.
Rozdział 36
Stare wróble, które stracha się nie boją
.
Rzędy regałów, na których uginające się od ciężaru starych woluminów o pożółkłych kartach półki wyglądały jak zwiastuny niedalekiego zużycia materiału i zapadnięcia się pod masą grubych ksiąg, otaczały Dracona jak niemi strażnicy. Siedział przy przetransmutowanym ze zużytego kałamarza, koślawym, rozdygotanym stoliku na dosuniętym do niego niewygodnym krześle, który dotargał sobie spod wejścia do Działu Ksiąg Zakazanych.
Przed sobą, na cienkim blacie, który - dzięki Merlinowi - nie skrzypiał przy każdej jego zmianie pozycji, rozłożył niepozornie wyglądającą książkę o formacie A4, na której stronach mocno wyblakłe litery wiły się jak zaplątane wokół siebie węże, zupełnie ignorując symetrię i przyjęte standardy.
Wolumin nie był długi i traktował o Nekromancji. Draco przeciągał palcami po niepospolicie ostrych krawędziach pergaminów, przeglądając kolejne strony, zapełnione schematami i czarno-białymi grafikami. Co kilka stron przewijały się wydzielone ramki, w których runiczne strofy układały się w coś przypominającego formułę zaklęcia z jakiegoś czarnomagicznego rytuału.
Praktyki magiczne — głosiły pochyłe litery biegnące ciasnym drukiem u góry jednej ze stron — opierające się na silnych intencjach osoby odprawiającej starożytne rytuały muszą być tak potężne, jak moc niepozwalająca sięgnąć gołym okiem za kurtynę śmierci.
Draco przekartkował w skupieniu kilka kolejnych stron, ostatnią dozą zdrowego rozsądku powstrzymując się przed wodzeniem opuszkami palców po przetartych zapiskach uroków i inkantacji klątw nadrukowanych przy kruszejących marginesach.
Nekromancja wymaga przebłagania duszy, która wybrała drogę w dal przystani kryjącej się za śmiercią — mówiły inne słowa; Draco nieświadomie przygryzał dolną wargę i z mocno bijącym sercem śledził wzrokiem czarno-białe fotografie od dawna nieistniejących cmentarzy, na których przeprowadzono próbę wskrzeszenia umarłego.
Dobrowolna ofiara pozwala na rozciągnięcie się granicy śmierć-życie i wypuszczenie jednej z dusz na powrót do ludzkiego świata. Ofiara ta żąda jednak najwyższej ceny: poświęcenia życia - dochodzi do jedynej, możliwej transakcji, która łączy ze sobą oba światy: uczciwej wymiany, dusza za duszę.
Powietrze kotłowało się w jego płucach jak papierosowy dym, mąciło jego zmysły, tłumiąc zdolność jasnego, klarownego kalkulowania. Próbował przyswoić sobie znaczenie przeczytanych słów. Po raz kolejny przerzucił kartki, oblizując nieświadomie dolną wargę.
Krew nie zawsze się sprawdza, ale jest najsilniejszym elementem eliksiru, jaki mógłby powstać w celu złapania kontaktu z wiecznym światem. Jeśli krew osoby zmarłej i czarodzieja wzywającego do siebie tę osobę jest taka sama, tym większa szansa na uzyskanie połączenia z zaświatami i utrzymania go w stałych ryzach. Krew z krwi może osiągnąć potężną moc w dłoniach tego, który umiejętnie potrafi ją wykorzystać.
— Co ty wyprawiasz, Draco? — Wątły szept, który rozległ się nad jego głową, sprawił, że panika rozlała się w jego umyśle jak wino; Draco podskoczył na krześle, którego nogi zaszurały głośno o posadzkę i uderzyły z łoskotem w kant jednego z regałów. Jakaś gruba, masywna książka, stojąca na krawędzi półki zachwiała się i z łomotem przyprawiającym o ból głowy spadła na ziemię, wysuwając się przez pustą, wyłupaną szczelinę w miejscu, w której kończył się regał. Okładki szurnęły z koszmarnym, drażliwym szmerem o spróchniałe drewno, kiedy księga wysuwała się z półki; Draco mechanicznie przyłożył dłonie do uszu, krzywiąc się jak na armatnią salwę ku czci wielkiego wydarzenia.
Szare oczy podążyły do góry, ku twarzy stojącej przy nim osoby i na moment zapłonęły zaskoczeniem, kiedy spotkały się z zielonookim wzrokiem, migoczącym zza okrągłych, dużych szkieł.
— Nie powinieneś szukać kontaktu ze zmarłymi, ponieważ nie należą oni już do świata, który jest ci znany — powiedział Harry tym swoim spokojnym głosem osoby, którą niewiele w życiu może jeszcze zaskoczyć, schylając się po wielką księgę, która wypadła z półki, której strony gniotły się pod rozłożonymi, ciężkimi, przygniatającymi je okładkami. Kiedy jego palce zetknęły się z jej grzbietem, czysta jak łza, czarna jak mocna kawa magia, zdająca się mieć swoje źródło w miejscu styku przetartego materiału księgi z opuszkami palców Harry'ego, sprawiła, że powietrze wokół nich zgęstniało. Draco zadrżał mimowolnie, czując, jak głęboka, intensywna moc kusi, wciąga, przeplata się z jego umysłem, zachęcając go, aby wyciągnął rękę po tę fascynującą księgę, którą trzymał Harry, żądała jej dotknięcia, zabrania jej z dłoni Harry'ego i przyciśnięcia do piersi, zapoznania się z jej treścią, z jej mową, z jej mocą... Dłonie Harry'ego drgnęły i zatrzasnęły tom z głuchym uderzeniem pergaminu o pergamin, wciskając go na przepełnioną półkę między jakieś dwie pozycje w kolorowych, miękkich okładkach. Draco zamrugał i ocknął się z tego dziwnego stanu zauroczenia jak wyrwany z transu. Zielone oczy Harry'ego przyglądały się uważnie jego twarzy zza mocno zmarszczonych brwi - Draco odniósł wrażenie, jakby ten przeglądał właśnie jego emocje jak ilustracje ze stron gazet.
— Draco... — westchnął Harry, rozglądając się wokół za jakimś miejscem do siedzenia, a gdy takowego nie odnalazł, zwyczajnie przykucnął przed krzesłem drugiego czarodzieja, zupełnie, jakby magia nie istniała. Szarooki czarodziej przygryzł wnętrze policzka, czując się podle i nie na miejscu, myśląc, że ostatnim razem będąc w jego obecności, zachowywał się jak rozkapryszone, niewychowane dziecko. Racjonalna część jego umysłu podszeptywała mu nieustannie, że nic, co się stało, nie było winą Harry'ego - nie tak naprawdę. — Chciałem cię przeprosić — powiedział zielonooki, całkowicie wyprowadzając tym Dracona, który bardziej spodziewałby się oskarżenia, niż przeprosin, z pantałyku. Zielone oczy Harry'ego spojrzały prosto w jego własne (to zaskakujące, jak szczerość potrafiła przykleić się do ludzkich źrenic - Draco zastanawiał się, kiedy ostatnim razem widział tak naturalne emocje u drugiego człowieka). — Za to moje milczenie. Za to kłamstwo, którym było moje niedomówienie. Chciałbym, abyś wiedział, że nigdy nie zamierzałem cię zranić. Jeśli moja zwłoka z przekazaniem ci wieści o... — Harry zawahał się krótko, ale zaraz kontynuował, biorąc głęboki, silny wdech — o śmierci twojej matki cię zabolała, wiedz, że nie chodziło mi o to, aby jeszcze bardziej obciążyć cię... — zamilkł na moment, zdając się szukać odpowiedniego słowa; zielone oczy przeskoczyły kilka razy między oczami Dracona, jakby szukały w nich jakiejś podpowiedzi — ...stratą — uzupełnił ostatecznie, choć Draco wątpił, że właśnie to słowo kołatało się w umyśle zielonookiego.
Draco zaciągnął się głęboko powietrzem i wreszcie odnalazł język we własnych ustach.
— Nie bądź głupi — wymamrotał, czując lekkie upokorzenie i będąc za to zły na samego siebie. Harry odwrócił oczy ku najbliższemu regałowi, jakby spodziewał się, że Draco go skrytykuje, że ponownie rzuci w niego oskarżeniem - szarooki czarodziej wiedział, że Harry pozwoliłby mu przygnieść się słowami niesłusznego zarzutu, że pozwoliłby, aby wina spadła na jego barki i nie odezwałby się choćby słowem, aby jej zaprzeczyć. Świadomość tego faktu sprawiła, że serce Dracona skurczyło się boleśnie w jego piersi - jak ramiona pod gorącym, słusznym zarzutem. Draco pochylił się, opierając łokcie na kolanach, aby pochwycić pogodzone z sytuacją, spokojne jak ocean spojrzenie Harry'ego. — Nie bądź głupi — powtórzył — to ja powinienem przepraszać ciebie.
Zaskoczenie zatliło się w szmaragdowych oczach jak odradzająca się gwiazda i Draco zaczął się zastanawiać, czego tak właściwie Harry się po nim spodziewał - że zacznie krzyczeć, że tupnie nogą, że go uderzy? Draco pomyślał ze wstrętem o swoim wcześniejszym zachowaniu w trakcie tego nieszczęsnego zebrania i ledwo powstrzymał kwaśne skrzywienie, nie chcąc, aby drugi czarodziej źle je zinterpretował.
Cóż... tak, Harry mógł oczekiwać czegoś właśnie w tym rodzaju — pomyślał ponuro szarooki czarodziej.
— Z pewnością nie powinienem podnieść na ciebie ręki — przyznał się Draco, mocno zażenowany własnym, wcześniejszym zachowaniem. — Wybaczysz mi to? — Jego głos brzmiał słabo, bez względu na to, jak bardzo starał się nad nim panować.
Harry patrzył na niego długo - na jego zmarszczki, na ciężkie powieki, w jego oczy krzyczące zmęczeniem - zanim jego wargi nie drgnęły, układając się w szczerym, lekkim jak łabędzie pióro uśmiechu; jego oczy rozbłysły na krótki moment jaskrawą radością.
— Zastanowię się — odezwał się głosem silącym się na powagę; pomiędzy jego słowami przebrzmiewały zalążki śmiechu; Harry rzucił pełne politowania spojrzenie w stronę otwartej książki spoczywającej na rozchwianym stołku — jeśli mi obiecasz, że nie będziesz praktykował Nekromancji. Chociaż nie, cofnij. Jeśli mi obiecasz, że nie będziesz nawet patrzył w ogólnym kierunku podręczników traktujących o tej dziedzinie Czarnej Magii. Obiecasz mi to, Draco?
Szarooki czarodziej uśmiechnął się blado i przez długi jak kilka uderzeń serca moment, jedynie przyglądał się twarzy tego młodego, odważnego człowieka, któremu udało się zjednoczyć wiecznie podzielonych czarodziejów do tego stopnia, że podążyli oni ramię w ramię na bój przeciw wspólnemu wrogowi; wyciągnął powoli dłonie, oplatając nimi chude palce Harry'ego.
— Obiecam ci to i o wiele więcej, jeśli tylko zdecydujesz się poprosić — powiedział cicho, spoglądając wprost w te silne, odważne oczy, które pobłyskiwały jak kamienie szlachetne zza grubych szkieł okularów.
Harry skinął głową, jakby w podzięce, i wstał, uwalniając swoją dłoń z uścisku palców Dracona. Sięgnął po rozłożoną na stole książkę - Draco rzucił jej jeszcze jedno, nieco tęskne spojrzenie.
— Dobrze — powiedział Harry — a teraz odwróć się i nie podglądaj.
Draco uniósł brwi, rzucając Harry'emu pytające spojrzenie.
— Grzecznie proszę, Draco — uśmiechnął się lekko Harry, gdy minęła jedna chwila, a potem dwie kolejne, a szarooki czarodziej wciąż nie zastosował się do tej niespodziewanej komendy.
Draco wzruszył ramionami, przewidując, co Harry zamierza uzyskać, i niespiesznie, niemal ostentacyjnie odwrócił się plecami do zielonookiego maga.
— Niech ci będzie — odparł w stronę rozpościerającego się przed nim, pustego korytarza, słysząc miękkie, oddalające się kroki, ciche szuranie podeszwy o posadzkę, uderzanie sznurowadeł o powierzchnię butów. — Wiesz, słyszę cię — rzucił ironicznie, ale w jego głosie brakowało pretensji.
Szelest kroków zanikł jak rozwiewająca się po poranku mgła; Draco wytężał słuch, ale nie usłyszał już niczego więcej - Harry musiał rzucić jakieś zaklęcie na swoje stopy, jakiś urok neutralizujący dźwięk - Draco był tego pewien.
Cisza zalała bibliotekę jak tsunami - Draco słyszał pośród niej własne, głębokie oddechy i szmer wskazówek zegara dochodzący gdzieś z oddali. Minęła jedna chwila, a zaraz za nią dwie kolejne, a Draco wciąż nie słyszał dowodów na czyjąkolwiek obecność w obrębie tej wielkiej, starej biblioteki, w której przechowywane były dusze książek i ich autorów.
— Sądzisz, że jesteś w stanie ukryć cokolwiek tak, abym prędzej, czy później tego nie odnalazł? — postanowił podrażnić się z przekąsem Draco, wykrzywiając usta w szyderczym wyrazie, kiedy cisza zdawała wydłużać się w nieskończoność.
— Nie tylko ty.
Draco drgnął, gdy słowa Harry'ego rozbrzmiały tuż za jego plecami - jakby były jego cieniem, jego prześladowcami.
— Już nikt, nigdy jej nie odnajdzie.
Kiedy Draco odwrócił się w stronę tego cichego, pobrzmiewającego nutą zdrowego rozbawienia głosu, z kątów szkolnej biblioteki mrugała do niego już tylko pustka ciasnych korytarzy i wirujący w powietrzu kurz.
-VVV-
Podłoże było miałkie od deszczu, wilgotna ziemia miała błotnistą, na wpół ciekłą konsystencję, trochę jak gleba mająca bezpośredni kontakt z porywistą rzeką, drążącą w niej jak w modelinie. Nóżka jej cienkiej laski zanurzała się w podłożu jak nóż w miałkim maśle i Amelia, kołysząc się jak jakiś gruby, przeżarty kocur, nieustannie balansowała na granicy upadku. Chłodny, porywisty wiatr uderzał ją w twarz, za nic mając jej nieustanne próby utrzymania równowagi.
Amelia postawiła kolejny krok przez błonia, moszcząc koniec laski w jakiejś wyrwie pomiędzy dwoma kamieniami, po raz kolejny przeklinając swoją głupią upartość i święte przekonanie, że potrafi bezproblematycznie, nawet w taką pogodę, jak ta, przejść się do jeziora i z powrotem, czym miała udowodnić - w zamiarze przed Pansy, ale głównie przed samą sobą - że jest w stanie to zrobić bez wyglądania, jakby odstawiała nadludzkie akrobacje.
Kiedy próbowała postawić kolejny krok, okazało się, że laska zaklinowała się między kamieniami, udaremniając Amelii możliwość przeniesienia ciężaru na zranioną nogę. Kobieta rzuciła przekleństwem tak siarczystym, że nie powstydziłby się go najpewniej sam Mat Steward i poczuła, jak jej ciało chyli się niebezpiecznie ku upadkowi.
Usłyszała chlupot butów, zanim jeszcze go zobaczyła. Wyprostowany, wysportowany i trzymający się na śliskim gruncie ze śmiałością i sprawnością, do jakiej Amelii brakowało całych lat świetlnych. Wyszczerzył do niej zęby, gdy tylko spostrzegł, że na niego patrzy i przyspieszył kroku, ani na moment nie poślizgnąwszy się na pokładach błota rozpościerających się pod ich stopami jak na jakimś terenie zalewowym albo bagnie — bagnie, na którym ja jestem niezdarną ropuchą — pomyślała kwaśno Amelia, mrużąc oczy — a on polującym bocianem.
Podszedł do niej i nic nie mówiąc, objął ją jednym ramieniem, drugą ręką sięgając do kieszeni szaty po różdżkę. Rozbłysło czerwone światło i jeden z kamieni rozkruszył się w drobny pył, pozwalając Amelii wydobyć zaklinowaną laskę z tej szczelnej pułapki, w którą wpadła.
Amelia, dość niepewnie, podniosła wzrok na Andersona, który uniósł brwi, chowając różdżkę do kieszeni szaty.
— Tak, wiem, nie potrzebujesz pomocy — powiedział bez przekąsu - ot tak, jakby stwierdzał fakt, jednocześnie pozwalając Amelii umościć na jego ramieniu ciężar swojego ciała.
Amelia nic nie powiedziała, wpatrując się w jego lekko zaczerwieniony od zimna czubek nosa i rozwiewane wiatrem włosy.
Anderson, ujmując ją pod ramię, pomógł jej dojść do zamku; Amelia, wchodząc na twardą, stabilną posadzkę, pomyślała, że dobrze jest mieć znów pod podeszwami stały grunt. Ostrożnie odsunęła się od Andersona, opierając się ciężko na lasce.
— Cóż, dziękuję, ja... — mruknęła Amelia, wygładzając rozwianą pelerynę, krzywiąc się kwaśno na szarobrunatne błoto klejące się do jej rąbka, jakby wsiąknęło w materiał.
— Pozwolisz się zaprosić na drinka? — odezwał się Anderson - zbyt szybko, zbyt pospiesznie, jakby słowa, które wypadały przez jego usta, go przerażały.
Amelia przestała wpatrywać się we własną pelerynę i przeniosła wzrok na mężczyznę. Po części jej myśli wciąż dryfowały przy ubłoconej pelerynie, jakby jej umysł nie do końca przetworzył słowa wypowiedziane przez Andersona.
Niewielki ucisk gdzieś wewnątrz jej piersi przypominał trochę skrobanie rozleniwionego lwa pazurami o chropowate podłoże. Oczy Andersona migotały, jak nigdy przedtem.
— Wally, ja... — zaczęła nieskładnie Amelia, marszcząc brwi i spuszczając wzrok ku ziemi, szukając słów, którymi byłaby w stanie przeprosić. — Jesteś... — uniosła oczy na jego twarz i szybko tego pożałowała, kiedy intensywne, oczekujące na jej decyzję spojrzenie osiadło na jej rzęsach jak płatki śniegu — bardzo miłym facetem, ale...
Coś w tych ciepłych, dużych oczach zgasło i Amelia musiała przygryźć wnętrze dolnej wargi, aby nie wylał się przez nie potok nic nieznaczących pocieszeń.
— Rozumiem — powiedział nieco cichszym głosem ten wiecznie uśmiechnięty czarodziej i pokiwał powoli głową; z każdym jego skinięciem, Amelia miała wrażenie, że coś ciężkiego osiada na dnie jej smukłego gardła.
Tchnięta jakimś dziwnym uczuciem, wyciągnęła rękę i chwyciła mocno jego ramię. Spojrzał na nią jak kot mający nadzieję, że jego właściciel podaruje mu chwilę uwagi.
— Jesteśmy dobrymi przyjaciółmi — powiedziała tak szybko, że omal nie potknęła się o własne słowa. — I będziemy nimi nadal. Prawda? — zapytała, posyłając mu nieznacznie drżący uśmiech.
Anderson odetchnął nieco chwiejnie i pokręcił głową, jakby sam na siebie był o to zły.
— Oczywiście, Amelio — odpowiedział, ale nie oddał jej wymuszonego uśmiechu. Przechylił głowę, przyglądając się jej tymi zgasłymi jak zdmuchnięta świeca oczami. — Wiesz, kiedy mówisz, niektóre głoski, niektóre litery wypowiadasz bardzo miękko. Wiedziałaś o tym? Jak ‚d' na przykład. Masz bardzo miękkie ‚d'.
— Wally...
— To tylko taka... — mruknął Anderson, wzruszając ramionami, aż Amelii zrobiło się słabo w kolanach — taka uwaga, nic więcej. — Anderson zaczął wyłamywać sobie palce jak zestresowany uczniak; Amelia, widząc to, przez moment miała ochotę wziąć go za rękę, przytrzymać jego dłoń, ucałować opuszki palców. — Tak czy inaczej, widzisz... muszę już iść. Obiecałem Pansy, że odwiedzę Teda Greena w ambulatorium, więc...
— Pójdę z tobą — zaoferowała Amelia, mając wrażenie, że jej serce mięknie jak kawałek roztopionej czekolady, kiedy oczy Andersona uniosły się na jej twarz, a rozczarowanie powoli zaczęło przepoczwarzać się w zalążki nikłej nadziei. — Jeśli nie masz nic przeciwko, oczywiście. I tak w obecnym stanie nie szczycę się nadmiarem obowiązków, wiesz?
Anderson kiwnął głową i - wahając się jak uczniak - wyciągnął w jej stronę ramię. Amelia zebrała się na odwagę i chwyciła ofiarowaną rękę, pozwalając poprowadzić się przez korytarz, czując na sobie oczy mijanych, starych portretów - stałych, zamkowych bywalców, od lat śledzących życie przewijających się przez zamek ludzi. Wbrew temu, co myślała, mając oparcie w Andersonie, nie poczuła się tak niezdarna, jak przez większość czasu, kiedy poruszała się po tych długich, zawiłych korytarzach o własnych siłach.
Amelia mocniej zacisnęła rękę na solidnym oparciu męskiego ramienia i pozwoliła sobie na wydłużenie kroku.
-VVV-
Usłyszał zbliżające się kroki, nie przewidując, że zatrzymają się one u jego boku. Lekkie buty - może trampki - wystukiwały synchroniczny rytm na pełnej zarysowań posadce.
— Panie Potter — usłyszał za sobą męski głos, który sprawił, że jego ramiona napięły się jak naprężona sprężyna mugolskiej maszynerii. Odprężenie, jakie poczuł, przechadzając się po tych starych, znajomych murach, wypłynęło z jego ciała jak powietrze z przebitego balona, rozwiewając się po okolicy jak sypki piach. — Pan wybaczy, że przeszkadzam...
Harry, z duszą na ramieniu, odwrócił się w stronę stojącego koło niego mężczyzny, którego pociągła, wyniszczona twarz i pełne głupiej nadziei oczy utkwiły w jego twarzy jak w obrazie van Eycka.
— Powiedziano mi — powiedział Edward Granger, spoglądając mu prosto w oczy — że to pan jest tutaj, hmm, liderem.
— Pan... — Harry zlustrował mężczyznę wzrokiem, dostrzegając w nim tysiące cech zbyt znajomych jego oczom, by nie oszaleć, patrząc na niego dłużej; mimo wszystko zacisnął dłonie w pięści i zganił się ostro za własną słabość, zmuszając się do wzięcia się w garść — Wilkins.
— Zwany także Numerem Piętnastym, kłaniam się nisko — potwierdził ojciec Hermiony, uśmiechając się smutno, ale z jakąś pokręconą nadzieją klejącą się do kącików warg. Harry odetchnął głębiej, skrycie oczekując, że koszmarne zawroty, które wzburzyły jego żołądek, niebawem odejdą.
Cienie pod oczami pana Grangera wciąż były głębokie jak górskie kotliny, ale do jego oczu powoli wracała iskra sił. Harry, czując klejący się do jego serca ciężar, stwierdził, że nie czuje się jeszcze na siłach, aby porozmawiać na spokojnie z tym człowiekiem, nie widząc w nim przy tym odbicia swojej starej, wiernej przyjaciółki w każdym chaotycznym, niekontrolowanym geście, w każdym nerwowym tiku na twarzy.
— Chciałem porozmawiać o mojej córce — rzekł łagodnym tonem, lecz z tak konserwatywną powagą, że Harry, słysząc to, poczuł, jak żółć podchodzi mu pod gardło. — O ile to... — urwał, a Harry przymknął oczy, jakby raziło go zbyt mocne słońce. — Dobrze się pan czuje? Zbladł pan.
Harry ledwo powstrzymał się od gorzkiego śmiechu, który utkwił mu w gardle jak połknięta wykałaczka. Troska w głosie pana Grangera zabrzmiała tak szczerze, że Harry jak nic zapragnął od niego uciec.
— Powikłania po bitwie — oznajmił słabo, przecierając dłonią oczy i nakazując sobie wziąć się w garść.
— Och, rozumiem — odparł z powagą pan Granger, kiwając głową, jakby coś sobie właśnie uzmysłowił. — Co naruszyła kula?
Harry skrzywił się kwaśno, chowając się za rozciągniętą na twarzy dłonią.
— Mentalność — mruknął pod nosem, kręcąc głową; odetchnął głęboko i spojrzał poprzez palce w zatroskaną, lekko zaniepokojoną twarz pana Grangera.
— Może wezwać pielęgniarkę? — zasugerował, gestem głowy wskazując korytarz biegnący w kierunku Skrzydła Szpitalnego.
Harry opuścił dłoń, a wraz z nią oczy - skupiając się na sznurowadłach zawiązanych na kokardę jakichś sportowych, mocno wysłużonych butów pana Grangera.
— Proszę się nie przejmować moją kondycją, panie Wilkins, w obecnej chwili o stokroć ważniejsza jest pańska — zauważył Harry i widząc, że ojciec Hermiony ponownie otwiera usta, postanowił czym prędzej zmienić temat. — Więc, co chciał pan omówić?
Pan Granger wyprostował się jak przed wojskowym wyższego stopnia.
— Panie Potter, być może nie ma pan takiej informacji, ale ja i moja żona mamy córkę — odezwał się mężczyzna, nie wiedząc, że jego słowa sprawiają, że Harry'emu trudniej będzie łapać powietrze.
Harry skinął głową, mając nadzieję, że pan Granger będzie kontynuował - przez ten jeden moment nie ufał ani na jotę własnemu głosowi.
— Nazywa się Demetria. Demetria Wilkins — kontynuował pan Granger ku nieznacznej uldze Harry'ego. Ojciec Hermiony zagryzł wargę i pochwycił spojrzenie zielonych, migoczących jak latarnia morska oczu. — Słyszał pan o mojej córce, słyszał pan o Demetrii?
Harry upomniał się o ostrożność, przegryzając przy tym wnętrze policzka aż do krwi.
— Tak, cóż, obiło mi się coś o uszy — odrzekł po chwili, rad, że jego głos nie zaczął się chybotać jak cyrkowiec na linie nad estradą. Splótł ręce za plecami, aby pan Granger nie dostrzegł, jak bardzo drżą jego palce, po czym zrezygnował z ambitnych prób patrzenia mu w oczy.
— Z pewnych źródeł wiem, że moja córka jest u rodziny zastępczej. W Baton Rouge — powiedział, ściszając głos, który brzmiał, jakby dochodził z ust osłabionego przewlekłą chorobą człowieka. — W Luizjanie.
Harry zmarszczył brwi, starając się skupić na dostarczonej wiadomości.
— Skąd taka informacja, o ile wolno mi spytać? — Jego głos zabrzmiał sucho, ale może to i lepiej - może utrzyma to tego człowieka, przy którym serce Harry'ego truchlało jak zbite szczenię, na dystans.
Pan Granger przestąpił nerwowo z nogi na nogę - jak uczniak pod odpytką profesora.
— Widzi pan, kiedy zabierali nas z naszego domu, usłyszałem rozmowę dwóch stróży prawa, którzy o tym... dyskutowali.
Harry uniósł brwi.
— Podsłuchiwał pan? — zapytał bez oskarżenia, może nawet z ziarnem podziwu, choć - nie wiedzieć czemu - pan Granger spąsowiał na te słowa jak dojrzały pomidor.
Harry zdusił w zarodku swoją chęć zerknięcia mu w oczy.
— Po prostu... usłyszałem — powiedział z niejakim zawstydzeniem pan Granger, na co Harry westchnął ciężko, przeklinając się za to, że w ogóle zadał tego typu pytanie.
— Ja pana, broń Morgano, nie oskarżam — zapewnił Harry, stwierdzając, że jego dłonie nie trzęsą się już aż tak bardzo i mógłby zaryzykować wyciągnięcie ich zza pleców. — Wręcz przeciwnie, na dobrą sprawę, gratuluję zachowania zimnego umysłu. Czy wspomniani wojskowi nadmieniali coś o dokładnym adresie?
Pan Granger zaciągnął się chwiejnie powietrzem.
— N-niestety nie. — Jego głos lekko się złamał na pierwszym słowie; Harry musiał zagryźć zęby, aby utrzymać na twarzy wyraz profesjonalnego opanowania. Podejrzewał, że jego maska jest tak słaba, że może pęknąć przy każdym, nieroztropnym szturchnięciu jej nieodpowiednim słowem. — Czy wobec tego n-nie uda się panu zlokalizować mojej... mojej...?
Harry usłyszał, jak pan Granger przełyka ślinę, a jego głos robi się ciężki od próby udźwignięcia wszystkiego, co cały ten czas tłamsił głęboko w sobie. Zielonooki musiał się odwrócić ku szybie, kiedy jego powieki zaciążyły mu jak kamienie i opadły na oczy jak czarna kurtyna. Powoli zaciągnął się powietrzem, czując, jak wypełnia ono stopniowo jego ciało, wzbiera w piersi, uderza do głowy.
— Proszę nie wyciągać pochopnych wniosków. — Był niezmiernie dumny, że ton jego głosu nie zmienił się nawet o oktawę, chociaż w jego uszach zaczęło dzwonić jak na mszę.
— Oczy-oczywiście — zająkał się słabym, nieznacznie roztrzęsionym głosem pan Granger; serce Harry'ego migotało jak drżąca na wietrze trawa. — Zapewne jest pan... jest pan doświadczony w wielu dziedzinach, o jakich nie mam pojęcia. Nie wątpię, że potrafi pan namierzyć moją... m-moją...
Harry poczuł, jak gorycz rozlewa się po jego twarzy z brutalnością wrzącego eliksiru, kształtując ją jak rzeźbę, bawiąc się jej rysami, jakby jego skóra była modeliną. Czuł, jak bardzo drżą jego usta i obawiał się, że jeżeli za moment nie przestaną, będzie to doskonale słyszalne w jego głosie.
— Harry ma obecnie na głowie całą wojnę z ludźmi niemagicznego pochodzenia, panie Wilkins — rozległ się kobiecy głos, biegnący wzdłuż korytarza jak kop substancji energetycznej. — Nie może on panu obiecać, że pańskie troski okażą się istotniejsze od jego własnych. Zapewniam pana, że z pewnością rozpatrzy pańską prośbę. Dziękujemy za informację.
Coś ciężkiego osiadło na jego duszy jak głaz stoczony z klifu, zatrzymujący się u jego podnóża.
Harry - bardziej poczuł, niż zobaczył - że pan Granger zawahał się, jakby zamierzał powiedzieć coś więcej. Zielonooki tylko czekał na słowa cienkie jak ostrze szpady, ostre jak szpikulec, które rozbroją go niczym winowajcę. Pan Granger nie powiedział żadnej z tych rzeczy, które - Harry wiedział o tym najlepiej - potrafiłby zadać najdotkliwsze rany; zamiast tego odsunął się - dwa kroki, trzy - i odezwał się niepewnie:
— Tak, ja... dziękuję za rozmowę. — Jego głos wciąż był kruchy jak zamek z piasku w obliczu silnego, nadmorskiego wiatru. Harry skinął głową okiennej szybie, przełykając gulę rosnącą mu w gardle. — Więc... pójdę już.
Harry, wyraźnie czuł, że pan Granger wciąż za nim stoi, jakby niepewny, co powinien ze sobą uczynić. Kątem oka zobaczył, jak Katrina zbliża się do niego na sprężystych nogach - a wraz z uderzeniami jej kroków, pan Granger - trochę płochliwie - zaczął wycofywać się w głąb korytarza, jakby Katrina była okazem niebezpiecznego drapieżnika, który w każdej chwili może zaatakować, albo duchem - duszą, która porwie go w same czeluści piekielnych kręgów.
Kiedy pan Granger zaczął się oddalać, Harry miał wrażenie, że ogromny ciężar usuwa się z jego serca i stacza na kamienną posadzkę, do jego stóp. Przełknął ciężko ślinę; gorzkie łzy zamajaczyły w kącikach jego oczu.
Harry poczuł, jak mniejsze ciało przylega do jego pleców jak stabilne oparcie. Chude ramiona owinęły się ciasno wokół jego talii, drobne palce zatonęły w fałdach jego szaty.
— Możesz się wypłakać — wyszeptała mu do ucha Katrina — jeśli tego właśnie potrzebujesz.
Z gardła Harry'ego, bez udziału woli, wyrwał się tłumiony szloch; odwrócił się do Katriny i zatopił twarz w jej kasztanowych włosach, chowając pomiędzy lekkimi, sprężystymi lokami własne łzy. Jej brzoskwiniowa skóra była tak gładka pod jego palcami - jak jedwab, jak porcelana - a Harry nie mógł nic poradzić na to, że jego dłonie zaczęły błądzić po niej jak po labiryncie, jakby czegoś tam szukały, jakby poznawały - bardziej, uważniej.
— To była moja wina — odezwał się drżącym, nienaturalnym głosem Harry, wciskając nos w zagłębienie jej szyi. — Moja wina.
— Mówiłam ci już, że... — zaczęła kojącym, uspokajającym głosem Katrina, przeczesując dłońmi jego włosy - opuszki jej palców pozostawiały sieć dreszczy na skórze jego głowy.
— Złapałem za ten pierdolony płaszcz. — Głos, który wyciekał z jego ust, ledwie mógł utożsamiać ze swoim własnym - był zbyt ochrypnięty, nienaturalnie rozdygotany. — Za pierdolony płaszcz! Milimetry dalej i uchwyciłbym jej ramię. Jej ramię. Coś stabilnego, trwałego. Wyciągnąłbym rękę milimetry dalej, a ona wciąż by żyła.
— Nie wiesz tego — zaprzeczyła wyjątkowo stanowczo Katrina, zaciskając palce na jego włosach. — Być może zastrzelili ją tuż przed deportacją, być może dlatego nie uciekła sama. Być może, nawet gdybyś ją złapał, nie trafiłaby tutaj cała i zdrowa.
Harry drżał w ramionach Katriny tak bardzo, że sam się sobie dziwił, że kolana wciąż utrzymują ciężar jego ciała.
— Przeżyliśmy razem... całą wyprawę w poszukiwaniu horkruksów — wyrzucił z siebie Harry, czując, jak jego oddech niebezpiecznie przyspiesza. — Nie zabiły jej horkruksy Voldemorta, horkruksy Voldemorta, a jakaś... jakaś... — Harry otarł policzek pełen łez o chude, kobiece ramię — jakaś mugolska maszyna — wypluł te słowa, jakby były trucizną.
— Nie myśl już o tym — powiedziała kojącym, cichym głosem Katrina; jej palce były tak bardzo delikatne, kiedy muskały skórę jego głowy.
Harry zatrząsł się z tłumionej złości, żalu, irytacji, ze wszystkiego naraz.
— Jak mam... o tym. Jak mam... — zająknął się jak jakiś niedorostek i przygryzł boleśnie własny język, żeby zatrzymać słowa.
— Nauczysz się z tym żyć. — Wypowiedziane chłodnym, zrównoważonym głosem zdanie, sprawiło, że Harry zadrżał jeszcze mocniej i uniósł głowę na stojącego w kamuflażu cieni na końcu korytarza mężczyznę. Jego czarne oczy - przebijające się przez ciemności jak mugolskie wiertła - były puste jak studnie. Harry zacisnął zęby, nie starając się nawet obetrzeć łez klejących się do jego twarzy, trzymających się jego rzęs - musiał przedstawiać sobą obraz nędzy i rozpaczy, ale chwilowo nic go to nie obchodziło.
Katrina się nie odsunęła - wręcz przeciwnie - przylgnęła do jego ciała jeszcze mocniej, zupełnie, jakby stawiała komuś wyzwanie.
— Jak... — wydusił Harry i choć w zamyśle miał przygotowane składne, logiczne zdanie, słowa zagubiły się gdzieś pomiędzy jego umysłem a językiem. Skrzywił się okrutnie, wiedząc, że jego twarz przybiera tym samym abstrakcyjny, nienaturalny grymas, którego wolałby raczej nigdy nie ujrzeć w lustrze.
Ciche, miękkie kroki były zagłuszone ciężkim, rozchwianym oddechem Harry'ego. Katrina warknęła gardłowo i ciaśniej zapętliła wokół niego swoje ramiona, jakby chciała go tym obronić, powstrzymać zamiary własnego ojca, spłoszyć go i odciągnąć z dala od nich - Harry czuł jej palce, silne, stanowcze, czuł jej opuszki wciskane w jego skórę jak w modelinę - jakby był wieżą wzniesioną z kart, która runie w momencie, w którym ta młoda kobieta go puści.
— Nie potrzebujemy cię — powiedziała Katrina niczym kapłanka zimy i nigdy wcześniej ani potem Harry nie słyszał w jej głosie takiego chłodu.
Snape drgnął i przystanął naprzeciw swej córki, jakby jej słowa były naostrzonym skalpelem wpijanym wprost w jego skronie, ale maska beznamiętności okrywająca jego twarz jak czarna woalka nie usunęła się ze swego stanowiska.
— Oczywiście, że mnie potrzebujecie, Katrino — odrzekł spokojnie Snape, spoglądając głęboko w te oczy - tak samo ciemne i nieprzeniknione jak jego własne. — Oboje — dodał, przenosząc wzrok na pokrytą kurtyną łez twarz Harry'ego, nad której mimiką, jakkolwiek by się nie starał, młody czarodziej nie był w stanie zapanować.
Harry nie był pewien, jak to się stało - wiedział jedynie, że w jednej chwili Snape wyciągał protekcjonalnie rękę do jego twarzy, a w następnej Katrina stała już pomiędzy nimi jak pomnik, jak rzeźba, nieruchoma i czujna, zasłaniająca Harry'ego swoim własnym ciałem.
Snape zastygł w bezruchu jak oszołomiony zaklęciem, spoglądając z góry na swoją latorośl, nie opuszczając wyciągniętej w stronę Harry'ego dłoni.
— Nie waż... się... go tknąć — powiedziała śmiertelnie poważnym głosem Katrina, cedząc słowa w podobny sposób, w jaki zawsze czynił to Snape, brzmiąc - jak na ucho Harry'ego - zgoła abstrakcyjnie.
Chmura gradowa - w to właśnie przeobraził się czarnooki czarodziej, po usłyszeniu tych pięciu ostrych jak brzytwa słów rzuconych w jego stronę jak zniewaga. Jego oczy pociemniały (jakby w ogóle było to możliwe), jego ziemista twarz pobladła z gniewu, a górna warga drgnęła jak nozdrza wściekłego, agresywnego wilka.
— On należy do mnie. — Słowa były ciche, ale przeszyły dwa młodsze ciała niczym strzała wypuszczona z naprężonej cięciwy. — I nikt tego nie zmieni. Nawet ty.
Katrina - wbrew wszelkiemu rozsądkowi i zdrowej zdolności Harry'ego do prognozowania przyszłych zdarzeń - zdawała się rosnąć pod surowym spojrzeniem własnego ojca; nie usunęła się z drogi, uniosła podbródek wysoko, podczas gdy jeszcze do niedawna spuściłaby głowę, jej oczy odpowiedziały na spojrzenie Snape'a zażartością, jakiej zielonooki czarodziej zupełnie się po niej nie spodziewał. Wyglądała, jakby z tą oto chwilą pozbawiona została wszelkich skrupułów.
Harry nie mógł jej na to pozwolić - znał swoje decyzje, swoje postanowienia, znał siłę własnych próśb oraz obietnic, a przede wszystkim rozumiał żądania Snape'a - ich wspólna relacja to jedynie kontrakt i Harry powinien być na tyle silny, aby wypełnić w nim własną część (cóż, a przynajmniej sprawiać pozory kogoś, kto utknął jak śruba w położeniu bez wyjścia). Nie widział przed sobą innej drogi - jedyna, która wiodła na przód, toczyła się u stóp Severusa Snape'a - nawet jeśli to rozwiązanie jedynie tymczasowe. Pokręcił głową, czując, jak niewypowiedziana bezradność osłabia całe jego ciało, jak siły ulatują z niego jak ciepło i położył dłoń na ramieniu Katriny, zaciskając na nim palce w cichym upomnieniu.
— Nie — powiedział pustym głosem, spoglądając ponad ramieniem młodej kobiety w ziemistą, gniewną twarz jej ojca. — Nie powinnaś stawać między nami.
Katrina prychnęła w odpowiedzi ani myśląc usunąć się z drogi; jej ciało stężało pod palcami Harry'ego.
— Zawsze będę pomiędzy wami stała. — Ton, którym wypowiedziała te słowa, był tak intensywny, tak zaborczy, że Harry ledwo powstrzymał zmarszczenie czoła; sieć drobnych dreszczy i tak przesunęła się wzdłuż jego kręgosłupa jak mżawka.
— On... — zaciął się Harry i zaciągnął się głęboko powietrzem, aby dodać sobie odwagi, a następnie spróbował raz jeszcze: — On ma rację, Katrino.
Czarne oczy Snape'a rozpaliły się jak pochodnie, kiedy ten podnosił na niego swój wzrok; Katrina zadrżała na słowa Harry'ego tak mocno, jakby ten ją spoliczkował.
— Nie należysz — wysyczała przez zęby, odwracając się ku niemu w jednym, szybkim, gwałtownym ruchu — do nikogo.
Tak bardzo pragnął w to uwierzyć.
Harry spuścił na nią wzrok, przeskakując spojrzeniem pomiędzy jej migoczącymi niemą frustracją oczami; wyciągnął krzywo wargi i pokręcił powoli głową. Nie czuł upokorzenia - miał wrażenie, jakby jakiś niewidzialny byt całkowicie wyżymał go z uczuć.
— Nie tobie o tym decydować — powiedział gładkim jak polerowana stal głosem, patrząc jej prosto w oczy; czuł łzy zasychające na jego powiekach jak rosa pod wpływem słonecznego promieniowania. Jego oczy piekły, jakby ktoś potraktował je solą morską w kryształkach, ale jego głos odnalazł zagubioną gdzieś moc.
Katrina mogłaby równie dobrze być posągiem - stała nieruchomo, z uniesioną głową, z oczami bezlitośnie utkwionymi w jego twarzy.
— Ciężkie życie — powiedziała w końcu sucho; jej głos przycichł jak wiatr po burzy.
Harry skrzywił się i - w nieco obronnym geście - skrzyżował ramiona na piersi.
— Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo — odparł, zastanawiając się, czy ślady po łzach wyżłopały na jego policzkach widoczne korytarze; jego głupie serce piekło jak posypana solą rana.
Katrina patrzyła na niego długo z czymś dziwnie podobnym do rozczarowania. Kiedy odwróciła wzrok, Harry przeklinał swą własną mentalność, zastanawiając się, dlaczego w chwilach największej słabości zawsze musi odpowiadać ogniem.
— Nie — przyznała Katrina; brzmiała, jakby się na nim zawiodła i Harry poczuł, że jest mu niedobrze (ukłucie w żołądku ostre jak zatruty jad). Jednak ze Snape'em wlepiającym w nich swój sokoli wzrok nie potrafił ściągnąć z twarzy twardej skorupy, za którą skrył się jak bojaźliwiec, jak tchórz. Odetchnął głęboko i ponownie odwrócił się w stronę okna. Na zewnątrz lekki mróz dekorował szyby plątaniną oszronionych, malowniczych wzorów.
To przedziwne, że cała ta nowa sytuacja wciąż tak bardzo go przerażała. To nietuzinkowe, że nie potrafił wpasować się w dany schemat i po prostu w nim trwać, jak element jakiejś większej układanki.
— Wiesz — odezwała się powoli Katrina; jej głos był dziwnie drętwy - plecy Harry'ego napięły się w oczekiwaniu — moglibyśmy być razem. — Krew odpłynęła mu z twarzy, a zimno wlało się w jego żyły jak rtęć, ale nie spojrzał w jej stronę. — Gdybyś tylko zechciał — powiedziała, a potem odwróciła się i odeszła - ostre, krótkie kroki zadzwoniły Harry'emu w głowie jak łom.
-VVV-
Joe Martin biegł na złamanie karku poprzez korytarze Hogwartu, mając wrażenie, że otaczające go ściany rozmazują się w szarawą masę bezkształtnych plam. Od kiedy pozwolono mu wyjść z ambulatorium, postanowił czym prędzej odnowić stare kontakty na ulicach Śmiertelnego Nokturnu. Kiedy przekonał się, że szkolna pielęgniarka nie zamierza przetrzymywać go w swoim przytulnym gniazdku na siłę, z satysfakcją ruszył ku bramom Hogwartu, aby wydostać się poza zasięg antydeportacyjnych barier.
Nie spodziewał się tego, co zastanie go w tej szemranej przystani, na której czuł się jak ryba w wodzie, nie spodziewał się, że niektóre widoki pozostaną na źrenicy jak plama, jak rana, za nic nie pozwalając się zmyć.
Wybiegł zza zakrętu jak burza, o mało co nie potykając się o krawędź ściany; w głowie brzęczał mu głos Pansy Parkinson: „Pan Potter? Nie do mnie takie pytania, zupełnie nie wiem, gdzie pan go znajdzie. Zapewne włóczy się gdzieś po korytarzach".
Ten przeklęty zamek nie może mieć aż tylu korytarzy — pomyślał na moment po usłyszeniu tych słów Joe.
Z tego wynikło tyle, że gnał w te pędy - już gdzieś około kilkunastu minut - gdzie poniosły go nogi, rozglądając się jak szaleniec, sprawdzając, czy zza następnego bądź jeszcze następnego, bądź kolejnego zakrętu nie wyjdzie przypadkiem Harry Potter.
Głupiec z ciebie — pomyślał Joe, przeskakując po parę stopni schodów, które zastąpiły mu drogę jak przeszkoda, jak płotek na bieżni. — On może być gdziekolwiek, a ty powinieneś się zgłosić do jakiegoś, czy ja wiem, gabinetu, czy coś...
W tym momencie wypadł na złamanie karku zza kolejnego zakrętu i z hukiem zderzył się z jakimś twardym, wysokim ciałem.
Joe jęknął i zatoczył się do tyłu, przykładając dłoń do czoła, myśląc, że następnego dnia jak nic będzie miał na twarzy potężnego, fioletowego guza. Zaciskając zęby, wydusił z siebie nieskładne przeprosiny, które przerwał mu tak złowróżbny dźwięk - ni to warkot, ni to syk - że Joe zamrugał i skupił wzrok na mężczyźnie, który stanął na jego drodze, jakby wyłonił się z podziemi.
Naczelnik Magicznej Anglii — pomyślał ze zgrozą, kiedy przez jego głowę przewinęło się echo tysiąca plotek, które musnęły jego umysł w samych początkach jego dyktatury.
— O Merlinie, proszę wybaczyć, nie zamierzałem... — zaciął się, kiedy jego umysł zweryfikował, że Severus Snape miał towarzystwo. — Pan Potter! — ryknął jak niedźwiedź, a wspomniany czarodziej wzdrygnął się i spojrzał na niego jak na coś obrzydliwego, co przykleiło mu się do buta. Joe zignorował nieprzychylny wzrok młodego czarodzieja i doskoczył do niego w kilku, dużych krokach. — Szukałem pana! Mugole! Wie pan, co się dzieje?! Nokturn! — wykrzyczał bez najmniejszego ładu, chwytając łapczywie powietrze pomiędzy poszczególnymi słowami.
— Puszczaj mnie, bo nie ręczę za siebie — powiedział gładkim jak aksamit, lodowatym jak zamarznięte jezioro głosem Potter, a zielone oczy zapłonęły czymś tak czystym i tak agresywnym, że Joe poczuł, jak ziarno strachu uderza mu do głowy jak wino; twarz Pottera przysunęła się tak blisko jego twarzy, że Joe uświadomił sobie, że jakimś cudem stał się zwierzęciem w potrzasku w obliczu groźnego drapieżnika.
Chwilę później zdał sobie sprawę, że zaciska kurczowo palce na kołnierzu Pottera, a koniec długiej, cienkiej różdżki wycelowany jest prosto w jego gardło. Zieleń oczu Zbawcy Ode Złego płonęła jak stal, a choć Joe, z lekką konsternacją, dostrzegł klejące się do jego długich rzęs, filigranowe łzy, ręka trzymająca różdżkę nie drgnęła ani o jotę. Joe momentalnie wypuścił kołnierz z uchwytu własnych palców i cofnął się pospiesznie, zapobiegawczo unosząc ręce do góry. Coś w oczach Pottera mówiło mu, że wpadł prosto pod kły wygłodniałego węża na jego łowieckim terytorium.
— Nie otwieraj ognia, mam dla ciebie wieści! — wykrzyczał czym prędzej i jeszcze wyżej podniósł własne dłonie.
Różdżka Pottera nieznacznie osunęła się w dół, choć jego płonące oczy nie straciły na czujności.
— Wieści? — powtórzył, prześwidrowując Joe'ego wzrokiem tak skanującym, że były więzień mugolskiej twierdzy zadrżał mimowolnie, czując potoki zimna wlewające się pod jego skórę jak narkotyk; jego głos był nieco ochrypły - jak ton człowieka wyrwanego z głębokiego snu - ale nie stracił przez to na ostrości.
— Mugole przedsięwzięli odwet! — zawołał Joe, wlepiając w Harry'ego wyczekujący wzrok, gestykulując uniesionymi dłońmi, jakby odprawiał jakieś starożytne obrzędy. — Atakują Nokturn! Teraz, w tej chwili, bombardują budynki, otwierają ogień do czarodziejów!
Potter opuścił różdżkę, a przez jego twarz przemknął dziwny wyraz. Westchnienie pełne dziwacznej ulgi, która ogarnęła Joe'ego w chwili, gdy ten wycelowany z chłodną stanowczością koniec różdżki opadł ku ziemi, momentalnie zostało zagłuszone przez okrzyk czystej trwogi, jaki rozlał się po korytarzu jak zalew rzeczny.
Joe zamrugał i spojrzał rozbieganym wzrokiem w kierunku młodej dziewczyny, której nawet nie zauważył - jej czarne oczy były rozszerzone jak guziki, a na twarzy odmalowało się tak wyraźne przerażenie, że Joe poczuł się lekko wytrącony z pantałyku. Stała na końcu korytarza, jakby była w pobliżu i właśnie zmierzała w ich stronę, albo jakby usłyszała krzyk Joe'ego i zaniepokojona jego siłą, podążyła w jego kierunku.
Potter spojrzał na nią - przyciskającą dłoń do ust, jakby dźwięk, który przed momentem zalał korytarz, wyrwał się jej bez najmniejszej świadomości - z jakimś dziwnym, nieokreślonym wyrazem przyspawanym do twarzy, a wyblakłą bliznę znaczącą jego czoło przecięła podłużna, głęboka zmarszczka.
— Co się stało, na bogów? — warknął cicho Potter tonem świadczącym o tym, że nic go to nie obchodzi, ale na jego twarz wsunął się niepokój i osiadł pomiędzy jego oczami jak cień - jakby przykleił się do jego skóry.
Dziewczyna odsunęła dłonie od twarzy - jej drobne palce zaczęły drżeć jak galareta.
— Lottie — jęknęła, jakby bez związku; jej oczy powiększyły się dziesięciokrotnie.
— Co? — nie zrozumiał Potter.
— Bar Tommy'ego! — Joe, wnioskując po minie Pottera, uznał, że on sam rozumie ze słów tej młódki tyle samo, co i ten zielonooki, młody człowiek, przyglądający się jej twarzy z intensywnością godną mugolskich skanerów.
— Och, na różdżkę Merlina — zirytował się niespodziewanie Naczelnik i Joe aż się cofnął, kiedy ten przesunął się w jego kierunku. Snape warknął coś nieskładnie pod nosem i w dwóch krokach pokonał dzielącą ich odległość. Joe poczuł, jak serce podchodzi mu pod sam przełyk, kiedy mężczyzna pchnął jego osłabionym po pobycie w mugolskim więzieniu ciałem. Joe, mając wrażenie, że jego umysł jest jednym, nieskładnym chaosem, potknął się i wpadł na ścianę, do której sekundę później został przytwierdzony przez ciało chudego, wysokiego czarodzieja jak bandyta złapany na wykroczeniu. — Mów skąd masz taką informację!
Joe wytrzeszczył oczy na różdżkę, która zamajaczyła mu tuż przed nosem i intuicyjnie wstrzymał powietrze w oczekiwaniu na jakąś paskudną klątwę.
Snape warknął z rozdrażnieniem, pochwycił jego podbródek w swoją dłoń i siłą zmusił Joe'ego, aby ponownie spojrzał mu w oczy. Krawędzie jego paznokci przesunęły się po skórze Joe'ego jak języki żyletek.
— Znam cię, Martin — wypluł, patrząc na niego spojrzeniem godnym kobry sposobiącej się do ofiarowania komuś swego śmiertelnego pocałunku; Joe poczuł, jak krew zastyga w jego żyłach. Zadrżał spazmatycznie, a w odpowiedzi na to ciało Snape jeszcze mocniej naparło na jego własne; Joe poczuł, jak zaczynają drżeć mu kolana. — Jesteś nikim więcej jak krętaczem i plugawym oszustem. Myślisz, że to zabawne, co? Wprowadzać zamęt swoimi absurdalnymi wymysłami? — Joe odkrył, że panika uderza mu do głowy; jego oddech przyspieszył, a serce zaczęło boleśnie dudnić gdzieś w okolicach jego gardła. Jego żołądek skurczył się nieprzyjemnie do rozmiarów włoskiego orzecha. — A może oszalałeś? — Czarne oczy błysnęły jak kły jadowitego węża. — Popadłeś w obłęd i teraz rozpowiadasz własne baśnie, jakby były prawdą? — Długie, zimne palce przeciągnęły się powoli w dół jego gardła, i Joe tylko czekał na ostry jak brzytwa przebłysk bólu, a następnie zapach gorącej krwi wylewającej się z jego rozpłatanej szyi. — Rozróżniasz jeszcze fikcję od rzeczywistości? — wyszeptał Snape, pochylając się nad nim jak dementor; jego oddech zamajaczył na uchu Joe'ego, sprawiając, że Joe zaczął dygotać w ślepej panice i nie potrafił przestać.
I wtedy czyjeś dłonie chwyciły Snape'a za ramiona i szarpnęły nim do tyłu, a Joe zachłysnął się powietrzem, jakby właśnie nabierał pierwszy wdech po długim pobycie pod wodą. Oddychając głęboko, zgiął się w pół i oparł dłonie na kolanach. Dysząc jak mastif, uniósł powoli głowę (długie kosmyki włosów wpadły mu do oczu) i spojrzał w kierunku swego wybawcy.
Przed jego oczami rozgrywała się najdziwniejsza scena, jaką widział w życiu.
Harry Potter, z włosami rozwichrzonymi jak od silnego wiatru, stał na środku korytarza, jedną ręką szarpiąc głową Snape'a do tyłu za czarne, przetłuszczone włosy, drugą ściskając różdżkę, wycelowaną w jego gardło ukryte za długim kołnierzem. Zaklęcie tnące obiegło szyję Snape'a jak kolonia mrówek, odcinając wysoki kołnierz jak kawałek szmaty, nawet nie muskając przy tym jego skóry. Oczom Joe'ego ukazała się sieć białych blizn splatających się jak trajektorie kolei parowych, po których różdżka Pottera zaczęła wodzić jak rozleniwiony pazur kota po nitce od kłębka. Tym, co skonsternowało Joe'ego, był fakt, że Potter w swojej obławie był, cóż, delikatny - koniuszek jego różdżki ledwie muskał bladą skórę, a choć Joe spodziewał się krwi, która przyozdobi niebawem tę bladą długość, Potter nie wyrządzał najmniejszej krzywdy, jego ust nie opuściło nawet najkrótsze zaklęcie.
— Na litość Morgany, Naczelniku — mówił Potter tak spokojnym tonem, jakby pili właśnie ze Snape'em herbatę — on chciał nas tylko poinformować o działalności mugolskich wojsk.
Czarne oczy zwęziły się, a lodowata powaga zamajaczyła na ziemistej twarzy jak pajęczyna i Joe'emu zdawało się, że Snape lada moment odwróci ich pozycje i uczyni to tak szybko, jak za pstryknięciem palców. Mężczyzna tego nie uczynił, ale spojrzał na Pottera w taki sposób, że włoski na karku Joe'ego podniosły się jak na komendę: „baczność!". Zupełnie, jakby mruczał: „ach, Potter, wierz mi, policzymy się za to"; Joe oblizał nerwowo wargi.
— Kłamie. — Snape nie zrobił nic, tylko odpowiedział na pytanie - jego głos złagodniał i stracił ostre, chropowate kontury; Joe widząc to, aż wstrzymał powietrze; różdżka Pottera przesuwała się właśnie po pulsującej na bladej szyi, niebieskawej żyle.
— Użył pan Legilimencji? — zapytał Potter z autentycznym zainteresowaniem w głosie i Joe pomyślał, że relacje tej dwójki są zgoła abstrakcyjne.
Snape pokręcił przecząco głową, a Potter, widząc to, zmarszczył mocno czoło.
— Skoro nie użył pan Legilimencji — powiedział, przekrzywiając głowę, przyglądając się Snape'owi spod zmarszczonych brwi — to skąd ta pewność? — Jego różdżka zatrzymała się na tchawicy starszego czarodzieja.
— On zawsze kłamał — powiedział cicho Naczelnik, jak jakąś oczywistość.
Joe nie wytrzymał.
— O, wypraszam sobie! — prychnął, gotów kłócić się o własny honor, na co Snape go olał.
— Odkąd go znam — kontynuował jak gdyby nigdy nic — kłamał i to bardzo udanie, wplątując ludzi w zawiłe, poważne kłopoty, a następnie obskubywał ich z pieniędzy. Manipulował ludźmi, używając tysiąca wykrętów i zwykle wychodziło mu to na sucho.
Joe zamrugał i wlepił w Snape'a niedowierzający wzrok.
— Na miłość Morgany, nie kłamałbym na temat czegoś tak istotnego! — zawołał Joe, przenosząc spojrzenie na Harry'ego, który nawet na niego nie spojrzał. — Błagam pana, panie Potter, wiem, że Nokturn nie jest żadną dumą czarodziejów, ale to także pewna część czarodziejskiego świata. Płoną bary, pękają okiennice sklepów, umierają czarodzieje! Nie możemy zignorować tego jedynie z powodu czarnej sławy tej dzielnicy.
— A jeżeli jego słowo — wcięła się nagle w rozmowę ta młoda, czarnooka dziewczyna, kiwając głową w stronę Joe'ego — nic dla ciebie nie znaczy, to uwzględnij chociaż moją prośbę, Harry. Oni cię potrzebują. Potrzebują ochrony, ratunku.
To nagłe poparcie z jej strony zaskoczyło Joe'ego bardziej, niż cokolwiek, co zdarzyło się do tej pory i przez moment zastanawiał się, czy nie zażył przez pomyłkę jakichś środków halucynogennych.
Dłoń Pottera trzymająca różdżkę spoczęła na granicy między podbródkiem a gardłem Snape'a, jego palce owinęły się wokół szyi, ale nie ścisnęły nawet odrobinę - zwyczajnie tam były jak upomnienie - i Joe doznał abstrakcyjnego wrażenia, że jest właśnie świadkiem jakiejś nienaturalnej, skomplikowanej walki o pozycje.
— Nokturn to także część magicznego świata — powtórzył Potter za Joe'em, patrząc wprost w czarne oczy Naczelnika — nie zgodzi się pan ze mną, panie Snape? Ludzie, którzy żyją pośród tych ulic to...
— Nędznicy — wciął się z pogardą czarnooki czarodziej. — Parszywcy. Mordercy.
Kąciki warg Pottera drgnęły w chłodnym uśmiechu niemającym w sobie nic z rozbawienia. Palce puściły zacisk na czarnych włosach. Młodszy czarodziej opuścił dłoń, by moment później zapleść dłoń na lewym przedramieniu mężczyzny. Potter ścisnął mocno trzymaną rękę i przysunął twarz do twarzy Snape'a tak, że nieomal stykali się nosami.
— I co czyni pana, Naczelniku, lepszym od nich?
Oczy Snape'a zmrużyły się jak oczy polującego wilka, jego twarz, bez ceregieli, wychyliła się jeszcze bardziej ku Potterowi i Joe musiał przełknąć ślinę, mając nadzieję, że nie jest to aż nadto słyszalne.
— Uważaj, dzieciaku, bo za moment przestanie mnie obchodzić nasza mała widownia. Nie chcesz być w swojej skórze, kiedy postanowię zaatakować, gwarantuję ci to.
Potter wyprostował plecy jak prężący się kot i zadarł wysoko podbródek, patrząc Snape'owi prosto w oczy. Słowa Naczelnika zdawały się Joe'emu absolutnie irracjonalne, patrząc na ich pozycje. Snape - niczym wilk wyrażający swoją uległość samcowi alfa - stał z odsłoniętą szyją, z głową odchyloną do tyłu, chociaż Potter nawet nie przytrzymywał już mężczyzny w takim położeniu siłą; mimo wszystko czarne oczy spoglądały zza długich rzęs prosto w zielone; jego nieruchome ciało naprężyło się jak kończyny drapieżnika sposobiącego się do ataku.
— Święty Harry Potter ratujący świat — powiedział dźwięcznym, aksamitnym głosem Snape, czym sprawił, że Joe pobladł i zadrżał po same koniuszki palców. — Obrońca niedołężnych, brutalnych i naćpanych do nieprzytomności. Chcący narażać życie dla starych alfonsów, tanich dziwek i handlarzy kradzionym towarem. Bohater...
Joe nabrał głęboko tchu i wyrzucił z siebie, zanim się rozmyślił:
— Proszę... proszę się na nim nie skupiać, Naczelniku — powiedział chwiejnie, nieco niepewnie, kierując wzrok ku ziemi. — Skoro nie spodobał się panu pomysł wyciągnięcia pomocnej dłoni dla Nokturnu, nie na panu Potterze powinien pan wyładować swą frustrację, a na mnie. Ponieważ to ja...
Słowa Joe'ego uciął lodowaty dźwięk, którego pochodzenie Joe nie od razu był w stanie zlokalizować. Kiedy uświadomił sobie, że ten mrożący krew odgłos odbijający się od ścian to głęboki śmiech, i że dochodzi on z gardła Snape'a, poczuł, jak całe ciepło ucieka z jego twarzy.
— Och, gwarantuję ci, Matrin, że Potter pragnie, abym się na nim skupił. Cały jego umysł krzyczy o moją uwagę. Ucieka on we mnie, spala się w mojej magii, w mojej duszy. Chce, aby nim rozkazywano, aby mówiono mu, co powinien robić, co powinien czuć — mówił powoli Snape, rozkoszując się własnymi słowami, patrząc prosto w zielone oczy Harry'ego. — Oddaje mi swoją wolę, wygrzewa się w mojej sile jak kot prężący grzbiet ku słońcu. I czasami chce pokazać, że on także mógłby na mnie wpłynąć. Czasami - tak jak teraz - ma apetyt na złudną kontrolę, w którą chciałby mnie przyodziać. — Snape uśmiechnął się niczym demon, nie odwracając wzroku od milczącego Pottera. — No dalej, Harry, co teraz? Odsłoniłeś mi szyję. Może chcesz odkryć ramiona, piersi, plecy? Może chcesz mnie upokorzyć? A może kusi cię zadanie mi bólu? Poczucie ciepła mojej krwi na własnych palcach?
Potter patrzył wprost na Snape'a, z oczami mającymi taki wyraz, jakby nad czymś głęboko rozmyślał. Ślady po łzach zatarły się na jego twarzy jak odciski w piasku pod wpływem wiatru w następstwie biegnącego czasu. Nie zaprzeczył.
-VVV-
Harry nie widział wiele, poza czernią tych głębokich oczu błyszczących pożądliwie, protekcjonalnie, osadzonych w jego własnych jak rzepy przyczepione do ubrań. Snape czekał - jak przyczajony na kamieniu wąż - nie spuszczając z niego wzroku. Na jego bladych, wąskich ustach błąkał się krzywy uśmiech.
— Joe — odezwał się cicho Harry, dziękując wszelkim bóstwom za to, że jego głos nie osłabł do poziomu graniczącego z chorobą — powiadom, proszę, dyrektor McGonagall o zaistniałej sytuacji.
Mężczyzna przyglądający się im spod zmarszczonych brwi niepewnie skinął głową; jego spojrzenie raz jeszcze przeskoczyło pomiędzy Snape'em a Harrym, otworzył usta, jakby chciał coś skomentować, jednak (całe szczęście) zrezygnował z tego zamiaru i odwrócił się, odchodząc pospiesznie - jak nocny podglądacz uciekający przed złapaniem na gorącym uczynku. Echo jego gorączkowych, szybkich kroków odbiło się od ścian jak kauczuk. Harry odczekał chwilę, aż dźwięk podeszew uderzających o posadkę przycichnie, zanim zwrócił głowę ku kasztanowłosej, młodej kobiecie. Jej oczy - rozszerzone jak guziki - majaczyły niepokojem i niezgodą na całe zło tego świata.
— Katrino — odezwał się ponownie Harry - jego głos nieco złagodniał i choć starał się go utrzymać w solidnych, stanowczych ryzach, nie potrafił — poszukaj Draco — poprosił, ostrożnie dobierając słowa. — Powiedz mu, że profesor McGonagall może szykować wyprawę na Nokturn.
Katrina wypuściła głośno powietrze, jakby od kilku chwil mocno je wstrzymywała, jej klatka piersiowa opadła jak balon wyrzuty z helu.
— Dziękuję, Harry — wyszeptała; w jej głosie była tak wielka ulga, że Harry momentalnie poczuł się źle, że dał jej powody, aby sądziła, że może zrezygnować z ataku na mugoli szturmujących Nokturn. Że może zrezygnować ze stanięcia murem za niższą klasą społeczności czarodziejskiej.
Pospieszne, oddalające się uderzenia butów o posadzkę zabrzmiały jak werble, gdy Katrina puściła się biegiem w dół korytarza, jakby od tego, jak szybko wypełni dane jej zadanie, zależało całe jej życie. Jej uprzednia złość zdała się wyparować - jakby była niczym istotnym przy powadze sytuacji, w jakiej znalazła się czarodziejska społeczność, jakby stawiała czyjeś bezpieczeństwo nad własnymi emocjami. Harry, choć bardzo go kusiło, nie odwrócił głowy, aby za nią spojrzeć.
Twarz Snape'a stężała.
— Nie przypominam sobie — wysyczał, kiedy cisza korytarza opatuliła ich niczym kokon — abym udzielił pozwolenia na działanie, dziecko. — Snape przestał odchylać głowę do tyłu; potraktował Harry'ego tak lodowatym spojrzeniem, że młody czarodziej poczuł dreszcze biegnące w dół jego kręgosłupa jak elektryczny prąd.
Snape, zapewne, chciał go stłamsić, sprawić, aby odwołał przedsięwzięcie jakiejkolwiek działalności, ale Harry zaplanował sobie każdy, najmniejszy krok tej rozmowy - co do joty. Nie mógł pozwolić na zapadnięcie decyzji o odwołaniu tej akcji - zbyt długo i zbyt zażarcie walczył o wolność wszystkich czarodziejów, aby teraz pozwolić sobie się poddać.
Zielonooki, nie spuszczając wzroku z tych migoczących grozą, obsydianowych źrenic, chwycił w pięść czarną, gładką szatę Snape'a. Co dziwne - nie odczuwał aż takiego złamania, aż tak wielkiego upokorzenia, kiedy jego oczy odzwierciedliły obraz całkowitego poddania, kiedy jego uległość zaczęła krzyczeć z każdej komórki jego ciała, z najmniejszej zmarszczki pomiędzy brwiami.
— Naczelniku — wyszeptał, osuwając się po ciele mężczyzny na podłogę, opierając czoło o jego żebra, o jego biodro, o jego udo, póki nie klęczał na chłodnej ziemi z palcami zaplątanymi w czarny, miękki pod jego opuszkami, materiał gdzieś na piersi byłego Mistrza Eliksirów. — Nie chcę upadku magicznego świata. Nie chcę upadku żadnej jego gałęzi. Tym razem siły mugolskie uderzyły w Nokturn, ale gdzie mogą zaatakować kolejnym razem? Nie dawajmy im poczucia, że mogą z nami wygrać tak łatwo. To zwycięstwo ich ośmieli, Naczelniku, sprawi, że pomyślą, że są bezkarni. Da im nadzieję, że mogą otwarcie zaatakować czarodziejów bez większych szkód w ich szeregach. — Harry otarł się policzkiem o dużą, bladą dłoń. — Błagam pana, musimy stłumić to natarcie.
— Ty manipulacyjny draniu! — Z jakichś powodów Snape brzmiał na jeszcze bardziej rozwścieczonego niż chwilę temu. — Sądzisz, że jesteś w stanie skusić mnie do zmiany zdania? — Dłoń, którą Harry szturchnął, drgnęła, ale nie pochwyciła go, aby unieruchomić jego głowę. Zielonooki nie odpowiedział, a obrócił twarz ku dłoni mężczyzny i ucałował miękko jego nadgarstek, który wysunął się zza rękawa szaty. Snape zadrżał jak oblany kubłem lodowatej wody i strząsnął rękaw głębiej, więc Harry uniósł - nieco niepewnie - głowę i spojrzał w ziemistą, wykrzywioną gniewem twarz. — Sądzisz, że możesz wpłynąć na moje myślenie?
— Nie śmiałbym tak sądzić — odpowiedział cicho młodszy czarodziej, gotów przyznać o wiele, wiele więcej, jeśli będzie to absolutnie konieczne.
Snape, ku zaskoczeniu Harry'ego, warknął jak rozjuszony lew. Ziemista dłoń zacisnęła się boleśnie na jego włosach i szarpnęła jego ciałem do góry. Harry zdusił rodzące się w jego gardle skomlenie i odszukał stały grunt pod własnymi stopami, gdy Snape sprowadził go na powrót do pionu. Zanim jednak odzyskał równowagę, poczuł, jak silne dłonie pchają go z impetem na ścianę. Błysk bólu - w jego czaszce, w jego karku, w jego szczęce - jak nagły wybuch supernowej naznaczył jego kości. Ciało Snape'a przygwoździło go do zimnego muru; duże dłonie oparły się po obu stronach jego głowy, czarne oczy zamajaczyły naprzeciw jego własnych jak oczy kota migoczące w ciemnościach.
— Być może — wycedził Snape; jego źrenice błyszczały jak onyksy i Harry, z oczami rozszerzonymi do niebotycznych rozmiarów, nie potrafił oderwać od niego wzroku — ostatnimi czasy za bardzo ci pobłażam, dziecko. Być może pora ci przypomnieć, kto z nas dwóch ma prawo podejmować kluczowe decyzje.
Harry poczuł, jak jego serce przyspiesza w klatce piersiowej - zielone oczy przeskakiwały pomiędzy źrenicami Snape'a, starając się jakoś obrócić bieg zdarzeń.
— Jesteś zły, bo nie chciałbym dopuścić do upadku Nokturnu? — zapytał cicho, na co odpowiedzią był gardłowy warkot dobiegający z ust Snape'a, przyprawiający Harry'ego o dreszcze.
— Jestem wściekły — wyszeptał starszy czarodziej głosem tak lodowatym, jak syberyjski śnieg; Harry mimowolnie zacisnął zęby — ponieważ sądzisz, że możesz mnie kontrolować!
Zielonooki odetchnął chwiejnie, wszczepiając w mężczyznę intensywne, żarliwe spojrzenie.
— Twoja córka, Naczelniku, błaga nas o pomoc, a ty jesteś głuchy na jej wołania — uderzył najsilniejszą bronią, po jaką był w stanie sięgnąć. — Co z ciebie za ojciec?
Czarne oczy zapłonęły istną furią, Snape obnażył zęby jak atakujące, dzikie zwierzę i Harry pomyślał, że mimo dobrych chęci, podwinęła mu się noga.
— Jak śmiesz? — Słowa, które wyrwały się z ust Naczelnika, brzmiały jak zgrzyt tępych pazurów ryjących powierzchnię szyby i sprawiły, że Harry skulił się wbrew woli. — Posłuchaj mnie uważnie, bo nie będę powtarzał dwa razy — powiedział lodowatym tonem Snape; jego długie palce zacisnęły się na podbródku Harry'ego jak imadło i zielonooki był pewny, że zostawią one czerwone, przeciągłe smugi na jego skórze. Jego szczęka zapiekła pod tym bezlitosnym uściskiem tępym, przeszywającym bólem, który promieniał aż do kości. — Odwołasz tę absurdalną akcję ochrony Nokturnu, rozumiemy się? — Jego głos przycichł do szeptu i Harry musiał wytężyć słuch, aby zrozumieć poszczególne słowa. — Oznajmisz wszem wobec, że niedopuszczanie mugoli na Nokturn nie jest waszym priorytetem.
Młody czarodziej milczał, wpatrując się długo w te jarzące się jak świetlówki, czarne oczy. Jego plecy wciąż były skulone i kiedy zdał sobie z tego sprawę, pomyślał, że może to i lepiej.
— A co nim jest, panie Naczelniku? — zapytał, pozwalając sobie na to, by jego głos stracił na sile.
Snape zmrużył oczy jak podejrzliwa żmija, więc Harry czym prędzej podążył z wyjaśnieniami:
— Może paść tego typu pytanie — oznajmił, gotów posłużyć się inną bronią, skoro prośba nie wystarczyła; miał nadzieje, że Minerwa McGonagall jest gotowa na słowne starcie, które najwyraźniej zawisło na horyzoncie. — Wierzę, że lepiej uniknąć niezręcznej ciszy, która miałaby po nim zapaść.
Podejrzliwość Snape'a nie wyparowała - wciąż wisiała w powietrzu między nimi jak smoła, jak zagęszczacz. Ciało starszego czarodzieja nie przestało przyszpilać go do ściany - Harry czuł, jak jakaś nierówność w tej kamiennej konstrukcji wbija się w jego kręgosłup jak oszczep, ale nie pozwolił sobie na boleściwe skrzywienie warg.
— Powiesz im — odezwał się szeptem Snape, przysuwając twarz do ucha Harry'ego; zielonooki starał się nie zacisnąć zębów, gdy jego oddech zamajaczył na jego skórze jak wiatr — że najlepszą bronią jest atak. Powiesz im, że zamiast bronić dzielnic, które nie są warte obrony, powinniście skupić się na mugolskich magazynach na zachodzie kraju.
Harry poczuł, jak coś łaskocze go w żołądku. Krótkie milczenie, jakie między nimi zapadło, zadzwoniło mu w uszach jak zawroty głowy. Coś w przyciszonych słowach mężczyzny nie dawało mu spokoju.
— Czyżby to był fałszywy trop, Naczelniku? — Nie powstrzymał cisnącego mu się na usta pytania; jego wargi wygięły się w kwaśnym grymasie. — Czyżby na zachodzie czekał nas pogrom, zamiast kolejnego, małego sukcesu?
Snape odsunął nieznacznie głowę i spojrzał mu w oczy. Harry błagał i błagał, i błagał w myślach, aby ten wreszcie od niego odstąpił, ale Snape wciąż tam stał, blisko, za blisko - jak jakiś cholerny pomnik - więc Harry, chowając własne nadzieje za płaszczem Oklumencji, pozwalał mu przekraczać jego przestrzeń osobistą, starając się nie zaciskać zębów i nie okazywać własnej frustracji. Przez tę ziemistą twarz pokrytą pasmem płytkich zmarszczek przemknął cień nieokreślonego wyrazu.
Dłoń Snape'a przesunęła się z jego podbródka na policzek; długie palce w niemal czułym geście pogładziły kość policzkową. Harry nawet nie drgnął, choć zacisnął zęby na języku tak mocno, że metaliczny, znajomy posmak rozpłynął się w jego ustach jak czekolada.
— Nie bądź nieracjonalny — upomniał Snape karcącym głosem. — Przecież wiesz, że nie chcę twojej śmierci.
Harry naprawdę się ucieszył, że wypowiedź Snape'a nie przybrała pytającej formy.
— Więc mamy skierować wzrok na zachód — podchwycił Harry — nie na Nokturn.
Snape przeciągał kciukiem po jego policzku, a Harry stłumił odruchy wymiotne, spoglądając mu prosto w oczy, myśląc, że jego chorobliwe, nieuleczalne przejawy gryfońskości kiedyś go zniszczą.
— Zachód — przyznał cicho starszy czarodziej — nie Nokturn.
Harry schylił czoło i spuścił wzrok, mając gorącą nadzieję, że jego ostrzeżenia rzucone w dłonie Luny okażą się skuteczne i nikt nie poprze jego nagłej zmiany decyzji.
— Oczywiście, Naczelniku — powiedział prosto, wlepiając wzrok w czubki swoich butów. — Niezwłocznie poinformuję o tym profesor McGonagall.
— Posłucha twojego żądania? — zapytał cicho Snape; Harry czuł intensywność jego wzroku na własnym, schylonym karku.
— Nie mogę tego obiecać, ale postawię sprawę na ostrzu noża — odpowiedział wymijająco Harry, rzucając mężczyźnie szybkie spojrzenie.
Kąciki warg Snape'a drgnęły w usatysfakcjonowanym grymasie i Harry'emu przeszło przez myśl, że udało mu się uśpić wszechobecną czujność Naczelnika choć na moment. Wolał się nie zastanawiać, jak srogo przyjdzie mu zapłacić za własne mistyfikatorstwo. Jakaś jowiszowa część jego natury szczerzyła zęby na myśl, jaka będzie reakcja szanownego Najwyższego Naczelnika, gdy dyrektor McGonagall oznajmi, że nie baczy na prośby i groźby Harry'ego, a akcja zostanie przeprowadzona - z jego pomocą czy też bez niej - i nie ma absolutnie co tego roztrząsać, ponieważ decyzja już zapadła. Harry mentalnie zatarł ręce, a potem wywinął się gładko z przyszpilającego go do ściany Snape'a, który zdawał się poluźnić ucisk zakleszczony na jego ramionach; zielonooki podarował mu głęboki ukłon, starając się powstrzymać jadowity półuśmiech cisnący mu się na usta.
— Może zechciałby pan, szanowny panie Naczelniku, towarzyszyć mi przy tej rozmowie? — zapytał, siląc się na kamienny wyraz twarzy. — Nokturn to nie jest miejsce dla herosów, nieprawdaż?
Spodziewał się zmrużonych oczu i płomienia podejrzliwości liżącego jego twarz, ale Snape'a zaślepiało poczucie własnej władzy - rozkoszował oczy widokiem uległości na barkach Harry'ego, widział jedynie to, co chciał widzieć, to, co Harry dobrowolnie pozwalał mu zobaczyć.
To nie wytrzyma na dłuższą metę, nie z tym człowiekiem, który prędzej czy później wyczuje odór kłamstwa unoszący się w powietrzu jak zapach siarki — pomyślał Harry, kiedy Naczelnik gestem dłoni wskazał mu, aby szedł pierwszy — ale jak na razie — rozkoszował się własnymi rozmyśleniami, kiedy prostował kręgosłup i zanurzał się w cienie klejące się do zamkowych ścian jak niematerialne ciała duchów — ciekawie będzie powodzić go za ten wielki nos.
