.
Rozdział 42
Wskaż mi kąt, gdzie słychać twój śmiech
.
Obudził go dozorca otwierający zardzewiałą bramę - zgrzyt metalu, dzwoniące echo rozchybotanych prętów, odległe zawodzenie psa odpowiadającego na hałaśliwe tony. Przez szczeliny w wysokich oknach pokrytych mgiełką pyłu przedzierało się do środka chłodne zimowe powietrze, poruszając leniwie aksamitnymi zasłonami, których materiał ciągnął się po ziemi, wzbierając w kurz naznaczający krawędzie dolne materiału czarnoszarą smugą.
Przestronna sypialnia, która kiedyś należała do Syriusza, mrugała do niego srebrnoszarą, łuszczącą się gdzieniegdzie tapetą. Przewrócił głowę na bok, czując rozgrzane, mniejsze ciało wtulone w jego żebra jak w koc, zwinięte koło niego jak szczenię i powiew oddechu tańczący na jego lewym obojczyku jak krople deszczu po silnej ulewie.
Na parapecie za oknem gruchały gołębie - jeden z drugim - skubały szare pióra, chowały łebki pod wilgotne od śniegu skrzydła, kuliły się z chłodu, starając się ukryć w okiennej wnęce przed zimnymi powiewami wiatru.
Harry podniósł rozmyty wzrok na opuszczone powieki Katriny i przez moment przyglądał się zarysowi jej chudej twarzy, chcąc wyciągnąć rękę i przejechać palcem po jej wydatnych kościach policzkowych.
Jego dłoń przesunęła się w kierunku szafki nocnej, na której wymacał chłodne oprawki swoich okrągłych okularów i wsunął je niedbale na nos, czując, jak prawy zausznik nienaturalnie wpija się w jego skórę. Przeciągnął palcami po swoich skróconych włosach, nie potrafiąc się przyzwyczaić do ich innego niż wcześniej układania się pod jego dłonią śledzącą ich linię i powoli wygrzebał się z łóżka, starając się nie obudzić śpiącej tuż obok dziewczyny. Jej kasztanowe włosy rozsypywały się po poduszce jak konfetti; zielonooki, uśmiechając się leniwie kącikiem ust, wyciągnął rękę i delikatnie odgarnął na bok kilka kosmyków leżących na jej twarzy jak strugi słońca.
Sięgnął po różdżkę i transmutował swój pomięty podkoszulek w długi, miękki szlafrok ciemnego koloru, którego poły przyjemnie otulały jego skórę. Wyszedł z sypialni, niemalże stąpając na palcach, zamykając za sobą bezszelestnie drzwi pokoju zalanego ciemnością zapewnioną dzięki długim, okiennym zasłonom.
Drzwi do niegdysiejszego pokoju młodszego brata Syriusza stały otworem, wisząca na nich kartka (nie wchodzić bez wyraźnego pozwolenia Regulusa Arkturusa Blacka) magicznie przyczepiona do drewna obijała się o nie, trącana podmuchami zimnego wiatru wpadającego do środka zza uchylonego w pokoju okna; Harry mógł zobaczyć rozkopaną, pustą pościel i zsuwające się niedbale z materaca prześcieradło, szorujące rogiem po zakurzonej podłodze.
Podłogowe deski w korytarzu zatrzeszczały mu pod stopami jak Szafka Zniknięć z Pokoju Życzeń w Hogwarcie, kiedy - wciąż lekko zaspany, przecierając oczy, jakby wpadły mu do nich ziarna piasku - skierował się leniwie w stronę ciemnych schodów. Z parteru - jak leniwa kołysanka - lała się cicha muzyka, odbijając się ospałym echem od odrapanych, ponurych ścian, nasycając ciepłem tę zimną klatkę z betonu, ten dawno umarły szkielet pozostały po życiu dostojnej, starożytnej rodziny.
(Chcę budzić się z deszczem kapiącym na blaszany dach).
Stopnie schodów zatrzeszczały mu pod stopami, kiedy przenosił ciężar z jednej nogi na drugą. Jego uzależnienie od kofeiny krzyczało do niego lekkim uciskiem w czaszce i niezdrowym znużeniem, gdy trzymając się wijącej się jak pnącza winorośli poręczy, z wpół przymkniętymi oczami dotarł na parter jak lunatyk podążający za iskrą instynktu. Wszedł do przestronnej kuchni, podążając za zapachem parzonej kawy, rozbudzającym jego zmysły z powolną niezdarnością. Cicha muzyka była dziwnie szumiąca, szeleszcząca jak kartka papieru pod palcami dziecka i Harry szybko zrozumiał tego przyczynę, gdy po wejściu do kuchni jego wzrok padł na ozdobny gramofon żywcem wyjęty z lat siedemdziesiątych, w którym szlifowana igła szurała po szelakowej płycie jak przydługi, ostry pazur kota. Przejście pomiędzy utworami nie było płynne i trwało tak długo, że w przerwie pomiędzy dałoby się spokojnie doliczyć do dziesięciu i to ze sprawnością kilkulatka. Muzyka wypełniła Harry'ego jak powietrze, kiedy ponownie rozdźwięczała się pomiędzy obdartymi ścianami.
(Za szklankę wina ja stawiam cały bar).
Przykrył dłonią ziewnięcie i spojrzał na krzątającego się po pomieszczeniu, jasnowłosego czarodzieja, który rzucił mu krótkie, niejako ubawione spojrzenie i nic nie mówiąc, zabrał się za szykowanie drugiej filiżanki czarnej kawy.
Harry opadł na krzesło, podpierając się łokciami o blat, obserwując strumień gorącej pary buchającej z szyjki czajnika jak z komina kolei parowej. Niewielki gwizdek zapiszczał jak mysz ukryta za zabudowaną szafą i zielonooki podparł się dłonią o blat, obserwując skraplającą się na kuchennych płytkach wodę, toczącą się niewielkimi kroplami po białych fugach, trzymającą się ich z zawziętością lepiku na muchy.
— Muszę znaleźć dziewczynę Grangerów — odezwał się cicho Harry, śledząc obojętnym wzrokiem, jak Draco nalewa wrzątku do pękatych filiżanek.
Szare oczy łypnęły w jego stronę powątpiewająco i na powrót utknęły gdzieś na powierzchni czarnej, aromatycznej kawy.
— Dziewczynę Grangerów? — powtórzył miękkim głosem, jakby spodziewał się, że słowa Harry'ego były zaledwie przejęzyczeniem, mieszając w filiżankach małą łyżeczką.
Harry uśmiechnął się ponuro, obserwując, jak Draco wsypuje do obydwu napoi całe tony cukru.
— Cóż, Wilkinsów — poprawił się; to nazwisko smakowało kwaśno na jego języku i zielonooki nie powstrzymał niemrawego wykrzywienia warg, cisnącego się na jego twarz z siłą późnojesiennego wiatru.
— Hmm — mruknął mało wymownie Draco, stawiając na blacie przed Harrym filigranową, krągłą filiżankę; kawa zafalowała pomiędzy jej ściankami i zielonooki przymrużył powieki, gdy do jego nozdrzy wkradł się intensywny aromat palonych ziaren. — I gdzie zamierzasz jej szukać?
Zielonooki westchnął i upił gorący łyk swojej osobistej, porannej używki, której nigdy nie będzie miał dosyć, oplatając dłońmi szczerbatą, rozgrzaną filiżankę przyjemnie grzejącą jego palce.
— W Luizjanie — odparł, jakby to było najbardziej oczywistą rzeczą na świecie i ukrył rozbawiony uśmiech za filiżanką, gdy w odpowiedzi na jego oświadczenie Draco zmarszczył brwi w ten śmieszny, karykaturalny sposób, z jakim tylko on potrafił to zrobić.
— Co? — zdziwił się szarooki czarodziej, odgarniając z twarzy kosmyki jasnych, niemalże białych włosów.
— Mhm — mruknął gardłowo Harry — w Baton Rouge — sprecyzował, po czym upił niewielki łyk ze swojej filiżanki.
— Baton Rouge? — powtórzył Draco, wahając się, jakby właśnie zaliczał egzamin ustny i nie był całkowicie przekonany o prawdziwości własnej odpowiedzi. — Jesteś pewien?
Harry poczęstował Dracona wymownym spojrzeniem, w odpowiedzi, na które ten wzruszył ramionami i schował się na swoją filiżanką.
— Tak tylko pytam — rzucił szarooki czarodziej, skubiąc paznokciem jakiś odprysk w uchu trzymanego naczynia. — Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę z tego, że samo Baton Rouge liczy sobie gdzieś ponad dwieście tysięcy mieszkańców, co? Chyba że masz jakieś dokładniejsze namiary, o których jeszcze nie wiem.
Harry odchylił się na oparcie krzesła i spojrzał z rezygnacją w poszarzały sufit.
— To jest powód, dla którego powiedziałem, że: „muszę ją znaleźć", a nie, że: „muszę ją odebrać" — burknął pod nosem, odkładając swoją filiżankę na stół, czując niedowierzający wzrok Dracona, który padł na jego twarz jak fizyczny cios.
Drugi czarodziej milczał dłuższą chwilę, a kiedy się odezwał, w jego głosie dało się usłyszeć dezorientację:
— O matko... ty nie żartujesz.
Harry powstrzymał się od zniecierpliwionego westchnienia i przetarł palcami oczy, zastanawiając się, czy gdyby zignorował tę całą Demetrię Wilkins, potrafiłby nie wyrzucać sobie tego do końca życia i nie mieć do siebie za złe, że w ogóle nie spróbował jej pomóc. Za każdym razem, kiedy rozważał zignorowanie tej cichej prośby pana Grangera, widział jak stempel pod powiekami pełną wyrzutu twarz Hermiony i choć bardzo się starał, nie potrafił znieść rozczarowania tlącego się w jej brązowych oczach.
— A co z tymi mugolskimi magazynami przeznaczonymi do produkcji broni, o których napomknął Snape? — zapytał powoli Draco, obserwując go z taką uwagą, że Harry miał ochotę schować głowę w ramiona i odwrócić wzrok.
— Draco... — westchnął, opierając brodę o dłoń i zastanawiając się intensywnie, czy jego słowa nie są jedynie naiwną wymówką. — Nawet gdybym chciał coś z nimi zrobić, ja zwyczajnie nie jestem w stanie określić, gdzie one się znajdują.
Szare oczy przypatrywały mu się przez chwilę zza zmrużonych w skupieniu powiek, jakby jego rówieśnik ważył jego słowa we własnym umyśle. Kiedy Draco przechylił głowę, jakby poddawał go niemej ocenie, Harry naprawdę mocno miał ochotę zacisnąć wąsko usta śladem zwyczaju Minerwy McGonagall - zamiast tego skupił się na własnej kawie, jakby raptem niesamowicie zaintrygowało go coś odkrytego na ściankach filiżanki.
— Więzienie odnalazłeś — zauważył Draco, upijając łyk stygnącej kawy, a Harry zacisnął jedną dłoń na krawędzi stołu z taką siłą, że dorobił się czerwonej pręgi przecinającej krzywo linie papilarne.
— Nie ja — powiedział powoli, cedząc słowa przez zęby, jakby były klątwami — tylko Jerry.
Szare oczy obserwowały jego twarz z dociekliwością naukowca badającego nowe terminy, a Harry starał się nie kręcić zbyt jawnie pod zaciętością tego spojrzenia - wzrok Dracona zdawał się przecinać jego bariery Oklumencyjne z chirurgiczną precyzją, co było zgoła abstrakcyjnym odczuciem, jeśli spojrzeć na fakt, że Harry, tak dla pewności, obmacał delikatnie sploty zabezpieczeń przeplatających się niczym pajęczyna z jego umysłem, upewniając się, że nie ma w nich najmniejszych, niepożądanych naruszeń.
— Chyba nie powiesz mi — odezwał się powoli Draco, wkładając w swoje słowa tyle jadu, że Harry - chcąc nie chcąc - skrzywił się kwaśno, przełykając ze zniesmaczeniem ślinę — że teraz już nigdy nie będziesz w stanie oszacować położenia jakiegoś terenu, którego przejęcie mogłoby mieć znaczącą wagę w tej wojnie, co?
Harry oblizał bezwiednie koniuszkiem języka dolną wargę.
— Nie bądź śmieszny — mruknął bez przekonania zielonooki, ukrywając się za swoją kawą; upił zbyt duży łyk, parząc się przy tym w podniebienie i oderwał od ust filiżankę, wciągając raptownie powietrze.
Draco nie wyglądał na wielce przekonanego.
— Próbowałeś chociaż szukać? — zapytał powątpiewająco, zagarniając zza kołnierzyka przydługie włosy i przerzucając je na ramię. — Czy może z góry uznałeś, że to nie twoja działka?
— Przestań — wymamrotał pod nosem Harry, opuszczając nieznacznie głowę; potarł nerwowo szyję, starając się nie patrzeć na ciążący mu jak kula u nogi, pełny wnikliwości wzrok tych znajomych, szarych oczu.
— Harry, to jest niepoważne — skrytykował go Draco, krzywiąc się, jak po połknięciu cytryny. — Jako przywódca tej wojny powinieneś...
— Nie jestem żadnym przywódcą — przerwał mu ostro Harry, rzucając Draconowi szybkie, zajadłe spojrzenie. — Od początku powtarzałem ci, że żaden ze mnie autorytet moralny, ale oczywiście nie chciałeś mnie słuchać. Staram się, Draco, naprawdę się staram, ale nie jestem w stanie dopilnować wszystkiego.
— Hmm — ponownie sarknął pod nosem Draco, a Harry miał wrażenie, jakby coś nieprzyjemnego i okropnie natarczywego wkręcało się w jego brzuch jak wiertło.
Harry łypnął kątem oka na szarookiego, który oparł się wygodniej o krzesło i założył nogę na nogę, rozparty przy stołowym blacie jak król na swoim tronie.
— Rozumiem — gładki jak płynna czekolada głos Dracona przyprawiał Harry'ego o duszności — że wobec tego ignorujemy mugolską broń masowego rażenia, a skupiamy się na pojedynczych jednostkach pokrzywdzonych przez ich system.
Zielonooki skrzywił się jak od gorzkiego lekarstwa, przeciągając wnętrzem dłoni po krawędzi stołu, wbijając sobie przy tym drzazgę w palec. Zacisnął mocno zęby i cofnął dłoń.
— Nie bądź wredny — syknął na Dracona, brzmiąc jak rozdrażniony wąż. — Małą Grangerównę, tak czy siak, musimy znaleźć i oddać rodzicom. Przecież jesteśmy w stanie to zrobić. Na pewno istnieją jakieś metody, które...
— Na pewno to Kopernik nie żyje — sprostował Draco, a Harry nie powstrzymał chęci zazgrzytania zębami (czasami rozumiał frustrację Snape'a, gdy wcinało się mu w zdanie z obojętnością deszczu).
— Snape już nie raz był w stanie odnaleźć Katrinę, więc...
— Harry... — przerwał mu Draco, wzdychając ciężko; potarł palcami brwi, spoglądając Harry'emu w oczy spod swojej dłoni, jakby zastanawiał się nad właściwym doborem kolejnych słów. — Wybacz, może to nie zabrzmi na miejscu, ale... — Draco odetchnął głęboko i skrzywił się nieznacznie. — Wiesz, fakt, że Snape jest... zdolny do niektórych rzeczy wcale nie świadczy o tym, że cała reszta świata byłaby w stanie powtórzyć jego wyczyny bez najmniejszej trudności. Rozumiesz aluzję?
Harry spiął się i schował za swoją kawą.
— Znajdę ją — odparł, brzmiąc dosyć opryskliwie — z twoją pomocą czy bez niej, ale...
— No nie, już się kłócicie? — dobiegł ich głos od strony framugi.
Urwał wpół zdania i zwrócił wzrok ku stojącej w drzwiach Katrinie.
Kołysała się leniwie na piętach w za dużej, rozciągniętej, bawełnianej bluzce, która (głowy by sobie uciąć za to nie dał, ale tak mu się zdawało) była kiedyś własnością Syriusza i sięgała jej niemal do samych kolan, co wyglądało dosyć komicznie. Przeczesywała palcami włosy, spoglądając zaspanymi oczami pomiędzy Harrym a Draco, siedzącymi przy masywnym stole, a kilka długich kosmyków wpadło jej na twarz. Obciągnęła nieco w dół bawełnianą bluzkę i Harry zaczął się zastanawiać, czy ta mała kokietka ma coś pod spodem.
— Dzień dobry Śpiąca Królewno — mruknął, wskazując głową w stronę starego czajnika, którego niegdyś można było zapewne nazwać eleganckim, ale obecnie prezentował sobą dosyć opłakany obraz. — Kawy?
— Nie, dzięki — odparła, ziewając otwarcie (biel jej zębów błysnęła jak flesz w porannych promieniach słońca wdzierających się do pomieszczenia przez wysokie okna) i spojrzała z ciekawością w stronę starego gramofonu stojącego na odrapanym blacie jednej z drewnianych, ciemnych szafek.
(Oceany czarnej kawy zastygły między nami).
— Fajna zabawka — skomentowała, odsuwając sobie wolne krzesło i puszczając perskie oko do Draco.
Harry zerknął przez ramię na długą igłę szurającą po płycie. Na wpół przykryte mechanizmem gramofonu - na zaoranym jak po kontakcie z papierem ściernym blacie - leżały stare, magiczne zdjęcia pokryte warstwą kłębiastych skupisk kurzu. Na pierwszym od góry kilkuletni, ciemnowłosy chłopiec o znajomych, szarych oczach szczerzył się do obiektywu, siedząc okrakiem na masywnej gałęzi tak grubego drzewa, że Harry mógłby przypuszczać, iż ma ono gdzieś około osiemdziesięciu lat - może nawet nieco więcej. Katrina podążyła wzrokiem za jego spojrzeniem.
— Jaki on był? — zapytała ciekawsko, wyciągając głowę, żeby spojrzeć ponad ramieniem Harry'ego w walające się po blacie jak wysypana z solniczki sól, zużyte fotografie jakichś chwil dzieciństwa uwiecznionych na pożółkłym papierze o chropowatych krawędziach.
Krzywy uśmiech wpłynął na twarz zielonookiego jak odległe wspomnienie.
— Syriusz? — Harry prześwidrował wzrokiem młodzieńczą, pogodną twarz wieńczoną szerokim, psotnym uśmiechem, przyozdobioną czerwonym szalikiem zaplątanym niedbale wokół szyi. — A jaki miałby być człowiek, który przez niemal dwanaście lat przeżywał niekończące się piekło, uwięziony tam, gdzie zostawia się ludzi na pewną śmierć?
— Och...
Draco wzniósł wzrok znad swojej parującej filiżanki i rzucił Harry'emu długie, oceniające spojrzenie.
— Więc — mruknęła Katrina, opierając się łokciami o stołowy blat i odwracając wzrok od ruchomych odbitek, podciągnęła pod siebie nogi tak, że klęczała na krześle jak dziecko, które nie dosięga blatu — co tam wam leży na sercach, hmm?
Draco skrzyżował ramiona na piersi i łypnął w stronę zielonookiego z nie najweselszą miną.
— Harry zapragnął szukać jakiejś zagubionej w wielkim świecie dziewczyny — zakpił, wypluwając z siebie słowa jak gorzką truciznę.
— Och? — Katrina przechyliła głowę i zmarszczyła z niepokojem nos, posyłając Harry'emu tak nietęgie spojrzenie, że ten miał ochotę rozpłynąć się pod nim i wsiąknąć w deski podłogowe jak wilgoć.
— To siostra Hermiony — sprostował, zwracając się ku Katrinie; upił resztkę swojej kawy i odstawił filiżankę na stół — jakieś szesnaście do siedemnastu lat młodsza. — Potarł bezwiednie bliznę na czole, wstając ponownie od stołu; nogi jego krzesła zaszurały głucho o podłogę. — Na pewno nie chcesz kawy, słońce? Będę robił sobie jeszcze jedną.
— Nie, raczej nie — odparła Katrina, podpierając dłonią policzek, posyłając mu spojrzenie spod długich rzęs.
— A ty, Draco? — zapytał Harry, nastawiając wodę.
Szarooki czarodziej podniósł się z miejsca.
— Ja bym coś zjadł — mruknął, rzucając wygłodniałe spojrzenie drzwiom do spiżarni.
Harry powątpiewającym wzrokiem zerknął na wpół przymknięte drzwi, zza których świecił rząd zakurzonych, szklanych słojów i drewnianych meblościanek balansujących na granicy złamania. Przypuszczał, że jedyną przyzwoitą, wchłanialną rzeczą, jaka mogła być przechowywana w tej starej spiżarni, był zakorkowany w dmuchanych, szklanych butelkach alkohol skrzaciej roboty, pod warunkiem, że bieg czasu nie zamienił go jeszcze w skwaśniały ocet.
— Na twoim miejscu nie liczyłbym, że znajdzie się tam cokolwiek strawnego — prychnął zielonooki, wsypując kawę do wygrzebanej z szerokiej półki, błękitnej filiżanki.
Draco przewrócił oczami i posłał mu krzywy grymas.
— Nie, naprawdę? — warknął z rozdrażnieniem i wygrzebał różdżkę z kieszeni. — Accio peleryna — zaintonował, kreśląc nadgarstkiem niewielki łuk w powietrzu. — Idę na zakupy — oświadczył, chowając różdżkę do rękawa i skierował się w stronę przykrytego cieniami, długiego korytarza biegnącego do wejściowych drzwi. — Jakieś życzenia?
— Kawę kup — zawołał za nim Harry, potrząsając puszką wypełnioną sypaną, zwietrzałą papką pachnącą jakoś metalicznie - jakby przesiąkła wonią opakowania.
Draco parsknął, oglądając się przez ramię na Harry'ego z przestrzeni kuchennego wejścia.
— Ty to byś żył na samej kofeinie, gdybyś mógł — zaszydził, wciągając rękawy i metodycznie zapinając długi rząd guzików.
Harry mruknął pod nosem ni to przecząco, ni to potwierdzająco, zalewając parującą wodą tę sypką substancję, którą niefrasobliwie nazywał kawą.
— Ja chcę naleśniki z syropem klonowym — oznajmiła Katrina, zasługując tym sobie na dwie pary cynicznych spojrzeń lądujących na jej kościach policzkowych jak cień. — No co? — naburmuszyła się czarnooka, patrząc to na Harry'ego to na Dracona. — Zapytałeś, co chcę, to odpowiadam.
— Jasne — rzucił Draco, przeciągając ten wyraz przez usta jak gumę balonową — i tosty z kawiorem, hę?
— Nieee — wyrzuciła z płuc Katrina, krzywiąc się tak okrutnie, jak od wyjątkowo mocnego kwasku cytrynowego; Harry parsknął w swoją filiżankę, którą ledwo zdołał unieść do ust i tylko cudem nie zalał się wrzątkiem.
Gramofonowa płyta zacięła się jak jąkała.
(Zawsze kończy się na mgli-mgli-mgli-mglistej scenie prysznico-co-cowej-cowej).
— Czy możemy wyłączyć ten jazgot, na bogów? — Sfrustrowana Katrina wyminęła stół, położyła jedną rękę na biodrze i podniosła do góry gramofonową igłę; muzyka ucięła się jak za sprawą gilotyny. — No, od razu lepiej — oceniła, odgarniając niedbale włosy z twarzy.
— Nasza bohaterka — prychnął drwiąco Draco.
Katrina fuknęła i machnęła na szarookiego dłonią, jakby odganiała się od natrętnej muchy.
— Weź ty lepiej już idź po ten syrop klonowy — zarządziła, przewracając oczami, a Harry, słysząc twarde polecenie dudniące w jej głosie, uśmiechnął się kącikiem warg.
Draco skrzywił się, jakby zamierzał wszcząć szumną kłótnię, ale ostatecznie odwrócił się w kierunku wyjścia.
— Nie wiedziałem, że mam nową pryncypałkę — burknął cicho pod nosem, znikając w zacienionym korytarzu, a zielonooki nie powstrzymał lekkiego śmiechu, który uciekł mu z gardła jak westchnienie.
Drzwi wejściowe trzasnęły ze zdecydowanie większą werwą, niż to było konieczne - głuche echo potoczyło się po posiadłości jak wystrzał armatni - a zaraz potem rozległ się cichy zgrzyt rozsuwanych kotar, a korytarz zalał ochrypły, krzykliwy monolog wybudzonego portretu Walburgi Black: „Nędzne szumowiny! Plugawe bękarty! Hańbicie szlachetny dom z tradycją! Wynoście się stąd zakichane męty!".
Śmiech umarł Harry'emu w gardle, a jego wzrok pomknął w stronę wyjścia z kuchni, gdy niosący się echem, kobiecy wrzask zadudnił mu w uszach jak tętent kopyt uderzających o brukowany dziedziniec.
— To miło z twojej strony, że postarasz się jej nie obudzić — mruknął z rezygnacją, zastanawiając się, czy zwyczajnie nie zignorować ostrych wyzwisk wykrzykiwanych przez sportretowaną tak, jakby wcale ich nie było w tej wiekowej posiadłości.
Harry machnął różdżką, zamykając kuchenne drzwi, co tylko częściowo uchroniło ich przed salwą zgryźliwych obelg ciągnącą się jak fala poprzez długi korytarz. Westchnął ciężko i odłożył różdżkę na blat, uśmiechając się bez rozbawienia do Katriny - ten uśmiech wyszedł mu jakoś kwaśno, widział to w jej czarnych, głębokich oczach.
— Powiedz mi — zaczęła Katrina, grzebiąc po kieszeniach i wyciągając z nich tekturową paczkę papierosów — co z tą siostrą twojej przyjaciółki, hę? — zapytała, wtykając sobie papierosa pomiędzy usta; bez swej standardowej warstwy makijażu na twarzy wyglądała jeszcze młodziej niż zazwyczaj, szczególnie kiedy marszczyła nos, jakby powstrzymywała się od kichnięcia.
Harry podniósł na chwilę różdżkę, aby podać jej ogień i przyglądał się, jak zaciąga się bez pośpiechu dymem.
— Kiedy mugolskie siły zbrojne aresztowały Grangerów, ich córka została przez jakiegoś wysoko postawionego wojskowego odesłana do rodziny zastępczej gdzieś do Luizjany.
Katrina wypuściła głośno dym z płuc.
— Tak ci powiedział ten mugol? — mruknęła pod nosem, przechylając głowę i wpatrując się w żarzącą się końcówkę swojego papierosa.
— Powiedział mi to ojciec Hermiony, tak — odparł Harry, podnosząc się, aby przynieść Katrinie stojącą na kominkowym gzymsie popielniczkę.
Czarne oczy śledziły bez zapału jego przemarsz przez długą kuchnię.
— Jak zamierzasz ją znaleźć? — zapytała, kiwając Harry'emu w podziękowaniu głową, gdy postawił jej ceramiczną popielniczkę przed nosem.
Westchnął ciężko i przetarł palcami nasadę nosa, po czym poprawił bezwiednie zsuwające się mu z nosa okulary.
— Jeszcze nie wymyśliłem — przyznał, odwracając wzrok, przypatrując się dosuniętym niedbale do stołu krzesłom, wyglądającym, jakby chwilę temu zostały porzucone w takich położeniach przez niezbyt liczny skład reaktywowanego przez Dumbledore'a po powrocie Voldemorta Zakonu Feniksa.
Katrina wydmuchała głośno dym tytoniowy z płuc.
— Mój ojciec by wiedział — zauważyła bez entuzjazmu; Harry skrzywił się paskudnie i rzucił jej niechętne spojrzenie.
— Nie poproszę go ponownie o pomoc — sprostował, czując posmak żółci na języku. — Choćby mnie zaklinano, choćby mnie błagano i obrzucano groźbami, nie ma mowy, żebym zaapelował o jego wsparcie. — Odetchnął głęboko dymem wydychanym przez Katrinę. — Nie jestem pewien, czy byłbym w stanie zaoferować mu w zamian jeszcze więcej, niż dotychczas.
Katrina przyglądała mu się dłuższą chwilę, wypalając powoli papierosa.
— Być może ja powinnam złożyć mu taką prośbę, co? — poddała mu myśl jak na tacy. — Przecież nie może zażądać ode mnie zapłaty. Mimo tego, kim jest, nigdy nie zadziała na moją niekorzyść.
Harry przełknął ciężko, mając wrażenie, że gorzki posmak wzbiera mu na języku jak eliksir leczniczy. Spojrzał w czarne oczy Katriny przyglądające się mu zza kłębów dymu jak oczy sroki wypatrującej wśród tłumu ulicznych przechodniów migoczących na chodniku błyskotek.
— A jeżeli — zapytał powoli, opierając się łokciami o blat, wkręcając w Katrinę intensywne spojrzenie — każe ci w zamian za przyjęcie przez niego twojej prośby zniknąć z mojego życia? Co wtedy zrobisz?
Ręka Katriny trzymająca papierosa zatrzymała się w połowie drogi do ust; czarne oczy zapatrzyły się w jego własne, jakby w ogóle nie przyszedł jej wcześniej do głowy podobny scenariusz. Oblizała wargi z posmaku tytoniu i przechyliła głowę.
— Nie posłucham go, oczywiście — oznajmiła, drugą ręką skubiąc krawędź blatu. — Co to za głupie pytanie?
Przetarł skronie, zastanawiając się, jak ująć w słowa to, co obijało się o jego czaszkę.
— Co, jeśli — odezwał się powoli, ważąc słowa na języku — nie będziesz miała wyboru? Co, jeśli twój ojciec nie pozostawi ci miejsca na własne zdanie?
Katrina prychnęła, jakby w ogóle nie było się czym przejmować i Harry poczuł chęć zmarszczenia brwi, próbując ją zrozumieć.
— Jeśli chodzi o decyzje mojego ojca co do mnie, to zmienia zdania jak rękawiczki — odparła obojętnie, wzruszając ramionami. — Być może każe mi się od ciebie oddalić — zgodziła się, zaciągając się papierosem — ale jestem pewna, że prędzej czy później zdołam zmiękczyć mu serce jak gąbkę. Wiesz, on czasami zapomina, że nie mam już pięciu lat.
— Nie możemy mieć tej gwarancji — nie zgodził się Harry, sięgając przez stół i wyjmując jej papierosa z dłoni; obrócił go w palcach i zaciągnął się płytko, po czym oddał Katrinie, wydmuchując dym kącikiem ust. — Zrozum, że nie możemy z góry założyć, że posłucha cię jak jakiś paź.
— A co ty myślisz? — zaśmiała się Katrina, przeczesując palcami swoje długie, kasztanowe włosy. — Że zamknie mnie w wysokiej wieży strzeżonej przez smoka, otoczonej fosą? — zaszydziła, kręcąc prześmiewczo głową. — Że urządzi turniej rycerski, w którym obieca moją rękę zwycięzcy? Harry — westchnęła, zaciągając się papierosem i wydmuchując dym na stołowy blat - szare kłęby rozlały się po jego zarysowaniach jak ciekły azot — on mnie kocha. Wiem, że jest — Katrina zamachała ręką trzymającą papierosa, a gromadzący się na końcówce, szary, mętnawy popiół ułamał się i spadł na blat; Katrina zdawała się tego nie zauważyć — bydlakiem jakich mało i ironicznym draniem, i apodyktycznym mocarzem, ale, wiesz, on nie ma serca odlanego ze stali.
Harry wodził wzrokiem po kruszącym się na stole popiele.
— Nie, nie ma — przyznał, uśmiechając się kwaśno, rzucając Katrinie spojrzenie spod rzęs. — Ma serce odlane z tytanu.
Katrina potrząsnęła głową, ale nie wszczęła głośnego, szumnego protestu, za co Harry był jej niezmiernie wdzięczny.
— No dobrze — westchnęła, przeciągając palcami po ciemnych włosach — wobec tego oświeć mnie, jak planujesz odnaleźć tą całą — płynnie przeciągnęła ramieniem w powietrzu, jakby wskazywała komuś widnokrąg — Grangerównę?
Harry powstrzymał się od zazgrzytania zębami.
— Przecież powiedziałem, że jeszcze tego nie wiem — warknął trochę ostrzej, niż zamierzał, ale nie zaprzątał sobie głowy przeprosinami.
Katrina oblizała dolną wargę i oparła się łokciem o stołowy blat, układając podbródek we wnętrzu dłoni.
— Czasem angażujesz się za mocno, Harry — powiedziała cicho, przyglądając się Harry'emu z bladym, mglistym uśmiechem majaczącym na jej pełnych wargach.
Skrzywił się i odwrócił wzrok.
— Brzmisz jak twój ojciec — zarzucił jej opryskliwie, czując gwałtowny ucisk gdzieś wewnątrz gardła, dziękując bogom, że nie odbiło się to na jego głosie; upił łyk mętnej lury, starając się pozbyć ostrego, szczypiącego posmaku z gardła.
— Nie twierdzę, że powinniśmy osiąść na laurach — sprostowała, okręcając sobie cienki kosmyk włosów wokół palca — ale widzę, jak poważnie podchodzisz do pewnych spraw. — Rzuciła mu przeciągłe spojrzenie; promienie słońca wdzierające się przez duże okiennice odbijały się w jej oczach koloru onyksów. — Pamiętasz, jak się poznaliśmy? — zapytała niespodziewanie po dłuższej chwili milczenia, skupiając jego uwagę jak migoczący w ciemności neon. Kąciki jej warg drgnęły w leniwym uśmiechu - w oczach Harry'ego wyglądała jak bajkowa królewna wycięta z dużych kart starych baśni. — Złapałam cię za rękę w tłumie idiotycznej, czarodziejskiej hołoty, która toczyła się na nas jak oddychające, chodzące beczki na wino.
Zielone oczy lustrowały czarne, szukając czegoś w ich rozpiętej objętości.
— Wszyscy deptali sobie po nogach jak na jakiejś pijackiej potańcówce — rzucił nie bez rozbawienia Harry, przewracając oczami. — Przekrzykiwałaś tłum, jakby to był koncert na żywo, a ja zastanawiałem się, ile możesz tak krzyczeć, zanim zedrzesz sobie gardło — zaśmiał się cicho, bębniąc palcami o krawędź stołu.
— Spotkałeś się ze mną późnym wieczorem w tamtej pachnącej bezami kawiarence na Holison Street — przytaknęła, a jej nieduży, miękki uśmiech był jak orzeźwiające lody w środku upalnego, letniego dnia.
Harry oparł się łokciem o blat, przeciągając wzrokiem po jej wydatnej linii kości policzkowych.
— Miałaś tą swoją czerwoną szminkę, która odbijała się na widelcu i na twoich zębach — przypomniał sobie, przechylając w zamyśleniu głowę — i bez przerwy stukałaś butem w nogę stołu, aż trząsł się twój talerzyk z ciastem.
— Naprawdę? — Zawachlowała powietrze rzęsami i roześmiała się dźwięcznie. — I miałam szminkę, mówisz? Nie pamiętam.
— Miałaś — powtórzył miękkim tonem Harry, wyciągając rękę przez stół i chwytając jej niedużą dłoń o brzoskwiniowej skórze; zacisnęła palce wokół jego własnych tak mocno, jakby spodziewała się, że lada moment wyrwie ją z jej uścisku, jej czarne oczy przesunęły się po jego twarzy jak cień.
— Mam tylko jedną szminkę i maluję się nią w kratkę - raz jej używam, a raz nie, w zależności od humoru — wzruszyła ramionami Katrina — i jest to szminka mojej matki, ale nie pamiętam, żebym miała ją wtedy przy sobie. Pamiętam za to, jak transmutowałeś pod stołem serwetki w drobniaki i zapłaciłeś nimi za moją bezę — zaśmiała się, odrzucając długie włosy na plecy. — Może to zabrzmi głupio, ale po tylu latach wychowania pod czujnym okiem matki, która nigdzie nie puściłaby mnie samej, wspaniale było znaleźć się w miejscu, w którym miałam tyle przestrzeni, tyle możliwości, i kiedy siedzieliśmy na zapylonej podłodze w tamtych walących się murach, które zostały po lewym skrzydle ministerstwa po jednym z pierwszych ataków mugoli, pomyślałam sobie, że tak właśnie muszą spędzać czas szczęśliwi ludzie: pośród szarych ruin, w których powietrze jest ciężkie niby doprawiane kadzidłowym dymem, w towarzystwie ostatnich powiewów ciepłego wiatru w tym roku. To wydaje się nie mieć sensu, no nie? Chodzi mi o to moje głupie rozumowanie.
— Nie, wcale nie — zaprzeczył Harry, kręcąc powoli głową, nie potrafiąc oderwać wzroku od jej migoczących jak gwiazdy oczu.
Katrina wzruszyła ramionami, kładąc drugą dłoń na ich splecionych palcach, jakby chciała się upewnić, czy ich ręce naprawdę tam są: razem, złączone, leżące gładko na stołowym blacie jak specyficzna podkładka pod szklankę.
— Cóż, dla mnie tak to właśnie brzmi: głupio — przyznała cicho, wzdychając i kręcąc się na krześle, jakby podłożono jej szpilki na siedzenie.
Harry uniósł brwi, podniósł się nieznacznie ze swojego miejsca i nachylił się ponad stołem.
— Czy gdybym powiedział, że chciałbym cię teraz całować tak długo, póki nie skończy mi się oddech, tak mocno, póki nie będziemy mieli obrzmiałych ust, również zabrzmię głupio? — zapytał mrukliwym szeptem Harry, uśmiechając się kącikiem warg.
Na policzki Katriny wystąpił pudrowy róż, rozlewając się amarantową plamą pod jej kośćmi policzkowymi.
— Jeszcze pytasz? — odparła, a wesołe błyski zatliły się w jej czarnych oczach jak pochodnie.
Harry patrzył na nią poprzez blat: na jej rzęsy - długie jak wąsy kota, na jej kasztanowe włosy lejące się kaskadami na ramiona jak kołdra utworzona z owoców kasztanowca, na jej pełne wargi co rusz przygryzane rzędem górnych zębów, aż ich granica zdawała się odbić lekko zaczerwienioną, cienką linią na jej dolnej wardze. Lekko opuściła głowę, zerkając na Harry'ego zza ciemnych, mrugających powoli rzęs - była tak piękna, że czasami zastanawiał się, czy jej sobie nie wyśnił, nie splótł we własnym umyśle ze srebrnych, drżących jak rosa nici wyobraźni - przecież to niemożliwe, żeby w każdą porę roku mieć cerę koloru brzoskwini, przecież to niemożliwe, żeby mieć serce bez choćby jednej skazy, a umysł barwny jak motyle - ktoś uchwycił perfekcję i zatrzasnął ją w tym chudym, drobnym ciele, z obawy, że uleci w powietrze. Ktoś napełnił ją doskonałością jak balona helem i Harry zastanawiał się, czy jeśli wypuści ją z zasięgu swoich ramion, to czy nie uleci w powietrze, unoszona przez wiatr ze zwiewną lekkością, i nie zniknie na zawsze.
— A gdybym powiedział — zapytał wolno, skacząc wzrokiem pomiędzy parą jej ciemnych jak nieodkryty kosmos oczu — że chciałbym się z tobą kochać i to tutaj, w tej chwili, na tym stole — przechylił głowę, widząc, że jej rumieniec poszerza się jak rozlany po blacie sok owocowy — co byś na to odpowiedziała?
Katrina zaśmiała się dźwięcznie, przerzuciła długie jak kłosy zbóż włosy na prawe ramię i zabębniła palcami o stołowy blat.
— Powiedziałabym — odparła miękko, oddając przenikliwe spojrzenie Harry'ego — że ten blat wygląda całkiem stabilnie.
Uśmiechnęli się do siebie w niemym porozumieniu.
-VVV-
Potem nie irytowała jej już muzyka wypluwana przez przestarzały gramofon, tańczyła w dużym pokoju dziennym rezydencji Blacków z porcelanową filiżanką wystygłej, owocowej herbaty, kupionej przez Dracona, w ręku, śpiewając tym swoim dźwięcznym, czystym głosem utwory lat osiemdziesiątych: „Blask słońca wypełnia moje włosy, a marzenia wiszą w powietrzu" i uśmiechając się tak, że zdawała się lśnić w moich oczach. Podgryzała soczyste ananasy; słodkie krople ściekały jej po brodzie, a ona się śmiała, pozwalając im kapać na ciemną, drewnianą podłogę i wsiąkać pomiędzy deski jak wilgoć, przerzucała swoje bujne włosy przez ramiona, jakby te były perłami zaplątanymi luźno wokół szyi i kręciła się wokół własnej osi tak długo, póki nie traciła równowagi, zupełnie, jakby jej herbata była skrapiana czymś więcej niż syropem owocowym.
Mieliśmy być już zawsze szczęśliwi, bez względu na konflikt zbrojny z mugolami, bez względu na Snape'a i jego absurdalne przepisy prawne, bez względu na świat obracający się wokół nas jak księżyc sunący po orbicie. Tak powinno się dziać: szczęście powinno uderzać jak fala, jak wiatr i nieruchomieć, zatrzymywać się przy nas i trwać całe wieki - wtedy jeszcze nie przyszło mi do głowy, że każda fala ma swoje dwa stany: przypływ i odpływ; udzieliło mi się jej niepospolite spojrzenie na świat: jakby ten nie miał skaz, których nie dałoby się sprostować, jakby nie istniało zło, którego nie można naprawić, jakby wszystko, co robimy, było jakąś wielką, generalną próbą przed pokaźnym, szumnym wystąpieniem.
Nadejdzie czas, w którym uderzę pięścią w ścianę i wbiję palce w ziemię, i zagryzę wargi aż do krwi i bardziej niż o czymkolwiek na tym wielkim świecie będę marzył o tym, aby te dni wróciły do mnie raz jeszcze.
-VVV-
Patrzył się na nią, jakby spodziewał się ujrzeć scenę dramatycznej rozpaczy zaklętej w tej oprawie wytartej, drzwiowej framugi, jakby tylko czekał na łzy i krzyk wydarty z gardła, i załamywane ręce z przygotowaną białą chustką w rękawie, gotów wyjąć ją niczym szlachetny rycerz w razie potrzeby i podarować jej, by otarła pękającą jak porcelana twarz.
W jej głowie dudnił jego miękki głos, który irytował ją tym bardziej, im dłużej nie chciał odczepić się od jej umysłu, jakby zapuścił w nim korzenie, jakby wrósł w niego jak pasożyt. Jego słowa, które jeszcze chwilę temu dźwięczały ze współczuciem w jej progach: „pani brat...", „takie nieszczęście...", „jeszcze młody...", „moje kondolencje...", teraz zdawały jej się puste i wyprane z ludzkich uczuć - zdawało jej się, jakby te zdania chodziły wokół niej na palcach, jakby była niedźwiedziem zapadłym w zimowy sen, którego obawia się wybudzić zabłąkany piechur stąpający przy nim na miękko ugiętych nogach.
Gdzieś za jej plecami właśnie kipiała zupa, rozlewając się jak woda w fontannie po kuchennym blacie, ale ten fakt docierał do niej jedynie połowicznie, zupełnie jakby ktoś wyłączył pewną część jej umysłu, jednocześnie każąc jej się skupić i to wyjątkowo mocno.
Ta śmierć nic nie znaczy - ot umarł jakiś człowiek - przecież ludzie giną codziennie, w walce, w łóżku, w nieszczęśliwym wypadku, a za oknem jakieś dzieciaki wciąż grają w klasy, głośno sprzeczając się o to, czyja teraz nastąpi kolejka w przeskakiwaniu z jednego, wymalowanego kredą okienka, do drugiego.
Ten mężczyzna wciąż tam stał - stał i patrzył na nią dużymi, mądrymi oczami, mówiącymi jej, że jest jakąś małą drobiną pośród wielkiego świata, z którą spotkanie był zmuszony odbębnić, myślami będąc już zapewne przy dzisiejszym czy jutrzejszym obiedzie i zimnym piwie Pabst Blue Ribbon, wypełniającym mu żołądek jak idealny zapychacz.
Cofnęła się, a on wykonał taki ruch, jakby przymierzał się do tego, żeby ją złapać w razie omdlenia (jego ramiona zapobiegawczo uniosły się na wysokość pasa); czuła jak zdarta futryna drzwi wbija się w jej linie papilarne i wiedziała, że będzie miała milimetrowe, zaczerwienione obtarcia we wnętrzu dłoni, ale nie dbała o to, nie teraz i nie w obliczu słów, które padły na przestrzeń między nimi jak krążki ostrej zakąski, palącej język jak ogień (Pani Jackson? Rodzina pana Alberta Jacksona?); przynajmniej nie użył czasu przeszłego - "Czy była pani rodziną?", chyba cofnęłaby się do domu po lekko zaniedbaną, wysłużoną patelnię, aby zdzielić nią tego mężczyznę stojącego w jej drzwiach, jakby takie było jego prawo, po tej chylącej się ku starości głowie (mogłaby próbować liczyć jego zmarszczki, ale podejrzewała, że zgubiłaby się gdzieś w okolicach czterdziestu), gdyby usłyszała coś podobnego.
Odchrząknęła, aby być pewną, że jej głos nie zabrzmi zbyt słabo i niewyraźnie i posłała mężczyźnie spojrzenie, z jakim się patrzy na ślimaka, którego skorupa pękła pod twoją podeszwą.
— Wynoś się pan z mojego domu — wycedziła.
Zatrzasnęła mu drzwi tuż przed nosem, mając gorącą nadzieję, że stłukła mu chrząstki litym drewnem jak młotkiem.
-VVV-
Kiedyś wam ucieknę — pomyślała ponuro Demetria, kiedy ten inny tata zawołał poprzez aż dwie kondygnacje: „Demi, wyprowadź psa sąsiadki!", akurat w momencie, w którym potajemnie jak konspirator pozwoliła sobie na dokładne przebadanie zawartości starej biblioteczki zajmującej całą ścianę niedużego strychu tego wąskiego, ciasnego domu, którego tak bardzo nie znosiła.
Zaciskając zęby, porzuciła swoje oględziny jednej ze średniej wysokości półek i zeszła na parter, starając się nie tupać z głośnym niezadowoleniem, na co miała niezmierną ochotę, pozwalając sobie jedynie na ponury wyraz, który zakłębił się na jej twarzy niczym chmury, które majaczyły za oknami, stopniowo zmieniając odcienie z białych na granatowe, z granatowych na niemalże szare, jakby były spalinami ulatującymi z rur wydechowych wielkich samochodów.
Jak za moment rozpęta się jakaś burza śnieżna — rozmyślała Demetria, wykonując mechaniczne, wystudiowane ruchy - związała brązowe włosy w kucyk z tyłu głowy, poprawiła leżącą krzywo bluzkę, wsadziła pięty w niewygodne kapcie, które non stop przydeptywała ku niezadowoleniu tej innej mamy - jak robot zaprogramowany na kilka różnych opcji — to może zmiecie mnie z powierzchni ziemi i nie będę musiała spędzać wszystkich swoich dni na czekaniu na obrót zdarzeń i szczęśliwe odzyskanie swoich prawdziwych rodziców.
Dolne stopnie schodów zatrzeszczały pod jej stopami jak nienaoliwione części jakiegoś żelastwa.
Zabudowana szafa w przedpokoju sięgała sufitu i Demetrii, kiedy przy niej stawała, każdorazowo zdawało się, że ona sama jest strasznie mała, strasznie niska - nawet jak na swój wiek - i nie czuła się z tym najlepiej.
— Szybko, szybko — zakrakała ta inna mama, zaplatając jej szalik wokół szyi tak mocno, że Demetria przez moment była pewna, że odetnie jej to dopływ powietrza do płuc. — Zanim zacznie sypać.
Demetria spojrzała powątpiewająco przez niewielkie okienko umieszczone tuż przy drzwiach, zakryte cienką żakardową firanką, której materiał wyszyty był jakimiś geometrycznymi wzorami, za którym było tak ciemno, jakby słońce się wypaliło i lada moment miało zgasnąć zupełnie.
Kobieta mącąca szalikiem przy jej szyi, pomogła jej włożyć kurtkę z przydługimi rękawami i popchnęła ją zachęcająco w stronę drzwi, a Demetria miała wielką ochotę nadepnąć jej wściekle na stopę i oznajmić, żeby w taką pogodę sama sobie wyprowadzała jakieś głupie psy sąsiadów.
Próbując się nie krzywić - nie jakoś wyraźnie w każdym razie - wyszła na śnieg padający coraz mocniej przed domem, wirujący na wietrze i wpadający jej w oczy jak kurz. Odetchnęła głęboko i mocniej zaciągając szalik na własną twarz, zaczęła przedzierać się pod wiatr w stronę płotu.
Stalowa furtka ogrodowa jęknęła pod naciskiem i ledwie Demetria zdołała przez nią przejść, gdy porywisty wiatr wyrwał klamkę z jej dłoni i trzasnął furtką z odgłosem przywodzącym Demetrii na myśl wystrzał z dubeltówki.
Mając nadzieję na szybkie odbębnienie tego przeklętego spaceru, zaciągając kaptur na głowę i szczękając z zimna zębami, ruszyła pospiesznie chodnikiem do znajomego, wysokiego płotu odgradzającego od ulicy posiadłość dwa domy dalej. Wiatr zadzwonił jej w uszach tak silnie, że zastanawiała się, czy nie przyjdzie jej od tego ogłuchnąć, szarpiąc jednocześnie jej śmieszną, przydużą kurtką jak kawałkiem szmaty. Silne powiewy zdmuchiwały jej kaptur z głowy i musiała przytrzymać materiał przy czole, żeby nie odrzucał się co rusz na jej plecy; długie włosy wpadały jej do ust i do oczu, bez względu na to, jak uparcie nie próbowałaby ich odgarniać.
Pchnęła furtkę sąsiadki i pobiegła wąską alejką zdążającą ku wejściowym drzwiom, po czym zaatakowała wściekle dzwonek.
Minęło kilka chwil, zanim staruszka uchyliła nieznacznie drzwi, spoglądając przez szparę na stojącą w deszczu Demetrię. Oczy o barwie burzowego nieba przyglądały się jej przez moment w skupieniu, zanim drzwi zamknęły się delikatnie z cichym kliknięciem, rozległ się zgrzyt odpinanego łańcucha, a Demetria nie została wciągnięta do środka za ramię, jakby była strachem na wróble przestawianym z miejsca w miejsce.
— Matko boska, dziecino, co ty tu robisz w taką pogodę? — zapytała przez swoje bezzębne usta (w uszach Demetrii brzmiało to bardziej jak: „matcho bochka, ecino, co ti tu chobich ftako pochodę").
Odgarnęła pozlepiane śniegiem kosmyki włosów w twarzy i wyglądając zapewne jak przemokły, zbity szczeniak, odezwała się monotonnym tonem, przygryzając przy tym wnętrze policzka:
— Przyszłam wyprowadzić psa.
Starsza pani zamrugała z niedowierzaniem i zerknęła w stronę śnieżycy, która zaczynała szaleć za oknem. Pokręciła w naganie dla jakiejś - na pewno bardzo intrygującej - myśli, która zakwitła w jej umyśle głową i skinęła na Demetrię ręką, wskazując jej, aby weszła za nią w głąb domu.
— Chodź, dziecino — („choch, ecino") — upiekłam biszkopt — powiedziała łagodnie — i chyba zrobię nam obu herbaty.
Demetria pomyślała, że może jednak nie wszystko w tej podłej, spokojnej i malowniczej dzielnicy ma aż tak nieciekawe barwy.
