.

Rozdział 45

C'est la vie, czyli spaliny, widok z okna i rodzina wymyślona

.

Na śniadanie dostała owsiankę, której smak przypominał mydliny. Pachniała mdło i nie była posłodzona, a Demetria czuła, jak jej żołądek zaciska się w supeł jak niewprawnie zawiązana sznurówka. Siedziała przy kuchennym stole, milcząco grzebiąc łyżką w owsianych płatkach, tylko jednym uchem słuchając skrzekliwego głosu tej innej mamy, zawodzącej coś o tym, że jeśli nie zje śniadania, dostanie karę na wychodzenie z domu. Z jakiego domu? — kusiło ją, żeby zapytać, ale zapobiegawczo przygryzła dolną wargę i nie przelała własnych myśli w słowa.

— No nie! Znowu podarłaś spodnie! — Ta inna mama chwyciła ją niespodziewanie za ramię i odciągnęła od stołu, przez co Demetria o mało co nie wylała zawartości swojej owalnej miski na blat. Kobieta zaczęła obracać jej ciałem to w jedną to w drugą stronę jak manekinem wystawowym, szukając innych uszczerbków w jej ubiorze. — Wydajemy na ciebie nasze ciężko zarobione pieniądze, a ty tak nam się odpłacasz, młoda damo?

Demetria nic nie powiedziała, spuszczając wzrok na wypolerowane, błyszczące płytki ceramiczne, pokrywające podłogę w kuchni. Wiedziała, że tej innej mamie lepiej nie pyskować, jeśli nie chce się skończyć zamkniętym na cztery spusty w „swoim" pokoju, który był tak bezosobowy, że mdliło ją na jego widok.

Ta inna mama złapała ją za podbródek i szarpnęła nim do góry.

— Mówię coś do ciebie! — fuknęła, a Demetria rzuciła jej pełne popłochu spojrzenie, zastanawiając się, co właściwie powinna odpowiedzieć; otworzyła usta, po czym je zamknęła, odetchnęła bardzo głęboko przez nos i ponownie je otworzyła.

— Przepraszam — powiedziała cienkim głosem, odwracając wzrok gdzieś w bok.

Kobieta wypuściła jej brodę z uścisku swoich długich palców i pokręciła głową z pewną dozą rozczarowania.

— Straszna z ciebie niezdara — skwitowała ta inna mama — na przyszłość masz bardziej uważać i nie hulać jak jakaś chuliganka. Takim dziewczynkom jak ty nie wypada. Rozumiemy się? — Położyła dłonie na biodrach, prostując się i spoglądając na nią z góry, jakby patrzyła na ganionego psa, który nie zachował się tak, jak się tego od niego wymagało.

— Tak — powiedziała cicho Demetria, starając się nie wydymać prześmiewczo ust.

Kobieta przekręciła głowę, wkręcając w nią swoje spojrzenie z siłą metalowej śruby.

— Nie usłyszałam.

Demetria przygryzła policzek, we własnych myślach pokazując kobiecie język.

— Tak, zrozumiałam — powtórzyła głośno, mając nadzieje, że nie brzmi prześmiewczo.

Kobieta skinęła głową i odeszła do swojej brzydkiej kuchenki.

— To dobrze — odezwała się, nastawiając czajnik z wodą. — A teraz wracaj do śniadania. I masz mi to wszystko zjeść, w przeciwnym razie nie odejdziesz od stołu. — Gaz zasyczał kilkakrotnie, ale palnik ani myślał się rozpalić. Kobieta wydała z siebie zirytowany syk godny żmii. — Kto znowu zalał palnik! — krzyknęła w stronę czajnika, przesuwając go na bok i sięgając po leżące na półce zamontowanej wspornikami na ścianie zapałki. Trzask pocieranej o draskę główki i zapach siarki unoszący się w powietrzu jak chmura. Demetria pochyliła się głębiej nad swoją miską owsianki, wpychając sobie na siłę do ust tą rzadką, obrzydliwą breję. Ta inna mama podłożyła zapałkę pod palnik, a ten rozjarzył się niebieskim, drżącym jak mgła ogniem.

Kobieta dmuchnęła w zapałkę, z której końcówki pod sufit wzniósł się siwy, mętny dym i postawiła czajnik na gazie.

Do końca śniadania nie odezwała się już do niej ani słowem.


-VVV-


Złość wibrowała w ciele Katriny jak krążąca przy uchu osa. Przechodziła się - sama - po przestronnej posiadłości Blacków, ze wszystkich stron będąc atakowana zgryźliwościami padającymi od wiekowych, ciemnych, przykrytych mgiełką kurzu portretów, odpowiadając na nie wściekłymi spojrzeniami i zadzieraniem nosa.

Zostawili ją. Ponownie. Poszli walczyć czy wprowadzić w życie jakieś plany konspiracyjne i zostawili ją jak jakąś lalkę ubraną w ładną sukienkę, przesadnie uczesaną i usadzoną na najwyższej półce w celach dekoracyjnych. Powiedzieli, że: „to niebezpieczne" i „to zabawa nie dla ciebie, słońce", a teraz wrócili i zaszyli się w kuchni z nosem w jakichś nudnych papierzyskach, strofując ją, jakby była niepozornym, psotnym szczenięciem, kiedy wróciła spod prysznica w towarzystwie kłębiących się wokół niej, wodnistych oparów i ruszyła do gramofonu, by postawić długą igłę na płytę winylową.

— Katrino, kochanie, pozwól nam w spokoju przejrzeć te dokumenty, dobrze? — zwrócił się do niej Harry, nawet nie podnosząc na nią wzroku znad nadrukowanych czarnym tuszem stron, mrużąc w skupieniu oczy tak mocno, jakby spoglądał pod słońce, a choć jego głos był łagodny, Katrina miała wielką ochotę strzelić go palcami po nosie.

— To coś ważnego — zawtórował mu Draco, odganiając ją ręką jak irytująca muchę, która nie chce się odczepić, bzycząc głośno pod ludzkim uchem - jakby chciał zasugerować, że jest zbyt niedojrzała i zbyt ograniczona, żeby zrozumieć cokolwiek, nad czym pracowali czy co między sobą omawiali.

Nie zaczęła na nich pokrzykiwać chyba jedynie dlatego, że istniało prawdopodobieństwo, że jak już zacznie, może nie znaleźć w sobie hamulca bezpieczeństwa i zarzucić im o wiele, wiele więcej, niż to, na co miała ochotę.

Tym sposobem skończyło się na zwiedzaniu przez nią przestronnej posiadłości starożytnej, wpływowej rodziny, której nazwisko umarło na zawsze wraz z najstarszym synem Walburgi i Oriona Blacków, zaglądając kolejno do pokoi i krzywiąc się na widok kurzu masowo zalegającego w kątach.

Katrina zastanawiała się, jak to możliwe, że Harry - ten objaw jej niedorosłej miłości - może żywić do niej jakieś głębokie uczucia, a jednocześnie okazyjnie traktować ją jak dziecko, którego należy osłaniać przed wielkim, złym światem. Jakby do niego nie dotarło nic z tego, co starała się mu wbić do głowy poprzednim razem, jakby nie dostrzegał problemu w spychaniu ją na bok w obliczu każdej przeszkody stawianej im na drodze. Wiedziała, że chce bronić tej miłości, że spotkało ją coś pięknego, co nie wydarza się znowu tak często, że jest to prawdziwe i czyste jak łza, wiedziała to za każdym razem, kiedy spoglądała w roześmiane oczy Harry'ego, które częstowały ją zalewającymi jej serce pokładami troski, ale nie mogła - ani jemu, ani Draco - pozwolić na to, żeby sterowali informacjami z polityki, z frontu, z konspiracji, subtelnie wyłuskując je jak fasolę i kontrolując, które z nich są stosowne dla jej młodego ucha, a które nie. Czuła się jak dziecko, na którego nakładane są ograniczenia w obawie, że bez nich nabije sobie guza.

Bo to trochę tak wygląda — pomyślała Katrina, wodząc palcami po starych meblach i zakurzonych gobelinach, zostawiając na nich przeciągłe ślady ze startego kurzu, który zalegał jej na opuszkach palców — że ja kocham cię na zabój, odwracając się - głównie dla siebie, ale przecież w pewnym stopniu też dla ciebie - od mojego ojca, pogrywając mu na nosie, wierząc w ciebie i w twoje ideały mocniej, niżbym chciała, a ty zamykasz się ze swoją wizją lepszej przyszłości w starych kuchniach i spłowiałych salonach, z których ścian odpada sucha, brudna farba i odkładasz mnie na bok, na później, na potem, jakbym była kawałkiem nadgryzionego pączka z lukrem, którego można przecież dokończyć kiedy indziej.

Stłumiła westchnienie, spoglądając beznamiętnie w głąb szarego korytarza tej martwej posesji, przypominającej sarkofag.

Usiłuję kochać cię bezinteresownie, nawet kiedy myślami jesteś daleko ode mnie, nawet kiedy zajęty jesteś układaniem planów, nie widząc, że teraźniejsze życie przemyka ci koło nosa jak rozmywający się po przebudzeniu sen. — Wydęła usta, zastanawiając się nad celowością tych - jakże genialnych - działań konspiracyjnych, namyślając się, dlaczego właśnie Harry musi dogadzać całemu, obojętnemu, czarodziejskiemu światu, czemu jego roli nie może wziąć ktoś inny, czemu nie może podzielić się nią z rzeszą czarodziejów i czarownic, pchając się na upartego sam pod wiatr. — I wiesz, Harry, na początku zazdrościłam ci tego szybkiego, pełnego wrażeń życia, tego ciekawego istnienia pełnego wyzwań do podjęcia i przeszkód do przeskoczenia, ale dochodzę powoli do wniosku, że żyjesz w tempie, od którego koleje twojego losu umykają ci tuż sprzed nosa, a ty ładujesz się do złych pociągów, nie wiedząc, co zastaniesz na ich końcowej stacji.

Próbowała złapać go w czasie, uchwycić pomiędzy jednym ryzykiem a drugim, ryzykiem, które powoli przestawało wyglądać jej na odwagę, a zaczęło podchodzić pod monotonię. Czasami zachowywał się i wypowiadał tak, jakby nie rozumiał, że nie wszystkie bitwy musi stoczyć osobiście, jakby nie pojmował, że nie każda walka jest przeznaczona dla niego, że jeśli pozwoli sobie na krótki zastój, świat od tego nie popadnie w ruinę, że nie dojdzie do żadnej masowej zagłady, która byłaby jego haniebną winą, że każdy czarodziej na tym pieskim świecie ma swoje własne bitwy do wygrania i nie musi wcale odbierać im tych bitew tuż sprzed nosa, zgarniając je na siebie, jakby był jakąś wagą równoważącą dualistyczne przeciwieństwa świata.

Żył ryzykiem - żył ryzykiem, które sam na siebie skierowywał, wychodził mu na przywitanie, zastępował mu drogę, a potem żartował, że to kłopoty same odnajdują jego (co było nielogiczne, oczywiście). Co ją drażniło, to że samemu nie potrafiąc trzymać się z dala od ferworu walki, oczekiwał od niej, że będzie robiła właśnie to, na co jemu brak odpowiedniego samozaparcia.

Pocieszała ją myśl, że za swoimi plecami miał Draco - kogoś rezolutnego, kogoś nieco bardziej stonowanego w podejmowaniu pochopnych decyzji, kto (być może) trafi własnymi słowami do jego nieustępliwości i przystopuje nieco ten rozpędzony wóz, pędzący wprost na betonową ścianę, którym było poczucie obowiązku Harry'ego (światełko na końcu tunelu zwykle okazuje się pociągiem, nieprawdaż?).

Tak więc owszem - była zła, była na niego wściekła, bo nie wiedziała, w którym momencie Harry, stojący na skraju klifu nad głęboką czeluścią przepaści, wykona ten jeden, nieprzemyślany krok do przodu.

Słyszała w głowie jego miękki głos, mówiący: „na moją odpowiedzialność" i wyobrażała sobie, że tak musiałyby wyglądać jego ostatnie słowa. „Katrino, kochanie, idę do bazy wojskowej pełnej niezabezpieczonego dynamitu, ale robię to na moją własną odpowiedzialność. Nie martw się o mnie tak bardzo". O tak, potrafiła to sobie zobrazować w swojej głowie bardzo dokładnie: łagodny uśmiech, psotne perskie oko, zanim by się odwrócił, rozbawione - nieco złośliwe - wygięcie kącików warg i trzaśnięcie drzwi o futrynę. Oczyma wyobraźni wdziała przed sobą wybuch rozsadzający wszystko w promieniu pięciuset metrów, wszystko - włącznie z tym zaczepnym uśmiechem, migoczącymi jak światło na tafli jeziora w środku lata oczami, z tym sprawnym językiem mogącym zdziałać cuda, który tyle razy przemawiał w tonie sarkastycznych ripost.

Zupełnie jakby poza kofeiną, jego uzależnieniem była wojna, jakby nie potrafił żyć bez jakichś działań zbrojeniowych.

Czasami przeklinała siebie za to, że kocha go w każdym calu - ze wszystkimi jego wadami i zaletami. Z tą uporczywą ciągotą do walki, z tym wiecznie kombinującym umysłem, snującym tysiące planów w ciągu minuty, z długimi, nieokiełznanymi przez szczotkę włosami, jak i z tymi krótkimi, które przyjemnie łaskotały wnętrze jej dłoni, kiedy przeciągała po nich palcami, z zielonymi oczami iskrzącymi się jak zimne ognie, zachodzącymi oparami zamglenia, kiedy był zamyślony.

Chociaż najbardziej lubiła jego dłonie - jego silne, duże dłonie, pełne odcisków, zmian skórnych i zgrubień. Nie od pióra, kuriozalnie, a od różdżki, żeby nie powiedzieć: od ciągłych starć i pojedynków.

Od walki z wiatrakami.


-VVV-


Harry westchnął, przecierając ze zmęczeniem nasadę nosa i spojrzał krzywo na ściskany w dłoni fragment dokumentacji. Miał niechybne wrażenie, że litery tańczą mu na powiekach jak promienie słońca na miałkim śniegu.

— Merlinie i Morgano, dlaczego ja studiuję jakąś durną kartę szczepień? — wymamrotał, machając papierami przed sobą jak chustką na pożegnanie.

Oparł się łokciem o stół, podpierając dłonią ciążącą z wyczerpania głowę.

— Cóż — prychnął Draco, spoglądając na niego szarymi, lekko załzawionymi ze zmęczenia oczami, pod którymi rozlewały się niewielkie, choć głębokie, fioletowe cienie — przynajmniej nie trzymasz — zerknął z kwaśną miną na ściskany w dłoni dokument i przeczytał z lekkim wstrętem: — dokumentu potwierdzającego odprowadzenie przez rodziców podatku dochodowego do urzędu skarbowego.

— Podatku dochodowego? — zdziwił się Harry, na co Draco jedynie wzruszył ramionami.

— Na jakąś szkołę czy coś — mruknął, odrzucając od siebie kartkę papieru gdzieś na blat (papier prześlizgnął się po stole jak łyżwa i zatrzymał na samej krawędzi; jeden róg zwisał luźno z odrapanego blatu) i odsunął swoje krzesło, wstając od stołu i rozciągając w prężnym ruchu zesztywniałe kości. — Może codziennej dawki kofeiny? — zaproponował, kierując swoje kroki do kuchenki.

— Wychodzącej ponad normę, nie: codziennej — prychnął Harry, ziewając cicho — ale tak, z chęcią się napiję. — Ściągnął okulary, gestem krzyczącym wyczerpaniem przetarł powieki i ponownie wetknął szkła głęboko na nos.

Draco niedbale zapalił niewielki płomień pod czajnikiem, wysuwając różdżkę z kieszeni metodycznym, mechanicznym ruchem i wkładając ją do niej ponownie, jak tylko płomienie buchnęły jaskrawym, żywym kolorem.

— Wydawało mi się, że posiadanie tych dokumentów wiąże się z posiadaniem informacji — mruknął niemrawo i dosyć niewyraźnie, jakby powoli ogarniała go senność — a my trzymamy je w rękach i nie potrafimy wyczytać z nich jednej, małej adnotacji o przeklętym adresie tej jej rodziny zastępczej.

— Mmm — westchnął ciężko Harry, przesuwając palcami dokumenty po blacie i stuknął palcem w jeden z nich — tutaj jest nawet adnotacja o tym, gdzie mieszkała wcześniej. Po co tym mugolom dokumentować w przeklętych kartach adopcyjnych adres jej poprzedniego zamieszkania, na bogów? Co ma piernik do wiatraka?

Draco zastukał wyjmowanymi z szafki, pękatymi filiżankami; ich denka stuknęły, zaszurały i zadzwoniły cicho w kontakcie z kuchennym blatem.

— Mają tyle samo liter — mruknął w stronę filiżanek, przeciągając palcami w poprzek ulatującej z szyjki czajnika pary, która skraplała się na kuchennych frontach.

Harry zamrugał, starając się zrozumieć, o czym Draco właściwie mówi.

— Co? — wymamrotał, rzucając mu spojrzenie kątem oka.

— Piernik i wiatrak — sprostował Draco, wsypując do filiżanek pełne łyżeczki kawy rozpuszczalnej — tyle samo liter. — Machnął ręką w geście aż krzyczącym wyczerpaniem. — Nieważne. — Wzruszył ramionami, podnosząc czajnik za lekko nagrzaną rączkę, zanim ten rozgwizdał się na cały dom, budząc Katrinę i wiecznie buchający gniewem portret matki Syriusza (zupełnie jakby po sportretowaniu tchnięto w niego same negatywne emocje i zdolność zdzierania sobie gardła). Zalał kawę wrzątkiem i wymieszał łyżeczką z metodyką godną mugolskiego robota. — Z mlekiem? — zapytał, wyciągając łyżeczkę z czarnego jak smoła, parującego naparu.

— Czarną, poproszę — rzekł Harry, ziewając mocno, przykrywając niedokładnie usta wierzchem dłoni, przeciągając wzrokiem po kolejnym papierze. — Matko, co mnie obchodzi data wydania jej przeklętego paszportu — sarknął i z niemej frustracji nieomal pogniótł kartkę w dłoni, chcąc w wyrazie ślepej bezradności cisnąć nią do dużego, ceglanego kominka i podpalić.

— Masz — westchnął Draco, podając mu do rąk ciepłą, dużą filiżankę kawy — napij się, bo zaczynasz wyżywać się na naszym łupie wojennym. Jeszcze podrzesz to, co nie trzeba i zmarnujesz taki kawał naszej ciężkiej pracy.

Harry odchylił się na krześle, zabierając od Dracona filiżankę i stawiając sobie denko na kolanie.

— Znalazłem już nawet zaświadczenie o wysokości zarobków obojga małżonków przysposabiających dziecko — mruknął, śledząc wzrokiem jakąś przeciągłą rysę sunącą leniwie pod ciemnym sufitem. — Co za idiota nie podaje w takiej adnotacji ich przeklętego adresu zameldowania?

Draco postawił swoją kawę gdzieś na blacie pod ręką i na chybił trafił wyciągnął ze sterty papierów przypadkowy dokument, spoglądając na niego ze znudzoną miną.

Patrzył na nadrukowane pismo, minutę, dwie, a potem coś w jego zaspanym umyśle zaskoczyło.

— O matko! — Wyprostował się na krześle, skupiając wzrok na treści trzymanego papieru, jakby nagle się rozbudził, jego wzrok zaczął biegać po dokumencie jak popychany jakąś niewiadomą siłą, jego spojrzenie zdawało się wyostrzyć.

— Co? — Harry zwrócił się do niego w zaaferowaniu, spoglądając to na trzymany przez niego papier, to na jego twarz. — Masz to, czego szukamy?

Draco podniósł kartkę na wysokość oczu, ściskając ją mocno w obydwu dłoniach, jakby się obawiał, że ta lada chwila okaże się zwykłą fatamorganą. Oblizał nerwowo usta; Harry poczuł, jak nieprzyjemnie kurczy mu się żołądek.

— No czytaj, no! — zniecierpliwił się, odkładając filiżankę z upitą kawą na stół, wlepiając intensywny wzrok w twarz jasnowłosego czarodzieja.

— Sytuacja rodzina dziecka... nie, nie, dalej, opinia psychologa o stanie zdrowia dziecka, o mam: dane obojga małżonków... — Uśmiech przygasł, a następnie niczym fala spełzł z twarzy Dracona jak za sprawą jednego, precyzyjnego zaklęcia. Sarknął nie bez irytacji pod nosem i zmarszczył mocno brwi. — A nie, przepraszam, to dotyczy Grangerów. — Odłożył z nieco większym impetem, niż to było konieczne, dokument na stół i zamknął ciężko oczy. — Cholera jasna... — Przyłożył dłoń do czoła, jakby zaczynała go boleć głowa. — Przepraszam — powtórzył — fałszywy alarm.

Harry skrzywił się i ponownie odchylił głowę do tyłu, wlepiając wzrok w sufit. Przez kilka dłuższych chwil, niczego nie mówili, siedząc przy stole, popijając gorzką lurę i wpatrując się w pustkę.

— Kto by przypuszczał, że znalezienie pośród tych informacji jednego, głupiego adresu zajmie nam tyle czasu — mruknął Harry w kierunku sufitu, posyłając mu takie spojrzenie, jakby nierówności w jego strukturze, rzucające mdłe, niewielkie cienie na odrapaną farbę, coś mu zawiniły.

Draco ukrył się za filiżanką swojej kawy i milczał.


-VVV-


Nocami, kiedy nie mogła zasnąć, siadała na parapecie, podkulając nogi pod brodę i przyglądała się jaskrawym światłom ulicznych latarń, wsłuchując się w huk pracujących silników, pozwalając źle ustawionym reflektorom samochodowym razić się w oczy. Koło tego domu najwięcej pojazdów przejeżdżało nocą, co wydawało jej się strasznie dziwne i nienaturalne. Obserwując je przez zwisające w bezruchu firanki przywodzące jej na myśl martwe, zestrzelone, usychające na pionowym pręcie łabędzie, nauczyła się rozpoznawać ich marki po wyglądzie, chociaż nigdy nie interesowała jej motoryzacja. Obserwowała niewyraźne, ludzkie sylwetki siedzące za kierownicą i wyobrażała sobie życie tych obcych osób, tych cieni majaczących za kurtyną przedniej szyby. Wyobrażała sobie, że to biznesmeni, wracający po spotkaniu konferencyjnym z głośnych, niespokojnych, betonowych miast do swoich domów, wyobrażała sobie, że to inwestorzy, którzy właśnie sfinansowali jakieś szumne przedsięwzięcie, mające się przyczynić do rozwoju myśli technologicznej, że to zdradzieccy kochankowie, wracający po kilku godzinach pobytu w hotelowym, ciasnym pokoju, z ogromnym łóżkiem przykrytym pościelą wciąż pachnącą jakimś środkiem chemicznym dodawanym do prania i nagą żarówką tkwiącą się na sztywnym, brudnym kablu, pokrytym izolacją otuloną jakimś rdzawym nalotem, pod którą kręciła się rudawa ćma. Wyobrażała sobie ściany pokryte plamami pitej pospiesznie nad ranem kawy lub sączonego późną nocą, taniego wina o odcieniach rubinu bądź dojrzałych wiśni. Wyobrażała sobie, że to złodzieje, planujący ryzykowny skok na jakąś wpływową firmę albo sprawne wyczyszczenie do zera kilku bankowych kont i odejście w świetle samozachwytu, mrugającego kosztownością złota i zielonej jak trawa gotówki gdzieś na drugą półkulę ziemi. Lubiła snuć wyobrażenia o ich życiu: czy są bogaci, czy mają eleganckie żony z długimi nogami i futrami z norek bądź z wizonów, czy w piwnicy własnych domów trzymają regały win drogich jak zaręczynowe pierścionki, którymi afiszują się z błyskiem w oczach ich młode małżonki.

Czasami schodziła na palcach do kuchni, wyjmowała sobie szklankę z półki, do której ledwo sięgała i nalewała sobie zimnej wody, spoglądając na ten gładki stół, który był okropny i wcale jej się nie podobał i na porysowane, kuchenne płytki leżące na podłodze jak obalone kolumnady rzymskich koloseów.

Żyła w tym domu jak wieczny gość gospodarzy, który nie może się zaaklimatyzować, dla którego materac łóżka jest jakiś niewygodny, bo nieswój, dla którego powtarzalność mętnych śniadań staje się nudna i oklepana, a popołudniowa herbata jest wiecznie albo za gorzka, albo za słodka.

Dni w kalendarzu ubywało, a ona powoli traciła nadzieję na wydostanie się z tej pułapki. Kusiło ją, aby uciec, aby wyjść za drzwi i biec ulicą, przed siebie, bez oglądania się za plecy, ale co zrobiłaby dalej, dokąd by poszła, za co kupiłaby jedzenie i sok owocowy? Wielki świat wołał ją i ciągnął ku sobie, a ona wiedziała, że nie może sobie pozwolić na ucieczkę, jeszcze nie teraz, nie w tej chwili - wciąż za mało znała najbliższe sąsiedztwo, a co dopiero odległe, otwarte tereny i tłumne blokowiska, i rozwidlenia większych ulic i traktów, i świat rozciągający się wokół niej w każdą stronę jak promienie otaczające słońce, świat obcy i nieznany, który przerażał ją jeszcze bardziej, niż wizja egzystowania w domu tych innych rodziców.

Może, kiedy trochę podrośnie, może za pół roku, a może za rok, spakuje plecak, wymknie się przez okno, ruszy w dół ulicy i już nigdy więcej nie postawi swojej stopy w progach tego okropnego domu.

Może kiedyś. Może niebawem. Niedługo.


-VVV-


Oczy Lucjusza były pełne czegoś dziwnie rozchwianego, czegoś, co do nich w żadnym stopniu nie pasowało, jakiejś zapowiedzi utraty kontroli, jakby grunt osuwał mu się spod stóp. Spoglądał długo w jego twarz, wyglądając jakoś blado, jakoś nędznie, jakby jego reprezentatywny wygląd kulał w obliczu ostatnich wydarzeń.

— Zgubiłeś ich? — zapytał w taki sposób, jakby to ktoś poruszał jego ustami za niego, jakby do brzegów jego warg były uwiązane nici, za które pociąga jakaś wyższa, niezależna od niego siła.

Ja ich zgubiłem? — wycedził Severus, mierząc starego przyjaciela lodowatym spojrzeniem, obnażając zęby niczym wściekły kundel toczący pianę z ust. — To ty, Lucjuszu, miałeś ich tuż przed nosem, chciałbym cię uświadomić. — Pokręcił głową, jakby czemuś nie dowierzał, łypiąc na Lucjusza jak rozdrażniony smok Walijski Zielony albo nawet Rogogon Węgierski zarzucający łbem okalanym ostrymi jak sztylety kolcami wystającymi dumnie z czaszki, najeżonymi jak sierść rozjuszonego kota. — Czyżby zahamowanie ich działań i zatrzymanie ich w Hogwarcie okazało się niewspółmierne z twoimi kompetencjami?

Szare oczy, takie same jak oczy Dracona, patrzyły w jego twarz, jakby wcale jej nie dostrzegały, jakby była przezroczystą powłoką jak ciało ducha - śladu duszy człowieka, który nie był gotów do przejścia na drugą stronę - albo poltergeista.

— Ale chyba nie przymierzali się do jakiegoś skoku na mugoli — Lucjusz zmrużył oczy w niejakim wyrazie tłumionego zaniepokojenia — prawda? — dodał niepewnie, śledząc spod mocno zmarszczonych brwi grymas rozjątrzenia tlący się w rysach twarzy Severusa jak w obrazie.

— Nie. Wiem. Tego — wycedził przez zęby Severus, oddzielając od siebie słowa, jakby te były monetami z brzdękiem spadającymi na ziemię jedna za drugą.

— Nie wiesz? — powtórzył głucho Lucjusz; na dnie szarości jego oczu czaił się zżerający jego nerwy jak pasożyt niepokój - Severus obserwował, nie komentując, jak sinieją mu dłonie. Szarooki czarodziej odetchnął nieco rozchwianym powietrzem, które zdawało się aż kotłować w jego drogach oddechowych i płucach, jakby tworzyły się tam powietrzne wiry albo spiętrzenia. — Potter wie jak nas wezwać — mruknął cicho, bardziej do siebie, niż do Severusa, poruszając sugestywnie lewym przedramieniem — ściągnie nas do siebie w razie kłopotów, z którymi sobie nie poradzą.

Severus zazgrzytał zębami, czując, jak coś ciężkiego osiada na jego duszy jak tonowy odważnik, jego umysł rozżarzył się jak ogień na rozpalonych węglach, coś agresywnego rozlało się w jego piersi, biorąc we władanie jego ciało.

— To, że ten dzieciak potrafi uaktywnić Mroczny Znak — wycedził tak, jakby wypluwał krople trucizny z ust — bardziej mnie niepokoi, niż zachwyca. — Oblizał chude, cienkie wargi, krzywiąc się jak na posmak wyjątkowo gorzkiego eliksiru. — Wyobrażasz sobie, jak wielką dzięki temu mógłby zyskać nad nami kontrolę? — Severus zmierzył przyjaciela lustrującym wzrokiem.

Lucjusz wzruszył ramionami, jakby to nie było nic istotnego, a Severus przez moment miał ochotę wypchnąć go za próg i z impetem zatrzasnąć mu drzwi przed nosem.

— Potter nie pragnie władzy — powiedział bez przejęcia Lucjusz, odwracając się ku wysokim oknom, spoglądając na pokrytą białym puchem, umierającą roślinność. Jego jasne włosy spadały mu na plecy jak gładkie, jedwabne prześcieradło. — Szczerze wątpię, żeby choć raz przyszło mu do głowy, jak wiele mógłby uczynić ze zdolnością manipulowania Mrocznym Znakiem. Nie spodziewam się, że z dnia na dzień zacznie z tej możliwości nagminnie korzystać.

Severus zamknął oczy i odwrócił się od przyjaciela, zasłaniając dłonią opuszczone powieki. Wypuścił ciężko przez usta wzbierające w jego ciele powietrze.

— Każdy pragnie władzy, Lucjuszu — powiedział cicho, opuszczając dłoń i spoglądając w okna, za którymi nieskazitelna biel okrywała świat jak miękka pierzyna. — To, że Potter się jej boi, bo automatycznie wiąże pojęcie władzy z represjami Czarnego Pana, to zupełnie inna kwestia.

Lucjusz milczał dłuższą chwilę, jakby analizował wypowiedziane przez Severusa słowa, a potem sarknął z pogardą pod nosem. Kiedy Severus usłyszał jego cichy, brzęczący w przestrzeni czerech ścian śmiech - taki sam, jak w dniach, kiedy obaj byli elementami kręgu najbliższemu Czarnemu Panu - odwrócił się w stronę Lucjusza, przyglądając mu się wnikliwie mocno zmrużonymi oczami.

— Co takiego wpadło ci do głowy, Lucjuszu? — zapytał cicho, przechylając lekko głowę, czekając na jego odpowiedź tak, jak student czeka w kolejce na egzamin ustny.

Kąciki ust Lucjusza wygięły się w pełnym wyższości, złośliwym grymasie i przez chwilę - która mignęła Severusowi przed oczami jak jakieś odległe wspomnienie, odrzucone na poboczne tory umysłu - wszystko zdawało się takie samo jak dawniej - głowa rodu Malfoyów w świetle władzy, zamożny szlachcic czystej krwi otaczający się atmosferą luksusu i arcykosztownym majątkiem, godny podziwu, chodzący przykład najznamienitszej części magicznej arystokracji, wyższa klasa społeczna, patrząca na wszystkich z góry, gardząca czarodziejami mugolskiego pochodzenia i wierząca w multum zawiłych ideałów, które czynią go lepszym od reszty magicznego półświatka; a potem Lucjusz się odezwał, a jego głos był nasiąknięty prześmiewczą nutą jak jego rdzeń magiczny tajemnicą.

— Tobie na nim zależy, Severusie — rzucił poprzez zjadliwy śmiech, błyskając na niego parą szarych jak zamglone wspomnienia oczu.

Severus wyprostował się, naprężył ramiona i uniósł wyżej podbródek, z niejasnych przyczyn czując się trochę tak, jakby oblano go kubłem lodowatej wody i splunięto mu wprost pod nogi.

— Zależy ci na Potterze — powtórzył prześmiewczo Lucjusz, oblizując zęby jak łakoma padliny hiena. — Troszczysz się o jego los, martwisz o jego życie, kiedy z typową sobie brawurą wskakuje w sam środek rozpędzonego tornada. Martwisz się o niego w podobnym stopniu, w jakim ja niepokoję się o mojego syna. — Lucjusz spojrzał mu prosto w oczy, jakby zobaczył go pierwszy raz od ponad dekady - przesunął wzrokiem po jego wydatnym nosie, po jego kościach policzkowych, po jego długich, lekko przetłuszczonych włosach, jakby szukał w nich wskazówek uwarunkowujących postawę Severusa wobec młodego syna Potterów; Severus posłał mu swoje najbardziej odstręczające spojrzenie. — Dlaczego? — wyszeptał z pasją Lucjusz.

Severus przeciągnął palcami po długich pasmach włosów, opatulił się szczelniej połami czarnej szaty i odwrócił wzrok gdzieś w kierunku jaśniejącej pustką, odłupanej gdzieniegdzie ściany. Lucjusz bardziej widział poruszające się mięśnie jego szczęki, niż to jak Severus otworzył usta, aby coś powiedzieć, ale jednak z tego zrezygnował i szybko je zamknął. Nie tak długo później ponownie już je otwierał.

— To... moja sprawa, Lucjuszu — powiedział tym swoim cichym, głębokim głosem, przeszywającym ciała i umysły jak woń gorzkiej czekolady, jak pierwszy raz zakładany kolczyk, powolnie, niemal mozolnie przebijający skórę.

Lucjusz wyglądał tak, jakby lada moment miał wybuchnąć złowróżbnym śmiechem.

— Więc przyznajesz się do tego, że się o niego, w jakimś tam stopniu, martwisz — zawołał jasnowłosy czarodziej, z triumfem godnym wygranej puli na magicznej loterii albo zawarcia jakiegoś owocnego w obustronne korzyści przymierza.

— W jakimś tam stopniu? — powtórzył prześmiewczo Severus, wypluwając te słowa jak gorzki posmak trucizny z ust. Przetarł palcami czoło i pokręcił głową ze zgorzkniałym grymasem.

W jakimś tam stopniu" było bardzo wąskim, bardzo spłaszczonym powiedzeniem. Samo wyrażenie: „martwić się", wydawało mu się błahe i oklepane - „martwię się" można powiedzieć do niezdarnego dziecka, które nie jest świadome własnych poczynań, które kieruje swoje życie na nieodpowiednie ścieżki albo zostaje pochłonięte przez pokusy tego zawoalowanego świata magii i jego słodko-gorzkie tajemnice i podejmuje szereg działań spychających je w ruinę. Przecież to nie tak, że nie wierzył w umiejętności magiczne chłopaka, nie - to zupełnie nie jest żaden fundament do wydawania jakichkolwiek sądów o Potterze - magia, magia była czymś płynnym jak zatarte granice, jak przesypujący się po otwartym terenie piasek, mogła pęcznieć i się męczyć, mogła kurczyć się tłumiona w magicznym rdzeniu, niepoprawnie, nieumiejętnie wykorzystana przez czarodzieja. To raczej zdolność podejmowania racjonalnych decyzji przyklepywanych magią jak Przysięga Wieczysta była tu wyznacznikiem, a Severus ufał w tę siłę - a ona cechowała Pottera, ona budowała obraz jego potęgi. Potęgi — dumał Severus — bo chłopak się wykazał, bo udało mu się osiągnąć coś, co wydawało się nieosiągalne - przeciąć uwięzi, łańcuchy i nici łączące z życiem Czarnego Pana, dokonał czegoś — pomyślał nie bez uznania — na pozór niemożliwego, czegoś, czego znaczna większość nawet nie odważyłaby się podjąć, a Severus słyszał historie o tej ostatniej bitwie Wybrańca, o starciu na śmierć i życie i choć wątpił, żeby wszystkie z tych opowiastek były prawdziwe, chociaż wierzył, że narosły w znaczenia i nadinterpretacje, wyolbrzymiane i koloryzowane, ubierane w sreberka i przewiązywane kokardą, wiedział, że gdzieś pomiędzy tymi jaskrawymi barwami kryje się prawda, która miała miejsce, która się wydarzyła, którą Potter nigdy nie kwapił się pochwalić na publicznym forum. Potter, który przez sześć lat szkolnictwa gwizdał i pluł na zasady, który był kiepski w eliksirach i potrafił sknocić nawet najprostszą bazę do wywaru, który widział się mu jako nieracjonalny, skupiony na sobie błazen, wcale niezachwycający swoim talentem do zaklęć, który mizernie radził sobie z Oklumencją, a jego twarz była niczym otwarta księga, która aż się prosi, aby do niej zajrzeć i ją przeczytać, ten sam Potter mu zaimponował - a było to coś, czego w życiu by nie przewidział. Jeszcze, żeby wzbudził w nim uznanie jedynie raz, okazyjnie, mógłby to zrzucić na karb przypadku, ale nie, Potter zadziwiał go za każdym razem coraz mocniej, Potter - którego zdystansowanie nieroztropnie brał za głupotę - zdjął nagle swoje osłony, jakby wymieniał firanki znad okna, a Severus ujrzał w nim siłę, której nigdy wcześniej nie dostrzegał, zauważył przebiegłość pulsującą w żyłach Pottera niczym krew, wydostającą się z niego przez wszystkie pory skóry i uderzyła go nagle świadomość tego, że nie zna tego Pottera, że Potter, którego uczył w Hogwarcie, był smarkatym, pełnym głupiego temperamentu, zbyt pewnym siebie nastolatkiem, że Potter, którego uczył w Hogwarcie, nie miał oczu bystrych jak u kobry, tamten Potter nie miał umysłu naostrzonego jak wzbierający w lód sopel, nie miał żmijowatego języka, przesiąkniętego czarnym humorem, zaciętością i godnym podziwu sprytem. Potter, którego uczył w Hogwarcie, nigdy by przed nim nie uklęknął, manipulując nim jak wskazówkami nastawianego ręcznie zegarka, tamten Potter nie posługiwał się miliardami technik manipulacji psychologicznej, patrząc mu przy tym prosto w oczy. Tamten Potter nie potrafił kłamać ani zaprzeczać, nerwowo mrugał powiekami i dziwnie pospieszał wzrok, by się odwrócił. Kłamstwo wyciekało z niego wszystkimi porami skóry, wisiało w pobliżu jak parne powietrze w środku upalnego lata, kleiło się do jego oczu i krzyczało do Severusa, jakby Potter miał je wypisane jak wół na czole. Tamten Potter głupio się tłumaczył, nie umiejąc nawet znaleźć sensownych, logicznych argumentów, które zadowoliłyby podejrzliwość Severusa. Potter, którego uczył, w życiu nie postawiłby go w pozycji obronnej - nie dlatego, że nie chciał tego zrobić, ale dlatego, że nie potrafił - nie odważyłby się pchnąć go na ścianę ani szarpnąć za włosy, nie odważyłby się upominająco prezentować przed nim swojej różdżki z rdzeniem z pióra feniksa, bawiąc się nią jak fałszywym żetonem, tamten Potter uciekał od dotyku jak od ognia i pozwalał się zastraszać z dziecinną łatwością.

Tamtego Pottera - dzieciaka z dawnych lat - przysięgał ochraniać, przysięgał bronić i ryzykować własnym życiem, jeśli to miałoby ocalić jej syna. No i w tym miejscu właśnie pojawia się problem. Nigdy nie myślał o strzeżeniu dzieciaka przed niebezpieczeństwem, jako o ryzyku podejmowanym dla niego. Ochraniał go dla Lily, ochraniał go dla Dumbledore'a w imię składanych mu obietnic.

A teraz - nagle - okazało się, że nie robił już tego ani dla tej pierwszej, ani dla tego drugiego. Nie robił tego nawet dla swojej córki, zapatrzonej w Pottera jak cielę w malowane wrota, ani dla Dracona, który ufnie podążał krok w krok za Potterem, wyciągając różdżkę w jego obronie.

Tak więc owszem, zależało mu na utrzymaniu Pottera przy życiu, przywiązywał wagę do jego poczynań, żywił obawę, że ten otwarty na świat chłopak pozwoli sobie na głupi błąd, zrobi krok - w tą czy w tamtą stronę - i wpadnie do grobu, który sam sobie wykopał.

Potter, ze swoimi zielonymi oczami żywcem wyjętymi z twarzy Lily i tym abstrakcyjnym mówieniem do niego na „ty" w zestawieniu z tytułowaniem go „Naczelnikiem" był ważny, był istotny, był kimś, z kogo śmiercią nie pogodziłby się z obojętnością kamienia i niedbałym machnięciem ręką.

I za późno zorientował się, że być może odwracając się od niego, wbije długą, ostrą szpilę prosto w jego młodzieńcze nadzieje i głupią wolę walki, ale konsekwencje, jakie z tego wynikną - reakcja łańcuchowa, która zostanie powołana do życia - trafią rykoszetem nie w Pottera i jego misje samobójcze, a - do cholery jasnej - w niego samego.


-VVV-


Oparcie kuchennego krzesła powoli zaczynało wbijać mu się w kręgosłup i Harry bezwiednym, kolistym ruchem palców rozcierał go, jakby wklepywał w niego maść na bolące mięśnie. Siedzący naprzeciw niego Draco, odsunął się nieznacznie ze swoim krzesłem od stołu, położył studiowane dokumenty na blacie i ułożył podbródek na spoczywających płasko na brzegu stołu ramionach, znużonym wzrokiem przeciągając po treści jakiejś nudnej historii adopcyjnej rodziny. Szarooki ziewnął ciężko, przecierając palcami lekko zaczerwienione oczy.

Harry z westchnieniem odłożył przejrzany dokument i uchwycił pełne odprysków i zarysowań ucho filiżanki, dopijając smętną, wystygłą kawę, krzywiąc się przy tym, jak od obrzydliwego, leczniczego eliksiru.

— A mi się wydawało, że z papierami w dłoni będziemy mieli już tylko z górki — prychnął Harry, a Draco mruknął coś bez ładu i składu pod nosem, nie odrywając wzroku od tekstu. Harry'ego zastanawiało, jak to możliwe, że litery nie tańczą mu jeszcze przed oczami jak znudzone, muzułmańskie żony przesiadujące całymi dniami w haremie. — Do chrzanu taka robota — mruknął, łapiąc dwie z jeszcze nieprzeglądanych kart i spoglądając na nie obojętnie.

Patrzył na wierzchni dokument - minutę, dwie - zanim zorientował się, co właściwie trzyma w dłoni.

Adnotacja nie była długa, a zawarta dosyć treściwie:

DANE DZIECKA

nazwisko: Wilkins

imię: Demetria

data urodzenia: 6 maja 2004

PESEL: 04250688794

miejsce urodzenia: Australia

obywatelstwo: brytyjskie

płeć: kobieta

imiona rodziców: Wendell i Monica

DANE RODZICÓW ADOPCYJNYCH

nazwisko: Walsh

imiona: Kyle i Bethany

miasto: Baton Rouge

dzielnica: Ghosttown

ulica: Flower Avenue

nr. domu: 64

Harry wypuścił ze świstem powietrze, choć wcale nie zdawał sobie sprawy z tego, jak długo je wstrzymywał, opadł na oparcie koślawego, niewygodnego krzesła i niczym Znicza po pierwszym rozegranym meczu Quidditcha, wzniósł dłoń ściskającą dokument do góry, odrzucił głowę do tyłu, opierając potylicę o zagłówek i opuścił w niemej fali napływającej ku niemu z każdej strony ulgi powieki.

— Mam naszą zgubę — wyrzucił z siebie na wydechu; kąciki jego ust szarpnęły się ku górze w triumfalnym uśmiechu.


-VVV-


Naprawdę mi ulżyło, kiedy wykopałem ten dokument ze sterty tych całkowicie bezużytecznych. Zaczynałem już powoli wątpić, że te przeklęte papiery będą niosły ze sobą jakieś poszlaki, zaczynałem podejrzewać, że wymazali tę małą Demetrię ze wszelkich spisów, aby utrudnić nam - czarodziejom - odnalezienie jej w wielkim świecie. Te nadrukowane na papierze dane spadły na nas jak manna z nieba, a my chwytaliśmy je zachłannie w swoje pobladłe z długotrwałego, mało owocnego wysiłku dłonie, nie chcąc przepuścić ani odrobiny, nie chcąc sobie pozwolić na porażkę - jedną z wielu.

Wciąż pamiętam uśmiech Draco, który podniósł na mnie zaskoczony wzrok znad czytanych papierów. Wciąż pamiętam, jak zaśmiał się dźwięcznie i wymiął trzymany właśnie w dłoniach dokument w nierównomierną, chaotyczną kulkę, a potem - wyszczerzając zęby jak kojot - cisnął nią wprost do kominka i podpalił skinieniem różdżki. Pamiętam, jak siedzieliśmy, niczego więcej nie mówiąc, wpatrując się w ogień połykający leniwie białą kartkę i w tańczące chmary popiołu, który niczym mgiełka kurzu uniósł się w górę, osiadając na kominkowych ścianach.

Siedziałem, przyglądając się wypalającemu się dokumentowi i myślałem o tym, że jestem szczęśliwy, naprawdę szczęśliwy - tu, w tym szarym domu, w którym wciąż pełno było nieobecności mojego ojca chrzestnego, w którym zakurzone, ciężkie gobeliny rozwieszone po ścianach wyglądały jak zapowiedź upadku - że mi się powodzi i że będzie mi się powodzić nadal, jeśli wciąż będę miał za plecami kogoś, kto wesprze mnie w moich działaniach, nie zważywszy na okoliczności.

Potem będziemy palić dokumenty jak książki w latach trzydziestych i patrzeć z głupim uśmiechem, jak połykają je płomienie, jak w kominku tworzy się garstka popiołu, jak siwe pozostałości papieru tańczą na gzymsie, mieszając się z kurzem i osiadając po kątach tego szarego domu, wtapiając się w jego tło jak dym.


-VVV-


Tego dnia było zimno jak w psiarni, słońce odbijało się od zasp śnieżnych jak kauczuk i raziło w oczy z aptekarską dokładnością.

Ta inna mama złapała ją za nadgarstek, rzuciła jej w twarz szalikiem, wołając: „masz, załóż!", wyciągnęła ją z domu i zabrała na targ postawiony pod dachem na prostokątnym, długim rynku.

Demetria pozwoliła poprowadzić się przez wystające, niebieskoszare kocie łby śliskie od topniejącego pod podeszwami śniegu i przeprowadzić przez obrotowe drzwi prowadzące do hali o wysokim suficie i posadzką ułożoną w szachownicę.

Dział z warzywami wyglądał jak pole bitwy - poprzebierane kapusty, porozrzucane w płytkich boksach jak piłki, ostatki cebuli leżące to w brokułach, to w porach, jakby nie mogły znaleźć dla siebie miejsca, zbite w jedną masę główki jarmużu o lekko pociemniałych liściach.

— Idź mi przynieść czosnek — zarządziła ta inna mama, pochylając się nad brukselkami, na których sam widok Demetria skrzywiła się kwaśno jak od soku z cytryny. — I chrzan! — zawołała za nią ta inna mama, kiedy Demetria odwróciła się, rozglądając się za czosnkiem, idąc przez rzędy ogromnych palet z rozłożonymi na nich skrzynkami warzyw i owoców.

Gdyby była tutaj z mamą - z tą prawdziwą mamą - od razu ruszyłaby w poszukiwaniu płatków śniadaniowych i stając na palcach, ściągałaby z półek te najsłodsze - miodowe - a zarazem najdroższe w sklepie. W obecności tej innej mamy nie wiedziała, czy może sobie pozwolić na upychanie w sklepowym koszyku łapanych z półek słodkości w ilościach mocno przekraczających zdrowy rozsądek.

Przechadzała się żółwim krokiem wśród naci pietruszki i liści roszpunki, co jakiś czas przykładając palce do drewnianych skrzynek, mając nadzieję, że z ich struktury nie wystają żadne drzazgi (w uszach już słyszała narzekanie tej innej mamy: „Ale z ciebie niezdara, co tym razem namąciłaś, że wbiłaś sobie jakiś wiór pod paznokcia?"). Jej prawdziwa mama pocałowałaby ją w palec, zaprowadziłaby ją za rękę do jednej z pań obsługującej kasę i zapytałaby się o igłę i wodę utlenioną, żeby czym prędzej wyciągnąć jej drzazgę spod skóry.

Niewielkie, bezkształtne główki chrzanu przywiązane były do gładkiego drewienka i Demetria złapała pierwszy kijek z brzegu, przyglądając się majtającym się na nim kremowobiałym, niewielkim warzywom.

Chciałaby być teraz gdzieś indziej, mile stąd, daleko od spojrzeń tych innych rodziców, daleko od: „Demi, zrób...!" i „Demi, wyprowadź...!", w domu wśród ciepłej atmosfery i popołudniowych, słodkich herbat, które serwowała jej mama, chciała, żeby tata wziął ją na barana i powiedział, że zabiera ją na wycieczkę do parku, nad jezioro, chciałaby raz jeszcze usiąść rano przy telewizorze w ich przytulnym domu, zabrać tacie z ręki pilota i przeskoczyć kanałami na bajki o agentkach i łowcach potworów podróżujących po świecie Wehikułem Tajemnic.

Demetria przygryzła wargę, złapała dwie główki chrzanu i wróciła, powłócząc nogami, do tej innej mamy, oglądającej żółte jak wiosenne słońce cytryny.


-VVV-


Wylądowali w jakimś dole usypanym śniegiem, pełnym wron, które, kracząc donośnie, wzbiły się w powietrze, pozostawiając po sobie kłębowisko wyskubanych, zagubionych, czarnych piór.

Draco przeklął siarczyście, osłaniając twarz ramieniem, krzywiąc się na głośny krzyk ptaków, które zatoczyły krąg nad ich głowami i umknęły gdzieś poza zasięg ich wzroku.

Harry upuścił na ziemię nielegalny świstoklik - kawałek zmechaconego materiału, który wpadł mu w rękę w jednej z szuflad na Grimmauld Place i rozejrzał się z nietęgą miną po zaśnieżonym dole.

— Czyli jeszcze raz — odezwał się Harry, mrużąc oczy, gdy zaczęły go razić promienie słońca odbijane od śniegu. — Rozmawiamy na spokojnie z jej adopcyjnymi rodzicami, wyjaśniamy im sytuację, a jeżeli nie okażą się chętni do współpracy, bierzemy Demetrię i zawijamy się stąd w te pędy. Proste.

— Mhm — mruknął Draco, wspinając się po usypanym stoku niewielkiego zagłębienia w ziemi, ślizgając się jak na lodowisku i wymachując rękami, żeby nie stracić równowagi.

Harry zerknął na śliskie zbocze zagłębienia w ziemi i wskazał różdżką ku górze.

Ascendio — wymamrotał, a jego różdżka, z ogromną siłą, pociągnęła jego ciałem do góry, wydostając go bezproblemowo z dołu.

Kiedy wylądował na ziemi, nogi lekko się pod nim ugięły, ale szybko złapał równowagę i spojrzał na krzywiącego się nieprzyjemnie Dracona.

— No jasne, ja zawsze muszę myśleć ostatni — prychnął jasnowłosy, kręcąc głową — aż nieprawdopodobne, że to ty z nas dwóch zostałeś wychowany przez mugoli.

Harry wyszczerzył się do niego w uśmiechu.

— Widzisz? — zachichotał pod nosem. — A mówią, że to ja najpierw robię, potem myślę. Wychodzi na to, że wcale nie jestem takim impulsywnym kretynem, jak to by ujął Snape.

— Snape mylił się co do ciebie w bardzo wielu kwestiach, jak dobrze pamiętam — mruknął Draco, wygrzebując się z dołu i z niesmakiem biorąc się za otrzepywanie swojego płaszcza z lepiącego się do niego śniegu.

Harry zlustrował wzrokiem od stóp do głów Dracona, którego peleryna zwilgotniała gdzieniegdzie od białego puchu i teraz kleiła się mocno do jego ciała; uniósł brwi.

— Ha. Ha. Bardzo śmieszne — prychnął Draco, częstując go ostrym spojrzeniem i wycelowawszy różdżką w czarny materiał, rzucił pospiesznie zaklęcie suszące.

— Wcale się nie śmieję — mruknął pod nosem Harry, odwracając się z powiewem peleryny i spoglądając na leżącą kilka stóp dalej, asfaltową ulicę.

— Nie — odgryzł się Draco — ty tylko znacząco nasuwasz brwi aż na czoło.

Harry przewrócił oczami i ruszył w kierunku przysypanej solą i piaskiem drogi, wyjmując z kieszeni paczkę papierosów, obracając nią kilka razy w dłoni, po czym chowając ją na powrót w poły peleryny, kiedy pomyślał, że używanie różdżki na samym środku mugolskiej dzielnicy w tak błahym celu, jak odpalenie papierosa chyba nie jest jednak najlepszym pomysłem.

— Sześćdziesiąt cztery — mruknął pod nosem Harry, rozglądając się po blaszanych tabliczkach z numerami domów, doczepionych do płotów bądź ścian piętrowych, stosunkowo wąskich budynków.

Śnieg na ulicy był czarny od spalin i skupiał się w pozlepiane grudki wielkości gradu, leżące na koleinach powstałych od ciężaru samochodowych opon i znajdujących się przy krawężniku szerokiego chodnika studzienkach.

Pomiędzy chodnikiem a posesjami pięły się do góry nagie pnie drzew o rozłożystych gałęziach, na których cicho gruchały gołębie, kuląc z zimna szare łebki, napuszając pióra niewielkich skrzydeł. Minęli cementowo-drewniany kosz na śmieci, z którego wysypywały się papierowe kubki po grzańcach czy herbatach, czy czymś jeszcze innym - mogło mieć to coś wspólnego z przycupniętą na cemencie wroną, wpychającą łeb w otwór na wrzucanie śmieci i przebierającą w starych odpadkach czarnym, ostrym dziobem.

— O Merlinie — westchnął Draco, odrywając Harry'ego od kontemplacji długiej ulicy, zawiłej jak wężowe cielsko; zielone oczy zwróciły się pytająco w kierunku szarych.

— Co jest? — zapytał, przechylając głowę, kątem oka obserwując jakąś staruszkę, wyglądającą przez wysokie okno jednego z domów, odgarniającą sękatymi dłońmi niezbyt długie, wzorzyste firanki.

Draco machnął głową w kierunku jednego z płotów, do którego przytwierdzona była kwadratowa tabliczka.

— Ta numeracja nie idzie po kolei.

Harry momentalnie stracił zainteresowanie starszą panią.

— Co? — jęknął, spoglądając na numery na sąsiadujących ze sobą domach; oblizał niecierpliwie wargi i zerknął na przeciwną stronę ulicy w poszukiwaniu tabliczek z numerami.

Piętnastka, dwudziestka trójka i ósemka mrugały do niego jak wyszczerzone w nędznym uśmiechu magiczne główki w Pubie pod Trzema Miotłami, które swojego czasu Ron uszczypliwie nazywał breloczkami. Harry obrócił się, spoglądając spod zmarszczonych mocno brwi na ciągnącą się jak guma do żucia, długą, krętą ulicę.

— No cholera jasna! — warknął, przecierając palcami bliznę w kształcie błyskawicy. — Dlaczego nic w moim życiu nie może być proste i bez zbędnych komplikacji? Kto, na bogów, prowadził tę numerację? Skrzat domowy?

Harry pokręcił z niedowierzaniem głową i zerknął w górę ulicy.

— Dobra, słuchaj, ja pójdę w jedną stronę ulicy, ty w drugą — ustalił nie bez irytacji, naciągając kaptur peleryny na głowę, gdy mróz zaczął go szczypać w uszy. — Jak znajdziesz tą małą, to spróbuj przemówić do rozsądku tym adopcyjnym rodzicom, nie wiem, weź ich na litość czy coś. Spotykamy się w tamtym dole, w którym porzuciliśmy świstoklik, umowa stoi?

— Jasne — prychnął Draco i zawrócił, aby skierować się w przeciwnym kierunku — a dlaczego nie wykorzystamy: „Wskaż mi", co? — Uśmiechnął się szpetnie, opatulając się szczelniej peleryną.

— Nie będę paradował z sam-wiesz-czym wyciągniętym w otwartej dłoni po mugolskiej dzielnicy — prychnął Harry, rozglądając się wokół (jakiś samochód wyminął ich na drodze, trąbiąc na nich tak donośnie, że Draco aż się wzdrygnął i spojrzał spłoszonym wzrokiem w kierunku ciemnoszarego Suzuki; zielonooki skrzywił się i pociągnął Dracona na chodnik) — nie jestem aż taki głupi.

— Niech ci będzie — prychnął jasnowłosy czarodziej, patrząc z kwaśną miną za odjeżdżającym samochodem. — Więc widzimy się za chwilę? — zapytał obojętnym tonem, ale kiedy jego szare oczy zwróciły się na powrót ku twarzy Harry'ego, ten dostrzegł w nich pasma głębokiego niepokoju tlące się w nich jak przydrożne latarnie. Nie wiedział, czy ta obawa paliła się w nich już wcześniej, czy pojawiła się dopiero w momencie, w którym mieli się rozdzielić, nie widział jej jeszcze kilka minut temu, ale też nie szukał wcale jakoś zachłannie; kusiło go, żeby powiedzieć, żeby jednak przeszli się we dwoje, w duecie, trudno - stracą odrobinę czasu, ale przynajmniej będą trzymać się razem, ale wiedział, że to byłoby jedynie stratą czasu.

Uśmiechnął się pokrzepiająco i wyciągnął dłoń, kładąc ją Draco na ramieniu.

— Hej, przecież wszystko pójdzie gładko — zapewnił, zaglądając w te szare, niespokojne oczy.

— Oczywiście, że tak — sarknął Draco, strząsając jego rękę z ramienia, ale Harry dostrzegł niewielki uśmiech tlący się w kącikach jego ust jak papierosowy dym. — Leć patrolować swój obszar. — Wskazał podbródkiem ulicę za plecami Harry'ego i odwrócił się bez zwłoki; jego długa peleryna uderzyła w krawężnik, strząsając z niego szary, brudny śnieg, który bezszelestnie wpadł do kratki kanalizacyjnej.

Harry spoglądał za nim jak idzie ulicą: dumny i wyprostowany jak paw, poruszający się tak, jakby cała ta okolica była grubo poniżej jego standardów, jakby był paziem, który nagle zabłąkał się wśród ludzi z rynsztoka. Tak bardzo wyróżniający się wśród łagodnych, spokojnych działek.

Zmarszczył brwi.


-VVV-


Wiatr przetaczał się po jego ramionach, muskając czarny kaptur peleryny, prześlizgując się po jego nadgarstkach przykrytych luźnymi rękawami, wplatał się w krótkie włosy jak płatki śniegu. Szedł po różowej kostce chodnikowej lekko przyprószonej śniegiem, mijając kolejne posesje - podeszwy ślizgały mu się lekko, kiedy przechodził przez lekko przemarznięty krawężnik, przecinał ulicę i ruszał wzdłuż płotu po drugiej jej stronie. Słońce świeciło mu prosto w oczy i musiał podnosić ramię i przysłaniać je sobie jego cieniem, mrużąc powieki, aby dostrzec niewielkie tabliczki na murach domów.

Harry ukucnął właśnie, by zawiązać sznurowadło, kiedy zza zakrętu, z prostopadłej ulicy wyszła jakaś kobieta, obładowana torbami zakupów.

— O matko...

— Przepraszam panią...

— Nie to ja pana przepraszam, nie zdeptałyśmy pana?

Zielonooki czarodziej zacisnął sznurówkę i wstał z ziemi, spoglądając na krzepką kobietę z krótko przyciętymi włosami, marszczącą na niego wysokie czoło. Obok niej dreptała niewysoka dziewczynka ze spuszczoną głową, wpatrująca się uparcie w chodnik, jakby widziała na nim coś interesującego.

— Nie, nie, wszystko w porządku — zapewnił Harry, uśmiechając się lekko do kobiety. — Poza tym to moja wina nie powinienem wiązać buta na środku chodnika — zaśmiał się miękko, spoglądając na małą dziewczynkę stojącą obok kobiety i grzebiącą czubkiem buta w dziurze między chodnikowymi płytami.

Harry pomyślał, że może wato by było zdać się na niewielką pomoc tutejszych mieszkańców.

— Przepraszam bardzo, korzystając z okazji, może mogłaby mi pani pomóc — zapytał kurtuazyjnie Harry, uśmiechając się przymilnie do kobiety. — Szukam numeru sześćdziesiąt cztery — Harry machnął dłonią w kierunku domów — a trochę ciężko połapać się w tej numeracji — uśmiechnął się przepraszająco, wzruszając bezradnie ramionami.

Kobieta odgarnęła włosy z twarzy, wymachując przy tym kilkoma siatkami zakupów.

— To mój dom, a o co chodzi? — odparła obojętnie.

Harry miał wrażenie, że czas zatrzymał się w miejscu. Zdawało mu się, że patrzy przez lunetę i widzi tę kobietę z bardzo bliska, że nie dostrzega nic poza nią, jakby świat nagle się zwęził do tego niewielkiego kwadratu metr na metr, jakby był ekranem w mugolskim, starym telewizorze. Jego oczy niemalże wyskoczyły z orbit, a on, czując się jak na klatce zwolnionego filmu, przeniósł wzrok na stojącą obok kobiety dziewczynkę.

— Demetria? — zapytał, mając wrażenie, że jego usta poruszając się wbrew jego woli, zupełnie, jakby to nie on kierował ich działaniem.

Dziewczynka podniosła na niego głowę tak szybko, jakby spoglądała w bohatera bajkowych kreskówek, który niespodziewanie zastąpił jej drogę, jej oczy zapłonęły nadzieją.

— Pan jest od mamusi? — zapytała cienkim głosem, jakby spodziewała się, że Harry jest tylko jej wyobrażeniem, fatamorganą i lada chwila rozpłynie się w powietrzu tak, jak gdyby nigdy go tu nie było.

Zakupowe torby wysypały się na ulice jak słone paluszki z przewróconej szklanki, kobieta stojąca naprzeciw niego, złapała dziewczynkę za zawiązany wokół szyi szalik i pociągnęła ją do tyłu tak mocno, że ciałem małej aż zarzuciło.

— Proszę nas zostawić! — wykrzyknęła; jej dłonie zaczęły się trząść. — Proszę stąd odejść!

Harry zagryzł zęby na dolnej wardze i spojrzał niepewnie na kobietę.

— Przepraszam panią bardzo, ale rodzice tej dziewczynki bardzo za nią tęsknią i... — zaczął się tłumaczyć, wierząc głupio w dobroć ludzkich intencji.

Harry nie zdążył dokończyć. Kobieta - całkiem dla niego nieoczekiwanie - zrobiła duży krok w jego stronę i uniosła kolano jak za mrugnięciem powieką, serwując mu potężny kop między nogi. Harry jęknął, zagryzając zęby. Opuścił głowę, przełykając ciężko ślinę, kuląc się jak zbity szczeniak. W następnej chwili ta bojowa matrona złapała dziewczynkę za rękę, odwróciła się i zaczęła uciekać, jakby goniło ją stado rozpędzonych antylop. Jej podeszwy zadudniły o ulicę jak koła pociągu sunącego po torach.

Porzucone zakupy otaczały Harry'ego jak aureola, rozlewały się po chodniku, topiąc w śniegu i przygniatając sobą nawzajem niczym karty z przewróconej wieży. Jakieś orzechy wysypały się z papierowej torby i ze stukotem wpadły do pobliskiej kratki wodociągowej. Harry, wciąż zaciskając zęby, uniósł ciężko głowę i zobaczył, jak kobieta biegnie prosto ulicą, ciągnąc za sobą wyrywającą się i krzyczącą coś wniebogłosy Demetrię, wyciągając z kieszeni spodni telefon, jakby ten był broną palną.

— Szlag! — warknął Harry. — Proszę poczekać, nie mam złych zamiarów! — krzyknął za nią tak głośno, że poczuł nieprzyjemne drapanie w gardle, ruszając koślawo w pościg, ściskając dłoń na piekących genitaliach.

Kobieta się nie zatrzymała, wydzierając się do słuchawki, z czego Harry wyłapał jedynie jakieś urywki: „...to dziecko z adopcji...", „...przeklęci czarnoksiężnicy...", „...panie komendancie...", „...też na policję...".

— Proszę zaczekać! — krzyknął bezcelowo Harry, wyciągając różdżkę i wahając się przed użyciem zaklęcia, nie chcąc trafić rykoszetem w dziewczynkę. — Cholera jasna, no — wymamrotał niemalże płaczliwym tonem, kiedy kobieta zniknęła za zakrętem jak senna mara; przyspieszył, starając się ją gonić, a tym samym ignorować pulsujący gdzieś w lędźwiach, przeszywający ból, utrudniający mu bieg.

Wyciągnął różdżkę przed siebie i wykrzyczał:

Expecto Patronum!

Jego odwieczny, silny, pulsujący magią towarzysz wyskoczył z jego różdżki, wyminął go galopem i pognał w przeciwnym kierunku jak strzała puszczona z procy. Harry miał ogromną nadzieję, że jego informacja dotrze do Dracona, zanim na tej przeklętej ulicy zaroi się od oddziałów zbrojeniowych.

Widział ją przed sobą, biegła z Demetrią tuż koło boku, jakby ta była psem, który może się dostosować do wszelkich zachcianek właściciela. Harry skrzywił się gorzko, wyciągnął przed siebie różdżkę i zamienił asfalt pokryty solą i piaskiem w grubą warstwę lodu.

Kobieta poślizgnęła się, puściła rękę Demetrii i przydzwoniła ramionami w ziemię tak mocno, że pozdzierała sobie skórę aż do krwi.

Demetria odskoczyła od niej jak spłoszona sarna i rzuciła się w stronę Harry'ego jak w galopie, lawirując na śliskim podłożu. Harry patrzył, jak kobieta chwyta z całych sił nogawkę jej jeansowych spodni i Demetria przewraca się z hukiem na ziemię, wyciągając ręce, aby zamortyzować upadek. Gdzieś w oddali zabrzmiały - przybliżające się z każdą chwilą - syreny radiowozu.

Harry poczuł, jak wściekłość rozpala się w nim jak pochodnia, jakby ktoś wszczepił mu niebezpieczny specyfik w serce, które zadudniło jak kołatka o drzwi. Przystanął, zmrużył oczy i wycelował, błagając, by jego zaklęcie trafiło w swój cel, różdżką przed siebie.

Relashio!

Kobieta krzyknęła i cofnęła rękę, przyciągając ją mocno do piersi, a Demetria zerwała się z ziemi, jakby poganiano ją batem i puściła się biegiem - ślizgając się jak na lodowisku - ku Harry'emu.

— Chodź — wyrzucił z siebie na wydechu, biorąc dziewczynkę na ręce i zawracając tak szybko, jakby za nim się paliło (ciężkie, zimowe buty Demetrii uderzyły go w uda).

Wojskowy, brunatny łazik wyjechał z bocznej uliczki z piskiem opon; ryczące w oddali syreny były coraz bliżej. Ktoś zaczął krzyczeć coś przez megafon - Harry, który słyszał głównie uderzenia swojego rozszalałego serca - nie rozumiał wykrzykiwanych słów. Drzwi dżipa otworzyły się z impetem i Harry - jak migawkę wspomnień pod zaklęciem Legilimens - ujrzał wysuwającą się przez nie lufę karabinu maszynowego.

Bombarda! — ryknął bez zastanowienia, zarzucając ręką trzymającą różdżkę, jakby ciskał jakimś ciężkim przedmiotem. Trzask godzącego w cel zaklęcia był niemalże ogłuszający. Kula ognia pochłonęła ciężarówkę jak Szatańska Pożoga, wybuchając z takim impetem, że pojazd wystrzelił do góry jak korek z butelki szampana.

Piskliwy krzyk Demetrii zadzwonił mu w uszach jak prawy sierpowy. Mocniej przycisnął ją do siebie, starając się zasłonić jej twarz przed powiewem parzącego skórę i płuca powietrza, które uderzyło w nich niczym dynamit.

Demetria płakała - nie wiedział, kiedy łzy zaczęły toczyć się z jej oczu, nie wiedział, czy nie jest ranna, nie wiedział, czy nie jest w szoku; czuł pustkę w głowie, kiedy odwrócił się błyskawicznie i wbiegł w poboczną uliczkę jak wiedziony ślepym instynktem. Wyjące koguty były tuż za nim, usłyszał pisk opon i donośny krzyk:

— Stój! Policja!

Nie odwracając się do tyłu, intuicyjnie cisnął zaklęciem.

Arresto Momentum — rzucił niewerbalnie, zarzucając ramieniem gdzieś za plecy i skręcił za róg, nie sprawdzając, czy jego zaklęcie trafiło do celu, mając głęboką nadzieję, że zatrzymało to śpieszących za nimi mugoli choćby na chwilę. Pognał w te pędy równoległą, ciasną ulicą, mając ochotę wyć jak pies do księżyca na ból wciąż promieniujący z jego lędźwi. Demetria była ciężka i kręciła się tak bardzo, że trudno ją było utrzymać, ale Harry jej nie puszczał - zaciskał ramiona wokół jej pasa, wokół jej ramion, czując jej nogi owinięte wokół swojej tali (chyba gdzieś zgubiła jednego buta - Harry zarejestrował to, jak przez mgłę).

Peleryna plątała mu się w nogach, a on usłyszał gwałtowny wybuch, jakby ktoś cisnął granatem gdzieś za jego plecami, bardzo blisko. Demetria zawodziła płaczliwie do jego ucha, a Harry biegł i biegł - biegł tak szybko, jak był w stanie, czując, że za moment wypluje własne płuca, czując gwałtowną, urwaną kolkę w brzuchu, oddychając w takim tempie, jakby lada moment miał się udusić.

Miał nad nimi nieznaczną przewagę odległości i kiedy skręcił kilkakrotnie w wąskie, poboczne uliczki, modlił się do wszystkich znanych sobie bogów, żeby ich zgubić, żeby udało mu się wydostać się z tej przeklętej strefy ognia. Wpadł w jakiś wąski zaułek, obijając sobie plecy o mur, odwracając się, żeby sprawdzić, czy żaden wojskowy nie uczepi się w ostatniej chwili jego płaszcza jak pasożyt i biorąc kilka głębokich wdechów na uspokojenie, obrócił się gwałtownie w miejscu, deportując się do tego zaśnieżonego, głębokiego dołu, w którym on i Draco porzucili swój świstoklik.

Poczuł szarpnięcie w okolicach pępka i zaciskając mocniej palce na ramionach Demetrii, pozwolił, aby porwał go wir teleportacji.

Czuł się tak, jakby ktoś przeciskał go przez gumowe rury, kręciło mu się w głowie, a on wyobrażał sobie docelowe miejsce aportacji jak fanatyk skupiający się na najdrobniejszych detalach.

Zwalili się do zaśnieżonego dołu jak dwie kukły, których sznurki ucięto, jak dwa strachy na wróble, którym wiatr zerwał podporę. Harry przełknął ślinę, kiedy Demetria przewróciła się na brzuch, podparła dłońmi o ziemię i zaczęła gwałtownie wymiotować, wstrząsana potężnymi konwulsjami. W oddali usłyszał zawodzenie policyjnych psów (krew odpłynęła mu z twarzy jak rzeka z koryta w trakcie suszy) i pomyślał, że muszą się stąd zabierać i to możliwie jak najszybciej. Świstoklik leżał kilka stóp dalej, kusząc jak obietnica wiecznego spokoju.

Zielonooki rozejrzał się rozbieganym wzrokiem po głębokiej wyrwie w ziemi, wyciągnął głowę, starając się dojrzeć najbliższą okolicę, zawijając prawą dłoń w pięść tak mocno, że paznokcie przebiły mu skórę.

Gdzie, do cholery jasnej, był Draco?


-VVV-


— Cicho, cicho — wyszeptał Harry, wkładając dłonie w rękawy peleryny - były trochę za luźne, trochę za szerokie, ale to dobrze, to dobrze - przykładał dłonie obleczone peleryną do jej drżących warg (lejące się po jej twarzy, słone krople kleiły się do materiału jego rękawów jak wazelina, jak kosmetyczne masło do ust), przyciskał palce do jej skóry, owijał je wokół jej twarzy jak szal; jej buzia była czerwona, cała zapuchnięta, krokodyle łzy toczyły się w dół jej policzków i Harry myślał, że utoną oboje w kałuży tej słonej wilgoci, że ziemia pod ich ciałami stanie się mokra i zapadnie się pod nimi, wessie ich jak bagno, jak mokradło. Słyszał zgrzyt broni uderzającej o kanty budynków, głuche uderzenia luf zahaczających z dudniącym odgłosem o metalowe pręty ogrodzeń, niosące się echem jak na sali akustycznej i rozmyślał nad tym, że ta dzielnica zdała mu się taka cicha, taka spokojna, kiedy postawił na niej pierwsze kroki - myślał o równych płytkach chodnikowych o barwie owocowej gumy do żucia, tworzących przystępną, wygodną ścieżkę biegnącą wzdłuż osiedlowej uliczki, myślał o wysokich krawężnikach, po których spacerowały roześmiane dzieci, chwiejąc się, jakby chodziły - niczym cyrkowcy - po linie nad estradą, myślał o ogrodach przykrytych śniegiem, w których jakieś troskliwe ręce zawinęły pnącą się ku niebu różę w jutowe worki, pragnąc ochronić ją przed przymrozkami. Czuł, jak jej drobne ciało trzęsie się pod nim, koło ucha brzęczał mu stłumiony rękawami jego peleryny szloch, jakieś grudki brudnego śniegu wpadały mu za kołnierz szaty i czuł, jak roztapiają się mokrym chłodem na jego karku - lodowate krople spływały wzdłuż jego szyi, tocząc się mozolnie po tętniącej szaleńczo żyle. Ona jest za głośno, usłyszą ją, dlaczego ona nie rozumie, że nie mogą ich znaleźć, że nie mogą zdradzić się choć szmerem, choć jednym zająknięciem, dlaczego ona nie może zachowywać się ciszej? Szszsz — starał się ją uspokoić, głaskał ją po potarganych włosach, w jej kosmyki zaplątał się śnieg, który roztapiał się miarowo na jej głowie, sprawiając, że jej brązowe włosy wilgotniały i kleiły mu się do palców. — Już dobrze. Nie płacz, wszystko jest w porządku — szeptał przez ściśnięte strachem gardło, choć chciał powiedzieć coś innego, chciał jej powiedzieć, że jeśli się nie zamknie, to on otrzyma kulkę w głowę, a ona - przy dobrych frontach - ponownie trafi do rodziny zastępczej, chciał jej powiedzieć, że jej płacz może wszystko zaprzepaścić, całe jego starania, zmarnować siły, które włożył w odnalezienie jej na tym przeklętym, szerokim padole, ale tego nie mówił; przyciskał dłonie do jej ust, starając się stłumić odgłosy jej płaczu, myśląc, że lada moment pochłoną go wiry głębokiego, panicznego obłędu; zataczał w koło niespokojnym wzrokiem, nasłuchując odgłosów przeładowania. — Ciii, cicho. Cichutko.