.
Rozdział 44
Uwierzmy temu wiatru, co nas targa w przyszły obraz osiągnięć
.
Och, tak, człowiek sukcesu, prawdziwy rarytas wyżyn społecznych, szpieg doskonały, jak to szeptali po kątach ludzie, kiedy przechodził przez ulicę w długiej pelerynie i postawionym wysoko kołnierzu, kiedy zatrzymywał się przed witryną, zanim przestąpił próg sklepu z zaopatrzeniem do eliksirów, najbardziej przebiegły czarodziej ostatniego dziesięciolecia. Określały go same ekspresywizmy i niedopowiedzenia, bo przecież żaden inny naczelny tego przeklętego świata nie miał przeszłości postawionej pod znakiem zapytania, owianej mgłą tajemnicy i półsłówek szeptanych na ucho za zamkniętymi drzwiami starych kawiarenek i przydymionych barów, nie miał na koncie wieloletniego szpiegostwa i morderstwa zasłużonego dyrektora szkoły magii, i zbrodni wojennych sprzed pierwszego upadku Czarnego Pana, a także i po nim. Prawdę znali nieliczni, a może żyła ona tylko w jego własnej głowie, może tak naprawdę nigdy nie ujrzała światła dziennego, modyfikowana upływem czasu i wadliwością wspomnień. Mógł być byłym Śmierciożercą, który potrafił zabić bez mrugnięcia powieką, a potem włożyć palce w krwawy wyziew wciąż ciepłego ciała i zbrukać swoją twarz czerwienią, mógł być doświadczonym, wykwalifikowanym profesorem w magicznej placówce edukacyjnej, wyrabiającym sobie gruntowny autorytet wśród rzeszy studentów, mógł znać techniki szpiegowskie, których nie powstydziliby się światowi agenci oddziałów specjalnych, ale na co wszystkie te zdolności, na co umiejętność podporządkowania sobie potężnych gałęzi magii, na co tworzenie miliona klątw i ważenie specyfików własnego autorstwa ratujących życie, i doskonalenie magicznych mikstur, podziwianych przez najznamienitszych Mistrzów Eliksirów, kiedy na drodze staje mu błyskotliwy, zdeterminowany, by wszcząć walkę z obywatelami mugolskiego pochodzenia dwudziestokilkulatek, którego nie sposób nawet należycie upilnować.
— To zwycięstwo ich ośmieli — powiedział ten młody człowiek, patrząc na niego zielonymi jak zaklęcie zabijające oczyma swojej matki, a Severus, choć wzbraniał się przed tym rękami i nogami, odczuł niepokój - lepkie jak rosa strugi niepokoju klejące się do jego czaszki, osiadające na jego umyśle jak pajęczyna i przenikające coraz głębiej, pomimo licznych strategii obronnych powziętych w imię ochrony jego nieskazitelnego umysłu.
Odpowiedział ogniem - krzykiem, wściekłością i opryskliwością - tak, jak zawsze, w chwilach największego zagrożenia, jak zawsze, gdy jego potrzeby sięgały głębiej niż jego możliwości, odpowiedział ogniem tak, jak każdy człowiek, który obiecuje więcej, niż jest w stanie spełnić.
Problem w tym, że Severus, posiadając pewne przekonania, chciałby wierzyć w ich słuszność całym swoim zmarnowanym sercem, ale jego sumienie, które - jak się nieoczekiwanie okazało - wciąż tkwiło gdzieś na dnie tej mętnej studni, którą większość osób nazwałaby duszą, gryzło go i szturchało od wewnątrz, paląc się złotym ognikiem w jego głowie, szepczącym do niego złośliwym głosem jak wstrętny chochlik: „To nie do końca tak".
To nie do końca tak, ponieważ był świadom restrykcji własnych rządów, ponieważ celem jego polityki nie była ochrona społeczeństwa ani prowadzenie z nimi dialogu, ponieważ ten system miał skazy, miał szczeliny w swej strukturze, a przez te szczeliny wyciekały informacje, wyciekały donosy, wyciekała milcząca zgoda i brak działania, podczas gdy kolejni obywatele czarodziejskiego świata byli przechwytywani przez mugolskie siły militarne i porządkowe i wtrącani do cel, do boksów jak bezpańskie psy w starym schronisku.
To nie miało tak wielkiego znaczenia - była przecież wojna, a wojna niesie za sobą chmarę poświęceń i strat, niesie ze sobą pełen zgrozy chaos i istny rozgardiasz - to nie miało silnego wydźwięku i było łatwe do przytłumienia, do uciszenia, dopóki system trwał w stabilnych ryzach, dopóki nie trzęsły się fundamenty, dopóki wszystko było kontrolowane jego lunetą i wygładzane jego dłońmi, jego słowami.
A teraz Harry Potter zniknął mu z oczu - ponownie. Chociaż go pilnował, chociaż uaktywnił własne lunety, chociaż miał go na oku przez cały ten czas - może nie osobiście, może za pośrednictwem: ludzi, portretów, zaklęć monitorujących - Harry Potter zniknął z Hogwartu, a on dowiedział się o tym po fakcie i nie wiedział, czy przeklinać niekompetencję swoich informatorów, czy rozleniwienie sportretowanych magów, zamkniętych w drewnianych, barwionych ramach, poruszających się po zamku ospale jak leniwce, czy cisnąć swe zarzuty w jeszcze jakąś inną stronę i przyglądać się jak pękają, roztrzaskane na bezsilności jego wtyk.
Mógłby uwarzyć eliksir, mógłby osobiście sprawdzić pełne domniemywań tropy, mógłby bardzo szybko zniwelować ten mankament wynikający z jego niewiedzy, ale co z niego za geniusz, co z niego za szpicel, skoro nie był w stanie nie spuszczać z Pottera swojego spojrzenia - i to w okresie całodobowym.
To trochę tak, jakby ktoś nagle zadrwił z całego jego życia przesiąkniętego szpiegostwem, ze wszystkich jego metod obserwacji minionych zdarzeń, wywinął mu ten niedorzeczny żart i zostawił na lodzie.
Możesz sobie pogratulować — pomyślał szyderczo Severus, krzywiąc się do lustra w paskudnym, gorzkim uśmiechu — człowieku sukcesu.
-VVV-
Niepokój ssał mu żołądek, kiedy wczesnym rankiem okalanym aureolą złotego blasku, wspinał się na wapienny klif, wdychając głęboko rześkość słonego powietrza, spodziewając się, że zadziała to na niego niczym wywar o uspokajających właściwościach.
Mały, wypielęgnowany ogród mieszczący się przed frontem niewielkiego domu, w którego pobielanych wapnem ścianach tkwiły poskręcane, wymyślne skorupy muszelek, błyszczał okrywą białego, śnieżnego puchu. Miarowy szum fal toczących się ospale na brzeg brzmiał kojąco i sielsko, jakby zapraszał do przystanięcia na chwilę albo przycupnięcia na rozłożystej plaży, po której łagodne powiewy przesypywały drobiny białego jak wapień piasku, tworząc nierówności i subtelne pagórki na piaszczystym wybrzeżu, i wsłuchania się w jego synchroniczne tony, doszukiwania się znaczeń w jego łagodnych poszeptywaniach. Gdzieś blisko, tuż za przysypanymi drobnym, śnieżnym pudrem pagórkami, świergotały ptaki, ofiarując uśpionej przyrodzie darmowy koncert wesołych treli i choć nie dostrzegał w pobliżu przycupniętych na sypkim piasku bądź latających nad przykrytym płachtą materiału ogródkiem warzywnym żadnych wywijających drobnymi skrzydełkami wróbli ani skrzeczących mew, ani gili godnie prezentujących amarantowe, wypukłe brzuszki i długie, niebieskoczarne, chude ogony, zewsząd zalewało go ptasie szczebiotanie niesione z wiatrem.
Powietrze pachniało jodem i solą, i aromatem smażonej w occie i pomidorach ryby płynącym ku niemu od strony turkusowych drzwi i niedużych okien odsłoniętych zewnętrznymi, kremowobiałymi okiennicami o prostokątnych i półkolistych kształtach, szturchanych lekko morską bryzą.
Stanął przed drzwiami tego małego domku, który niegdyś, za czasów Drugiej Wojny Czarodziejów okazał się doskonałą, niewykrywalną kryjówką dla aktywistów z Zakonu Feniksa i zabębnił knykciami o barwione drewno, w którym wciąż można było dostrzec błądzące w strukturze jak linie papilarne sęki.
Stąpająca dotąd kilka kroków za nim Rosalie zrównała się z nim i uniosła błyszczące w promieniach wczesnego słońca odbijającego się od śniegu jak od tafli zwierciadła oczy na jego przeoraną bruzdami, pełną niepokoju twarz. Uśmiechnęła się smutno, choć pokrzepiająco i w uspokajającym geście położyła swoją szczupłą, jasną dłoń na jego spiętym ramieniu.
— Mamo, ktoś puka! — zawołał zza kurtyny turkusowych drzwi dźwięczny głos Victoire, któremu odpowiedział inny, roześmiany ton:
— Ja otworzę!
Coś zaszeleściło, coś zastukało, coś zaszemrało i po chwili drzwi kliknęły cicho i w progu stanęła piękna, srebrno blond włosa dziewczyna, rzucająca im ciekawskie spojrzenie dużych, niebieskich oczu odziedziczonych po Billu.
— Cześć, Dominique — powiedział cicho Charlie, uśmiechając się bez rozbawienia. — Możemy wejść?
— Wujek Charlie! — zawołała dziewczyna, a jej błękitne oczy roziskrzyły się jak zimne ognie; odrzuciła jasne włosy na plecy i krzyknęła gdzieś w głąb domu: — Tatooo! To wujek Charlie! — Dominique, uśmiechając się szeroko, zaprosiła ich szybko do środka. — Wchodźcie, wchodźcie, ależ się cieszę, że was widzę!
Charles przepuścił Rosalie w wejściu i pomógł jej ściągnąć płaszcz w wąskim przedpokoju.
W przejściu do gustownego, skromnego salonu stanął William, z włosami o wiele dłuższymi, od tych, które zapamiętał Charles.
— Charlie, stary wariacie, mogliście się chociaż zapowiedzieć — zaśmiał się, zabierając ich długie peleryny i odwieszając na filigranowych wieszakach o kształcie muszelek wystających ze ściany w przedpokoju.
— Billie, jest sprawa — mruknął niepewnie Charles, zerkając kątem oka na kręcącą się przy nich Dominique, bawiącą się lejącymi się jej na plecy i ramiona włosami. — Moglibyśmy pomówić z wami na osobności?
Bill zmarszczył czoło i wymienił spojrzenia z Fluer, która właśnie wyszła z kuchni, opasana w turkusowy fartuszek umorusany śladami po mące, z włosami upiętymi w wysoki kok luźno rozlewający się na czubku jej głowy.
— Jasne, wchodźcie — odparł Bill, patrząc to na Charliego, to na Rosalie.
— Zaparzyć wam herbaty? — zapytała Fluer, otrzepując dłonie z mąki, a białe drobinki oderwały się od jej palców, spadając na jej fartuch jak miałki śnieg.
Rosie skinęła potakująco głową.
— Ja bym poprosiła — zwróciła się w kierunku Fluer.
— Ja również — zdecydował się Charlie, rozglądając się po gustownym saloniku, do którego wprowadził ich Bill. — Ginny nie zatrzymała się u was? — zapytał, marszcząc brwi. — Wydawało mi się, że ją tutaj zastaniemy.
Bill niespodziewanie pobladł o kilka odcieni i odwrócił się w ich stronę z poważną twarzą promieniującą jakąś dziwną pilnością i niewysłowionym bólem - zupełnie, jakby pytanie Charliego go zraniło.
— To wy nie wiecie? — zapytał cicho, wskazując im gestem dłoni krzyczącym wyczerpaniem kanapę i zagłębiając się w stojącym naprzeciw fotelu; nerwowym ruchem przegarnął z twarzy rude kosmyki włosów.
Charles poczuł się, jakby kopnięto go w żołądek; zwrócił twarz ku Billowi, skupiając na nim pilne, zaniepokojone spojrzenie; poczuł, jak Rosalie wyciąga rękę i zaciska mocno dłoń na jego własnej - jej palce drżały.
— Czego nie wiemy? — spytał przez wyschnięte usta, nie będąc pewnym, w którym właściwie momencie zaschło mu w gardle; jego żołądek zacisnął się boleśnie, jakby zapętlono na nim węzeł żeglarski.
Bill zmarszczył mocno brwi, spojrzał uważnie na Charliego, potem na Rosalie i ponownie zatrzymał wzrok na Charlesie. Odchrząknął cicho, jakby coś ciężkiego utkwiło mu w gardle i przełknął wyraźnie i głośno ślinę, jakby ściskało go w przełyku.
— Ginny... — wychylił się w ich stronę, opierając dłonie na kolanach; Charlie słyszał, jak Rosie oddycha niespokojnie, nienaturalnie przyspieszonym rytmem; zacisnął zęby — kilka tygodni temu popełniła samobójstwo.
Z gardła Rosalie wyrwał się pełen zgrozy, głośny jęk, który zmroził serce Charliego; wypuściła jego dłoń z uścisku swoich palców, przycisnęła mocno rękę do ust i blednąc jak ściana, zerwała się, biegnąc w stronę łazienki.
Charlie usłyszał głośny trzask zamykanych drzwi, uderzenie deski o ścianę i skowyt godny zranionego zwierzęcia rozlewający się echem po Muszelce jak odgłos skrzeczących mew. Siedział przed Billem z rozdziawioną buzią, starając się zmusić swój umysł do pojęcia tego, co właśnie wywróciło jego świat do góry nogami.
Billie odchrząknął słabo, spuszczając wzrok na dywan - każde słowo sprawiało mu wyraźną trudność.
— Tak, ona... — powiedział, oblizując niespokojnie wargi, brzmiąc, jakby własne słowa go dusiły — pojechała do Hogwartu, wygrzebała skądś sznur i... i zamknęła się w jednej z nieużywanych sal, a potem... potem podstawiła sobie krzesło... — Bill zaciął się i przyłożył dłoń do czoła, jakby jego skóra zaczęła płonąć gorączką.
Zasadniczo nie musiał mówić nic więcej. Opanowanie Charliego runęło w posadach.
-VVV-
W noc poprzedzającą powrót Charliego do Anglii ja i Draco ryzykowaliśmy złapaniem przez mugolski system porządkowy, pchając się w objęcia opustoszałego, nafaszerowanego mugolską technologią zabezpieczeń, sądu rejonowego. Szliśmy tam nieco na ślepo, trzeba przyznać, nie znając żadnego planu tego miejsca, nie mając najmniejszych danych dotyczących funkcjonujących w nim osób, nic nie wiedząc o rozkładach schodów i korytarzy. To było pewne niedopatrzenie z naszej strony bądź przejaw epickiej głupoty, jak zwał, tak zwał, grunt, że szczęście było nam przychylne (nie bez przyczyny powstało wyrażenie: „więcej szczęścia, niż rozumu"). Poszliśmy tam bez żadnej obstawy, bez czyjejkolwiek wiedzy i zapewne, gdyby coś nam się stało, minęłoby sporo czasu, zanim nasi ludzie dokopaliby się wieści o istocie naszego rychłego zaginięcia. Zapewne zapytani jeden przez drugiego o to, gdzie tym razem się podzialiśmy (Draco, Katrina i ja), przekazywaliby sobie z ust do ust: „włóczą się gdzieś po Anglii, realizując swoje plany" i „nie wchodźmy im w paradę", jakbyśmy byli pielgrzymami, odbywającymi wędrówkę do oddalonego o mile miejsca jakiegoś kultu.
Jeżeli wciąż tu jesteśmy i możemy zdać tę relację, to jesteśmy szczęściarzami, bo tamte dni pochłonęły o wiele więcej ofiar, niż to było konieczne, o wiele więcej, niż nasze sumienia potrafiły zdzierżyć.
— Przestań rozprawiać o szczęściu. Twoja definicja szczęścia mnie drażni. Dla ciebie wszystkie, największe życiowe osiągnięcia, których dokonałeś, podciągasz pod miano zrządzenia losu. To absurdalne.
Moja interpretacja szczęścia jest absurdalna, Draco? Jak dla mnie raczej dosyć oczywista. Szczęście to nic innego jak zbieg pomyślnych okoliczności.
— Szczęście to umiejętność radzenia sobie w trudnych sytuacjach, Potter, żaden zbieg okoliczności. Mylisz szczęście z przypadkiem.
Szczęście a przypadek? Cóż, Draco, to dwa synonimy na określenie tej samej sytuacji, to dwa różne pojęcia dla analogicznej cechy.
— No i wszystko się wyjaśniło: nie jesteś kimś wszechwiedzącym.
Dzięki za ten werdykt. Niezwykle pomocny.
-VVV-
Obeszli gustowny gmach sądu od każdej strony, szukając wyjść ewakuacyjnych. Znaleźli cztery. Drzwi stanowiące wyjście przeciwpożarowe w budynkach tego typu mają te ważne cechy, że otwierają się na zewnątrz i są solidnie zabezpieczone przed włamaniem. Zastosowane jest dla nich centralne zarządzanie wyjściami ewakuacyjnymi, które umożliwia nadzór każdej drogi pożarowej w danym budynku. W razie wybuchu ognia wszystkie tego typu przejścia są sprawnie otwierane za pomocą jednego przycisku w jednostce zarządzającej. Wejście do budynku podobną drogą jest praktycznie niemożliwe dla zwykłego obywatela Anglii. Problem ze skutecznością tego typu zabezpieczeń polega na tym, że to żadna przeszkoda dla czarodzieja znającego elementy magii zaledwie nieznacznie wychylające się poza podstawę programową Hogwartu.
Harry wetknął różdżkę w dziurkę od klucza, szepcząc pod nosem: „Alohomora". Wnętrze zamka rozjarzyło się niebieskim światłem, wsiąkającym w strukturę zabezpieczeń jak woda w glebę i rozległ się nie tak głośny, monotonny łoskot odskakujących rygli. Wyjął końcówkę różdżki z zamka i delikatnie pociągnął drzwi do siebie, przygotowując się na gwałtowną reakcję w razie alarmu antywłamaniowego, już planując zobliviatowanie członków firmy ochroniarskiej, jeśli ci staną im na drodze. Nic takiego nie było konieczne, bo i żaden alarm nie był załączony. Rozejrzał się uważne po ścianach, szukając kamer systemu monitoringu i gestem różdżki wzmocnił ukrywające ich Zaklęcie Kameleona, zastanawiając się, czy kamery wyłapią jakąś nieprawidłowość, jakieś dwa ludzkie kształty wtapiające się w tło ścian i - w razie, jak zobaczy to ktoś siedzący przed monitorem w budce ochroniarskiej - co postanowi z tym fantem uczynić.
Wemknęli się do środka jednym z dwóch wyjść ewakuacyjnych ze sporych rozmiarów sali konferencyjnej, domykając za sobą na klamkę drzwi, starając się zachować jak najciszej. Harry żywił głęboką nadzieję, że w momencie, w którym ktoś z ochrony natknie się na otwartą parę drzwi pożarowych, będzie już grubo po fakcie, a oni będą daleko stąd. Na wszelki wypadek potraktował swoje podeszwy zaklęciem tłumiącym dźwięki i zaraz potem to samo uczynił z butami Dracona, które na chwilę wcześniej spektakularnie zaszurały o posadzkę.
— Wskaż mi archiwum — zażądał Harry, kładąc różdżkę jak kompas na swojej dłoni.
Różdżka obróciła się tak gwałtownie, że nieomal spadła przy tym na ziemię i niczym wskaźnik wycelowała wzdłuż szklanych, podświetlonych bladym rozbłyskiem gablot, ciągnących się rytmicznie po jasnoszarej, upodabniającej się do betonu ścianie. Prosta i niezawiła droga pożarowa wyprowadziła ich na główną salę, której elewacja wyznaczona była powtarzalnością słupów okrytych betonem architektonicznym. Żelbetowe, dwubiegowe schody pięły się elegancko na wyższe kondygnacje w towarzystwie przeszklonej barierki, tworzącej bryłę od samych stopni, po poręczną, pośrednią wysokość przystosowaną do wygody człowieka. Zaklęcie zaprowadziło ich na drugie piętro, gdzie po szerokim suficie - niczym stopnie drabiny - biegł jeden rząd pogaszonych jarzeniówek.
Nie natknęli się na żadnego ochroniarza patrolującego gmach - najwyraźniej żaden dokładniejszy patrol nie był tu zatrudniony, co było im bardzo na rękę i mocno ułatwiało zadanie, trzeba przyznać. Naprzeciwko wysokich, odsłoniętych okien, przy aranżowanych na betonowe ścianach, stały gdzieniegdzie metalowe dekoracje ścienne na rośliny pnące o niesymetrycznych, geometrycznych kształtach, po których cienkie łodygi owijały się okrężnie jak węże wokół blaszanych motywów zdobniczych. Przy delikatnie przydymionych oknach w większych przestrzeniach gmachu w wysokich, rudawych, białych i kremowych donicach, sięgających im niemalże do pasa, rosły ciekawe odmiany figowców, których poskręcane pnie miały wygląd podwójnej helisy. Ich drobne listki układały się w koliste kaptury, które nawet w ciemności krzyczały zielenią. Kształtem przywodziły mu one na myśl niektóre ze zmyślnych roślin żyjących dziko w Zakazanym Lesie, szczególnie te, zachowujące się jak obdarzone inteligencją, lekko zdziczałe organizmy.
Przez okienne szyby wpadało do gmachu światło księżyca, rozlewając się w białe, bezkształtne plamy na marmurowej posadce, tworząc podłużne pasy cieni rzucane przez wysokie, brunatne ościeżnice.
Szeroki korytarz drugiego piętra kończył się na dwuskrzydłowych, wysokich drzwiach, których kunsztowna struktura wyposażona była w ozdobne listwy, wijące się w symetrycznych wzorach po gładkim drewnie.
— Te ozdóbki wyglądają mdło i tandetnie — skwitował szeptem Draco, przysuwając się bliżej Harry'ego, łapiąc go za szeroki rękaw peleryny.
— Kontrola jakości się odezwała — prychnął w odpowiedzi Harry, ale nie strząchnął palców Dracona z czarnego materiału. — Trochę tu dusznawo — ocenił, oddychając ciężko, przeciągając palcami po krótkich włosach — albo ja tak bardzo się denerwuję.
Jego różdżka celowała centralnie w zamknięte przejście, żarząc się na delikatny, czerwonawy odcień; jej końcówka zdawała się nieznacznie pulsować, całkiem jak żyła migocząca na szyi Draco.
Harry oparł się barkiem o przejście, które ustąpiło gładko pod jego ciężarem; jedno skrzydło drzwi uchyliło się bez szemrania, ukazując im sporych rozmiarów salę z dużą na metr, metalową, ekskluzywną rzeźbą jabłka, sztucznie pozłacaną, o średnicy nieco większej od wysokości, mieszczącą się w centrum pomieszczenia, otoczoną kanapami o reprezentatywnej funkcji, dopasowanymi stylistycznie do wyglądu wnętrza. Kanapy były zamszowe o ceglastej barwie, obłym kształcie i cienkimi, błyszczącymi złotym zabarwieniem poręczami o prezencji walcowatych rurek, biegnących po ćwiartce okręgu od jednej trzeciej zagłówka do samej podłogi. Wszystko dopełniała rozłożysta lampa stojąca podłogowa o matowym, grafitowym kloszu kształtem przywodzącym Harry'emu na myśl przerośniętą, dojrzałą gruszkę. Do tego eleganckiego, gustownego przedsionka zbiegało się kilka par drzwi; na jednym z nich, równymi, odlanymi w metalu literami aranżowanymi na odręczne pismo widniała informacja: „Pokój Śniadań", a kilka metrów dalej, na tej samej ścianie mieściła się sfera wypoczynku, jak głosił tytuł znaczący drzwi. Na przeciwległej ścianie, w rogu pomieszczenia znajdowało się archiwum. Drzwi, za którymi był zbiór dokumentacji, otwierane były na kartę - znajdujący się na prawo od futryny, prostokątny czujnik, migał milimetrowym, czerwonym światłem LED i Harry'ego, przez krótką jak mrugnięcie powiek chwilę ogarnęła realna panika, że magia w tym konkretnym przypadku może okazać się niewystarczająca - ten jeden raz na tysiąc przypadków zawieść ich oczekiwania, ten jeden raz na tysiąc doprowadzić do katastrofy. Nie za bardzo miał ochotę przebijać się na siłę poprzez te ogipsowane ściany, nie chcąc ryzykować załączenia się alarmu antywłamaniowego czy też innych technik ochrony. Spod przymrużonych powiek, z mocno bijącym sercem, obserwował, jak Draco podchodzi do przejścia odgradzającego im drogę od archiwum dokumentów, podnosi różdżkę i celuje nią gdzieś w srebrną klamkę.
— Niech tylko nie przyjdzie ci do głowy rozwalać ich Bombardą — ostrzegł cicho; jego głos był spięty, jak przed końcowo-rocznym egzaminem z Transmutacji i drżał nieznacznie w jego gardle, jakby na drodze jego powstawania dochodziło do jakiegoś jego załamania na przeszkodzie.
Draco rzucił mu suche spojrzenie, mówiące: „No co ty nie powiesz?" i skupił wzrok na klamce.
— Alohomora — mruknął przyciszonym głosem, mrużąc w zaniepokojeniu oczy; Harry wstrzymał powietrze, mierząc drzwi tak intensywnym spojrzeniem, jakby samą siłą woli chciał przyczynić się do ich otwarcia.
Coś w czytniku na karty wydało z siebie głuchy, piskliwy dźwięk (serce podeszło Harry'emu pod gardło); Draco - ostrożnie, jakby miał styczność z misą pełną wrzątku - popchnął zwężoną końcówką różdżki masywne drzwi, jakby te były skórą zrzuconą z węża dźganą patykiem. Drzwi uchyliły się, o mało co nie łamiąc przy tym Dranonowi różdżki; szarooki pospiesznie cofnął rękę, kiedy drewno jego różdżki ugięło się nieznacznie jak plastelina pod wpływem odkształcenia zewnętrznego. Wejście zachybotało się jak huśtawka na dziecięcym placu zabaw, poruszająca się po tylko jednej, znajomej osi. Harry złapał drzwi, zanim zdążyły się ponownie zatrzasnąć - co jak co, ale jego refleks nie słabł z biegiem czasu, nawet jeśli od ostatniego razu, kiedy złapał w locie Znicza, minęło nie wiadomo jak wiele dni; szare oczy spojrzały na niego przepraszająco, a zielonooki, którego serce wybijało kankana o jego mostek, machnął - zbywając - ręką.
Pchnął drzwi, z sercem znajdującym się w okolicach gardła, przestępując niski próg.
-VVV-
Luna usiadła na podłodze przy łóżku w swoich nowych kwaterach w Hogwarcie, mieszczących się na pierwszym piętrze, niedaleko biblioteki i oparła się plecami o jego ramę. Przez wysokie, zaokrąglone u szczytu okna zamkowe przepuszczały do środka bladą poświatę księżyca, która ślizgała się po ramie łóżka jak deszcz. Kobieta przystawiła do ust szyjkę butelki wina marki wino i pociągnęła solidny łyk, starając się nie krzywić. Otarła usta wierzchem dłoni i podała szklaną butelkę siedzącej naprzeciw Pansy Parkinson.
— Przecież to nie tak, że będę ronić krokodyle łzy i lamentować — oznajmiła Luna, bawiąc się wisiorkiem zawieszonym na szyi, obracając go w palcach jak sznurówkę. — Nawet ja musiałam kiedyś się stoczyć. Po prostu nie podejrzewałam, że stanie się to w taki sposób.
Pansy odstawiła obok siebie butelkę i związała brązowe włosy w wysoki koński ogon.
— Myślę, że żadne z nas nie podejrzewało, jak potoczą się jego losy — odezwała się Pansy, wzruszając ramionami. — Sądzę, że każdy spodziewał się czegoś innego, niż otrzymał.
Luna wyciągnęła prosząco rękę w stronę butelki, więc Pansy złapała dmuchane szkło za szyjkę i wyciągnęła w jej stronę. Jasnowłosa przechyliła butelkę kiepskiego wina i wypiła duszkiem trzy łyki.
— Może po prostu — oznajmiła, odciągając szkło od ust — to wszystko wydarzyło się za szybko. Rozumiesz, może byłabym w stanie przywyknąć do tej myśli, że... — wykonała chaotyczny gest dłonią w kierunku swojej nogi — no wiesz, gdybym miała więcej czasu, żeby się z tym oswoić.
Pansy milczała, spoglądając beznamiętnym wzrokiem gdzieś na majaczące na ścianie, wysokie, nocne cienie.
— Ale to wszystko stało się tak gwałtownie, że... — Luna wzruszyła ramionami i upiła znacznie mniejszy łyk okropnego sikacza - poczuła, jak trunek zapiekł ją w gardle (i chyba zaczynał ją boleć żołądek); w głowie słyszała miarowe brzęczenie, jakby gdzieś w okolicach jej potylicy osiedliło się tysiące małych, kotłujących się w gęstej chmarze nargli. — Na początku myślałam, że to nic takiego, bo to nie tak, że trafili mnie, a ja padłam i nie potrafiłam już wstać, rozumiesz? — Zamachała przed twarzą dłońmi, starając się wyrazić tym gestem to, co czuła. — Trafili mnie, a ja biegłam dalej, jakby nogi niosły mnie same, jakby... — Luna zachłysnęła się powietrzem i przeciągnęła palcami po nasadzie nosa.
Pansy przesunęła się odrobinę, aby sięgnąć po butelkę i wyjąć ją z palców Luny.
— Tak czasami bywa — powiedziała, wzdychając ciężko; upiła kolejny łyk, rozlewając sobie część alkoholu po brodzie - odsunęła natychmiast butelkę i krzywiąc się niemiłosiernie, zaczęła wycierać rękawem znoszonej szaty pieniącą się wilgoć z brody i z dekoltu — że w chwili, gdy człowiek znajduje się w ekstremalnej sytuacji i doznaje poważnej kontuzji, adrenalina krążąca mu w żyłach, pozwala mu na dalsze działanie, w pewnym stopniu można powiedzieć, że hamuje ból. Sprawia, że ludzki mózg nie skupia się na doznanej szkodzie fizycznej, a poprawia koordynację ruchową, umiejętność szybkiego działania. Podczas bitwy twoje emocje szalały, adrenalina buzowała w twoim ciele jak tornado. To dlatego pomimo tak poważnej kontuzji, byłaś w stanie biec jeszcze te kilka metrów i się deportować.
Luna zamrugała, starając się pozbyć wilgoci spod powiek, choć nawet nie potrafiła powiedzieć, kiedy ta właściwie napłynęła jej do oczu. Pansy podała jej butelkę, a ona wychyliła głowę do tyłu, biorąc duże, łapczywe hausty, o mało co nie krztusząc się tym tanim, nędznym alkoholem.
— A teraz, choć nikt nie przyzna się do tego głośno, jestem dla każdego zbędnym balastem — wymamrotała i czknęła głośno. Przełknęła okropny posmak nędznego alkoholu, który kleił się do jej języka jak lepik na muchy. — Jestem problemem, który nie chce się sam rozwiązać. Byłam kimś przydatnym, rozumiesz, byłam kimś istotnym, a teraz... — Odetchnęła chwiejnie i zatoczyła ręką, wskazując coś bliżej nieokreślonego. — Teraz utknęłam tu jak wykałaczka w zębach, która nie chce wyleźć, choć ją ciągną i popychają. Teoretycznie mogłabym wydostać się z Hogwartu, ale gdzie miałabym iść? — Upiła kolejny, trochę mniejszy łyk, przechylając mocniej butelkę, aby wygrzebać to, co wezbrało na dnie. — Moja matka zginęła w... w wypadku przy jednym ze swoich eksperymentów z eliksirami, kiedy miałam dziewięć lat. Mój ojciec został zamordowany za poglądy, które wyznawał podczas Drugiej Wojny Czarodziejów. Dokąd miałabym wrócić? — Zaczęła bawić się butelką, ściskając ją za szyjkę i kręcąc denkiem, obserwując przelewający się w szkle alkohol. — Póki mogłam walczyć, miałam przed sobą jakiś sens, jakiś cel. A teraz dowiedziałam się, że nawet zdolność walki została mi odebrana. To odrobinę deprawujące, nie uważasz? — mruknęła niewyraźnie, uśmiechając się bez rozbawienia.
Pansy przez krótką chwilę nic nie mówiła, po czym spojrzała prosto na Lunę, a na jej twarz zabłąkał się niewielki, zadziorny uśmieszek.
— Może powinnaś aplikować na stanowisko nauczycielki Opieki Nad Magicznymi i Wyimaginowanymi Stworzeniami, co? — zaproponowała (w jej głos wkradła się nuta rozbawienia). — Z tego, co mi wiadomo, McGonagall będzie szukać kandydata na to stanowisko w przyszłym roku. Hagrid ponownie wycofuje się na swoją starą i lubianą funkcję gajowego. Nie chciałabyś zacząć od nowa? Tu, gdzie wszystko się kiedyś zaczęło?
Luna oddała spojrzenie Pansy, a na jej twarz wkradł się mały, niezdarny uśmiech.
— Zobaczę, co da się zrobić. — Jej głos odrobinę się rozpogodził. — W końcu to niedopuszczalne, żeby czarodzieje nie mieli najmniejszego pojęcia o gnębiwtryskach. — Blade, duże oczy rozjarzyły się iskrą rozbawienia.
-VVV-
Archiwum mieściło się w ładownej sali o nieco wyższej kondygnacji niż reszta drugiego piętra. Rzędy regałów archiwalnych, przypominających wyglądem metalową szafę z kolumną wysuwanych szuflad, stały zwrócone tyłem w kierunku drzwi, tworząc wąskie korytarze pomiędzy poszczególnymi rzędami. Każda szuflada zamknięta była ma wąski, pionowy klucz, wnioskując po niewielkich rozmiarów zamkach zdobiących metalowe fronty.
Pomieszczenie zalewała ciemność, niemal tak gęsta, że prawie materialna - przez pierwszą chwilę Harry starał się szukać okien, których nie było, zanim Draco nie mruknął pod nosem: „Lumos" i nie uniósł wysoko przed ich twarze ręki z różdżką.
— Mam naprawdę wielką nadzieję, że nie ma tu żadnych kamer monitoringu — mruknął pod nosem Harry, a choć wydawało mu się, że mówi cicho, jego głos rozniósł się echem pomiędzy metalowymi rzędami szaf niczym fala.
Draco pochylił się nad jego uchem, łaskocząc jego policzek przydługim, białym pasmem włosów.
— Mów głośniej — wysyczał mu złowróżbnie do ucha, wdmuchując na jego skórę kaskady gorącego powietrza; Harry na moment zacisnął zęby tak mocno, że rozbolała go szczęka — a z pewnością prawdopodobieństwo schwytania nas na gorącym uczynku będzie mniejsze.
Harry wydał z siebie ostrzegawczy gardłowy pomruk i odepchnął lekko głowę pełną burzy wpadających w biel włosów. Uniósł różdżkę nieco wyżej.
— Lumos — zawtórował Draconowi, celując na oślep czubkiem różdżki gdzieś przed siebie, przyglądając się metalowym, wysokim regałom.
Rząd szarych szaf, przy którym stali, obarczony był adnotacją: „wydział cywilny", doczepioną na jakiejś wyświechtanej, plastikowej plakietce, uczepionej pierwszego z regałów. Harry spojrzał na ciągnące się jak karciane domy rzędy meblościanek, mrużąc oczy i starając się odczytać kolejne oznaczenia. Wydział cywilny był, zdaje się, wszędzie, gdzie okiem sięgnąć, co wprowadziło Harry'ego w stan lekkiego dyskomfortu i (tylko nieznacznej) irytacji.
Westchnął ciężko i spojrzał kątem oka w kierunku marszczącego brwi Draco.
— Szukaj wydziału opiekuńczego — mruknął, nie bez zmęczenia, Harry, opuszczając nieznacznie rękę, gdy jaskrawe, białe światło w tych egipskich ciemnościach zaczęło razić go w oczy — albo rodzinnego, albo od spraw rodziny i nieletnich.
Draco skrzywił się jak po połknięciu gorzkiego lekarstwa.
— Jeszcze jakieś ewentualności? — wysyczał przez zęby, mrużąc oczy, kiedy starał się wypatrzeć zawieszone na dalszych regałach, plastikowe tabliczki z niewielkimi objaśnieniami nadrukowanymi na plastiku.
— Hej, to nie ja wymyśliłem nazwy wydziałów sądownictwa, na Merlina — oburzył się Harry, łypiąc wściekle na kompana, przeczesując nerwowym gestem krótkie, przystrzyżone włosy palcami.
Draco rozejrzał się powątpiewającym wzrokiem po ciągnących się w głąb sali, znikających w ciemnych kątach, regałach.
— Jeśli zamierzasz przeszukiwać to archiwum, to zostaniemy tu zamknięci na tydzień — skwitował, kręcąc powoli głową — a po drodze, przy naszym niesamowitym szczęściu życiowym, wtargnie tutaj jakiś mugol z bronią palną i otworzy do nas ogień.
Harry stłumił westchnienie, przewracając wymownie oczami.
— Czy mówiłem ci już, że twoja jaskrawa wizja świata jest tak urzekająca, jak z obrazka?
Draco zaserwował mu kuksańca w bok.
— Odczep się — burknął z niezadowoleniem pobrzmiewającym w głosie, choć kąciki jego ust drgnęły w niemym wyrazie rozbawienia.
Zielonooki pokręcił z niedowierzaniem głową, ruszając wzdłuż regałów. Gdzieś w głębi pomieszczenia, w zasięgu jego wzroku majaczył wydział karny, którego plastikowa plakietka zdawała się dłuższa, choć węższa niż ta z wydziału cywilnego.
Harry skrzywił się, rozglądając się po tych istnych katakumbach pism urzędniczych. Podejrzewał, że mogli się przekopywać przez te wielkie, metalowe szafy przez kolejne kilka dni i nawet wówczas nie przyniosłoby to owocnych, zadowalających efektów. Licząc na łut szczęścia, położył różdżkę na otwartej dłoni i pochylając się nad jej wnętrzem, rozkazał przyciszonym tonem:
— Wskaż mi wydział opiekuńczy.
Nic się nie stało, różdżka ani drgnęła, leżała płasko na jego dłoni jak uschnięty liść, migocząc srebrnobiałym światłem zaklęcia Lumos.
Draco wlepiał spojrzenie w różdżkę leżącą na jego dłoni, jakby ta była jakimś ciałem planetarnym, od którego oczekuje się, że zacznie się kręcić - bądź wręcz przeciwnie: którego wszelkie przesłanki świadczą o tym, że musi się kręcić, bo uwarunkowane jest to jego naturą.
— No, cudnie — skwitował Draco, kiedy różdżka jak tkwiła w bezruchu, tak tkwiła nadal, szydząc z ich głębokich co do niej oczekiwań. — Może ten sektor jest pod jedną z tych analogicznych nazw, co?
Harry westchnął ciężko, wpatrując się we własną różdżkę, jakby ta była nieposłusznym dzieckiem, które nie wykonało polecenia dorosłego i trochę jakby właśnie do młodszego dziecka kierował swoje słowa, powiedział:
— Wskaż mi wydział rodzinny.
Znowu żadnej reakcji; kiedy Draco skrzyżował ręce na piersi, jakby czekał, aż ich problem sam się rozwiąże, Harry pomyślał, że za moment strawi go prawdziwa, silna irytacja.
— Wskaż mi wydział sądu rodzinnego — warknął z ostrzegawczym pomrukiem godnym Snape'a, zastanawiając się, jak długo będzie tak stał, jak skończony idiota, produkując się do głuchej na jego wezwania magii.
Różdżka drgnęła, a Harry był tym fantem tak zaskoczony, że nieomal jej nie upuścił. Przekręciła się gdzieś na skos od nich (ich głowy uniosły się jednocześnie jak ciągnięte sznurkiem kukiełki, spoglądając we wskazanym kierunku). Trzymając różdżkę płasko na dłoni, Harry ruszył pospiesznie przed siebie, mając nadzieję, że ta nie stoczy się z jego ręki i nie poturla się gdzieś pod ciężkie, masywne szafy i regały.
Ich kroki dudniły głucho o posadzkę, coraz to szybsze, coraz to bardziej naglące, mijali wysokie rzędy metalowych szaf (wydział pracy, wydział ksiąg wieczystych błyskały im na źrenicach jak powidoki), śpiesząc we wskazanym kierunku, jakby od tego, jak szybko dojdą do celu, zależało ich życie.
Regały sądu rodzinnego ciągnęły się w kilkunastu rzędach jak wąż ułożony z kart, zwijający się niczym hiszpański wachlarz. Różdżka Harry'ego zastygła, wskazując na pierwszy z brzegu regał, do którego przymocowana była taka sama plakietka, jak do wszystkich poprzednich z adnotacją: „sąd rodzinny". Harry oblizał nerwowo wargi, spoglądając wzdłuż jednego z wąskich przejść skąpanych ciemnością; Draco uniósł wyżej różdżkę, oświetlając struktury wysokich, metalowych regałów.
Harry odetchnął chwiejnie, czując, jak pocą mu się dłonie.
— Accio dokument w sprawie opieki nad Demetrią Wilkins — wyszeptał Harry przez suche usta.
Z bijącymi szybko sercami wlepiali wzrok w ciemność, wypatrując jakiegoś poruszenia, jakiejś oznaki, że wszystko poszło jak z płatka.
Harry pomyślał, że cały ten ich postępek przebiegał aż nazbyt pomyślnie, żeby teraz wykradnięcie interesujących ich papierów okazało się aż tak dziecinnie łatwe - zaklęcie (jak na złość) było jak echo dochodzące w odpowiedzi na istotne zagadnienie. Ze zrezygnowanym westchnieniem opuścił różdżkę, gotów przeszukać każdy metr kwadratowy tej sekcji, jeśli będzie musiał.
Dłoń Dracona zatrzymała go w miejscu, kiedy chciał już wejść pomiędzy pierwsze, metalowe regały.
— Spróbuj z nazwiskiem Granger — powiedział cicho, zaciskając z siłą rosiczki palce na jego ramieniu (Harry poczuł ból promieniujący mu poprzez skórę).
Skinął w niemej zgodzie głową i ponownie uniósł różdżkę przed siebie.
— Accio dokument w sprawie opieki nad Demetrią Granger.
Zamarli w bezruchu, nasłuchując.
Jak trzepoczące skrzydła Znicza, jak szurający po bruku rąbek peleryny, gdzieś spośród masywnych, metalowych rzędów szaf na dokumenty doszło ich nieme, przytłumione, ledwie słyszalne echo.
Draco puścił się biegiem poprzez korytarze tworzące się między regałami, a Harry, słysząc obijanie się własnego serca o mostek, ruszył w te pędy za nim. Odgłos szelestu zaprowadził ich do zamkniętej metalowej szafy z czterema głębokimi szufladami. Ukucnęli naprzeciw niej, przeciągając palącym wzrokiem po niewielkich, mugolskich zamkach. Ciche chrobotanie dochodziło z najniższej szuflady. Klasyczne fronty oraz delikatnie zaznaczone uchwyty zdawały się rozmywać w oczach Harry'ego jak sen; w uszach nie słyszał niczego, poza kołataniem swojego niespokojnego serca.
Wymienili pilne spojrzenia, obaj będąc za bardzo przejęci, aby cokolwiek z siebie wydusić. Gładki front jaśniał w ich oczach jak latarnia morska na rozburzonym, pieniącym się wściekle oceanie.
Draco przyłożył różdżkę do okrągłego zamka na klucz.
— Alohomora — wychrypiał przez wyschnięte gardło, brzmiąc jak tułacz na ogromie parnej pustyni.
Kiedy coś w strukturze wysuwanej szuflady kliknęło cicho, a ta wyjechała ze swojego miejsca jak pociąg kolei parowej wjeżdżający na stacji na odpowiedni tor, Harry poczuł tak niezmierną ulgę, że nieomal zaczął się śmiać. Teczka z nadrukowanym na okładce peselem wydostała się z szuflady jak skrzydlaty klucz - taki sam, jaki profesor Flitwick, całe wieki temu, umieścił w jasno oświetlonej komnacie o wysokim sklepieniu jako jedno z zabezpieczeń Kamienia Filozoficznego.
Draco złapał dokumenty, a Harry, nie tracąc czasu, stuknął w nie różdżką, mamrocząc:
— Kopiuj.
Szare oczy podniosły się na jego twarz, chuda dłoń wyciągnęła, aby zamknąć szufladę, nie kłopocząc się, blokowaniem jej zaklęciem.
— Zwariowałeś? — mruknął Draco, przyciskając papiery do piersi. — Wynośmy się stąd, przecież nie będziemy czekać, aż z tego wszystkiego wytworzą się dokładne kopie. Ostatnim razem czekanie nam nie popłaciło, pamiętasz?
Nowe karty co rusz pojawiały się w równym stosie przed nimi, falując w powietrzu jak transparenty, prezentując sobą wierne odbicie oryginału.
— A jeśli zorientują się, że czegoś tutaj brakuje i zdążą przenieść Grangerównę gdzieś indziej, zanim na czas zainterweniujemy? — prychnął Harry, podnosząc palące spojrzenie na szare, roziskrzone jak w gorączce oczy.
Draco zacisnął zęby, wysunął raz jeszcze szufladę i otworzył teczkę z nazwiskiem Hermiony; umieścił w niej równo te kartki, które zdążyły się już przekopiować (jego palce trzęsły się przy tym jak galareta).
— Tyle wystarczy — wysyczał ponaglająco (w jego głosie zabrzmiała desperacja) — przecież to nie tak, że mugole będą tu nagminnie zaglądać.
Harry wydał z siebie pomruk świadczący o tym, że zgadza się na to z niechęcią i szybkim, płynnym ruchem nadgarstka zerwał zaklęcie kopiujące.
Draco złapał kilka dodatkowych papierów, które zdążyły się jeszcze przekopiować i wrzucił je na poprzednie, fałszywe akta, skrupulatnie zamykając teczkę.
— Daj, schowam — powiedział Harry, wyciągając rękę po prawdziwe dokumenty; w jego głowie szumiało, jakby niosło się do niego z bardzo daleka echo z dzwoniących organów. Podczas gdy Draco upychał teczkę na powrót w szufladzie, Harry zgiął dokumenty na pół i wcisnął głęboko w wewnętrzną kieszeń czarnej szaty. Draco stuknął różdżką w zamek, ryglując ponownie szafkę zaklęciem, a następnie wstał z ziemi, łapiąc Harry'ego na ramię i ciągnąc go do pionu za sobą.
— Spadamy stąd — wysyczał przez suche usta szarooki, rozglądając się wokół, jakby co najmniej otaczała ich lawina dementorów i otrzepując - gestem krzyczącym nerwowością - długą pelerynę.
Harry wyciągnął zapraszająco ramię.
— Deportuję nas — zaproponował, nie potrafiąc powstrzymać się od uśmiechu godnego wilka, który wraca do swej jamy po udanych łowach, jego serce tętniło jak drgające od nadjeżdżającego pociągu szyny. — Złap mnie za ramię.
Szarookiemu czarodziejowi nie trzeba było tego proponować dwa razy.
-VVV-
Bułka z masłem — powie Draco, szczerząc się jak od zaklęcia rozweselającego, kiedy pojawimy się w wirze aportacyjnym przed Grimmauld Place 12, tak, jakby nigdy nie trzęsły mu się dłonie, kiedy ściskał papiery adopcyjne Demetrii w ramionach niczym skarby godne największego ich poszukiwacza. Potem stanie w oknie, otwierając go na oścież, nie dbając o to, że wychładza nam dom jak lodówkę i wypali chyba paczkę papierosów mentolowych jeden po drugim. Katrina fuknie na niego jak kotka w rui, ale uspokojona moim szybkim ruchem dłoni, mówiącym ni przypiął, ni wypiął: „Daj mu spokój", opatuli się szczelnie w koc i z miną godną naburmuszonego hipogryfa, wmaszeruje po schodach na piętro, mamrocząc pod nosem coś o potrzebie gorącego prysznica.
Chyba jednak trochę się bałem - cóż może nawet nieco bardziej niż: „trochę". Zrozumiałem to dopiero wówczas, gdy zaczęło ze mnie schodzić napięcie, a choć tym razem obyło się bez spektakularnych wybuchów i niesportowej zagrywki: wszyscy na dwóch, czatowanie po mugolskich włościach z ryzykiem otrzymania serii karabinowej ciążącym na karku, z nieciekawą wizją zdemaskowania migoczącą gdzieś na tyłach głowy, wyprawa ta odbiła się na moich nerwach o wiele bardziej, niż mógłbym się spodziewać.
Zdobyliśmy papiery - zdobyliśmy adres. Zostało nam jeszcze odnaleźć ulicę i zastanawiać się nad tym, jak powinniśmy to wszystko rozegrać, bez wywierania na kimkolwiek emocjonalnej traumy.
