.
Rozdział 46
Powierzę mu swój niepokój
.
Jadł peklowaną golonkę obficie usmarowaną chrzanem, która była dość przesuszona i gdyby nie ostry, intensywny posmak chrzanu, podejrzewał, że smakowałaby jak pergamin. Wyniszczony upływem czasu szyld skrzypiący jak mechanizm złożony z trybików i kół zębatych, wydawał z siebie tak jazgotliwy chrzęst, że słychać go było w całej gospodzie i nawet lejące się z kątów dźwięki zbyt piskliwych głosów wyjących stare kolędy nie zagłuszały przeraźliwego chrobotania dochodzącego sprzed obskurnego lokalu.
Krąż wokół migotającego ognia,
Wesołych Świąt Bożego Narodzenia,
Na wystawach magia skrzy,
W twej skarpecie miotła tkwi.
Siedząca naprzeciw niego Lottie popijała zbyt mocno spienione piwo z niezachwycającej swoją czystością szklanki (mogło to mieć coś wspólnego z uwaloną żółto-szarymi plamami ścierką, którą stary Aberforth zawzięcie polerował naczynia).
Porozstawiane ciasno jeden przy drugim, grubo ciosane stoły przyozdobione tlącymi się mdło ogarkami nie były okupowane przez żadną klientelę, być może ze względu na wczesną porę, a być może z powodu sporego spadku obrotów w tego rodzaju lokalach, odkąd wojna z mugolami nabrała rozpędu.
— Co, Ab, interes ci się nie kręci? — zawołał Tommy, przekrzykując ochrypły głos, który właśnie wszedł na wyższą oktawę, zawodząc jak zarzynane prosię:
Poprowadź moją duszę w noc,
Niech gwiazdy rozświetlą mi drogę.
Chlubię się widokiem,
Dopóki ciemność nie obejmie dnia*.
Aberforth podniósł głowę znad ściskanej w ręku szmaty, odstawił szklankę gdzieś za ladę i uśmiechnął się kwaśno uśmiechem, który nie obejmował jasnoniebieskich, pobladłych oczu.
— Moja mordownia przynajmniej nie wyleciała w powietrze, Tom — odburknął ponuro Aberforth, wydłubując ze swojej przydługiej, gęstej brody szarawego, starego orzeszka ziemnego, mechanicznym gestem odrzucając go pod ladę na mętną, klejącą się od brudu podłogę.
Zza drewnianych, ciemnych drzwi będących w oklepanym stanie, mieszczących się za szynkwasem, wyjrzała pstra, brązowo-biała koza, kręcąc zwisającą, białawą brodą, zahaczając przy tym wygiętymi, przetartymi rogami o futrynę; żuła obojętnie kilka liści sałaty, które wystawały jej z nieco przygrubego pyska jak łowiecka zdobycz. Pomiędzy stolikami wisiała słodkawa, bezprecedensowa woń przegniłych truskawek, mieszająca się leniwie z odorem koziego moczu i sfermentowanego alkoholu - choć te dwa ostatnie były do siebie zadziwiająco podobne.
Tommy skrzywił się, chowając za umorusaną licznymi zaciekami, niewysoką szklanką piwa.
— Mogłeś chociaż, Ab, nie rozwadniać alkoholu staremu rywalowi — sarknął w swój trunek, któremu daleko było do określenia go: „złotym". Jeśli o kolor idzie, bardziej od złota przywodził Tommy'emu na myśl mocno spieniony mocz.
Ferte in noctem animam meam,
Illustrent stellae viam meam.
Aspectu illo glorior,
Dum capit nox diem* — wył niestrudzenie kobiecy głos, tak wysoki, że aż uszy od niego mierzwiły.
Tommy przechylał mocno głowę to w stronę jednego ramienia, to drugiego, strzykając przy tym głośno starymi kośćmi.
Lotty, machająca leniwie nogą pod niewysokim blatem, upiła dwa, potężne hausty piwa, nawet się przy tym nie krzywiąc, po czym odstawiła z werwą szklankę na stary, porysowany blat i oceniła niczym fachowiec:
— Gorsze od Wielosokowego.
Stary właściciel lokalu rzucił dziewczynie niechętne spojrzenie i sarknął coś gburowato pod nosem, czego Tommy - szczęśliwie - nie dosłyszał. Posesjonat przybytku z Nokturnu obserwował, jak Aberforth nalewa sobie pół szklanki piwa, rzuca mokrą szmatę gdzieś pod kontuar i trzaskając dwuskrzydłowymi, wahadłowymi, dość niskimi drzwiami, które po dogłębnej analizie poczynionej przez Tommy'ego okazały się drewniane, rusza w ich stronę z krzywym grymasem klejącym się do twarzy tak, jak stare, rozlane kiedyś piwo przylegające do stołowych blatów.
Wysoki, stary czarodziej usiadł naprzeciw nich przy niedużym, ciasnym stole, stawiając z krzywym grymasem swoją szklankę na brudnym blacie.
— No — zapytał Aberforth, pochylając głowę i nasuwając na nos ubrudzone tłustymi odciskami palców okulary — więc co tam takiego się stało, co?
Tommy dostrzegł, jak Lotty mruga pospiesznie - jakby coś wpadło jej do oczu - i pochyla głowę nad swoim piwem, chcąc ukryć wilgoć, która zakręciła się pod jej powiekami. Przybierając beznamiętną minę, wyciągnął z wewnętrznej kieszeni płaszcza materiałową, w miarę czystą chusteczkę, ale Lotty - wciąż nie patrząc w górę - pokręciła tylko przecząco głową, więc ze wzruszeniem ramion, rzucił ją na wysłużony blat.
— Wyobrażasz sobie mugoli na Nokturnie, Ab? — warknął ze zdegustowaniem Tommy, drapiąc się po siwiejącej głowie. — Można dojść do wniosku, że ta cała chodnikowa, szemrana hołota zgniecie te mugolskie ścierwa na wiór, zanim zdążą powiedzieć: „inwazja", a tu nie, pojawiają się tacy i roznoszą ci gościniec, szynk i chałupę, a potem ulatniają się, jakby się deportowali.
— Austriackie gadanie — burknął Aberforth, marszcząc nos i upił tęgi łyk piwa. — Przecież to mugole.
Tommy sarknął głośno i zmierzył właściciela Świńskiego Łba posępnym jak gradowa chmura spojrzeniem bladych oczu.
— Poczekaj no ty, aż dobiorą się do Hogsmeade, cwaniaku — pokręcił głową Tommy, wdychając tę dziwną woń zgniłych truskawek — wtedy porozmawiam sobie z tobą z podobnym lekceważeniem.
— Hmm — mruknął pod nosem Aberforth, przeczesując palcami siwą brodę, obserwując Tommy'ego spod gęstych brwi; Tom odkroił stępionymi sztućcami tęgi kawałek golonki, umazał ją obficie w chrzanie i wepchał sobie całość go ust. — Więc? Żadnego z tych nienawistników nie uchwycono podczas tej krzykliwej agresji na Nokturn? Ani jednego, tępego mugola?
Tommy przełknął z trudem suchy kawał mięsa, który stanął mu w gardle jak wykałaczka i odłożył sztućce na umazany chrzanem talerz. Złapał za świeżą chustkę, którą wydobył z wewnętrznej kieszeni wiszącej na oparciu peleryny i wytarł dokładnie usta, zastanawiając się, czy nie wypluć sflaczałego kawałka mięsiwa, które za nic nie chciało się pogryźć, na serwetkę. Wreszcie przełknął go ciężko i popił rozwodnionym piwem, marszcząc przy tym nos, jakby dolatywał do niego nieznośny, gryzący nozdrza zapach.
— Abby — westchnął Tom, opierając łokcie o blat i spoglądając na Aberfortha znad splecionych w powietrzu palców swoimi jasnymi, błękitnymi oczami, mnąc serwetkę z ukrytym w niej, przeżutym kęsem w dłoni. — Tam nie było czasu na żadną reakcję, zrozum. Nokturn zaczął wybuchać, jakby to była sprawka starych, dobrych Śmierciożerców. Potrafisz to sobie wyobrazić? Pół ulicy wyleciało w powietrze, jakby pod brukiem był jakiś wygaszony wulkan, który nagle się rozbudził. — Tommy odwrócił wzrok w stronę wygaszonego, ciemnego kominka znajdującego się w rogu, który wzbierał w popiół i żużel (Tom, widząc to drugie, mocno zaczął się zastanawiać, co takiego stary Aberforth mógł też tam spalać). — Mój bar z sekundy na sekundę stanął w płomieniach, jakby cały budynek potraktowano wyjątkowo potężnym Incendio — przyznał, ściszając głos, zerkając z kwaśną miną na Aberfortha; pochylił się nad stolikiem, jakby przymierzał się, aby zdradzić nie byle jaki sekret. — Wszystko przebiegało po staremu, obroty, może nie za wysokie, ale podobne do tych, co ostatnimi czasy, szły gładko. Lotty znów żebrała o kufel piwa — rzekł, gestem podbródka wskazując na młodą, lekko znużoną, rudą dziewczynę, która zerknęła na Aberfortha spod rzęs, mrugając zalotnie — niemalże kładąc mi się na kontuarze.
— Hej! — zaprotestowała Lotty, odrzucając długie, przesuszone włosy na plecy. — No wiesz co! Wcale się nie kładłam na ladzie, Tommy!
Eks barman zignorował młódkę, mierząc właściciela Świńskiego Łba przewiercającym spojrzeniem.
— Te stare małpiszony, wlewające w siebie byle chłam dla upicia się jak bydlę, stawiały głośno zakłady, kto pierwszy zaśnie pod stołem, nalewałem dla któregoś z nich piwa, wyciskając z jego kieszeni podwójną kwotę, a moment później wszystko poszło w drzazgi. Wszystko, Ab, co do joty. Zdążyłem złapać Lotty, rzucić Despulso na walące nam się na głowy płaty sufitu i wydostać się tylnymi drzwiami i nie myśl, że to było łatwe. W miejscu mojego baru ostał się kamień na kamieniu, istne ruiny, Abby, wyobraź sobie, gruzowisko, to było gruzowisko nie lokal. — Tommy odetchnął głęboko, przecierając kark sękatymi dłońmi. Upił potężny łyk piwa; biała piana osiadła mu na brodzie i zaczęła ściekać z kącików warg.
Aberforth patrzył na niego w milczeniu, by w pewnym momencie obrócić wzrok ku ścianie i zapatrzyć się w nią swoimi jasnymi, niebieskimi oczyma.
— Zasadniczo nie powinno mieszać się piwa z goryczą eliksiru na ból głowy, ale może...? — zaproponował przyciszonym głosem właściciel Świńskiego Łba, pochylając głowę tak bardzo, że siwe, przydługie włosy zasłoniły mu twarz.
Tommy zamknął oczy i przetarł zmęczonym ruchem dłoni powieki (pod jego oczami rozlewały się szerokie, fioletowe cienie - zupełnie, jakby podczas pijackiej libacji jakiś krzykacz przyłożył mu z prawego sierpowego).
— Tak — mruknął pod nosem nieco ochryple, opierając czoło na dłoni — dzięki, Abby.
-VVV-
Postąpił absurdalnie. Postąpił absurdalnie i był tego boleśnie świadom; chciało mu się płakać, wyć i skowyczeć, kiedy w szaleńczym, wyciskającym mu powietrze z płuc wirze aportacyjnym pojawił się z głośnym trzaskiem u podnóża zewnętrznych, granitowych schodów tej posiadłości, którą zdążył znienawidzić całym sercem, a która - w pewien niemożliwy, niebywały sposób - stała się jego okazyjną ostoją. Czuł łzy toczące się po jego twarzy, zżerające go od środka wrażenie, że zachował się niemoralnie, z niesprawiedliwością cechującą kretyna z krótkowzrocznością umysłu, łudzącego się, że jego postępowanie wcale nie sprowadzi na innego człowieka tragedii, a wszystko będzie się wiodło dobrze, uśmiechy będą wciąż promienne, a serca łaskawe i promieniujące ciepłem wobec innych ludzi. Mógłby zacząć argumentować, dlaczego słuszność leżała po jego stronie, mógłby zacząć się spierać z zarzutami, które podsuwał mu pod nos jego własny umysł, mógłby zacząć rozumować z ordynarnością cechującą prawdziwego adwokata diabła, ale miał ochotę wypłukiwać oczy i bić pięściami w ziemię, i zawodzić zdławionym głosem o niesprawiedliwości tego przeklętego świata.
Podniósł głowę na frontowe drzwi, zastanawiając się, czy on zdaje sobie sprawę z ich obecności; wiedział, że łzy lepią się do jego rzęs i policzków jak żywica, ale rwący ucisk w klatce piersiowej i huczące dudnienie gdzieś w głowie nie zgadzały się na to, by odtrącić tę słoną wilgoć, nie zgodzić się na nią, nie zaakceptować jej. Łzy same toczyły się po jego twarzy, a on trząsł się jak osika, zakleszczając żelazny uścisk palców na ramionach chudego, nieprzytomnego ciała (nie stracił przytomności, zanim się deportowali, musiało to nastąpić w trakcie teleportacji łącznej - dziękował wszelkim bóstwom, że ściskanej przez niego mocno sylwetki nie rozszczepiło jak po przejściu przez pryzmat załamujący światło).
Czy on wiedział, że oni tu są? Musiał, musiał wiedzieć, nie widział innego wyjścia - wątpił, aby w stanie, w którym się obecnie znajdował, udało mu się wykrzesać z siebie na tyle silne wspomnienie, aby pozwoliło mu ono przywołać cielesną, mówiącą formę patronusa. Czuł ucisk w gardle tak drażniący, jakby kolce ostrokrzewu wbijały się w jego podniebienie, kaleczyły język, spływały w dół przełyku.
Czerwień kleiła się do jego palców jak rosa, kiedy kładł dłoń na bladym jak płótno czole nieprzytomnego, ledwie ułamkiem umysłu rejestrując, że to chude ciało jest trawione przez wysoką, palącą opuszki jego palców, gorączkę.
Drzwi naprzeciw niego otworzyły się bez zgrzytu, a następnie trzasnęły tak głośno, że wzdrygnął się, mając wrażenie, że ten niespodziewany huk jedynie spotęgował dudnienie, jakie czuł w uszach.
Zawroty głowy ogarnęły Harry'ego jak fala - wiedział, że zachwiał się jak pijany i zatopił głowę w leżącym połowicznie na jego kolanach ciele, wciskając nos w przesiąknięte krwią łachy, które kiedyś były czarną - nawet dosyć porządną - peleryną; drżał tak mocno, jakby wokół niego raptownie obniżono temperaturę i nie wiedział, czy było to związane z przesiąkającą przez jego szatę wilgocią roztopionego śniegu, czy z czymś zupełnie innym - fakt faktem: jego zęby szczękały tak mocno, jakby za moment miał odgryźć sobie język i choć wyciskał z siebie resztki swojej (tak słabej, tak delikatnej) woli, aby je zatrzymać, te ani myślały słuchać się jego chęci i nakazów. Puls migotał w zagłębieniu jego gardła z siłą przemarzniętego wróbla, kulącego się na połaciach lodu.
Wysoki czarodziej, który uklęknął przed nim, był okuty w czerń, jakby oblekała go wieczna noc, wieczny mrok, który go połykał. Harry miał wrażenie, że drętwieją mu kończyny - nie czuł ani ramion, które uporczywie zaciskały się na cudzych, ani nóg, które przyciskało mu inne, ciężkie ciało - jego palce i dłonie mrowiły, jakby tysiące drobnych, niewidzialnych igieł kłuły od środka jego skórę, ani myśląc przestawać. Długie palce siedzącego przed nim mężczyzny zacisnęły się kurczowo na różdżce - jej jarzący się mdłym, jasnym światłem koniuszek zaczął przesuwać się powoli po ciele Draco, Harry słyszał głęboki głos inkantujący monotonnie jakieś ciche słowa, których sens i znaczenie gubiły się gdzieś w powietrzu pomiędzy nimi.
Drzwi ponownie trzasnęły - tym razem dużo głośniej. Harry - odchodząc od zmysłów - łapał spazmatyczne wdechy, nie wiedząc, jak powinien złapać regularny rytm zaciągania się rześkim, lodowatym, zimowym powietrzem.
Przed oczami mignęło mu pasmo białych włosów (jakiś zagubiony kosmyk uderzył go w twarz), przebłysk arystokratycznych rysów twarzy (absurdalne wrażenie, że zerka w rozczarowaną twarz Dracona), światło słońca odbite w rodowych pierścieniach zdobiących silne palce (uderzenie w twarz tak mocne, że padł do tyłu, przygryzając sobie boleśnie język - metaliczny posmak krwi zagościł w jego ustach niczym wspomnienie starych lat).
— Lucjuszu, schowaj różdżkę — usłyszał niczym echo dochodzące z oddali, zanim przed oczami zamajaczyło mu jarzące się na czerwono drewno. Harry wiedział, że na jego poszarzałą twarz wpłynął drżący, kruszejący jak chińska porcelana grymas, wiedział, że łzy mieszają się ze śniegiem, klejącym się do jego włosów - ale to dobrze, to dobrze, może nie będzie ich widać, nie aż tak wyraźnie. Jego nos był chyba złamany - ból pulsował mu aż po samą czaszkę, czuł krew lejącą się na jego usta jak woda z fontanny. Przewrócił się na bok i wypluł ślinę zabarwioną czerwienią z ust, która zaczęła wsiąkać w miałki śnieg jak dym. — Opuść różdżkę. — Głos wezbrał na intensywności; warkliwe nuty przedarły się przez powietrze jak ostrzeżenie. — Lepiej zabierz swojego syna do środka. W moim składziku powinieneś znaleźć fiolkę eliksiru przeciwgorączkowego.
Ktoś złapał Harry'ego za włosy (nie bronił się, nie wiedział, po co), podniósł go ostro z ziemi, wyrywając mu przy tym kilka kosmyków i szarpnął jego głową, jakby ta była piłką.
Łzy rozmazywały mu obraz, ale nie mógł nie zobaczyć tuż przed nosem rozdrażnionych, szarych oczu błyskających furią. Z tej odległości był w stanie dostrzec każdą najmniejszą zmarszczkę na jego czole, pomiędzy brwiami, przy niewielkim nosie, każdy przebłysk opętańczej furii kotłujący się w źrenicach jak trwający koszmar.
— Lucjusz! — wysyczał wściekły głos gdzieś blisko, tuż obok, przywodzący Harry'emu na myśl jadowitą kobrę sposobiącą się do ofiarowania swego śmiertelnego pocałunku.
Trzymające go, bezlitosne dłonie zniknęły, jego twarz musnął powiew trącanego czarną szatą powietrza. Harry, starając się zrozumieć, co się wokół niego dzieje, patrzył martwym wzrokiem na wzdymającą się przy każdym, silniejszym powiewie wiatru, czarną szatę, zasłaniającą mu widok niczym skrzydła czarnego anioła.
Ktoś odetchnął z rozdrażnieniem, czyjeś ramiona sięgnęły do leżącego na śniegu Dracona (Harry tylko częściowo widział, jak chude ręce podnoszą Draco z ziemi niczym woskową kukłę bez kropli życia), Harry słyszał ciche łkanie dobiegające gdzieś z pobliża i chwilę trwało, zanim zorientował się, że dochodzi ono z jego własnych ust. Mięśnie jego brzucha zaciskały się dziwacznie, wywołując tym przeszywający ból, przenikający w głąb jego ciała jak zaklęcie.
— Przepraszam — wychrypiał, choć szukał innych słów, szukał sposobu, na powiedzenie Snape'owi, że nie jest żadnym, bohaterskim Gryfonem, że ucieka, jakby goniło go stado hipogryfów, że podejmuje decyzje w sprawach życia i śmierci, chociaż nikt go do tego nie uprawnił i zasługuje na potępienie: chłodne i ciężkie jak beznamiętny głaz. Jego usta były zdrętwiałe, jego język zdawał się wypychać mu podniebienie jak balon; krew sączyła się spomiędzy jego zębów jak ropa, spływając wzdłuż jego brody i szyi, wsiąkając w kołnierzyk szaty.
Ziemia była lodowata, śnieg rozpuszczał się na jego dłoniach jak wata cukrowa na języku, ale wbijał w nią palce tak mocno, że jego paznokcie musiały już krwawić, musiały łamać się jak herbatniki w zębach - ból pulsował w jego czaszce jak różdżka, wyciskająca z siebie zaklęcie zabijające, łupało go w karku i skroniach, miał ochotę zamknąć oczy i zapaść się pod ziemię, zniknąć, rozpłynąć się pośród tego śniegu, pośród zamarzniętej na kość ziemi, wrosnąć w nią, zniknąć w niej jak stare kości.
Snape odwrócił się ku niemu jak za mrugnięciem powiek (Harry wzdrygnął się, spodziewając się, że on także go uderzy i skulił ramiona, napinając mocno mięśnie, przygotowując się na tępy, ostry jak brzytwa cios).
Który nie nadszedł.
— Co się wydarzyło? — wyszeptał ciężkim głosem Snape, jego oczy błądziły po jego twarzy z jakimś dziwnym, rozpaczliwym spojrzeniem i Harry'emu przemknęło przez myśl, że jego ziemista twarz musi wyglądać nie mniej opłakanie, niż jego własna.
Harry wykrzywił - przez łzy - wargi w cierpkim grymasie i zanim się powstrzymał, zaczął się śmiać - a był to śmiech tak suchy i tak dźwięczny, jak młot uderzający o betonową ścianę.
— Proszę się nie obawiać, Naczelniku, pańskiej córki z nami nie było. — Harry był z siebie dumny, że udało mu się przecisnąć przez gardło tak logiczne zdanie, a choć brzmiało to bardziej jak: bła, bła, bła, ble, ble, jego konstrukcja była nadzwyczaj sprawna, patrząc na stan, w jakim się obecnie znajdował. Jego własny śmiech dudnił mu w uszach jak koła kolei parowej, w głowie czuł tak wielki ucisk, jakby jego mózg ściskały szpony metalowych potworów.
— Poszliście do mugoli — stwierdził pustym głosem Snape, na co Harry zadławił się krwią wypełniającą mu usta.
— Skąd...? — wydukał charkliwym tonem, zanim nie rozkaszlał się, zginając wpół i wypluwając krew na śnieg.
Mistrz Eliksirów uchwycił jego podbródek w swoją dłoń, magia zatańczyła na skórze Harry'ego jak iskry.
— Nie jestem głupi, dzieciaku — westchnął zrezygnowanym tonem Snape, przesuwając powoli różdżką po jego szczęce (Harry drżał i drżał, panika rozbłysła mu przed oczami jak spadająca gwiazda) — potrafię jeszcze rozpoznać ranę postrzałową. — Czarnooki czarodziej wskazał niewielkim ruchem głowy drzwi wejściowe do swojej posiadłości (Harry odetchnął chwiejnie, starając się uspokoić).
Magia lecznicza przesuwała się opieszale po jego skórze, a Harry bał się, że ta w każdej chwili może przybrać postać zaklęcia torturującego. Jego zielone oczy musiały być pełne lęku, kiedy spoglądał w popłochu na starszego czarodzieja, bo ten zmarszczył czoło i szybko odsunął różdżkę od jego zabrudzonej krwią, śliną, mokrej od śniegu twarzy. Zaklęcie urwało się jak niedokończona piosenka.
— Chodź — Snape wstał z szelestem szaty z ziemi i podał mu rękę; Harry zapatrzył się na nią, odsuwając się nieznacznie po zimnej ziemi — opowiesz mi, co się stało.
Czuł głęboką gulę w gardle, niepozwalającą mu oddychać i przemknęło mu przez myśl, że lada chwila przyjdzie mu się udusić. Przełknął ciężko ślinę, czując rdzawy posmak krwi na języku, gapiąc się na bladą, chudą dłoń Snape'a, jak na narzędzie zbrodni. Miał świadomość tego, że jego ciało trzęsie się jak pod wpływem wyjątkowo paskudnej klątwy, ale im bardziej starał się temu zapobiec, tym bardziej niedomagał.
— No, chodź — powtórzył Snape tym swoim cichym, głębokim głosem, który przeciekał mu aż do kości, dotykając szpiku jak igła.
Harry, czując, jak jego emocje łamią się na pół, podniósł na Snape'a wzrok przerażonego dziecka, kulącego się w ciemnym kącie, ukrywającego się przed rozjuszonym wujem Vernonem, krzyczącym wniebogłosy swoim donośnym tonem, od którego trzęsły się ściany, podczas gdy kropelki śliny bryzgały wszędzie wokół jak krew z ciała rozcinanej zwierzyny. Miał świadomość tego, że jego nieposłuszny umysł jest w szoku i że powinien się jak najszybciej otrząsnąć, złapać równowagę, uspokoić się, ale jego ciało nie chciało nawet myśleć o współpracy. Czuł się zamknięty w sobie - jakby więziła go dzika bestia kotłująca się pod jego skórą jak tornado, wyjąca wściekle z nieograniczoną agresją - płakał, choć starał się to zatrzymać, wgryzał zęby w dłonie i nadgarstki, mając nadzieję stłumić skowyt ranionego zwierzęcia wyciekający z jego ust wraz z krwią z przegryzionego języka. Nie był w stanie podnieść się i wyprostować, choć marzył o tym, aby unieść wysoko brodę i uśmiechnąć się chłodno, i spojrzeć Snape'owi prosto w oczy, i sycić się uczuciem, że mógłby go teraz oszukać, udając, że nic mu nie jest, podczas gdy jego dusza stała w ogniu. Problem leżał w tym, że nie potrafił.
Snape wypuścił ciężko powietrze i uklęknął przed nim na zimnym śniegu, schował różdżkę do wewnętrznej kieszeni długiej szaty, oparł dłonie o śnieg, a te zatopiły się w nim jak w miękkiej pierzynie (Harry obserwował go, starając się zmusić swój umysł do pracy, mając wrażenie, że jego głowa ciąży ku ziemi jak głaz spadający ze szczytu góry).
— Twoje napady paniki są niepokojące, dziecko — wyszeptał Snape, przyglądając mu się, jakby go oceniał (zmarszczka malująca się pomiędzy jego brwiami pogłębiła się jak za cięciem nożycami). Czarne oczy obiegły jego twarz, jakby szukały w nich ran, których nie widać. — Co tam się wydarzyło, hmm? Dlaczego Draco skończył z postrzeleniem, a ty wpadłeś w tak ogromną histerię? To ze względu na jego obrażenie?
Harry, wysilając swój umysł ponad przeciętność, żeby przetworzyć kierowane do niego słowa, pokręcił powoli głową (jego wargi wciąż były ścierpnięte, jakby chodziła po nich kolonia mrówek).
— Więc jaki jest tego powód? — Głos Snape'a był miękki, zapraszał do zdradzenia mu swoich tajemnic, otwierał przed nim możliwość wlania w niego słów, pozbycia się ich jak paznokcia, jak wspomnienia odcedzonego do Myślodsiewni.
— Znalazłem ją — przecisnął przez zaciśnięte gardło Harry. — Znalazłem ją i wszystko miało przejść gładko. Spieprzyłem to, Snape, spartaczyłem całą robotę. Jak mogłem? — Jego dłonie - już teraz czuł to bardzo wyraźnie - drżały spazmatycznie.
Snape milczał; jego czarne oczy leżały jak kamień księżycowy na jego skórze.
— O bogowie, niedobrze mi — jęknął zielonooki, przykładając dłoń do czoła i oddychając chwiejnie (miał wrażenie, że nie czuje swoich palców - dlaczego, na Morganę, nie czuł swoich palców?).
Snape jeszcze mocniej zmarszczył brwi.
— Znalazłeś kogo? — zapytał powoli, śledząc zieleniejącą jak trawa twarz Harry'ego.
Młody czarodziej zaśmiał się sucho, mając ochotę bić głową w ścianę i rwać sobie włosy z głowy, ale nie robił tego, nie robił nic, poza skupianiem się na oddychaniu, gapieniem się gdzieś w śnieg i podejmowaniem rozpaczliwych prób zatrzymania wylewającego się z niego, panicznego śmiechu.
— Siostrę Hermiony.
-VVV-
— ...byliśmy ukryci w tym głuchym dole, robiącym lokalnej społeczności za śmieciowisko, ona płakała, cały czas tylko płakała, a oni wypuścili psy gończe i musieli, oczywiście, że musieli nas znaleźć. — Łzy wyschły z jego twarzy, kiedy zagłębiony w miękkim fotelu, okryty szczelnie kocem, popijał małymi łykami herbatę z miodem i cytryną z szerokiej filiżanki, wpatrując się otępiale w falujący, jasny od soku z cytryny, gorący napar. Coś boleśnie kuło go w gardło i podniebienie, zupełnie, jakby połknął kamień, ale mówił dalej - jego usta poruszały się jak zacięta maszyneria mugolskiej broni palnej. Jego serce łupało pod jego mostkiem, jakby wciąż siedział w tym zimnym dole pełnym śmieci, nasłuchując jak szalony odgłosów pokrzykiwań i odbezpieczanej broni. — Mieli jakieś ciężkie buty, które uderzały o śnieg jak werble, albo to tylko moja wyobraźnia, nie wiem, w każdym razie słyszałem ich, słyszałem, jak się zbliżają, słyszałem odgłosy odbezpieczanej broni, a te psy ujadały tak głośno... — Przełknął ślinę, spuszczając głowę, wlepiając wzrok w parującą herbatę. Gorąca para osiadła na jego okularach, skraplając się na nich jak mgła, rozmazująca mu obraz z chirurgiczną precyzją. Odetchnął głęboko, szukając w sobie sił na to, by wypowiedzieć dalsze słowa. — Jego nigdzie nie było, rozumiesz? Mieliśmy się tam spotkać, a on nie przychodził — powiedział zdławionym tonem i z lekkim zawstydzeniem otarł kilka łez, które wyrwało się spod jego powiek. Jego włosy nie zasłaniały mu już twarzy po spuszczeniu głowy i Harry pierwszy raz pomyślał o tym, że może jednak nie postąpił dobrze, ścinając te swoje niesforne kosmyki. — Bałem się, że... — urwał, zagryzając dolną wargę, która i tak liczyła sobie pokaźną ilość milimetrowych ranek, pęknięć i otarć. Podsunął sobie pod usta kubek z herbatą i upił niewielki łyk, nie zważając na to, że gorący napar parzy go w język. Ledwo wyczuwalny zapach Eliksiru Uspokajającego mieszał się z zapachem spalanych w kominku drew, trzaskających ciepłym ogniem. — Bałem się, że nas znajdą albo że znaleźli jego, bałem się, co mogli z nim zrobić, siedziałem w tym dole, zaciskając dłonie na jej ustach, bo ona nie przestawała płakać, mając tę głupią nadzieję idioty, że Draco niebawem się pojawi i wszystko znów będzie miało kolorowe barwy. Powinienem uciekać, wiedziałem, że powinienem złapać ją i deportować się, ale nie mogłem bez Draco, po prostu nie mogłem. — Ucisk w gardle na krótki moment zdusił jego słowa. Harry zaczerpnął łapczywie powietrze, zamknął oczy i pociągnął łyk doprawionej eliksirem herbaty. — Wiesz, mogłeś mi zwyczajnie wlać zawartość fiolki do gardła, zadziałałoby sprawniej — odetchnął chwiejnie Harry, przecierając palcami nasadę nosa i poprawiając zjeżdżające mu na jego czubek okulary. — Nie wiem, czy te chaotyczne wyjaśnienia cokolwiek ci zobrazują.
— Po prostu... mów do mnie — odezwał się powoli Snape, odgarniając z twarzy czarne jak atrament włosy.
Zielonooki oblizał nerwowo usta, przyciskając dłonie do gorącej filiżanki.
— Oni byli blisko i byli uzbrojeni. Bolała mnie głowa, a ona zachowywała się tak głośno... Te psy gończe... one zgromadziły się wokół tego dołu i zaczęły warczeć, a ona zaczęła krzyczeć i krzyczała, i krzyczała... bałem się, że jeśli nie będzie cicho, te zwierzęta skoczą nam do gardła. Ktoś puścił serię z karabinu gdzieś w przestrzeń albo do nieba, a może do jakiegoś celu, którego nie widziałem i te psy się rozbiegły, rozleciały wokół jak ptaki polne. Czułem się, jakbym ogłuchnął, piszczało mi w uszach i myślałem, że jeżeli oni za moment nie przestaną strzelać, to czaszka pęknie mi na pół, na ćwierć, ale przestali, przestali, a któryś z nich zawołał: „mamy twojego współspiskowca, psie, wyłaź albo go rozstrzelam", jakby Draco był przestępcą albo jakimś mugolskim, rządowym antagonistą i zacząłem się zastanawiać, czy to by go bardzo bolało, czy byłoby szybkie i proste jak Avada Kedavra. Bo Avada Kedavra to tylko słowa, wiesz? Błysk zielonego światła. Nie zauważasz nawet, że umierasz, nic nie czujesz, nawet łaskotania, nic. — Harry odetchnął głęboko i zamknął oczy. — Więc wyszedłem. Wyszedłem, ściskając różdżkę, myśląc, że to głupie, bo co ja im mogę tą różdżką zrobić, jak ja jestem jeden, a ich jest cholera wie ile. Wyciągnąłem ją z tego dołu i postawiłem przed sobą jak tarczę i mówię do nich: „proponuję wymianę" — przyznał słabym, cichym głosem, czując, jak serce truchleje mu w piersi; pociągnął nosem, upijając łyk z gorącej filiżanki, kiedy stało się jasne, że nie jest w stanie mówić, że jego gardło zacisnęło się jak pięść i nie chce się rozluźnić. — Mogli ją zabić. Mogli jej zrobić krzywdę, gdyby dostali ją w swoje szpony. Nie mogłem mieć pewności, że zwyczajnie odprowadzą ją do tej zastępczej rodziny, ale było mi wszystko jedno. Widziałem tylko bladą jak u trupa twarz Draco i lufę przyciśniętą do jego głowy, i jego zaciśnięte mocno powieki, i nic więcej. Nic więcej. Powiedziałem, że oddam im dziewczynę, jeśli oni puszczą Draco wolno. Zaczęli się śmiać. Zaczęli się śmiać, więc wycelowałem jej różdżką w gardło, jej, małej siostrzyczce Hermiony — jego głos stał się kruchy jak chińska porcelana, a Harry miał wrażenie, że wypycha go z gardła na siłę na ten denny świat — i potraktowałem ją Cruciatusem. To było dziwne, wiesz, Snape? Jakby ktoś wykonywał za mnie te ruchy, były tak bardzo mechaniczne, a jednak miałem pełną świadomość własnego działania, ale mimo to nie potrafiłem przestać. Jakby słowa, w które układały się moje usta, nie pochodziły ode mnie, a wkładane mi były na język przez kogoś innego. — Harry uniósł wzrok na czarne oczy; miał wrażenie, że zmarszczki wokół jego oczu pogłębiły się, a twarz spoważniała. — Przestali się śmiać — wyszeptał. — Powiedziałem, żeby ruszyli w tym samym momencie do przodu: ona i Draco, żeby się minęli w połowie. Dziewczyna zaczęła się szarpać. Krzyczała, że ona nie chce wracać do tego okropnego domu, że ona chce do swoich rodziców, że ona nie będzie się mnie słuchać, że jestem bestią, że ją zdradziłem, że ma nadzieję, że ci mugole rozerwą mnie na strzępy, a Draco tam stał, po drugiej stronie, ze spluwą przy czaszce i patrzył na mnie. Tylko patrzył. Nic nie mówił, nie wyrywał się, czekał na to, co się wydarzy, jakby nie uczestniczył w tych zdarzeniach, tylko obserwował je z boku i to było straszne, wiesz? Byłem tak przerażony, że oni go zabiją, że nie będą się dłużej patyczkować, że i ja, i on otrzymamy lada moment kulkę w głowę, więc gotowy byłem na bardzo wiele, aby wyciągnąć nas z tego w jednym kawałku. Oznajmili, te mugolskie, poborowe ścierwa, że ktoś do mnie podejdzie i ją zabierze, a kiedy będzie odchodził, puszczą do mnie Draco, że pchną go w moim kierunku. Zgodziłem się, choć wiedziałem, że mogli mnie oszukać, że mogli zabić i mnie, i jego, i siostrę Hermiony na dokładkę. Ten wojskowy podszedł do mnie jak do dzikiej bestii, która lada moment może rzucić mu się do gardła, wziął Demetrię na ręce, twardo, bezosobowo, jakby była workiem ziemniaków, bez najmniejszego patyczkowania się z nią. Zaczęła go kopać. Krzyczała i płakała tak głośno... ona była tak głośno. Mówiła im, żeby mnie zabili, że jestem kłamcą i okrutnikiem, że mnie nienawidzi, że ma nadzieję, że spalę się w piekle. Wypuścili go. Wypuścili Draco, a on podszedł do mnie, sztywny jak kij od szczotki. Ten wojskowy z Demetrią na rękach poszedł gdzieś w stronę ulic, a wtedy ktoś krzyknął: „ognia!", a ja miałem ochotę zgiąć się w pół i zwymiotować. — Harry wybuchnął suchym śmiechem, śmiał się i płakał jednocześnie, zalewając się przy tym herbatą (musiał wyglądać niczym szaleniec, pozostawiony na rok w Azkabanie i wypuszczony po roku na wolność). Snape wstał ze swojego miejsca, wyciągnął mu porcelanę z dłoni i przyłożył rękę do jego wilgotnego czoła, przysłaniając nią bliznę w kształcie błyskawicy.
— Przecież żyjecie — wyszeptał, kucając przed nim na miękkim dywanie, patrząc w jego zwilgotniałe oczy, ostrożnie odstawiając filiżankę na podłogę (jej denko stuknęło lekko o drewniane deski).
Harry pokręcił ze wstrętem głową.
— Nie byłem dostatecznie szybki — powiedział przez zaciśnięte gardło. — Złapałem go i deportowałem się, ale jeden z pocisków go dosięgnął i... — zachłysnął się powietrzem, spuszczając głowę. — Jestem godny potępienia. Kupuję życie Draco za niewolę siostry Hermiony, a kiedy dochodzi co do czego, nie potrafię nawet zapobiec jego zranieniu.
Snape patrzył na niego długo, by po pewnej chwili powolnym ruchem wziąć jego ręce w swoje własne ziemiste, duże dłonie.
— Zrobiłeś wszystko, co się dało — powiedział cicho, błyskając na niego swoimi czarnymi jak obsydian oczami — i zrobiłeś to najlepiej, jak byłeś w stanie w tamtych okolicznościach.
Harry przełknął ciężko gulę zalegającą mu w gardle i podniósł wzrok na czarne, głębokie oczy obserwujące go jak najdalsze, tajemnicze zakamarki galaktyki.
— Dlaczego dodajesz mi ducha, Snape? — zapytał, wykrzywiając kwaśno wargi. — Czy po tej godnej podziwu akcji nie powinieneś mnie raczej potępić? — Harry wypluł z ust słowo: „podziw" jak gorzki, piekący posmak trucizny.
Snape zmarszczył mocno brwi. Chwilę później wyciągnął rękę i przyłożył chłodną dłoń do jego rozgrzanego policzka; Harry przełknął ciężko ślinę.
— A dlaczegóż to, po tym wszystkim, co zdarzyło się dzisiaj z twoim udziałem, ty uciekając, postanawiasz znaleźć schronienie właśnie u mnie? — Chłodne place przesunęły się po jego skórze jak cień.
Harry zaciągnął się chwiejnie powietrzem.
— Możesz żądać ode mnie posłuchu, Snape — odpowiedział, odważnie patrząc w czarne oczy Naczelnika — możesz mnie szykanować i oczekiwać ode mnie podjęcia działań niewspółmiernych z moimi kompetencjami. Możesz wypełniać swoją pustkę wymuszaniem u innych posłuszeństwa, jakby byli bezpańskimi psami, a ty właścicielem obskurnego schroniska, ale to nie znaczy, że przestaniesz interesować się moim losem. I sądzę, że jest już grubo za późno na to, żeby temu zaprzeczać.
Snape patrzył na niego tym swoim nieprzeniknionym, niemym spojrzeniem, z jakim człowiek wpatruje się w rosnący na polu kąkol albo przelatującego nad głową gołębia, a kiedy wreszcie się odezwał, nie zaprzeczył jego słowom, w ogóle się do nich nie odniósł, jakby te nie miały bodaj cienia szansy, żeby zaistnieć.
— Gdzie jest Katrina?
Harry nie wiedział, czy jest to jakiś pokrętny sposób na zmianę tematu, czy może żadna inna kwestia nie wydaje się Snape'owi na tyle istotna, aby ją drążyć.
— Jak zawsze: bezpieczna — oznajmił, odwracając wzrok — o ile nie przejdzie jej przez myśl, aby wyściubić nos z ukrycia.
Snape przechylił lekko głowę, mrużąc nieznacznie oczy.
— Gdzie się zatrzymaliście? — zapytał przyciszonym głosem.
Harry prychnął sardonicznie i pokręcił w niedowierzaniu głową.
— A jak ci się wydaje, Naczelniku? — sarknął mało przyjaźnie (zmęczenie odbijało się na jego słowach jak w tafli zwierciadła).
Snape wypuścił jego dłonie z uścisku swoich palców i wstał z chłodnej ziemi. Ten nieprzenikniony, trudny do rozszyfrowania wzrok czarnych oczu leżał na nim jak nadmorska bryza.
— W osławionej, dawnej siedzibie Zakonu Feniksa.
— Jaka szybka dedukcja — mruknął pod nosem Harry.
Czarnooki przechylił głowę, przyglądając mu się jak jakiemuś nadzwyczajnemu okazowi składnika do eliksirów.
— Wiesz — powiedział cicho, mrużąc ledwo dostrzegalnie oczy, jakby spoglądał pod światło — nie sądziłem, że wrócisz tam jeszcze z własnej woli. Myślałem, że nienawidzisz tego domu.
Harry skrzywił się i wzruszył ramionami, jakby strząchał z siebie pierze albo śnieżny puch, który spadł na niego z niskiego dachu.
— To moje dziedzictwo — odparł Harry tak, jakby to wszystko wyjaśniało.
— Tak — mruknął przyciszonym głosem Snape — nasze dziedzictwa mają tę cechę, że kleją się do nas jak żywica, tym bardziej, im mocniej są przez nas niechciane.
Harry spuścił wzrok, nie zamierzając tego w żaden sposób komentować.
-VVV-
Jego słowik wrócił do klatki - jakież to wspaniałe, jakież niespodziewane. Sam w nią wleciał, zatrzaskując wieko, bo „uciekał", jak to przyznał - jakie to fascynujące, że schronił się właśnie w jego wytęsknionych ramionach. Fantastyczne wręcz, ale czy nieoczekiwane? One zawsze wracają, te słowiki wychowane pod kloszem, bo życie jest zbyt okrutne, za mało tęczowe, spoglądają na nie swoimi szmaragdowymi, srebrnymi, onyksowymi oczami - jego kamienie szlachetne, jego perły - i przerażone okrucieństwem kłębiącym się po świecie jak zaraza umykają w bezpieczne miejsce, odgrodzone od mugolskiej machinerii, od ostrych jak scyzoryk pocisków, od nienawistnych spojrzeń i wybuchów zabójczego ognia. I po co szukać, po co marnować siły witalne i dedukcyjne, po co się urabiać po łokcie, skoro wystarczy uzbroić się w cierpliwość i czekać? Potężna broń - ta cierpliwość - mogąca zdziałać cuda.
Znów się naraził, niemądrze i prostacko, być może porażka w wybawieniu siostry jego starej przyjaciółki nauczy go rozsądku, może kiedy zrozumie, że jest winny - swojego fiasko w działaniu ratunkowym dla - jak ona się nazywała? - oraz uszczerbku na zdrowiu Dracona, wpoi mu to podświadomie nakaz posłuszeństwa wobec starszych, mądrzejszych i bardziej doświadczonych czarodziejów.
Jest taki delikatny - jak Lily - tak łatwo go zranić, tak łatwo złamać, wystarczy wiedzieć, który sznurek pociągnąć i z jaką siłą. Nie za mocno, bo się zorientuje, on nie jest naiwny, jest przebiegły, tak, potrafi postawić na swoim, jeśli się wystarczająco postara. Będzie z nim bezpieczny, to jedno jest pewne - odsunięty od niebezpieczeństwa, oddalony od dymiących luf karabinów, odstawiony w kąt jak czasowo nieużywana rzecz. Mógłby pogrozić mu palcem jak dziecku (on nie jest dzieckiem, Severusie!), powiedzieć mu, że postępuje śmiesznie, niedorzecznie, że niepotrzebnie wyściubia głowę zza bezpiecznej sfery. On będzie wyczyniał szlachetne głupstwa - jak to dzieci (Severusie!). To nie znaczy, jak słusznie sam zauważył, że przestanie ingerować w jego życie, że przestanie obchodzić go jego los (jego los? jego?), bo nie potrafił się od niego odsunąć, nie potrafił tak zwyczajnie go zapomnieć, zostawić na ulicy jak bezpańskiego kundla i odejść bez oglądania się za siebie.
Jednak nie mógł wykreślić z pamięci tego, że próbował on nim manipulować - ten sprytny dwudziestokilkulatek o oczach zielonych jak kamienie szlachetne - musiał na niego uważać, musiał oddzielić ziarno od plew, teraz kiedy był pewien, że nie wszystkie słowa tego zielonookiego anioła są nastawioną na niego pułapką, że potrafi on zatrząść się jak karciana wieża, kiedy sytuacja go przerośnie, rozpaść się przed jego oczami w drobny mak. Wszystkie niedogodności jego życia powoli i skrupulatnie łamały go dzień po dniu, odrąbując kawałek gipsu z tego pomnika - Wybrańca, Chłopca, Który Przeżył - chował swoją twarz za barwami siły, za woalką potęgi, pokazywał światu wierzchnią warstwę nałożoną na siebie jak rękawiczki - spokój i opanowanie, i niewzruszenie, za które go podziwiali, ale w środku potrafił pęknąć jak stary wazon, jak powłoka lustra, w którą ktoś cisnął kamieniem - przychodził do niego, zwijał się w kłębek jak kot, a jego bladą twarz przyozdabiały rysy i bruzdy tak głębokie, że ciężko uwierzyć, że mogły naznaczać kogoś tak młodego i tak - na pozór i powierzchownie - pełnego życia.
Mógłby być jego lustrem, mógłby być jego ukrytym odbiciem, powidokiem zostającym na źrenicy, klejącym się do powieki. Sobowtórem skradzionym z refleksu na szkle, stworzonym z jego cienia. Widział w nim podobieństwo do tego młodego, tłustowłosego, kościstego chłopaka, którego pragnął wymazać z pamięci, a który żył w niej, wieczny i trwały jak podstemplowana pieczęć.
Będzie z nim bezpieczny - jest w stanie uchronić go tu - w tej cichej rezydencji - przed mugolami, przed byłymi Śmierciożercami, nawet przed obecnym na miejscu Lucjuszem.
Nie potrafił tylko ocalić go przed samym sobą.
-VVV-
— No i po co ci to było, Demi?! — skandował ten inny tata, targając ją za ucho, jakby była niesfornym, nieposłusznym psem. — Po co ci to było? Teraz będziesz się tłumaczyć. Przed panem komendantem, młoda damo. Skandaliczne zachowanie! Skandaliczne, słyszysz? Brukasz hańbą naszą rodzinę i jej dobre imię, Demi.
Komendant był podstarzałym capem z brzuchem piwnym, pochłaniającym grubo krojone ciasto z kremem, które z przymilną miną postawiła mu przed nosem ta inna mama, popalającym cygaro z miną świadczącą o tym, że jest niebywale znudzony całą tą szopką. Patrzył gdzieś w okolice jej zaczerwienionego, piekącego ucha, takim wzrokiem, jakby wcale go nie widział, a myślami był oddalony o całe mile morskie.
— Panie komendancie — odezwała się cicho ta inna mama, przysuwając się do stołu, by przycupnąć niepewnie na krawędzi krzesła, jakby nie była pewna, czy godzi się siadać przy wojskowym wyższej rangi — nie chciałabym... nikogo usprawiedliwiać, ale to tylko impulsywne dziecko. Nie wiedziało, co robi.
Demetria miała ochotę zazgrzytać zębami, kiedy usłyszała, jak zwracają się do niej w rodzaju nijakim, a na dokładkę splunąć tej innej mamie pod nogi.
Komendant charknął cicho, przeciągnął palcami po podkręconym wąsie i odsunął od siebie talerz pełen okruszków po cieście.
— Może pan komendant skusi się jeszcze na kawałeczek? — zaproponowała usłużnie ta inna mama, uśmiechając się przymilnie, robiąc maślane, wielkie oczy.
— Nie, dziękuję — odezwał się komendant głuchym barytonem, od którego Demetrię rozbolał brzuch (choć nie można wykluczyć, że to obawa ścisnęła jej żołądek) i wycelował pulchnym paluchem w pierś Demetrii. — Młoda damo — fuknął, zakręcając sobie wąsy wokół palca lewej ręki — czy jesteś świadoma tego, że próba ucieczki z osobami tego pokroju jest w naszym państwie surowo zabroniona?
Demetria gapiła się na niego, zastanawiając się, czy gdyby nadzwyczaj się postarała i wepchnęła ten jego pulchny paluch do kontaktu, to czy wywołałoby to zabójcze porażenie prądem - szczerze wątpiła.
— Odpowiadaj, jak pan komendant pyta! — fuknął ten inny tata tuż nad jej uchem, opluwając ją przy tym drobinkami śliny; Demetria poczuła, jak kręci jej się w głowie.
— T-nie — zmieniła zdanie w połowie słowa (kątem oka dostrzegła, jak ta inna mama spuszcza wzrok i ledwo dostrzegalnie, powoli - z niemą bojaźliwością, jak jej się zdawało - przekręca głowę - w lewo, w prawo).
Komendant zmarszczył krzaczaste brwi, podnosząc na nią zaskoczone spojrzenie.
— Nie? — zapytał nie bez zaskoczenia, patrząc na Demetrię wyłupiastymi oczami stracha na wróble.
— Nie — odezwała się nieco głośniej Demetria, skromnie spuszczając wzrok.
— Hmm. — Komendant zastukał pulchnymi palcami o stołowy blat. — Ale chyba zdajesz sobie sprawę, z kim zadarłaś tam, na ulicy?
Demetria przejechała językiem po górnych zębach.
— Przedstawił się, mam na myśli tego pana, jako znajomy moich rodziców — powiedziała cichym, słabym głosem, po czym udając zagubienie, uniosła wzrok na przygrubego mężczyznę. — To znaczy... ludzi, którzy wcześniej mnie wychowywali.
Komendant zacmokał i zmarszczył mocno krzaczaste brwi, jakby się nad czymś mocno zastanawiał.
— Czyli... nie wiesz, jaki jest ich... hmm, gatunek? — zapytał, na co Demetria poczuła się zgoła niezręcznie.
— Słucham? — zapytała, zerkając kątem oka na tę inną mamę.
— Czy wiesz, kim byli ci ludzie? — zagaił komendant, nieco łagodniejszym tonem, jakby starał się ją przekonać do zwierzeń.
Ta inna mama, oddychając bezgłośnie, acz bardzo głęboko, pokręciła powoli głową.
— Nie — powiedziała głucho Demetria, oblizując wargi. — Myślałam, że byli znajomymi moich... znaczy...
— Ludzi, którzy cię wydali na świat — dokończył komendant, kiwając z animuszem głową, jakby coś tam, w tej wielkiej łepetynie, sobie przetwarzał - niczym komputer pracujący na pełnych obrotach.
Demetria poczuła ostry, piekący ucisk gdzieś w piersi; łzy napłynęły jej do oczu, choć miała nadzieję, że komendant tego nie dostrzegł i nie skomentuje jej słabości z bezwzględnym okrucieństwem. Zamrugała pospiesznie i przełknęła ślinę.
— Tak, właśnie — przyznała (głos jej się nie zachwiał, co było powodem jej bezgranicznej dumy).
— Hmm — mruknął komendant niczym gruby kot, wyciągający się na kominkowych, nagrzanych płytkach — więc to nie była żadna uknuta intryga — powiedział niewyraźnie pod nosem, zdając się głośno myśleć.
— Ależ, co pan, panie komendancie! — zawołała ta inna mama, z przesadnym zszokowaniem łapiąc się za serce. — To głupiutka dziewczynka, a nie rebeliantka!
Na ogół wzniosłaby głośny, szumny protest, gdyby nazwano ją: „głupiutką dziewczynką", ale tym razem ugryzła się w język, spojrzała niewinnie na pulchną twarz komendanta, robiąc przy tym maślane oczy, by po chwili, kiedy ten uchwycił jej wzrok, cnotliwie go spuścić.
— Widzi pan! — skandowała ta inna mama. — Ona nawet nie rozumie, o czym my rozmawiamy, z całym szacunkiem, ale to jakieś dyrdymały - myślenie, że ona byłaby w stanie być członkiem jakiejś zorganizowanej konspiracji. Głuptasie — zwróciła się do Demetrii, wstając od stołu i zawisając nad nią jak obraz wszystkich świętych — nie można ot tak sobie ruszać za nieznajomym. A gdyby cię porwał? Świat jest pełen bardzo złych ludzi, oczywiście, zważając na twój wiek, nie możesz o tym wiedzieć, ale to było bardzo, ale to bardzo nieodpowiedzialne zachowanie.
Demetria, obgryzając skórki we wnętrzu policzka, przestąpiła z nogi na nogę.
— Przepraszam. — Słowo: „mamo" nie przeszło jej przez gardło, ale nie była na tyle głupia, aby przy tym węszącym spisek wojskowym zwrócić się do niej: „proszę pani".
Komendant znów zaczął kiwać głową (przywodził Demetrii na myśl te gadżety do samochodów przedstawiające pieski z machającymi głowami, które poruszają się w odpowiedzi na wszelkie drgania auta, które swojego czasu jej tata masowo ustawiał na desce rozdzielczej, pomimo głośnych protestów mamy, sprzeczającej się o to, że któregoś dnia te durnowate zabaweczki - jak je nazywała - doprowadzą do wypadku). Uśmiechnął się jakoś mdło, uśmiechem, który bardziej niepokoił, niż dodawał otuchy i zaciągnął się cygarem, wypuszczając dym w kształcie obręczy, które rozmywały się nad kuchennym stołem jak duchy.
— Na przyszłość — oznajmił komendant, klepiąc się po wydatnym brzuchu — zalecałbym, aby państwo należycie pilnowali swojej podopiecznej.
Ten inny tata już otwierał usta, aby - jak przypuszczała Demetria - zrzucić całą winę na nią, kiedy ta inna mama zabrała pospiesznie głos:
— Oczywiście, panie komendancie, przepraszamy bardzo — zawołała piskliwie, kiwając głową — w końcu to też nasze niedopatrzenie.
Komendant kiwnął głową, jakby się zgadzał albo przyjmował przeprosiny, albo sam sobie odpowiadał na jakieś wewnętrzne rozterki, Demetria nie była pewna, ale z trudem powstrzymała się od - ogłaszającego wszem wobec jej stosunek do tego gburowatego, niezainteresowanego światem mężczyzny - wydęcia warg. Buchnął cygarem (dym rozlał się po blacie jak woda z przewróconego, plastikowego pojemnika, w którym macza się pędzle, przed zanurzeniem ich w innym kolorze farby), sięgnął po pstrokaty - całkowicie absurdalny - kapelusz, leżący na skraju stołu i nałożył go na łysiejącą głowę, zsuwając go mocno w stronę czoła.
— Traktujcie to jako upomnienie — oznajmił, skubiąc paznokciem swoją brodę — drugi raz nie będę taki uprzejmy.
Ta inna mama zerwała się z krzesła, zaczęła głośno wyrażać swoją wdzięczność (za bóg wie co) i pytając, czy ciasto smakowało (znamienitemu panu komendantowi), poleciała jak nurkujący w powietrzu sęp po zimowy płaszcz, który wojskowy zostawił w przedsionku.
Co za cyrk — pomyślała Demetria, grzecznie wstając z krzesła i z lekkim dygnięciem - na które ten nawet nie zwrócił uwagi - żegnając niezapowiedzianego gościa.
Odgłosy szurania, wylewnego, jednostronnego pożegnania, skrzypienie drzwi i odgłos zatrzaskiwanego za mężczyzną wejścia.
Ten inny tata wstał od stołu, przeszedł przez kuchnię, jakby spacerował, a potem - całkowicie nieoczekiwanie - zamachnął się i przyłożył Demetrii w twarz.
Krzyknęła - bardziej ze zdumienia, niż z bólu - złapała się za piekący policzek, który musiał nabiec krwią jak uszy po alkoholu i spojrzała wielkimi, pełnymi szoku oczami w twarz tego innego taty.
Zanim zdążyła zareagować w jakikolwiek inny sposób, drzwi kuchenne trzasnęły tak mocno, że nieomal wyleciały z futryny, a ona została sama z pulsującą bólem twarzą i wzdętym jak balon, bijącym przyspieszonym rytmem sercem.
-VVV-
Siedział w fotelu, który dosunął sobie do przestronnego, dwuosobowego łóżka, pijąc trzecią kawę z rzędu, przeciągając palcami po jasnych włosach, tak bardzo podobnych do włosów Narcyzy, które wplątywały mu się w palce jak jasne, niemal wchodzące w biel nici. Nie były tak gładkie, jakimi je zapamiętał, choć nie były też przesuszone, przesuwał po nich palcami, wodząc spojrzeniem po tej gładkiej twarzy, na której jeszcze godzinę temu widniały pojedyncze krople słonego potu. Obmywał mu twarz chłodną wodą - niewielka miska i bawełniany ręcznik, połowicznie zanurzony w ostałej na dnie cieczy, która już dawno przestała być zimna, wciąż leżała u jego stóp, lekko wsunięta pod łóżko. Gorączka spadła, choć w pierwszej chwili, kiedy eliksir na zbicie temperatury zawiódł, doznał poważnej trwogi, bo kiedy magia zawodziła ludzkie oczekiwania, było to świadectwem tego, że sprawa przybiera poważny obrót.
Patrząc na szarą jak popiół twarz swojego jedynego syna, miał ochotę złapać różdżkę, ubrać się w grozę, przywdziać maskę okrucieństwa i ruszyć na te plugawe kreatury - mugoli - i odpłacić im wet za wet, złem za zło, złapać pierwszego dzieciaka, który się nawinie i na oczach przerażonych rodziców wypruć z niego jelita, jakby to był wełniany sweter, który można pruć wedle własnych upodobań i składać od nowa.
Tym, kto najbardziej go irytował, był Potter. Narażał wiecznie jego syna na niebezpieczeństwo, pchał się w najgorsze pułapki - jak zawsze - i jak zawsze narażał pozostałych, którzy mu towarzyszą, samemu wywijając się obronną ręką. Miał ochotę złapać go za kołnierz, wytargać za włosy, krzyczeć mu wprost do ucha, z dokładnością opisując mu, jak miałby ochotę go złajać, żeby to głupie nieokrzesanie wybić mu z głowy z pełną skutecznością.
Tyle że Potter miał ochronę i to ze strony, której ten gówniarz nawet nie potrafił należycie docenić. Miał potężnego, nieobliczalnego garde du corps, który rozpościerał nad nim swoje splamione krwią skrzydła czarnego anioła, nie dając Lucjuszowi takiej władzy nad Potterem, jaką ten pragnął zdobyć, jaką mógłby wykorzystać, jaka pozwalałaby mu na wyciągnięcie różdżki i skierowanie jej rozżarzonego wściekle końca na tę pociągłą twarz skalaną bruzdą o kształcie błyskawicy, i wyszeptaniu tysiąca klątw, cechujących się o wiele, wiele gorszymi skutkami od starego, klasycznego Cruciatusa.
Oczy Severusa rozjarzyłyby się furią - och, tak, tknąć tego bezmózgiego dzieciaka byłoby świętokradztwem, byłoby kopaniem sobie grobu - Severus wpadłby w szał, gdyby, nie pytając o jego zgodę, skrzywdził dotkliwie jego faworyta, jego pacynkę poruszaną palcami kontrolującymi jej ruchy.
Severus - Lucjusz był tego pewien - chciałby, aby Potter tańczył, jak ten mu zagra, ale Potter nie był wężem zaklinacza, nic z tych rzeczy, Potter był wodną żmiją, jadowitą i niezależną, mogącą wtopić się w całe to bagno aktualnych wydarzeń z precyzją kameleona. Więc Severus starał się go okiełznać, utrzymać go w karbach spętanego prawami, próbował go sobie wytresować, aby ten postępował wedle jego zaleceń i czynił to bez zastanowienia, bez skrępowania, bez owijania w bawełnę.
Tyle że to tak, jakby próbować złapać dym. Przy pomocy słów, dłoni i spojrzeń - na ślepo.
*Nicholas Hooper - In noctem
