.

Rozdział 38

Pozwól wielbić jak pies, nawet jeśli nieszczerze

.

Powoli przyzwyczajała się do odmienności tego miejsca, do magii krążącej po korytarzach, buzującej wokół ciała jak dłonie wprawnego kusiciela, do nieprzeciętności tych licznych korytarzy, na których rześkie powietrze pachniało czasem: tętniło wiekami pokoleń dotykających tych samych ścian, stawiających kroki po tych samych posadzkach, obserwujących te same portrety ciągnące się rzędami wzdłuż wysokich, kamiennych murów. Katrina bezwiednie wyciągnęła rękę, wodząc palcami po starych ramach pod czujnym okiem sportretowanych czarodziejów, którzy milczeli, ale nie omieszkali zerkać na nią spode łba, kiedy niespiesznie szła w dół korytarza. Opuściła rękę, przykładając rozczapierzone palce do twarzy, wyczuwając ledwo uchwytne drżenie mięśni pod skórą, jakby na jej kościach policzkowych żyło tysiące maleńkich chochlików, biegających w obrębie jej twarzy, zmuszając do poruszenia cienkimi jak szpilka nóżkami poszczególne tkanki mięśniowe.

Jego zbliżające się kroki cechowały się pośpiechem, wywołującym na ustach Katriny gorzki uśmiech przykryty wnętrzem dłoni, ukryty przed światem, odciśnięty sumiennie na liniach papilarnych. Poruszał się niemal bezszelestnie - zdążyła przywyknąć do tego, jak przemykał się poprzez przestrzeń - jak pantera, jak skradający się pospiesznie kot, stąpający na miękko ugiętych łapach. Katrina zsunęła palce ku szyi i bezwiednie potarła skórę na jej boku, skrobiąc ją lekko przydługimi paznokciami.

Usłyszała, jak zatrzymuje się na jej widok, szelest szaty, której rąbek przesunął się po jego kostkach jak grzbiet ocierającego się o nogi kota, zabrzmiał w jej uszach jak podmuch wiatru.

— Jeżeli wyszedłeś z komnat, aby mnie zatrzymać — odezwała się ze zmęczeniem, podnosząc wzrok na swojego ojca i odwracając go zaledwie chwilę potem, gdy dwa czarne tunele złączyły się w jedność, tworząc pomost między ich ciałami — to zapewniam cię, ojcze, że nigdy nie było takiej potrzeby. — Katrina wzruszyła ramionami i zapatrzyła się w okno; zamglona szyba rozmazywała się przed jej oczami jak widmowa mara. — Kiedy Harry się na coś uprze, potrafi być bardzo dosadny. Ja chyba... — zawahała się, ponownie krzyżując wzrok z przyglądającym jej się ojcem - patrzył na nią, jakby była statuą wystawioną na podwyższeniu ku obopólnej uciesze turystów; Katrina odniosła dziwne wrażenie, że ten w ogóle nie mruga. — Chyba nie tak to sobie wyobrażałam.

Jej ojciec przechylił głowę na bok, przyglądając się jej z oceną jak podejrzliwy kot mierzący wzrokiem nowo poznanego człowieka. W jego spojrzeniu była jakaś niesłychana głębia, w którą Katrina obawiała dać się złapać.

— Kim jest Tommy? — zapytał nieoczekiwanie i Katrina, oddychając głęboko, bezskutecznie próbując się uspokoić, przeklęła swoją zbyt raptowną reakcję na wieść o ataku na Nokturn. Zawiedziona własną nieostrożnością ponownie wzruszyła ramionami.

— Czyimś rycerzem — odparła, odwracając oczy ku szybie, obserwując mętnym wzrokiem lekkie zarysowania w jej strukturze. — Chyba że pytasz o zawód. Jeśli tak, to Tommy jest barmanem.

— Barmanem — powtórzył beznamiętnie ojciec; czuła na sobie jego wzrok, nie mniej przewiercający, niż mugolski śrubokręt.

— Tak — mruknęła, zwilżając dolną wargę koniuszkiem języka. — Na Nokturnie.

Jej ojciec milczał tak długo, że Katrina - chcąc nie chcąc - musiała wreszcie na niego spojrzeć, aby upewnić się, że nadal tam stoi. Jego czarne oczy nie mówiły jej niczego, były zamknięte dla widza jak scena za opuszczoną kurtyną.

— Nie wiedziałem, że masz znajomości wśród barmanów na Nokturnie — odezwał się cicho, a choć ton głosu na to nie wskazywał, Katrina wiedziała, że jest nią rozczarowany. Ojciec przechylił głowę i ponownie otworzył usta. — W takim razie, kim jest Lottie? — zapytał, brzmiąc z lekka tak, jakby wcale nie chciał poznać odpowiedzi. — Jego żoną? Kelnerką? — Jego podbródek wysunął się odrobinę do przodu; uniósł jedną brew, nieznacznie zniżając tembr głosu. — A może prostytutką?

Katrina zagryzła zęby i spojrzała na ojca spod zmrużonych oczu; jej serce zabiło mocniej.

— Jakoś łatwo to wydedukowałeś — zauważyła z podejrzliwością godną żmii.

— Więc jednak prostytutka... — powtórzył; jego głos nasączył się lekką niechęcią.

Katrina odetchnęła głęboko, aby odegnać mętną irytację, która bezlitośnie uderzyła jej do głowy. Zmarszczyła brwi i wyrzuciła z siebie tonem, który ochłodził się znacznie, jak za sprawą zimnego frontu:

— Lottie jest czyjąś ucieczką. — Posłała ojcu wymuszony uśmiech, zastanawiając się, czy nie podarować sobie tej niczego niewnoszącej rozmowy i nie odejść, jak gdyby wraz z ojcem wcale na siebie nie wpadli.

Jego przenikliwe spojrzenie przeszyło jej ciało jak ułamany sopel lodu spadający z dachu. Katrina przestąpiła - nieco nerwowo - z nogi na nogę, zastanawiając się, co takiego jest w jego oczach, co powoduje u ludzi ucisk żołądka.

— Jestem w stanie to zrozumieć.

To krótkie zdanie sprawiło, że coś zimnego uderzyło w jej kości, wywołując siateczkę dreszczy, które przemknęły w dół jej chudych ramion.

— Przestań. Nie mogę... — Katrina zagryzła dolną wargę i cofnęła się, jakby widok własnego ojca ją oparzył. — Nie mogę tego słuchać, nie mogę słuchać ciebie, ja... — odetchnęła raz jeszcze, starając się uspokoić i zaśmiała się głuchym, cynicznym śmiechem z własnego, absurdalnego zachowania. — Czy nigdy nie przeszło ci przez myśl, że kiedy uciekałam spod twojej przeklętej protekcji, nigdy nie chciałam, żebyś mnie szukał? Czy nie pomyślałeś, że ja...? — Katrina zacisnęła szczękę, aby nie powiedzieć zbyt wiele, chociaż słowa same cisnęły jej się na język, układając w zdania, nad którymi nie miała najmniejszej kontroli.

Przyglądał jej się bardzo długo, zanim się odezwał, a jego słowa, jak się zdawało Katrinie, zaskoczyły nawet jego samego.

— Jesteś do mnie o wiele bardziej podobna, niż myślałem. — Przez moment wyglądał, jakby bił się z myślami; jego czarne oczy wpatrywały się w nią jak w zawiłe równanie numerologiczne zapisane bladą kredą na wytartej tablicy. — Wiem, jak się czujesz... — zaczął, ostrożnie dobierając słowa, jakby miał do czynienia z kimś niebezpiecznym, kimś, kto mógłby mieć na niego ogromny wpływ, i Katrina widziała, że się stara, że naprawdę próbuje z nią porozmawiać, tak szczerze, jak tylko potrafi, ale to - wbrew wszelakim pozorom - sprawiło, że krew zawrzała w jej żyłach jak bulgocząca w kociołku woda. Nienawidził, kiedy ktoś wcinał się w jego słowa, nienawidził, kiedy ktoś nie zachowywał w stosunku do niego należytego szacunku, a to, jak zapach nieudanego eliksiru, jeszcze bardziej podsyciło ogień kotłujący się w jej ciele i głównie dlatego - a może tylko dlatego - z całkowitą premedytacją przerwała mu w pół zdania.

— W tym problem, że właśnie nie wiesz. — Nie wiedziała, dlaczego jej głos przebrzmiewa taką irytacją, nie wiedziała, dlaczego jej oczy ciskają chłodem, dlaczego jad przykleił się do jej ust jak krople wina, ale nie potrafiła tego zatrzymać, kiedy trucizna już raz się wylała. — Nigdy nie byłeś zakochany, a już na pewno nie byłeś zakochany w kimś, kto... kto... — Zamachała rękami, pragnąc tym przekazać tak wiele na raz, że nie starczało jej gestów. Wiedziała, że powinna milczeć, że nie powinna nic mówić, że najprawdopodobniej powinna odwrócić się od ojca plecami, przycisnąć wnętrze dłoni do ust i uciec, póki nie powie czegoś, czego będzie potem żałować, ale nie była w stanie zatrzymać potoku pretensji wylewającego się przez jej drżące usta. — On jest skomplikowany, nie widzisz tego? Jakby jednocześnie starał się być blisko mnie i uciekać, jakby się czegoś bał, jakby się bał, że mnie skrzywdzi albo że to ja skrzywdzę jego, albo że zadamy sobie ból nawzajem, jakby miłość była synonimem cierpienia, a nie szczęścia. Zachowuje się tak, jakby nikt go w życiu nie kochał, nie w ten sposób, albo jakby sądził, że jeżeli pozwoli komuś na to, by pokochał jego, to zada mu tym jakąś wielką szkodę, jakiś wielki cios. I wcale się temu nie dziwię, skoro jego przedwojenna miłość uciekła od niego, gdy tylko wojna czarodziejów dobiegła końca, a kiedy wróciła, skończyła dyndająca na sznurze pod sufitem! On nie wie co robić, bo mnie kocha, jestem tego pewna, ale boi się mnie kochać, jakby spodziewał się, że jego miłość będzie dla mnie wyznacznikiem jakiegoś okropieństwa. Więc na przemian pozwala temu uczuciu wziąć górę i zachowuje dystans i, na Merlina, nie mów mi, że wiesz, jak się czuję, albo że wiesz, co dzieje się wokół nas, wokół mnie i Harry'ego, wokół Lottie i Tommy'ego, bo nie masz bladego pojęcia!

Jej ojciec nie poruszył się, jakby był kukłą z wosku zamarłą w jednej pozycji. Wargi Katriny - zdawała sobie z tego sprawę doskonale - wygięły się w jakiś groteskowy, gorzki wyraz, nad którym im bardziej starała się zapanować, tym bardziej rozlewał się po jej twarzy.

— Sugerujesz więc — powiedział cicho jej ojciec, ledwo poruszając przy tym ustami; Katrina łypnęła na niego, mając jednocześnie chęć nawrzeszczeć na niego i od niego uciec — że tego barmana i... Lottie... bo tak nazywa się twoja przyjaciółka, prawda?

— Ona nie jest moją przyjaciółką — prychnęła, przewracając oczami.

— Mówisz, że połączyła ich miłość, tak? — dokończył jej ojciec, nic sobie nie robiąc z jej wtrącenia ani szyderczego tonu jej głosu.

Katrina na samą sugestię miała ochotę odchylić głowę do tyłu i wybuchnąć gromkim śmiechem.

— Nie, na litość Morgany! — wyrzuciła z siebie na wydechu, przez co jej słowa były zapowietrzone jak westchnienie. — Sugeruję, że o siebie dbają, że jedno nie jest drugiemu obojętne jak ludzie na drugim końcu świata, że zależy im nawzajem na swoim bezpieczeństwie i że będą gotowi poświęcić za to drugie życie, jeśli zajdzie taka potrzeba. Nie, żebym spodziewała się, że cokolwiek z tego zrozumiesz...

— Jak możesz sugerować, że na nikim mi nie zależy? — Cichy głos jej ojca przerwał jej lepiej, niż najgłośniejszy krzyk; coś w jego twarzy uległo zmianie - przez ułamek sekundy zdawało się Katrinie, że patrzy w oczy kundla potraktowanego kamieniem, na oczy kogoś o wiele starszego, niż wskazywałyby dokumenty. — Jak możesz, właśnie ty...?

— Nic nie rozumiesz — prychnęła Katrina, kręcąc głową, walcząc z upartym pragnieniem wybuchnięcia gorzkim śmiechem — nic a nic. Jak mógłbyś rozumieć? Zdaje ci się, że pojmujesz to, że Lottie mogłaby być czyjąś ucieczką, ale nie możesz rozumieć zależności, jaka jest między nią a Tommym, bo, na bogów, rozumiesz: „ucieczkę" jako szybki, przydrożny seks z pierwszą lepszą chętną, że tak się wyrażę, bezuczuciowy, beznamiętny jak ty sam akt, dokładnie taki, jaki miałeś z mamą - absolutnie przypadkowy. Nigdy byś nie przypuszczał, że skończy się on jakimiś zobowiązaniami z twojej strony, prawda? Nigdy nie spodziewałeś się dziecka, podejrzewam, że nie chciałeś żadnego, bo twoje puste, zapadnięte serce nie dopuszczało do siebie żadnego przywiązania. Kiedy ja, mówiąc, że Lottie jest ucieczką Tommy'ego, nie miałam na myśli tego, że pieprzy się z nim po kątach i...

— Język — syknął jej ojciec, w odpowiedzi na co z gardła Katriny wyrwał się ostry, agresywny warkot.

— Na bogów, czy ty mnie w ogóle słuchasz? — Katrina pokręciła żywo głową, jej ciemne włosy na krótką chwilę wpadły jej do oczu. — Na tym polega twój problem, wiesz? Nie potrafisz słuchać ludzi.

Jego oczy patrzyły na nią z upartą beznamiętnością - wyuczoną i wystudiowaną; spoglądając w te oczy, których kolor i kształt odziedziczyła, miała wrażenie, że spogląda w głuchą i ciemną studnię, której dna nie widać. Mimo wszystko wiedziała, że pod tą bezuczuciową skorupą kryje się dużo więcej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać - to musiało tam być, gdzieś na dnie, zakorzenione głęboko pod jego skórą i ukryte w taki sposób, aby nikt nie miał do tego dostępu. Katrina - patrząc w te oczy tak ciemne, jak jej własne, a zarazem tak puste, że wyglądały jak martwe - była o tym niemalże przekonana. Niemalże.

Ojciec przechylił głowę na bok, przyglądając się jej napiętej twarzy z leniwym znudzeniem - jakby studiował toaletową prasę; na ten bezduszny pokaz obojętności żołądek podszedł Katrinie pod sam przełyk.

— Nie potrafię słuchać ludzi — powtórzył powoli, jakby przyswajał sobie jej słowa; z jego oczu Katrina nie potrafiła wyczytać niczego, choć w tym momencie oddałaby wiele za to, by móc dostrzec w jego twarzy żywe emocje. Pokiwał głową, a kącik jego warg drgnął w szyderczym grymasie, który nawet w swej ironii krzyczał bezosobowością. — Oczywiście, Katrino, moja ty wyrocznio delficka. Oświeć mnie, proszę, czego jeszcze nie potrafię?

Jego głos, choć iście spokojny, sprawił, że Katrinie podniosły się włoski na karku, a chłodny dreszcz przebiegł pospiesznie wzdłuż jej chudych ramion.

Pokręciła głową, wiedząc, że jej wzrok zamigotał lekko szaleńczą nutą; chaotycznym gestem odgarnęła włosy z twarzy i zaśmiała się tak gorzko, że ledwie poznała swój własny głos.

— Bawimy się w szczerość, tak? — wyrzuciła z siebie, cofając się, jak przed agresywnym wilkiem. — Niech tak będzie. Teraz słuchaj, bo nie będę ci tego wyrzucać dwa razy. Jesteś skupiony na sobie jak jakiś narcyz, masz niezdrową manię wyższości, która sprawia, że ludzie się od ciebie odsuwają. No, może poza Harrym, ale Harry jest wyjątkiem od reguły i to z powodu jakichś niepojętych dla mnie pobudek osobistych. Jesteś zawzięty jak hipogryf i uważasz, że liczy się jedynie twoje własne zdanie. Jesteś aspołeczny, a twoja wrażliwość uczuciowa jest absurdalnie niewielka i mimo tego wszystkiego, na litość Morgany, jesteś moim ojcem i kocham cię niezmierzenie. Jednak jeśli każesz mi wybierać pomiędzy sobą a Harrym — głos jej się złamał, ale zaczerpnęła głęboko w płuca powietrza i dokończyła cienkim, niezdrowym głosem: — wybiorę Harry'ego.

Ucisk na dnie jej gardła osiągnął tak abstrakcyjne rozmiary, że przez moment pomyślała sobie, że przyjdzie jej się udusić. Jakaś natrętna żyła na jej skroni pulsowała w rytm jej skaczącego pod żebrami serca. Owładnęła nią piekąca wnętrzności chęć ucieczki, chęć odizolowania się od wszystkich i od wszystkiego.

Przez chwilę stali naprzeciw siebie, wpatrując się jedno w drugie, jakby szukali w rysach swoich twarzy potwierdzenia tego, co jest prawdą, a co nią nie jest.

Katrina pierwsza odwróciła wzrok; wyminęła milczącego ojca, przyglądającego się jej tym piekącym, martwym jak urwana kończyna spojrzeniem i przeszła kilka kroków, mając wrażenie, że lawiruje na linie nad przepaścią, by chwilę później - niemal bezwiednie - puścić się biegiem wzdłuż korytarza, który wydał się jej przeraźliwie długi i niepokojąco cichy.

Na plecach czuła ciężar odprowadzającego ją milcząco spojrzenia.


-VVV-


To posunęło się za daleko. Mówiąc: „to", mam na myśli buntowniczą naturę Katriny, jej niezłomny charakter i za długi język. Snape miał swoje własne zasady, w których jego rodzona córka taplała się jak w błocie, rozgrzebując je palcami i za nic mając jego karcące spojrzenie osiadające gdzieś pomiędzy jej słowami a czynami. Oceniając Snape'a, pomyliłem się w jednym, znaczącym szczególe: sądziłem, że nie ośmieli się ingerować w życie swojej własnej córki, w jej osobiste sprawy, w jej uczucia.

Tymczasem po tej trefnej ni to kłótni, ni to rozmowie, która nastąpiła pomiędzy Katriną a jej ojcem, Snape zaczął ją ode mnie odsuwać, powoli, małymi gestami, półsłówkami, niedopowiedzeniami; robił to tak umiejętnie, że nie od razu zorientowaliśmy się w jego zamiarach.

Nasza swawola, nasz związek, nasze własne plany nie przeszkadzały mu tak długo, póki Katrina jasno nie wyklarowała przed nim swojego stanowiska - chyba się tego nie spodziewał, nie tak naprawdę, chyba nie przypuszczał że obydwoje - ja i Katrina - możemy zacząć kwestionować jego dobrą wolę, że możemy postawić siebie nawzajem ponad niego. Być może pierwotnie zwyczajnie ignorował naszą zależność, być może była mu ona obojętna, być może wydawało mu się, że bez względu na nasze czyny, jego słowo zawsze będzie miało pierwszeństwo. Nagle zdał się zrozumieć, że niektóre sznurki wymykają mu się z rąk, że nie panuje nad sytuacją w takim stopniu, w jakim chciałby panować, że niektóre kamienie zepchnięte z klifu, z pierwotnie jasno wyznaczoną ścieżką upadku, toczą się własnym, nieoczekiwanym torem, a potem rozgałęziają się na coraz węższe drogi, bardziej ryzykowne, bardziej śmiałe, które to trudniej będzie mu przywrócić do pierwotnego położenia. Moje całkowite zignorowanie jego rozkazu i wyruszenie swawolnie na Nokturn było kamykiem, który zapoczątkował lawinę. Niesubordynacja Katriny była oliwą dolaną do ognia, który pozwoliłem sobie rozpalić. Snape nigdy nie potrafił godnie znieść swoich własnych porażek.

Mimo wszystko istniała niepisana umowa - pakt zawarty pomiędzy mną a Snape'em - dotycząca nakłonienia moich aurorów, moich przyjaciół i sprzymierzeńców do zaakceptowania Snape'a na stanowisku, może nie dowodzącym, ale mimo wszystko wysokim i posiadającym wpływy. Być może mógłbym ją zignorować albo potraktować z przymrużeniem oka. Powiem więcej - najpewniej powinienem był tak zrobić bez chwili zwątpienia. I zapewne bym tak postąpił, gdyby nie chodziło o Severusa Snape'a.

Nie byłem pewien, co powinienem zrobić z kimś, dla kogo potrzeba sprawowana władzy stała się obsesją, z kimś, kto uwielbia smakować się w dominacji, kto patrząc mi w oczy, mówi: „pragnę ciebie po swojej stronie", kto lubi być powodem lęku, a zarazem kimś, kto pozostaje mi w jakiś niemożliwy do pojęcia sposób lojalny - zupełnie jakby był monetą posiadającą swoje dwie odsłony - nawet jeżeli pod pewnymi jego działaniami kryła się cena, którą oczekiwał, że będę mu spłacał.

Powrót naszych ludzi z tej niewielkiej eskapady na Nokturn wywołał w sercu Katriny niemałą traumę, kiedy nie dostrzegła pośród innych mojego wzroku.

Czasami zastanawiam się, jak wyglądałoby nasze życie, gdybym potrafił w odpowiednim momencie ją od siebie odsunąć, czasami łapię się na myśli, że w tamtych dniach byłem zbyt słaby, zbyt uczuciowy, z sercem sterczącym na ogólnym widoku, majtającym się ponad klatką piersiową - jak to kiedyś wyrzucał mi Snape. Czasami nie wiem, czy to ja jestem winny wszystkiemu, co nastąpiło dotychczas, czy to tylko moje głupie sumienie każe mi tak podejrzewać.

Ale nie wychodźmy za daleko w przód. Draco wrócił wraz z innymi do Hogwartu i - jak się okazało - musiał zapewniać Katrinę, że moja nieobecność jest jedynie tymczasowa i bynajmniej nie wynika z mojej rychłej, dramatycznej śmierci.

Kiedy wrócę, Snape będzie patrzył na mnie inaczej, niż wcześniej. Pamiętam, powiedziałem mu raz, kiedy z jego i Lucjusza pomocą uciekliśmy wraz z Draco z mugolskiej bazy, że znajduję się w konfesjonale jego wzroku. Jeśli kiedykolwiek wcześniej w pobliżu Snape'a znajdowałem się: „w konfesjonale", teraz byłem już chyba jedynie więźniem tego spojrzenia. Snape spojrzy na mnie tak, jak chyba tylko Voldemort spoglądał przed nim na swoich Śmierciożerców: jak na psa, który dotychczas posłuszny, nagle zerwał się ze smyczy. Nie za bardzo wiedziałem, co też z tym fantem uczynić, toteż nie zrobiłem z tym nic, czego później - jakżeby inaczej - przyjdzie mi pożałować.


-VVV-


Draco wszedł do zamku, otrzepując swoją wierzchnią szatę z drobin szarego pyłu i klnąc pod nosem, kiedy siwe popioły przykleiły mu się do palców. Przeczesał palcami przydługie, rozwichrzone włosy i skrzywił się kwaśno, kiedy jakieś mętne pozostałości prochu zaplątały mu się we włosy. Wolał nie myśleć, jaka była pierwotna postać tego ni to szarego, ni to czarnego pyłu, mimo wszystko na tyłach jego umysłu tańczyły szydzące z niego, konturowe, czarnobiałe obrazy tak brutalnych i nieprzystępnych scenariuszy, że Draco musiał się zatrzymać, aby zaczerpnąć kilka uspokajających wdechów.

Harry będzie się o to obwiniał - był tego boleśnie pewien - Harry, jak zawsze, przyjmie na siebie całą odpowiedzialność i pozwoli, by zaciążyła na jego sercu jak trucizna. Czasami, patrząc w jego zielone, zatrzymane w jakiejś upiornej desperacji, oczy, miał ochotę solidnie nim potrząsnąć, miał ochotę zamachnąć się i przyłożyć mu w szczękę ze wszystkich sił, a potem wykrzyczeć mu w twarz, by wreszcie przejrzał na oczy i zrozumiał, że w ich wojennych porażkach nie ma jego winy.

Draco wypuścił wstrzymywane nieświadomie powietrze i spojrzał ze zmęczeniem w stronę schodów wijących się w górę jak serpentyny. To niemożliwie osobliwe, że pomimo tego, że podczas dzisiejszej wyprawy nie wywiązała się żadna walka, czuł się, jakby dopiero co przebiegł dwadzieścia kilometrów i padł z nóg na ostatniej prostej.

— Pierniczone schody — mruknął pod nosem, mierząc stopnie morderczym spojrzeniem, jakby to one były winne całemu jego zmęczeniu.

— Draco? — usłyszał z górnej kondygnacji dziewczęcy, gładki głos, na którego dźwięk wykrzywił się w kwaśnym grymasie. — To ty?

Uniósł wzrok, aby zobaczyć blade palce zawijające się wokół barierki i brązowe włosy lejące się w dół, gdy chuda twarz o brzoskwiniowym odcieniu wyjrzała na niej jak jakaś przyczajona na gałęzi sowa.

Draco już otworzył usta, aby rzucić uroczej Katrinie jakąś zaczepną odpowiedź, kiedy na jej twarzy zagościła ślepa panika, a jej włosy zafalowały jak ocean, kiedy spojrzała w pustkę za plecami Dracona, jakby czegoś tam szukała.

— A gdzie Harry?

Draco prychnął i spuścił głowę, przewracając dyskretnie oczami. Wspinając się w górę schodów, miał wrażenie, że jego własne kolana ważą grubo ponad tonę; jakaś kość pstryknęła głośno, kiedy przeniósł ciężar na prawą nogę, co wywołało paskudny, niemrawy grymas na jego twarzy.

— Na litość boską, gdzie on jest, Draco? — Ślepe rozgorączkowanie zabrzmiało jakoś dziwacznie w wiecznie optymistycznym głosie Katriny - jak coś, co na siłę próbuje się wpasować w przymałą lukę i nie jest w stanie się w niej zatrzymać. Szarooki znów uniósł na nią wzrok, przez co - całkiem pokazowo i jak totalny patałach - niemalże wygrzmocił się na schodach. Jego kostka zaliczyła dosyć bolesne spotkanie z krawędzią stopnia, czemu towarzyszył przeciągły syk i paskudne przekleństwo, które mimowolnie wyrwało się z jego gardła. Draco schylił się i schwycił za pulsującą rwącym bólem, prawą kostkę, zaciskając na niej palce tak mocno, jakby te były szponami drapieżnego ptaka.

— Cholera jasna, uderzyłem się w jakiś nerw! — warknął, czując, jak drętwieje mu noga od kolana w dół. Zagryzł zęby tak mocno, że zazgrzytały one o siebie jak mechanizm złożony z trybików i kół zębatych.

Katrina zaczęła oddychać, jakby stali nad nią z batem. Zeskoczyła na stopnie schodów i uchwyciła się barierki tak mocno, jakby grunt odjeżdżał jej spod stóp.

— Dlaczego nie ma z tobą Harry'ego? — wykrzyczała ciemnowłosa tak zbolałym głosem, jakby trzymano ją na średniowiecznym krześle czarownic; kolana się pod nią ugięły i dziewczyna tylko cudem utrzymała równowagę i trzymając się kurczowo barierki, jakby od tego, czy ją puści zależało całe jej życie, podciągnęła się niezgrabnie do pionu. — Draco, powiedz mi coś! Na litość boską, powiedz, że...

— Przestań dramatyzować ty niemożliwa paranoiczko! — Draconowi pękły nerwy; przejeżdżając językiem po górnych zębach, ponownie podjął próbę wgramolenia swego zmęczonego ciała po schodach. Przed oczami jak zły sen majaczyły mu obrazy dymiących zgliszczy i wykrwawionych ciał leżących na ulicy jak ciężkie, niesymetryczne kamienie; przełknął z trudem wzbierającą w ustach ślinę, która spadła mu do żołądka jak stutonowy głaz. Draco oblizał spękane wargi i bezwiednie przetarł prawą brew. — On wróci — rzucił, pocierając swędzący nadgarstek. — Poszedł po coś do jakiegoś baru. Nie pytaj mnie po co, bo w to nie wnikałem.

Katrina spoglądała na niego długo; w jej czarnych oczach rozbłysła jakaś chora nadzieja, której podłoża Draco wolał nie interpretować. Przez chwilę wyglądała tak, jakby miała ochotę wybuchnąć płaczem albo podbiec do Dracona i go uściskać, albo zrobić obie te rzeczy na raz. Draco był rad, że nie uczyniła żadnej z tych rzeczy.

Szarookiemu czarodziejowi wreszcie udało się wspiąć po tej przeklętej przeszkodzie, jaką stanowiły dla niego schody; zatrzymał się na przedostatnim stopniu, zrównując się z Katriną wiszącą na barierkach stopień wyżej. Ich spojrzenia na moment zamajaczyły na tym samym poziomie.

— Na Merlina, dlaczego tak na mnie patrzysz? — mruknął Draco, lustrując nastolatkę przewiercającym wzrokiem.

Katrina zamrugała, a na jej twarz wpłynął tak czarujący uśmiech, jakby właśnie oznajmiono jej, że zbliża się Gwiazdka.

— To... nie, nic takiego — zaśmiała się dźwięcznie i tak nagle, że Draco mimowolnie się wzdrygnął, pospiesznie ukrywając to za pełnym szyderstwa uśmiechem. — Ja tylko... cieszę się, że wróciłeś.

Draco łypnął na nią z ukosa.

— Czasami jesteś naprawdę dziwna — mruknął, wymijając Katrinę, która wyszczerzyła się w odpowiedzi, jakby ktoś jej właśnie sprawił komplement; Draco z trudem powstrzymał chęć, aby kolejny raz przewrócić oczami; marzył o ciepłym łóżku i gorącym, korzennym kakao, ale wiedział, że zanim sobie na to pozwoli, musi zawiadomić McGonagall o ich powrocie, aby nie dokładać Harry'emu obowiązków.

— Hej, Draco! — zawołała za nim Katrina, kiedy ruszył przed siebie korytarzem, wzbijając podeszwami szarą mgiełkę kurzu.

Draco przystanął i obejrzał się na dziewczynę, krzywiąc się jak po połknięciu jakiegoś na wyraz obrzydliwego eliksiru i ostentacyjnie rzucając zaklęcie Tempus.

Katrina bujała się na krawędzi stopnia, wychylając się to do przodu, to do tyłu jak dziecko; jej drobna dłoń spoczęła luźno na barierce, jej paznokcie zaczęły skrobać ją, jakby ta była zwierzęciem, wydając przy tym taki odgłos, że Draco miał niezmierną ochotę zatkać uszy. Jej oczy śmiały się do niego, iskrząc się wesołym błyskiem, jak ciepły ogień migoczący w kominku.

— Dobrze cię widzieć — zaśmiała się Katrina, po czym odwróciła się ze zwinnością primabaleriny i spłynęła w dół schodów jak woda, z lekkością liścia unoszonego przez wiatr.

Draco jeszcze chwilę spoglądał za jej wirującym jak karuzela rąbkiem długiej sukienki, owijającej się wokół kostek jak szal.


-VVV-


Kiedy go zauważyła, wahała się jedynie kilka sekund, zanim nie ruszyła w jego kierunku; jej krokom jak zawsze towarzyszył miarowy tętent, którego nauczyła się nienawidzić.

— Wróciliście, ja...

Odwrócił się do niej i przechylił głowę, obserwując - z ledwie dostrzegalnym zatroskaniem - jak niezdarnie zmierza w jego kierunku.

— Wróciliście — powtórzyła głupio i w przeciwieństwie do niego, jak oceniła po rozluźnionej postawie i spokoju falującym na dnie jego oczu, poczuła się nad wyraz niepewnie.

Poczekał, aż do niego podejdzie; jego twarz znaczyło kilka ledwo dostrzegalnych zmarszczek.

— Czekałaś na mnie? — zapytał; w jego głosie było coś takiego, co odsłaniało ją przed nim z bezlitosną precyzją, sprawiając, że zapłonęła niezdrowym rumieńcem; mimo tego nie spuściła wzroku z jego skanujących jej twarz oczu. Nerwowo zaskrobała pomarańczowymi paznokciami - które po bitwie starała się jako tako wyrównać, ale niektóre były tak połamane, że nawet jej najbardziej cierpliwe zabiegi pielęgnacyjne ich nie wyreanimomwały - o wierzch drugiej dłoni. — Amelio?

Jej imię brzmiało tak gładko na jego języku, że Amelia oddałaby wszystko, aby móc słuchać swego imienia w jego ustach raz po raz, bez przerwy jak kołysankę, obserwować nuty przesuwające się pomiędzy jego ustami jak powietrze.

Przygryzła wargi.

— Nie — mruknęła, starając się brzmieć odpychająco, ale nawet w jej własnych uszach zabrzmiało to raczej oklepanie. — Nie bądź głupi, ja tylko...

Nie zachowuj się jak nieporadna nastolatka — zganiła sama siebie w myślach Amelia, szurając swoją laską po podłodze i opierając na niej ciężar swojego ciała, kiedy lewa noga zaczęła dawać jej się we znaki. — Zapytaj się o przebieg akcji na Nokturnie jak auror aurora.

Oddała hardo spojrzenie przyglądającemu jej się w milczeniu mężczyzny i uniosła wyżej głowę.

— Chciałam się tylko dowiedzieć, jak...

Słowa utkwiły jej w gardle, kiedy Wally Anderson pochylił się nad nią, oplatając dłońmi jej zaróżowione policzki.

— Tak? — zapytał gardłowym, głębokim głosem, od którego Amelia omal nie wypuściła z dłoni tej przeklętej laski, która pilnowała jej stabilności. Jego ciepłe oczy patrzyły na nią z czymś tak szczerym i niewymuszonym, że zmiękły jej kolana. — Czego być chciała, Amelio?

Opuszki jego palców przesunęły się po jej policzku i podążyły sobie tylko znanym torem w bok, by musnąć zaczepnie jej dolną wargę.

Amelia przełknęła ślinę.

— Ja... — W umyśle miała gotowe i składne zdanie, które niespodziewanie okazało się zbyt skomplikowane do wypowiedzenia go na głos; jej słowa brzmiały z lekka chrapliwie, jakby coś lepkiego i nieprzyjemnego osiadło na dnie jej gardła. — To znaczy...

Gorące usta naparły na jej własne, jakby jej oddech był mu potrzebny do życia. Amelia poczuła, jak rączka jej laski wysuwa się spomiędzy jej palców i z głuchym brzdękiem uderza o podłogę. Silne ramiona otoczyły ją jak stabilna podpora, nie pozwalając kobiecie podążyć w ślady tego głupiego atrybutu, który była zmuszona wszędzie za sobą taszczyć. Gorące palce zaplątały się w jej włosach; Amelia przymknęła oczy, czując przyjemne ciepło rozlewające się w jej klatce piersiowej.

— Tak długo na to czekałem — wymruczał Wally pomiędzy pocałunkami, trzymając ją pewnie w swoich objęciach.

Amelia Biel, pierwszy raz od tygodni, poczuła, że znajduje się w bezpiecznych rękach.


-VVV-


Hogwart pachniał kawą. Harry był przekonany, że świadczy to o niczym innym, jak o jego rychłym uzależnieniu od kofeiny. Ciśnienie atmosferyczne w tych cichych okolicach szkockich szczytów zdało mu się nagle niższe, a powietrze chłodniejsze, niż przez większość roku. Spoglądając na zamkowe wrota, zdawało mu się przez chwilę, że pokonanie tych łagodnych wzniesień pomiędzy jego położeniem a frontowym wejściem jest niewspółmierne z jego kompetencjami.

— Ambulatorium znajduje się na czwartym piętrze na wieży szpitalnej — powiedział Harry, puszczając wychudzoną, żylastą dłoń starego barmana, nie siląc się, aby spojrzeć w jego kierunku.

— Zdaję sobie z tego sprawę, Potter — warknął mężczyzna, brzmiąc jak hiena chroniąca zawzięcie swoje terytorium. — Wyobraź sobie, że takie łajzy jak ja też niegdyś uczęszczały do Szkoły Magii.

Harry zerknął na przykucającego na ziemi człowieka, automatycznym ruchem odgarniając włosy, które wiatr pchnął mu w oczy.

— Wobec tego proszę już iść — powiedział cicho Harry, przesuwając wzrokiem po wysokich, ozdobnych oknach obleczonych czasem — póki wilk nie wyjdzie z lasu.

— Słucham? — zapeszył się barman; Harry wyczuł na swojej twarzy jego średnio przychylne spojrzenie.

Wykrzywił wargi i spojrzał mężczyźnie prosto w oczy.

— Nie przyszedłem po was ot tak dla zasady — wyjaśnił cicho Harry, rzucając szybkie spojrzenie na wciąż milczące wrota Hogwartu. — Prosiła mnie o to córka pewnego wysoko postawionego... — Harry zawahał się, kiedy dostrzegł ruch w jednej z okiennic — polityka — dokończył szybko, czując, jak jego usta wyginają się jak po przełknięciu gorzkiego lekarstwa. Ponownie zwrócił swój wzrok ku starszawemu czarodziejowi. — Mogłem tym przy okazji nie dostosować się do woli tego polityka, prawdę mówiąc. I mówimy tu o kimś, kto, przepraszam za bezpośredniość, chciałby, żebym wielbił go jak, nie przymierzając, pies. Wobec tego byłbym zobowiązany, gdyby poszedł pan prosto do ambulatorium i z nikim po drodze nie rozmawiał i w miarę możliwości, prosiłbym, żeby nie marnował pan więcej czasu.

Barman nie poruszył się nawet o cal, a wyraz jego twarzy świadczył o tym, że albo jest mu słabo z powodu tego, co usłyszał, albo od natłoku zdarzeń zaczyna mu dokuczać ból głowy.

— Potter, o czym ty, do diabła...

Zamkowe wrota otworzyły się ze znacznie mniejszym trzaskiem, niż zapowiadała to data ich produkcji. Harry bardziej poczuł, niż zobaczył, że spojrzenie barmana pognało w dokładne to samo miejsce, co jego własne.

Przez kilka chwil na błoniach panowało głuche milczenie, rozpraszane jedynie drażniącym świstem późnojesiennego wiatru. Barman drgnął niespokojnie, chwytając w nieznacznie osłabione ramiona ciało omdlałej dziewczyny i podniósł się powoli z ziemi, jakby ten ruch wymagał od niego kolosalnego wysiłku. Harry zerknął na niego kątem oka, by ocenić, że jego twarz przybrała niezdrową barwę popiołu.

— Córka wysoko postawionego... — powtórzył jak automat starszy czarodziej, jakby dopiero teraz zaczął powoli łączyć poszczególne fakty. — Cholera jasna.

— Proszę pana...

— Cholera jasna! — sarknął barman, jego oczy zapłonęły dzikim zacietrzewieniem. — Ta pieprzona młódka była córką...

— Bardzo bym pana prosił, aby...

Cholera jasna! — wybuchnął dużo głośniej niż poprzednio barman, zaczynając się trząść jak osika z tłumionego gniewu. — Wiedziałem, że ta mała to tylko źródło kolejnych, kolosalnych kłopotów! Wiedziałem, że skądś tę łajzę kojarzę!

Jedno spojrzenie w stronę zamku powiedziało Harry'emu, że jeśli się nie pospieszą, obaj będą mieli Snape'a na karku; z głębi jego gardła wyrwał się rozdrażniony warkot, złapał jedną dłonią starszego mężczyznę za kołnierz i szarpnął nim mocno, przysuwając twarz do jego - białej jak płótno - twarzy.

— Jeśli nie chcesz za moment — wycedził przyciszonym głosem Harry, wdmuchując na skórę barmana serię gorącego powietrza, przeskakując spojrzeniem pomiędzy jego nienaturalnie rozszerzonymi oczami — płaszczyć się przed pierniczonym Naczelnikiem Magicznej Anglii, to łap tą swoją omdlałą niewiastę i zabieraj dupę w troki. Szpital. Jest. Na czwartym. Piętrze. Zrozumiałeś? — Harry odepchnął mężczyznę trochę za mocno, bo ten zachwiał się jak na linie nad przepaścią, mocniej zaciskając ramiona wokół rudowłosej dziewczyny leżącej w jego rękach niczym kukła z wosku. Spoglądając w jego blade, migoczące jak w malignie oczy, Harry dostrzegł nieme zdumienie, które na sekundę - krótką jak mrugnięcie powiek - przerodziło się w szczery szacunek.

Barman zacisnął zęby, spuścił głowę i nie mówiąc nic więcej - ku niemałemu zdziwieniu Harry'ego - odwrócił się w stronę zamku, uporczywie wlepiając wzrok w czubki własnych, przetartych butów; wyminął po drodze Snape'a, jakby ten był duchem, którego można zignorować. Harry spoglądał, jak czarne oczy odprowadzają przez chwilę starszego czarodzieja (nie idź za nim — pomyślał wbrew sobie Harry, przewiercając ziemistą twarz rozgorączkowanym wzrokiem — nie idź za nim, na litość Merlina), zanim wzrok Naczelnika ponownie nie skupił się na młodzieńczej, lekko napiętej, twarzy; Snape pokonał ostatnie dzielące ich metry, jakby płynął w powietrzu i zatrzymał się przed Harrym, który całą siłą woli zmusił się do rozluźnienia nienaturalnie zaciśniętej szczęki. Jego serce zacisnęło się boleśnie w jego piersi w niemym oczekiwaniu. Cień jakiejś leniwej gałęzi bijącej wierzby przez moment przesunął się po jego policzkach. Wysoko na niebie kotłował się granat skłębionych chmur, poprzez które uparcie przedzierały się słoneczne promienie - trochę jak woda przez sito. Harry spuścił głowę, mając bolesną świadomość tego, że jego oczy są zmrużone w niemym zniesmaczeniu.

— Co ja mam z tobą zrobić, Potter? — zapytał powoli Snape; jego głos był tak wyprany z emocji, że Harry nawet starając się kopać w nim umysłem jak w piachu, nie był w stanie domyśleć się swojego własnego położenia w tym przedstawieniu.

Harry milczał, konsekwentnie wpatrując się kontemplującym wzrokiem w ziemię; słowa Snape'a przesuwały się pomiędzy nimi tak boleśnie powoli, że kiedy uderzały w Harry'ego, sprawiały taki ból, jakby drobiny ostrego szkła wpijały się w jego mięśnie, osiadały pod paznokciami, wpijały w oczy jak łzy. Zielonooki bynajmniej nie zamierzał dawać Snape'owi jakiejkolwiek satysfakcji - nie będzie krzyczał, nie będzie szydził, nie będzie drwił ani przepraszał, nie zamierzał żałować ani się ukorzyć - będzie cierpliwie czekał i znosił wszystkie ostre słowa z milczącą obojętnością.

— Chętnie zdzieliłbym cię po twarzy, ale z doświadczenia wiem, że nie przemówi ci to do rozsądku. Mógłbym cię sprowadzić na kolana, ale tak się z tą pozycją oswoiłeś, że nie złamie cię to nawet w połowie tak bardzo, jak w tym momencie powinno, a już na pewno nie podaruje mi to twojego szczerego posłuszeństwa. Mógłbym włożyć ci w dłonie złudne poczucie kontroli, mając nadzieję, że nie wytrzymasz tego ciężaru, ale ty, co za paradoks, posługujesz się nim z dziecięcą niezdarnością i interesującą lubieżnością. Mógłbym cię zastraszyć, ale wówczas poczęstujesz mnie frazą o: „wolnych wyborach ludzkich", a potem powiesz, że jesteś już przemęczony i jak gdyby nigdy nic odwrócisz się do mnie plecami. Mógłbym kusić cię moimi starymi wspomnieniami, w których to wciąż jestem własnością Czarnego Pana, ale ty w podobnych okolicznościach, zamiast połknąć haczyk, zaczynasz paradoksalnie panikować. To wszystko nie ma sensu, nie uważasz? Kiedy zadaję ci pytanie, czyż nie byłem ogniskiem namiętności, trwając na kolanach przed Czarnym Panem ty, zamiast spłonąć rumieńcem jak w gorączce, bledniesz, jakbyś miał silną migrenę. A kiedy mówię ci, że nie zależy mi na tym, żebyś zamienił się w chodzącą, oddychającą kukłę, która klęka przede mną jak kłoda, a pragnę twojej niewymuszonej szczerości, ty zakładasz, że moje pobudki leżą w głęboko zakorzenionej nienawiści. Jesteś absolutnym, chodzącym fenomenem, dziecko. Chciałbym ci przypomnieć, który z nas jest panem, a który sługą, który z nas wydaje polecenia, a który się tym poleceniom podporządkowuje, który każe, a który musi, ale, Potter, już sam nie wiem, jak mam tego dokonać, bo wymykasz się ze schematów logistycznych.

Snape przemawiał opanowanym, spokojnym tonem, mówił niemal z rozleniwieniem, ale coś dzikiego, coś mrocznego kołatało się na dnie jego czarnych oczu - coś tak opętańczego, że Harry musiał wbić sobie paznokcie we wnętrza dłoni, aby się nie cofnąć.

Zielonooki zmusił się do bezosobowego, bezuczuciowego wygięcia warg, które raczej przypominało znudzony grymas, niż cokolwiek innego - Snape nie spuszczał z niego wzroku i Harry miał dziwne wrażenie, że ten prawie w ogóle nie mruga. Zastanawiał się, czy właśnie z donośnym hukiem nie runęły mury, które z taką pielęgnacją i sumiennością ustawiał wokół siebie. Mógłby spróbować jeszcze to wszystko odkręcić, znając mroczne pragnienia Snape'a, mógłby przekonać go, że jego obserwacje są błędne. Mógłby mu wmówić, że jest mu podległy, tak, jak Snape by tego pragnął. Powstrzymał się od oblizania wysuszonych warg i nie spuszczając wzroku z przyglądającego mu się z chłodnym znudzeniem mężczyźnie, pozwolił sobie niespiesznie i boleśnie świadomie opaść przed nim na kolana, chwytając się kurczowo tej ostatniej deski ratunku, która nie spowodowałaby, że Snape zacznie się kontrolować w jego towarzystwie, że zacznie bardziej uważać na własne słowa, że przestanie dopuszczać go do znacznej części swojego życia.

— Naczelniku — powiedział przyciszonym głosem, spoglądając - dosyć niepewnie - w czarne oczy Snape'a — snujesz te dywagacje, ponieważ nie posłuchałem twojego żądania i zgodnie z zaleceniem dyrektorki ruszyłem na Nokturn? Jestem w stanie to zrozumieć: jesteś na mnie wściekły, ale skąd, na słodką Morganę, wniosek, że...?

— Wstań, dzieciaku — przerwał mu Snape tonem, z którego nie dało się wyczytać absolutnie niczego.

Harry, z gardłem ściśniętym tak mocno, że piekło go w przełyku, przejechał nerwowo językiem po górnych zębach. Jego niespokojny umysł skandował wiązankę iście niestosownych przekleństw, a serce zaczęło tłuc się w jego piersi tak mocno, jakby zamierzało się z niego wyrwać.

— Naczelniku... — spróbował raz jeszcze Harry, wyciągając swoją ostateczną broń, przesuwając policzkiem po ziemistej, opuszczonej wzdłuż ciała dłoni, która okazała się tak wyziębiona, że z trudem powstrzymał dreszcze. Jego wargi musnęły odsłonięty, blady nadgarstek Snape'a, jak nos psa, który trąca dłoń swego właściciela. Czarnooki czarodziej nie poruszył się ani nie zabrał ręki z zasięgu jego ust, ale jego spojrzenie leżało na młodzieńczej twarzy, jakby Harry był nie więcej niż plamą na bieli gipsowanej ściany.

— Wstawaj, Potter, i skończ już to nudne przedstawienie. — Jego beznamiętny głos sprawiał, że tępy, nerwowy ból pulsował po lewej stronie czaszki Harry'ego jak żyła na skroni; zielonooki przełknął nerwowo ślinę, chcąc nawilżyć wyschnięte gardło.

— Przedstawienie? — powtórzył Harry, nieomal dusząc się własnymi słowami. — Jak... jak pan w ogóle może tak...

— Chcesz, żebym cię zranił? Tak samo, jak chciałeś tego, kiedy przyszedłeś do mnie z podkulonym ogonem po bitwie z mugolami? Chcesz się przekonać, czy skrzywdziłbym cię nad wyraz dotkliwie, gdybyś o to jasno nie poprosił?

Harry miał tak sucho w ustach, że dziwił się, że jego własne słowa nie brzmią ochryple.

— Nie skrzywdziłbyś mnie, gdybym sobie na to nie zasłużył. — Żyła na jego skroni pulsowała jak gwałtowny tancerz na pustym parkiecie.

— A może — powiedział chłodno czarnooki czarodziej, przykucając z miną świadczącą o zobojętnieniu przed Harrym, aby wyrównać ich spojrzenia — przestań przede mną kłamać i udawać, że będziesz wiecznie wielbił mnie jak jakiś kundel. Może nie stwarzaj mylnych pozorów, że mnie potrzebujesz, bo obaj wiemy, że zaspokajasz jedynie moje fantazje, aby w razie potrzeby móc wykorzystać w walce moje umiejętności magiczne. Wszystkie twoje gesty pokory to ułuda. Iluzja. Byłem głupcem, że dawałem się na to nabierać. Jednak, dziecko, jeśli sądzisz, że zapomniałem, że jesteś mi coś winien, to obawiam się, że jesteś w kolosalnym błędzie.

Harry nie musiał widzieć się w lustrze, żeby wiedzieć, że jest blady jak inferius. Milcząco wpatrywał się w Snape'a, licząc na to, że to tylko jakiś dziwny, nierzeczywisty sen, że to wszystko lada moment minie, ale pulsująca bólem czaszka, wewnątrz której łupało, jakby ktoś od środka przepoławiał ją młotem pneumatycznym, boleśnie uświadamiała mu co jest prawdą, a co nią nie jest.

— Nie będziesz więcej wchodził mi w drogę — odezwał się powoli Snape, jakby chciał się całkowicie upewnić, że Harry go dobrze zrozumie. — Kiedy stąd odejdę, nie będziesz mnie nachodził i wykładał przede mną swoich potrzeb.

— Kiedy pan stąd odejdzie? — powtórzył głupio Harry, nie potrafiąc zrozumieć, co właściwie Snape próbuje mu powiedzieć. Coś bezwzględnie ciężkiego zacisnęło się boleśnie wokół jego wnętrzności.

— Milcz, Potter, i słuchaj. — Ten głęboki głos był złudnie spokojny i dzwonił Harry'emu w uszach jak werble. — Nie mogę zmusić do wycofania się mojej córki, ale wiedz, że jeśli stanie się jej przy tobie choćby najdrobniejsza krzywda, osobiście mi za to zapłacisz. Nigdy więcej nie będziesz mną próbował manipulować, a do Naczelnictwa będziesz się zwracał jedynie wtedy, kiedy zostaniesz wezwany. Nie będziesz rozplanowywał mojego własnego udziału w tej wojnie za moimi plecami. Nie będziesz próbował ściągać mnie na powrót ku sobie jak jakieś towarzystwo na godziny, kiedy będzie ci to na rękę. Zrozumieliśmy się, Potter?

Harry wiedział, że jego twarz kruszy się pod tymi słowami jak porcelana. Przejął nad nim panowanie strach - paniczny lęk o to, że bez poparcia u Najwyższego Naczelnika ta wojna zacznie wymykać mu się spod kontroli, że nie będzie miał stabilizatora, na którym mógłby się oprzeć, żadnego asa w rękawie, żadnych wyjść ewakuacyjnych.

— Co? Pan... odchodzi pan?

Jego oddech zaczął kotłować się pomiędzy jego zębami, jakby on sam znajdował się na granicy hiperwentylacji.

— P-powiedz mi, że to tylko słowa — wychrypiał; jego dłonie zaczęły nieopanowanie dygotać, wpatrywał się w czarne oczy Snape'a, jakby od tego zależało jego życie.

— Trzeba było się nad tym głębiej zastanowić, zanim zacząłeś mną manipulować.

Harry zamknął oczy, oddychając tak, jakby się dusił.

— Nie wygram tej wojny bez poparcia czarodziejskiej władzy. Nie rozegram tej wojny bez ciebie, Snape.

— Mówiłem ci już: nie wszystkie walki należą do ciebie. Zostaw tę wojnę w spokoju. Niech biegnie własnymi torami.

— Nie możesz mówić p-poważnie — wydukał; jego język miał trudności z łączeniem poszczególnych sylab w zdanie. — Możesz mnie spoliczkować albo zastraszyć. Możesz mnie rzucać na kolana i testować moje granice. Możesz uświadomić wszystkim, jak duży masz na mnie wpływ, ale, na miłość Morgany, nie zamykaj oczu na tę wojnę. Jesteś Naczelnikiem tego kraju.

Snape patrzył na niego w taki sposób, jakby jego słowa nie miały znaczenia.

— Powiem ci coś, Potter, w tajemnicy — odrzekł po dłuższej chwili cicho i tak powoli, jakby jego słowa rozpływały się w powietrzu; Harry wpijał w niego intensywne spojrzenie, czepiając się resztek złudnej nadziei, kiedy blade palce wyciągnęły się ku niemu jak liście kwiatu odwracające się w stronę słońca. Wierzch dłoni Naczelnika spoczął na jego białym jak kreda policzku i Harry zamknął oczy, lgnąc do tego dotyku, jakby spodziewał się, że jego słowa zyskają tym jakieś większe znaczenie, że Snape się rozmyśli, że nie zrzuci całej, przeklętej wojny na jego barki, że nie zrezygnuje - nie teraz, nie w taki sposób. — To życie nie jest warte tego, aby walczyć o nie tak zachłannie.

Palce zsunęły się z jego twarzy jak krople deszczu, miękka peleryna musnęła jego skroń i czubek nosa, kiedy starszy czarodziej podnosił się z ziemi, kroki, w których nie było najmniejszego wahania, rozbrzmiewały coraz ciszej i ciszej, i ciszej, trochę jak zanikający grad.

Skronie Harry'ego paliły jak ogień, jego serce tkwiło mu w gardle jak kawałek czerstwego chleba.

Kiedy odważył się uchylić powieki, Snape'a już nie było.


-VVV-


Nie lubiła tych nowych rodziców. Choć może: „nie lubiła" to nieodpowiednie słowa. Raczej: „nie darzyła ich szacunkiem" - to wyrażenie nadałoby się lepiej do tego, aby określić co do nich czuła. Jeżeli w ogóle można tu o jakimkolwiek uczuciu mówić.

Ta inna mama robiła jej kanapki z czymś innym i nie pozwalała jej na częste picie kakao, przez większość czasu wydawała się sztywna jak kłoda, a uśmiechała się tylko w czasie popołudniowych seriali telewizyjnych, pomrukując pod nosem jakieś niewybredne uwagi, od których ciągłego słuchania zaczynała ją boleć głowa.

Ten inny tata lubił się rządzić i cały czas zasypywał ją tonem poleceń: „Demi, zrób herbatę!", „Demi, wyprowadź na spacer psa sąsiadki!", „Demi, przynieś mi jakiś sweter!". Na upartego dziwacznie zdrabniał jej imię, co brzmiało jakoś nieodpowiednio i kwaśno i szybko nauczyła się nienawidzić tego nowego zdrobnienia w takim samym stopniu, co tego nowego życia. Na początku, zanim jeszcze nie przywykła do odmienności tych innych rodziców, starała się go poprawiać, ale to zazwyczaj kończyło się pobłażliwym uśmiechem kierowanym w jej stronę i zmierzwieniem jej poczesanych starannie włosów, czego tak strasznie nie lubiła, zostawiającym na jej głowie istne gniazdo kołtunów.

Pies sąsiadki był gruby i chodził jakoś koślawo, choć sama sąsiadka nie należała do tych jędzowatych, starych wiedźm, które spędzają dni na zastanawianiu się nad tym, jak uprzykrzyć komuś życie, a których życiowym celem jest podglądanie sąsiadów - wręcz przeciwnie, była całkiem miłą, dobroduszną, starszą kobieciną, która zawsze uśmiechała się do niej bezzębnym uśmiechem i częstowała pączkami, które zdawała się piec specjalnie dla niej. Mimo wszystko nienawidziła tych spacerów, były niepotrzebnym dokładaniem jej obowiązków, czuła się przy tym, jak dziewczyna na posyłki, szczególnie kiedy obowiązek wyprowadzenia tego małego, toczącego się jak beczka psa zawsze był dosadnie podkreślany przez tego innego tatę zdecydowaną frazą: „Demi, wyprowadź...!", przy czym tembr jego głosu odbijał się jak kauczuk od ścian jej nowego domu i drażnił jej uszy jak bzycząca nad uchem pszczoła.

Ulica, na której mieszkali, była głośna i wiecznie śmierdząca spalinami. Przez pierwsze trzy tygodnie nie potrafiła usnąć przy ciągłym turkocie spalinowych silników i pisków opon klekoczących samochodów, których właściciele zdawali się wiecznie wciskać pedał hamulca w ostatniej chwili, zostawiając za sobą swąd spalonej gumy i czarne ślady opon odbijające się na asfalcie. Samochody zdawały się przejeżdżać koło domu na okrągło, bez względu na porę. Cienkie rolety zawieszone w oknach jej nowego pokoju przepuszczały światło samochodowych reflektorów, które po nocy raziły ją w oczy tak mocno, że przez chwilę zdawała się widzieć tańczące przed jej oczami, kolorowe plamy, wirujące jak ptaki w jakimś pokrętnym tańcu.

Poranek pachniał przypalonym omletem i obwieszczany był niezłomnym: „Demi, zrób...!", które nie raz i nie dwa wyrwało ją z płytkiego snu, który nadciągnął do niej w okolicach późnej nocy bądź szatańsko wczesnego ranka.

Miała wrażenie, że cierpi na tym jej koncentracja i refleks, a umacniała się w tym przeświadczeniu za każdym razem, gdy gromada przedmiotów wszelakiej maści wypadała jej z rąk, jakby jej dłonie były dziurawe jak sito.

Wieczorami, po wspólnej, cichej kolacji, którą zakłócał jedynie jakiś mętny teleturniej, odcinek tysiąc dwieście któryś, wlekła się do swojego pokoju, o którym wciąż ciężko myślało jej się jako o „swoim", kładła się na łóżku i przez okno spoglądała na nocne niebo zalane gwiazdami i księżycową poświatą, zastanawiając się nad tym, kiedy wreszcie odbiorą ją z tych anormalnych wakacji prawdziwi rodzice.

Demetria uporczywie skreślała dni na pomiętym kalendarzu wiszącym na jakimś starym, rozklekotanym meblu łaskawie robiącym za szafę i czekała.


-VVV-


Tym razem nie było ani rozmów, ani kłótni, ani nawet zniecierpliwienia. Zebranie emanowało aurą pełną niewiadomego pochodzenia napięcia, które odczuwał całym sobą, które rozlewało się po jego mięśniach jak adrenalina i udzielało się wszystkim obecnym, jakby było chorobotwórczym drobnoustrojem roznoszącym się przez powietrze.

Widział Andersona, który nie dość dyskretnie ściskał pod stołem rękę Amelii, widział Lunę siedzącą z łokciami opartymi o blat i niespiesznie wypalającą papierosa, przyglądającą się zmarszczkom, które zawitały na jego własnym czole, jakby dostrzegała w nich wszystkie słowa, które miały zaciążyć na ich ramionach. Draco, tym razem zajmujący miejsce obok z pozoru rozluźnionej Luny, patrzył na niego ponad blatem, co jakiś czas zaciągając się wydychanym przez Lunę dymem tytoniowym.

Sophie Fisher stała przy oknie w towarzystwie McGonagall, skrobiąc paznokciem o szybę jak wrona wydrapująca długim pazurem robaka z ziemi.

Obecność Lucjusza Malfoya opierającego się leniwie o futrynę drzwi, jakby nie był pewien, czy powinien wejść do środka, czy się wycofać, zaskoczył go bardziej, niż własna głupota.

Molly Weasley siedziała na nieznacznie odsuniętym od stołu krześle, monotonnym, choć dość synchronicznym, gestem przeczesując palcami siwe włosy.

Joe Martin miał w oczach jakąś rozchwianą obawę i non stop na przemian prostował i zginał palce prawej ręki spoczywającej na blacie, jakby stracił czucie w dłoni i starał się go bezowocnie przywrócić. Od samego patrzenia Harry'emu zaczęły drętwieć koniuszki palców.

Ciężka i głucha nieobecność Naczelnictwa zdawała się rzucać w oczy jak czerwony kaptur pośród czerni deszczowych peleryn.

— Powiesz nam, co się stało? — przerwała uporczywą ciszę McGonagall; jej buty zastukały o ziemię jak gromy, kiedy podeszła do stołu i oparła się ręką o lekko zakurzony blat, zostawiając na nim wyraźne odciski swych palców.

Harry przełknął, miał nadzieję, niezbyt głośno i zaczął szukać papierosów po kieszeniach własnej szaty. Kiedy wyciągał papierosa z pudełka, okazało się, że to jego ostatni. Rzucił puste pudełko na stół, wetknął papierosa pomiędzy zęby i przypalił końcem różdżki. Płomień z zaklęcia: „Incendio" buchnął jak erupcja wulkaniczna: za wysoki, zbyt żywy, roztańczony i Harry w ostatniej chwili uniknął podpalenia sobie ciemnych brwi.

Zaciągnął się nerwowo dymem, zapobiegawczo odkładając różdżkę na blat. Oparł się jednym łokciem o stół i podparł czoło na rozgrzanej, lekko wilgotnej dłoni. Dym, który wydmuchał z płuc, rozlał się po blacie jak mgła, by po chwili rozproszyć się w powietrzu, pozostawiając po sobie ślad jedynie w tytoniowym zapachu.

— Nie mamy już poparcia Naczelnictwa — powiedział, nie odrywając wzroku od stołowego blatu. Złapał się na tym, że jego dłoń trzymająca papierosa lekko drżała, kiedy ponownie przykładał go do ust.

Odpowiedzią na jego oświadczenie była głucha cisza, w której syk jego papierosa brzmiał, jakby dochodził z paszczy bazyliszka, jakby cały inny dźwięk gdzieś wsiąknął albo zapadł się sam w sobie.

Zielonooki nie musiał podnosić głowy, żeby wiedzieć, że wszystkie oczy wbite są w jego zgarbioną postać jak rzepy. Ponownie zaciągnął się głęboko dymem, wypuszczając go przez nos, po czym chaotycznym ruchem strzepnął popiół na podłogę.

Cichy głos Dracona zabrzmiał w martwej ciszy jak oskarżenie:

— Harry, coś ty narobił?