.
Rozdział 40
Tysiąc śmierci do wyboru — a każda wzniosła
.
Pracując przez te kilka lat jako auror, nauczyłem się jednego: każde miejsce śmierci kryje w sobie jakąś historię. Czasem ta historia nie jest wyraźna gołym okiem - trzeba do niej dotrzeć, dokopać się poprzez obserwację detali pochodzących z miejsca zdarzenia, poprzez interpretację wyglądu ujrzanej sceny. Niekiedy drobnostki mają największe znaczenie: niedopite whiskey mieniące się w przeźroczystej szklance, niedopałek papierosa tkwiący między palcami, rozbite na podłodze szkło popychane powiewami wiatru, osadzające się wokół jak chmura. Poszlaki bywają mgliste i na pozór nieistotne, jednak gdyby przyjrzeć się im bliżej, zdradzają scenę, która odbyła się z ich udziałem.
Podobna rzecz zaszła, kiedy zatrzymałem się pod Wieżą Astronomiczną, omiatając teren skoncentrowanym spojrzeniem. Ktoś mógłby posądzić mnie o nieczułość, nieprawdaż? Fakt faktem: istnieje pewne zobojętnienie zawodowe narastające z czasem, kumulujące się w głowie, znieczulające człowieka jak anestetyki dożylne. Istnieje pewien rodzaj przyzwyczajenia, od którego ciężko odstąpić, kiedy na intensywny zapach krwi, który zdaje się wsiąknąć w powietrze jak drobiny kurzu, człowieka nie mdli, ani nie odraża potrzeba podejścia bliżej. Jest w tym pewne zboczenie zawodowe, które nakazuje przyjrzeć się uważniej śladom krwi znaczącym bruk, czerwieni spływającej strugą z chodnika i wsiąkającej w ziemię za krawężnikiem, które mówi o potrzebie przyjrzenia się nienaturalnej pozycji rozłożenia łokci i popękanym rzepkom kolanowym. Które każe pochylić się nad pękniętą jak porcelanowy wazon czaszką i zastanowić się, czy krwawy wyziew z boku głowy powstał na skutek upadku z wysoka, czy może tajemnica jego powstania leży gdzieś indziej, gdzie należy podążyć jak za nitką od kłębka. Dzięki mnogości tych niewielkich detali, jakie tworzą obraz śmierci, można dociec się historii, jaka za nim stoi: to trochę jak kawałki układanki, które zebrane razem, przedstawią sobą pewien klarowny, całkowity obraz, niepozostawiający po sobie żadnych wątpliwości.
-VVV-
Śnieg trzeszczał mu pod podeszwami, kiedy podążał za śladami stóp Andersona, depcząc po jego krokach odciśniętych w białym puchu, jak po linie rozciągniętej nad kilkumetrową przepaścią. Nie musiał zadawać żadnych pytań - czerwień wsiąkającą w biel mógł dostrzec już z położenia zamkowych wrót - rozlewała się jak kleks po śniegu, pijąc oczy gapiów głębokim, ciemnym odcieniem, tworząc bezkształtne malowidło na swym białym, lodowatym płótnie. Wiatr przynosił ku niemu metaliczny, znajomy zapach, owiewając nim jego twarz, jakby był szalem, starającym się opleść dokładnie wokół jego szyi.
Kilka starszych dzieciaków z Hogwartu stało wokół ciała, zasłaniając usta dłońmi - niektórzy z nich wyglądali, jakby za moment mieli wypluć swój własny żołądek - przeplatając się jak korale na sznurku z kilkoma jego aurorami kręcącymi się w pobliżu jak ćmy, które ciągnie do płomienia świecy. Harry kątem oka dostrzegł też Lunę, której coraz dłuższe i dłuższe włosy były barwy tylko o kilka odcieni różniącej się od rażącego odblaskami słonecznych, zimowych promieni śniegu, podtrzymującej się na wychudzonym, kościstym ramieniu Molly Weasley.
Harry powstrzymał się od kwaśnego wygięcia warg, kiedy przesunął spojrzeniem po zgromadzonych studentach i machnął ręką, jakby zatrzymywał taksówkę w środku ulicznego zgiełku.
— No już, koniec przedstawienia — zawołał, przyciągając ku sobie kilka roztargnionych spojrzeń — wracać do zamku. Nie będzie żerowania na tragedii w tej szkole.
Jak przypuszczał, uczniowie - szczególnie ci z najstarszego rocznika - wcale nie byli skorzy do rozejścia się. Jeden z aurorów z jego biura szybko odzyskał rezon i zaczął zaganiać gapiów na powrót do zamku - powołując się na prośby, groźby i wreszcie własną różdżkę, z której kilka czerwonych iskier posypało się wokół jak konfetti, szybko rozmywając się w zimowym, chłodnym powietrzu. Harry, którego okulary parowały pod mgiełką własnego oddechu, podszedł do spoczywającego na ziemi ciała, starając się nie zdeptać rozlanej wokół krwi mieszającej się ze świeżym śniegiem i przykucnął przy denacie, przechylając pod krzywym kątem głowę, aby móc spojrzeć mu w twarz.
Nie od razu rozpoznał w poharatanym, nadwyrężonym obliczu rysy Alberta Jacksona, zdawały się zbyt płytkie, zbyt bezosobowe - Harry, patrząc w nie, widział matowość, rozpoznawał w nich fizyczne cechy tego mężczyzny, ale zdawały mu się jakieś inne, jakby nie chciały dopasować się do tej bladej twarzy. Jego skóra była biała - niemalże przezroczysta - przypominała Harry'emu bielone szkło, z którego masowo produkowane były te tańsze, nędzniejsze fiolki do eliksirów, które tłukły się tak samo łatwo, jak twarze porcelanowych lalek. Wyschnięte rogówki zdawały się zmatowiałe, niewidzące oczy skierowane były gdzieś w przestrzeń, wychylając się zza połowicznie wpółprzymkniętych powiek. Popękane od wiatru i chłodu wargi były nieznacznie rozchylone, Harry dostrzegał mrugający zza nich rząd skruszonych zębów.
Wyprostował się bardzo powoli i zasłaniając ramieniem drogę słonecznemu światłu, aby nie kłuło go w oczy, podniósł wzrok na szczyt Astronomicznej Wieży, który piął się ku kłębiącym się wysoko, mętnawym chmurom, zza których przezierały się podłużne jak wiązki zaklęć promienie słońca. Mięśnie jego twarzy drgnęły nieznacznie, a przed oczami, jak w spowolnionej scenie mugolskiego filmu, zobaczył widmo całkiem innego ciała, o wiele starszego, o wiele wyższego, wyrzuconego siłą czarnomagicznej klątwy przez blanki, lecącego nieubłaganie w dół, ciągniętego przez zmyślne siły grawitacji.
— Szefie? — Niepewny głos Andersona ściągnął go na powrót ku rzeczywistości; Harry zwilżył dolną wargę koniuszkiem języka i odwrócił się do aurora.
— Masz papierosy, Anderson? — zapytał; jeśli stojącego przed nim mężczyznę zaskoczyło jego pytanie, nie dał mu tego odczuć - zerknął w zastygłą jak gipsowy odlew pośmiertny twarz Harry'ego i bez słowa wygrzebał opakowanie z połów gnącej się pod ciężarem silnego wiatru peleryny. Harry, lekko zmarzniętymi palcami, wydłubał z paczki papierosa i włożył sobie między zęby, jakby ten był wykałaczką. Anderson sięgnął po różdżkę i wzniecił na jej końcu cienki, nieduży, uginający się wraz z wiatrem języczek ognia, starając się go osłonić lewą dłonią. Zielonooki nachylił się do ognia i zaciągnął głęboko dymem, mając abstrakcyjne wrażenie, że wsiąka on w jego ciało po same koniuszki palców. — Przyczyna śmierci jest zgoła oczywista — powiedział, wydychając dym z płuc i wskazując niedbale ręką, którą trzymał papierosa, na szczyt zamkowej wieży.
— S-skoczył? — zaciął się Anderson i zagryzł mocno dolną wargę; Harry przyglądał się małej kropli krwi wysmykującej się spod przygryzających usta zębów i spływającej po jego brodzie, z czego - jak mu się zdawało - Anderson nie zdawał sobie sprawy.
Harry wzruszył ramionami. Był niemal przekonany, że Jackson wyskoczył ze szczytu wieży bez niczyjej pomocy, że do samobójczego skoku popchnęła go jedynie własna bojaźliwość, choć w żadnej mierze nie zamierzał mówić o tym głośno.
— Przekonamy się na sto procent, kiedy wejdziemy na górę, Anderson — odparł, odgarniając - dłonią, w której trzymał papierosa - włosy, które wiatr pchnął mu w oczy, po raz kolejny obiecując sobie, że musi jak najszybciej zająć się ich przycięciem. — Fakt faktem, że przyczyną śmierci było nic innego, jak upadek z wysoka. — Harry wyciągnął różdżkę nad ciało i wymamrotał formułę zaklęcia sondującego. Ciało natychmiast rozjarzyło się jak neon, a przez umysł Harry'ego zaczęło przesuwać się tysiące obrazów naraz - trochę, jak spowolniona scena filmowa puszczana klatka po klatce. Stał i patrzył - minutę, dwie - analizując rodzaj obrażeń: pęknięte obie nerki, uraz kręgosłupa w miejscu połączenia kręgosłupa piersiowego i lędźwiowego, pięć pokruszonych żeber, pęknięta śledziona i rozległy krwotok wewnętrzny; Harry przesunął czubek różdżki w kierunku głowy i szybko zdiagnozował rozległe pęknięcia czaszki rozchodzące się poprzez płat czołowy po ciemieniowy. Oględziny wykazały również zwichniętą żuchwę; zielonooki przykucnął na powrót na ziemi, jednym uderzeniem różdżki o palce przyodział dłoń w lateksową, białą rękawiczkę i przyłożył palce do nadmiernie opuszczonej żuchwy, przesunął nimi po wysuniętej brodzie i dotknął miejsca, w którym pod skórą mieścił się staw skroniowo-żuchwowy. — Ach, tak... wyskoczył, jak sądzę — mruknął pod nosem Harry, marszcząc nieznacznie czoło, wpatrując się w wosokowobiałą twarz Jacksona. — Nikt go nie wypchnął.
Anderson przykucnął obok niego, wpatrując się w krew lepiącą się do białych, lateksowych rękawiczek, wyglądając, jakby za moment miał opróżnić zawartość własnego żołądka.
— Skąd to przypuszczenie? — zapytał auror, nie brzmiąc tak marnie, jaki prezentował sobą obraz; jego oddech tworzył lekką, niewielką mgiełkę wokół jego ust, momentalnie rozmywającą się w chłodnym powietrzu.
Harry uniósł na niego wzrok i odsunął palce od zakrwawionych zwłok.
— Skakał na głowę. — Wskazał palcem okutym w zakrwawioną rękawiczkę popękaną jak wazon czaszkę. — Ma niemal skruszony odcinek szyjny kręgosłupa, rdzeń kręgowy jest przerwany. Kręgosłup jest złamany na styku odcinka piersiowego i lędźwiowego, to częsty uraz po upadku z wysoka. Nie odnotowałem poważnych złamań w nogach, za to czaszka jest popękana jak gliniany wazon. — Harry opuścił ramię i rzucił spojrzeniem na rozrzucone w bezładzie nogi. — Ktoś, kto został wypchnięty z okna bądź wypadł przez własną nieuwagę, automatycznie próbuje lądować na stopach. Jakby próbował niczym kot spaść na cztery łapy. Jackson nie ma żadnych poważnych uszkodzeń w nogach, są poobijane, rzecz jasna, ale nie odnotowałem nawet najmniejszego złamania. Nie, Jackson nie został wypchnięty, Jackson zleciał głową w dół. Stąd domyślam się, że skoczył. — Harry wstał i ponownie skierował wzrok ku szczytowi Wieży Astronomicznej. — Tak czy inaczej, należy poczynić oględziny wieży, choć wątpię, byśmy odnotowali tam obecność kogoś innego w ostatnich godzinach. — Zielonooki zaciągnął się głęboko papierosem, który zasyczał pomiędzy jego palcami jak żarzące się w piecyku węgle. — Poza tym — westchnął Harry, wypuszczając dym z płuc, czując się nagle niebotycznie zmęczonym — kiedy samemu wyskakuje się ze szczytu budynku, ląduje się w pewnej odległości od ściany, zupełnie jak nasz nieboszczyk. Jeżeli kogoś celowo wyrzucają, próbuje się on ratować, chwyta się ściany, balkonów, wystających fragmentów cegieł... — Harry wzruszył ramionami i ponownie wskazał ręką, którą trzymał papierosa na denata. — Chciałem powiedzieć, że wówczas spada bliżej murów. Ten tutaj się nie ratował. Wyskoczył. I to z konkretnym celem. — Ruszył w kierunku zamkowych wrót, z zamiarem wdrapania się na szczyt Astronomicznej Wieży. Dym z papierosa ciągnął się za nim jak wyziewy kolei parowej. Między łopatkami czuł wpity w niego jak szpilka wzrok śledzącego jego przemarsz Andersona.
-VVV-
Papieros był gorszy od jego Djarumów, piekł gardo jak kwas i zostawiał okropny posmak na języku - szczególnie przy wypalaniu końcówki. Harry skrzywił się, wpatrując się przez moment z odrazą w rozpalony tytoń i ugasił go po chwili o kamienną ścianę, lekko zawilgoconą w miejscach nieosłoniętych przed wiatrem. Upuścił niedopałek w kąt i przygniótł podeszwą do sterty innych, wzbierających w kątach Astronomicznej Wieży jak kurz. Po raz kolejny zaczął się zastanawiać, czy nie przegapił ogłoszenia przez skrzaty jakiegoś błyskotliwego strajku generalnego, co szybko doprowadziło go myślami do Hermiony i jej absurdalnego Stowarzyszenia Walki o Emancypację Skrzatów Zniewolonych. Pokręcił gwałtownie głową, aby odepchnąć od siebie wizję brązowych jak czekolada oczu byłej przyjaciółki, która na kilka długich sekund stanęła mu przed oczami jak odbicie zagubione w magicznym zwierciadle.
— Rozumiem, że szukamy jakichś rzetelnych dowodów? — zapytał Gary Davies, jeden ze starszych członków składu aurorskiego, który przyszedł tutaj kilka chwil po nim, rozglądając się po wnętrzach wieży jak polujący na padlinę sęp.
Harry nie kłopotał się, aby na niego spojrzeć.
— Nie szukamy żadnych dowodów, Gary — powiedział cicho Harry, spoglądając w dół wieży na kręcących się u jej podnóża jak mrówki ludzi. Zobaczył niewielką postać Andersona, obchodzącą zwłoki z każdej strony, przykładającą magiczny aparat analogowy do oka. Biel flesza migała co rusz jak błyskawica na burzowym niebie. — Poszlak, co najwyżej. Możesz się tu chwilę rozejrzeć, jeśli chcesz, choć nie wiem, czy jest sens wzywać techników.
Mężczyzna westchnął i podszedł do Harry'ego, spoglądając na kręcące się na dole sylwetki.
— Rozumiem — mruknął starszy czarodziej, obracając w dużych dłoniach o śniadej karnacji różdżkę. — Tobie też wygląda to na samobójstwo, co?
Harry nie odpowiedział, nie odrywając wzroku od postaci przewijających się koło masy skóry, kości i krwi spoczywającej na śniegu. Ślady stóp uklepały podłoże, znacząc trajektorie wąskich ścieżek na śnieżnym puchu, który z białego stawał się powoli szary. Flesz błysnął ponownie, rozświetlając rozbitą, jak żółwiowa skorupa, w którą ktoś rzucił kamieniem, czaszkę.
— A więc: Albert Jackson — odezwał się Gary takim tonem, jakby odczytywał z pożółkłej etykiety nazwę jakiegoś przeterminowanego eliksiru. — Czy mogę spytać, co to za jeden i skąd się tu wziął?
Harry oderwał wzrok od sunących jak trajektorie kolei parowych postaci kłębiących się tłumnie pod wieżą i spojrzał w kąt na cmentarzysko przydeptanych, starych niedopałków.
— Kandydował na stanowisko aurora — odrzekł Harry, rad, że jego ton zabrzmiał zgoła neutralnie.
Gary milczał krótką chwilę, jakby potrzebował czasu na przetrawienie tej wiadomości.
— Przecież — zauważył po trzech czy czterech sekundach, opierając się barkiem o krawędź kamiennej ściany w okiennej wnęce — nie przyjmujemy obecnie nowych.
Harry wykrzywił kąciki warg i utkwił wzrok gdzieś w okolicach kołyszących się wierzchołków wiekowych drzew Zakazanego Lasu.
— No właśnie — przytaknął niemrawo i zaczął skubać czubkiem buta dolną krawędź blanki.
Gary zastygł na moment, po czym jego spojrzenie powędrowało od Harry'ego do leżącego u stóp wieży ciała i z powrotem, jakby widział jakąś niedostrzegalną dla innych żyłkę uczepioną do nadgarstków młodszego czarodzieja jak zmyślna biżuteria, spadającą wzdłuż wieży jak kołysząca się nad przepaścią lina.
— O cholera — wyrwało się spomiędzy jego lekko popękanych ust; w odpowiedzi na to Harry przymknął oczy i potarł zdrętwiałymi z zimna palcami ciążącą mu jak kilkutonowy, mosiężny dzwon głowę.
— No właśnie — powtórzył cicho, wydychając ciężko powietrze.
-VVV-
Podeszwy tarły podłoże jak papier ścierny, kiedy schodzili kręconymi schodami z najwyższej, zamkowej wieży. Peleryna Harry'ego uderzała rąbkiem o krawędzie schodów, lejąc się w dół jak potok głębokiej smoły.
— Musiał istnieć inny motyw — oznajmił ze stanowczością już po raz drugi Gary, brzmiąc zaciekle jak Kingsley, kiedy oznajmiał, te sto lat temu, że ochrona Harry'ego jest bardziej istotna od pilnowania premiera mugoli. — Zrozum mnie, to zwyczajnie nie ima się kupy. Nikt przy zdrowych zmysłach nie rzuca się z wieży, tylko dlatego, że nie zakwalifikował się na dane stanowisko pracownicze. — Jego głos toczył się wraz z nimi w dół schodów jak kauczukowa piłka odbijająca się od płaszczyzny stopni. — Jeżeli nasz denat kierował się czymś takim, to śmiem twierdzić, że powinien pobierać sesje u psychiatry.
Harry odburknął coś niejednoznacznie, muskając palcami chłodną poręcz schodowej klatki.
— Zaślepia cię poczucie winy — zarzucił mu Gary, a Harry musiał zagryźć zęby, aby nie odpowiedzieć czegoś niestosownego. — Gdzieś musi leżeć powód, słyszysz Harry? Gdzieś musi leżeć przyczyna, której nie rozumiemy. Musimy się jej dokopać, aby ograniczyć podobne jej skutki.
Harry zatrzymał się, chwytając barierkę tak mocno, że jej krawędzie z pewnością odbiły się na wnętrzach jego dłoni. Odwrócił się z powiewem szaty do starszego człowieka, a ten przyhamował gwałtownie, aby zapobiec ich kolizji; wbił w Gary'ego przewiercające spojrzenie.
— Czego, na litość Morgany, nie rozumiesz? — fuknął przez zęby zielonooki, świdrując starszego czarodzieja intensywnym wzrokiem. — Aspirował, rozczarował się, uznał, że nie widzi przed sobą innej przyszłości i, łup, zabił się, rzucając się z wieży. Koniec historii.
Gary pokręcił gwałtownie głową, jakby był hipogryfem, który zarzuca łbem; jego oczy ciskały potrzebą bycia zrozumianym.
— To niezwykle spłaszczone rozumowanie — zarzucił mu Gary — i nie tego cię uczono na kursach aurorskich.
Harry tak głęboko zaciągnął się powietrzem, że przez moment był pewien, że to rozsadzi mu płuca. Wypuścił je z cichym świstem i przesunął koniuszkiem języka po górnych zębach.
— Wobec tego negujesz moją diagnozę? — wycedził powoli Harry, wiedząc, że jego oczy jarzą się jak ogień w kandelabrach. — Sądzisz, że to nie było samobójstwo, tak? Choć wszystkie przesłanki świadczą to tym, że...
— Nie, na Morganę, nie twierdzę, że to nie było samobójstwo! — wybuchnął Gary, przechylając głowę, jak lew przyglądający się zza krat natrętnemu gapiowi zwiedzającemu ZOO. — Mówię, że on nie postanowił sprawdzić odległości od szczytu wieży do ziemi przez jakiś głupi werteryzm. — Gary odetchnął głęboko, wydając przy tym dziwny, świszczący dźwięk. — Ktoś mu w głowie namieszał, ot co, namącił mu w tej łepetynie albo...
— Tak, ja mu w głowie namieszałem, nie przyjmując go... — Szyderstwo przykleiło się do jego języka jak wata cukrowa, ale nie dane mu było skończyć zdania.
— Posłuchaj mnie! — warknął Gary, a wściekłość zatliła się w jego oczach jak gwiazda. Wychylił się w stronę Harry'ego i zawisł nad nim jak fatum, wpijając w niego spojrzenie godne bazyliszka. — Chciałem powiedzieć, że nie możemy wykluczyć Imperiusa. Nie możemy wykluczyć szantażu emocjonalnego. Nie możemy wykluczyć Legilimencji. Na brodę Merlina, jest cała paleta możliwości, których nie możemy ot tak wykluczyć.
Harry poczuł się pod tym przewiercającym spojrzeniem bardzo mały i bardzo głupi, jakby był pluskwą, która usiadła Gary'emu na wypastowanym na błysk bucie. Skrzywił się kwaśno, starając się odegnać od siebie to przytłaczające poczucie. Zacisnął zęby tak mocno, że poczuł, jak zaczynają boleć go mięśnie twarzy. Zerknął kątem oka w dół schodów, aby upewnić się, że nie są podsłuchiwani.
— I dokąd to nas może zaprowadzić, Gary? — wysyczał przez zęby, nerwowo przestępując z nogi na nogę. — Czy to także przeszło ci przez myśli? Czy choć przez chwilę pomyślałeś — jego głos drgnął, choć robił wszystko, aby utrzymać go w stabilnych ryzach — dokąd nas ta nić powiązań najprawdopodobniej doprowadzi?
Długoletni auror wyprostował się; jego kręgosłup naprężył się jak struna, a podeszwy uderzyły głucho w stopnie schodów, gdy cofnął się przed Harrym, jakby ten groził mu pogrzebaczem.
Zielonooki odetchnął głęboko, starając się odnaleźć zgubione niechybnie opanowanie, i ściszył znacznie swój głos:
— Zrozum, nie mogę sobie teraz pozwolić na wypowiedzenie wojny Naczelnictwu. Już i tak straciłem ich poparcie dla walki z mugolami. Nie rozdwoję się na dwa fronty, Gary, nie stać mnie na to. — Przeczesał nerwowo palcami niesforne kosmyki włosów i spojrzał aurorowi z długoletnim stażem w oczy. — Krew na śniegu. Pogruchotane kości. Samobójczy skok i nieznane motywy. Oto nasze poszlaki i, cóż mogę rzec więcej, prowadzą one donikąd. Zamykamy tę sprawę, Gary, i nie wnikamy w jej zakopane głęboko korzenie. W porządku?
Harry, choć nigdy nie przyznałby się do tego głośno, z niepokojem wyczekiwał odpowiedzi starszego wiekiem i stażem czarodzieja, kiedy na przedłużającą się jak nudnawy wykład ciszę padały jedynie ich ciężkie oddechy.
— Naturalnie — odparł wreszcie głuchym głosem auror, a Harry oblizał nerwowo wargi i skinął mu z wdzięcznością głową, by chwilę później odwrócić się od niego pospiesznie i spłynąć schodami w dół, zostawiając starszego aurora na pastwę jego własnych pasożytujących na umyśle wątpliwości.
-VVV-
— Samobójstwo — zawyrokował technik, zdejmując wprawionym ruchem lateksowe rękawiczki, wywracając je tym samym na lewą stronę.
Harry nie wiedział, kto wezwał na miejsce specjalistę od kryminalistyki, lecz miał ochotę wyrwać temu przeklętemu psu jego długi język. Nałożył na swój umysł solidną tarczę Oklumencyjną i skinął w podzięce głową przyglądającemu się mu mężczyźnie w średnim wieku.
— Tak też oceniliśmy — przyznał zdawkowym tonem, zmieniając swoją pozycję, kiedy prawy bark zaczął mu drętwieć od zbyt długiego podtrzymywania nim gładkiej kolumny, zdającej się pełnić raczej cele ozdobne, niż podtrzymywać fasadę. — W każdym razie dziękujemy, że zerknęliście na ten przypadek fachowym okiem — rzekł, podchodząc do mężczyzny, wyciągając ku niemu dłoń. Technik uścisnął ją mocno, uśmiechając się kącikami warg.
— Żaden problem, panie Potter — zapewnił, schylając w szacunku głowę. Harry pochwycił nad jego ramieniem niemrawe, ponure spojrzenie Gary'ego. — Praca z Biurem Aurorów to dla nas czysta przyjemność.
Harry zastanawiał się, czy nie przeciągnąć nieco tej dennej wymiany uprzejmości, ale podarował to sobie, wypuszczając dużą dłoń z silnego uścisku własnych palców.
— Czy ktoś poinformował już rodzinę? — zapytał kurtuazyjnie technik, wskazując głową na pogruchotane ciało, a Harry'emu ledwo udało się zdusić w zarodku kwaśny grymas.
— Gary się tym zajmie — oznajmił bez zastanowienia Harry, łapiąc wzrok starszego aurora. — Gary?
Auror powoli skinął głową i nic nie mówiąc, odwrócił się, kierując ku bramom odgradzającym teren Hogwartu; jego duże buty pozostawiały głębokie ślady na śniegu.
— To auror z wieloletnim stażem — poinformował technika Harry, choć wyjątkowo nie uśmiechało się mu kontynuowanie tej żmudnej gadaniny. — Ma bardzo duże wyczucie i wiele taktu.
Technik pokiwał głową, podążając spojrzeniem za starszym aurorem, wyglądając, jakby słuchał Harry'ego tylko jednym uchem.
— Odprowadzić pana poza bariery antydeportacyjne?
— Nie, nie, dziękuję, panie Potter — odrzekł technik, przecierając różdżkę uniesionym rąbkiem peleryny, takimi ruchami, jakby ją polerował. Kiedy ostatecznie dmuchnął w drewno, jakby poddawał go wcześniej kuracji papierem ściernym i schował go do specjalnego, podłużnego pokrowca uszytego ze smoczej skóry, Harry naprawdę mocno musiał się skupić, aby nie pozwolić sobie na przewrócenie oczami, które drgnęły na ten widok niemal odruchowo.
— Wobec tego pozwoli pan, że raz jeszcze wyrażę wdzięczność za waszą pomoc. — Harry skłonił się jak na królewskim dworze i wyminął mężczyznę, który skinął mu krótko głową, kierując kroki do pnącego się spadzistym dachem ku zimowemu niebu zamku. — Panowie — zawołał do kręcącej się nieopodal trójki aurorów, wymieniających się spostrzeżeniami w cieniu wysokich murów — koniec oględzin. Dzisiaj już macie wolne.
Przeszedł przez zamkowy próg, nie czekając na czyjąkolwiek odpowiedź, mając nadzieję, że technicy lada moment zabiorą ze sobą pogruchotane ciało Alberta Jacksona, umieszczając je przepisowo w magicznej chłodni do czasu, aż zgłosi się po nie rodzina. Odetchnął głęboko i skinął w przestrzeń głową, próbując sobie wmówić, że zrobił wszystko to, co zrobić należało.
-VVV-
Jej obcasy stukały dźwięcznie o posadzkę, kiedy zataczała nerwowe koła przed blatem swojego biurka. Harry przysłuchiwał się tej monotonnej symfonii, dostrzegając w niej powtarzający się rytm, z którego ona zapewne wcale nie zdawała sobie sprawy. Kiedy w pewnym momencie zatrzymała się przed nim, ten krążący w powietrzu takt urwał się jak po cięciu nożycami. Czubek jej spiczastego kapelusza uginał się lekko w lewo jak wierzchołek drzewa ułamany wiatrem. Zielone oczy okalane drobną siatką zmarszczek omiotły jego twarz jak treść jakiegoś nie dość poprawnego tematycznie eseju z Transmutacji.
— Chyba domyślasz się, Potter, o co zmuszona cię jestem prosić? — odezwała się profesorskim tonem, choć jedna z głębszych zmarszczek przecinających jej niskie czoło drgnęła w niemym zatroskaniu.
Harry odwrócił wzrok, wlepiając niewidzące spojrzenie w okienną szybę.
— Zdaję sobie sprawę z tego, że nadwyrężyłem pani gościnności, pani dyrektor — odpowiedział cicho, nawet nie siląc się udawać, że nie jest mu ciężko. — Pierwsze co uczynię, to odwołam z zamku aurorów. Następnie spakuję swoje rzeczy.
McGonagall uniosła pomarszczoną dłoń do twarzy i przyłożyła knykcie do zaciśniętych wąsko ust, przyglądając mu się w taki sposób, jakby biła się z myślami.
— Bardzo mi przykro, Potter — odezwała się w końcu, opuszczając ramię, jej słowa brzmiały tak osowiale, jakby rzeczywiście było jej smutno — ale to szkoła, a nie baza wojskowa.
Jakaś nadludzka siła ścisnęła go za gardło, ale pozbył się jej, przełykając ciężko ślinę.
— Oczywiście — przytaknął skinieniem głowy. — To zrozumiała, racjonalna decyzja, pani dyrektor. — Ledwo powstrzymał się od nerwowego przestąpienia z nogi na nogę jak małoletni uczniak; zmusił się do oderwania wzroku od szyby i spojrzenia w zielone oczy obecnej dyrektorki. Jej czujny, koci wzrok lustrował jego oblicze, jakby starsza czarownica widziała jego myśli odzwierciedlające się w rysach twarzy. Umysł nie jest książką, którą można otworzyć i przeczytać w wolnym czasie — zabrzęczał mu w głowie sfrustrowany głos Snape'a i przez kilka sekund Harry miał niepomierną ochotę walnąć czołem w ścianę, aby go zagłuszyć.
— Potter, jeśli wolno mi wyrazić swoją opinię... — zaczęła powoli dyrektorka, kontynuując spacer przed biurkiem.
— Ależ, pani dyrektor... — Harry schylił z szacunkiem głowę.
— Pamiętasz, jak powiedziałeś, że powinniśmy skupić się na badaniu położenia tych mugolskich magazynów, w których...? — nie dokończyła, rzucając Harry'emu znaczące spojrzenie; zielonooki wyprostował się z godnością, starając się nie wbić sobie boleśnie paznokci we wnętrza dłoni, kiedy pomyślał o tym, że to zarządzenie wyszło na dobrą sprawę spod rąk Snape'a. McGonagall, sądząc po spojrzeniu, jakie mu posłała, również zdawała się rozumieć, od kogo w rzeczywistości wyszła tamta sugestia, ale taktownie to przemilczała.
— Jak mógłbym zapomnieć? — powiedział ostrożnie, chcąc nie chcąc spuszczając wzrok na podłogę w gabinecie, kiedy coś nieprzyjemnie drażniącego zaczęło wwiercać się w jego żołądek.
— Powiedziałam, że nie jest to kwestia bieżąca — rzekła powoli McGonagall, świdrując jego twarz tym swoim czujnym spojrzeniem, przywodzącym Harry'emu na myśl kota obserwującego mysią norę. — Przemyślałam to, Potter, i doszłam do wniosku, że nie była to aż tak oderwana od realu propozycja. Być może właśnie na tej kwestii powinno skupić się Biuro Aurorów, kiedy stąd odejdziecie?
Harry poczuł się tak, jakby coś ciężkiego osiadło na jego żołądku; jego oczy prześledziły położenie jakiejś przeciągłej rysy znaczącej gabinetową posadzkę. Jego myśli zaczęły nieprzyjemnie kumulować się wokół pewnego dobrego towarzysza broni, wokół świetnego wojownika i wybitnego eksperta w selekcjonowaniu informacji.
To Jerry w ich jednostce szczycił się niezawodną umiejętnością lokalizacji nawet najbardziej ukrytych położeń. To on badał dane dotyczące miejsca i to on potrafił najlepiej wskazać, czego można się po danym terenie spodziewać. Harry był boleśnie świadom faktu, że nikt nie przeprowadzi tak dokładnej pracy badawczej, jak Jerry.
— To, ma się rozumieć, jest jedynie sugestia — odezwała się dyrektorka, kiedy Harry nie odpowiadał dłuższą chwilę jej słowom. — Nie chciałabym ingerować w sprawy Departamentu Przestrzegania Prawa. — Źle zinterpretowała jego milczenie, ale Harry nie zamierzał wyprowadzać kobiety z błędu; podniósł na nią wzrok, kiedy obeszła dyrektorskie biurko, kładąc dłonie na oparciu wysuniętego spod niego fotela. Przeszło mu przez myśl, że jest to dla niego zawoalowany sygnał, że ta rozmowa dobiegła końca.
— Dziękuję, za ten podszept, pani dyrektor — odrzekł przyciszonym głosem, elegancko kłaniając się dyrektorce, machając przy tym materiałem szaty z mechaniczną poprawnością; jego peleryna, której wciąż nie zrzucił, zaszeleściła, gdy jej rąbek przetarł posadzkę dyrektorskiego gabinetu. — Naturalnie, wezmę go pod uwagę. — Odwrócił się, nie spoglądając więcej na czarownicę, kierując swoje kroki do wyjścia, mając nadzieję, że pośpiech nie jest zanadto dostrzegalny w jego ruchach.
— Nie miej mi tego za złe, Potter — odezwała się za nim McGonagall, brzmiąc tak, jakby kolce jakiegoś pnącego się kwiatu kłuły ją w gardło.
Harry, rad, że kobieta nie jest w stanie zobaczyć jego twarzy, skrzywił się koszmarnie i jedynie cudem powstrzymał swój język od ciśnięcia w nią jakimś zjadliwym komentarzem. Uznając, że najlepiej będzie udać, że nie dosłyszał jej słów, złapał za klamkę wysokich, ozdobnych drzwi i ewakuował się z gabinetu, jakby za jego plecami się paliło. W głowie raz za razem huczało mu irytujące pytanie: gdzie, do diabła, się podzieje, skoro nie dane jest mu zostać w tym wiekowym, wielkim zamku ukrytym pośród szkockich szczytów, który uważał za swój dom, odkąd tylko po raz pierwszy przekroczył jego przesiąknięte magią progi?
-VVV-
Wszedł bez pukania do komnat zajmowanych przez Dracona i oparł się barkiem o framugę drewnianych drzwi; omiótł spojrzeniem dość przestronne pomieszczenie, przesuwając wzrokiem po zmianach w umeblowaniu, które zapewne wprowadziły tutaj skrzaty, podążając za sugestiami obecnego gospodarza.
— Ładnie się tu urządziłeś — odezwał się cicho, odrywając Dracona od jakiejś opasłej książki trzymanej na kolanach. Szarooki czarodziej drgnął, jakby nie zdawał sobie wcześniej sprawy z jego obecności i z nietęgą miną odrzucił na bok cienki koc, w który miał zaplątane nogi. Położył książkę na kawowym stoliku otwartą na stronach, na których skończył czytać. Harry zerknął kątem oka na wytarty tytuł skierowany ku sufitowi jak reflektor. „Krótka historia zaklęć zakazanych" — rozszyfrował wytarty nadruk na chropowatej okładce przedniej.
— Przyszedłeś na drugą kawę? — zagadnął z lekką nutą szyderstwa Draco; zielone oczy przesunęły się w stronę czarnego kruka, który właśnie przysiadł na parapecie i zaczął skubać napuszone od zimna pióra. — Jestem świadom tego, że robię najlepszą, najmocniej działającą na kubki smakowe, kawę w promieniu kilometra — zaśmiał się wyniośle Draco, spodziewając się zapewne kąśliwej uwagi ze strony Harry'ego.
Harry nie odpowiedział, śledząc, jak czarny ptak okupujący zewnętrzny parapet rozwija skrzydła i nurkuje w dół z nie mniejszą precyzją od jego starej, dobrej Błyskawicy.
— Co jest? — Zaczepny ton Draco stracił na impertynencji; kiedy Harry na niego spojrzał, zobaczył przeciągłą zmarszczkę, jaka zagościła nad jego chudymi, jasnymi brwiami. — Twój nieboszczyk jest problematyczny?
Harry przejechał czubkiem języka po górnych zębach, zmuszając się całą siłą woli, aby nie uciec wzrokiem od tych migoczących lekkim zaniepokojeniem, szarych oczu.
— Wracam na Grimmauld Place — oznajmił, wypuszczając ciężko powietrze z płuc; Draco zmarszczył nos i pewnie w innych okolicznościach Harry zarzuciłby mu, jak komicznie wygląda, kiedy tak robi - obecnie nie było mu jednak do śmiechu; uniósł dłoń to twarzy i przetarł w niejakim zmęczeniu brwi. — Najdalej jutro. — Poprawił bezwiednym ruchem zjeżdżające mu z nosa okulary.
Draco przyglądał mu się dłuższą chwilę; zuchwały uśmieszek spłynął z jego twarzy jak akwarele z płótna.
— Myślałem, że będziesz tu przeprowadzał śledztwo — zauważył, przechylając głowę i odgarniając włosy z twarzy, gdy kilka kosmyków spadło mu przy tym na oczy. — Co z ciałem pod Astronomiczną?
Harry skrzywił się jak na jakiegoś odrażającego owada, który zakręcił się przy jego nosie i wzruszył ramionami.
— Samobójca — oznajmił takim tonem, jakby to zamykało sprawę — i idiota, gdyby mnie ktoś zapytał. Technicy zgarnęli go już do chłodni. Zrzuciłem na innego aurora obowiązek poinformowania rodziny.
Harry odepchnął się od framugi, zamknął za sobą uchylone drzwi. Podszedł do kanapy z wyrazem twarzy świadczącym o tym, że nic z ostatnich zdarzeń go nie rusza; Draco podciągnął pod brodę wyciągnięte nogi, robiąc mu miejsce obok siebie na kanapie. Jego szare oczy błądziły po twarzy zielonookiego, jakby czegoś w niej szukały.
— Harry, co się dzieje? — zapytał, podciągając się wyżej na poduszkach wyściełających kanapę, patrząc, jak drugi czarodziej podpiera się łokciem o podłokietnik i opiera skroń o kościste knykcie.
Harry ponownie wzruszył ramionami, spoglądając bezmyślnie na ogień tlący się w kandelabrach wciśniętych w ścianę. Pomarańczowe płomienie przeplatały się ze sobą jak węże tańczące pod wezwaniem zaklinacza.
— Od czego tu zacząć? — mruknął pod nosem zielonooki i prychnął ponuro nad własnym pesymizmem. — McGonagall wyczerpała swoje pokłady cierpliwości. Zdaje się, że odnalezienie ciała na jej szkolnych błoniach przelało czarę. Poprosiła, abym dla dobra uczniów Hogwartu, opuścił wkrótce zamek. — Harry skrzywił się i przetarł w roztargnieniu swędzącą skroń. Draco wydał z siebie pełne oburzenia fuknięcie, przywodzące Harry'emu na myśl niezadowoloną sowę; zielonooki machnął dłonią, jakby mówił tym samym: "to jeszcze nic". — Ponadto facet, który się zabił, to niedoszły auror. Zgłosił swoją kandydaturę gdzieś w samych początkach wojny z mugolami. Nie zakwalifikowałem go, rzecz jasna, w tamtych czasach zamknąłem możliwość wszelkiego nowego naboru na to stanowisko. — Westchnął ciężko, rzucając Draconowi ponure spojrzenie.
— To absolutnie zrozumiałe — ocenił pewnym swego głosem Draco, w odpowiedzi na co Harry pokiwał powoli głową. — Poza tym nie stanowił najwyraźniej idealnej kandydatury, skoro miał tak rozchwiane nerwy, nie sądzisz?
Zielonooki zmarszczył brwi i rzucił szybkie spojrzenie zamkniętym drzwiom wejściowym.
— Zgoda — mruknął przyciszonym głosem, na co Draco jeszcze mocniej zmarszczył nos. — To wszystko prawda. Tyle że logiczne przesłanki wskazują na to, że facet był szantażowany, rozumiesz? I to bynajmniej nie przez anonimowe pogróżki nadsyłane z gazetowych wycinków. — Harry przygryzł dolną wargę, spoglądając w szare oczy młodego czarodzieja, który zastygł na moment w kompletnym bezruchu, jakby był figurą z wosku uwiecznioną w jednej pozie. — Potrafisz się zorientować w tym, co próbuję ci powiedzieć?
Draco wlepiał w Harry'ego nieco niedowierzające spojrzenie, jego usta rozchyliły się nieznacznie; na dnie jego szarych oczu czaiła się niema zgroza.
— Nie mówisz poważnie — odezwał się słabym głosem, a Harry - słysząc to - zacisnął zęby tak mocno, że poczuł tępe ukłucie bólu w stawach skroniowo-żuchwowych.
— Jestem śmiertelnie poważny, na Merlina — wycedził przez zęby zielonooki, by chwilę później odetchnąć głęboko, starając się uspokoić wzburzone nerwy; przystąpił do rozmasowywania palcami piekącej, od zaciskania zębów, żuchwy.
Draco przygryzł wargi, zerknął niepewnie w stronę drzwi i nachylił się w stronę Harry'ego.
— Sądzisz, że ten gościu miał cię śledzić? — zapytał tak cicho, że zielonooki zmarszczył mocno brwi, skupiając się w pełni na jego słowach. — Uważasz, że postawili go w sytuacji bez wyjścia?
Harry pokręcił bezwiednie głową.
— Nie wiem, Draco — odrzekł na wydechu i wykrzywił usta w pełnym niesmaku grymasie. — Tak mi się wydaje, ale nie mam pewności.
Szarooki przechylił w zamyśleniu głowę i opuścił nogi z kanapy na podłogę; jego oczy były pełne kotłującego się w nich zaaferowania.
— To by wyjaśniało, dlaczego zwrócił się ku takiemu rozwiązaniu — mruknął pod nosem, patrząc na Harry'ego w taki sposób, jakby nie do końca go dostrzegał.
Zielonooki poczuł kwaśny posmak w ustach, przez co wykrzywił wargi w jeszcze paskudniejszym grymasie.
— Naprawdę? — zapytał niechętnie. — Wyjaśniałoby? Bo jeśli tak, to oznaczałoby, że Naczelnictwo jest w stanie dyskretnie pchnąć kogoś wprost w ramiona śmierci. Trochę niepokojące, nie uważasz?
Draco westchnął ciężko.
— Och, nie mam ku temu wątpliwości, że Naczelnictwo jest zdolne do podobnych metod — oznajmił sucho, kręcąc z niesmakiem głową. — Co mnie dziwi, to że do tej pory zdajesz się wybielać ich działalność.
— Wybielać ich... — powtórzył Harry, krzywiąc się jak po połknięciu cytryny. Pokręcił głową, jakby odganiał się od natrętnej muchy. — Ja niczego nie wybielam, skąd ci to w ogóle do głowy przyszło?
Draco przewrócił oczami i wskazał oskarżycielsko palcem gdzieś w mostek Harry'ego.
— No jasne — syknął niczym rasowa żmija odganiająca się od konkurencji do jedynej myszy w okolicy. — Ty nikogo nie wybielasz, ty tylko patrząc na Severusa Snape'a, widzisz zrehabilitowanego bohatera wojennego — oskarżył go Draco.
Harry, słysząc rzucone w niego jak popłuczyny słowa, zmrużył złowróżbnie oczy i wpił w szare tęczówki Dracona przeszywające spojrzenie; mięśnie jego twarzy szarpnęły się pod skórą, napinając się jak maska karnawałowa.
— Daj temu spokój, Draco — powiedział, siląc się na spokojny ton, choć jego serce zadudniło głucho o żebra. — Wiedz, że przejrzałem na oczy. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że Naczelnik nie jest łagodnym barankiem, którego nie należy się obawiać.
Draco uniósł brwi wysoko na czoło, ale nie ciągnął tematu. Harry oblizał niecierpliwie wargi.
— No dobra, przyznaję — mruknął niechętnie — że jego rola w ostatniej wojnie czarodziejów nieco wyprowadza mnie z pantałyku, ale...
— Rola? — przerwał mu Draco, kręcąc z niejakim politowaniem głową. — Mówisz o różnicy stron? — wypluł z siebie jak gorzki posmak z ust. — Jedyną stroną, którą on popiera, jest jego własna. Twoje własne słowa, Harry! — Draco odetchnął głęboko, jakby nabierał powietrza po wynurzeniu się spod tafli wody. — Aż ciężko mi uwierzyć, że możemy mieć trupa na szkolnych błoniach, a ty wciąż żywisz jakieś absurdalne wątpliwości.
Harry odwrócił wzrok ku szybie, zaszczycając ją mętnym spojrzeniem zielonych oczu.
— Nie mam wątpliwości — powiedział cicho, ledwo poruszając przy tym ustami; zdawało mu się, że jego wargi są dziwnie zdrętwiałe, a jego język zajmuje nagle o wiele więcej miejsca, niż powinien, jakby był balonem z helem wypychającym mu wnętrze ust. — Snape stoi murem za wszystkim, co dzieje się w tym kraju. Tam, gdzie drogi prowadzą donikąd, stoi Snape. Tam, gdzie motywy są niejasne, jest Snape. — Harry odetchnął głęboko, spuszczając wzrok na posadzkę. — To zawsze był i to zawsze będzie Snape.
— Pompatyczne wyznanie, Potter — skwitował Draco, co wróciło niewielki uśmiech na twarz Harry'ego, który posłał mu kpiarskie spojrzenie. Zarobił tym sobie diaboliczny uśmiech szczerzący się spod błyszczących srebrem oczu.
— Och, zamknij się.
— Można pomyśleć, że żywisz do niego jakiś chory sentyment — prowokował go Draco, wywołując na twarzy swego rówieśnika niewielki uśmiech.
— A ty jak zawsze musisz być cięty jak osa — zaszydził Harry.
— I właśnie za to mnie uwielbiasz! — zawołał z przesadnym samozachwytem Draco; Harry przewrócił oczami i rozluźnił nieznacznie spięte mięśnie ramion.
— Nie schlebiaj sobie.
Draco założył ręce pod głowę, przyglądając się Harry'emu spod brody.
— Więc mówiłeś wcześniej, że wracamy na Grimmauld Place? — zapytał, uśmiechając się samymi kącikami warg; brwi Harry'ego podjechały wysoko na czoło.
— Wracamy? — powtórzył, kładąc nacisk na poszczególne sylaby. — Chyba mi umknęła w tej mojej wypowiedzi liczba mnoga — zaszydził, spoglądając wymownie w szare, migoczące rozbawieniem oczy.
Draco rozsiadł się wygodniej na kanapie i sięgnął po porzuconą na stoliku kawowym książkę.
— Co za szczęście, że cię uświadomiłem — oznajmił szarooki czarodziej i schował się za okładką, jakby opuszczał między nimi szczelną, niewidzialną kurtynę.
-VVV-
Czasami myślę sobie, że jestem skazany na Grimmauld Place - zupełnie jak Syriusz. Choć mam ochotę trzymać się od tego okropnego miejsca jak najdalej, zmyślny los zawsze mnie do niego zawraca, jakby siłą starał się przypomnieć mi o testamencie, którego treść powoduje u mnie zawroty żołądka, jakby usilnie starał się mi zwrócić dziedzictwo, o które nigdy się nie prosiłem. Przeklęte Islington, naprawdę znienawidziłem tę dzielnicę. Nienawidzę tych szarych, martwych ulic, na których wiecznie napotykam się na starych pijaków charczących coś niewyraźnie przez zdarte gardło, nie znoszę tej popękanej kostki chodnikowej, na której jakieś dzieciaki wiecznie mażą kredą obrazy niestworzonych postaci, grają głośno w klasy i wypluwają gumę do żucia gdzie popadnie. Nienawidzę sekretarzyka w salonie tego okropnego domu pod numerem dwunastym, w którym, gdy miałem piętnaście lat, beztrosko zadomowił się bogin, przyprawiający niegdyś o palpitację serca panią Weasley. Nienawidzę zardzewiałych, stępionych sztyletów uczepionych ścian jak chorągwie, na których ostrzach od lat wzbierały pęczki smętnego kurzu. Nie potrafię ścierpieć walających się tu i ówdzie kryształowych, zatłuszczonych tysiącami przestawiających je z kąta w kąt palców karafek z potężnymi opalami osadzonymi w starych korkach, wypełnionymi czymś, co niebezpiecznie przypominało krew. Nienawidzę porcelanowych i szklanych stojaków na serwetki, których struktura wywijała się w ozdobnych pląsach o kunsztowności sieci uwitej pajęczymi odnogami. Chcę mi się kichać od kurzu zalegającego na starych gobelinach, żywcem wyjętych z dawnych epok i przedpotopowych, zagranicznych buchar, w których chmara moli wyżarła ziejące szarością dziury. Kiedy spoglądałem na rozciągający się na całą ścianę gobelin z drzewem genealogicznym rodu Blacków, nie potrafiłem się nie krzywić na wypalone w nim, czarne wyziewy, głośno zaprzeczające krzykliwej dewizie: „Toujours Pur", a mój wzrok był zawsze brutalnie przyciągany do jednego z tych ciemnych kraterów, pod którym wciąż w ruchomych pląsach wił się podpis: „Syriusz Black". Kiedy natrafiałem w kuchennych bądź salonowych szafkach na złote sygnety, zaśniedziałe tabakiery i zegarki wahające się synchronicznie na mosiężnych łańcuszkach, miałem gorącą ochotę cisnąć nimi do kominka.
Mimo to zawsze tam powracałem jak Odys do rodzinnej Itaki. I kiedy siadałem na zapadniętej, starej kanapie przeciągając palcami po blacie stolika o wrzecionowatych nóżkach, kiedy spoglądałem na drogi fortepian, na którym Hermiona całe wieki temu uczyła wygrywać Rona kilka podstawowych, prostych taktów mugolskich etiud, przez kilka chwil wydawało mi się, że odnalazłem miejsce, do którego przynależę.
-VVV-
Lottie żuła jak gdyby nigdy nic końcówkę niesfornego kosmyka rudych włosów wpadających jej na twarz, wpatrując się swoimi dużymi, bladymi oczami w czarne jak obsydian oczy stojącej przy jednym z łóżek w infirmerii Katriny.
— Hej, Tommy, czy to nie ta zakłamana flama, która jesienią nawiedziła twój bar, a potem rozpłynęła się w powietrzu? — zaświergotała Lottie, przechylając głowę, jakby przyglądała się jakiemuś nadnaturalnemu okazowi magicznego stworzenia.
Katrina, zachowując kamienną twarz, przeniosła wzrok na starego barmana, przypatrującego się jej uważnie spod wpół przymkniętych powiek. Splotła ramiona na piersi i uniosła dumnie brodę.
— Masz mi to za złe, Lottie? — zapytała jedwabistym głosem, ponownie spoglądając w oczy młodej, szczupłej dziewczynie.
— Czy mam ci to za złe? — Rudowłosa zaśmiała się paskudnie, ukazując szereg przykrytych żółtym osadem zębów; Katrina, chcąc nie chcąc, skrzywiła się w niemym niesmaku. — Słońce, jestem na ciebie tak wściekła, że ty sobie tego nawet nie wyobrażasz.
— Ach, no tak — prychnęła Katrina, zaplatając w obronnym geście ramiona na piersi — bo przecież fakt, że dzięki mnie nie zdechłaś po ataku mugolskich wojsk jak szczur na ulicy, nic nie znaczy. — Posłała dziewczynie kłujące jak igła chirurgiczna spojrzenie i dmuchnęła w kosmyk włosów wpadający jej do oczu.
— Dzięki tobie? — powtórzyła prześmiewczo Lottie i zaśmiała się szyderczo, ale Katrinie nie umknął fakt, że nerwowo podciągnęła się wyżej na materacu swojej leżanki. — Nie rozśmieszaj mnie. Nie przypominam sobie, żeby Tommy wspominał, o twojej obecności na Nokturnie tego dnia, kiedy przeprowadzono ten szumny atak.
Katrina skrzywiła się i opuściła ramiona wzdłuż ciała.
— Ty głupia, zadufana w sobie królewno — fuknęła przyciszonym głosem na rudowłosą, mówiąc takim tonem, jakby karciła nierozgarniętego, nieposłusznego szczeniaka — a myślisz, że dlaczego Harry znalazł się wtedy na Nokturnie, aby wyciągnąć was z tego grzęzawiska? Czy naprawdę jesteś tak otępiała, żeby sądzić, że zwyczajnie sobie tamtędy spacerował i, och, no popatrz, wpadł akurat na waszą dwójkę i uznał, że należy wyciągnąć do was pomocną dłoń? Sądzisz, że on się tam wybrał bez konkretnego celu i przez przypadek zawitał koło tamtego, starego baru? — Katrina przejechała nerwowo językiem po dolnej wardze. — Bogowie, Lottie, ruszże ty głową!
— Więc dlaczego? — odezwał się cicho, milczący do tej pory, barman, spoglądając chłodnym wzrokiem w twarz Katriny, która słysząc to pytanie, lekko poczerwieniała.
— Nie, wiecie co, zasadniczo nie ma to pieprzonego znaczenia — prychnęła Katrina, nerwowym gestem poprawiając włosy lejące się jej kasztanowym potokiem na ramiona. — Powiedziałabym, że miło was znów zobaczyć, ale chyba jestem w tym twierdzeniu osamotniona.
— No jasne, uchylaj się od odpowiedzi — zaszarżowała na nią słownie Lottie. — Kim ja jestem, żebym śmiała żądać wyjaśnień od cudownej, wspaniałomyślnej panny Snape?
Katrina zjeżyła się jak kotka, błyskając na Lottie wściekłym spojrzeniem; rozjuszenie zaczęło torować sobie drogę poprzez jej żyły i Katrina miała wrażenie, że jej krew lada moment zacznie bulgotać jak eliksir w kociołku pozostawiony na zbyt dużym ogniu.
— Nie nazywaj mnie tak! — wysyczała urażona Katrina, posyłając Lottie pełne zjadliwości spojrzenie.
— Przecież tak masz na nazwisko, prawda? — odgryzła się rudowłosa, uśmiechając się zajadle, kiedy Katrina zazgrzytała w odpowiedzi zębami. — I żeby wszystko było jasne, Snape, nie jesteśmy ci nic winni. — Dziewczyna machnęła byle jak ręką w stronę podstarzałego barmana. — Ani ja, ani Tommy — sprostowała.
Katrina poczuła się tak, jakby ktoś ją spoliczkował. Przewierciła wpijającą w nią kąśliwy wzrok rudowłosą dziewczynę pełnym oskarżenia wzrokiem i wypluła z siebie jak gorzki posmak trucizny:
— Niczego od was nie chcę, na litość Morgany, i nigdy nie chciałam.
Lottie skrzywiła się na nią powątpiewająco; czarnooka miała wrażenie, że coś nieprzyjemnie ciężkiego przewraca się na dnie jej żołądka.
— Świetnie, sprawa zamknięta! Snape. — Jej nazwisko zsunęło się po języku Lottie jak zniewaga i uderzyło dokładnie tam, gdzie było wymierzone.
Katrina, czując się tak, jakby za moment miała wybuchnąć salwą sprzecznych emocji niczym supernowa, odwróciła się na pięcie, by - z dumą unosząc głowę, nie chcąc pokazać po sobie, jak bardzo czuje się urażona i zraniona jednocześnie - skierować się do wyjścia ze Szpitalnego Skrzydła.
— Poczekaj, złotko — rozległ się za nią nieco zanadto zachrypnięty głos Tommy'ego; brzmiał tak, jakby dym za mocno wżarł się w jego struny głosowe. — Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.
Katrina zaciągnęła się chwiejnie powietrzem i odwróciła się z takim rozmachem, jakby ktoś szarpnął ją za ramię.
— Może pomyślałam — warknęła, czując, że dłużej nie wytrzyma tych ciążących na jej ramionach spojrzeń - jednej pary podejrzliwych oczu i jednej pary oskarżycielskich — że warto poprosić o ratunek dla dwójki porządnych ludzi, skoro dysponuję taką możliwością! Nie jestem bezduszną, niewzruszoną łajzą, za jaką najwyraźniej mnie uważacie!
Zmierzyła rozbieganym wzrokiem dwie sylwetki odziane w szpitalne piżamy, dostrzegając przy tym, że stary barman nie spuszcza z niej spojrzenia - patrzył na nią jak na krzyżówkę, która ma zbyt wiele skomplikowanych, trudnych haseł, aby móc szybko ją rozwiązać.
— Porządnych ludzi — powtórzył pod nosem w taki sposób, jakby ważył te słowa na języku, przechylając głowę i mrużąc oczy, jakby starał się dostrzec jakąś majaczącą na horyzoncie sylwetkę, rozmywającą się na źrenicach.
Lottie naprężyła plecy tak gwałtownie, że coś jej strzyknęło w kręgosłupie.
— Kpisz sobie z nas? — wysyczała niczym rozjuszona kotka, nie mniej przy tym wściekłą kotkę przypominając.
— Lottie, cicho już — skarcił ją podstarzały kelner, nie odrywając oczu od zaciskającej zęby Katriny. — Wybacz mi, słońce, ale Nokturn aż kipi od ludzi takich jak my, którzy być może nawet i marzą o tym, by pewnego dnia zjawiła się jakaś, hmm, dobra wróżka i uwolniła ich od tego bagna, w jakim przyszło im żyć. — Tommy przechylił głowę, błądząc spojrzeniem po młodej, brzoskwiniowej twarzy Katriny. — W tym śmieciowisku żyje tysiące ludzi. Dlaczego właśnie my?
Katrina zagryzła dolną wargę i odwróciła wzrok ku ścianie, zastanawiając się, czy jej wywijający istne salta żołądek lada moment nie zawiedzie jej zaufania.
— Bo jesteście autentyczni — powiedziała szczerze, nerwowo przestępując z nogi na nogę — bo jesteście szczerzy wobec siebie i wobec świata, bez względu na to, co robicie. Nie ważne, że ty jesteś jakimś bezimiennym barmanem w podejrzanym barze na Nokturnie, a Lottie dziewczyną lekkich obyczajów z jakiegoś przydymionego gniazda cuchnącego nikotyną. Nie ważne, że ty usługujesz bandzie zapijaczonych, rozwydrzonych alkoholików, a ona wywija pląsy przed napalonymi facetami za jakieś marne knuty. Bez znaczenia jest to, że ta twoja rudera, którą prowadziłeś, aż krzyczała szemranymi interesami, i że Lottie przespała się za pieniądze ze znacznie większą ilością mężczyzn, niż ilość jej palców u rąk i u stóp włącznie. Jesteście bardziej prawdziwi, od większości tych kretynów, nazywających się: „ludźmi z dobrego domu". I, cóż, polubiłam was naprawdę bardzo. — Katrina zagapiła się w podłogę i zaszurała podeszwą jak uczniak przyłapany na przebywaniu poza dormitorium w godzinach nocnych.
Przez chwilę żadne z nich nic nie mówiło i Katrina zaczęła się zastanawiać, czy - skoro powiedziała już wszystko - nie powinna się stąd ulotnić i dać im się nacieszyć świętym spokojem.
Nagle Lottie odrzuciła na bok kołdrę i wyskoczyła z łóżka, a Katrinie przeszło przez myśl, że ta burzliwa czarownica zaraz ją uderzy. Dziwnie wyglądała odziana w biel szpitalnej koszuli nocnej; jakby ktoś na siłę starał się wcisnąć ją w przyodziewek, który nie pasuje do niej ani na jotę.
Lottie zarzuciła rudymi, przesuszonymi włosami, odgarniając je chaotycznym ruchem na plecy, przechyliła głowę jak kot kontemplujący spodek pełen mleka i wyciągnęła prawą rękę w stronę Katriny.
— Judith — oznajmiła; kąciki jej warg drgnęły w zaczepnym uśmiechu.
Czarnooka poczuła, jak niebotyczny ciężar spada z jej serca i na moment miała dziwne wrażenie, że jej ciało stało się znacznie lżejsze, zupełnie, jakby najdelikatniejszy podmuch wiatru był w stanie unieść ją do góry jak opadłe z drzewa liście i zatańczyć z nią pośród wirujących w powietrzu pyłków. Wyciągnęła rękę i pochwyciła mocno dłoń rudowłosej dziewczyny w swoje szczupłe palce.
— Katrina — odparła, wykonując lekkie dygnięcie. — Miło mi cię poznać.
