zywek — Tak się ucieszyłam, że wciąż czytasz i wciąż komentujesz, że natchnęło mnie i napisałam kolejny rozdział.
.
Rozdział 39
Filiżanka czarnej kawy z okruchem smutku na dnie
.
Byłem pewien, że będzie nas obserwował z daleka, byłem przekonany, że będzie śledził nasze poczynania, byłem pewien, że podczas całego, długiego pobytu w Hogwarcie przeciągnął kilka portretów na swoją stronę - nie byłem pewny, jak sprawa miała się z ludźmi. Miałem wrażenie, że mimo tego, że odwołał od konieczności przebywania w Hogwarcie całe swoje znamienite Naczelnictwo, musi posiadać jakieś wtyczki, jakąś łączność z zamkiem, choć nie byłem przekonany, w którym miejscu powinienem ich szukać.
Najbardziej zagadkową personą przez pewien czas stał się Lucjusz. Można pomyśleć, że nic nie będzie trzymać go w zamku, jeżeli Snape zdecyduje się odsunąć, że pewnego dnia zniknie, nic nikomu nie mówiąc, jednak on wciąż tam trwał - nie wiedziałem, czy ze względu na Snape'a, czy na Draco, czy może jeszcze z jakichś innych przyczyn, których nie potrafiłem oszacować - bądź co bądź był tam, milczący obserwator, z lekką niechęcią krzywiący usta, popijający whiskey przy światłach świec i kandelabrów.
Wszyscy zdawali się rozumieć, że nagłe odsunięcie się od sprawy Snape'a było moją winą i wszyscy zdawali się mieć do mnie żal, że nie postarałem się bardziej, aby utrzymać go w zasięgu wzroku, aby zaplątać go w nasze plany, aby ograniczyć jego własne posunięcia. Widziałem wszystkie ukradkowe spojrzenia, wszystkie ledwo zauważalne zmiany w ich mimice, każde zaciśnięcie ust powstrzymujące słowa. Irytacja w mojej głowie zaczęła rosnąć wykładniczo - moi sprzymierzeńcy patrzyli na mnie, jakbym popełnił jakieś kolosalne wykroczenie i być może mieli rację, być może popełniłem błąd, zboczyłem z wyznaczonej drogi, ale chciało mi się wyć, kiedy myślałem o tym, że to nie oni byli zmuszeni płaszczyć się przed Snape'em jak - nie przymierzając - Śmierciożerca przed Voldemortem, to nie ich służalstwa zażądał sobie w zamian za szczególną pomoc piekielny Naczelnik, to nie oni musieli się poświęcić dla sprawy, to nie oni musieli upokarzać się dla uzyskania jakiejś korzyści. Żadne z nich nie patrzyło w jego czarne oczy czytające w umysłach jak w powieściach historycznych z poziomu podłogi, wszyscy oni obchodzili go z dala jak dziurę w brukowanej alei, jak niebezpiecznego drapieżnika zamkniętego w klatce. To nie oni musieli mu składać obietnice i to nie oni znajdowali się w promieniu jego gniewu - tkwili na obwodzie tego okręgu, jakby to było jasną oczywistością, że to ja muszę być tym, który się poświęci w imię ogółu. Żadne z nich nie wiedziało, że do decyzji Snape'a przyłożyło także rękę zachowanie Katriny i nikt nawet nie starał się rozważać tego, że mogły zaistnieć jakiekolwiek inne czynniki, niż moje własne słowa.
Nie wiem, czego się spodziewali. Chyba tego, że będę milczał i pokornie przyjmował ich krytykę, że przyznam im rację, schowam głowę jak żółw w skorupę i pozwolę zrzucić na siebie całą winę.
Cóż, byli w błędzie.
-VVV-
Luna i Draco przekazywali sobie papierosa, jakby ten był paczką drogich ciastek czekoladowych, a Harry, czując złośliwe ssanie na dnie żołądka, obracał w palcach pustą paczkę po swoich wypalonych Djarumach, jakby liczył na cudowne rozmnożenie. Starając się stwarzać pozór beznamiętności, przysłuchiwał się przekrzykującym się jeden przez drugiego Andersonowi i Olivierowi Nidrooke'owi, który jeszcze za czasów, kiedy Antoniusz podejmował kluczowe decyzje, jawił mu się zawsze jako nader opanowany czarodziej, zdystansowany nawet do najbardziej stresujących wiadomości. Najwyraźniej każdy posiada swój limit, który przy danej sytuacji musi pęknąć.
Harry przeciągnął rogiem opakowania po krawędzi blatu, robiąc przy tym lekkie wgniecenie w słabej tekturze. Krzesło, na którym siedział, miało nierównej długości nogi i ledwie zauważalnie kołysało się to w przód to w tył, stukając filcowanymi podkładkami samoprzylepnymi o - i tak niesamowicie zarysowaną - podłogę, nie robiąc przy tym zbytniego hałasu. Intensywny zapach tytoniu kłębił się w pomieszczeniu jak wężowisko, ale zdawał się nie przeszkadzać nawet gorąco na niego wyczulonej dyrektorce. Harry - zerkając na siwe kłęby ulegające dyfuzji w powietrzu - zastanawiał się, czy pomieszczenia Hogwartu są wentylowane tak, jak mugolskie placówki.
Draco wydmuchał głośno dym z płuc i przekazał papierosa Lunie, która odwróciła głowę w stronę okna, co wcale nie sprawiło, że Harry nie dostrzegł niemej nagany palącej się w jej źrenicach jak starożytny stos.
— Skoro słuchanie się durnych żądań Snape'a przez tak długi czas nie było dla ciebie jakimś twardym orzechem do zgryzienia — odezwał się Draco; jego głos był cichy, ale przebił się przez pokrzykiwania Wally'ego i Oliviera jak strzała puszczona z łuku pomiędzy stado dzikich ptaków — dlaczego, na litość Morgany, postąpiłeś wbrew jego woli właśnie teraz, kiedy jego działania okazały się pożyteczne?
Harry odrzucił od siebie pudełko po papierosach z nieco większym impetem, niż chciał to zrobić, a to odbiło się kilka razy od blatu i zatrzymało na krótszej krawędzi gdzieś w jednej trzeciej stołu. McGonagall, która chwilę wcześniej zaczęła krążyć nerwowo między stołem a oknem jak zagubiona w przestrzeni ćma, odwróciła się od szyby, spoglądając na Harry'ego, jakby bezcześcił święty ołtarz.
— Wobec tego powiedzcie mi, proszę, co zrobilibyście na moim miejscu? Co byście zrobili, hę? — wycedził chłodno zielonooki, unosząc roziskrzony wzrok na wzburzone, poznaczone krzywymi grymasami twarze. — Zrezygnowalibyście z próby uratowania życia tym, którzy mieszkają, pracują i robią interesy na Śmiertelnym Nokturnie i zignorowalibyście dramat, który się tam rozgrywa? Zostawilibyście czarodziejów na pewną śmierć? Nie podjęlibyście nawet próby ochrony naszych terytoriów?
— Potter, nie podnoś głosu. — McGonagall otaksowała go orlim wzrokiem, bezwiednym gestem zakładając za ucho pojedyncze kosmyki siwych włosów, które wymknęły się z jej wysokiego koka. Jej zielone oczy jarzące się jak oczy kota w ciemności przeskoczyły na napiętą twarz Dracona. — Panie Malfoy, chciałabym uświadomić pana co do jednej, znaczącej kwestii. Decyzja co do tej akcji wyszła nie od pana Pottera, a ode mnie.
Draco z impetem zgasił wypalonego papierosa o blat stołu, łamiąc go przy tym na pół, co spotkało się z głośnym przekleństwem Luny, która bez zawahania zdzieliła go po wierzchu dłoni.
— Zwariowałeś? — fuknęła, patrząc na wypalone ślady, jakie ten pozostawił na blacie. — Nasz ostatni papieros! — jęknęła, uświadamiając tym wszystkich, że bynajmniej nie rozpaczała z powodu haniebnego traktowania mienia szkoły.
— Co za brednie! — odpyskował Draco, całkowicie ignorując głośne niezadowolenie Luny i kręcąc z politowaniem głową, wpatrywał się wściekłym wzrokiem w swoją byłą nauczycielkę. — Oboje wiemy, kto stał u podstawy tej decyzji, pani dyrektor.
— A może — powiedziała sucho dyrektorka, przechylając głowę jak polujący kocur — powinniśmy pozwolić panu Potterowi na to, aby wyjaśnił swój pogląd na tę kwestię, jak sądzicie?
Harry zaciągnął się głęboko pachnącym tytoniem powietrzem i odchylił się na oparcie krzesła, spoglądając żarliwym wzrokiem w sufit.
— Nie zamierzam się tłumaczyć — powiedział sucho, ledwo poruszając przy tym wargami — i tak nic z tego nie zrozumiecie.
Amelia potarła dłonią nogę, w którą podczas bitwy trafiła kula, jakby ta dawała jej się we znaki, i wyciągnęła ją przed siebie, opierając piętę o posadzkę.
— Snape był... niebłahym sojusznikiem podczas ataku na mugolskie więzienie — powiedziała na pozór opanowanym tonem, jednak w jej głosie Harry - jak zapach siarki - wyczuł niemałe oburzenie.
Zielonooki czarodziej wyprostował się na krześle, zamachnął się dłonią i z werwą walnął pięścią w stół. Biała gorączka krążyła po jego żyłach jak narkotyk, uderzając do głowy i wypalając spokój jak kwas.
— Snape żąda ceny za swoją pomoc, gdybyście nie zauważyli — syknął, łypiąc na zebranych nieprzychylnym okiem. — Żąda poświęcenia. Sądziliście, że wszystko, co robi, czyni bezinteresownie? — Harry zaśmiał się nerwowo, przesuwając rozbieganym wzrokiem po grymasach goszczących na twarzach swoich rozmówców. — On nie chciał mieć na każde swoje zawołanie jedynie mnie. On chciał widzieć podporządkowanie się jego rządom u was wszystkich. Chciał przewagi sił nad każdym z was co do jednego, wy święci, pustogłowi prokuratorzy. — Odetchnął chwiejnie, gdy ręka, którą walnął o blat, zaczęła pulsować kłującym bólem i przyłożył palce do rozpalonego gniewem policzka. — To właśnie miało być zapłatą za jego poparcie — powiedział nieco ciszej; jego słowa zabrzmiały jak zapowietrzone westchnienie. — Chciał, żebym wpoił wam jakieś głupie wotum zaufania co do jego osoby, żebyście z czasem i wy stali się podatni na jego życzenia. — Harry dałby wiele, aby znalazł się gdzieś jeszcze jeden papieros do wypalenia; z niewielką nadzieją zaczął przeszukiwać kieszenie swoich szat, ale znalazł w nich jedynie kilka pojedynczych galeonów i wyłamany z zamka, pęknięty suwak. Mruknął w zdegustowaniu i wstał od stołu, podchodząc do wysokiego okna, spod którego obserwowały go spod zmarszczonych brwi rozgorączkowane oczy matki Katriny.
Harry przeciągnął palcami po jakiejś tłustej smudze biegnącej w poprzek szyby i spojrzał w stronę granicy Zakazanego Lasu. Czubki drzew kołysały się na silnym, gwiżdżącym za oknami wietrze, kładąc się jedno na drugie jak przewracające się kostki domina.
— Przecież... — mruknął niewyraźnie gdzieś za jego plecami Anderson; zielonooki skrzywił się, zerkając ponurym, chmurnym wzrokiem przez ramię. — Przecież nie próbowałeś nas do niego przekonywać. W każdym razie nie przypominam sobie, abyś próbował.
Harry miał ochotę przewrócić oczami albo popukać się prześmiewczo w czoło; oparł się barkiem o wnękę okienną i podrapał bezwiednie bladą bliznę w kształcie błyskawicy. To beznadziejne spotkanie zaczęło go już męczyć.
— Nie. Nie próbowałem — burknął; czuł, że napływa ku niemu jak fala niesamowite znużenie. — Snape nie był tym zachwycony.
McGonagall odkaszlnęła, jakby oczyszczała sobie gardło, po czym odezwała się cichym, lekko zaniepokojonym głosem:
— Potter, co masz na myśli, mówiąc, że Snape chciał cię mieć na każde swoje zawołanie?
Harry drgnął nieznacznie i odwrócił się powoli w stronę dyrektorki; jej zielone oczy obserwowały go z pewną dozą zatroskania, w odpowiedzi na które Harry miał niezmierną chęć wbić sobie zęby w dolną wargę. To w sumie interesujące, że nikt poza Draco, matką Katriny i samą Katriną nigdy nie miał przyjemności obserwować jego służalczego zachowania w stosunku do Snape'a. Powoli zaczynał się zastanawiać, czy ci ludzie zdawali sobie sprawę z tego, jaki teatr odgrywa się pośród tych grubych, zamkowych murów. Zerknął kątem oka na Dracona, który zaciskał pobielałe usta w cienką linię - niemal w bliźniaczy sposób, jak zwykła to robić McGonagall - przyglądając się mu w milczeniu, jakby na coś czekał.
Harry wzruszył ramionami, przygładził machinalnie sterczące mu na wszystkie strony włosy i skierował swoje kroki do wyjścia.
— Nie miejcie złudzeń — rzucił na odchodnym z lekką wzgardą do samego siebie; popchnął palcami wysokie drzwi, które zaskrzypiały, jakby od lat nikt ich nie naoliwiał. — Snape pomagał nam tylko i wyłącznie ze względu na mnie.
-VVV-
Stała nad szerokim jeziorem, odchylając głowę do tyłu i łapiąc w usta pierwsze, tegoroczne płatki śniegu. Porywisty wiatr szarpał jej czarną, lekko wymiętą peleryną, kiedy obserwowała wirujące śnieżynki, wpadające jej do oczu, roztapiające się na jej twarzy. Niewysokie kępki trawy gięły się do ziemi pod ciężarem zalegającego na nich puchu. W odległości kilku stóp od niej na śniegu siedziały wrony. Ich cienkie, czarne nogi zostawiały płytkie wgłębienia w pokrywającej wyschniętą ziemię pierzynie.
Przestała odchylać głowę do tyłu, kiedy kilka zabłąkanych płatków śniegu wślizgnęło się za jej kołnierz, wywołując chłodny dreszcz, który z szybkością błyskawicy przemknął przez jej ciało. Zaplątała dłonie na piersi, mocniej owijając się peleryną i spojrzała na wpadający do wody śnieg; wierzchnia warstwa jeziora podeszła cienką jak opłatek warstewką lodu, którą - jak podejrzewała - byłaby w stanie przełamać drobnym dotknięciem palców.
Miękkie kroki trzeszczały na świeżym śniegu jak iskry z zimnych ogni; słyszała, jak kierują się w jej stronę, zachodząc ją od tyłu, słyszała przesuwanie się rąbka długiej peleryny po śnieżnej, płaskiej pokrywie i wyobrażała sobie przeciągły, niegłęboki ślad, który gładki materiał musiał zostawiać w śniegu.
Długie, ciepłe ramiona zawahały się, zanim objęły ją od tyłu, chuda klatka piersiowa zetknęła się z jej plecami. Gorący oddech rozwiał nieznacznie jej długie włosy i przesunął się po jej skórze jak ciepły koc w deszczowe poranki.
— Przepraszam — wyszeptał łagodny głos nad jej głową; poczuła, jak czubek szczupłego nosa zanurza się w jej włosach. — Czasami naprawdę zachowuję się jak palant.
Katrina nie odpowiedziała i nie odwróciła wzroku od drżącego na tafli jeziora lodu. Jedna z wron podfrunęła do jeziora i przycupnęła na zamarzniętej płachcie wody, a wiotka pokrywa lodu zagięła się pod jej łapkami, mocząc je lodowatą wodą. Wrona zakrakała donośnie, rozkładając skrzydła i wzbiła się ponad jezioro, zataczając w powietrzu leniwe kręgi.
— Bałem się o ciebie — powiedział cicho Harry, opierając brodę na czubku jej głowy; Katrina zamknęła oczy, kiedy ciepło rozlało się w okolicach jej mostka jak gorąca czekolada. Do jej rzęs lepiły się geometryczne, unikalne kształty śnieżnych płatków, rozgałęziające się jak dendryty. — Spodziewałem się walki, spodziewałem się wybuchów i woni czarnego prochu. Nie wiem, co bym zrobił, gdybyś znalazła się w ferworze bitwy. Ta ich broń palna to nie przelewki, starcia z nimi są mocno... krwawe.
Katrina potrząsnęła w gorzkim niedowierzaniu głową i skrzyżowała ramiona na piersi.
— Harry... — odezwała się z rezygnacją, uwalniając się od jego ramion i odwracając w jego stronę. Jego spojrzenie było miękkie jak puszysta pierzyna i przesunęło się po jej twarzy jak gęsie pióra. Katrina odetchnęła głęboko, marszcząc lekko brwi. — Nie możesz wiecznie odtrącać mnie, kiedy sytuacja zrobi się zbyt napięta, wmawiając sobie, że kiedy się kogoś kocha, powinno się go chronić nawet kosztem wzbudzenia u niego niechęci do samego siebie. Mamy wojnę, która najpewniej zdąży się jeszcze rozrosnąć i poczynić jeszcze większe szkody, niż dotychczas. — Odgarnęła z czoła kilka kasztanowych włosów, które wiatr rzucił jej w twarz, błądząc spojrzeniem po twarzy Harry'ego, której rysy zdobiło niemal niedostrzegalne naprężenie. — Nie zatrzymasz mnie w czasie, Harry. Ta wojna, prędzej czy później dosięgnie każdego. Nawet mnie. — Katrina przechyliła głowę, jeszcze mocniej marszcząc cienkie brwi, kiedy Harry spojrzał gdzieś w bok, odwracając głowę z jakimś pełnym głębokich bruzd i zarysowań wyrazem na dnie zielonych oczu. — To nie tak, że do tej pory jej nie doświadczałam, Harry — powiedziała cicho, schylając brodę i przechylając lekko głowę, starając się uchwycić ponownie jego spojrzenie, ale Harry nadal na nią nie patrzył. Podążyła za jego wzrokiem, aby odkryć, że przygląda się dwóm atramentowym wronom, które dziobałby się po skrzydłach w walce o coś, co najwyraźniej udało im się wykopać spod niewielkiej warstwy śniegu.
— Wydawało mi się — odezwał się po chwili Harry, mówiąc tak wolno, jakby nie był pewny, jakie słowa powinien dobrać, jakby zgłoski były monetami, którymi kilka razy należy obrócić, zanim rzuci się je na stół — że miałaś do mnie wielki żal, że nie pozwoliłem ci na to, abyś poszła z nami. Wydawało mi się, że gniewasz się na mnie, bo potraktowałem cię za ostro.
Katrina przełknęła gulę, która zaczęła zalegać jej w gardle i pociągnęła lekko nosem. Zrobiła krok w stronę starszego mężczyzny i uniosła ręce, zaplatając mu palce na karku. Zielone oczy zwróciły się ku jej twarzy; gdzieś w ich głębinie czaiło się nieme pytanie. Katrina przeczesała palcami jego wilgotne od śniegu, nieznacznie przydługie włosy.
— Byłam na ciebie zła, bo mi na tobie zależy — powiedziała, wspinając się na palce i przykładając czoło do jego czoła. — Byłam na ciebie zła, bo się o ciebie martwiłam. — Jej włosy spadły na jego policzki, przesuwając się po nich jak pierz.
Harry wypuścił powietrze przez usta; Katrina poczuła, jak gorący powiew przesuwa się po jej czole i sięga za ucho. Palce starszego czarodzieja z czułością pogładziły jej biodro.
— Nie chciałbym, żeby z mojego powodu stała ci się jakaś krzywda.
Katrina odetchnęła chwiejnie, spoglądając w jego zielone, połyskujące jak kamienie szlachetne oczy.
— Harry... — przesunęła palce z jego karku ku włosom i wplotła w nie swoje palce, drapiąc lekko skórę jego głowy. — Jeżeli kiedykolwiek coś mi się wydarzy, coś, czego nie przewidzimy, jeżeli kiedykolwiek znajdę się w niebezpieczeństwie przekraczającym moją wytrzymałość, będę tam z powodu mojej własnej decyzji. — Patrzyła, jak zamyka oczy i zaciska niemal boleśnie powieki, a jej serce zacisnęło się kurczowo na ten widok. Przysunęła się bliżej, wtulając twarz w zagłębienie jego szyi. — Harry, to moje własne życie — wyszeptała, muskając ustami jego gładką skórę, która pod jej dotykiem zaszła gęsią skórką — i moje własne wybory. — Przełknęła cicho ślinę i zamknęła oczy. — I jeżeli kiedykolwiek coś mi się stanie, nie będę niczego żałować. Słyszysz, Harry? Nie będę żałować niczego, bo wszystko, co nastąpi, będzie jedynie następstwem moich własnych decyzji.
Harry mocniej oplótł ją własnymi ramionami i milczał.
-VVV-
Przyspieszył kroku, czując, jak materiał peleryny obija mu się o kostki, odbijając się od nich z jakimś powtarzalnym, monotonnym rytmem. Postać, za którą spieszył, skręciła właśnie za róg korytarza, zdając się go w ogóle nie zauważać, co było absurdalne, oczywiście, zważając na to, że jego podeszwy z miękkim, szemranym odgłosem uderzały o zamkową posadzkę.
Harry przesunął ręką po karku, aby odkleić od skóry mokre od śniegu kosmyki włosów. Naprawdę powinien je wreszcie przyciąć, powoli zaczynały go już irytować, szczególnie kiedy wplatały mu się w rzęsy, przysłaniały okulary i łaskotały nos.
— Anderson — zawołał za idącym przed nim czarodziejem, a jego głos odbił się od ścian zamku, potęgując jego słowa, sprawiając, że korytarz odpowiedział mu dźwięczną serią jego własnego tonu: „Anderson, Anderson, Anderson".
Mężczyzna idący korytarzem zatrzymał się i odwrócił w jego kierunku, z takim zaskoczeniem wymalowanym w oczach, jakby nie zdawał sobie sprawy z obecności podążającego za nim krok w krok Harry'ego.
Harry sięgnął do wewnętrznej kieszeni szaty, doganiając wreszcie aurora ze swojego biura, zdmuchując z czubka nosa uparcie klejące się do niego włosy.
— Szefie? — zdziwił się auror, mierząc Harry'ego takim spojrzeniem, jakby Harry był ostatnią osobą, na którą spodziewał się natknąć na zamkowych korytarzach; zielonooki zdusił w zarodku głęboką chęć przewrócenia oczami. — O co chodzi? — Anderson wyprostował się jak wojskowy na służbie, jakby spodziewał się, że Harry ma dla niego jakieś szczególne zadanie.
Zielonooki skrzywił się, próbując wymacać na dnie kieszeni niewielki, kosztowny krążek.
— Spocznij żołnierzu — zaszydził Harry, czując pod palcami chłód biżuterii. — Przychodzę w interesach. — Zielonooki zaśmiał się ponuro pod nosem z własnych słów, wywołując tym niemały niepokój, jaki wykwitł na twarzy aurora i zaczął się na niej rozrastać jak bluszcz.
— Szefie? — wyraził swoje niezrozumienie Anderson, jego brwi zjechały się tak mocno, że Harry podejrzewał, że niebawem się ze sobą zetkną. Westchnął ciężko i wyciągnął z kieszeni srebrny pierścionek zawieszony na niewielkim łańcuszku.
— Ile byś za niego dał? — zapytał, podsuwając Andersonowi biżuterię pod nos. Mężczyzna zagapił się na nią, a jego twarz przykryła się tak dziwaczną mieszanką emocji, że Harry darował sobie ich interpretację.
— Ile bym... dał? — powtórzył z lekkim otumanieniem Anderson, jakby słowa wypadały przez jego usta, zanim mózg zdołał je przetworzyć.
Szef Biura Aurorów nie zdołał tym razem zahamować, pełnego jawnego politowania, przewrócenia oczami.
— Tak, Anderson — odezwał się Harry, dzieląc powoli zdania na sylaby, jakby zwracał się do małego dziecka — chodzi mi o pieniądze. Ile byś dał za niego pieniędzy?
Auror patrzył na niego z lekko rozdziawionymi ustami i Harry'ego przez moment kusiło, aby wyciągnąć rękę, złapać go za szczękę i z głuchym uderzeniem zębów o zęby zamknąć mu buzię. Na własne szczęście Anderson szybko się zreflektował i ostrożnie sięgnął po kołyszący się na łańcuszku jak wahadło hipnotyzera pierścionek.
— To srebro? — zapytał cicho Anderson; jego oczy przez moment błysnęły jak oczy sroki, które wypatrzyły w trawie mieniącą się w słońcu błyskotkę. Harry uśmiechnął się ponuro, zerkając na srebrną, małą obwódkę.
— Nie chcesz sam sprawdzić, Anderson? — zapytał, unosząc brwi; mężczyzna nie odpowiedział, ale podniósł rękę i położył pierścionek na wnętrzu dłoni, oglądając go w świetle kandelabrów jak jubiler. Harry wcale by się nie zdziwił, gdyby za moment włożył go w zęby i przygryzł jak pies zajęty obrabianiem kości.
— Byłbym w stanie dać za niego z dwadzieścia osiem galeonów — odezwał się Anderson, podnosząc wzrok na Harry'ego, mrużąc przy tym oczy, jakby patrzył pod słońce.
— Dwadzieścia osiem? — oburzył się Harry. — Jest wart co najmniej pięćdziesiąt!
Kąciki warg Andersona drgnęły w niejakiej ironii, jego palce poruszyły się wolno, a pierścionek zsunął się z jego dłoni jak piach. Mężczyzna pokręcił głową, patrząc na swojego szefa w taki sposób, jakby urosła mu dodatkowa głowa.
— Wobec tego, szefie, musisz sobie znaleźć innego kupca — powiedział beztrosko Anderson, przybierając twarz pokerzysty, na co Harry tak się wykrzywił, jakby był zmuszony wysączyć fiolkę jakiegoś niezwykle gorzkiego eliksiru. Anderson wzruszył ramionami i wykonał taki ruch, jakby zamierzał się odwrócić.
— Niech cię diabli, Anderson — warknął Harry, częstując mężczyznę chłodnym spojrzeniem. — Oddam ci go za czterdzieści.
Mężczyzna zatrzymał się i zerknął w twarz Harry'ego, przechylając w zamyśleniu głowę.
— Trzydzieści — powiedział spokojnie Anderson, jakby omawiali jakieś pojęcie naukowe, a nie targowali się o biżuterię.
Harry miał ochotę zazgrzytać zębami.
— Trzydzieści siedem.
— Szefie, nie dam trzydziestu siedmiu galeonów za coś, czego nie uda mi się nigdzie upchnąć za wyższą cenę — westchnął Anderson, pocierając palcami nasadę nosa. — Przykro mi, tak działa ten biznes.
— No to chociaż trzydzieści pięć — spróbował Harry, pocierając palcami łańcuszek jak szczęśliwy żeton.
— Dam trzydzieści galeonów, szefie. To moja ostateczna propozycja.
Harry prychnął pod nosem, zbliżył się do Andersona i wepchnął mu pierścionek w rękę.
— Niech cię piekło pochłonie — warknął zielonooki, patrząc na aurora spode łba, wyobrażając sobie, że pluje mu w twarz.
Mężczyzna wyszczerzył do niego zęby jak łakomy wilk i wyciągnął mocno zużytą, przetartą sakiewkę.
-VVV-
To był, zdaje się, mój najmniej opłacalny interes w życiu. Trzydzieści galeonów! Za srebro! No, kto by pomyślał, każdy zdrowo myślący, szanujący się czarodziej mocno popukałby się w czoło, gdyby ktoś zaproponował mu taką wymianę walut.
— Sam jesteś sobie winny, Potter, że nie umiesz się targować.
Zamknij się, Malfoy, i nie przerywaj.
W pewnym sensie poczułem ulgę, że pozbyłem się tego ciężaru. Wypominał mi on jedynie własne porażki, naśmiewając się ze mnie z szyderstwem godnym hieny. Pieniądz był mniejszym obciążeniem, pieniądz nie krył w sobie wspomnień, o których wolałbym raczej zapomnieć. Poza tym, dla pieniędzy mogłem znaleźć praktyczne zastosowanie.
— To twoje: „praktyczne zastosowanie" nazwałbym raczej chorą manią niesienia pomocy.
A nazwij to sobie tak, jak chcesz, Malfoy, nic mnie to nie obchodzi.
-VVV-
Skrzydło Szpitalne zdawało się nienaturalnie ciche po tym, jak nie ostał się w nim już nikt z powikłaniami po bitwie na terenach przyległych do tamtego pamiętnego, mugolskiego więzienia. Harry dowiedział się od Parkinson (zamkniętej we własnym gabinecie z herbatą i jakąś grubą książką rozłożoną na kolanach), że McGonagall przydzieliła Lunie osobne kwatery, w których ta przez pewien czas będzie rezydować. Parkinson nie przypuszczała, że tym razem to nie Luna była celem jego wizyty.
Rude włosy rozsypywały się po poduszce jak wykałaczki leżące koło przewróconego pudełka, młoda dziewczyna zajmująca jedno z łóżek w infirmerii na przemian to zakręcała, to odkręcała ogniście rude pasmo z chudego palca; Harry, przesuwając wzrokiem wzdłuż lejących się jej na ramiona włosom, przez krótką jak mrugnięcie powiek chwilę pomyślał o Ginny (jej otoczona czerwonym szalem głowa mignęła mu przed oczami jak krótka scena niemego kina).
Pansy musiała zmyć jej makijaż z twarzy; Harry, przesuwając wzrokiem po jej nieco zbyt kościstych policzkach, po tych przesuszonych, rudych pasmach okalających jej głowę, po jej bladych, gęstych rzęsach i kształtnym, filigranowym nosie, ocenił, że ta mała jest nawet niebrzydką dziewczyną. Gdyby miała możliwości, aby trochę bardziej o siebie zadbać, najpewniej uchodziłaby za całkiem uroczą panienkę.
Podstarzały barman siedział na chyboczącym się krześle dosuniętym do łóżka, krzyżując nogi w kostkach i opierając ramię o krawędź zagłówka.
— Ha, i co, Tommy? — zaświergotała dziewczyna, jakby kontynuowała jakąś zaczętą niegdyś rozmowę. — Już dawno mówiłam ci, że to Harry Potter. Co ty myślałeś, Tommy? Że Harry'ego Pottera bym nie poznała? Harry'ego Pottera, Tommy? Przecież ma szramę na czole. I co? Ha!
Harry przesunął spojrzeniem między dziewczyną a barmanem, woląc się nie zastanawiać, dlaczego odnosi drażniące, uciążliwe wrażenie, że ta dwójka nie po raz pierwszy o nim rozprawia.
Zielonooki podszedł do łóżka w towarzystwie na wpół znudzonego, na wpół zamyślonego spojrzenia starych oczu barmana i przechylił głowę, ogniskując niejako oceniający wzrok na młodej dziewczynie.
— Hej, złotko, masz papierosa? — zapytała dziewczyna, podciągając się do siadu i opierając plecami o wysoki zagłówek. Miała na sobie szpitalną koszulę nocną i najwyraźniej niewiele ponadto, jak zauważył Harry, kiedy ta zadarła wysoko brodę, ściągnęła ramiona i wypięła do przodu piersi. Kącik warg Harry'ego drgnął w rozbawieniu na ten zuchwały pokaz.
— Obawiam się, że mi się skończyły — powiedział, obchodząc łóżko naokoło i opierając się barkiem o ścianę po drugiej jego stronie. Pochwycił nad białą pościelą zakrapiany kąśliwością wzrok barmana.
Dziewczyna zachichotała, wyszczerzając przy tym żółte jak u nutrii zęby.
— Słyszałeś, Tommy? — zaśmiała się, jakby widziała w słowach Harry'ego coś nadzwyczaj zabawnego. — Święty Harry Potter pali!
Harry przechylił głowę, nie spuszczając wzroku z rozchichotanej dziewczyny, po czym odepchnął się od ściany, przyłożył jedną dłoń do zagłówka tuż obok głowy młodej pannicy i zawisł nad jej twarzą jak sokół; przydługie włosy spadły mu luźno koło skroni.
— Święty Harry Potter — powiedział cicho, spoglądając dziewczynie prosto w oczy — robi bardzo dużo mało świętych rzeczy.
Oczy Lottie rozbłysły jak świetliki.
— Naprawdę? — zaciekawiła się, oblizując koniuszkiem języka dolną wargę. — Opowiesz mi o tym, złotko?
Harry zaśmiał się cicho i odsunął od Lottie, spoglądając na nią z góry.
— Zastanowię się — odparł, sięgając do kieszeni. — Tak na dobrą sprawę jestem tutaj, żeby ci coś dać.
Lottie uniosła brwi i wymieniła szybkie spojrzenia z podstarzałym barmanem.
— Merlinie uchowaj — zaświergotała dziewczyna. — Tylko nie mów, że przyniosłeś mi kondomy.
Przewrócił oczami i z niewielkim uśmiechem na ustach, wyciągnął z kieszeni garść pieniędzy, które dostał w zamian za srebrny pierścionek. Wbrew temu, czego oczekiwał, mina rudowłosej zrzedła, kiedy jej oczy spoczęły na wysypujących się Harry'emu z dłoni, złotych monetach.
Starszy barman zastygł na moment w bezruchu, jakby spodziewał się, że pieniądze lada moment eksplodują, zmieniając wszystko wokół nich w drobny popiół, by chwilę później zagryźć górną wargę, wyglądając przy tym dosyć komicznie, kiedy jego szczęka wysunęła się do przodu jak u prognatyka. Mężczyzna ponownie spojrzał na Lottie i odwrócił wzrok do ściany, jakby był właśnie świadkiem jakiejś nielegalnej dilerki.
Dziewczyna podniosła na niego wzrok, w jej bladych oczach nagle coś przygasło; nie wyciągnęła ręki po pieniądze.
Harry, nieco skonsternowany tą dziwną reakcją, zmarszczył czoło.
— Weź je — poprosił cicho — to prezent.
Lottie przygryzła dolną wargę i odwróciła wzrok ku ścianie.
— Nie mogę tego przyjąć — powiedziała; jej głos stracił na beztroskiej zaczepności.
Harry patrzył w jej twarz, nic nie rozumiejąc.
— Owszem, możesz — odparł na to, przechylając nieznacznie głowę. — Możesz je wziąć i zrobić z nimi co tylko chcesz. Oddaję ci je i nie chcę żadnego, późniejszego zwrotu. Po prostu je zabierz.
Lottie wygięła kwaśno wargi i spojrzała mu w twarz.
— A czego chcesz w zamian? — zapytała chłodno i w Harry'ego nagle zderzył się z hukiem z rzeczywistością.
Ona jest prostytutką. Była nią przez całe życie. Pieniądze, które zawsze dostawała od mężczyzn były tylko chłodną, bezosobową zapłatą za jej ciało. Niczym więcej, niczym mniej. Harry odsunął się nieco od łóżka i przywołując na swoją twarz maskę beznamiętności, odłożył ostrożnie pieniądze na szafkę nocną. Złote monety zadudniły głucho, opadając na niewielki mebel, kilka z nich potoczyło się po swej wąskiej krawędzi i spadło z brzdękiem na terakotową posadzkę.
— Nie żądam od ciebie nic w zamian — powiedział, nie patrząc na dziewczynę siedzącą w łóżku. — Nie chcę tych pieniędzy i nie potrzebuję ich, a ty owszem. Nie traktuj tego, jak zapłatę, Lottie, ani jak pożyczkę. Weź je, jakbyś znalazła je leżące na ulicy i dmuchnij w nie na szczęście.
Harry odwrócił się i odprowadzany dwoma spojrzeniami, klejącymi się do jego łopatek jak plastry na otarcia, opuścił w pośpiechu ambulatorium.
-VVV-
Albert Jackson, bujając się na piętach jak dziecko, zastanawiał się głęboko nad tym, co powinien zrobić. Przez ostatnie dni w milczeniu obserwował Pottera i tych, którzy go wspierają. Widział rozdarcie, jakie nagle podzieliło Pottera z Naczelnictwem, coś wbiło między nich tak ostrego klina, że najpewniej niełatwo będzie go teraz wydłubać - fakt, że zniknęli oni tak nagle, bez słowa, wszyscy razem, niezaprzeczalnie wskazywał na to, że Potter w swoim uparciu i ze swą skłonnością do wydawania nadrzędnych decyzji, przekroczył granicę cierpliwości szacownego Naczelnictwa.
Pociągnął zdrowy łyk z piersiówki ściskanej w dłoni i wychylił się przez blanki Astronomicznej Wieży, spoglądając w dół na pagórkowaty teren leżący pod stopami zamku.
Nie był przekonany, na jakiej pozycji stawia to jego samego, szczególnie gdy Lucjusz Malfoy wciąż kręcił się w pobliżu jak sęp nad padliną, jakby zamierzał dopilnować wszystkich interesów. Albert wcale nie byłby zaskoczony, gdyby ktoś mu oświadczył, że pan Malfoy jest wtyką Naczelnictwa - nie wzbudzającą zbyt wielu podejrzeń, zostawioną pośród Pottera i jego kompanów jak ziarno zasiane na polu - zastanawiał się jedynie, co o tym wszystkim sądzi sam Potter.
Oblizał posmak alkoholu z ust i przetarł nadgarstkiem swędzącą skroń.
Potter nie był głupi. Musiał istnieć powód, dla którego tak długo i tak uparcie nie dopuszczał go do grona swoich aurorów, musiało istnieć coś więcej, ponad zwykłą ostrożność i Albert w głębi duszy gratulował mu intuicji.
Nie mógł zostać tutaj na długo. Pojawił się w tej wiekowej szkole na żądanie Lucjusza Malfoya, ale lada moment będzie zmuszony opuścić zamek - jego zbyt długie, zbyt natrętne krążenie w pobliżu może wzbudzić podejrzenia zbyt wielu osób. Tak, Albert nie miał złudzeń, będzie musiał stąd odejść - cicho, bez słowa i bez gestu, jak kieszonkowiec, który złapawszy to, co wpadło mu w rękę, czmycha pospiesznie z miejsca zdarzenia.
Jeszcze kilka dni temu miał pewien plan. Zamierzał spakować rodzinę, podkulić ogon, znaleźć w miarę przyzwoicie płatną pracę i przenieść się na drugi koniec kraju. Problem polegał na tym, że nie sposób ukryć się w magicznym świecie - aby jego plan nie osiadł na laurach, musiałby przenieść się do mugolskiej części Anglii. Wynająć mieszkanie z niewielkim czynszem, pozamykać niedokończone rachunki w czarodziejskim świecie, zamienić u Gringotta nominały i spróbować zniknąć jak pękająca bańka mydlana.
Przejechał językiem po przednich zębach, czując pod jego koniuszkiem nieprzyjemny osad. Albert skrzywił się i po raz kolejny pociągnął spory łyk ze swojej piersiówki.
Była jedna rzecz, której Potter zdawał się nie podejrzewać. Coś, co kiedyś miałoby zapewne wysoką wagę, ale teraz, w tych czasach, mogło Albertowi przysporzyć niemałych kłopotów.
Oblizał się i przetarł palcami miejsce, w którym pod materiałem szaty miał na skórze wyryty znak przynależności do potężnego czarodzieja, czaszkę z otwartą szczęką, z której to wysuwał się masywny wąż o ostrych jak dwie, cienkie igły chirurgiczne kłach, niegdyś czarny jak węgiel, teraz wyblakły i niewyraźny jak tatuaż wykonany niewprawną ręką.
Albert odetchnął chwiejnie, pociągnął jeszcze jeden, solidny łyk ze swojej piersiówki i zamknął ją z trzaskiem, spoglądając na leżące u jego stóp, rozciągające się aż po Zakazany Las, pagórkowate wzniesienia. Zamachnął się potężnie i rzucił wciąż niedopitą piersiówkę w dół wieży, obserwując, jak obraca się wokół własnej osi, lecąc nieubłaganie w dół; alkohol przyjemnie krążył w jego żyłach, dudniąc mu w głowie, jak turkoczące koła pociągu sunące po torach. Albert, chwytając się dłońmi zimnych, chropowatych murów, podciągnął się w wyrwę pomiędzy blankami, zdzierając sobie przy tym naskórek z palców, i zanim zdołał się rozmyślić, przechylił swoje ciało za krawędź blank jak wahadło zbyt mocno wychylające się poza zakres swych wahań. Jego ciało runęło jak bezwolna kukła w dół, śladem metalowej, niewielkiej piersiówki.
-VVV-
Szarooki czarodziej stuknął czubkiem różdżki w dwie filiżanki, rzucając niewerbalnie zaklęcie mające zachować stałą temperaturę ich zawartości. Odłożył różdżkę na niewielki blat w ciepłych, cichych kwaterach i złapał za podstawki filiżanek, kierując się w stronę długiej, choć nieco zużytej, kanapy.
— Zdaje się, że wszyscy zareagowaliśmy nieco zanadto paranoicznie — powiedział, podając siedzącemu na kanapie czarodziejowi parującą filiżankę czarnej, mocnej kawy z cukrem. — Nie miej nam tego za złe.
Usiadł po przeciwnej stronie kanapy, opierając się o podłokietnik i podciągnął nogi pod siebie. Po chwili zastanowienia wyjął podstawkę spod filiżanki i odłożył ją na kawowy, niewielki stolik, stawiając sobie denko filiżanki na kolanie.
— Daj spokój, Draco — mruknął Harry, patrząc w czarną, lekko falującą ciecz, pachnącą jak płynny wariant nieba. Para ulatująca znad jego filiżanki osiadła mu na szkłach okularów. — Nie ma o czym mówić.
Draco podmuchał w swoją kawę, nie spuszczając wzroku z twarzy towarzysza.
— Chyba nawet nie dziwię się twojej frustracji — przyznał Draco, wzruszając ramionami, jakby strząsał z nich jakieś pierze. — Nasza pretensja była przesadzona.
— Draco... — mruknął Harry, spuszczając wzrok na wydeptany dywan.
— Nie, nie. Pozwól mi dokończyć — odezwał się Draco zdecydowanym, nieco zawziętym głosem, odgarniając palcami jasne kosmyki włosów ze swego czoła. — Miałeś rację, nikt nie musiał niczego Snape'owi oddawać w zapłacie za pomoc. Nikt, poza tobą.
— Proszę cię, nie rozmawiajmy o tym — przerwał mu zielonooki, podnosząc na niego wzrok. Przeciągnął opuszką palca po krawędzi filiżanki i upił z niej niewielki łyk, nieznacznie mrużąc przy tym oczy. — Teraz to i tak nie ma większego znaczenia, prawda?
Draco ponownie wzruszył ramionami i odwrócił głowę w stronę okna. Szyba zasnuta była pejzażem szronu wyciągającym swe rozłożyste gałęzie w abstrakcyjnych pląsach. Draconowi zdawało się, że widzi w nich zniekształcone nadnaturalnie kształty ludzkich sylwetek, ale im dłużej na nie patrzył, tym inne ułożenia zdawały się przybierać. Zupełnie jakby magia bawiła się przyrodą.
— Przyszła zima — powiedział niepotrzebnie, przystawiając sobie filiżankę do ust; coś na dnie jego serca zaciążyło lekko - zupełnie jak kamień głucho uderzający w piaszczyste dno morza.
Harry podążył za jego wzrokiem i przez chwilę spoglądał w tańczący za oknami śnieg, jakby był zagubiony w czasie i dopiero teraz zorientował się w kartach kalendarza.
— Tak, chyba tak — odparł cicho, tak cicho, jakby głośniejsze słowa miały stopić cienką warstwę szronu klejącą się do chłodnego szkła.
Kiedy Draco ponownie na niego spojrzał, dostrzegł smutny uśmiech czający się w kącikach jego oczu.
— Zawsze uwielbiałem zimę w Hogwarcie — powiedział Harry, patrząc w okienną szybę tak, jakby w rzeczywistości jej nie dostrzegał. — Tutaj wydawała się czymś spokojnym. Czymś spokojnym i czystym. — Uniósł filiżankę do ust, ale nie upił z niej czarnej, aromatycznej cieczy, a zaciągnął się głęboko jej zapachem, jak oparami unoszącymi się znad kociołka z Amortencją.
— A poza Hogwartem nie była spokojna? — zapytał Draco, marszcząc brwi, ale jedyną odpowiedzią Harry'ego był drobny uśmiech i wzruszenie ramion. Harry przesunął palcem po lekko przetartych zdobieniach trzymanej w dłoniach porcelany.
— Katrina została — oznajmił Harry, a w jego oczach mignęło na moment coś na kształt rozczulenia.
Draco pokręcił w odpowiedzi głową, przykrywając niewielkie rozbawienie klejące mu się do ust filiżanką.
— Oczywiście, że została, ośle — powiedział z nikłym uśmiechem; miał nadzieję, że politowanie nie jest aż tak dosłyszalne w jego głosie, jak mu się zdawało.
Harry spojrzał na niego tak, jakby nie do końca rozumiał przyczyny uśmiechu majaczącego na jego twarzy.
— Wróble ćwierkają, że niejaka Lottie dostała od ciebie ładną sumę pieniężną — zmienił temat Draco, przechylając z przekąsem głowę.
Harry uniósł brwi, pociągając niewielki łyk ze swojej filiżanki.
— No proszę, proszę — mruknął Harry w swoją kawę, kołyszącą się między ściankami ciepłego naczynia jak fala — jakie szybkie te wróble.
Szarooki czarodziej roześmiał się i odgarnął na bok włosy wpadające mu do oczu.
— Może zdradzę, choć pewnie nie powinienem, że to tylko jeden wróbel — powiedział, puszczając Harry'emu, który przechylił głowę i oparł policzek o oparcie kanapy, perskie oko.
— Niech zgadnę — mruknął cicho, popijając swoją kawę — ten wróbel ma srebrno-szare oczy, jasne blond włosy, a na imię dali mu: Luna?
— Być może — zaśmiał się lekko Draco, nie potrafiąc powstrzymać wesołych błysków, które zapłonęły mu w oczach jak lampiony. — Nie zastanawiasz się czasem, jak ona to...
Głośne pukanie przerwało Draconowi wpół zdania, szarooki czarodziej zerknął w kierunku wysokich drzwi i westchnął ciężko, jakby przeszkadzano mu w medytacji.
— Wejdź — zawołał w ich stronę — skoro musisz — dodał ciszej pod nosem i ukrył się za filiżanką swojej kawy.
W wejściowym progu pojawiła się wysportowana sylwetka Andersona. Auror przesunął wzrokiem po komnatach, zanim jego spojrzenie padło na obserwującego go w milczeniu znad swojej filiżanki Harry'ego. Coś w jego oczach paliło się tak zagorzale, jak wprawnemu dziennikarzowi węszącemu poruszające nowiny. Draco wykrzywił cierpko usta, chowając ten wyraz za rozgrzaną pod jego palcami porcelaną.
— Przepraszam, szefie, że przeszkadzam — powiedział Anderson, przechylając głowę w bok jak zaintrygowane szczenię — ale mamy trupa pod Astronomiczną.
Harry, wyglądając jak ktoś, kogo raptem wyrwali z głębokiego, przyjemnego snu, zamknął oczy.
