, a pan? Jakie są pańskie plany? — zagadnął niby en passant, udając większe zainteresowanie papierosowym dymem unoszącym się znad tlącego się papierosa, niż ewentualną odpowiedzią mężczyzny.
Cadogan roześmiał się cicho śmiechem, od którego Harry'ego ogarnęło nagłe zgorszenie - brzmiał kurtuazyjnie, przyjaźnie niemal; zielonooki przeciągnął koniuszkiem języka po górnych zębach, czując, jak te pozostawiają delikatną, szczypiącą rysę na jego powierzchni.
— Nieczęsto się spotykamy, panie Potter, ale pozwoli pan, że zauważę, że brzmi pan każdorazowo jak rodowity Ślizgon — oznajmił mężczyzna; Harry nie wiedział, czy chciał go tym wytrącić z równowagi, czy zwyczajnie stwierdzał fakt, ale nie pozwolił sobie przejawić najmniejszej reakcji w odpowiedzi na jego słowa.
— A pan? — zapytał, unosząc brwi w sztucznym zainteresowaniu, ponownie sięgając po pudełko papierosów i zaczynając leniwie bawić się tekturowym wieczkiem. — W jakim był pan domu w Hogwarcie?
Cadogan przechylił głowę, przyglądając się, jak Harry to otwiera, to zamyka pudełko w akompaniamencie szelestu jednolitego opakowania w kolorze ciemnego khaki.
Harry rzucił Cadoganowi spojrzenie spod rzęs, wiedząc, że za jego słowami czai się ukryte wyzwanie: zastanawiało go, co powiedzieliby inni członkowie Naczelnictwa na podobne spoufalanie się z samym Harrym Potterem - całkiem prawdopodobne, że jedynie Severus Snape nie zostałby przez coś takiego z góry oceniony. Wszystkim dokleja się metki - takie czasy - i noga może się podwinąć nawet w ścisłym kręgu Naczelnictwa.
— Uczęszczałem do Durmstrangu — powiedział powoli i choć Harry nie odnosił wrażenia, że mężczyzna uważnie dobiera słowa, coś w tonie jego głosu mówiło mu, że ten szczwany wąż pozostał czujny jak ważka. — Wówczas jego dyrektorem był jeszcze Harfang Munter. Bardzo porządny człowiek, panie Potter. Wiele wniósł do programu nauczania. Wnioskował za potrzebą nauczania młodych czarodziejów i czarownic wszelkich form magii, które mogłyby się im przydać w późniejszym życiu. Do walki chociażby. Rozwinął działalność szkolnego klubu pojedynkowego, z pewnością by go pan poparł, panie Potter.
Szczerze wątpię — pomyślał Harry, przecierając kciukiem jakąś zapyloną, niewielką plamę na rękawie.
— Czy pan... Munter, wprowadził do programu tamtejszego Instytutu Magii Czarną Sztukę? — zapytał młodszy mag tonem mówiącym o tym, że nic go to nie obchodzi, jednocześnie nadstawiając ucha.
Kąciki ust Cadogana drgnęły w lekko wywyższającym się uśmiechu. Przeniósł papierosa do lewej ręki i pogroził - żartobliwie z założenia, jak przypuszczał Harry - palcem wskazującym prawej, machając nim w powietrzu, jakby siekał składniki do eliksiru.
— Ocenia go pan przez pryzmat, panie Potter — zauważył miękko; jego piwne oczy skupiły się na twarzy Harry'ego jak celowniki mugolskiej broni palnej. — Podczas gdy w trakcie naszego szturmu na mugolski zakład karny sam pan obracał się wokół mrocznych zaklęć jak tancerz balansujący nad przepaścią.
Harry znieruchomiał, przestając obracać w palcach pudełkiem papierosów, i uniósł wzrok, spotykając przewiercające spojrzenie mężczyzny; jego gardło zacisnęło się na krótką chwilę. Harry zaczął skrobać nerwowo paznokciem kant paczki papierosów, rzucając szybkie spojrzenie na rękaw szaty mężczyzny, zastanawiając się, czy nie ukrywa tam różdżki, przenosząc pospiesznie wzrok na wierzchnią kieszeń ubioru czarodzieja, szukając odbijającego się na jej powierzchni, podłużnego, cienkiego kształtu, ale niczego tam nie dostrzegając.
Gdzie ją chowasz, niehumanitarny draniu? — przemknęło Harry'emu przez myśl; czuł się dość niepewnie, gdy nie mógł mieć na oku ewentualnej broni, jaka mogłaby zostać przeciw niemu użyta.
Zielonooki, siląc się na spokój, wyciągnął kącik warg w złośliwym uśmiechu.
— Czy to wbrew przepisom, panie Naczelniku? — zapytał gładko, świdrując mężczyznę nieufnym spojrzeniem.
Cadogan uśmiechnął się jak szczwana hiena, wydychając głęboko z płuc papierosowy dym.
— Z prawnego punktu widzenia? — zagaił konwersacyjnie, a jego piwne oczy znieruchomiały, wbijając się prosto w oczy Harry'ego, którego serce podskoczyło pod mostkiem raz i drugi, jak odbijająca się od niego, dmuchana piłka. — Owszem.
Harry miał nadzieję, że jego twarz nie przemieniła się w siną plamę zdradzającą kotłujące się wewnątrz niego napięcie.
— Durmstrang — mruknął pod nosem Harry, uparcie uwieszając się na potrzebie zmienienia tematu. — Musieliście mieć tam jakiś podział na Domy, nieprawdaż?
Uśmiech na twarzy Cadogana poszerzył się, co wcale nie sprawiło, że Harry poczuł się śmielej.
— Są trzy — rzekł z umiarkowaną wylewnością — choć tylko jeden porządny.
— Jeden porządny, do którego pan uczęszczał, czy tak? — prychnął pod nosem Harry, zanim się zastanowił. Kiedy uświadomił sobie, co powiedział, uniósł pospiesznie wzrok na te piwne, migoczące oczy, mówiące niemo o sile (niekoniecznie magicznej), jaką dysponuje jego rozmówca. Harry zganił się w myślach i nakazał sobie mieć się na baczności. — Pan wybaczy moją wścibskość — podążył z przeprosinami, nie chcąc przyciągać do siebie większej uwagi Naczelnictwa, niż obecnie już na nim spoczywała. — To zupełnie nie jest mój interes.
Cadogan przechylił głowę, obserwując Harry'ego spod rzęs.
— To tylko uwarunkowana ciekawość — jego głos był złudnie spokojny; brzmiał niemal kojąco w uszach Harry'ego — a jeszcze nigdy nie przyszło mi zrugać drugiego czarodzieja za tak ludzki odruch, jak zainteresowanie.
Zainteresowanie — powtórzył w myślach Harry, mając nadzieję, że wzgarda, która uderzyła mu do głowy, nie jest widoczna w jego oczach. — Co za matoł.
Cadogan skończył wypalać papierosa, rzucił niedopałek pod nogi i przydepnął grubą podeszwą, wgniatając w posadzkę jak natarczywego, wijącego się robaka.
— Co pan robi sam na korytarzu, panie Potter? — zapytał ni stąd, ni zowąd mężczyzna, na co Harry zmarszczył brwi i zlustrował go oceniającym wzrokiem. — Odniosłem wrażenie, że zazwyczaj, kiedy przemieszcza się pan po zamku, ktoś panu towarzyszy — rzekł, jakby w odpowiedzi na spojrzenie Harry'ego.
Zielonooki próbował zignorować błyszczące jak świetliki w ciemnościach oczy Cadogana wędrujące wzdłuż rysów jego twarzy, jakby te były pieszymi ścieżkami.
— Nie potrzebuję eskorty — odrzekł, nieświadomie ściszając głos, napinając mięśnie jak przed uzgodnionym wcześniej pojedynkiem, czując fantomowe ugniatanie targające jego naskórek wszędzie tam, gdzie choć na moment zatrzymał się wzrok Cadogana. Starał się panować nad oddechem, przez co jego umysł nieustannie skandował: „wdech, wydech, wdech, wydech" jak zapętlające się zaklęcie rytuału.
Harry, na dobrą sprawę, był w trakcie rozglądania się za Draconem. Kiedy nie zastał go w przydzielonych mu przez McGonagall kwaterach, postanowił poszukać go na własną rękę. Zawsze podobało mu się błądzenie po tych zapętlających się jak żmija łykająca własny ogon korytarzach, chociaż niejednokrotnie gdzieś za rogiem czyhało na niego mniejsze bądź większe zagrożenie - czy to pokroju bazyliszka, czy aktywnego Śmierciożerycy ukrytego pod woalką aurorskiej, znanej osobowości.
— Z pewnością — odparł gładko mężczyzna, nie spuszczając z Harry'ego spojrzenia; zielonooki zatrzymał chęć zerknięcia na ukryte za materiałem szaty przedramię mężczyzny, dręczony myślą, czy znalazłby tam wyblakły symbol, który niegdyś mógł go określać.
Cadogan przetarł palcami podbródek, jakby nad czymś rozmyślał i nie potrafił dojść do porozumienia z wytworami pracy własnego umysłu.
— W Durmstrangu był taki dom... nazywany Domem Lisa — kontynuował, przeciągając palcami po krótko ostrzyżonych włosach tworzących lekką szczecinę na jego czaszce. — Potocznie. Gdybyś szukał o nim wzmianki w dokumentacji uczelnianej, znalazłbyś jedynie określenie Vixenkeer.
Harry obawiał się, że w momencie, w którym odwróci wzrok, mógłby całkowicie utracić panowanie nad sytuacją.
— Proszę pozwolić mi zgadnąć — powiedział cicho Harry, czując się zgoła abstrakcyjnie - zupełnie, jak w tych pełnych niepewności chwilach, w których rozmawiał ze Snape'em. — Cechy osoby, która się do niego kwalifikuje, to ambicja, przebiegłość, spryt i zaradność, czy tak?
Cadogan się roześmiał, a jego śmiech rozlał się po korytarzu, odbijając od ścian jak ulewny deszcz albo potok, chlustając chłodną arogancją prosto w twarz Harry'ego.
— Och, ty naiwny chłopcze, takie cechy kwalifikują ucznia do Durmstrangu. Nikt, kto choć przez moment nie przejawi ich w swoim wczesnym życiu, nie zostanie przyjęty do tej uczelni. Tak więc odpowiedź brzmi: nie, Potter. — Piwne oczy Cadogana utknęły w źrenicach Harry'ego jak wykałaczka w zębach. — W tym domu zagłębia się wiedzę o mrocznych odsłonach magii. Rozdrabnia się je na części składowe. Analizuje się je, Potter. Bada. — Coś w tych oczach rozbłysło, coś zapłonęło, powodując, że żołądek Harry'ego skurczył się do niewielkich rozmiarów. Wyglądały jak płynne żelazo.
Harry przełknął dyskretnie ślinę, z ogromnym trudem odrzucając od siebie chęć sięgnięcia po różdżkę.
— Umilkłeś, Potter? — odezwał się gładkim, lekkim tonem mężczyzna, unosząc brwi wysoko na czoło; wilczy uśmiech nie znikał z jego twarzy. — Szkoda — mruknął — tak ciekawie się z tobą rozmawiało. — Jego głowa przekrzywiła się, jakby miał do czynienia z interesującym okazem uwiecznionym w formalinie. — Wiesz, Potter, Naczelnictwo obrało twoją stronę w toczącej się walce z mugolami — zagaił, na co serce Harry'ego zatrzymało się na jeden, przerażający moment. — Chyba nie odznaczysz się czarną niewdzięcznością, Potter, i nie uznasz, że tak cenna... pomoc, może pozostać bez zapłaty, nieprawdaż, cudowne dziecko?
Harry zastanawiał się, w którym momencie i dlaczego zgubił, tak skrupulatnie kontrolowany, rytm oddechu. Milczał, wpijając spojrzenie w wygięte kąciki ust Cadogana, szukając w nich początku klątwy, którą z taką prostotą, mógłby cisnąć mu wprost w bliznę na czole.
— Pan Potter jest z całą pewnością intrygującym rozmówcą — rozbrzmiał gdzieś z czeluści korytarza głęboki, silny głos - doskonale Harry'emu znany - który zdusił uśmiech na twarzy jednego z Naczelników i sprawił, że piwne oczy, do tej pory wszyte w jego twarz jak nić, przerzuciły się na obserwowanie kogoś zgoła innego; napięcie wcale nie opuściło ciała Harry'ego wraz z pojawieniem się na tej zmyślnej szachownicy czasu nowej figury — jednakże... należność, którą Naczelnictwo otrzyma w zamian za... trud, jaki włożyliśmy, chcąc zapewnić pomoc w walce przeciw niemagicznym jednostkom, jest kwestią dotyczącą jedynie mnie i pana Pottera i nie życzę sobie, aby o nią wypytywano.
Harry poczuł, jak żółć mu podchodzi pod gardło.
Powieki Cadogana drgnęły, jakby ten powstrzymywał chęć sprzeczania się z podobnymi instrukcjami, jednak, ku zaskoczeniu Harry'ego, skłonił się - zamiatając przy tym rąbkiem szaty posadzkę - przed Snape'em z naturalnym animuszem, a na jego wargi powrócił uprzedni, siejący w umyśle Harry'ego ziarno niepokoju, dwulicowy uśmiech.
— Ależ oczywiście, Severusie — odpowiedział dźwięcznym głosem Cadogan. Prostując się, zaczął imitować przekręcanie klucza nad własnymi ustami. — Zamykam buzię na kłódkę. — Obrócił trzema palcami w powietrzu i zerknął znad dłoni na milczącego Harry'ego.
Zielonooki czarodziej miał ochotę splunąć mężczyźnie pod nogi w odpowiedzi na perskie oko, które ten puścił mu niczym od niechcenia - jak coś nad wyraz bezceremonialnego.
— Poczęstujesz mnie jeszcze jednym papierosem? — zapytał Cadogan, wyciągając tę samą dłoń w jego stronę; jego piwne oczy migotały jak oczy dziecka bawiącego się w piaskownicy.
— Skończyły się — skłamał gładko Harry, nie zważając na to, że Naczelnik z pewnością zauważył, kiedy częstowany był pierwszym papierosem, że zawartość paczki wcale się nie wyszczupliła.
Cadogan przymrużył oczy, opuszczając powoli ramię wzdłuż ciała; wzrok, którym zlustrował Harry'ego, można przyrównać do spojrzenia osoby, której pod nogi rzucono ciężkie wyzwanie, a ona się go podjęła.
— Jaka szkoda.
— Też nad tym ubolewam — odrzekł przyciszonym głosem młodszy czarodziej, patrząc prosto w te piwne, migoczące oczy.
Kąciki warg mężczyzny drgnęły w drapieżnym uśmiechu, który nijak nie pasował do jego twarzy. Splótł przed sobą dłonie, a opuszki jego palców zabębniły o siebie głucho jak krople wody o uliczny bruk.
— Widziałem, jak walczyłeś — zagaił Cadogan, przechylając głowę jak zainteresowane szczenię.
— Nie pan jeden — wypalił Harry, mając serdecznie dość całego, niemiłosiernego świata i obsiewających go jak zaraza ludzi.
Gruba brew Cadogana drgnęła, wjeżdżając wysoko na czoło, obsiewając tym samym jego lekko przesuszoną skórę plątaniną nierównych, płytkich zmarszczek. Harry o niczym innym bardziej nie marzył, jak o tym, aby zetrzeć mu ten wścibski wyraz z twarzy, a następnie zaszyć się w jakimś przydrożnym, tanim barze i przepić wszystkie swoje smutki i złości.
— Pyskaci jesteśmy, co nie, Potter? — Konwersacyjny ton tego mężczyzny przyprawiał Harry'ego o zawrót głowy i musiał przygryźć czubek języka, aby nie odwarknąć: „Jeden z nas na pewno". Upominający wzrok Snape'a zakneblował mu usta z precyzją zaklęcia. Czując każdy, pojedynczy mięsień własnego ciała, spuścił głowę, wbijając wzrok w nierówności odznaczające się na zamkowej posadce. Jego wnętrzności postanowiły wytańczyć tango w jego ciele. Harry przełknął - raz i drugi - ale wrażenie, jakby wykręcało go od środka, wcale nie odchodziło.
— Zero szacunku — kontynuował Cadogan, przebiegając lekko pożółkłymi na opuszkach palcami po grzbiecie nosa (Harry przypuszczał, że ma coś z tym wspólnego jakiś naiwny przesąd). — Zero absolutne. Aż zaczynam się zastanawiać, co za prymitywy cię wychowały, Potter.
Harry wykrzywił kwaśno wargi na wspomnienie o Dursleyach i w głębi duszy pogratulował Cadoganowi trafnego określenia. Snape oparł się leniwie o jakąś uszczelkę w ścianie, niwelując nadzieję Harry'ego na to, że odprawi Cadogana z kwitkiem. Nie, Snape najwyraźniej planował obserwować, jak Harry radzi sobie z nim samodzielnie. Cóż za przejaw podarowania wolnej ręki, no nie ma co! Czuł się nad wyraz dziwnie - jakby był testowany, jakby musiał własnymi działaniami, własnymi słowami wpasować się w odpowiednie ramy - w przeciwnym razie udowodni swoją wierutną bezradność, a co za tym idzie - także własną słabość. Harry przygryzł wnętrze dolnej wargi i przeklął w myślach, kiedy po jego języku rozlał się metaliczny posmak. Machinalnie zassał sączącą się krew, pozwalając jej swobodnie spłynąć w dół gardła.
— No dobrze, więc widział pan, jak walczyłem — westchnął ciężko Harry, przekrzywiając głowę. — Podczas bitwy — dopowiedział, nie potrafiąc ukryć lekkiej kąśliwości w tonie głosu.
Cadogan zabębnił palcami jednej dłoni o wierzch drugiej.
— Mhm — mruknął, obserwując Harry'ego spod rzęs — zgadza się.
Gratuluję zmysłu obserwacji — zaszydził w myślach Harry — zauważyć walczącego czarodzieja pośród burzy innych, walczących czarodziejów. Niesamowite.
Snape zaśmiał się cicho pod nosem, czym sprowadził na siebie spojrzenia zarówno Harry'ego, jak i Cadogana, którego brwi podjechały jeszcze wyżej (choć Harry sądził, że osiągnęły już granicę swoich możliwości wspinaczkowych). Młodszego czarodzieja dopadło podszyte niechęcią przeczucie, że znamienity Severus Snape przetrząsa pobieżnie jego umysł jak zawartość starej szafki z klamotami nieposiadającymi określonych właściwości, istniejącymi dla samego istnienia.
— I? — starał się wydusić z tego opornego mężczyzny, co właściwie chodzi mu po głowie.
— Używałeś wielu zaklęć. — Słowa Cadogana wprawiły Harry'ego w dziwny stan zawieszony gdzieś pomiędzy chęcią wybuchnięcia śmiechem a spojrzeniem pełnym politowania.
Zielone oczy na powrót zagnieździły się w piwnych. Cadogan uśmiechnął się jak stary kot wylegujący się na kafelkowym piecu.
— Doprawdy? — odpowiedział Harry, ściszając głos, niwelując echo, które do tej pory towarzyszyło ich słowom, biegnące wzdłuż korytarzowych ścian jak cienie. Przewiercił mężczyznę wzrokiem z intensywnością młota pneumatycznego wbijanego w kamienną ścianę. — Nie zdawałem sobie sprawy.
Wargi Snape'a drgnęły, jakby z trudem powstrzymywał szyderczy uśmiech.
Być może gdyby Harry nie był tak skupiony na Snape'ie, zauważyłby sprężysty manewr Cadogana, który - młodszy czarodziej próbował się rozeznać w jaki, na Morganę, sposób i w którym momencie - znalazł się twarzą w twarz z Harrym. Nie był pewien kilku kolejnych sekund, wiedział jedynie, że coś ścisnęło boleśnie jego ramię, wyginając jego rękę za plecy, a jego głowa i kość ogonowa zderzyła się ze ścianą z głuchym łupnięciem, które zapulsowało mu w skroniach i sprawiło, że biel rozbłysła mu przed oczami jak gwiazdy. Tępy ból rozlał się w dolnej części jego pleców jak piołun.
Zamiast strachu, którą z pewnością odczułby, gdyby na miejscu Cadogana znajdował się Snape, poczuł uderzającą mu go głowy irytację.
— Pozwól, że cię uświadomię, Potter, bo odnoszę wrażenie, że jakimś cudem podczas własnej edukacji ominąłeś rozdział dotyczący wyrażania szacunku — odezwał się Cadogan; Harry poczuł kwaśną woń jego oddechu na skórze i, chcąc nie chcąc, wzdrygnął się ze zdegustowaniem.
Cadogan wziął - zdaje się - jego zgorszenie za coś zgoła innego, bo wyszczerzył rząd prostych zębów w dwulicowym uśmiechu; Harry z trudem powstrzymał przewrócenie oczami.
— Ja, cudowne dziecko, jestem jednym z Naczelników Magicznej Anglii, a ty, chciałbym ci przypomnieć, jesteś, ni mniej, ni więcej, zwykłym obywatelem. Pojmujesz aluzję? Zważywszy na różnicę sił, jaka między nami występuje, z całkowitą stanowczością radziłbym ci uważać na własny, niewyparzony język, zrozumieliśmy się?
Różnicę sił — prychnął w myślach Harry, rozważając uniesienie swej magii i szybkie wyprowadzenie Cadogana z błędu. — Co za matoł.
— To, że poprowadziłeś udany szturm na mugolskie więzienie, nie oznacza jeszcze, że możesz się uważać za pępek świata, ponieważ wciąż podlegasz przepisom prawnym, które można z łatwością rozciągać, zniekształcać i dopasowywać do sytuacji. Ten mały sukces uderzył ci do głowy i zapominasz, że to nie ty stoisz na czele społeczeństwa, ty mały, głupi szczeniaku. Ponadto jesteś nam coś dłużny, co samo przez się powinno ci wbić do tej durnej łepetyny, że powinieneś trzymać język za zębami.
— Proszę sobie podarować ten pouczający wykład — powiedział przesłodzonym głosem Harry, kiedy Cadogan zrobił przerwę na wzięcie oddechu. — Doskonale znam swoją wartość i pańskie pseudo zastraszające monologi tego nie zmienią.
— Ty szczeniacki bachorze! — warknął mężczyzna, wyglądając, jakby trafił go piorun, wyszarpując z kieszeni szaty różdżkę niczym zdziczałe zwierzę zamknięte za kratami w zoo.
Harry był szybszy - i bardziej opanowany, co mogło wpływać na jego zdolność reagowania. Błysnęło oślepiające, czerwone światło i Cadoganem miotnęło do tyłu jak szmacianą kukłą. Harry usłyszał ogłuszający łomot, kiedy jego czaszka zderzyła się ze ścianą, ale nie pozwolił się rozproszyć. Zaklęcie Rozbrajające pomknęło w następstwie pierwszego czaru i różdżka, po którą mężczyzna sięgnął w tym samym momencie, w którym ostatnia zgłoska przebrzmiała w głowie Harry'ego, wystrzeliła w powietrze i zatoczyła łuk nad korytarzem. Zielonooki sprawnie pochwycił ją wolną dłonią i spojrzał na trwającego na ziemi przy ścianie Cadogana z obojętnością godną pochwały samego Severusa Snape'a.
Cadogan spąsowiał jak dojrzały pomidor i - jak na oko Harry'ego - wyglądał, jakby zaraz miał wybuchnąć z siłą erupcji wulkanicznej.
Aha, idzie burza — pomyślał Harry i zmrużywszy oczy, obserwował, jak mężczyzna, trzęsąc się jak osika, łapie potężny haust powietrza (i tylko cudem się nim nie dławi).
— Jak śmiesz mnie atakować! — ryknął Cadogan, a jego głos rozlał się na cztery strony świata, tocząc się przez korytarz jak górska lawina. — Ty niewdzięczny bachorze! Ty małpo człekokształtna!
Harry opuścił rękę z różdżką jedynie odrobinę, przyglądając się temu wybuchowi z wątpliwym zainteresowaniem. Zastanawiał się, kiedy przeskoczył pomiędzy piedestałami z „cudownego dziecka" na „małpę człekokształtną".
— Ucisz się już, Cadogan — odezwał się niespodziewanie Snape, brzmiąc na niemalże znudzonego. — Twój jazgot nikogo nie rusza, jakbyś nie zauważył.
Harry dałby sobie głowę uciąć, aby móc spojrzeć teraz na Snape'a i zweryfikować wyraz jego twarzy, ale rozsądek podpowiadał mu, że lepiej nie spuszczać wzroku z tej rozjuszonej zwierzyny, którą miał przed sobą.
— W ogóle nie potrafisz z Harrym rozmawiać — ciągnął Snape, nieomal wymuszając na zielonookim gorzkie skrzywienie warg. — Ponadto twoje przechwałki na temat rzekomej siły, która w tobie drzemie i mocy magicznej Harry'ego, która ponoć ci nie dorównuje, są podszyte arogancją i butą. Chciałbym ci przypomnieć, że ten oto tutaj, Harry Potter, pokonał samego, wielkiego Czarnego Pana. A ty, Cadogan, pleciesz coś o „małych sukcesach" i „różnicach sił". Żałosne, doprawdy.
Cadogan fuknął potężnie w jakiejś fałszywej, dziwacznej, wysokiej tonacji i wyciągnął jednym, gwałtownym ruchem ramię, wskazując na Harry'ego palcem wskazującym jak szpadą.
— Ten bezczelny dureń mnie obrażał! — wycedził, przeciskając słowa poprzez zęby jak warczący, wściekły kundel.
— Ponieważ nie poczęstował cię papierosem, Cadogan? — zapytał spokojnie Snape, unosząc jedną brew wysoko na czoło; Harry przygryzł dolną wargę, czując się niepewnie w obliczu tej zażartej obrony, jaką niespodziewanie zaoferował mu Najwyższy Naczelnik.
— Nie — warknął mężczyzna, podnosząc się z ziemi jak wcielenie furii i zwracając defensywnie ciało w stronę Snape'a. — Ponieważ ze mnie szydził! Pyskował mi! Ten niewdzięczny bachor ośmielił się mi pyskować!
Harry przeciągnął językiem po górnych zębach, a do jego głowy wpadła szaleńcza myśl. Zawahał się (dość wyraźnie, sądząc po lustrującym spojrzeniu, jakie rzucił mu Najwyższy Naczelnik), by po chwili wyminąć rozjuszonego Cadogana i przyklęknąć przed Snape'em, unosząc na niego wzrok.
Czarne oczy kusiły głębią, a na ich granicach czaiło się zamyślenie, kiedy przesuwały się po jego twarzy jak po lodzie.
— Nie zdawałem sobie sprawy, że moje słowa mogą kogoś zmierzwić — skłamał gładko Harry tonem niewinności nieskalanej.
Kącik warg Snape'a drgnął w niemal niedostrzegalnym uśmiechu rozbawienia. W onyksowych oczach rozbłysły niewielkie iskry złośliwości.
— Ach, tak? — odrzekł beznamiętnie, ale czerń jego oczu nie przestawała migotać ani na chwilę.
— Pan Naczelnik Cadogan powiedział, że widział, jak walczyłem — kontynuował Harry, ponownie przygryzając wnętrze policzka.
— Hmm, nie on jeden — odparł Snape unosząc wzrok ponad Harrym, aby spojrzeć na wspomnianego mężczyznę, a zielonooki z trudem zdusił chęć roześmiania się w głos, chociaż jego oczy musiały zapłonąć złośliwą nutą jak para drew na ognisku.
— Tak, cóż, to samo mu powiedziałem — przyznał najzwyczajniej w świecie, starając się brzmieć, jakby nad tym głęboko rozmyślał.
Snape przechylił głowę, nie spuszczając wzroku z Cadogana.
— Drogi mój przyjacielu, zrób nam tę przyjemność i wróć do swoich obowiązków — odezwał się konwersacyjnym tonem Snape, przeciągając palcami po czarnych jak węgiel kosmykach włosów wpadających mu na czoło.
Harry wiele by dał, aby móc teraz ujrzeć minę drugiego z Naczelników. Przez krótką chwilę na korytarzu zapadła głucha cisza; wytężył słuch, zastanawiając się, jak Cadogan odbierze ten gładki przytyk, postawiony przed nim murem przez Snape'a.
— Ależ... jak sobie życzysz — odezwał się matowym głosem Cadogan po chwili milczenia; Harry usłyszał szelest szaty, jakby mężczyzna się kłaniał albo wykonywał jakiś gest szacunku (bądź wręcz przeciwnie - zniewagi), a chwilę potem rozbrzmiały oddalające się korytarzem kroki.
Harry przestał przygryzać wnętrze policzka i wykręcił szyję, spoglądając za oddalającym się Cadoganem. Na jego usta wsunął się pogardliwy, niewielki uśmiech.
— Uwarunkowana ciekawość — mruknął pod nosem Harry, kiedy szelest kroków stał się niemal niedosłyszalny. — Zadufany w sobie idiota — skomentował. Brwi Harry'ego zjechały się ku sobie. — Podniósł na mnie różdżkę, widział pan to? Jakby sądził, że jest w stanie mnie tknąć. No nie do wiary.
Snape nachylił się nad nim, ściągając na siebie zielonooki wzrok.
— Trzęsiesz się, dzieciaku — zauważył. — To efekt frustracji czy strachu?
— Śmiem twierdzić, że to efekt spędzenia połowy życia pośród ludzi, którym wydaje się, że mnie znają, bo przeczytali o mnie jakiś durny artykuł zamieszczony w toaletowym pisemku albo zobaczyli palącego papierosa na zatłoczonej ulicy. Jakby moje życie było zredukowane do szumnych, domniemanych romansów, działalności społecznej związanej z najbardziej absurdalnymi akcjami pozarządowymi i niegdysiejszego pokonania Riddle'a w głośnym, reprezentacyjnym starciu, którego większość plotkujących o nim jednostek nawet nie była świadkiem, a uważa, że najlepiej wie, co właściwie się wydarzyło.
— Czyli jednak frustracja — skwitował Snape.
— Stawiał pan na strach?
Czarnooki czarodziej uśmiechnął się kącikiem warg i nie odpowiedział.
— Więc, Potter, chodziłeś sobie bez celu i wpadłeś właśnie na Cadogana, czy tak? — zapytał Snape, schylając się ku klęczącemu mężczyźnie. Długie palce zacisnęły się na ramionach Harry'ego i pociągnęły go do pionu - były silne, zdecydowane; zielonooki pozwolił podnieść się na nogi.
— Nie prosiłem się o to, jeśli to ma pan na myśli — mruknął Harry, rzucając spojrzenie własnym dłoniom, przyglądając się połamanym, poobgryzanym paznokciom.
— Więc co robiłeś?
— Szukałem Draco. — Harry przekrzywił głowę, porzucił kontemplację własnych palców i uniósł na mężczyznę zielonookie spojrzenie. — Zaskoczony?
— Niezbyt.
— Tak podejrzewałem.
Snape opatulił się szczelnie peleryną, mrużąc czarne oczy, przyglądając się nonszalancji rozlanej na twarzy Harry'ego jak atrament. Drobna zmarszczka wiła się pomiędzy jego brwiami, wjeżdżając na duży, lekko zakrzywiony nos.
Harry przyglądał się przez chwilę tej ziemistej twarzy, głębokim rysom zmarszczek znaczących skórę jak pęknięcia w płytach chodnikowych, lekko przetłuszczonym, czarnym włosom opadającym jak kurtyna na uwydatnione kości policzkowe, przysłaniającym skronie.
— Być może miałeś rację — wyrwało się, trochę bez udziału woli, spomiędzy ust Harry'ego.
Wąskie brwi Snape'a drgnęły jak fale sejsmiczne.
— Proszę?
Stłumił westchnienie i postanowił brnąć w to dalej, skoro i tak jego myśli wyrwały się ze skorupy jego umysłu jak odrywający się od lodowca sopel.
— Być może miałeś rację — powtórzył, odwracając wzrok ku ścianie. — Być może uzależniłem się od twoich decyzji. Od twojej pomocy. Jednak to nie twoja magia jest tym, co na mnie wpływa. To nie dla twojej magicznej potęgi jestem tu, gdzie jestem. — Harry umilkł na moment i czując wdzierającą się mu pod skórę niepewność, zerknął kątem oka w stronę przyglądającego się jego twarzy Snape'a. Siateczka zmarszczek pod jego obsydianowymi oczami świadczyła o głębokim skupieniu (Harry sam siebie zaskoczył, że potrafił coś takiego rozszyfrować). — Rozumiesz, co chcę ci powiedzieć?
— Niespecjalnie — odparł powoli Snape; jego czarnooki wzrok zaczął skakać pomiędzy źrenicami Harry'ego jak sroka.
Harry skrzywił się i wskazał Snape'owi, by podążył za nim. Ich kroki odbiły się wątłym echem po objętości pustego korytarza.
— Bardzo mi pan pomógł, Naczelniku, jest pan tego świadom? — zapytał Harry niby mimochodem, nie spoglądając na Snape'a.
Poczuł na swojej twarzy klejące się do kości policzkowej, czarne oczy, ale nie odwzajemnił jego wzroku.
— Chciałbym podkreślić, że o nic pana już nie proszę... — zaczął Harry i zawahał się; wyjrzał za szybę mijanego okna, starając się zebrać myśli. W oddali nagie gałęzie Bijącej Wierzby szamotały się na przestrzeniach silnego wiatru, który gwizdał o zimne szkło okien.
— Jest w tym jakieś: „ale", jak podejrzewam — zauważył Snape, w odpowiedzi na co Harry westchnął przeciągle, myśląc, że takich: „ale" znalazłoby się całkiem sporo, gdyby dostatecznie głęboko pogrzebać.
Zielonooki wzruszył niby niedbale ramionami, ale napięcie przykleiło się go jego mięśni jak plaster na otarcia.
— Doskonale pan wie, jaki tytuł nosi to: „ale", jak przypuszczam — przyznał niechętnie Harry, bezwiednie pocierając starą, wyblakłą bliznę na czole.
— Potrzebujesz mnie — łaskawie podążył z zapewnieniem Snape; Harry nic nie mógł poradzić na to, że chęć przewrócenia oczami wygrała starcie z jego silną wolą.
— Tak, cóż, nie inaczej — mruknął, kiedy skręcili za róg korytarza; czarna szata ocierała się o kostki Harry'ego jak łaszący się kot.
— Wiesz, Potter — głęboki głos Snape'a ściągnął na siebie uwagę młodszego czarodzieja; do ust czarnookiego przykleił się koci półuśmiech — stopień oparcia, które możesz we mnie znaleźć, zależy tylko i wyłącznie od tego, jak bardzo jesteś w stanie pomóc mnie.
Harry skrzywił się jak po przełknięciu cytryny.
— Niezbyt pocieszające — zauważył.
Snape zaciągnął mocniej rękawy własnej szaty, jakby przebiegający mu po nadgarstkach przeciąg go drażnił.
— Możemy sobie pomóc nawzajem — rzucił w Harry'ego konspiracyjnym szeptem.
Harry nic na to nie odpowiedział; zamiast tego sięgnął do kieszeni szaty, wyciągając z niej niewielkie pudełko. Podważył wieczko kciukiem i wyciągnął zapraszająco w stronę Snape'a.
— Papierosa?
Czarne oczy posłały mu pełne wzgardy spojrzenie.
— Podziękuję — odparł Snape, na co Harry wzruszył ramionami i wyciągnął jednego z opakowania.
Starszy czarodziej przyglądał się, jak wkłada papierosa do ust i wznieca płomień na końcu różdżki.
— A tak między nami, Potter...
— Mhm? — mruknął Harry, zezując na rozmazaną jak pociągnięcie farby na płótnie stróżkę płomienia, zaciągając się głęboko dymem tytoniowym.
— ...znajdziesz Dracona w bibliotece.
Harry uniósł brwi, wypuścił z płuc pokłady dymu i spojrzał ponad rozlewającą się na przestrzeni, szarą mgiełką w ziemistą twarz swego rozmówcy.
— W Dziale Ksiąg Zakazanych — uściślił Snape, uśmiechając się jak sam szatan, czym zasiał ziarno niepokoju głęboko w umyśle Harry'ego, który zmarszczył czoło, opuszczając nieznacznie dłoń trzymającą papierosa. — I gdyby ktoś pytał — dodał, spoglądając Harry'emu w oczy; w tych czarnych czeluściach zamigotała jakaś nieokreślona salwa poruszenia — to nie ode mnie się o tym dowiedziałeś.
Przyspieszył kroku, zostawiając nieznacznie skonsternowanego Harry'ego w towarzystwie kamiennych, wiekowych ścian i papierosowego dymu.
-VVV-
Był w połowie drogi do biblioteki, kiedy drogę zastąpił mu uśmiechnięty od ucha do ucha Anderson w towarzystwie jakiegoś młodego czarodzieja, którego - Harry mógłby dać sobie za to ręce uciąć - widział już gdzieś i to kilkukrotnie, ale im bardziej próbował przypomnieć sobie jego nazwisko i intencje, tym bardziej nie był w stanie.
Zaciągnął się głęboko napoczętym papierosem i tą samą ręką, którą go przytrzymywał, wskazał niedbale w stronę nieznajomego.
— Kto to jest, na litość Merlina?
Anderson wyszczerzył zęby, prostując kark jak na komendę.
— Nowy praktykant — odezwał się z dumą, w odpowiedzi na co Harry przewrócił oczami i wypuścił dym z ust. Nic nie mógł zaradzić na niemą wzgardę, która osiadła w jego ciele jak klejąca się do gardła trucizna.
— Mówiłem ci, Anderson, że nie chcemy nowych praktykantów — rzekł dobitnie, ścierając z twarzy aurora ten idiotyczny uśmieszek. Wyminął dwójkę zastępujących mu drogę czarodziejów, postanawiając nie marnować własnego czasu na głupoty. — Niech idzie do diabła — rzucił obojętnie przez ramię, wchodząc na wysokie, magiczne schody; rąbek jego szaty otarł się o nie jak powiew przeciągu.
— Szefie! — zawołał za nim Anderson i ku irytacji Harry'ego, dogonił go i stanął naprzeciw niego na wyższym stopniu schodów, które właśnie zaczęły wykonywać pełny obrót na przestrzeni schodowej klatki. — To bardzo zdolny człowiek. Zna wiele zaklęć, jest dobry w pojedynkach, poradziłby sobie, w moim odczuciu, na stanowisku aurora. Wykonywałyby sumiennie wszystkie zadania. I to z nawiązką.
— Nie wątpię — rzekł bez entuzjazmu Harry, zaciągając się papierosem, wodząc wzrokiem po promieniejącej optymizmem twarzy Andersona. Z niechęcią spostrzegł, odwracając głowę, że wspominany przez nich czarodziej stoi zaledwie kilka stopni niżej i wpatruje się w niego jak w ósmy cud świata. Harry wykrzywił z niesmakiem usta. — Pan wybaczy, że Anderson wprowadził pana w błąd — odezwał się, lekko podnosząc głos, kiedy konstrukcja schodów zaskrzypiała jak mugolska maszyneria na placu budowy — ale wszystkie stanowiska w naszym biurze są zajęte. Jestem przekonany, że jeśli się pan trochę rozejrzy, znajdzie pan szczęście gdzie indziej. Miłego dnia. — Odwrócił się i zignorowawszy Anderona zaczął wspinać się metodycznie po kolejnych stopniach.
— Szefie! — usłyszał jego irytujący głos i, chcąc nie chcąc, przewrócił z politowaniem oczami. — Zapewniam pana, że sprawdziłem jego kwalifikacje. Potrzebujemy nowych aurorów na stanowiska tych, którzy przeszli na emeryturę. Nie zawiedzie się pan na nim, a poza tym...
— Anderson — przerwał aurorowi Harry, nie spoglądając nawet w jego stronę — co jest dla ciebie niezrozumiałe w stwierdzeniu: „nie przyjmujemy nowych praktykantów"?
— Ale...
— Pan pozwoli, że się przedstawię, panie Potter — odezwał się obcy mężczyzna kurtuazyjnym tonem, wtrącając się w wypowiedź Andersona, czym nieomal doprowadził Harry'ego do gorącej frustracji. Mężczyzna przeskoczył zgrabnie kilka stopni i zatrzymał się dwa stopnie niżej od Harry'ego, wyciągając ku niemu elegancką, szczupłą dłoń. — Albert Jackson. Już kiedyś przyszło mi się przed panem przedstawiać, ale zważając na okoliczności...
— Wobec czego nie widzę potrzeby, dla której miałby pan to czynić ponownie — przerwał mężczyźnie stanowczo Harry, nie przyjmując podanej dłoni. — Moje decyzje pozostają niezmienne. Przykro mi, panie Jackson. Jeśli naprawdę przejawia pan odpowiednie kwalifikacje aurorskie, z pewnością rozumie pan, z czego wynika taka, a nie inna decyzja odnośnie do nierekrutowania nowych członków do Biura Aurorów.
— Tak, cóż — zmieszał się mężczyzna, opuszczając dłoń i kuląc nerwowo ramiona; Harry'emu zrobiło się go nawet żal, ale zdania nie zmienił. — Tylko widzi pan, moje ambicje...
— To było moje ostatnie słowo — uciął gładko Harry i skłonił elegancko głowę przed ewidentnie zmieszanym człowiekiem. — Żegnam pana, panie Jackson. — Odwrócił się (rąbek jego szaty starł mgiełkę kurzu wzbierającą na schodach) i pospieszył w kierunku biblioteki, nie odwracając się za siebie, ufając własnej intuicji, która jeszcze nigdy nie okazała się zawodna, podszeptującej mu frazesy o zakamuflowanych szpiegach i oczach obserwujących wszystko spośród nagich ścian.
