.
Rozdział 41
W szary pył rozbity czas
.
Usiadła bokiem w miękkim fotelu i przeciągnęła palcami po wytartym zagłówku, który zdawał się pod jej palcami niemożliwie zmechacony. Podsunęła stopy na siedzenie, zanurzając je w porzuconym niedbale, częściowo spadającym z fotela i zwijającym się w fałdy na podłodze, kocu.
— Charles, ona nie odpowiada na moje listy — zawołała w stronę schodów biegnących łagodnym skosem na piętro.
Odpowiedziało jej monotonne szuranie dochodzące z łazienki, skrzypienie zawiasów w drzwiach i po chwili z górnej kondygnacji wychyliła się ruda głowa Charliego. Z kącika ust ściekała mu piana - szorował zęby czerwoną szczoteczką, rzucając jej pytające spojrzenie.
— Mmm? — zamruczał gardłowo, przez co jeszcze więcej piany z pasty do zębów uciekło mu na brodę; Charlie starł ją pospiesznie drugą ręką, zanim zdążyła skapnąć na podłogę wyłożoną drewnem ułożonym w jodłę francuską.
Rosalie sięgnęła po zsuwający się z kanapy akrylowo-bawełniany koc i zarzuciła go na oparcie fotela. Z jego rogu wystawało kilka niesfornych nitek, którymi zaczęła się bawić, zawijając je sobie wokół palców jak jakąś zmyślną biżuterię.
— Mówiłam, że nie dostaję żadnych sów zwrotnych z Anglii — powtórzyła Rosalie, na co Charlie zmarszczył śmiesznie rudawe brwi, przez co obsiewające jego nos piegi ułożyły się w jakiejś pokrętnej konfiguracji. Machnął dłonią, jakby chciał powiedzieć, by chwilę poczekała i ponownie zniknął w progach łazienki. Kobieta rozprostowała nogi, przerzucając je wygodnie przez miękki podłokietnik fotela; usłyszała szum lejącej się wody i cichy chlupot, gdy Charlie wypluwał ją z wypłukanych ust.
— Sów zwrotnych? — zdziwił się; wychylił się na przedpokój, wycierając usta o nieduży, kremowy ręcznik do twarzy, po czym rzucił go beztroskim ruchem gdzieś na blat pod dużym, łazienkowym lustrem i pstryknął palcami, gasząc tym samym światło w łazience. — Do kogo pisałaś, że spodziewasz się odpowiedzi z Anglii, Rosie?
Rosalie westchnęła nie bez irytacji i spojrzała spod rzęs na Charlie'ego, schodzącego niemal truchtem po schodach i zeskakującego z dwóch dolnych stopni jak dzieciak.
— Mówię o twojej siostrze, na litość boską. — Kobieta przeczesała palcami włosy i uniosła wyżej podbródek. — Odkąd wyjechała, nie dostaliśmy od niej choćby słowa.
Niebieskie oczy Charlie'ego prześwidrowały ją, jakby miały wmontowane skanery w źrenice.
— Pozwól się młodej wyszaleć — wzruszył ramionami Charlie — nie jesteś jej matką, aby kontrolować każdy jej krok.
Rosalie patrzyła, jak z uspokajającym uśmiechem przyklejonym do ust siada na oparciu jej fotela. Pochylił się i cmoknął ją mocno w czubek głowy.
— Nie martw się o Ginny, Rosie — mruknął w jej włosy, wdmuchując na nie kaskady gorącego powietrza. — To zawsze była samodzielna, zaradna dziewczyna, możesz mi wierzyć. Zahartowana przez dorastanie wśród samych braci.
Rosalie posłała Charliemu ponure spojrzenie.
— Naprawdę? — odparła niemrawo, przechylając głowę tak, że kilka kosmyków jej długich włosów wpadło jej do oczu. — Odniosłam nieprzyjemne wrażenie, że jest raczej zagubiona pomiędzy przeszłością a samobójstwem, Charles.
Charlie pobladł i wyprostował plecy tak mocno, jakby ktoś mu przykleił sztywny, długi pręt do kręgosłupa.
— Nie mów tak, Rosalie! — Jego głos brzmiał tak, jakby obawiał się, że przez samo wypowiedzenie słów na głos, mogą się one stać rzeczywistością. — Przecież czuła się już lepiej. Sama tak twierdziłaś. Mówiłaś, że w dniu, kiedy wyjeżdżała, była zachwycona jak dzieciak przed pierwszym wyjazdem w nieznane.
Rosalie odgarnęła włosy z twarzy i wzruszyła ramionami, przygryzając jednak niepewnie wnętrze dolnej wargi.
— Mimo wszystko byłabym spokojniejsza, gdybyśmy pojechali za nią, wiesz? — zaproponowała, przechylając głowę i spoglądając spod zmarszczonego czoła w migoczące źle skrywanym zaniepokojeniem, niebieskie oczy Charlie'ego.
Charlie odchrząknął, jakby coś ciężkiego osiadło głęboko w jego gardle.
— Daj spokój, Rosie, moja siostra to dorosła dziewczyna. — Przeczesał palcami niesforne kosmyki jej długich włosów. — Nie możemy za nią jeździć jak szpiedzy, pilnując, by nie nabiła sobie guza. Obiecuję ci, że nie dzieje jej się w Anglii żadna krzywda.
Rosalie skinęła powoli głową, po czym przetarła w zmęczeniu oczy.
— Masz rację — mruknęła, drapiąc się pomiędzy ciemnymi brwiami — chyba niepotrzebnie się zamartwiam. — Westchnęła ciężko i podniosła wzrok na Charlie'ego. — Po prostu, tak długo była tu z nami, że kiedy wyjechała mam ciągłe, niemożliwe do zbicia wrażenie, że kogoś tu brakuje. Wiesz, o czym mówię? — zapytała, marszcząc mocno brwi.
Charlie posłał jej pokrzepiający uśmiech i pochylił się, by pocałować ją w czoło.
— Może zaparzę ci herbatę, Rosie? — zaproponował, wstając z oparcia wysłużonego fotela; uśmiechnął się do niej, pokazując przy tym szereg białych, prostych zębów. — Wiesz, brzmisz trochę, jak moja matka, kiedy wypuszczała Billa w wielki świat w czerwcu osiemdziesiątego dziewiątego. — Skierował swoje kroki do niewielkiej kuchni i zaczął grzebać w podwieszanych szafkach z zamiarem znalezienia jakiejś dobrej mieszanki herbat. — Nie martw się o nią tak bardzo — zawołał przez ramię; Rosalie widziała, jak wygląda on przez szerokie okno ozdobione satynowymi firankami, kiedy podszedł do zlewu, napełnić wodą żeliwny czajnik. — To najodważniejsza i najbardziej twarda dziewczyna, jaką znam. Nie złamie jej nawet chmara dementorów, możesz mi wierzyć.
Rosalie uśmiechnęła się nieznacznie i - bardziej sobie, niż Charliemu - skinęła powoli głową.
— Jeśli chodzi o herbatę — rzuciła w stronę kuchni, odchylając głowę na oparcie fotela i posyłając nierównemu sufitowi niewielki uśmiech — to chcę jaśminową.
— Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, Madam! — odrzekł z przesadną dystynkcją; Rosalie, czując, że zrobiło jej się nieco lżej na sercu, przewróciła wymownie oczami, ale uśmiech poszerzył się na jej twarzy jak za sprawą zaklęcia. Zawinęła nogi w koc i czując dolatujący z kuchni aromat jaśminu, wzięła sobie głęboko do serca ciepłe jak herbata, opiewające beztroską zapewnienia Charlesa.
-VVV-
Podszedł bez zahamowań do dzierżącego w dłoni lampkę jakiegoś drogiego, czerwonego wina mężczyzny, opartego leniwie o parapet i skłonił się dworsko w pas, zamiatając powietrze własną szatą jak torreador czerwoną płachtą. Powietrze pachniało zimą: ciężko, ale nie dusznawo, wokoło kotłował się aromat orzechów i skórki pomarańczy, zupełnie jakby ktoś otworzył flakon, w którym więził tę mieszankę intensywnych woni, postanowiwszy wypuścić ją na wolność, a ta zaczęła kłębić się pomiędzy ścianami niczym dym ulatujący ze świecy składającej się z knota i zapachowego wosku. Bezdenne oczy mężczyzny przesunęły się z gładkiej tafli szyby na jego twarz, ogniskując na nim nieczytelny wzrok.
— Severusie. — Schylił z szacunkiem głowę, spuszczając wzrok na wypolerowaną schludnie posadzkę - jej powierzchnia mrugnęła do niego zawadiacko, zupełnie jakby skrzaty domowe, z których usług właściciel posiadłości przecież nie korzystał, olejowały ją sumiennie co kilkanaście dni, szorując je zawzięcie swoimi spracowanymi, pomarszczonymi dłońmi dzierżącymi niewielkie pędzle.
— Co cię do mnie sprowadza, Cadogan? — odezwał się aksamitnym głosem Severus Snape, podchodząc do niewielkiego stolika i z delikatnością odkładając na niego filigranowy kieliszek.
Czasami zastanawiało go, jak to możliwe, że ktoś, kto tyle lat walczył z różdżką w ręku, wciąż może mieć dłonie muzyka o palcach flecisty. Patrząc na ich idealną symetrię, miał ochotę schować swoje nieeleganckie, małe ręce do kieszeni i nie pokazywać ich więcej światu.
Cadogan wyprostował się, unosząc wzrok na czarne oczy swego rozmówcy.
— Jeśli wolno mi zapytać... — zaczął powoli i zawiesił kulturalnie głos; brwi Severusa drgnęły, jakby ich właściciel powstrzymał je od odruchu zjechania się ku sobie.
— A co ty taki usłużny dzisiaj, przyjacielu? — zapytał Severus, przechyliwszy głowę, przyglądając się z oceną stojącemu przed nim mężczyźnie.
Cadogan, nieumiejętnie starając się ukryć własne poddenerwowanie, oblizał pospiesznie dolną wargę; odpowiedzią Severusa było podejrzliwe zmrużenie oczu, jakby spodziewał się, że zostanie potraktowany serią wymyślnych oczekiwań, które ciężko mu będzie spełnić.
— Z całym szacunkiem, Severusie, ale... — zawahał się krótko, co wyraźnie odbiło się w jego niemożliwie emocjonalnych oczach i po chwili kontynuował: — Zastanawiałem się, dlaczego odsunęliśmy się z najbliższego otoczenia pana Pottera. Czyż nie łatwiej było nim manipulować, gdy znajdował się w zasięgu naszych rąk?
Severus przez moment nie odpowiadał i Cadogan miał wrażenie, że przez jego kręgosłup przewija się pospiesznie kolonia mrówek; poruszył temat tabu i zdawał sobie z tego świetnie sprawę, i - co najgorsze - nie był pewien, czy nie rozbudzi w Severusie gniewu, uśpionego gdzieś głęboko w tym skomplikowanym, złożonym umyśle. Przełknął ciężko ślinę, a ta przeszła mu przez przełyk jak suchy herbatnik połknięty w całości. Czarne oczy Snape'a zatrzymały się na jego gardle, jakby ich właściciel kontemplował poprzez skórę działanie górnych części jego układu pokarmowego; kiedy Cadogan zacisnął usta tak mocno, że - był tego pewien - pobielały mu wargi i - co gorzej - podrętwiała skóra wokół ust, jakby ktoś mu w nie wstrzyknął mydło, zewnętrzne kąciki tych czarnych, nieprzeniknionych oczu drgnęły ledwo zauważalnie, nadając mu wygląd przeżartego, czarnego kota, dumnie wyciągającego się na kafelkowym, rozgrzanym piecu. Cadogan niemal bezwiednie wstrzymał powietrze.
Severus, przyglądając się postawnemu, nieznacznie przewyższającemu go mężczyźnie, nie wyglądał, jakby prowadzenie dyskusji na temat tego młodego, przebiegłego jak lis człowieka bynajmniej nie było mu na rękę. Jednakże, zamiast odpowiedzieć, wskazał stojący na stoliku, samotny kieliszek do jednej czwartej wypełniony szkarłatnym alkoholem.
— Może skusisz się na lampkę wina? — odezwał się powoli, akcentując swoje słowa, jakby były dźwięcznymi inkantacjami zaawansowanych zaklęć.
— Podziękuję — odrzekł Cadogan, zerkając kątem oka na wskazany kieliszek, od którego szklanych ścianek leniwie odbijały się refleksy rzucane przez płomienie kołyszące się na knotach świec. — Jeżeli moje pytanie było nie na miejscu... — Cadogan ponownie zawiesił głos, podnosząc wzrok na przyglądające mu się, czarne oczy.
— Ależ nie — powiedział powoli Severus; słowa przesunęły się jak jedwab pomiędzy jego językiem a podniebieniem. Podszedł powoli do przyglądającego się mu spod zmarszczonych brwi mężczyzny (rąbek jego szaty zaszeleścił o podłogę jak łapy kota) i przechylił głowę, przyglądając się Cadoganowi z podobną klarownością, z jaką sowa wypatruje w ciemnościach ciepłej nocy przebiegającej między wysokimi trawami myszy. — Nie mniej jednak pozwól, że odwdzięczę się pytaniem. — Czarne oczy błysnęły jak światło na wypolerowanej powierzchni obsydianu. — Czy uważasz Harry'ego Pottera za kompletnego patafiana?
Cadogan zaczął przypuszczać, że z jego zmysłem słuchu nastąpił jakiś poważniejszy problem; kiedy jego oczy padły na własne odbicie w szybie, dostrzegł we własnych rysach tak niestworzony grymas, że poczuł, jak z zażenowania zaczyna pąsowieć jak dojrzały pomidor. Kącik warg Najwyższego Naczelnika drgnął w szyderczym uśmiechu.
— Słucham? — mruknął pod nosem Cadogan i nie potrafiąc znieść czujnego, skupiającego na nim całą swą uwagę spojrzenia Severusa, utkwił wzrok gdzieś w jego ziemistym podbródku.
— Harry'ego Pottera, Cadogan — powtórzył złudnie łagodnym tonem Snape, choć drugi z Naczelników odniósł wrażenie, że ten musi go uważać za ociemniałego błazna. — Czy uważasz go za bezmózgiego idiotę?
Cadogan odchrząknął cicho, aby oczyścić gardło i podniósł wzrok na te czarne jak czeluści piekielnie oczy.
— Ja... nie wiem — powiedział powoli i sam skrzywił się na własne słowa. — Mam na myśli to, że nie zastanawiałem się nad tym. Chyba... za nikogo specjalnego go nie uważam. — Skrzywił się kwaśno, powstrzymując chęć niedbałego wzruszenia ramionami. — Nie, żebym myślał o nim jakoś nadzwyczaj często.
Severus zmrużył oczy, wyglądając, jakby się nad czymś głęboko zastanawiał.
— Hmm... — mruknął, raczej bezwiednie zaczynając obrysowywać opuszką wskazującego palca cienkie wargi. — Wiesz, Cadogan — odezwał się miękkim tonem, świdrując rozmówcę przewiercającym wzrokiem — czasami zastanawiam się, co za absurdalna złośliwość Tiary Przydziału sprawiła, że ten dzieciak nie trafił do Slytherinu.
— Sly... — Cadogan miał gorącą nadzieję, że jego oczy nie przywodzą wyglądem na myśl latających spodków. — Slytherinu? — wyrzucił z siebie, brzmiąc tak, jakby to słowo go dusiło.
Severus nie odpowiadał przez dłuższą chwilę; kiedy niespodziewanie się uśmiechnął, Cadogan poczuł się nie mniej, nie więcej tak, jakby ktoś kopnął go w żołądek. Czarnooki czarodziej posuwistym krokiem zbliżył się do niego, po czym zaczął zataczać wokół niego koła jak jakiś polujący na owady nietoperz.
— Tak właśnie myślałem — mruknął - bardziej do siebie, niż do niego - Severus, to wyłaniając się zza jego pleców, to ponownie za nimi znikając; Cadogan poczuł, jak sztywnieje mu kręgosłup. Czarne oczy Snape'a przesuwały się po jego ciele jak kostka lodu i Cadogan miał nieprzyjemne wrażenie, że to spojrzenie pozostawia po sobie śliski, zimny ślad na jego skórze. — Nie doceniasz go, przyjacielu. Kiedy Harry Potter to wyjątkowo drapieżna żmija, chytra jak hydra, przemyślna jak Odys.
Choć porównywanie Harry'ego Pottera do hydry podsuwało Cadoganowi pod nos raczej niechciane wizje, bynajmniej dosyć niepokojące w swojej absurdalności, postanowił przemyślnie nie wykłócać się o to określenie.
— Niewątpliwie — mruknął pod nosem, marszcząc karykaturalnie brwi — ale czy chcesz mi przez to powiedzieć, że zdał on sobie sprawę z naszych poczynań?
— Z naszych poczynań? — powtórzył Severus, spoglądając na niego jak na kolorową papugę zamkniętą za kratkami w ptaszarni w ogrodzie zoologicznym. — To zależy, co rozumiesz przez sformułowanie: „nasze poczynania", przyjacielu.
Cadogan przeciągnął językiem po górnych zębach.
— Zdał sobie sprawę z tego, że jest wodzony za nos?
— Że jest przez nas kontrolowany? — Severus ściągnął brwi i zaczął się przechadzać po pomieszczeniu, wwiercając kontemplacyjny wzrok w ściany, jakby się nad czymś głęboko zastanawiał. — Chyba zawsze był tego świadom, wiesz? Zawsze zdawał sobie sprawę z naszych manipulacji. W przeciwieństwie do mnie ciągle miał oczy i uszy otwarte.
Cadogan o mało co nie rozdziawił buzi jak przeżuwająca zebra.
— Przepraszam, ale nie pojmuję... — zawahał się Cadogan, obserwując Severusa spod mocno zmarszczonego czoła. — W przeciwieństwie: „do ciebie"?
Severus rzucił mu niechętne spojrzenie.
— Oczywiście, że nie pojmujesz — prychnął Severus; za jego słowami jak mur stało szyderstwo. Jego czarne oczy błysnęły jak dwie błyskawice, kiedy częstował swego rozmówcę przewiercającym, wbijającym w ziemię spojrzeniem. — Harry Potter potrafi być bezwzględnym manipulatorem, umknęło ci to, Cadogan? Podstępem potrafi wykorzystać każdą lukę, którą zauważy w działaniach i słowach konkurenta, obraca słowami jak szczęśliwym żetonem, wgryza się w nie jak w monetę — oznajmił powoli; w jego głosie, jak na ucho Cadogana, zabrzmiała lekka mania, jakby Harry Potter był jakąś myślą, wiecznie nawracającą, przyklejającą się do umysłu jak fobia, Harry Potter jak zew krwi do rozpamiętywania jego kuriozalnych wyczynów, Harry Potter jak nałóg ukradkiem zaspokajany bez widzów, Harry Potter jak zaciągnięcie się narkotykowym wyziewem, Harry Potter jak słowa szeptane w hipnotycznym transie. — Harry Potter — mówił dalej Severus, a Cadogan poczuł, jak jego serce przyspiesza w szaleńczym niepokoju — tka swoje sidła, przeplatając je z moimi własnymi, jakbyśmy grali w grę: kto pierwszy pozwoli się złapać, a my przemieszczamy się pomiędzy tą pajęczyną, lepiąc się do niej jak dwie ćmy, starając się prześlizgnąć pomiędzy srebrnymi nitkami tej rozpostartej szeroko sieci. Nie znasz Harry'ego Pottera, nie znasz go, a Harry Potter potrafi być służalczy, ma na tyle silną wolę, aby spojrzeć ci prosto w oczy i powiedzieć: „Naczelniku", jakby mówił: „mój Panie" i słuchać twoich słów, jakby je błogosławił, jakby miał ochotę scałować je z ruchów powietrza. Harry Potter doskonale wie, czego od ciebie chce, kiedy łasi się do twoich nóg jak kot: wszystkie myśli zawiązane na supeł, niespuszczane ze smyczy Oklumencji, trzymane blisko przy sobie, udaje ofiarę, będąc agresorem, Harry Potter spojrzy ci w oczy, a to, co wyjdzie spomiędzy jego ust, będzie kłamstwem sensu stricto, a nawet nie zabrzmi jak kłamstwo, Harry Potter uśmiechnie się tak miękko, jakby jego cięższy oddech mógł złamać jego barykadę i oznajmi ci, że: „jedynie wykonuje polecenia", rozumiesz, o czym ja mówię? — Severus zaciągnął się głęboko powietrzem, jakby wciągał do płuc dym tytoniowy, a Cadogan przygryzł dolną wargę, śledząc tor przemieszczania się, mówiącego coraz szybciej, chodzącego po posadce z takim wdziękiem, jakby chodził po linie, Severusa.
— Nie zauważyłem — przyznał Cadogan, spuszczając z lekkim onieśmieleniem wzrok, kiedy Severus westchnął niecierpliwie i zaczął rozmasowywać sobie nasadę nosa koniuszkami nienaturalnie bladych palców, noszących ledwo widoczne przebarwienia od ciągłego kontaktu z oparami eliksirów.
— Nie zauważyłeś — powtórzył Severus, kręcąc głową — jak subtelny w swoim działaniu potrafi być Harry Potter?
— Cóż, nie — przecisnął przez zęby Cadogan, czując się, jakby z niego szydzono, jakby był oślepionym idiotą, który nie potrafi rozeznać się w podstawowych zdarzeniach, które rozgrywają się wokół niego.
Severus wykrzywił cynicznie wargi.
— Harry Potter potrafi grać na emocjach drugiej osoby jak na flecie. — Cadogan zamarł w bezruchu, kiedy Severus zbliżył się do niego z oczami rozjarzonymi jak gwiazdy, wbitymi w niego jak dwa naostrzone sople ludu. — Harry Potter — powiedział cichym, aksamitnym głosem Snape, opierając dłonie o klatkę piersiową Codogana, wprawiając go w taką niepewność, że ten automatycznie cofnął się o krok — wbije palce w twoją szatę, jakby była chłodną wodą z wysokogórskich potoków. — Snape podążył za nim, nie opuszczając rąk, zaplątując swe dłonie w szatę na piersi Cadogana - czarodziej poczuł, patrząc w te czarne oczy godne drapieżnika, jak coś ciężkiego przewraca mu się na dnie żołądka. — Harry Potter — Severus zniżył nieznacznie swój głos — zjedzie policzkiem, czubkiem nosa, ustami, po twoim ciele, jakbyś był orbitą, a on księżycem, który po niej krąży. — Cadoganowi zaschło w gardle, a Severus, nic sobie nie robiąc z tego, że twarz jego towarzysza zalała się czerwienią, jakby cała krew jego ciała uderzyła mu do głowy, zaciskając dłonie na jego przedramionach, nadgarstkach i udach, osunął się w dół jego ciała, jakby byli dwoma kochankami planującymi namiętne igraszki.
— S-severusie? — wychrypiał przez suche usta Cadogan, nie wiedząc, czy powinien zacząć się bać, zachwycić się jak spolegliwy idiota, czy poczuć się urażonym.
— Harry Potter — kontynuował aksamitnym głosem Snape, nic sobie nie robiąc z popłochu Cadogana — niby mechanicznie otrze się policzkiem o twoje udo — jego twarz niemal kusicielsko potarła nogę drugiego Naczelnika jak grzbiet kota przemykający po łydkach właściciela w cichej prośbie o spodek mleka; Cadogan przygryzł mocno dolną wargę, mając mglistą świadomość tego, że pozostawi na niej lekkie otarcia — a potem zwilży wargi, zanim przeciągnie nimi po twoim nadgarstku — mruknął Snape, przechylając głowę i scałowując drżący na ręku drugiego czarodzieja puls; Cadogan wypuścił chwiejnie powietrze, zastanawiając się, czy nie powinien oburzyć się z gwałtowną, wybuchową siłą.
— Przestań... — zdołał powiedzieć jedynie tyle, na co Severus zachował się, jakby go nie usłyszał.
— Harry Potter oprze się brodą o twoje ciało i spojrzy w górę w twoje oczy, spojrzy tak, jakby należał do ciebie i wymruczy... — Severus oparł się podbródkiem o żebra Cadogana i odezwał się gardłowo takim tonem, jakby był gotów spełnić każdą prośbę, która zostanie mu powierzona: — Naczelniku...
Cadogan zadrżał, czując uderzenie gorąca rozlewające się w jego brzuchu - czarne oczy przyciągały go jak nieodkryty kosmos, coś w jego żołądku rozjarzyło się jak żelazo włożone do ognia; Severus nie spuszczając z niego wzroku, uśmiechnął się jak sam szatan.
— Więc, przyjacielu, pozwól, że spytam raz jeszcze — powiedział, wracając do konwersacyjnego tonu, Severus, zgrabnie podnosząc się na nogi, robiąc to z taką gracją, jak niewielu potrafi. — Czy naprawdę masz Harry'ego Pottera za głupca? — zapytał, przekręcając głowę, wwiercając w Cadogana wzrok, jakby widział wszystko to, co zaczęło kotłować się w jego żyłach, cały ten ogień, cały strumień zaaferowania.
— Wyolbrzymiasz to wszystko — wyrzucił z siebie Cadogan, czując lekki ból tętniący mu w skroniach. — Przedstawiasz go w... w ten zawoalowany sposób, Severusie, ale odnoszę wrażenie, że przerysowujesz nieco jego możliwości. Mam na myśli, że... cóż, odgrywając te zmyślne sceny, ty sam potrafisz zadziałać na wyobraźnię, ale Potter...
— Zapewniam cię, Cadogan — odezwał się nieco ozięble Severus — że jeśli Potter jest zdolny do tego, by zauroczyć mnie, to ciebie, Cadogan, rozpaliłby do białości, z całą tą twoją — Severus machnął w jego stronę ręką, jakby coś wskazywał — głęboką chęcią sprawowania władzy. Nie miej złudzeń, przyjacielu. Potter, z całą pewnością, potrafi zmanipulować człowieka. I, uwierz mi, jest w stanie to równie umiejętnie wykorzystać do własnych celów. To jest właśnie powód, dla którego odsunęliśmy się na bok. Nikt nie będzie przed nami starał się grać pierwszych skrzypiec, Cadogan. Nawet Złoty Wybawiciel.
Severus odwrócił się od niego i sięgnął po porzucony uprzednio, mieniący się w świetle drżących płomieni świec kieliszek czerwonego wina.
-VVV-
Harry siedział na podłokietniku kanapy i bawiąc się bezwiednie własną różdżką, obracając nią to w jedną, to w drugą stronę, obserwował pakującego swoje rzeczy Dracona. W jego torbie grzęzły powpychane na ścisk książki i Harry przez dłuższy moment przyglądał się ich starym, powycieranym grzbietom, trącym o siebie jak krzeszące ogień kamienie.
— Zakosiłeś to z biblioteki? — zapytał Harry, przekręcając głowę i mrużąc oczy, mając nadzieję na odczytanie wyblakłych napisów z grubych okładek. — Draco, to chyba nie są...
Draco upchnął siłą jakiś kruszejący na kantach wyżółkłej okładki wolumin do torby i łypnął niechętnie na uderzającego piętą o obicie kanapy Harry'ego.
— Przyrzekam, że to nie są księgi o wskrzeszeniu umarłych, o przywoływaniu dusz zza grobu ani o tworzeniu tych bezmyślnych trucheł - inferiusów — warknął nieco odpychającym głosem Draco, krzywiąc się, jakby przez gardło próbowało mu przejść coś niemiłosiernie kwaśnego.
Zielonooki zawahał się, kiedy ocenił, że księgi są tak stare, że rozszyfrowanie z tej odległości ich tytułów, graniczyłoby z cudem.
— Draco... — wyrzucił z siebie jak westchnienie Harry, marszcząc w niepokoju brwi, obserwując szczupłe dłonie swego rówieśnika, upychające księgi na ścisk - okładka sprasowana z okładką - do swojej torby. Być może zaproponowałby mu użycie zaklęcia Capacious Extremis, ale wolał tego nie sugerować, póki nie był pewien, co, do diabła, Draco tam właściwie upycha.
— Harry — wycedził Draco, a jego czoło zmarszczyło się mocno, jakby słowa swojego rozmówcy go oburzały — przecież obiecywałem, na Morganę. — Rzucił zielonookiemu takie spojrzenie, jakby ten czymś go mocno rozczarował. — Nie ufasz mi?
Harry poczuł się dziwnie urażony podobną sugestią; poprawił zjeżdżające mu z nosa, okrągłe okulary i pozwolił sobie na niewielkie skrzywienie warg.
— Nie bądź niedorzeczny — mruknął, wymacując pod palcami różdżkę ukrytą w kieszeni szaty. — Weź ty się odsuń — poprosił i wyciągnął niespiesznie różdżkę, wskazując Draconowi niedbałym skinięciem jej czubka, aby się przesunął. Draco łypnął na jej drewnianą, zwężoną końcówkę, następnie zerknął, na rozepchaną po brzegi torbę, która wyglądała, jakby jakakolwiek próba użycia suwaka miała się zakończyć jego wierutnym pęknięciem i marszcząc śmiesznie nos, odstąpił na bok.
Harry wycelował różdżkę w torbę, wokół której jak żołędzie pod dębem rozsypywały się książki, mrucząc pod nosem: „Capacious extremis"; wepchnięte na styk książki opadły na dno z głuchym tąpnięciem.
— No tak, głupiec ze mnie — burknął Draco, kiedy Harry odrzucił nadgarstek do tyłu, trzymając różdżkę jak papierosa. — Upycham to wszystko — machnął ręką na kilka wysypanych na podłogę książek — jak jakiś idiota, zamiast na chwilę ruszyć głową i pomyśleć o Zaklęciu Zmniejszająco-Zwiększającym.
Harry wzruszył ramionami i schował różdżkę do kieszeni szaty, przyglądając się, jak Draco zbiera kilka rozsypanych książek z podłogi.
— Dlaczego miałbyś o nim pomyśleć? — rzucił od niechcenia, poprawiając swoje usadzenie na podłokietniku.
Draco uśmiechnął się kwaśno, zerkając przez ramię na Harry'ego.
— Ty o nim pomyślałeś — prychnął, wciskając sobie kosmyk włosów za ucho — więc dlaczego ja bym nie miał?
— Ach, ja... — powtórzył niechętnie Harry, odwracając wzrok, kiedy przed oczami mignęło mu pasmo jasnobrązowych włosów i szczupłe ciało doskakujące do niego jak błyskawica, kiedy te sto lat temu wynurzył się z pełnego trytonów, ogromnego jeziora, w którym odbyło się drugie zadanie Turnieju Trójmagicznego; zobaczył we wspomnieniach szeroki uśmiech i migoczące ciemnym brązem oczy, i ramiona oplatające się wokół jego szyi tak mocno, jakby nigdy nie zamierzały go puścić, zobaczył purpurową, materiałową torebkę zaciśniętą jasnoszarym, grubym sznurkiem, ozdobioną fikuśnymi frędzelkami i poczuł, jak coś niemożliwie uszczypliwego - jak szczypce morskiego kraba - zaciska się nieprzyjemnie na jego sercu. — Tak, cóż, pewnie masz rację.
Draco otworzył usta, jakby zamierzał to jakoś skomentować albo zadać niewygodne pytanie, więc Harry pośpiesznie wyrzucił z siebie pierwszą myśl, jaka zatliła się w jego głowie:
— Co na to Irma Pince?
Draco zamknął usta, zmarszczył mocno czoło, po czym na powrót je otworzył, jakby pytanie Harry'ego wprawiło go w lekką konsternację.
— Pani Pince? — zdziwił się, wkładając ramiona do torby aż po same łokcie, układając w niej rzędem poszczególne tomy. — Skąd pomysł, że ją o tym poinformowałem?
— Ach, wiedziałem — wyszczerzył się Harry w samozadowoleniu. — Czyli, tak jak mówiłem, ukradłeś to z biblioteki.
Draco skończył układać ciężkie księgi i posłał Harry'emu spojrzenie spode łba.
— Od razu: „ukradłeś" — burknął z krzywym grymasem. — Ja po prostu... — Draco przygryzł dolną wargę i rozejrzał się, jakby starał się znaleźć w kątach kwater pasujące słowo.
— Po prostu pożyczyłeś sobie... — uprzejmie podpowiedział mu Harry, uśmiechając się samym kącikiem warg.
— O, no właśnie! — klasnął w dłonie Draco.
—...bez pytania — dokończył Harry i zaśmiał się szczerze, widząc krzywy grymas, jaki po jego słowach posłał mu szarooki czarodziej.
Draco prychnął, a jego uwagę znów pochłonęła pakowana przez niego torba.
— Jesteś nieludzki, wiesz? — rzucił w stronę Harry'ego, na co ten wyszczerzył się, jakby właśnie usłyszał najwspanialszy komplement.
— Mhm — mruknął jak rasowy kocur, przyglądając się, jak Draco - wlepiając wzrok w swoją torbę - przewraca oczami — a ty bezdusznie dysponujesz szkolnym mieniem, bagatelizując fakt, że przyprawisz biedną, starą Irmę Pince o gwałtowne palpitacje serca, kiedy zorientuje się w ubytkach jej świątyni nauki — ironizował przesadnie boleściwym głosem Harry; Draco parsknął cichym śmiechem.
— Och, zamknij się! — rzucił przez ramię, brzmiąc, jakby był zły na siebie, że pozwolił po sobie pokazać, jak bardzo go rozbawił ten sztuczny lament Harry'ego. — Poza tym, śmiem wątpić, że ta rozchwiana emocjonalnie kobiecina cokolwiek zauważy.
— Hmm — odpowiedział Harry, uśmiechając się leniwie jak obgryzający kości, wielki lew.
— I nawet nie myśl o tym, żeby ją uświadamiać! — zastrzegł Draco, na co uśmiech, na twarzy Harry'ego poszerzył się gwałtownie, całkowicie wbrew jego woli.
— Ależ ja o niczym takim nie myślę — zamruczał miękkim głosem, patrząc, jak Draco przewraca wymownie oczami.
— No jasne — prychnął jasnowłosy, oblizując kącik warg — a ja jestem sklątką tylnowybuchową.
Harry zamruczał ni to potwierdzająco, ni to przecząco w odpowiedzi, a Draco spojrzał na niego apatycznie, zamykając jednocześnie swoją torbę.
— I po robocie. — Draco wyprostował się i otrzepał ręce, jakby ubrudził je sobie piaskiem, a Harry, patrząc na to, ledwo powstrzymał szydercze prychnięcie. Jasnowłosy czarodziej zawiązał ramiona na piersi i odwrócił się w jego stronę, przyglądając się mu z przechyloną w niejakim zamyśleniu głową; na jego ustach błąkał się ledwo dostrzegalny, przebiegły uśmiech.
— No co? — zapeszył się Harry, krzywiąc się i marszcząc brwi; odgarnął włosy z czoła, zastanawiając się, czy może z jego wyglądem jest coś nie w porządku. — Na co tak patrzysz?
Draco odchrząknął, ogniskując spojrzenie na zielonych oczach Harry'ego.
— Co z Katriną?
Harry westchnął i odwrócił wzrok w stronę okna - za szybami na ziemię opadała kolejna, ciężka kurtyna śniegu, płatki wirowały na wietrze jak liście, tańczyły pomiędzy sobą w lekkich pląsach.
— Nie mam pojęcia.
-VVV-
To było bardzo trafne pytanie: „Co z Katriną?". Miałem ochotę podejść do niej i złapać tą chudą, niedużą rękę. Pochylić się nad jej uchem tak mocno, żeby kasztanowy kosmyk włosów połaskotał czubek mojego nosa. Drażnić ją moim szeptem wdmuchującym w jej ucho same niemoralności, które nie wywoływały u niej rumieńca, ale pociągały za sobą jej wdzięczny, uroczy uśmiech i sprawiały, że odwracała wzrok. Patrzyłem na jej zwiewne jak welon włosy, chcąc okręcać je sobie wokół palców, to w tę, to we w tę i całować jej wydatne kości policzkowe, uśmiechając się przy tym, jakbym nawciągał się helu i zaśmiewał z piskliwego, nienaturalnego głosu. Chciałem ją uchwycić, kiedy goniła wiatr, przekonana, że jest w stanie go zamknąć w szklanym flakoniku i nosić na piersi jak medalik na szczęście, chciałem przycisnąć usta do jej palców i nadgarstków, i przedramion, wszędzie, gdzie tylko sięgnę, albo uklęknąć przed nią i objąć w pasie, i przycisnąć policzek do jej płaskiego brzucha, wiedząc, że włoży mi palce we włosy, że będzie się nimi bawiła, jakby lepiła babki z piasku albo oddzielała ziarnka piasku od ziaren maku.
Była taka spragniona życia, częstowała tym swoim delikatnym jak pióro uśmiechem migoczącym zza kłębów papierosowego dymu, a jej długie włosy o barwie kasztanów lały jej się na ramiona jak strumienie. Potrafiła odnaleźć wartość drugiego człowieka w miejscu, w którym wszyscy widzieli przeciętność, wiedziała jak dostrzec piękno w czymś, na co inni spoglądali z pogardą.
To była dziewczyna, która uśmiechała się do przestarzałego barmana z jakiejś zalanej piwem i odorem przefermentowanego alkoholu klitki z najgorszej, czarodziejskiej dzielnicy, do której inni czarodzieje przychodzili jedynie w celach załatwienia lewych interesów bądź urżnięcia się w trupa i uśnięcia w towarzystwie dwóch pań na godziny udających uwielbienie. To była dziewczyna, która niepokoiła się o stan zdrowia młodocianej prostytutki - dziewczyny niedużo starszej od niej, którą własne zdrowie - na dobrą sprawę - niewiele interesowało.
Cieszyła się z papierosa jak femme fatale lat czterdziestych pykająca Lucky Strike, bawiąca się wieczkiem białego pudełka z czerwonym kółkiem mającym nasuwać skojarzenie japońskiej flagi. Raz była małą, fikuśną dziewczynką, a następnym razem dojrzałą, uwodzicielską kobietą, a ja - choć próbowałem - nie mogłem przyłączyć jednej do drugiej, jakby były dwie Katriny żyjące w jednym ciele.
I wszystkie słowa, które zapisuję na tym zdartym pergaminie, kruchym, pozostawiającym po sobie ślady tysiąca kleksów piórem, są także i jej historią, historią o niej, historią dla niej.
-VVV-
Nie potrafił jej zostawić, była jak pajęczyna, w którą nieroztropnie się zaplątał, była jego świecą, a on był ćmą, którą do niej ciągnie. To było - pomijając pachnące prochem z broni palnej i kurzem ruiny gmachu Ministerstwa Magii - pierwsze miejsce, do którego ją zabrał, pierwsze mające znaczenie, pierwsze potwierdzające jego zaufanie, które w niej pokłada. Nie wiedział, czy podejmuje właściwą decyzję - coś w tyle głowy szeptało do niego, że tam, gdzie jest on, tam jest także i niebezpieczeństwo, ale nie mógł jej zostawić w Hogwarcie, nie potrafił jej w nim zostawić, jakby była częścią niego albo jakby to on był częścią niej.
Kucała na muldzie śnieżnej jak dziecko, odciskając czerwone z zimna dłonie w śniegu, jakby był piaskiem na plaży przy szerokim, rozległym morzu. Skrobała palcem w śniegu własne imię, jakby szlifowała epitafium na marmurowej płycie nagrobnej.
Obejrzała się na niego, kiedy usłyszała zbliżające się kroki, przekopujące się ku niej poprzez śnieg. Uśmiechnęła się promiennie, a niewielkie dołeczki zamieszkały w jej policzkach jak chochliki. Jej głowa była lekko opuszczona, a on miał wrażenie, że przeciągłe spojrzenie zza rzęs, które mu rzuciła, prześwietla go na wylot i wysyła fale elektrycznych impulsów wzdłuż jego ciała.
Katrina wyjęła nie wiadomo skąd swoją czerwoną szminkę i patrząc mu w oczy, jakby był lustrem, przeciągnęła nią po swoich wargach - kolejno: po dolnej, po górnej i znów po dolnej - a Harry śledził te pociągnięcia, jak uczeń obserwujący wnikliwie odpowiednie gesty dłoni trzymającej różdżkę.
Harry zatrzymał się w nieznacznej odległości i przyglądał się tej kształtnej, wymiarowej plamie wymalowanej na tle czystego śniegu - była jak obraz, mógłby ją oprawić w ramy i powiesić na ścianie w swoim starym gabinecie w Biurze Aurorów, a ta mrugałaby do niego spod długich rzęs, przerzucałaby brązowe włosy to na jedno ramię, to na drugie, odsłaniając bladą, długą szyję - a Harry przyglądałby się tej szyi, lekko pulsującej żyle na jej boku, gęsiej skórce, która pojawiłaby się po kontakcie z chłodnym, zimowym wiatrem i płatkami śniegu.
Podszedł do niej, brodząc po kostki w śniegu, a kiedy zatrzymał się przed nią, spojrzał w czarne, głębokie jak studnie oczy, złapał za jej chude ramiona i przewrócił i siebie, i ją na miękki, biały puch leżący pod ich stopami jak płachta aksamitu. Przetoczyli się po zimnym, bladym dywanie jak dzieci, które po raz pierwszy zobaczyły zimę, turlając się wokół siebie jak szczenięta, a ona odchyliła głowę do tyłu (grudka śniegu wsypała jej się za kołnierzyk) i roześmiała się tak szczerze i tak dźwięcznie, że Harry, patrząc na rząd jej białych zębów błyszczących zza czerwonych warg jak perły, miał ochotę nauczyć się tego dźwięku na pamięć, aby móc go samemu odtworzyć, zagrać: na harfie, na fortepianie, szturchnąć struny albo uderzyć w klawisze i móc usłyszeć tę harmonijną melodię graną przez jej usta.
Zanurzył twarz w zagłębieniu jej szyi, a jej mokre od śniegu włosy przykleiły się do jego skroni i policzków i wyszeptał:
— Ucieknijmy stąd.
Zaśmiała się dźwięcznie, jakby usłyszała dwuznaczną propozycję i wsunęła ręce w jego włosy. Dotknął czubkiem nosa jej szyi, przyglądając się gęsiej skórce rozciągającej się powoli po jej skórze jak zamarzający powoli lód pod dotykiem oddechu dementora.
Wziąłby ją za rękę i poszedł z nią wszędzie, przeprowadziłby ją przez ruchliwą, mugolską ulicę i pokazał jej diabelski młyn, i wsiadłby z nią na niego, jeśli tylko by o to poprosiła, choćby miał na nim zemdleć od zawrotów głowy. Kupiłby dla niej różową watę cukrową i patrzył, jak jej słodkie włókna kleją się do czubka jej nosa, niósłby ją na rękach, gdyby rozbolały ją nogi - jej długie jak u flaminga nogi - i przycisnąłby ją do siebie bardzo, bardzo blisko, chcąc usłyszeć poszczególne uderzenia jej serca. Zabrałby ją do mugolskiego kina i pokazał projekcje w okularach trójwymiarowych i jadłby z nią przesolony popcorn, rozsypując go wszędzie wokół - na przejście pomiędzy fotelami, na plastikowe otwory na kubki z napojem i na nich samych, a ona śmiałaby się tak jak teraz, tym swoim śmiechem obiecującym, że wieczność istnieje i z tą niemożliwą wiarą cechującą dzieci przypatrywałaby się wszystkiemu dużymi, błyszczącymi szczęściem oczami.
— Ty głupi wariacie — zaśmiała się miękko Katrina, odciskając ten uśmiech na jego szyi, a on chciał, żeby została mu po tym blizna, kolejna blizna, złożona z jej szerokiego uśmiechu — o czym ty znowu pleciesz?
Nie wiedział, nie wiedział: „o czym plecie", jej głos sprawiał, że ciężej mu było łączyć słowa w znaczenia, jej skowronkowy głos dzwoniący tu blisko, przed nim, zawijający się wokół niego jak nić, jak ciepły szal na zimowe poranki; jej gęsia skórka znikała pod kołnierzykiem jej szaty, a on miał ochotę przyłożyć palce do jej szyi i prześledzić jej tor, jakby to była mgławica gdzieś daleko w zakamarkach kosmosu. Chciał ją pociągnąć na nogi i teleportować się gdzieś daleko, pokazać jej świat, zabrać gdzieś w tropiki, gdzie wtopiłaby się w tropikalne okazy, jakby była jednym z nich.
Przekręciła się i ułożyła na jego torsie, składając brodę na opartych na jego mostku dłoniach i posłała mu to swoje ciemnookie, przeciągłe spojrzenie, w którym tliło się tyle emocji, ile aniołów zmieściłoby się na główce od szpilki.
— Gdzie mielibyśmy uciec?
Mógłby uzależnić się od tego uśmiechu - tego obiecującego szczęście uśmiechu - patrzeć na niego dniami i nocami i nie mieć dosyć.
— Gdzieś daleko — wyszeptał, a ona oblizała kąciki warg, jakby zlizywała z nich czekoladę, a potem podniosła się z ziemi, ciągnąc go za rękę.
— No więc chodźmy — zaśmiała się; odbijające się w śniegu słońce zdawało się wchłaniane przez jej czarne oczy, jakby były czarnymi dziurami w środku kosmosu - mimo to, śmiały się do niego, te dwa krążki czerni, i przyciągały do siebie, jak przyciągają się dwa bieguny o przeciwnym ładunku.
Wstał, nie otrzepując się ze śniegu, chociaż wiedział, że będzie potem cały przemoczony; uśmiechnął się lekko, wodząc spojrzeniem po jej rozpromienionej jak słońce twarzy.
— Tak — powiedział cicho, łapiąc ją za rękę — chodźmy.
-VVV-
Grimmauld Place było szare — to pierwsze skojarzenie, które przychodziło mu do głowy — szare i ciche, i pachnące starością.
Harry, od progu witany przez gościnną wiązankę zaserwowaną im przez Walburgę Black, rzucającą się w swoich ramach jak widmo, rozmazującą się jak duch uchwycony na kliszy aparatu, przeszedł przez szarą podłogę, zostawiając ślady swoich podeszew na płytkiej warstewce kurzu pokrywającej posadzkę jak śnieg osiadły na płytach chodnikowych tuż za oknem. Zaopatrzony w kilka nowych paczek papierosów, które zakupił u zalanego sprzedawcy o twarzy czerwonej jak piwonia w brudnej budce kiosku ruchu, od której ścian odpryskiwała farba, transmutując kilka starych guzików wygrzebanych z torby przez Dracona w mugolski nominał, czuł się dużo lepiej, niż z pustymi kieszeniami.
Wygrzebał z kieszeni paczkę papierosów i odpalił cienkiego papierosa mentolowego, przypalając go koniuszkiem różdżki. Zignorował wrzaski pełne oburzenia wylewające się barwnym, ochrypłym potokiem z ust pani Black i wydychając obłok tytoniowego dymu, przeszedł przez długi przedpokój.
— Nie ma to, jak w domu — zaszydził, odgarniając z twarzy pojedyncze, czarne kosmyki lejące się na jego oczy. — Idę przyciąć włosy — oznajmił, nie odwracając się w stronę Draco i Katriny, kierując swoje kroki na piętro.
— Morgano i Merlinie, mogłabyś się przymknąć? — burknął Draco w stronę portretu pani Black. — Ta kobieta zdrowo upadła na głowę. I pomyśleć, że mam z nią jakąś więź krwi.
Harry uśmiechnął się lekko pod nosem, kiedy niemal usłyszał, jak szarooki czarodziej się wzdryga i odwrócił się ku niemu z podnóża schodów; machnął obojętnie dłonią trzymającą papierosa, a ten zostawił po sobie rozmywającą się smugę dymu - trochę jak koślawe pociągnięcie pędzla.
— Ależ niech sobie pokrzyczy — puścił do Dracona perskie oko. — Dawno nie miała ku temu sposobności.
Harry zignorował kwaśny grymas, jakim poczęstował go Draco i uchwycił się ozdobnej barierki wijącej się w górę schodów jak podłużna żmija.
— Rozgośćcie się — zawołał przez ramię, uśmiechając się przy tym posępnie i podniósł palce do ust, zaciągając się głęboko papierosem.
— Oho — usłyszał za sobą pokpiwający głos Draco — gospodarz się odezwał.
Harry parsknął pod nosem, nie komentując jego słów, choć czując, że ułatwiają mu one nieznacznie odetchnąć pod ciężarem swego jakże wspaniałego, kosztownego dziedzictwa.
Lustro w łazience przypominało mugolskie filmy noir - przydymiona połać, w której tle odbijał się czarny kontur ludzkiej sylwetki; Harry wydmuchał na nie papierosowy dym, przyglądając się ciemnym odpryskom znaczącym szkło jak blizny, zastanawiając się, czy za moment nie wyjdzie z jego przydymionej tafli wysoki gangster w kapeluszu żywcem wyjętym z lat czterdziestych, w szarym, drogim płaszczu sięgającym kostek, z kieszeniami, w których zmieściłyby się dwie bronie palne i zapasowy magazynek.
Harry zaczął przegrzebywać łazienkową szafkę - najpierw tą pod umywalką, a kiedy to nie popłaciło, niewielką, drewnianą, wiszącą przy drzwiach, w której odnalazł wiklinowy, niewielki koszyczek zawalony kilkoma starymi, niedużymi pędzlami kosmetycznymi, czarnymi kredkami do oczu i krwistoczerwonymi, rozpływającymi się od czasu i ciepła pomadkami. Wystawały z niego, celujące zamkniętymi ostrzami w sufit, pokaźnych rozmiarów, metalowe nożyczki i Harry miał wielką nadzieję, że nie rozłamią mu się w palcach, kiedy za nie chwyci.
Nie złamały się, całe szczęście, i Harry zaczął miarowo przycinać wiszące mu przy twarzy kosmyki, pochylając się nad umywalką.
Powinienem je najpierw zmoczyć — pomyślał Harry, kiedy kilka włosów zawirowało w powietrzu i zamiast do umywalki, spadło mu pod nogi. — Zresztą, co to za różnica.
Harry westchnął, tnąc fryzurę w jakiś abstrakcyjny, artystyczny nieład, a kiedy skończył, zmierzwił je niedbale dłonią i krytycznym okiem zerknął na efekt.
Nie było to fryzjerskie mistrzostwo świata, musiał przyznać, ale uznał, że wygląda całkiem przyzwoicie. Uśmiechnął się do tego zamglonego, niewyraźnego odbicia i wrzucił nożyczki do szafki pod umywalką - której kran przypominał wyglądem paszczę węża (gdyby Harry się lepiej przyjrzał, mógłby nawet podziwić te delikatne, subtelne wyżłobienia, tę perfekcyjną symetrię kształtu) - a średniej wielkości, pokryte warstwą kurzu drzwiczki zaskrzypiały donośnie z winy od lat nieoliwionych zawiasów. Harry dmuchnął na swój policzek, strącając z niego kilka drobnych, pojedynczych włosów, które przykleiły mu się do skóry i odkręcił kurek, aby spłukać czarne kosmyki z umywalki, modląc się, aby do rur była podłączona bieżąca woda. Coś w ścianach zagulgotało potężnie, jakby Harry właśnie spuścił z nich tony powietrza, a te na powrót zaczęły zalewać się wodą, coś zachlupotało donośnie i wreszcie z kranu trysnęła zimna jak kość woda. Harry, wkładając pod nią dłoń, miał wrażenie, że jest tej samej temperatury co ciekły azot i przez chwilę zastanawiał się, czy jego palce zamienią się w walcowe, cienkie, lodowe bryły.
— Harry, na litość Merlina, co ty tam robisz? — usłyszał głos Dracona płynący donośnym echem przez korytarze. — Zabiłeś kogoś i teraz upuszczasz mu krew do odpływu?
Harry pozwolił sobie na uśmiech przypominający wyraz goszczący na pysku grubego, bardzo szczęśliwego kota.
— Jakbyś zgadł — mruknął do siebie, zakręcając wodę i strzepując mokre ręce do umywalki. Z powodu chwilowego braku ręczników w użytku, wytarł dłonie o wierzch swojej szaty (tego pomiętego materiału przywodzącego mu na myśl szmatę, którą zarzucał na siebie swego czasu Zgredek, leżącego w kącie jak martwy kot, nie tknąłby, choćby zagrozili, że połamią mu nadgarstki). Wyszedł z łazienki i zszedł skrzypiącymi jak stare sprężyny schodami do wąskiego przedpokoju, kierując się do ponurej kuchni, której ściany zbudowane były z kamiennych bloków. Skierował różdżkę na palenisko osadzone na samym jej końcu, przeniósł do niego kilka wysuszonych na wiór drew leżących w żeliwnym stojaku i krótkim: „Incendio" wzniecił blady płomień, który był mocno oporny do tego, aby się rozpalić.
Draco stał oparty biodrem o długi stół i świdrował jego nową fryzurę fachowym, krytycznym spojrzeniem.
— No pięknie — skomentował, przeciągając palcami po białym paśmie własnych, sięgających nieco za ramiona, włosów. — Zakładasz salon fryzjerski?
Harry spojrzał na niego spod wysoko uniesionych brwi i odsunął sobie ciężkie krzesło od długiego stołu.
— A co, zgłaszasz się na mojego pierwszego klienta? — spytał z przekąsem, zerkając kątem oka na Katrinę, posyłając jej szatański uśmiech.
— Co to, to nie! — zaprotestował głośno Draco, zakładając w obronnym geście ramiona na piersi.
Harry uniósł brwi jeszcze wyżej, odwrócił twarz do Katriny, po czym wykonał zgrabny piruet, aby pokazać się ze wszystkich stron.
— A ty jak uważasz? — zapytał zaczepnie, strzepując papierosa na gruby, stołowy blat. — Odkryłem swoje nowe powołanie?
Usta kasztanowłosej dziewczyny wygięły się w prześmiewczym uśmiechu; podeszła do Harry'ego i starła mu z policzka trzymające się jego skóry włosy.
— Prawdziwy młody bóg — oznajmiła dźwięcznym głosem, a zielonooki poczęstował ją na wpół rozbawionym, na wpół twardym spojrzeniem; pogroził jej palcem tuż przed nosem i wyminął ją, by rozsiąść się przy stole.
— Nie podziwiacie mojego talentu fryzjerskiego, czuję się głęboko urażony tym faktem — oznajmił, symulując tonem głosu autentyczne zawiedzenie; Draco westchnął ciężko w odpowiedzi, kręcąc głową i wygrzebał z kieszeni szaty nową paczkę papierosów.
— I co teraz będzie, hmm? — zapytał Draco, wkładając sobie filtr papierosowy w usta i niedbałym gestem nadgarstka wzniecając ogień na czubku swej różdżki. Zaciągnął się głęboko i powoli wypuścił dym z płuc, odchylając się na oparcie krzesła. — Sielankowe, cudowne życie? — zakpił, rozglądając się znacząco po istnym zabytku, jakim była kuchnia Blacków, rzucając przeciągłe spojrzenie otwartym drzwiom do spiżarni, z którego zerkał na nich rząd pustych, zakurzonych słoików i kilka popękanych, żeliwnych garnków.
Pomimo otaczającej go fortecy bezużytecznych, przestarzałych, częściowo zepsutych rupieci, Harry poczuł głęboki spokój otulający go jak ciepły koc. Uśmiechnął się niczym hydra, której właśnie odrosła głowa, którą ucięto jej w walce i spojrzał przewiercającym wzrokiem na popiół wzbierający na czubku jego papierosa. Strzepnął go bez żalu na stół, wypalając w blacie kilka maleńkich, czarnych dziurek, kiedy parę iskier posypało się w ślad popiołu.
— Teraz, Draco — powiedział powoli, oblizując bezwiednie dolną wargę niczym lew, który spałaszował upolowaną przez siebie ofiarę — będziemy spiskowali.
Draco wbił w niego przewiercające spojrzenie srebrnych jak wypolerowane sztylety oczu, odchylił się na oparciu swego krzesła i uśmiechnął się jak demon pragnący poznać intensywny zapach krwi.
-VVV-
Grimmauld Place to dom dla spiskowców, których umysły oscylują wokół przewrotnych machinacji, mogących sprawnie obrócić bieg zdarzeń. To dom dla ludzi, siedzących przy stabilnym, acz starodawnym stole, deliberujących o tym, co by było, gdyby wszystko zrobić inaczej, niż było zrobione. Grimmauld Place to dom dla konspiratorów niemogących spać, bo ich umysły są pełne planów, pełne szachrajstw mających zagrać na nosie krajowej władzy - tak, jakby to w ogóle było możliwe. Dla tych, którzy oparci o szare ściany i kamienne podłogi, zastanawiają się, jak pomóc komuś, kto w danej chwili tej pomocy potrzebuje, a jeśli nastanie taka chwila, w której nie będzie jej już dłużej potrzebować, jak pomóc kolejnej osobie, wyrzucającej błagalnie dłonie w stronę pustki, i kolejnej, i kolejnej: ten zestaw ciągnął się jak kolekcja artefaktów zamknięta za przeszkloną gablotą. Grimmauld Place to dom dla palaczy, wydmuchujących swoje niepokoje i swoje sukcesy z przepalonych płuc i zdartego gardła, myślących nad dalszoplanową partią szaleńczych pomysłów, które mogą przywrócić jaką taką stabilność temu upadającemu społeczeństwu nękanemu mugolskim wojskiem, plującym salwą ołowianych naboi i deszczem ognia padającego na głowy przyzwoitych ludzi. Grimmauld Place to dom dla samotników, którzy napotkali innych samotników, dzięki którym ich samotność stała się możliwa do zbagatelizowania i odrzucenia jej w kąt. Grimmauld Place to dom dla zakazanej miłości i rozkopanych pościeli, która wciąż zdawała się pachnieć krochmalem, i nóg owiniętych innymi nogami, zaplątanych w dziurawe od jakiegoś zabłąkanego dawno temu zaklęcia prześcieradło, przeplatających się w skomplikowane, ruchome wzory, z których można próbować wyczytać przyszłość niczym z kolorowych horoskopów bądź linii papilarnych, i czerwonych śladów szminki na wypchanej, zwietrzałej poduszce. Grimmauld Place to dom dla dzieci niedzisiejszych Śmierciożerców i dla bohaterów wojennych, przyglądających się absurdalności biegu zdarzeń i zastanawiających się głęboko nad tym, jak to wszystko mogło się wydarzyć i czy niebawem nie otworzą oczu, a świat za oknem będzie zupełnie inny - oni sami będą zupełnie inni i rozejdą się na cztery strony świata tak, jak gdyby nigdy się nie spotkali.
