.
Rozdział 37
Dzisiaj przed nami szmat obcej ziemi
.
McGonagall zachowała się (ze swoją zwyczajową upartością i nieustępliwością) jak to McGonagall, a ja miałem ochotę bić jej pokłony i naprawdę mocno przygryzać język, aby nie zacząć uśmiechać się z perfidną przyjemnością. Wszystko wskazywało na to, że Luna zdążyła przed nami złożyć jej wizytę, a stężała twarz Snape'a była dla mnie tak satysfakcjonującym widokiem, że nie mogłem oderwać od niego oczu.
Niedługo później przestanie mi już być do śmiechu. Obraz zdewastowanego Nokturnu przerazi nawet mnie, a ja wiele już rzeczy w swoim życiu byłem zmuszony oglądać.
Oczywiście zabroniłem Katrinie chociażby zbliżać się do centrum tej wrzawy, a ona, sfrustrowana, wyglądała, jakby miała ochotę splunąć mi w twarz albo zacząć krzyczeć i kopać jak dzieciak zamknięty za karę na klucz we własnym pokoju. Irytowało ją, że każemy jej czekać na nasz powrót, frustrowała się, zarzucając nam, że kiedy my mieliśmy po piętnaście lat, stawaliśmy do boju w pierwszej linii frontu, a zachowujemy się, jakbyśmy zapomnieli, jak czuliśmy się w tamtych czasach, kiedy próbowano odsunąć nas od znaczących spraw. Będziemy się o to wykłócać jeszcze wielokrotnie - uważałem, że realia krwawej, rzewnej bitwy nie są dla niej, a ona skarżyła się, że traktuję ją jak dziecko.
Tak naprawdę bałem się, że ją stracę - zbyt wiele śmierci bliskich mi osób zmuszony już byłem oglądać, zamykałem ją w bańce ze złota, z której nie powinna się wychylać, w której nic nie powinno jej grozić, a ona nie pozwalała się w niej więzić tak jak ja, wiecznie narażający się na niebezpieczeństwo, wiecznie wyrywający się zza ramion Dumbledore'a, kiedy byłym w jej wieku. I jak nic przerażała mnie myśl, że kiedyś nie uda mi się utrzymać jej na dystans od niebezpieczeństwa, że kiedyś wszelkie moje starania spełzną na niczym.
Pękła jakaś dętka - nie wiem dokładnie jak i dlaczego - i Katrina zaczęła wyrywać się na front. „Nie będę stała z białą chustką i machała ci nią na pożegnanie" — powiedziała mi kiedyś, czerwieniąc się ze złości. — „Nie jestem jakąś szesnastowieczną dziewicą, czekającą na swojego husarza powracającego z bitwy" — piekliła się, nie mogąc dojść do porozumienia z samą sobą, kiedy po raz kolejny odmawiałem jej wzięcia udziału w akcji przeciw mugolskim najeźdźcom. To w niej narastało, potęgowało się i przybierało na sile z każdą moją kolejną odmową. „Nie tylko ty pozostajesz w zamku, nie będziesz czekać sama" — spierałem się z nią — „zostaje i Luna, i Pansy, i Amelia, nawet dyrektor McGonagall, na miłość Morgany" — ale nie chciała mnie słuchać.
-VVV-
Taki jest problem z apodyktycznymi rozkazodawcami - czują potrzebę zdominowania ciebie i twoich czynów, chcą tobą kontrolować i nie chcą słyszeć o sprzeciwie, ale na dobrą sprawę jesteś im niezbędny, nie obejdą się bez ciebie, bo aby tobą rządzić, musisz znajdować się blisko, być w zasięgu ich władzy, ich stanowczej pięści w sprzeciwie uderzającej o stół.
Snape był zbyt pewny siebie i swoich czynów - otrzymał tak wiele pretekstów do uważania Harry'ego za zestrzelonego gołębia, że nawet nie przyszło mu przez myśl, że nieugięta jak mur decyzja dyrektorki może mieć z Harrym cokolwiek wspólnego.
McGonagall spojrzała znad zsuwających się jej na nos okularów na swoich gości, poświęcając im taką samą, niezbyt wylewną uwagę i zacisnęła usta w ciasną linię; jej wąskie brwi podjechały wysoko na czoło, jakby pytała tym samym, co ich tu sprowadza i nie za bardzo miała ochotę słuchać jakiejkolwiek odpowiedzi.
Harry skrzyżował ramiona na piersi i oddał, nieco obojętne - co spostrzegł z ciepłą dumą rozlewającą się w jego piersi jak eliksir - nieco ponaglające, spojrzenie swojej byłej opiekunki domu.
— Profesor McGonagall, z całym szacunkiem, ale uważam, że powinniśmy odwołać akcję wsparcia Nokturnu — oznajmił prosto z mostu Harry zdecydowanym, spokojnym tonem, który nie wzbudził nawet czujności u wiecznie zaintrygowanych, wiecznie nadstawiających ucha byłych dyrektorów uwiecznionych w starych, ciężkich ramach, na co zielone oczy profesorki osadziły się na jego twarzy, prześwidrowując ją jak spojrzenie przyczajonego kota.
Kobieta wyprostowała się, poprawiła zsuwające jej się z nosa okulary jednym, intuicyjnym ruchem dłoni i machnęła na Harry'ego ręką, jakby usłyszała coś niewartego uwagi. Harry przekrzywił głowę, przyglądając się profesorce, czekając na to, co powie.
— Na jakiej podstawie tak pan uważa, panie Potter? — zapytała kobieta, sięgając po pióro i zawieszając jego końcówkę nad leżącymi na biurku papierami, jakby chciała tym zasygnalizować, że nie ma teraz czasu na podobne rozmowy.
Harry wiedział - czując na swoim karku ciężar czarnych oczu Snape'a - że nie może poddać się tak łatwo.
— Jest wiele innych celów, na których powinniśmy zawiesić uwagę — podjął Harry, przeczesując palcami przydługie włosy, utrzymując silny, pewny swego ton głosu. Skrzywił się lekko, gdy kilka kosmyków przykleiło mu się do opuszków i strzelając bezdźwięcznie palcami, zrzucił je na podłogę, jakby były paprochami jakiegoś cienkiego materiału. — Po co marnować siły zbrojne na ochronę tych, którym już nie da się pomóc?
McGonagall jeszcze wyżej uniosła brwi, po czym odłożyła pióro z takim wyrazem twarzy, jakby ta rozmowa była niczym innym jak stratą czasu.
— Potter, usiądź sobie. — Kobieta machnęła sękatą, szczupłą dłonią w stronę krzesła dla gości, a Harry, skupiający się wokół sprawiania wrażenia osoby, której mocno zależy na odwołaniu tej kluczowej misji, poczuł się lekko wywiedziony z pantałyku.
— Słucham? — mruknął, spoglądając na McGonagall, jakby nie do końca dotarło do niego, co była profesorka przed chwilą powiedziała.
— Usiądź, Potter — powtórzyła z naciskiem, sięgając po leżącą pod jej ręką różdżkę i jednym, sprawnym gestem nadgarstka odsuwając w zaproszeniu krzesło jakimś zmyślnym czarem, o którym w życiu nie słyszał (nigdy nie wgłębiał się w tematy praktycznej magii domowej). — Chcesz herbaty?
— Nie, dziękuję — odpowiedział Harry, automatycznie stosując się do zalecenia kobiety i zajmując wskazane miejsce. — Pani dyrektor, zalecam, żeby...
— Z cukrem czy bez? — zapytała kobieta, przywołując z porządnej, drewnianej komody trzy filiżanki i żeliwny, zgrabny imbryk.
Harry zamilkł, przenosząc wzrok na zdobioną, białą porcelanę. Wypukłości filiżanek zdobiły zakręcone, jasnofioletowe smugi, które przesuwały się po powierzchni porcelany jak serpentyny.
— Bez cukru, poproszę — powiedział cicho Harry, śledząc wzrokiem niewielką, srebrną cukiernicę, która nadlatywała właśnie nad blat. McGonagall zanurzyła w niej łyżeczkę i nasypała do jednej z filiżanek pokaźną dozę słodkiego, sypkiego dodatku.
— A tobie, Severusie? — zapytała dyrektorka, machnięciem różdżki transmutując zestaw piór w wygodny fotel, ustawiając go ramię w ramię z fotelem Harry'ego i wskazując zapraszająco Naczelnikowi.
Harry zmarszczył lekko brwi i obejrzał się na Snape'a, który - co zielonooki przyjął z niebywałą ulgą - już nie patrzył w jego stronę; jego czarne oczy były całkowicie skupione na McGonagall, na jego twarzy nie gościł najmniejszy wyraz, jakby już teraz zasłaniał się kurtyną Oklumencji jak peleryną-niewidką.
Snape podszedł do oferowanego fotela i zajął miejsce z niebywałą gracją, wyglądając przy tym na całkowicie rozluźnionego - ale Harry widział wszystko, agresywną czujność w czarnych oczach, lekko pobladłe wargi zwężone tak nieznacznie, że prawie niedostrzegalnie, nieco głębszą niż zwykle zmarszczkę pomiędzy brwiami. Tym, czego nie było w rysach jego twarzy, była podejrzliwość i Harry wbił sobie paznokcie we wnętrze prawej dłoni, gdy ponownie spoglądał w kierunku kobiety, przypatrującej się wyczekująco ziemistej twarzy Naczelnika.
— Earl Grey — rzucił krótko Snape, splatając palce przed sobą i układając na kolanach. — Bez cukru. — Jego głos był cichy, a za słowami czaiła się ostrożność, jakby stawiał czoło niebezpiecznemu przeciwnikowi w skomplikowanym, ciężkim pojedynku.
Harry wrócił do obserwowania McGonagall, która przywołała z szafki czarną herbatę z bergamotką, już za chwilę zalewając ją parującą wodą.
Starsza czarownica krzątała się przez moment nad filiżankami, by chwilę później, kiedy Harry obawiał się, że będzie ona odciągać tę rozmowę w nieskończoność, usadowić się wygodniej na fotelu, obejmując obiema dłońmi własną filiżankę. Harry'emu nie umknął fakt, że Snape dyskretnie zaciągnął się ciepłą parą ulatującą z jego herbaty i rzucił czarnej cieczy oceniające spojrzenie, zanim zdecydował się upić z niej łyk. Harry spojrzał na swoją herbatę, czekającą na niego na krawędzi blatu i z lekkim zrezygnowaniem sięgnął po naczynie. Instynktownie pogładził palcami jej rozgrzaną powierzchnię. Filiżanka zamruczała jak kot, a sunące po porcelanie, ozdobne falbany zaczęły lgnąć do jego palców, układając się pod jego opuszkami, jakby się do nich kleiły.
— Więc jeszcze raz, Potter — przerwała krótką ciszę McGonagall, zwracając na siebie uwagę Harry'ego. — Uważa pan, że marnujemy czas, dobrze zrozumiałam?
Zielonooki upił niewielki łyk, o mało co nie parząc się przy tym w język.
— Pani dyrektor, ja nie neguję... skuteczności naszych sprzymierzeńców, ale uważam, że są o wiele poważniejsze sprawny, którymi powinniśmy się zająć pierwszoplanowo.
— Jak na przykład? — zapytała momentalnie McGonagall, a Harry bardzo musiał się postarać, aby nie posłać Snape'owi wymownego spojrzenia.
— Jak na przykład — odparł bez zastanowienia — mugolskie magazyny z bronią znajdujące się na zachodzie kraju.
McGonagall podparła się łokciami o blat stołu, świdrując Harry'ego swoimi zielonymi, wnikliwymi oczyma.
— Czy potrafisz podać dokładną lokalizację tych magazynów, Potter? — zapytała, przekrzywiając głowę, czym przywiodła Harry'emu na myśl kota obserwującego mysią dziurę.
Harry odetchnął głęboko.
— Nie, ale...
— Więc przyznajesz — wcięła się w jego słowa była nauczycielka; coś w jej zielonych oczach zapaliło się jak migoczące światło mugolskiej żarówki — że nie jest to kwestia bieżąca?
Zielonooki złapał się na tym, że zagapił się na kobietę, nie będąc nawet pewnym, co powinien jej odpowiedzieć. Owszem - nie uważał tego za problem „na teraz", w obliczu szturmu mugoli na Nokturn w ogóle nie uważał tego za znaczący kłopot i miał nadzieję, że dyrektorka zaleci mu skupić się na Nokturnie, ale przy Naczelniku słuchającym z uwagą każdego jego słowa nie mógł tego ot, tak przyznać i wyjść z gabinetu z uśmiechem na ustach.
Snape poruszył się gdzieś obok niego i odstawił swoją filiżankę na spodek, denko uderzyło w niewielki talerzyk z cichym brzdękiem.
— Uważamy — zajął głos Naczelnik, sprowadzając wzrok zarówno Harry'ego, jak i McGonagall na siebie; jego oczy zawiesiły się gdzieś pomiędzy rzęsami a zjeżdżającymi na czubek nosa okularami starszej kobiety — że to niepotrzebne ryzyko dla czarodziejskich, porządnych obywateli.
McGonagall przyjrzała się Snape'owi spod głęboko zmarszczonego czoła, w sposób, w jaki spogląda się na ucznia, który na bardzo proste pytanie podał zgoła abstrakcyjną odpowiedź.
— Kto konkretnie tak uważa, Severusie? — zagaiła niby mimochodem, ale kąciki jej warg drgnęły, jakby spoglądała na to wszystko z głębokim politowaniem.
Snape przechylił głowę, jakby przyglądał się jakiejś niezwykle intrygującej ingrediencji do sporządzanego eliksiru.
— Jeśli pytasz, Minerwo, czy ja także mam podobne zdanie, to owszem, sądzę, że to istotnie nieuzasadniony, głupi zryw, marnujący zarówno nasz czas, jak i nasze siły.
„Nasze" — powtórzył w myślach Harry z głęboką pogardą; wiele go kosztowało, aby nie zacząć się ponuro uśmiechać.
McGonagall pokręciła głową; kilka pasm siwych włosów wymsknęło się zza ciasnego koka. Niedbałym gestem poprawiła zjeżdżające jej z nosa szkła kontaktowe.
— Odwołałabym tę akcję, gdyby nie pozwalałaby ci na to sytuacja zdrowotna i nie znalazłabym nikogo, kto w zastępstwo za ciebie nie przeprowadziłby tego działania — oznajmiła surowo McGonagall, patrząc wprost na Harry'ego przez nieco brudne, nieco zamglone szkła okularów. — Jednak ty, Potter, wyglądasz niesłychanie zdrowo, więc wybacz mi, proszę, ale nie zwolnię cię z obowiązku przeprowadzenia akcji przeciw mugolom atakujących Nokturn, bez względu na twoje kaprysy. Moje pytanie brzmi: co tu jeszcze robisz? Kazałam Martinowi zwoływać ludzi i nie zdziwiłabym się, gdyby już oczekiwali cię na szkolnych błoniach. Zbieraj się, Potter, bo za chwilę przeprowadzasz akcję na Nokturnie. I nie wracaj mi tu bez pozytywnych rezultatów, czy wszystko jest dla ciebie jasne?
Harry nie był pewien, czy usłyszał poprawnie, ale chora satysfakcja zaczęła krążyć po jego żyłach jak narkotyk.
— Oczekiwali? Mnie? Na błoniach? — powtórzył Harry nieco matołkowato; błysk nadziei zapłonął gdzieś za jego oczami. Był niemal przekonany o tym, że w momencie, w którym McGonagall na jego prośbę odsunie go od dowodzenia, nie będzie miał już możliwości przeprowadzenia istotnych bitew, a ten obowiązek spadnie na kogoś innego. Zdawało mu się, że dostanie nakaz pozostania w zamku, a McGonagall, nie dość, że dawała jasno Snape'owi do zrozumienia, że Harry nie ma aż tak wielkich wpływów, jak mogłoby się wydawać, to jeszcze pozwoliła mu kontynuować uczestniczenie w szturmach i bitwach.
— Tak, Potter — powtórzyła powoli i wyraźnie, jakby kierowała słowa do kogoś, kogo umysł funkcjonuje z opóźnionym samozapłonem. — Masz misję do wykonania, zapomniałeś?
Harry pomyślał, że przy najbliżej nadarzającej się okazji musi kupić tej niebywałej, starszej kobiecie kwiaty.
Zawahał się - raczej pokazowo, niż autentycznie - i wstał z zajmowanego miejsca.
— Oczywiście, pani dyrektor — odrzekł cicho i skinął głową w geście szacunku. — Postaramy się wrócić najszybciej jak to realnie możliwe.
— Doskonale, Potter — pochwaliła kobieta, również wstając z fotela i machnięciem dłoni otwierając przejście prowadzące na korytarz (iskry magii przeskoczyły przez pomieszczenie jak drobne krople wody). — Będę wyglądała waszego powrotu.
— Chwila moment — odezwał się Snape głosem czystym i krystalicznym jak chłodne szkło. Wyprostował się na zajmowanym fotelu, przylegając tym samym do oparcia, jakby jego kręgosłup wpasował się w jego zagięcia z niebywałą precyzją. Jego czarne oczy zmierzyły dyrektorkę przewiercającym spojrzeniem. — Z całym szacunkiem, Minerwo, ale to absurdalne posunięcie. Naprawdę nie uważam, aby zaistniała potrzeba, żeby...
— Tak się składa, Severusie, że to moja szkoła i to ja na jej terenie podejmuję kluczowe decyzje, bez względu na ich istotę. Mówimy tu o ludziach, którzy weszli ze mną i panem Potterem w komitywę, a chciałabym zauważyć, że to ja jestem najstarsza, najbardziej wykształcona i naznaczona doświadczeniem o wiele, wiele większym, niż twoje i pana Pottera kompetencje razem wzięte.
Czarne oczy Snape'a płonęły jak onyksy. Milczał krótką, dzwoniącą Harry'emu w uszach chwilę, nie spuszczając wzroku z McGonagall, spoglądającej na niego ze znudzoną uprzejmością, podpowiadającą podświadomości Harry'ego, że to nie ma prawa skończyć się podaniem ręki. Wreszcie wstał; dłoń Harry'ego drgnęła, ale powstrzymał chęć sięgnięcia po różdżkę i zielonooki obserwował, jak Snape przechyla na bok głowę jak zaintrygowane zwierzę, a potem zamiata własną peleryną jak królewską szatą.
— Ależ oczywiście — odezwał się dźwięcznym głosem Naczelnik, kłaniając się w pas przed Minerwą McGonagall; kąciki jego wąskich warg drgnęły w niewielkim, kocim uśmiechu i Harry zaczął się zastanawiać, czy to nie jest przez przypadek prześmiewczy gest - na samą myśl gorące rozdrażnienie wybuchło w jego piersi jak płomienie — pani dyrektor.
Harry skrzywił się i natychmiast ukrył ten wyraz za spuszczeniem głowy. Odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku drzwi, uważając ten temat za zamknięty. Spodziewał się, że Snape nie podejdzie do tego tak beznamiętnie, jak mógłby do tego podejść. Tak czy inaczej, genialna McGonagall wzięła sprawy w swoje ręce, a więc ta interwencja zostanie przeprowadzona. To niesamowite, jak wielką upartością odznaczała się ta sędziwa, surowa czarownica.
Na ten moment był gotów oddać całe sterownictwo w jej sędziwe, uczciwe dłonie.
-VVV-
— Odwołaj to! — zażądał Snape z mocą w głosie chwilę po tym, jak znaleźli się poza zasięgiem słuchu dyrektorskiego gabinetu.
Schodzili właśnie po kapryśnych, ruchomych schodach, które z niespodziewaną prawidłowością połączyły kondygnację, na której się znajdowali bezpośrednio z parterem. Podeszwy młodszego maga wystukiwały szybki rytm, kiedy pospiesznie kierował się w dół schodów jak zlatujący z zadaszenia gawron; jego peleryna unosiła się z łoskotem na lekkim przeciągu jak tchnięta oddechem dementorów.
— To zarządzenie z góry, proszę skierować skargi do dyrektorki, Naczelniku — oznajmił beznamiętnym tonem Harry, kładąc palce na poręczy. Jego dłoń prześlizgnęła się po niej jak po lodzie na najbliższym zakręcie.
Silna ręka zacisnęła się na jego ramieniu i szarpnięciem zatrzymała jego wędrówkę. Długie ramiona okryte czarnym, gładkim materiałem obróciły go gwałtownie w swoją stronę i Harry automatycznie uniósł podbródek, chcąc dodać sobie pewności.
— To nie jest zalecenie, Potter, to polecenie — warknął starczy czarodziej, obnażając zęby jak groźne, dzikie zwierzę zamieszkujące głębiny Zakazanego Lasu. Chude, kościste palce zacisnęły się na jego skórze tak mocno, że zielonooki był pewny, że pozostawią po sobie rozlewające się jak kawa, fioletowe sińce.
Harry skrzywił kwaśno usta i spojrzał w czarne, płonące wściekle oczy.
— Nie wpływam na decyzje Minerwy McGonagall, panie Naczelniku. — Jego słowa miały ostre krawędzie i zamszone były chłodnym szronem oplatającym je jak szczelny kokon. — To jej szkoła i to ona na jej terenie ma prawo do wydawania poleceń.
Snape potrząsnął nim z siłą, od jakiej Harry'emu zrobiło się zimno na duszy.
— Miałeś ich do mnie przekonać! — zasyczał takim tonem, jakby absolutnie nad sobą nie panował.
Harry poczuł powiew chłodnej irytacji kotłującej się wewnątrz jego piersi, dotykającej układu nerwowego, uderzającej w jego umysł.
— I co takiego miałbym niby uczynić? — wysyczał, skupiając lodowate, pełne upartości spojrzenie na twarzy Snape'a. — Mówiłem panu, że nie posiadam tak wielkich wpływów, jak zdaje się panu wydawać. — Przyciszył głos, nachylając się do piorunującego go wzrokiem Snape'a. — Pan, oczywiście, albo nie chce mnie słuchać, albo nie potrafi tego zrozumieć. Pozwoli więc pan, że powtórzę: nie mam nieograniczonego posłuchu, panie Naczelniku, nie jestem jakimś respektowanym, poważanym przywódcą. Jestem człowiekiem, który w pewien sposób zna się na działaniach bojowych i ma jako takie pojęcie o skutecznych planach działania, co, jak pan widzi, jest wykorzystywane przez tych, co posłuch mają. Nie odwołam tej misji, bo nie mam do tego prawa.
— Więc wytocz przed McGonagall argumenty przeciwko — warknął Snape, wyglądając, jakby z każdą chwilą był coraz mocniej wyprowadzany ze stanu równowagi. — Nakłoń ją do zmiany zdania, wpłyń jakoś na tę absurdalną decyzję i...
— Najdroższy Merlinie! — zirytował się Harry. — Kto, jeśli nie pan, powinien wiedzieć najlepiej, że przywódców wojennych się do niczego nie nakłania — zawołał, wściekle gestykulując. — Jeśli ma pan czas i ochotę, to proszę, droga wolna, niechże pan idzie i nakłania McGonagall do zmiany zdania. Problem w tym, że skupił się pan na mnie, sądząc, Merlin raczy wiedzieć czemu, że jestem tutaj głową dowodzącą, a powinien pan wiedzieć, że fakt, że przypadła na mnie konieczność przewodzenia w walce niczego tak naprawdę nie dowodzi. Czy panu Voldomort za swoich czasów nie przydzielał jakichś genialnych, wysokich stanowisk bądź też obowiązków przeprowadzenia jakiegoś ataku? I czy znaczyło to, że awansował pan na stanowisko wyższe od niego? Na miłość boską, proszę to przemyśleć, a teraz żegnam pana, Naczelniku, mam działanie do przeprowadzenia.
Harry wyszarpał ramię z niezbyt już mocnego uścisku mężczyzny, a gdy ten nic nie odpowiedział, wpatrując się w jego twarz z dziwnym rodzajem zamyślenia, powstrzymał ironiczne prychnięcie i odwrócił się na pięcie, zbiegając ze schodów ze sprawnością kota i podążając pospiesznie ku wyjściu na błonia. Miał ogromną nadzieję, że na kilka najbliższych dni udało mu się pozbyć uwłaczającej obecności Snape'a.
-VVV-
Starał się miarkować słowa i mówić z jak największą ostrożnością, ale na nic się to zdało przy paskudnym humorze Lucjusza Malfoya.
Albert Jackson skulił ramiona, obserwując pieklącego się czarodzieja, którego ręce i barki zaczęły drżeć jak od wpływu zimnych frontów, a chłodne, szare oczy błysnęły wściekle jak dwie, wybuchające gwiazdy.
— Ty bezużyteczny durniu, nawet ja zdołałem prędzej od ciebie wkraść się w bliższe otoczenie Pottera — powiedział zimnym jak lodowiec górski tonem pan Malfoy, a jego dłonie zacisnęły się i rozluźniły jak mechaniczna uszczelka, jakby rozważał pochwycenie niedoszłego aurora za kołnierz i ciśnięcia nim o ścianę niby manekinem z wosku.
— P-proszę o wybaczenie, panie Malfoy, ja naprawdę się starałem...
Starszy Malfoy zaśmiał się w taki sposób, że dreszcze przemknęły w górę i w dół szyi Alberta.
— Starałeś się, tak? — powtórzył starszy czarodziej; jego głos był niczym przeciągnięcie ostrza sztyletu po gołej szyi, jak ostre ukłucie igieł wbijanych w tchawicę i Albert musiał przygryźć wargę, aby zapobiec jej drżeniu. — Zrobiłeś wszystko, co w twojej mocy?
Albert - miał nadzieję, że dyskretnie - przełknął ślinę i zaczął wpatrywać się w czubki własnych butów - trochę jak dzieciak przyłapany na zbiciu wazonu.
— Zrobiłem tyle — powiedział cicho — ile się dało...
— Czyli niewystarczająco wiele — sprostował ostro pan Malfoy, spoglądając na niego jak na coś obrzydliwego, co przykleiło mu się do buta.
Pełna zmarszczek twarz Lucjusza Malfoya wciąż miała w sobie coś takiego, co przywodziło na myśl dworną dostojność, a choć jego niegdyś białe jak śnieg włosy straciły niedzisiejsze lśnienie, układały się w eleganckie, niewielkie loki opadające na ramiona jak sprężyny.
— Mam dosyć ciebie i twoich prób — kontynuował pan Malfoy; jego arystokratyczny sposób mówienia onieśmielał i zachwycał jednocześnie - było coś takiego w tonie jego głosu, co odznaczało się powagą i dumą, i sugerowało, że wszystko, co się do niego mówi, jest niewarte wysłuchania. — Uważam cię za pogardy godnego nieudacznika, który ze wszelkich sił stara się wspiąć na wyżyny, ale za każdym razem spada już z pierwszego stopnia, niezdolny dosięgnąć piedestałów. Współpracowałeś z nami, bo chciałeś zapewnić bezpieczeństwo rodzinie, ale powiem ci, drogi mój przyjacielu, że taka współpraca jest nic niewarta.
Albert przełknął ślinę, czując nagłe zawroty, jakie wstrząsnęły jego żołądkiem - miał wrażenie, jakby ktoś zamknął go w szczelnej, przezroczystej tubie i powoli redukował w niej wysokość ciśnienia.
— Panie Malfoy — powiedział słabo, skacząc spojrzeniem pomiędzy płonącymi jak stal, szarymi jak kurz oczami Lucjusza Malfoya — kiedy ja naprawdę...
Lucjusz Malfoy skrzywił się paskudnie i pokręcił głową, wyglądając jakby odganiał się od natrętnej muchy.
— Jeśli już chcesz kierować do kogoś swoje żale, idź z tym do Naczelnictwa i nie zaprzątaj mi głowy własnymi troskami — rzekł lodowatym tonem Malfoy, lustrując Alberta wzrokiem od stóp do głów; zimny dreszcz - w odpowiedzi na przewiercające spojrzenie, którym był częstowany - przemknął w górę i w dół jego kręgosłupa jak kolejka górska wspinająca się po linie. — To wszystko, co mam ci do powiedzenia.
Mężczyzna odwrócił się na pięcie, a Alberta ogarnęło dziwaczne uczucie pustki napierającej na jego ciało z każdej strony, jakby otaczające go powietrze zgęstniało i zaczęło go przytłaczać. Czuł się słabo i nie wiedział, co powinien zrobić. Jeśli stare groźby Lucjusza Malfoya wejdą w życie, nie wytrzyma tak wielkiego napięcia. Bał się o swoją rodzinę, wiedział, że gdyby ich utracił, przytłoczyłoby go to jak nic innego na całym, wielkim świecie, a nie był pewien, do czego może się posunąć starszy Malfoy.
Być może czas zagrać w otwarte karty? Być może czas po kryjomu uświadomić pana Pottera, na czym opierała się jego desperacja? Być może znalazłby on dla niego rozwiązanie tej patowej sytuacji?
Albert oblizał nerwowo wargi i ruszył w przeciwną do pana Malfoya stronę.
A może — pomyślał mgliście — czas zawinąć manatki, spakować rodzinę i uciec z tego kraju?
To rozwiązanie chwilowo nie brzmiało dla niego aż tak głupio, jak mogłoby się wydawać.
-VVV-
Christopher Brewer okupował własny gabinet w towarzystwie jednej ze starszych panienek, kiedy powietrze rozdarł ogłuszający huk, od którego nieomal zatrzęsła się ziemia. Christopher oderwał usta od szczupłej, dziewczęcej szyi i zerknął w popłochu w stronę okna, myśląc, że jego bębenki uszne tego nie wytrzymają. Jego serce na moment zatrzymało swój bieg, kiedy uświadomił sobie, że z oddali zdaje się nadciągać głuchy odgłos serii karabinowych wystrzałów.
— Na boga — wyszeptał Christopher, czując, jak chłód podchodzi mu pod gardło, a potem wspina się w górę, sięgając uszu, dotykając skroni.
— Co to było? — przestraszyła się wtulająca się w jego klatkę piersiową Lisa i mocniej przyległa do jego ciała, rozglądając się z podszytym strachem niepokojem po ciemnych kątach pokoju.
Christopher, czując, jak bardzo napinają się jego mięśnie, odetchnął głęboko, starając się zebrać myśli.
— Miejmy nadzieję, że nie to, na co brzmiało...
Drzwi gabinetu trzasnęły jak łamana kość, a Christopher wzdrygnął się i łagodnie, acz stanowczo ściągnął ze swoich kolan mocno zaniepokojoną Lisę.
— Zbieraj się Chris! — wykrzyczał od drzwi Karl, gestykulując przy tym tak żywo, że o mało co nie wygrzmocił rękami o framugę, nerwowo zerkając to przez ramię, to w stronę drżącej szyby okna gabinetu, kiedy hałas, zamiast zanikać, wzrastał z każdą chwilą. — Byle szybko, na litość Merlina!
Chris pobladł, czując jak niemiłosierny chłód dotyka każdej kostki w jego ciele, zerwał się z miejsca i zaczął pospiesznie zgarniać ku sobie rozwalone po biurku pergaminy.
— Co ty robisz? — zawołał Karl, brzmiąc, jakby był na wpół sfrustrowany, na wpół zlękniony.
— A na co to ci wygląda? — odwarknął wściekle Christopher, czując jak biała gorączka uderza mu do głowy jak wino, starając się zagarnąć ku sobie wszystkie najbardziej istotne dokumenty. — Ratuję nasz dobytek!
— A niechże piorun strzeli tę zakichaną dokumentację! — krzyknął Karl z szybkością jednego oddechu doskakując do brata i chwyciwszy go za ramię, siłą zaczął odciągać zdekoncentrowanego mężczyznę od biurka. — Łapiemy dziewczyny i zawijamy interes! Lisa, choć no tutaj! — Karl wyciągnął chaotycznie ramię ku wysokiej, niebrzydkiej kobiecie, a ta bez chwili zastanowienia przypadła do niego i ścisnęła jego dłoń tak mocno, że pobielały jej palce.
Kolejny huk rozległ się tak blisko, że szyby w oknach zadrżały jak na kontakt z gigantyczną falą dźwiękową i Christopher pomyślał z przerażeniem, że jeszcze moment, a otoczy ich deszcz ostrych jak brzytwa, szklanych drobinek, sypiących im się na głowy i wpadających do oczu. Od wzrastającego huku rozbolała go głowa, niemalże przestał słyszeć, co wykrzykuje do niego czerwony na twarzy Karl. Christopher rzucił się za bratem do drzwi, gubiąc dłonie w plątaninie własnych szat, rozpaczliwie starając się wydobyć z nich różdżkę. Podłoga zatrzęsła się pod ich stopami z taką werwą, że Christopher sam nie wiedział, jakim przeklętym cudem utrzymali równowagę. Wreszcie, sunąc wzdłuż znajomych korytarzy, zipiąc jak koń wyścigowy, zmierzając za bratem do tylnych drzwi, udało mu się wyszarpać z kieszeni różdżkę, jedynie cudem jej przy tym nie łamiąc. Szarpnięciem wycelował końcówkę w swoje gardło; pękająca gdzieś blisko szyba skutecznie zagłuszyła słowa inkantacji padające z jego ust. Chwilę potem ryknął na całe gardło, aż zapiekło go podniebienie miękkie:
— UCIEKAJCIE! UCIEKAJCIE!
Jego głos przelał się przez kondygnacje jak spływająca z wulkanu lawa.
Złapał w biegu mijaną na zakręcie kobietę, omal nie zwalając jej przy tym z nóg, szarpiąc ją za sobą w stronę zaplecza; korytarz zdawał się wirować przed jego oczami, a nagły tłok dziewcząt, które wylały się z różnych części lokalu, oraz rzeka rozkojarzonej klienteli, składającej się z przeróżnej klasy panów w wieku średnim, naparł na niego i brata, oddzielając ich od siebie z bezwzględną precyzją. Mocniej przycisnął do siebie złapaną dziewczynę, różdżkę przyłożył płasko do bijącego szaleńczo serca, bojąc się, że w tym nienaturalnym zgiełku złamie ją zaraz jak słabowitą kość, myśląc, że jeszcze moment i nabawi się zawału. Gdzieś z okolic głównego wejścia rozległy się przerażone piski dziewcząt i krzyki zaskoczonych klientów, a Christopherowi serce podeszło pod gardło, gdy odgłos wystrzałów z broni maszynowej przetoczył się po korytarzach jak woda.
Przeklinał właśnie zabezpieczenia antydeportacyjne i antyaportacyjne nałożone na większą część lokalu, mające na celu uchronienie dziewcząt przed nalanymi klientami, którym nie wiadomo co mogłoby strzelić po pijaku do tych pustych łepetyn. Bariery nie obejmowały tylnego zaplecza, nazywanego przez wszystkich „palarnią" i Christopher modlił się, aby jak największa liczba dziewcząt zdążyła tam dotrzeć w porę.
— Jesteś Chris?! — krzyknął Karl, oglądając się na niego przez ramię.
— Nie oglądaj się! — zganił wściekle brata Christopher, czując już powiewy chłodniejszego powietrza, które przeciąg roznosił po budynku. — Biegnij!
Chwilę potem ziemia zatrzęsła się jak od uderzenia meteorytu, przeciągłe rysy rozbiegły się po suficie jak mrówki, a ściany zaczęły trzeszczeć, jakby ledwo utrzymywały własny ciężar.
— Biegnij, cholera jasna! — ryknął do brata Christopher, popchnął trzymaną za rękę dziewczynę przed siebie ku widniejącym w zasięgu ich wzroku, otwartym na oścież drzwiom, jakby była szmacianą lalką i słysząc ogłuszający, wibrujący w uszach trzask zasłonił twarz dłońmi.
Płaty sufitu spadły na niego jak porażenie, tnąc skórę, przygniatając nogi, tłukąc w głowę. Christophera otoczył szary, suchy pył, którego mętny smak poczuł w gardle, który kleił się do jego języka i podniebienia. W ustach poczuł metaliczny posmak krwi; przygniatało go coś ciężkiego, a on leżał pod tym bezwolnie, w nienaturalnej pozycji. Czując, jak panika wdziera się w jego ciało, zaczął rozpychać się łokciami, dłońmi, szamotać nogami, w których coś przeraźliwie piekło; kaszląc i plując wszędzie wokół, starał się złapać tchu, ale powietrze było jakieś gęste, nienaturalne. Przez moment stracił rachubę w tym, gdzie jest góra, gdzie jest dół, ale dalej uparcie bił rękami, zaciskając dłonie w pięści, czując, że paznokcie odrywają mu się od ciała z ostrym jak sól bólem. Rozgarnął gruz nad swoją głową i jak topielec wygrzebał się spod resztek dachu i ścian, łapiąc łapczywie powietrze w piekące niemiłosiernie płuca. Przetarł wierzchem dłoni oczy i mrugając zawzięcie, spojrzał w górę.
Nad nim, jak obraz z galerii sztuki rozciągało się czyste niebo. Rozejrzał się wokół siebie. Budynek wciąż stał, ale w dachu ziała rozległa, ziejąca pustką dziura, przez którą do środka wdzierało się lodowate powietrze.
Ktoś złapał go za wyciągniętą spod tony kamieni rękę i pociągnął z ogromną siłą ku górze.
— Przeklęty idiota! — usłyszał nad sobą głos Karla i pomyślał, że szczęście nie opuściło go jeszcze do końca.
Z pomocą brata, mrugając wściekle z nienaturalną częstotliwością, starając się pozbyć drobinek tynku z oczu, plując pyłem jak jakaś alpaka, wygrzebał się spod gruzów, opierając własny ciężar na znajomych, ciepłych, silnych ramionach.
— Ciebie też świetnie widzieć, bałwanie — wychrypiał, oddychając ciężko jak astmatyk.
Karl zacisnął mocno ramiona wokół jego pasa.
— Trzymaj się, Chris! — ryknął Karl do jego ucha tak głośno, że Christopher pomyślał, że za moment pękną mu bębenki.
Zanim jednak zdążył wyrazić własną skargę, poczuł szarpnięcie w okolicach pępka. Przed oczami - jak smuga dymu ulatującego z komina - zawirowała mu szarość.
-VVV-
Harry, przeklinając na czym świat stoi, wybiegł na błonia, odkrywając, że wszyscy czekają już tylko na niego.
Droga Morgano — pomyślał z irytacją mieszającą się ze zgorszeniem — tak to jest, kiedy marnuję czas na dogadzanie przeklętej władzy krajowej i wykłócanie się z nią o największe oczywistości.
Czuł jak jego peleryna zapętla mu się wokół kostek, ociera o kolana, uderza w uda przy każdym podmuchu wiatru. Jego przydługie włosy rozwichrzyły się, upodabniając do witek miotły - każdy włos zaczął sterczeć pod innym kątem, niemal jak za szkolnych, starych lat, w których za żadne skarby nie był w stanie przyzwoicie ich ułożyć na głowie, bez względu na własne starania.
Anderson wybiegł mu naprzeciw.
— Skład aurorski w pełnej gotowości! — zawołał Anderson, przekrzykując wiatr, zawracając, kiedy dobiegł do Harry'ego i równając z nim krok. — Mamy jeszcze Patrica Gillespie, Joe'ego Martina i Reece'a Byrne. Parkinson wściekła jak osa, ale wyraziła zgodę na ich udział. Mówi, że nabrali sił.
— Ilu ludzi z Naczelnictwa? — zawołał Harry, pobieżnie lustrując wzrokiem zebranych, stojących w oddali, nad jeziorem.
— Żadnego, szefie — odparł z niejaką nerwowością Wally — za to przyłączyli się ludzie z tego... hmm, stowarzyszenia.
— Masz na myśli: z organizacji Antoniusza? — uściślił Harry, na co Anderson machnął niedbale ręką, kiwając jednocześnie głową.
— Jeden pies.
Harry stwierdził, że nie ma obecnie czasu na komentowanie podobnych zachowań.
— A Draco? — podjął, kiedy zbliżali się do zebranych ludzi i nie dostrzegł wśród nich czupryny jasnych jak śnieg włosów.
— Depcze ci po piętach, szefie.
Harry, z niejakim roztargnieniem, obejrzał się przez ramię i ujrzał pędzącego od strony zamku, w odległości kilku metrów od nich, Dracona, ściskającego kurczowo różdżkę w prawej dłoni. Nie był on jednak sam.
Harry zatrzymał się raptownie i z powiewem peleryny odwrócił w stronę biegnących w jego stronę czarodziejów.
— Kartina! — ryknął; jego głos przelał się echem przez błonia, muskając trawy, dotykając jeziora, roznosząc się po horyzonty. Iskra frustracji i zniecierpliwienia uderzyła mu do głowy, jakby padła na benzynę. — Na miłość Morgany, wracaj do zamku!
Oddychając głęboko, Harry pomyślał, że skoro wydawało mu się, że kilka słów rozkazu sprawi, że ta uparta sztuka bezsprzecznie się go posłucha, to chyba nie zna Katriny dostatecznie dobrze.
Zachowywała się, jakby w ogóle go nie usłyszała albo jakby jego słowa wcale nie padły. Spieszyła w ich stronę bez najmniejszego wahania widocznego na twarzy, z solidną stanowczością migoczącą w oczach. Harry zacisnął zęby, wyciągnął rękę i w chwili, w której dwójka czarodziejów znalazła się bliżej, pochwycił ramię Katriny w szczelnym, mocnym uścisku. Szarpnęła się jak sarna złapana w łowieckie sidła.
— Słyszałaś? — Jego głos zabrzmiał ostrzegawczo, jego oczy zwęziły się nieznacznie. — Nie idziesz z nami.
— A właśnie, że idę! — fuknęła, a jej chuda twarz stężała i nabrała jakichś pełnych powagi i zdecydowania rysów, które za nic nie pasowały do tej jasnej, dziewczęcej twarzy. — To także moja wojna i nie masz prawa decydować o tym, w jakich działaniach mogę uczestniczyć, a w jakich nie!
Rozdrażnienie zrodzone ze ślepej obawy uderzyło mu do głowy jak wino i Harry pochylił się nad Katriną, która zadarła buntowniczo nos.
— Posłuchasz mnie albo zawołam twojego ojca i oddam sprawę w jego ręce, więc rób co mówię, póki grzecznie cię proszę — warknął cicho, przeskakując spojrzeniem pomiędzy jej czarnymi, rozognionymi oczami.
Katrina zazgrzytała zębami.
— Znowu to robisz — rzuciła z zarzutem — traktujesz mnie, jakbym nie była kimś równym tobie, zachowujesz się wobec mnie protekcjonalnie, zupełnie, jakbyś nie uprawiał ze mną seksu zaledwie...
— Zamknij się — wycedził przez zęby Harry, kiedy czerwone światełko zamigotało w jego głowie jak obraz w starym, mugolskim kinie — i nie dokazuj, bo za moment to nie ze mną będziesz przeprowadzała tę dyskusję.
— Nawet się nie waż! — rzuciła rozkazująco Katrina, celując palcem w jego pierś; Harry poczuł, jak jego nerwom puszczają wodze, a irytacja przecina jego ciało jak błyskawica.
Podniósł różdżkę i zaintonował:
— Expecto Patronum!
Katrina wyglądała, jakby za moment miała tupnąć nogą; Harry patrzył na nią nieugiętym, twardym wzrokiem, mając nadzieję ją spłoszyć, zniechęcić, sprawić, by uciekła z wściekłym grymasem i poczuciem niesprawiedliwości pulsującym z każdego skrawka jej młodego ciała. Srebrny jeleń okrążył ich płynnym galopem, jakby był formą upomnienia, ostatnią szansą na decyzję, a w następnej chwili wystrzelił w kierunku zamkowych murów z prędkością strzały Kupidyna.
Dziewczyna nie odwróciła wzroku, aby za nim spojrzeć; pokręciła powoli głową i rzuciła Harry'emu spojrzenie graniczące z politowaniem.
— W ogóle nie rozumiesz pojęcia równości w związku — wypluła, jakby spodziewała się, że dotknie tym Harry'ego do żywego.
Zielonooki uniósł brwi, spoglądając na Katrinę z góry, oplatając się woalką chłodu jak ostatnią tarczą stojącą pomiędzy nim a pęknięciami trzeszczącymi jak żwir pod podeszwami, rozchodzącymi się wzdłuż jego tętniącego głucho serca.
— Równość w związkach nie istnieje — odparł, przechylając głowę, trochę jakby rzucał wyzwanie.
Katrina prychnęła i uśmiechnęła się krzywo; ten wyraz był tak podobny do ironicznego uśmiechu Snape'a, że Harry'emu zrobiło się zimno aż po same kości. Odetchnął głęboko i spróbował dotrzeć do niej inną drogą:
— Zrozum, że chcę cię chronić... — zaczął powoli, ostrożnie dobierając słowa, przeczesując włosy pospiesznym gestem dłoni; zgiełk panujący wokół i niecierpliwość ludzi, szykujących się do walki, sprawiał, że jego pozorny spokój chwiał się nad przepaścią, jakby lada moment miał w nią runąć.
— Nie jestem dzieckiem, Harry, i nie potrzebuję ochrony — przerwała mu Katrina, krzywiąc się jak od gorzkiego lekarstwa — a ty nie jesteś moim starszym bratem, żeby w ogóle podobne rzeczy rozważać. Radziłabym się nad tym zastanowić — powiedziała Katrina i odwróciła się na pięcie, zanim jeszcze Snape zdążył dotrzeć na błonia, aby ją zawrócić.
Harry, czując dziwny ucisk w piersi, patrzył na jej włosy, skaczące jak sprężyny po jej wyprostowanych plecach przy każdym, pojedynczym kroku primabaleriny. Jej łopatki były spięte tak bardzo, że martwy ciężar zawisł na jego sercu, kiedy na nie spojrzał. Odwrócił się gwałtownie ku czekającym aurorom, nie mając siły patrzeć na plecy biegnącej dziewczyny, na pasmo ciemnych włosów powiewających za nią jak firanka zawieszona przy otwartym oknie; miał dziwne, zgrzytające mu w umyśle wrażenie, że odkąd zbliżyli się do siebie cieleśnie, coraz bardziej się od siebie oddalają. Pokręcił głową, pragnąc odciągnąć od siebie niepotrzebne myśli.
Podniósł wzrok na tych którzy jeszcze mięli siłę (bądź udawali, że ją mieli - on sam nie miał).
— Nie panikujcie — zażądał, podnosząc głos, aby przebić się słowami nad szmerem wymieniających szybkie spostrzeżenia i słowa wsparcia ludzi — przede wszystkim. Jak zwykle, działajcie szybko, bezwzględnie i z precyzją noża pomagającego w przeprowadzaniu sekcji zwłok. — Nie zawahał się, mówił krótko i dosadnie, próbował wymazać spod powiek obraz rozognionych, czarnych oczu.
— Jaki jest nasz cel? — zapytał któryś z zebranych. — Mamy ewakuować czarodziejów? Zabić mugoli? Odeprzeć natarcie?
Harry zacisnął zęby, wiedząc, że cel jest więcej niż jeden i że nie jest ani szlachetny, ani rozsądny. Rozejrzał się po czekających na jego zawołanie do działania ludzi, częstując ich twardym, zimnym spojrzeniem.
— Macie przeżyć — powiedział ledwie poruszając przy tym wargami. — Macie pokazać mugolom, że czarodzieje wciąż walczą i że nie tak łatwo złamać w nich ducha. Macie ograniczyć straty i ocalić tak wiele czarodziejskich istnień, jak to będzie możliwe. — Harry zamilkł na moment, ruszając przed siebie w kolumnę zgromadzonych magów, nie patrząc na nikogo konkretnego, z ciężkim, wzdętym sercem ociekającym dymem wypalenia. — A jeżeli uznacie, że nie macie już w swoich duszach nadziei — dopowiedział, zerkając gdzieś poza ramy świata — uciekajcie i nie marnujcie życia. — Obrócił się i zniknął w wirze teleportacji, zanim ktokolwiek zdołał odpowiedzieć mu na to choćby krzywym spojrzeniem i kwaśną miną.
Obraz zawirował jak zabawkowy bączek nakręcony rękami dziecka.
-VVV-
Przyśnił mi się kiedyś taki sen: wszędzie wokół wrzawa, ryczą tarabany, McGonagall patrzy na mnie tymi swoimi mądrymi, wnikliwymi oczyma znad zjeżdżających jej na nos okularów i mówi: „idź walczyć", a potem: „nie zatrzymam cię", Draco uśmiecha się z iskrą obiecującą niebezpieczeństwo w swoich szarych jak kurz wojenny oczach, wyglądając tak, jak jego ojciec sto lat temu w Departamencie Tajemnic, przychodzi jakaś depesza albo wezwanie, a może zwyczajny list, a ja chwytam różdżkę, wyciągam ramię i jak chojrak idę z nią naprzeciw tabunu zasypujących mnie, mugolskich pocisków. Mam pył na rękach albo proch z karabinów i krew pomiędzy palcami, ale idę, nie potykam się, nie waham, jakbym miał serce odlane z mosiądzu.
I nagle ktoś chwyta mnie w pasie i odciąga z dala od bitewnego pyłu, z dala od huku armat i salw karabinów, ktoś kładzie ręce na moim brzuchu, na moich żebrach, na moich biodrach i ciągnie mnie do tyłu, z całych sił, mocno, a ja się opieram, wyrywam do walki, ale nie jestem wystarczająco silny, nie przy tych ramionach owiniętych wokół mnie z siłą Diabelskich Sideł.
— Nie idź — mówi Katrina, nachylając się do mojego ucha, błaga mnie, zaklina. — Nie idź, zostań! — krzyczy, kiedy nie odpowiadam. — Z tej wojny możesz nie wrócić z honorami jak z czarodziejskiej. Tej wojny nie rozumiesz. Tej wojny nie znasz, nie znasz, nie znasz...
Wyrywam się i nie słucham jej błagań, idę w ogień, na oślep, w ciemno. Wchodzę w dym tak gęsty, że szczypią mnie oczy, że ronię krokodyle łzy, że kaszlę jak astmatyk i nie widzę w nim niczego, niczego. Nawet siebie.
-VVV-
Nokturn, w całej swojej czarnej sławie, nigdy nie był tak złowróżbnym, tak szarym miejscem. Pierwszym, co zobaczył Harry, kiedy znaleźli się na miejscu był gruz. Tony gruzu leżące wzdłuż ulicy jak zsyp śmieci, jakby ktoś go tam celowo zostawił, jakby był pozostałością po wielkim remoncie. Wzdłuż niego - jak tabun niespokojnych gęsi - biegali ludzie. Czarni, pokryci pyłem, popiołem, błyskający bladymi oczami zza czarnych twarzy, czarnych ust, czarnych powiek. Nawet języki mieli czarne, jakby przykleiła się do nich jakaś złośliwa narośl. Gdzieś spośród gruzów wystawała ręka - nie była duża, wyglądała na dziecięcą - równie czarna, jak czarne były ludzkie widma krążące wokół. Wygięta pod dziwnym kątem i oblepiona krwią, która nawet w rozbłyskach rzucanych przez ogień zamiast czerwieni sączyła się czernią.
Harry w pierwszej chwili miał ochotę odwrócić się plecami do gruzowiska i obficie zwymiotować pod nogi.
— O najdroższy Merlinie — Zazwyczaj przesiąknięty cynizmem głos Reece'a Byrne zabrzmiał jak słowa kogoś, kogo mózg ma moment przeistoczył się w miałką gąbkę ociekającą wodą.
Harry, oddychając, jakby coś go przyduszało, wiedząc, że z każdą chwilą blednie bardziej od tarczy księżyca, rozejrzał się po gruzowisku, na jakim się znaleźli.
— Zwlekaliśmy zbyt długo — wypowiedział matowym głosem myśli Harry'ego Wally.
Zielone oczy spojrzały beznamiętnie w twarz swojego aurora.
— Dziękuję za tę wnikliwą uwagę, Anderson — powiedział głosem, za którym nie stało już nic, jedynie pustka szarych ścian.
Harry opuścił różdżkę i zaczął iść wzdłuż powalonych budynków; jego podeszwy przyklejały się do splamionego krwią bruku. Tępy ból pulsował gdzieś za jego oczami, ściskał gardło, nie pozwalał oddychać. Powietrze śmierdziało prochem i spalenizną, a Harry miał nieznośne wrażenie, że klei się ono do wnętrza jego dłoni, do języka, że mętny pył osiada w jego nosie i na podniebieniu; zacisnął zęby, kiedy przechodził koło rozciągniętych w poprzek brukowanej uliczki, nadpalonych zwłok, znad których wciąż unosił się obłok dymu.
Harry drżącymi dłońmi złapał za klapy zwęglonego płaszcza jakiegoś zataczającego się, przedwcześnie zestarzałego mężczyznę. Ten zamrugał i zaczął wywijać się niezdarnie, balansując na nogach jak na szczudłach. Śmierdział przefermentowanym alkoholem.
— Gdzie znajdę bar Tommy'ego? — zapytał cicho, świdrując wykrzywiającego się jak od gorzkiego lekarstwa mężczyznę, wyglądającego, jakby lada moment miał opróżnić zawartość własnego żołądka. Harry się nie odsunął.
— Zostaw mnie pan! — wybełkotał mężczyzna i beknął potężne, sprawiając tym samym, że irytacja wezbrała w obojczykach Harry'ego jak krew.
Zielone oczy zmrużyły się nieustępliwie, a chude dłonie mocniej zacisnęły na klapach brudnego płaszcza i potrząsnęły bezlitośnie wodzącym nieobecnym wzrokiem czarodziejem.
— Odpowiadaj! — warknął Harry, mając ogromną chęć zazgrzytać zębami.
Mężczyzna podniósł dłonie w obronnym geście i zaczął nimi wymachiwać przed twarzą Harry'ego, czym zaprowadził go na skraj irytacji.
— No dobra, dobra — zaczął się bronić opryszek, skupiając rozbiegany wzrok na twarzy Harry'ego. — Ale informacja kosztuje dwanaście sykli.
Harry poważnie zaczął się zastanawiać, czy nie przedstawić mu siły swojej pięści. Coś w jego twarzy musiało ulec zmianie, coś musiało pociemnieć w jego zielonych oczach, bo mężczyzna przełknął ślinę i skulił ramiona.
— Prosto tamtą ulicą — wyciągnął ramię i pokazał wejście na wąską uliczkę po przeciwnej stronie brukowanej drogi — aż do drugiego zakrętu, tam w prawo, a potem znowu pierwsza w prawo. — Mężczyzna zakołysał się jak bujany fotel i mrużąc oczy, przyjrzał się w głębokim skupieniu twarzy Harry'ego. — Czy ja cię skądś nie znam?
Harry nie odpowiedział; wycelował różdżką w jego umorusaną sadzą twarz i zobliviatował czarodzieja, bez mrugnięcia okiem. Puścił klapy jego peleryny i z tym samym mętnym wyrazem twarzy odwrócił się do lekko pobladłych towarzyszy.
— I co teraz, Harry? — zapytał cicho Draco, kopiąc jakiś kamień leżący mu pod butem, patrząc na niego z taką niepewnością, że przez moment chłodna obojętność pasożytująca na umyśle Harry'ego została zastąpiona iskrą serdeczności.
— Wracajcie do zamku, nic tu po nas.
— Wracajcie? — zauważył błyskotliwie, ku lekkiemu niezadowoleniu Harry'ego, Patric Gillespie. — A pan zostaje, panie Potter?
Harry rzucił przeciągłe spojrzenie wąskiej uliczce, którą wskazał mu przyparty do muru mężczyzna.
— Muszę coś załatwić.
— Idę z tobą — zaoferował Draco, ruszając w jego kierunku, ale Harry zmroził go wzrokiem, który spopielił jego śmiałość.
— Nie — odezwał się cicho, zatrzymując Dracona w miejscu. — To nie jest żadna heroiczna działalność. Muszę jedynie coś sprawdzić.
— Więc nie zrobi ci różnicy, jeśli...
— Nie, Draco — przerwał swojemu rówieśnikowi Harry, odwracając się w stronę zaułka. — Wracajcie do zamku.
Zanurzył się w mętnych oparach tlącego się nad ulicami, czarnego jak sadza dymu.
-VVV-
Przemykał wąskimi uliczkami jak cień, obserwując obraz całkowitego zniszczenia, jaki pozostawili po sobie mugole. Istna gehenna pełna prochów utrzymujących się w powietrzu jak gazy cieplarniane, grzęzawisko kamieni, gipsu i otynkowania, w którym brodził po kolana, starając się przecisnąć przez zawalone gruzem, wąskie uliczki, czując się jak cyrkowiec przesuwający się wewnątrz wąskiej, gumowej rury. Jakiś zabłąkany kot, który wyskoczył nagle z jakiejś mętnej dziury spośród walących się wszędzie kamieni, przyprawił go o głośniejsze palpitacje serca i omal nie zapłacił za to wszystkimi czterema łapami, kiedy Harry - z mechanicznością wpojoną przez wojnę - wycelował w niego różdżką z paskudną klątwą na języku. Głośne: „miau" zdusiło zaklęcie w gardle Harry'ego, który skrzywił się, patrząc na rudy, umorusany sadzą ogon znikający za rogiem sąsiedniego zaułka.
Wspomniany przez Katrinę „bar Tommy'ego" jawił się Harry'emu dymiącymi zgliszczami osmolonymi sadzą. Przed wciąż tlącymi się językiem ognia drzwiami siedział poparzony starzec, trzymający w ramionach jakąś niewysoką istotę, z paniką błądzący palcami po jej pokrytej pyłami szyi. Desperackie próby obudzenia nieprzytomnej spowodowały, że serce Harry'ego struchlało, a on sam musiał na moment zamknąć oczy i zebrać w sobie siłę, aby nie odwrócić się plecami i nie uciec stąd w jednym zrywie deportacji.
Zebrał skrupulatnie rozpadające się cząstki swego serca i powciskał je bez ładu i składu, naprędce i - mimo głosu rozsądku, skrzeczącego mu w uszach tonem dziwnie bliźniaczym do tonu domowej skrzatki - fragmentarycznie na swoje pierwotne miejsca i zbliżył się do dwójki umazanych sadzą ludzi miękkimi krokami.
Barman, o oczach wyblakłych jak stare gazety, dostrzegł go i działając raczej machinalnie, zasłonił ramieniem nieprzytomną dziewczynę, wybałuszając na Harry'ego lekko zszokowane spojrzenie.
Harry podniósł ręce do góry, upewniając się, że jego różdżka będzie doskonale widoczna w jego dłoni i spojrzał podstarzałemu mężczyźnie prosto w oczy.
— Mam dobre zamiary — powiedział, podnosząc głos na tyle, aby być pewnym, że mężczyzna go usłyszy.
Odpowiedziało mu kwaśne skrzywienie i ochrypły, odrzucający głos:
— W tych stronach co drugi ma najszczersze intencje.
Kącik ust Harry'ego drgnął w bladym uśmiechu.
— Tak, zdaję sobie sprawę — odrzekł, kucając na ziemi naprzeciw starszego czarodzieja — dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane.
Barman ze zmęczeniem przetarł oczy i zamrugał, kiedy pył wpadł mu pod powieki.
— Filozof — prychnął opieszale, głosem sugerującym, że ma wyjątkowo niskie mniemanie o filozofach.
Harry wzruszył ramionami.
— Zwyczajny człowiek twardo stąpający po ziemi — odparł, podczas gdy barman zaczął bezceremonialnie czynić oględziny jego twarzy; blade oczy - a jakże - zatrzymały się na znamienitej bliźnie na jego czole. Mężczyzna na moment znieruchomiał, po czym odwrócił wzrok, przyciskając do piersi bezwładne, mniejsze, dziewczęce ciało.
— Nie potrzebuję wybawienia świętego Harry'ego Pottera — powiedział i choć Harry spodziewał się, że zabrzmi butnie i odstraszająco, ton jego głosu wskazywał na to, że równie dobrze mógł mówić zdawkowe: „reszty nie trzeba", stawiając przed Harrym pieniący się kufel wątpliwej jakości piwa.
— Ale ona potrzebuje — zrewanżował się Harry, wskazując ruchem podbródka, sugerującym, że na dobrą sprawę nic go jej życie nie obchodzi, młodą, omdlałą dziewczynę. — Żyje chociaż? — odezwał się takim tonem, jakby pytał o pogodę.
Barman odsunął wątłe, chude ciało od siebie i niebywale czułym gestem, którego Harry nie spodziewał się po kimś o tak złośliwej aparycji, odgarnął krzywymi, poznaczonymi licznymi przebarwieniami palcami rudy, sprężysty kosmyk z młodej twarzy, brudząc go sadzą.
— Nawdychała się czadu — powiedział tym swoim ochrypłym, ciężkim, kąśliwym tonem, który Harry'emu, w jakiś pogmatwany sposób, zaczął się podobać — ale tak, żyje.
Harry przekrzywił głowę, rzucając okiem na słaby oddech unoszący jej wąską klatkę piersiową.
— Zostanie oddana pod fachową opiekę medyczną — rzekł Harry powoli, wyraźnie wypowiadając każde słowo, nie chcąc, aby doszło między nimi do niedomówień — jeśli zgodzi się pan przyjąć moją pomoc.
Blade oczy barmana łypnęły na Harry'ego jak na natrętną muchę, która nie chce odlecieć spod nosa.
— A co pan, grecki Asklepios? — zaszydził, ale Harry'emu nie umknęło to, jak przygryzł dolną wargę i zmarszczył koślawo brwi, zdając się - choćby ułamkiem świadomości - rozważać jego propozycję. Mężczyzna zakaszlał sucho, nie zaprzątając sobie głowy zakrywaniem ust dłonią. Dym wyraźnie podrażnił jego gardło; zielonooki był pod wrażeniem, że ten nie zaczął jeszcze spluwać na prawo i lewo. — Nie przyjmuję pomocy od bohaterów wojennych.
Harry uniósł brwi, nie próbując wyciągać do niego rąk, przyglądając się jedynie jego pomarszczonej, przykrytej niebotycznym przemęczeniem twarzy; coś w tym spojrzeniu, które starszy czarodziej rzucał rudowłosej dziewczynie, mówiło mu, że już wygrał tę bitwę.
— A od życzliwych ludzi? — zapytał Harry, przesuwając wzorkiem po głębokich zmarszczkach zraszających czoło barmana, który prychnął cicho, nie bez zjadliwości, w odpowiedzi na jego słowa.
— Nie ufam życzliwym ludziom — powiedział chrapliwie, zerkając kątem lekko zaczerwienionych oczu na przyglądającego się jego profilowi Harry'ego. — Sam fakt, że są życzliwi świadczy o tym, że albo czegoś od ciebie chcą, albo mają nie po kolei pod sufitem.
Harry wyciągnął zapraszająco dłoń, a starszy człowiek spojrzał na nią, jak na coś wydzielającego niemożliwy do zniesienia odór, odchylając się z niesmakiem.
— Stawiłem czoło temu, którego nazywali Czarnym Panem — powiedział lekkim tonem Harry i poczekał, aż mężczyzna przesunie spojrzenie z jego dłoni na jego twarz i zniżył głos do konspiracyjnego szeptu — co świadczy o tym, że mam bardzo nie po kolei pod sufitem.
— Hmm — mruknął barman, bezwiednie przeczesując palcami rude włosy nieprzytomnej dziewczyny. — Normalni ludzie to leczą, panie Potter.
Przechylił głowę, kiedy starszy człowiek nie opuścił oczu z jego twarzy, a gdzieś na ich tyłach - jak stróżka mętnego dymu - zatlił się wątły płomyk nadziei.
— Nie zaliczam się do grona: „normalnych ludzi" — odrzekł prosto Harry, skacząc spojrzeniem po bladych, nieufnych, przyglądających mu się oczach.
Nie wiedział, co go przekonało: czy prostota, czy szczerość, czy może coś zupełnie, zupełnie innego, ale Harry'ego ogarnęła niewysłowiona, niespodziewana wdzięczność, kiedy podstarzały barman raz jeszcze zakaszlał ciężko, zacieśnił splot swojego ramienia na chudym, bezwładnym, dziewczęcym ciele i nie mówiąc nic więcej, chwycił jego dłoń.
