.

Rozdział 43

Czego mugol nie zobaczy, to go pocałuje

.

— Przejrzyjmy karty adopcyjne dzieci z Baton Rouge — wykładał swoje propozycje Harry, opierając się łokciami o parapet i rozmasowując skronie opuszkami palców. — Musimy dokopać się do dokumentacji mugolskiego sądu opiekuńczego i szukać rozstrzygnięcia w sprawie opieki nad Demetrią Wilkins albo Granger. Cholera wie, jak mugolski system zapisał ją w papierach.

Draco przyglądał się z powątpiewającą miną jak stoi przy szybie, wyglądając na proste życie toczące się mozolnie za oknami - jakiś podstarzały pijak przechodzący przez osiedlową uliczkę, zatoczył się chwiejnie, potknął o niewysoki krawężnik i legł twarzą w śnieżną muldę, wylewając przy tym na śnieg i na siebie zawartość ściskanej w ręku puszki spienionego piwa.

— Zamierzasz włamać się do mugolskiego gmachu sądu rejonowego? — zapytał przyciszonym głosem Draco, podchodząc do niego i opierając się barkiem o stare okiennice.

Harry wzruszył ramionami, nie spoglądając w stronę drugiego czarodzieja, jakby chciał powiedzieć: „jeśli masz inny pomysł, to przedstaw go, na Merlina"; Draco westchnął ciężko i uśmiechnął się ponuro - jego wykrzywiona smętnie twarz odbiła się w oknie niczym w mocno przydymionym lustrze.

— Zdaje mi się, że twoje kontrowersyjne plany przestają mnie już dziwić — odezwał się Draco, ścierając kciukiem smugę kurzu lepiącą się smętnie do szyby. — Przebywam w twoim towarzystwie zdecydowanie zbyt długo. — Pokręcił z rezygnacją głową i zaplótł ramiona na piersi, spoglądając gdzieś w dal, na szare, ubogie ulice. — Załóżmy, że udało nam się jakimś cudem zakraść do tej mugolskiej placówki — mruknął pod nosem Draco, odgarniając ze zmęczeniem widocznym w ruchach włosy z czoła. — Załóżmy nawet, że zdobyliśmy te... — skrzywił się jak od gorzkiego lekarstwa — karty adopcyjne i że dowiedzieliśmy się, w jakiej rodzinie znajduje się ta cała Demetria. — Draco odwrócił się w jego stronę, kładąc dłoń na zapylonym parapecie i przechylił głowę, starając się uchwycić jego zielonookie spojrzenie (białe włosy spłynęły mu wzdłuż policzka, ich końcówki zamiotły kurz osiadły pod oknami). — I co dalej? — zapytał cicho, marszcząc nieznacznie czoło. — Wparujesz tej rodzinie adopcyjnej do domu i oznajmisz, że zabierasz ze sobą ich podopieczną, a kiedy wyrażą sprzeciw, wycelujesz im różdżką między oczy?

Harry spuścił głowę i wzruszył ramionami; na jego usta wkradł się grymas, wykrzywiający jego twarz w nieludzkiej konfiguracji. Poczuł, jak coś nieprzyjemnego i ostrego wwierca się w jego żołądek.

Niebo miało barwę stonowanego turkusu - odbijało się w szybie jak od tafli jeziora; gdyby mógł, zebrałby ten kolor w swoje dłonie jak mydlane bańki, zakorkował w niedużej fiolce i nosił na piersi chyboczące się na miedzianym łańcuszku jak talizman na szczęście.

— Coś wymyślę — mruknął niemrawo, przygryzając dolną wargę trochę zbyt mocno (poczuł ostry ból klejący się do jego ust - szczęśliwie ich sobie nie rozkrwawił, za co dziękował Merlinowi) — ale nie wyprzedzajmy faktów. Najpierw musimy ją zlokalizować.

Draco zabębnił palcami o parapet.

— Więc zlokalizujmy ją, ale może bez głupiej wyprawy do mugolskich sądów — oznajmił, jakby mówił o jakiejś dziecinnej zabawie w chowanego.

Harry uśmiechnął się ponuro, łypiąc na Draco kątem oka.

— Przecież wiesz, że... — Harry odetchnął głęboko, zamykając oczy i opierając czoło o otwartą dłoń — bez pomocy Jerry'ego czy też bez zaangażowania Snape'a, nie jestem w stanie zbyt wiele ugrać na tej linii. W każdym razie nie tak od razu, za jednym zamachem.

— To może Lovegood... — zaczął Draco, ale Harry nie pozwolił mu dokończyć.

— Luna jest — zawahał się krótko, choć dosyć wyraźnie; pokręcił głową, starając się zebrać myśli — świetnym szpiegiem, naprawdę niezrównanym, ale po pierwsze: nie mogę wiecznie wymagać od niej, że upora się za mnie z moimi własnymi sprawami, a po drugie: doznała poważnej kontuzji nogi, gdybyś zapomniał, i póki co raczej nie jest w stanie wstać i iść w naszym imieniu na zwiady. — Harry odetchnął głęboko, odchylając głowę i spoglądając w sufit. — Mamy jakiś plan, więc trzymajmy się go. Zobaczymy, dokąd to nas zaprowadzi. Jeżeli okaże się, że karty adopcyjne podpowiedzą nam tyle, co nic, będziemy myśleć co dalej. Na razie nie zamierzam się martwić na zapas.

— No dobrze, więc mamy zamiar wtargnąć do istotnej, mugolskiej placówki. Ponownie — podsumował Draco, posyłając Harry'emu wymuszony uśmiech.

— Mhm — potwierdził niemrawo Harry — i znowu naszym celem będą jakieś przeklęte papiery. — Przeciągnął dłonią po twarzy, czując, jak uderza w niego fala ciężkiego jak wzgarda zmęczenia. — Merlinie, to paranoja.

Draco zagryzł dolną wargę i szurnął podeszwą jak zestresowany dzieciak przed egzaminem ustnym.

— Jeśli się okaże, że znowu spróbują nas wysadzić w powietrze...

— Ty i ten twój świetlany optymizm! — fuknął Harry, krzywiąc się gorzko, mając wrażenie, że jego żołądek robi salto na samą sugestię. — Słuchaj mnie. Pomysł jest taki, żeby uwarzyć Eliksir Wielosokowy i...

— No nie, specjalista się wypowiedział — prychnął Draco, stukając się prześmiewczo palcem w czoło. — Ten eliksir jest ważony miesiąc, geniuszu. Miesiąc. Sugerujesz, że będziemy czekać aż...

— Dobra, dobra — przerwał Draconowi Harry, krzywiąc się jak od gorzkiego lekarstwa. — Masz rację, nie pomyślałem — westchnął ciężko i ponownie zapatrzył się w obraz rozciągający się za chłodną taflą szyby. — Próbuję coś wymyślić, dobra? Może to nie są jakieś... błyskotliwe, genialne plany nieposiadające defektów, ale są to jakieś pomysły, coś, na czym moglibyśmy się oprzeć. Rozważmy wszystkie możliwości, bez względu na to, jak absurdalne by się one nie wydawały, w porządku? — Odepchnął się od okiennego parapetu, podszedł do długiego kuchennego stołu i osunął się na krzesło.

— Harry... — westchnął Draco, splatając ręce na piersi. — Nie możemy sobie pozwolić na otwartą bitwę. Nie teraz i nie w ten sposób. Jesteś... potężnym czarodziejem — powiedział z czystą jak łza szczerością dźwięczącą w głosie, podchodząc do siedzącego przy stole Harry'ego i opierając się dłońmi o blat — ale nawet ty nie sprostasz armii mugolskiej i jej maszynom wojennym. Chyba tylko dementorzy byliby w stanie niepostrzeżenie, bez najmniejszych strat i ze stuprocentową sprawnością pokonać całe morze mugolskiej brygady wojskowej.

Coś w umyśle Harry'ego zaskoczyło na te słowa. Wyprostował gwałtownie plecy i zwrócił ku Draconowi twarz; jego oczy zabłysły jak światła pochodni.

— Co powiedziałeś? — wyszeptał gorąco, wpatrując się w Dracona rozszerzonymi jak spodki oczami.

Draco zmarszczył czoło i przestał opierać się o blat, lustrując Harry'ego wzrokiem pełnym niezrozumienia.

— Nie miej mi tego za złe, Harry — powiedział, przyglądając się zielonookiemu jakoś krzywo — ale fakt, że stawiłeś czoło Czarnemu Panu i przeżyłeś, nie oznacza, że tabun mugoli jest dla ciebie pestką do...

Harry przerwał mu niecierpliwym, zbywającym machnięciem ręki; przejechał językiem po górnych zębach, wlepiając w Dracona tak przewiercające spojrzenie, jakby dostrzegł jakieś luki w szeregu mugolskiej armii.

— Dementorzy — powtórzył cicho zielonooki; drugi czarodziej patrzył na niego - minutę, dwie - zanim wszelki ślad koloru spełzł z jego twarzy jak za sprawą zaklęcia. Pokręcił powoli głową, przyglądając się Harry'emu, jakby ten był pacjentem z oddziału urazów pozaklęciowych w Świętym Mungu, a potem zachwiał się jak po spożyciu silnej, szybko działającej trucizny i uchwycił się oparcia krzesła, żeby nie upaść.

— Twoje szalone pomysły zawsze mi imponowały — powiedział słabym głosem — ale tym razem totalnie upadłeś na głowę.

Harry wychylił się w stronę Draco, wszczepiając w niego intensywne spojrzenie jak parę pijawek.

— Mugole nie widzą dementorów.

Draco pokręcił z niedowierzaniem głową i roześmiał się nieco paranoicznie.

— To bestie, Harry, to najobrzydliwsze kreatury tułające się po świecie, nie posłuchają najmniejszych rozkazów, nikogo nie uznają za swojego pryncypała...

— Voldemorta uznawały — wtrącił zielonooki czarodziej, marszcząc mocno brwi w niemym zastanowieniu.

— Harry... — powtórzył słabym głosem Draco, blednąc o kolejnych kilka odcieni (jego twarz upodobniła się kolorytem do niezagospodarowanego farbą płótna).

— Przez długi czas były kontrolowane przez Ministerstwo Magii, na naszym trzecim roku sam Dumbledore prowadził z nimi pertraktacje...

— Ministerstwo, Harry jest bardzo wpływową instytucją, a Dumbledore był potężnym magiem, który pokonał swojego czasu Grindelwalda, a bał się go sam Vol... — Draco zachłysnął się własnymi słowami i spróbował raz jeszcze: — Vol... Niech to szlag! Czarny Pan — poddał się, wzdychając.

Harry prychnął pod nosem.

— Jeśli mierzymy zdolność pertraktacji z dementorami liczbą pokonanych czarnoksiężników... — Uniósł brwi i przechylił głowę, patrząc, jak Draco krzywi się paskudnie i przez moment przygląda się bez słowa jego twarzy pełnej nadziei.

— Niech ci będzie — powiedział po krótkiej chwili milczenia szarooki, wzruszając bezradnie ramionami. — Wobec tego idź sobie zawierać pakty z dementorami, na bogów, ale nie licz na to, że ja ci w tym pomogę.

Zielonooki czarodziej uśmiechnął się drapieżnie i przejechał dłonią po przyciętych włosach.

— Znakomicie — oznajmił, prostując się, jakby wygrał właśnie mistrzostwa świata w Quidditchu — a po zapadnięciu zmroku włamiemy się po papiery adopcyjne. Załatwimy wszystkie formalności za jednym zamachem.

Draco westchnął, odwracając wzrok ku rozchybotanym, starym szafkom.

— Miejmy nadzieję, że się na tym nie sparzymy — mruknął pod nosem, przecierając palcami chude brwi — bo jeśli tak, to nie chcę znać epilogu tej przeklętej walki z mugolami.


-VVV-


Severus miał ochotę huknąć pięścią w stół, roztrzaskać jego nogi i poprzewracać krzesła - dzika bestia, żyjąca gdzieś wewnątrz jego ciała, która niegdyś pozwalała mu na przyglądanie się torturom ludzi, zarówno mugoli, jak i czarodziejów, i napawanie się tym widokiem, syceniem się ich strachem i ich niepewnością, wyła głęboko w jego duszy i wbijała pazury w jego ciało, domagając się uwolnienia.

Czy mógłbyś powtórzyć? — wycedził przez zęby, wstając i opierając się o gładki, stołowy blat, wychylając się w stronę swojego rozmówcy jak rozjuszony sfinks, który przymierza się do skoku.

Cadogan miał czelność się uśmiechnąć i chociaż ten uśmiech był dosyć ponury w swym rozdźwięku, Severus miał gorącą ochotę uderzyć go w twarz (jego dłonie mierzwiły, jakby zdrętwiały, jakby przez ostatni czas coś ciężkiego tamowało dopływ krwi do jego palców, a teraz usunęło się na bok, przywracając krążenie).

— Nasze kontakty twierdzą, że Pottera nie ma w Hogwarcie — powtórzył powoli Cadogan, podnosząc wzrok na Severusa — i ja nie potrafię nic na to zaradzić, bo nie miałem na to najmniejszego wpływu.

Severus miał ochotę coś rozszarpać; stał nieruchomo jak zastygły odlew pośmiertny, wiedząc, że jego oczy ciskają ogniem szału i żywej furii, wiedząc, że jego umysł płonie wściekłością jak Szatańska Pożoga, wiedząc, że jego dłonie pobladły jak pergamin, a krew wycofała się z jego warg jak woda morska z piaszczystej plaży na skutek odpływu - wiedział to wszystko i nie potrafił znaleźć w sobie choć grama samozaparcia, aby potraktować swój umysł potężną dawką Oklumencji - wściekłość wyciekała z niego jak woda przez sito, mamiąc zdrowy rozsądek jak dym kadzidłowy.

— A moja córka? — wysyczał, obnażając zęby jak wilk gotujący się na atak. — Gdzie jest moja córka?

Cadogan wydął wargi, patrząc gdzieś w sufit, a Severus poczuł, jak wszystkie mięśnie ciała napinają się w nim jak naciągnięta struna instrumentu szarpanego, niemalże powodując tym ból.

— Cóż — mruknął niewyraźnie Cadogan i odchrząknął, zwlekając, jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, że wszystko wewnątrz Severusa pragnie rzucić się mu go gardła i rozszarpać go niczym pazury wilkołaka — wychodzi na to — powiedział powoli, jakby ważył na języku własne słowa albo posługiwał się obcym dialektem — że twoja córka, Severusie, jest tam, gdzie jest Potter.

Gwałtowny, agresywny warkot, który wypełnił pomieszczenie, wylał się z Severusa wbrew jego woli i przetoczył po pomieszczeniu niczym fala powodziowa. Z oczami płonącymi jak wybuchające gwiazdy, jak za mrugnięciem powieką znalazł się przy Cadoganie i zanim zdołał się powstrzymać, przystawił mu iskrzącą się na czubku wściekle czerwonym żarem różdżkę do gardła.

Cadogan krzyknął (różowa plama oparzenia rozlała się po jego skórze jak wrzątek) i odskoczył od niego, oplatając dłonie wokół własnej szyi, jakby się dusił; jego duże oczy niemalże wypadły z orbit (niepewność zajarzyła się w nich jak pochodnia i Severus poczuł głęboki niesmak wypełniający mu usta jak kwaśnawa, niedojrzała truskawka). Z różdżki Severusa posypała się salwa bordowych, karmazynowych i amarantowych iskier, kiedy patrzył rozpalonymi jak w gorączce oczyma w poczerwieniałą twarz Cadogana.

— To nie ja nie zatrzymałem Pottera w zamku! — zawołał Cadogan, obronnym gestem zasłaniając twarz dłońmi. — Nawet mnie tam nie było, żebym był w stanie to zrobić! Jeśli ktokolwiek mógł temu zapobiec, a niczego nie zrobił, tym kimś był Lucjusz, Severusie!

Severus - niewiele myśląc - zamachnął się i spoliczkował Cadogana tak mocno, że głowa drugiego Naczelnika odskoczyła na bok jak kopnięta piłka; mężczyzna zamknął oczy pod czujnym, przeszywającym, czarnookim wzrokiem. Severus, czując, jak wszystko w jego ciele wrze, jak jego emocje płoną jak wulkan przed wybuchem, a mięśnie drżą pod skórą jak po ogromnym, fizycznym wysiłku, przysunął się do Cadogana na odległość oddechu, zakleszczył bez delikatności palce na jego podbródku i siłą zmusił go, by ten na niego spojrzał.

— Nie masz — wysyczał przyciszonym głosem, cedząc przez zęby słowa, jakby je grupował na części, na podzbiory, gromiąc Cadogana podirytowanym spojrzeniem — pojęcia o bezradności, Cadogan. — Severus, czując ogień gniewu połykający jego wnętrzności jak bezmózgi olbrzym, splunął mężczyźnie w twarz, wypuścił jego brodę z uścisku swoich palców (czerwone pręgi uformowały się na skórze drugiego Naczelnika jak rany) i odwrócił się z powiewem szaty, jak nic innego pragnąc teraz pobyć w przyjemnym, milczącym towarzystwie butelki Ognistej Whiskey.


-VVV-


Morze Północne szalało, jakby rozjuszeni bogowie oceanów tchnęli w niego cały swój gniew. Wysoka forteca wybudowana na niedużej wyspie pięła się do nieba jak Wieża Babel, rzucając złowrogi cień na spienione fale uderzające gwałtownie o jego ściany; słona woda podmywała ciemne mury jak grafitowo szare kamienie klifu. Okręgi zdewastowanych przez upływ czasu i warunki atmosferyczne nagrobków majaczyły wokół więzienia jak niemi, odwieczni strażnicy, tworząc ponury, odstręczający widok.

Harry stał na wystającej z rozjuszonego morza skarpie, wychylającej się spośród fal jak wytępiony sztylet, czując, jak gwałtowne powiewy wiatru walczą o zepchnięcie go w głębiny słonej, ciemnej tafli wodnej, zraszając jego szatę zagubionymi mgławicami rozbijających się o klif, wysokich fal.

Legendy głoszą, że budynek, na który właśnie patrzył, stworzył się samoistnie, dzięki skumulowanej w tym obszarze, spiętrzonej magii. Jego ciemne, śliskie ściany mrugały złowieszczo obietnicą dewastacji i rozkładu zza spienionych lawin morskiej wody. Kiedyś, u schyłku piętnastego wieku ta ogromna, mroczna forteca była siedzibą potężnego czarnoksiężnika, Ekrizdisa - tak głoszą wszystkie zapiski o Azkabanie, które są dostępne dla opinii publicznej, jak udało mu się ustalić. Wszelkie mugolskie opowieści o zaginięciach samotnych żeglarzy są najprawdopodobniej bezpośrednio z tym faktem powiązane. Marginalia, które udało mu się odnaleźć i wszystkie słowa zawarte między wierszami starych pism, twierdziły, że Ekrizdis porywał z zabłąkanych okrętów żeglarzy i więził ich w swojej fortecy, torturując ich wedle własnego upodobania i praktykując na nieszczęśnikach najgorsze ogniwa i najmroczniejsze odsłony Czarnej Magii.

Harry uchwycił mocno poły swojej peleryny, kiedy ta zaczęła oplatać jego nogi niczym sieć rybacka i spojrzał w ciemne, szare niebo piętrzące się nad jego głową. Wydawało mu się, że wiszące w powietrzu, granatowe chmury są tak ciężkie, że lada chwila odkleją się od kurtyny nieba i spadną mu całą swoją objętością na głowę, strącając go w morską otchłań.

Kiedy Ekrizdis umarł opadły wszystkie zaklęcia kryjące Azkaban przed światem i tak, spośród wysokich fal, ciemności i zimnych frontów wyłoniła się ta wysoka forteca - jak wzniesiony na cześć okrucieństwa i bezwzględności pomnik z kamienia. Nawiedzający Azkaban dementorzy wyłonili się razem z nim - jak pasożyty żerujące na bólu i przerażeniu, jak karaluchy zalęgłe w starym, pachnącym naftaliną mieszkaniu.

Harry zacisnął zęby, zdając sobie sprawę z tego, że jego bogin (choć wolał o tym raczej nie myśleć - na pewno nie teraz i nie tutaj) wciąż przybrałby postać dementora - nawet pomimo upływu lat, nawet pomimo czasu, który miał, aby zdążyć z oswojeniem się z istnieniem tych stworzeń zlepionych z ciemności - cały czas bał się ich jak diabeł święconej wody i obawiał się, że to nie miało już nigdy ulec żadnym zmianom.

Wypłynęli spośród mroku jak burzowe chmury, piętrząc się wokół niego jak stado wściekłych psów, a wraz z nimi wypłyną przeszywający kości aż do szpiku chłód i wspomnienia, o których z całego serca pragnął zapomnieć.

Nie Harry, błagam, tylko nie Harry! — zadzwoniło mu w głowie jak odwieczna kołysanka. Głosy przeplatały się w jego umyśle jak łańcuchy, nachodziły na siebie jak fale dźwiękowe; znał je wszystkie i każdy z osobna. — Już nic nie możesz zrobić, Harry... nic... On odszedł... — Głos Remusa uderzył go jak kilof i przez moment wydawało mu się, że ugną się pod nim kolana.

Nieprzeniknienie czarne chmary dementorów wyciągały ku niemu swoje szare, przegniłe dłonie; Harry słyszał w uszach ich świszczący oddech, piętrzący się wokół niego jak szum fal albo szelest rozhulanego wiatru, unosili się nad nim jak fatum, częstując go potokami lodowatego zimna, sięgając swoimi szarymi, zachłannymi dłońmi, bezwargowymi ustami, całym swoim gnijącym ciałem po jego szczęśliwe, przyjemne wspomnienia, żerując na nich jak stado bezdomnych psów na przegniłych kościach.

Wysunął z rękawa różdżkę, kiedy jego okulary zaszły warstwą lodu jak woda na głębokim jeziorze; widział mgłę własnego oddechu tańczącą wokół jego twarzy jak uciekające z jego umysłu wspomnienia. Zapach zgnilizny unosił się na wszystkie strony jak duszące opary znad kociołka pełnego bulgoczącej trucizny. Kilka błyszczących i oślizgłych rąk pokrytych liszajami sięgnęło ku szerokim kapturom, ukazując cienką, szarą błonę porastającą ich twarz i otwartą szeroko, bezkształtną dziurę, którą miały w miejscu ust, kryjącą się pod nim.

Coś niemożliwie przygnębiającego i ciężkiego osiadło na dnie duszy Harry'ego, a on z całej siły starał się tego pozbyć, starając się nie panikować, gdy jego wzrok powoli zaczął się rozmywać. Kobiecy krzyk w jego uszach brzmiał jak głośny, wysoki pisk gorącej pary ulatującej przez gwizdek czajnika. Jego serce dudniło jak oszalałe, podjeżdżając mu pod samo gardło, utykając w nim jak ość wpijająca się boleśnie w przełyk. Trochę na ślepo, trochę bez jakiejkolwiek ładu wycelował różdżkę w czarną, otaczającą go zewsząd masę i starając się nie zwymiotować na intensywny, połykający go jak paszcza ogromnego wilka, zgniły zapach, skupił się wokół przywoływania obrazu twarzy swoich rodziców, swoich przyjaciół, swojego chrzestnego ojca, szczerzącego się w tym swoim pełnym rozbawienia uśmiechu, śmiejącego się szczekliwym, przyjemnym dla ucha śmiechem; odetchnął głęboko, przypominając sobie każdy detal ich wyglądu, ich łagodne twarze, każdą, najmniejszą zmarszczkę pomiędzy brwiami czy znaczącą czoło jak bruzda, każdy uśmiech i dźwięczny, łagodny śmiech, którym się z nim dzielili w chwilach szczęścia i beztroski. Zamknął oczy. Zimno, które czuł, zimno, które rozsiewali wokół siebie dementorzy, było tylko zewnętrzne, było jak nieprzyjemny, silny wiatr w dni niepogody, wewnątrz niego istniało ziarno ciepła, mały, kołyszący się płomień, któremu pozwolił się rozrastać i rozrastać, póki nie wyparł z siebie całego, lodowatego zimna, zastępując go salwą ciepłych uczuć, które żywił i żywi nadal do tych wszystkich, wspaniałych, bliskich mu osób, które wciąż żyły w jego małym, niezdarnym sercu.

Pomyślał o swoich rodzicach - byli tam, gdzieś w jego głowie, jak światło na końcu tunelu; uśmiechali się do niego, śmiali się miękko i przyjemnie dla ucha, zielone oczy, orzechowe oczy, obie pary błyszczały jak gwiazdy miłością i ciepłem, i niewyczerpywanymi pokładami troski, a ich głosy, które majaczyły jak rozmyta mgła gdzieś w jego skroniach, płynęły ku niemu poprzez cały świat i zatapiały się w nim, jakby jego ciało było dla nich ostoją.

Harry bardzo Cię kochamy... Harry, tak bardzo... Harry, mamusia Cię kocha... Tatuś Cię kocha... Harry, bądź dzielny... Bądź silny...

Expecto Patronum! — wykrzyknął w całych sił, mając wrażenie, że jego głos jest przytłumiony, jakby dochodził do niego poprzez szczelną, szklaną ścianę.

Srebrne światło wylało się z jego różdżki z ogromną mocą, rozlewając się po niebie jak gwiazdy, pełen majestatu jeleń, który wyłonił się spośród tego światła jak oślepiający rozbłysk, zarył racicami w powietrzu, opuścił łeb o rozłożystym porożu i rozejrzał się - trochę upominająco - po szalejących wokół dementorach, którzy przestali kotłować się po niebie i zastygli w powietrzu jak zawiesina, obserwując Harry'ego i jego okazałego patronusa spod głębokich kapturów.

Harry wyprostował się i - śladem swojego patronusa - rozejrzał się z niekrytą pogardą po piętrzących się wokół, czarnych marach. Skupił się tak, jak - takie odnosił wrażenie - koncentrował się jedynie w momentach, w których przychodziło mu otwarcie zmierzyć się z Voldemortem za czasów jego nieskalanej potęgi i zmusił swój umysł do wyklarowania jasnego komunikatu, którym cisnął w dementorów jak oszczepem.

Jeśli wstawicie się za mną w walce, oferuję wam tysiące dusz do waszej własnej dyspozycji. Tych, których wam wskażę, ofiaruję na waszą ucztę, jeśli zgodzicie się mnie posłuchać i nie atakować mnie i moich sprzymierzeńców.

Dementorzy wciąż wisieli w powietrzu, obserwując go niczym mysz otoczoną przez stado kotów, Harry zacisnął zęby i pozwolił swojej magii przetoczyć się ponad pokładami spienionych fal jak nagłe uderzenie gorąca, przeniknąć przez mur dementorów, zalać ich jak tsunami. Wysilił swój umysł ponad przeciętność, aby kolejna myśl pojawiła się w nim jak na czystym pergaminie.

Pozwolę wam żerować na wszystkich, na których się natkniecie w placówce, w którą chcę uderzyć, pozwolę wam kolekcjonować ich dusze i żywić się nimi, póki nic po nich nie pozostanie.

Jego patronus galopował przed morzem dementorów jak ciche upomnienie, prezentując wyniośle własne poroże, odbijając się w ciemnej połaci falującej wody, toczącej się pieniście pod wyspę bez najmniejszej synchronii czy ładu. Dementorzy wciąż ani drgnęli i Harry zaczął się zastanawiać, czy oni w ogóle rozumieją sens tego, co stara się im przekazać; ich czarne peleryny okrywające ich jak luźna, rzadka skóra szarpał porywisty wiatr.

Starał się mieć oczy dookoła głowy, jednocześnie zachowując godną i reprezentacyjną postawę, mimo tego pamiętał pierwszy kontakt z jednym z nich - najgorszych kreatur żyjących ciemnością - swoją bezradność, swoją panikę, lodowate zimno chłodniejsze od tafli lodu i bezduszną zachłanność wyciągającą z jego głowy emocje jak z szuflady. Wciąż czuł posmak porażki na języku, pamiętając, jak leżał wpół przytomny nad zamarzniętym jak wieloletnia zmarzlina jeziorem, ściskając z całych swoich sił zimną jak kamień rękę Syriusza, próbując ze wszystkich sił wykrzesać odpowiednie zaklęcie ze swoich trzynastoletnich, palących od wdychania lodowatego powietrza płuc.

I w momencie, w którym Harry już miał porzucić to obłąkańcze działanie, zrezygnować, poddać się, zapomnieć i deportować się na powrót na Grimmauld Place dwanaście, jedna z bliżej znajdujących się, przykrytych czernią jak drugą skórą kreatur wysunęła się przed szereg, płynąc na połaciach wiatru w stronę Harry'ego.

Zielone oczy zmrużyły się czujnie, różdżka uniosła wyżej, a srebrnawa mgiełka patronusa oblekła jego ciało, otaczając go opiekuńczo jak kokonem; jaśniejący oślepiającym blaskiem jeleń ponownie zarył w powietrze racicą.

Czarna mara nie zaatakowała; odgarnęła liszajowatą ręką nieprzeniknioną jak dym pelerynę i bardzo powolnym ruchem pochyliła się, jakby spoglądała w dół - na spienione pod nią morze.

Minęła jedna chwila, a zaraz za nią dwie kolejne, zanim do świadomości Harry'ego trafił fakt, że ten plugawy stwór rozkoszujący się śmiercią i rozkładem, będący w stanie bez zawahania wyssać z człowieka duszę, właśnie się przed nim kłania.

Czarna masa falująca naprzeciw niego jak odbicie morza w krzywym zwierciadle zakołysała się na przestrzeniach wiatru i jak tysiące cieni powtórzyła działanie pierwszego z nich (czarne kaptury jeszcze mocniej zakryły ich oblicza, jakby były żałobnymi woalkami). Harry poczuł się tak, jakby go uderzono, w jego gardle utkwiło coś tak ciężkiego, jak kamień i zaczął gwałtownie przełykać ślinę, aby się tego pozbyć. Ostatnim, czego potrzebował, było to, żeby kłaniali się przed nim dementorzy, te najpaskudniejsze stworzenia żyjące na ziemi, wysysające spokój i nadzieję ze wszystkiego, czego się tkną, tłumiące najwątlejsze piękno tego wielkiego świata.

Skrzywił się jak od niezwykle gorzkiego lekarstwa i skinął powoli głową, opuszczając nieznacznie dłoń trzymającą różdżkę.

Będę was informował — pomyślał intensywnie, śląc ku nim myśl, jakby ciskał zaklęciem i deportował się, zanim jego własna niechęć i ściskający mu gardło strach przebiły się ku dementorom zza solidnych barier Oklumencyjnych nałożonych na jego umysł jak dźwiękoszczelna bariera, zanim krzyczący głęboko w jego głowie głos jego matki nie doprowadził go do obłędu, zanim zaskoczenie, które zatliło się w szarych oczach Syriusza na sekundy przed jego śmiercią, nie przytłoczyło jego głowy jak bańka trujących oparów, a wspomnienie zieleni rozlewającej mu się pod powiekami jak plama zacieku pod szarawym sufitem nie pozbawiło go powietrza.


-VVV-


Chyba upadłem na głowę i uderzyłem się w nią bardzo mocno. Pertraktacji z dementorami mi się zachciało! To dopiero definicja beznadziei i desperacji.

Kiedy wróciłem spod przykrywających ziemię cieni wysokiej fortecy Azkabanu, miałem ochotę rwać sobie włosy z czaszki i tłuc nią o ścianę, póki nie pęknie albo nie zacznie kruszeć jak przesuszony kawałek chleba. Świadomość, że lubujące się w najciemniejszych, rynsztokowych miejscach potwory potraktowały mnie jak jakiegoś guru, sprawiała, że miałem chęć zgiąć się wpół i wymiotować, póki nie wypluję własnego żołądka.

Pójście do dementorów było z mojej strony niezwykle poważnym posunięciem, odważnym - powiedziałbym - albo bezmyślnym i zuchwałym, jeśli spojrzeć na to wszystko z innej perspektywy (Snape się o tym dowiedział, oczywiście, i wpadł w szał godny samego Voldemorta; wciąż pamiętam ten dzień, w którym w ślepym amoku podniósł na mnie różdżkę - potem będzie mnie za to przepraszał, ale od tamtej pory nic nie będzie takie, jak dawniej).

Tymczasem zbliżał się wieczór, a wraz z nim nasza planowana ekspedycja - kolejny nonsens, który przyszedł nam do głów jak podsunięty przez złośliwość losu, który pragnie przyjrzeć się temu, czy tym razem także sprostamy postawionemu nam na drodze wyzwaniu. Tamta noc była wyjątkowo ciemna i gęsta - trochę jak niebo nad Azkabanem - ale także spokojna, pachnąca świeżością i jakimś dziwnym zastojem, jakby bezduszny czas kręcący się jak karuzela przystanął na moment, obserwując toczące się w jego obrębie wydarzenia.


-VVV-


— Wróciłeś! — zawołała Katrina, ledwo przekroczył progi Grimmauld Place - jej głos odbił się jak kauczuk od powierzchni ciemnych ścian rezydencji; Harry usłyszał znajomy szelest rozsuwających się z jazgotem kotar i chwilę potem korytarz wypełniło doniosłe, gwałtowne powitanie pani Black:

Szumowiny nachodzące mój dom! Męty, pokraki, złodzieje! Półkrwi poczwary!

Harry westchnął ciężko i wycelował różdżką w kotary starego portretu, a te zasunęły się z głośnym szumem, przykrywając oblicze pokrzykującej ogłuszającym, ochrypłym głosem matki jego chrzestnego ojca.

Przed nim, w kuchennych drzwiach stała Katrina, ze zmarszczonym czołem przypatrująca się falującym jeszcze zasłonom, osłaniającym ten niezwykle uprzejmy, niegenerujący problemów portret przed światem. Ciemnowłosa położyła ręce na biodrach, przekrzywiając głowę jak zaciekawione dziecko (kącik ust Harry'ego - pomimo jego silnego zmęczenia - drgnął w ledwo zauważalnym uśmiechu).

— Naprawdę nie istnieje żaden sposób na to, żeby ją z tej ściany usunąć? — zapytała, krzywiąc się nieznacznie, Katrina, przez co jej twarz nabrała jakiegoś kwaśnego, niepospolitego wyrazu.

Harry schował różdżkę do wewnętrznej kieszeni szaty i ruszył poprzez długi korytarz, w ostatniej chwili omijając brzydki stojak na parasolki, za który robiła noga trolla, omal nie potykając się o niego tak efektownie, jak Tonks te całe wieki temu.

— Wierz mi — burknął pod nosem Harry — gdyby dało się coś z nią zrobić, ta ściana już dawno świeciłaby pustką.

— Hmm — mruknęła Katrina, przesuwając się, aby mógł ją wyminąć w wejściu do kuchni. — Te pomarszczone, wysuszone głowy skrzatów też są tu przytwierdzone na stałe?

Harry rzucił jej ponure spojrzenie, opadając na odsunięte od blatu krzesło i nie odpowiedział.

— Gdzie Draco? — zapytał, bębniąc palcami w stół.

— Na górze — odparła Katrina, wskazując machnięciem głową w stronę schodów. — Zawołać?

— Nie, nie trzeba — westchnął Harry, opierając się łokciem o blat. — Jestem niemożliwie zmęczony.

— To może idź, prześpij się godzinkę czy dwie — zaproponowała Katrina, odsuwając się od drzwi i podchodząc do Harry'ego; jej długie palce wplotły się w jego włosy.

— Nie, raczej nie — pokręcił głową Harry, podnosząc wzrok na jej czarne jak obsydian oczy migoczące w świetle ognia iskrzącego się radośnie w kominku.

— No to zrobię ci kawy — oznajmiła stanowczo Katrina, wyciągając palce z jego włosów i kierując się w stronę kuchenki.

Harry na hasło: „kawa" poczuł gwałtowne ssanie w żołądku, atakujące go jak chmara komarów.

— O tak, kawy bym się napił. — Przełknął ślinę, zerkając łakomie w stronę szafki, w której przechowywali słoik rozpuszczalnej.

Katrina zaśmiała się głośno.

— Uzależniony od kofeiny jak nic! — skwitowała, ale pomimo własnych słów wyjęła słoik z szafki i nastawiła wodę.

Od strony schodów biegnących na wyższe kondygnacje dobiegł ich odgłos pospiesznych kroków i chwilę potem w kuchennych drzwiach pojawił się Draco z roztrzepanymi jak po kontakcie z mugolskim prądem włosami. Harry, wciąż opierając się łokciem o blat, kładąc ze zmęczeniem podbródek na dłoni, zerknął obojętnie w jego stronę.

Draco oparł się o futrynę drzwi i przyjrzał mu się w taki sposób, jakby szukał defektów w kupowanym w sklepie towarze.

— Żyję, jak widzisz — skwitował Harry, przewracając oczami i ponownie zwracając wzrok ku szumiącemu czajnikowi. — Dusza cała, mentalność też, wspomnienia na swoim miejscu, więc wszystko dobrze.

Draco podszedł niespiesznie do stołu i usiadł naprzeciw Harry'ego; kiedy zielone oczy ponownie na niego zerknęły, Harry zauważył, że ten przypatruje się jego twarzy z szyderczo uniesionymi brwiami.

— No i co? — zagaił Draco, przechylając w zaciekawieniu głowę, choć iskra ironii kotłująca się w jego oczach wcale nie przygasła.

Harry wzruszył ramionami; stojący na kuchence czajnik zaczął głośno gwizdać i Katrina leniwym gestem zgasiła tlący się pod nim ogień.

— Pomogą nam — powiedział cicho Harry, obserwując, jak Katrina wsypuje półtorej łyżeczki kawy do pękatej filiżanki. — Tak mi się wydaje w każdym razie.

Katrina zerknęła na nich z zaciekawieniem przez ramię.

— Kto nam pomoże? — zapytała dźwięcznie, odrzucając długie włosy na plecy, na co Draco łypnął na nią jak aligator spod odmętów bagnistej wody.

— Nie interesuj się — prychnął, a dziewczyna wydęła wargi, zwróciła oczy ku niebu i wróciła do przygotowywania kawy.

— Mamy mleko, chcesz z mlekiem? — zapytała, nie patrząc na Harry'ego.

— Nie, dziękuję — mruknął pod nosem Harry, przesuwając dłonią po krawędzi stołu. — Nie stawiałbym na nich wszystkich moich kart, na wszelki wypadek — zwrócił się do Dracona. — Wolę mieć jakąś asekurację, gdyby coś poszło nie tak, jak powinno.

— Asekurację, mówisz? — Draco uniósł pytająco brwi, podczas gdy po kuchni rozszedł się przyjemny, otrzeźwiający zapach kawy; Harry zaciągnął się głęboko jej oparami, jakby ta była Amortencją.

Katrina podsunęła mu filiżankę pod nos, o mało co nie rozlewając części jej zawartości po drewnianym blacie.

— Coś wymyślę — westchnął cicho Harry, oplatając dłonie wokół ciepłej porcelany.

Draco spojrzał na niego wymownie i pokręcił głową w niejakim rozbawieniu klejącym się do jego ust jak guma do żucia.

— Zawsze to mówisz — zauważył, prychając jak zirytowany byk, ciągnąc tym samym kąciki ust Harry'ego do góry, jakby były do nich przywiązane niewidoczne gołym okiem nitki sterujące mimiką jak teatralną kukłą.

Harry był boleśnie świadomy wzroku Katriny zatrzymującego się na skrawku filiżanki, który właśnie odjął od ust; powstrzymał szeroki uśmiech cisnący mu się na usta, jakby nakładał go na jego twarz pędzel wprawionego malarza.

— Wobec tego — mruknął Draco (jego oczy powędrowały od Harry'ego do Katriny, jakby dostrzegał między nimi jakąś fizyczną więź, jakąś srebrną nić uwiązaną u ich twarzy, biegnącą ku sobie jak pajęcze sploty) — połowę sukcesu mamy z głowy. Zostaje ta druga połowa.

Harry odstawił filiżankę na stół i przetarł palcami nasadę nosa; bezwiednym ruchem palców poprawił zjeżdżające na jego czubek okulary.

— No jasne — mruknął powątpiewająco w kierunku swojej dłoni — jesteśmy młodzi, żyjmy chwilą. Miejmy tysiące bitew do wygrania, ustawiających się przed nami w kolejkach godnych PRL-u. Zamiast cieszyć się jednym sukcesem, zaprzątajmy sobie głowę tym, jak poradzić sobie z kolejną batalią, którą przyjdzie nam stoczyć, a zaraz za nią z kolejną i z kolejną, i z jeszcze następną. Nie zatrzymujmy się w czasie ani na moment, bo świat stanie się niebywale nudny bez mugoli do okiełznania czy Czarnych Panów do rozgromienia.

— Jesteś niemożliwym draniem — skwitował Draco, podciągając sobie pod nos jego filiżankę z kawą.

— Ej! — fuknął Harry, momentalnie się rozbudzając. — To moje! — Łypnął wściekle na rówieśnika, który uśmiechnął się do niego wrednie i upił spory łyk z jego filiżanki. — Jak chcesz kawy, to zrób sobie własną! — skwitował z kwaśnym grymasem, częstując Dracona spojrzeniem godnym bazyliszka.

— Jak mi obiecasz, że skończysz z tym szyderstwem — postawił mu ultimatum Draco, a Harry zmrużył wściekle oczy. — Nie pasuje do wizerunku gryfońskiego bohatera. — Znów napił się jego kawy, błyskając znad porcelany srebrem rozbawionego spojrzenia.

— Wiecie co? — zachichotała pod nosem Katrina, przykrywając usta dłonią. — Obchodzicie się ze sobą jak jacyś szkolni rywale.

Draco prychnął kpiarsko, a Harry poczuł, jak jego usta samoistnie układają się w szerokim uśmiechu.

— No co ty nie powiesz? — zapytał śpiewnym półgłosem zielonooki, na co Draco parsknął śmiechem i oddał mu jego filiżankę (Harry zamruczał pod nosem jak rasowy kocur).

— Ranisz nasze uczucia — zaskomlał Draco, kładąc sobie prześmiewczo dłoń na sercu.

— Wrogowie? — zdziwił się fałszywie Harry. — My? Nigdy!

— Dobrzy kompani aż po grób! — poparł go Draco.

— Póki śmierć nas nie rozłączy.


-VVV-


Dobiegał wieczór, kiedy ściskając jego silne ramię, spacerowała po białych od śnieżnego puchu alejkach opustoszałego parku. Prowadził ją poprzez udeptane ścieżki, na których przygnieciony tysiącami podeszew śnieg tworzył szarą breję kotłującą się pod butami jak gęsty, pozlepiany piach. Coraz śmielej polegała na podporze jego ramienia, w rzadkich chwilach podnosząc nóżkę swojej ozdobnej laski i trzymając ją pod bokiem, jak jakąś zmyślną ozdobę.

Gałęzie nagich drzew rzucały na nich mdłe cienie, drżąc pod ich nogami jak barwy w kalejdoskopie.

— Całe życie byłam wojownikiem — odezwała się, kiedy przechodzili pod rozłożystymi, nagimi gałęziami dębu rozciągającymi się nad parkową ścieżką jak szkielet zniszczonego zbyt silnym wiatrem parasola. Do wierzchniej ich części kleiły się pasy osiadłego na nich śniegu.

Spojrzał na nią, mocniej zaciskając palce na jej własnych; odpowiedziała mu uściskiem dłoni, ale odwróciła twarz pod wiatr. Jej włosy rozlały się wokół jej głowy jak aureola.

— Myślałam, że to jest moje powołanie, rozumiesz? — Zastukała umalowanymi na jaskrawy róż paznokciami o trzymaną pod pachą laskę. — Myślałam, że póki żyję, będę zawsze kombatantem i to nigdy nie ulegnie zmianie.

Westchnął i nachylił się, żeby pocałować ją tuż przy uchu. Drgnęła, gdy jego ciepły oddech osiadł na jej schłodzonej zimą skórze.

Jesteś kombatantem, Amelio — powiedział gorąco, odgarniając z jej twarzy włosy, które wiatr pchnął jej w oczy.

Zagryzła dolną wargę, wyjęła laskę spod ramienia i oparła jej nogę o zaśnieżoną ścieżkę.

— Chodzi mi o to, że wydawało mi się, że nigdy nie zejdę z bitewnego pola — odezwała się po chwili milczenia, oblizując wargi, które zaczerwieniły się mocno pod wpływem chłodu i wiatru. Minęli starą, pokrytą jakimś nędznym graffiti ławkę, przy której ktoś rozsypał szerokim łukiem ziarno dla ptaków. Napuszone jak gąbczaste, małe piłki wróble biły się zawzięcie o każdy jego kęs, łopocząc niedużymi, brązowawymi skrzydłami i kłapiąc na siebie drobnymi dziobami. — Zdawało mi się, że najgorsze, co może mi się przytrafić, to śmierć w walce. — Coś drgnęło na tej gładkiej, kobiecej twarzy, kiedy spoglądała mu w oczy, jakby spodziewała się, że wyczyta on w nich całą historię jej życia. — Okazało się, że najgorsza wcale nie jest śmierć — powiedziała cicho Amelia i zamrugała szybko; jej spojrzenie raptem zrobiło się szkliste jak asfalt po ulewnym deszczu. — Najgorsza jest bezradność.

Coś ciężkiego osiadło Wally'emu Andersonowi w gardle, coś, co dziwnie przypominało strach i nacisnęło na jego struny głosowe, tak, że nie był w stanie wydusić z siebie słów pocieszenia.

Zamiast tego nachylił się i pocałował te zaczerwienione od szczypiącego skórę mrozu, lekko napuchnięte usta.


-VVV-


Gmach sądu rejonowego był eleganckim, dwuskrzydłowym budynkiem z przeszklonymi, obrotowymi drzwiami o gabarytach jońskiej kolumny. Na jego parapetach głośno gruchały gołębie, zalecając się do siebie zaczepnie, skubiąc sobie pióra i szturchając się nawzajem szarawymi łebkami.

Stali pod przykryciem Zaklęcia Kameleona, wypalając któregoś już papierosa z rzędu, obserwując, jak pracujące do późna panie sprzątające schodzą ostrożnie po posypanych piaskiem schodach, przytrzymując się barierki tak kurczowo, jakby co najmniej stąpały po linie, jak opatulając się szczelniej w swoje nieadekwatne do pogody, zbyt cienkie płaszcze, rozglądają się po odśnieżonym chodniku, pociągają łyk z ukrytych pod paskami przeplatającymi ich biodra, słabej jakości, mocno wysłużonych piersiówek i umykają pospiesznie chodnikiem, stukając w szare, zaśnieżone płyty butami na niedużym, grubym obcasie.

— Spodziewasz się, że oni nie mają jakiejś, czy ja wiem, straży albo chociażby ochrony w tym budynku? — mruknął powątpiewająco Draco, wydmuchując papierosowy dym z płuc, obserwując wzrokiem oddalającą się pospiesznie w sobie tylko znanym kierunku, wysoką kobietę w średnim wieku.

Harry przechylił głowę, obserwując nieosłonięte roletami okna.

— Pewnie mają system monitorujący — wzruszył ramionami, zapinając pod szyją swoją pelerynę, gdy chłodny wiatr uderzył go w grdykę. — Kamery zewnętrzne, być może czujniki ruchu czy coś podobnego.

Draco zmarszczył się mocno, jakby dosięgnął go jakiś nieznośny fetor i zwrócił w stronę Harry'ego twarz przykrytą kwaśnym grymasem.

— Że co mają? — zapytał, przyglądając się Harry'emu w taki sposób, jakby ten właśnie mu oświadczył, że wejścia do gmachu sądu będą bronić przybysze z obcej planety.

Harry machnął dłonią, zbywając jego pytanie.

— Nieistotne — odparł i zaciągnął się papierosem, którego końcówka rozżarzyła się jak nocny świetlik.

Draco odchrząknął, przyglądając się niepewnie jego profilowi.

— No dobrze — powiedział po chwili, przeczesując palcami włosy, których zapach nikotyny trzymał się jak klej. — No to może wyjaśnij mi, co może się wydarzyć w związku z tych ich, hmm, mechanicznym systemem. Tak to się nazywa?

Harry zaciągnął się głęboko dymem i wypuścił go powoli z płuc, obserwując, jak mgiełka jego oddechu rozmywa się w powietrzu.

— W najgorszym scenariuszu rozwyje się alarm antywłamaniowy — powiedział zwyczajnie, rzucając niedopałek na śnieg; rozżarzona końcówka papierosa zgasła z cichym sykiem.

Draco odwrócił się ku niemu jednym, gwałtownym ruchem, blednąc o kilka tonów.

Co? Co za alarm? — jęknął ze zgrozą, wypuszczając przy tym pokłady powietrza z płuc, które zatańczyły przed ich twarzami drżącą, rozmywającą się szybko mgiełką. — Jakoś zapomniałeś o tym wcześniej wspomnieć — zarzucił mu, patrząc na Harry'ego, jakby ten niczym hydra dorobił się drugiej pary głowy.

Harry uśmiechnął się pod nosem i wyjął Draconowi papierosa z dłoni, rzucając go niedbale w śnieg, gdzieś obok swojego i dociskając podeszwą.

— Cytując pewną bardzo bystrą, rezolutną osobę: „Czym jest życie bez odrobiny brawury?" — zachichotał, szturchając zaczepnie blondyna w żebra.

Draco zmarszczył się tak bardzo, że przez sekundę wyglądał, jakby jego skóra lada moment miała zacząć płatami złazić mu z twarzy.

— A tą osobą jest...? — nacisnął na niego jasnowłosy, wciskając zmarznięte dłonie głęboko w kieszenie.

Harry puścił mu perskie oko i nachylił się konspiracyjnie ku jego twarzy.

— Syriusz Black — wyszeptał konfidencjonalnie, wyszczerzając zęby w szerokim uśmiechu.

Draco przełknął ślinę, cofnął się kilka kroków, zostawiając głębokie ślady o kształcie własnych podeszew na śnieżnym puchu i gestem aż krzyczącym bezradnością, przyłożył otwartą dłoń do czoła, jakby zaczynała go męczyć migrena.

— Słodka Morgano — wymamrotał niewyraźnie, ledwie poruszając przy tym wargami. — Już jesteśmy trupami...