.

Rozdział 47

Pod przekrzywionym niebem ciężko się zakorzenić

.

Zaczekaj, próbuję

Już prawie umiem, prawie czuję

Tylko Ty jedna wiesz ile trzeba

Żebym wrósł w ziemię, jak stare drzewa*

.

Ludzkie uczucia to przedziwny stan fizyczny — pomyślał Harry, przeciągając palcami po oparciu kanapy w sporych rozmiarów salonie, w nietłumnej, milczącej posiadłości Snape'a. — Tyle wytrwałości i tyle prób potrzeba, aby zapuściły korzenie. Plączą się, błądzą, przecierają się, ale kiedy się już zagnieżdżą, mogą być trwałe jak egipskie piramidy, ciężkie do sforsowania. Wsiąkają w człowieka jak magiczne eliksiry i z podobnym efektem jak zażywanie niektórych mikstur otumaniają zmysły, mroczą umysł, robią z całkowicie trzeźwego, przedstawiającego z niezachwianą klarownością swe myśli człowieka, gubiącego własny język między zębami, nieskładnego imbecyla, plątającego się w podstawowych zasadach komunikacji międzyludzkiej.

Snape opuścił posiadłość jakiś kwadrans temu i Harry, choć o nic nie pytał, doskonale wiedział, że poszedł on po Katrinę, że zamierza ją tutaj sprowadzić, a Katrina przyjdzie - oczywiście, że tak - przyjdzie, i to bez najmniejszej dyskusji, bez słowa sprzeciwu, bez zniechęconego grymasu wieńczącego jej pełne usta, kiedy tylko na stół zostanie wyłożona ta silna, zwycięska karta - on, Zbawca Magicznego Świata, święty Harry Potter, genialny chłopiec pozłacany jak biżuteria, i jego wierny towarzysz, jego druh, kompan, bratnia dusza, choć trochę poturbowany, trochę oderwany od rzeczywistości, ale wciąż utrzymujący się w jednym kawałku, są tutaj, w tej wspaniałej, niezrównanej własności ziemskiej - jak dwa dzikie tygrysy zatrzaśnięte za metalowymi kratami, przechadzające się na miękko ugiętych łapach po otwartym wybiegu, obnażające ostre jak szpikulce do lodu, błyszczące kły, obserwujące ruchomy świat, płynący jak fala barw za złączami klatki.

Grimmauld Place, ta płynna przystań, ta mglista świetlica, nigdy nie było godnym podziwu przykładem domowego ogniska. Mimo to nie podejrzewał, że zostanie stamtąd oddelegowany w tak szybkim tempie, jakby odchodził z kwitkiem, jakby wpadł do ciemnej, pustej jamy, a następnie wygrzebał się z niej i został odciągnięty z dala od nierówności terenu, z dala od własnego spadku, własnej - mocno wzgardzanej - spuścizny.

Teraz tkwił daleko od prywatnych planów, odciągnięty od wiecznej wojny toczącej się za oknami, huczącej na bruku, obciążającej powietrze pyłem i ostrymi komendami wykrzykiwanymi przez jadowite, mugolskie usta, ale z Draconem - żywym, choć wciąż nieprzytomnym, nafaszerowanym jak obiadowa kaczka: lekami, eliksirami, przeciwbólowymi kroplami podawanymi dożylnie (podejrzewał, że żołądek - tudzież wątroba - jego rówieśnika może nie wytrzymać takich ekscesów).

Snape, zanim wyszedł, przetaczał mu krew (Lucjusz po tym genialnym zabiegu przez kilkanaście do kilkudziesięciu minut przypominał topielca wyłowionego spod tafli zielonkawego jeziora obrosłego rzęsą), a choć Harry nie został upoważniony do uczestniczenia w tym precedensie, doskonale słyszał cichą rozmowę dwójki byłych Śmierciożerców z wieloletnim stażem, szemrzących do siebie w sypialnianych progach przy lekko uchylonych drzwiach (...poważny krwotok, Lucjuszu, właśnie dlatego nie mogłem tego szybciej trwale zatamować, on potrzebuje transfuzji, Lucjuszu, zero Rh-, na litość Morgany, nie przetłoczę mu pierwszej lepszej, bo się nie przyjmie...) - Harry nie wiedział, ile litrów krwi zdążył stracić Draco i na dobrą sprawę nie chciał tego wiedzieć, orientował się za to w tym, jak blado wyglądał starszy Malfoy, kiedy zszedł na moment do salonu, traktując Harry'ego niczym powietrze - jego skóra była niemalże niebieska, niemalże przeźroczysta jak u trytona, jego włosy wzburzyły się w nieładzie, tańcząc wokół jego głowy wedle własnego upodobania (z tyłu umysłu Harry'ego uderzenie w twarz migotało jaskrawo jak morska latarnia).

Tyle że w obecnej chwili starszy Malfoy siedział zamknięty w sypialnianym pokoju u boku swojego syna, który - jak Harry podejrzewał - wciąż nie odzyskał przytomności, Snape opuścił posiadłość z grobową miną, posyłając Harry'emu na odchodnym ciężkie jak złoto spojrzenie, przewiercające jego duszę na wylot niczym mugolskie wiertło (Harry dziwił się, że nie został mu ślad po spojrzeniu tak silnie wszczepiającym się w jego ciało, skanującym go jak rentgen), a on sam tkwił na nieznacznie przetartej kanapie, wpatrując się w pustkę z ciałem ciężkim od wątpliwości i umarłych nadziei.

Tkwił więc w tym gąszczu rozbieżności, jawnej antypatii słanej mu poprzez powietrze przez szare oczy Lucjusza Malfoya i niedopasowania klejącego się do niego jak plaster na otarcia, spadającego na jego kark z cichych kątów, lejącego się na jego ramiona, dłonie, szyję długimi, drżącymi, srebrnymi cieniami, tańczącymi na posadce jak płomienne języki. Siedział na niewygodnej kanapie, kręcąc się niespokojnie jak uczniak przed egzaminem, nie będąc pewnym, czy nie zostanie potraktowany jak nieposłuszne szczenię, kiedy wstanie, by rozprostować nogi i przejdzie się samopas wzdłuż zacienionych, szerokich korytarzy, przez które już raz przyszło mu uciekać - biec pośród ścian, jakby goniło go stado hipogryfów, zaciskając kurczowo lekko zawilgocone palce na dokumentach elitarnego oddziału mugolskiego wojska.

Wtedy, te kilka miesięcy temu, ta posiadłość wydawała się większa, obszerniejsza, pełna nieskończonych zagadek, kryjąca w sobie morze tajemnic. Teraz zdawała się skurczyć, uszczuplić, jakby zapadała się sama w sobie niczym kosmiczna gwiazda. Mógłby stanąć na wejściu do pierwszego lepszego korytarza i krzyknąć coś bezskładnie, jakby wołał w odmęty głuchej studni, a te wysokie ściany i równy sufit odpowiedziałyby mu dudniącym echem jego, lekko zniekształconego, głosu - tego dźwięku powracającego do jego uszu jak bumerang. Mógłby zapuścić się w głąb posiadłości w poszukiwaniu tajemnych przejść ulokowanych na miejscu przez właściciela tego przybytku, zagłębić się w labirynt podziemi odpieczętować zaryglowane drzwi, wcisnąć się w którąś ze szczelin pomiędzy ścianami, otworzyć podłogowe klapy, wspiąć się po stromych schodach, dotrzeć na spadzisty dach. Był pewien, że ta rezydencja kryje w sobie znacznie więcej sekretów, niż widać to na pierwszy rzut oka, znacznie, znacznie więcej, niż ujawniła przed nimi Katrina, kiedy uciekali stąd w obłokach kurzu i przyspieszonego oddechu po raz pierwszy. Nie wiedział, kto projektował ten budynek - domyślał się jednak, że Snape przysposobił go na ewentualną fortyfikację z absolutnym namaszczeniem i precyzją, a choć od świata nie oddzielały go mury obronne i obwałowania, mógł w ciemno zgadywać, że ten ogromny dom pełen był silnych, zabezpieczonych magią schronów, korytarzy biegnących w głąb ziemi jak ogromne, poskręcane cielska olbrzymich dżdżownic, przejść wbudowanych w ściany jak pułapki, krętych labiryntów znanych jedynie właścicielowi, których kąty i aleje zwodziły, oszukiwały i wyprowadzały w pole niepewnych, błądzących przechodniów, oszukańczych pokojów luster, których odpowiednie ułożenie i oświetlenie zwierciadeł tworzyło iluzję nieograniczonej zaporami, otwartej przestrzeni, w których błądziło się bez pamięci, nie mogąc natrafić na odpowiednie przejścia i drogi plączące się jak węże połykające własne ogony.

To byłoby podobne do natury Snape'a - otoczyć się tajemnicami, owinąć nimi jak kokonem, pogrywać z zasadami logiki, tworzyć iluzje optyczne, złudzenia, które ludzki umysł błędnie zinterpretuje, nieistniejące kształty, rozmywające się, płynne kontury, tysiące pułapek i manewrów, na które nieroztropny, chaotyczny czarodziej powinien dać się złapać niczym w pajęczą sieć.

Wyciągnął niepewnie różdżkę i wskazał nią w stronę kominka - lekkie skinienie drewna, pióropusz iskier i suche drwa spoczywające w palenisku zajęły się drżącym ogniem, wyciągającym ruchome, mgliste cienie z ciężkich, salonowych mebli, tkwiących wokół niego jak greckie kolumny.

Katrina będzie niepocieszona, kiedy się dowie, że sam przypałętał się ku progom Snape'a, tachając ze sobą nieświadomego niczego Dracona, och, tak, potrafił sobie wyobrazić spojrzenie, jakim go poczęstuje na wpół kwaśnym jak ocet siedmiu złodziei, na wpół ponurym jak gradowa chmura - przekręci głowę, patrząc na niego tym swoim zawiedzionym wzrokiem, który zawsze przywodził mu na myśl Snape'a, kiedy ktoś zdradziecko nie spełnił jego głębokich oczekiwań i powie tym swoim dźwięcznym, dziewczęcym głosem: „eskapada bardzo udana, jak widzę", i okręci sobie pasmo włosów barwy smażonych kasztanów wokół chudego palca.

Obrócił różdżkę w dłoni i wsunął ją do wewnętrznej kieszeni szaty, spoglądając w migoczące pomarańczem płomienie, wirujące mu na źrenicy jak sen, jak iluzja optyczna.

Wiedział - wiedział doskonale - że nikt tak, jak Snape parający się Czarną Magią, znający się na eliksirach jak mało który czarodziej, będący za pan brat z tysiącami silnych zaklęć i uroków, nie uleczy trwałych obrażeń Dracona z taką perfekcją i z taką precyzją (przed oczami wciąż miał krew ulatującą z ciepłego ciała, wsiąkającą w białą koszulę jak dym papierosowy, rozlewającą się wokół niczym kałuża, mieszającą się z rozlaną na posadce wodą w łazience Jęczącej Marty tak dawno, dawno temu oraz długą różdżkę sunącą powoli poprzez zakrwawiony materiał i ciche, płynące sennie jak smoła słowa przeciwzaklęcia). Mógłby go zabrać do Pansy Parkinson - nie wątpił, że magomedyczka poradziłaby sobie z podobnymi obrażeniami z perfekcyjną wprawą, nie wątpił, że uczyniłaby ona wszystko, aby uratować swojego dawnego, szkolnego przyjaciela - tyle że działając w afekcie, nie pomyślał o nikim innym, tylko o Snape'ie, będąc na celowniku, na odstrzale, nie zastanawiał się nad możliwościami, które mu pozostały - w pierwszym porywie wybrał Snape'a, uczynił to z automatu, nie rozważając nawet analogicznych możliwości - jakby jego wszystkie ucieczki musiały mieć finał właśnie w tym miejscu, jakby ta posiadłość była jego azylem, w którym można schronić się przed karabinową salwą i rzędem rozgrzanych luf śmierdzących prochem, jakby była jakimś abstrakcyjnym punktem docelowym jego każdej wyprawy na obce tereny.

To dopiero pokazowe ukształtowanie cudzych nawyków — pomyślał Harry, przecierając palcami skroń i poprawiając okulary zsuwające się z jego nosa.

Kiedy myślał o swoich nowo nabytych instynktach, miał ochotę kląć w żywy kamień, miotać diabłami, nawymyślać pierwszej osobie, jaka się nawinie pod rękę i przelać w nią całą, pulsującą w skroniach wściekłość bez zastanowienia.

Siedząc teraz na tej miękkiej, przetartej kanapie o wysokim oparciu czuł bezradność obłapiającą go jak cienie, przyczepiającą się do jego umysłu jak koszmary, jakby czekał na nieuniknione, niczym skazaniec przed egzekucją - pogodzony z własnym losem, niepróbujący się wyrywać, niemyślący o ucieczce - bo czym była ta posiadłość, jeśli nie jego ucieczką? Ostatnią deską ratunku, mogącą doprowadzić go na stały ląd.


-VVV-


To już zaszło za daleko, to już szczyt grubiaństwa, zostawiać ją samą na tak długi, tak dudniący w czaszce czas - nie, naprawdę, koronne ubóstwo ducha i charakteru, faux pas popełniony z irrealną nieświadomością; miała prawo być chodzącym, kipiącym gniewem, nie miała powodów, aby trzymać swój temperament na wodzy - nawet najmniejszych, najniklejszych. Nie, żeby towarzystwo skrzacich głów i niezrównoważonego, nonsensownego portretu jakiejś grzmiącej wniebogłosy histeryczki nie było jej na rękę, co to, to nie, mogła znieść ten głośny jazgot wypluwany przez usta siwowłosej, rozjątrzonej czarownicy okutej w czarny czepek, wymachującej pazurami przypominającymi szpony, jakby zamierzała nimi kogoś uchwycić i udusić na miejscu, mogła wytrzymać nieustający hałas, rozlegający się w całej posiadłości, gdy tylko ktoś bąknął o czymś odrobinę za głośno w ciemnym, zakurzonym holu przy wejściu, ale - na bogów - wytrzymywanie z tym rozhisteryzowanym portretem pod jednym dachem miało sens jedynie wówczas, kiedy to przebywanie pod tym przeklętym stropem miało prowadzić do jakiegoś celu - powiedzmy, oczekiwania (krótkotrwałego, na Merlina) na powrót z jakiejś genialnej misji ratunkowej Harry'ego i Dracona, podczas gdy oni, jak znikli, tak nie wracali, jakby zagubili się gdzieś po drodze między otwartym światem a tym szarym, okropnym domem, którego Harry tak bardzo nienawidził.

Tylko że już nie wiem — pomyślała Katrina, zeskakując z jednego schodka na drugi, a potem na trzeci i kolejny, i następny, jakby przeskakiwała z kamienia na kamień — co powinnam o tym wszystkim myśleć, nie wiem, nie rozumiem, wykończył mnie intelektualnie - ten półbóg z zielonymi oczami - powoli wyszczupla się rezerwa słów, którymi mogłabym go przyspawać do jednego miejsca, zatrzymać ten pociąg pędzący donikąd, nacisnąć jakiś niewidoczny znak pauzy, jakiś migający na czerwono alarm: „stop", chciałabym wiedzieć, w jaki sposób zdjąć igłę z nakręconego jak we śnie - takim żywym, chaotycznym i totalnie obłąkanym - winylu nałożonego na gramofon, ponieważ Harry, który uparcie twierdzi, że to ja jestem nakręcona jak katarynka — myślała — nie posiada żadnego hamulca bezpieczeństwa i gna przed siebie w przyszłość na łeb i na szyję, na złamanie karku, na jednej nodze jak wariat.

Był potężnym czarodziejem, oczywiście - była tego mocno świadoma, potężnym i inteligentnym, mogącym niejedno zdziałać za sprawą własnej błyskotliwości, ale to nie oznaczało jeszcze, że był nie do pokonania, a odnosiła wrażenie, że właśnie tak czasami zdaje się on postępować - jakby uważał się za nieśmiertelnego, jakby nie istniało nic takiego, co byłoby w stanie go unicestwić.

Właśnie dlatego - a może głównie dlatego - niepokoiła się o niego, stała z duszą na ramieniu, spoglądając, jak idzie - ku chwale - do walki, którą ma we krwi, a wewnątrz niej wszystko drżało, jakby każde rozstanie miało oznaczać moment, w którym widzi go po raz ostatni.

Draco szedł za nim - jak wierny towarzysz, jak cień, gdzie Harry, tam on - i doszedłby w ten sposób choćby do piekła, jakby puszczenie Harry'ego samopas w świat oznaczało pogodzenie się z jego niedaleką, błyszczącą na horyzoncie jak słońce przegraną, jakby był barierą pomiędzy Harrym a jakimś wielkim, nieprzemyślanym szaleństwem.

Zeszła na parter, ślizgając się dłonią po schodowej barierce upodabniającej się do węża i niemal podskoczyła, kiedy głuchą ciszę tej ogromnej posiadłości przerwał odgłos otwierających się ze skrzypieniem - przyprawiającym o fantomowe bóle głowy - drzwi wejściowych.

— No, na bogów, nareszcie! — zawołała spod schodów, przewracając oczami, kiedy zaraz po tym usłyszała zgrzyt rozsuwanych zasłon i skrzekliwy głos, rozpoczynający korowód wyzwisk:

— Szumowiny! Poczwary wpełzające do mojego gniazda! Pokraki, potwory!

— Morgano — warknęła Katrina, krzywiąc się jak od skwaśniałego mleka — zamknij wreszcie jadaczkę, wiedźmo!

— Przebrzydła, kretynowata, tępawa lafirynda! — wydarła się na nią pani Black, wytrzeszczając wyłupiaste oczy i plując wokół śliną jak alpaka.

— Sama jesteś, do cholery, tępawa, zołzo! — odgryzła się z rozdrażnieniem Katrina, powstrzymując swoją chęć kopnięcia nogą o ścianę. — Głupi babsztyl!

— Myślę, że nie ma sensu z nią dyskutować, Katrino.

Zastygła w bezruchu, słysząc ten - doskonale sobie znany - głęboki głos, przemawiający spokojnym, pełnym zrównoważenia tonem. Bardzo powoli odwróciła się w stronę wejścia.

— Zdrajca! — zawodziła w tym czasie pani Black. — Hańba dla Czarnej Magii! Profanator! Blagier i krętacz!

Jej ojciec przyodziany w opanowanie, podniósł oczy, które błyszczały jak u fanatyka, na obnażającą zęby, zraszającą swoje ramy kropelkami śliny przy każdym wypowiedzianym słowie, rozjątrzoną, szarowłosą kobietę. A potem się uśmiechnął i Katrina, przełykając ślinę, pomyślała, że w taki oto sposób uśmiechałby się jedynie seryjny morderca, zapatrzony w swoje splamione krwią dłonie - coś w jej żołądku przestawiło się na lewą stronę i przez moment obawiała się, że zakręci jej się w głowie. I nagle zrozumiała - podczas tych wściekłych pokrzykiwań przytwierdzonego na stałe do ściany portretu - on nie zachowuje się wcale jak morderca, jak czyjś oprawca, jak bestia zaklęta w ludzkim ciele. On jest bestią.

— To przykre, Walburgo, że nie masz nic innego do roboty w tej nędznej egzystencji na jednym, przetartym, niechcianym płótnie, niż pokrzykiwanie na przejezdnych. — Jego głos był miękki jak zawsze, jego oczy były pełne mroku nieposiadającego w sobie ni krztyny światła i przez krótką, ulotną chwilę, Katrina zastanawiała się, czy właśnie to widzi Harry, kiedy patrzy jej w twarz - duszę pokrytą chmurą ciemności.

Wyciągnął różdżkę szybciej, niż zdążyła ocknąć się z tego dziwnego stanu otumanienia, kiedy to prawda uderzyła ją w twarz jak chluśnięcie zimną wodą. Trzask, zgrzyt, jęk dochodzący z portretu - zasłony przymocowane do ram zasunęły się głośno, skrywając panią Black i jej utarczki słowne, jej długi, ostry, rozdwojony jak u węża język.

Cisza zalała korytarz jak fala i Katrina, choć bardzo chciała, nie potrafiła ruszyć się z miejsca, jakby przywarła do podłogi, przyspawała się do tego ponurego domu, wtopiła w niego w podobnym stopniu co portret wiszący na ścianie tuż obok.

Jej ojciec opuścił różdżkę i odgarnął z twarzy, lejące mu się na wystające pod ostrym kątem kości policzkowe, czarne jak węgiel włosy.

Katrina ledwo zdołała zdusić w sobie chęć cofnięcia się w głąb domu.

— Co ty tu robisz? — zapytała (jej głos zabrzmiał ciszej, niż to po nim oczekiwała); jej ojciec uniósł jedną brew, kierując w jej stronę spojrzenie - uderzyło ją ono niczym spadająca gwiazda, niczym piorun, przewierciło jej oczy, jakby ojciec wiedział o niej wszystko, jedynie patrząc, jakby nie istniały tajemnice, które byłaby w stanie przed nim ukryć. Wiedziała, że zachowuje się jak puma wyciągająca pazury, wiedziała, że jeży się jak kot przed atakiem na konkurenta, ale nie potrafiła zatrzymać nagłego przypływu pochmurności, która przetoczyła się przez nią jak fala.

Wszedł w głąb pomieszczenia, nie spuszczając z niej wzroku, jakby była dzikim stworzeniem, które może go zaatakować w chwili, gdy na moment odwróci się w innym kierunku.

— Wyjdź stąd — powiedziała, unosząc podbródek, starając się, aby jej głos zabrzmiał dobitnie. — To nie jest twój dom, żebyś miał prawo się tu ot tak panoszyć, a Harry zaraz tu będzie i...

— Znam to miejsce znacznie lepiej, niż ty kiedykolwiek zdołasz poznać — powiedział i pewnie miał rację, zapewne trafił w samo sedno, bo kim ona tutaj była? Przejezdnym. Odwiedzającym. Niespodziewanym gościem, który kilka miesięcy temu obwieścił - równie niespodziewanie - własne istnienie przyglądającemu jej się jak muzealnej rzeźbie Harry'emu i sceptycznie nastawionemu Draconowi. Wieczną wizytatorką dokonującą kontroli postępu w misjach wojskowych, stojącą na uboczu, niemogącą wyjść nawet na bitewne pole.

Zbliżał się do niej jak kot na miękko ugiętych łapach, w jego czarnych oczach przez ułamek sekundy pojawiło się zniecierpliwienie, jakby zamierzał ją chwycić: za poły, za kark, za kołnierzyk i wyprowadzić z tej ciemnej, wiekowej posiadłości, choćby zaczęła się wyrywać i protestować wniebogłosy. Determinacja tak działa na człowieka, ustawia się murem za jego działaniami, jakkolwiek niedorzeczne by one nie były. Determinacja i wszechpotęga. Poczucie władzy. O tak, te odczucia potrafią zawrócić w głowie.

Cofnęła się powoli - wiedziała, że ojciec jak nic chce ją stąd zabrać, chce ją na powrót zaprowadzić do domu, choć nie wiedziała, czy to jej dom, czy jego, czy ich obojga - to był po prostu dom, cztery ściany, podłoga i sufit, pudełko ryglowane na stalowy klucz, kilka zaklęć ochronnych, pusta przestrzeń. Chwyci ją za nadgarstek i zaprowadzi do tego domu, a może nie, może od razu ześle ją do matki, a ta spakuje manatki, zgranie walizki i zawiezie ją do dziadków, na przedmieścia, w (z grubsza) bezpieczne, neutralne rejony (tutaj nie uderzają zabłąkane kule, Katrino). Być może matka wyraziła żądanie, by czym prędzej ją do niej sprowadzić, być może skończyła jej się cierpliwość - albo wręcz przeciwnie - to ojciec wreszcie uznał, że nie pozwoli jej więcej pogrywać przeciw sobie, machać ręką na jego zasady, stronić od współpracy z nim jak od morowego powietrza.

Zauważył jej ruch i zatrzymał się - jakby rozgrywali partię szachów, w której musi starannie obmyślić kolejny krok, zanim okaże się, że poszedł w niewłaściwą stronę. Teraz kolej na czarnych, białe pionki muszą przestać spokojnie, poczekawszy na swoją kolej, nie mogąc się cofnąć ani pójść do przodu. Teraz czarni wkroczą na swój stalowy szlak.

Czyhał na nią jak złodziej polujący na okazję napaści na bogatą obywatelkę. Jego czarne jak kawa bez mleka, jak święta ziemia oczy patrzyły prosto w jej własne, a ona widziała w nich odbicie swojej twarzy niczym w spojrzeniu wilka szczerzącego rząd pokrytych rdzawą czerwienią kłów, do których wciąż przylegają kawałki mięsa.

— Harry zaraz tu będzie — powtórzyła, jakby to miało jakieś znaczenie; ojciec pokręcił głową, hebanowe oczy stały się matowe jak przetarta skała.

— Nikt nie przyjdzie, kochana — odezwał się ojciec, przesuwając wzrok na szare ściany, przyglądając się zakurzonym ramom portretów, jakby je oceniał, kontemplując z wątpliwym zaciekawieniem wzór, który ledwo przebijał się spod wytartej, brudnawej posadzki. Wyglądał, jakby widział coś w postrzępionych meblach, jakąś historię jej samej nieznaną, jakby zauważał w przetartych, staroświeckich lampach gazowych przytwierdzonych do ścian jakieś niewidoczne dla niej znaki, jakieś świadectwo czyjejś, dawnej obecności w tym szarym domu wzniesionym z betonu.

— Co? — zmarszczyła brwi, czując, jak ponad całą niepewnością zaczyna przetaczać się ku niej irytacja.

— Oni są u mnie.

Katrina prawie odgryzła sobie język, kiedy starała się nie zakląć siarczyście i nie powiedzieć głośno tego, co tak naprawdę myśli o takim stanie rzeczy.

— Harry, do stu piorunów, zabiję cię — mruknęła pod nosem, przełykając przekleństwa cisnące jej się na język i z nagłym, ogarniającym ją zmęczeniem, przetarła palcami czoło. — Więc? — zapytała, spoglądając zza palców w wiecznie bladawą twarz ojca - wyglądającą, jakby nigdy nie miała kontaktu z promieniami słonecznymi.

Przechylił głowę, przeciągając palcem po wydatnym nosie.

— Więc, co?

Katrina miała ochotę zazgrzytać zębami.

— A jak ci się wydaje? — sarknęła, przestępując z nogi na nogę. — Więc co im się, na bogów, stało? Dlaczego nie wrócili? Dlaczego, na najdroższą Morganę, ze wszystkich osób na świecie są właśnie u ciebie? I co to oznacza dla mnie?

— Co to oznacza dla ciebie... — powtórzył ojciec, marszcząc czoło i wygładzając niespiesznym gestem palców zmarszczki na skroni, jakby się nad czymś zastanawiał.

— W echo się bawisz, tatusiu? — sarknęła mało przyjaźnie Katrina, przeciągając językiem po górnych zębach.

Przechylił głowę, jego nozdrza drgnęły ledwo zauważalnie, kąciki jego ust zjechały się ponowie ku sobie, ścierając mu z twarzy nieznaczny, niemal niewidoczny uśmieszek. Podniósł dłoń i skinął na nią palcami.

— Po pierwsze: nie tym tonem — oznajmił (jego głos wciąż pobrzmiewał miękką łagodnością). Katrina skrzywiła się, ale nie skomentowała tej uwagi. — Po drugie: dla ciebie, Katrino, oznacza to tyle, że teraz pójdziesz ze mną, bez wchodzenia w niepotrzebne dyskusje.

Zacisnęła zęby, zastanawiając się, czy istnieje możliwość, że on ją okłamuje, że ani Harry'ego, ani Draco nie ma wcale w jego domu, że ich zadanie zbyt mocno ich wciągnęło, że jeszcze zmagali się z jakimiś trudami, że wszystko przeciągało się niemiłosiernie, zajmując im znacznie więcej czasu, niż pierwotnie zakładali.

Możliwość, oczywiście, istniała, wokół nich utrzymywało się jak mgła tysiące scenariuszy, w których mogli brać udział, wszystkie ich działania mogły potoczyć się jak kamienie w dół szczytu wedle całej masy równoległych ścieżek, rozwidlających się jak gałęzie w koronie drzewa. Występuje prawdopodobieństwo, że jeśli uwierzy teraz swemu ojcu, że jeśli pójdzie za nim, że jeśli pozwoli, bez sprzeciwu, sprowadzić się na powrót do domu, nie zastanie tam ani Harry'ego, ani Dracona, a sama zostanie uchwycona w pułapkę jak zwierzyna łowna, zamknięta na klucz niczym długowłosa księżniczka więziona w wieży, jedna z tych żyjących w baśniach, o których w dzieciństwie opowiadała jej matka.

Istniała także i druga strona medalu. Oni mogli wpaść w pułapkę, mogli pozwolić zapędzić się w kozi róg, mogli nie mieć innej szansy, niż skorzystać z potęgi magicznej jej ojca, która - co jak co - była niezmierzona w liczbach (nie dla niej, w każdym razie).

Zamierzała zaryzykować - nawet jeśli cały świat nazwałby to nieroztropnością - zamierzała na tę chwilę pozwolić ojcu przejąć kontrolę nad sytuacją, obejrzeć jej rozwój niczym stojący na poboczu widz, zobaczyć jak to wszystko się rozwinie (śmiech Harry'ego brzęczał jej w głowie).

Odgarnęła chaotycznym ruchem palców wpadające jej na oczy włosy i pokręciła z rezygnacją głową, czując niewielkie, drażniące pieczenie w karku, jakby jej głowa zaczęła niespodziewanie ważyć dużo, dużo więcej, niż powinna.

— Chodźmy — odezwała się, nieco opryskliwie, wzruszając ramionami i wymijając ojca w ciemnym, wąskim korytarzu, żegnając się w myślach z połaciami złuszczonych tapet; przeszła obok obrzydliwego stojaka na parasole, uważając, aby go przez przypadek nie dotknąć, chwyciła swój wymięty jak zużyty pergamin płaszcz wiszący niedbale przy drzwiach i pchnęła wyjściowe drzwi.

Z zewnątrz uderzyło ją w twarz świeże, chłodne jak światło księżyca, zimowe powietrze pachnące wilgocią i wiatr, który rozrzucił niedbale wokół jej czaszki brązowe, długie włosy plączące się jak nogi po intensywnej libacji.

Mocniej owinęła się, lekko już przetartym, smętnym, czarnym płaszczem (jej kasztanowe włosy ledwo kontrastowały z wypłowiałą barwą materiału) i nie czekając na swojego ojca, weszła w zimę.


-VVV-


Podparł się na dłoni, opierając łokieć o kolano, patrząc w jego szczupłą, elegancką twarz, która (nareszcie!) zaczęła nabierać przyzwoitych, żywych barw.

— Twoja matka zaczęłaby śpiewać — oznajmił, zupełnie nie wiedząc po co, poprawiając się lekko na fotelu.

Cisza otulająca ich jak gruby koc zabrzęczała mu w uszach nie mniej niż rój pszczół. Zabębnił palcami o swoją brodę, wyczuwając pod palcami delikatny meszek zarostu, myśląc, że musi się ogolić.

— Co jest głupie, oczywiście — zastrzegł, ruchem głowy odgarniając białe kosmyki z twarzy — i nie myśl sobie, ja ci śpiewać nie będę. To by było wielce niepoważne.

Założył nogę na nogę, znudzonym gestem zaczynając miętolić skrawek kołdry w palcach. Wychylił się do tyłu i oparł plecami o obity zamszem, niski fotel. Trapezowate siedzisko fotela i wygodne oparcie połączone było w monolityczną całość. Podparł prawą dłoń o podłokietnik wykonany w ciemnym, szlifowanym drewnie, w którym były widoczne przeciągłe, podłużne sęki.

— Śmieszna jest ta twoja obecność tutaj — ocenił, oblizując wyschniętą, dolną wargę — trochę takie moje nagłe déjà vu. Jakbyś znowu miał dziewięć lat i te swoje silne, raptowne migreny, pamiętasz, jak je miewałeś? Po matce je odziedziczyłeś, jestem niemal pewny. Taki stan migrenowy potrafił jej się dwie doby utrzymywać. Tobie na szczęście szybko przechodził, ale nudności miałeś potężne.

Odwrócił głowę i wyjrzał przez okno, przez które do środka przebijało się zimne światło odbite od płaszcza śniegu przykrywającego ziemię. Nagie drzewa rzucały długie, rozłożyste jak dendryty cienie na białą, sypką pokrywę.

— Byliśmy tak wspaniałą, szlachetną rodziną, prawda? Kontynuowaliśmy działalność przodków, mieliśmy zakorzenioną, trwałą, niezmienną od wielu wieków filozofię. Żyliśmy w wielkim dworze na szlachetnej ziemi, byliśmy posiadaczami wielkiego majątku i byliśmy zjednoczeni, Malfoy zawsze mógł polegać na Malfoy'u. Mieliśmy tradycje trwałe jak piedestały, obyczaje twarde jak pomniki.

Lucjusz spojrzał na śpiącego twardym snem Draco, którego jasne włosy, tak podobne do włosów Narcyzy, rozlewały się po poduszce, tworząc ruchome wzory, przeobrażające się w inne kształty przy każdej, choćby znikomej, zmianie pozycji jego dorosłego syna.

— Co się z nami stało? — zapytał cicho głuchej przestrzeni, która odpowiedziała mu swoją standardową, niezmienną obojętnością i światłem tańczącym w szczelinach drewnianej, rozchodzącej się od wilgoci podłogi.


-VVV-


Gabinet był cichy, mimo szemrzących między sobą portretów, porozmieszczanych na wysokich ścianach, wychylających swoje głowy zza wypolerowanego drewna ram. Ściana regałów, mrugająca starymi, przetartymi grzbietami grubych ksiąg i pożółkłych woluminów, pięła się ku sufitowi jak stabilna wieża wybudowana cegiełka na cegiełce. Łuki solidnych kolumn łączyły się płynnie z sufitem, tworząc symetryczne wzory, w których mogłaby się doszukiwać ukrytych przekazów i tajemnych wiadomości.

— Pani Lovegood. — Dyrektorka wstała z ciężkiego, zdobionego fotela i spojrzała na nią spod upiętych w ciasny kok, siwych włosów. — Co panią do mnie sprowadza?

Luna zawiesiła wzrok na filigranowych stolikach o wrzecionowatych nogach, na których srebrne instrumenty o niewiadomym pochodzeniu wypuszczały mdłe obłoczki dymu niczym zapachowe kadzidła.

— Prośba, pani dyrektor — odparła dźwięcznym głosem Luna, kierując ku dyrektorce srebrne jak światło księżyca oczy. Na jej bladej (obleczonej trochę niezdrowym kolorytem, jakby męczyła ją jakaś nieznana choroba) twarzy zamajaczył senny uśmiech.

— Tak, słucham? — McGonagall wskazała jej ręką, aby usiadła w stojącym naprzeciw wielkiego, pokaźnego, bogato zdobionego biurka, na którym (jak się Lunie zdawało) wciąż spoczywały stare pióra pozostałe z kadencji Dumbledore'a, zgromadzone tutaj podczas jego długiego, barwnego, wieloletniego życia, fotelu.

Luna podeszła powoli do biurka (wciąż wspomagała się zaklęciem, którego nauczyła go Pansy, podejrzewała, że gdyby to nieoczekiwanie się zerwało, padłaby na posadzkę niczym ścięta z nóg i nie podniosła się z ziemi) i zajęła miejsce w starym, choć wciąż zachwycającym majestatem, fotelu dla gości, zaplatając palce obu dłoni i składając je w wyrazie niepewności na fotelu.

— Kawy, herbaty? — zapytała McGonagall, ogniskując na niej spojrzenie przywodzące na myśl kota, który ocenia wzrokiem nieznanych sobie gości pana domu.

Luna zerknęła w kierunku stojącego na pobliskiej, niskiej szafce, stabilnie trzymającej się na ozdobnych, drewnianych nóżkach, tworzących niestandardowe, obłe kształty, zestawu do kawy.

— Kawę z mlekiem poproszę — odezwała się, podnosząc wzrok na otaczające gabinet portrety byłych dyrektorów.

Armando Dippet, opierając się leniwie barkiem o swoją ramę, trzymał przed nosem jakąś opasłą księgę, wydając się całkowicie pochłonięty w lekturze, ale uwadze Luny nie umknął fakt, że co jakiś czas zerkał ponad okładką poza przestrzeń swych ram, w kierunku dyrektorskiego, niezmiennego od wielu lat, biurka. Nie pozwoliła się także zwieść śpiącemu z założonymi na brzuchu rękami portretowi Albusa Dumbledore'a. Niepozorny starzec trochę zbyt płytko oddychał jak na głęboki sen, a choć jego klatka piersiowa powoli unosiła się i opadała, a pomarszczone powieki zasłaniały oczy, jego mięśnie twarzy były nie w pełni rozluźnione.

McGonagall odgarnęła na bok walające się po biurku pióra i niewielkie przedmioty o aparycji instrumentów muzycznych o niewiadomym pochodzeniu, wykonała zgrabny ruch nadgarstkiem, jej różdżka gładko przesunęła się poprzez powietrze, a srebrna taca z dwoma filiżankami, imbrykiem i kształtnym, niedużym dzbankiem na mleko, podleciała ku nim i wylądowała równo na środku blatu.

— Chciałam aplikować na stanowisko nauczycielki Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami — powiedziała Luna, starając się brzmieć na całkowicie pewną swego, czym zyskała sobie przelotne, badawcze spojrzenie zielonych oczu, migoczących jak duże oczy kota siedzącego pośród ciemności - jak dwa świetliki promieniujące własnym światłem. Trwało to sekundę, po czym dyrektorka opuściła wzrok i skupiła się na nalewaniu do szklanek czarnej, parującej kawy.

Przez chwilę obie milczały, starając się doszczętnie unikać swojego wzroku. McGonagall skończyła nalewać kawę do filiżanek i przesunęła jeden ze spodków w stronę Luny. Jasnowłosa kobieta uniosła naczynie do ust i napiła się (zbyt szybko, zbyt pospiesznie, byle zająć czymś ręce, byle zasłonić twarz i usta), prawie parząc sobie przy tym język i podniebienie. Przygryzła wargę, przełykając ciężko ślinę i odstawiła filiżankę, aby nalać do niej ciepłego mleka. Czarna ciecz mrugająca do niej z objęć filiżanki jak kosmos wyobrażeń zabarwiła się powoli i stopniowo, przybierając barwę jasnego beżu.

— ONMS-u? — powtórzyła niepewnie McGonagall, jakby nie do końca zrozumiała jej prośbę. — Jesteś... — Zmarszczyła brwi, poprawiając okulary osadzone nisko na nosie. — Jesteś pewna? — zapytała i moment później jej twarz wykrzywiła się w kwaśnym grymasie, jakby przyszło jej do głowy, że brzmi niedorzecznie. Wyprostowała plecy i przyciągnęła ku sobie podstawkę z rozdętą filiżanką. Odchrząknęła cicho. — Chciałam zapytać, czy...

— Czy jestem świadoma swojej decyzji — przerwała jej Luna, kiwając głową, podnosząc na nią swoje srebrne oczy. — Tak, jestem świadoma, pani dyrektor.

McGonagall uniosła dłoń do twarzy i przetarła nasadę nosa.

— Luna — westchnęła, nawet nie zauważając, że po raz pierwszy zwróciła się do byłej uczennicy po imieniu — to nie tak, że... — machnęła ręką, wskazując na siedzącą naprzeciw siebie kobietę — że straciłaś wartość dla naszej... organizacji. Przecież wiesz, że nie przestałaś być nam potrzebna tylko dlatego, że doznałaś trwałej kontuzji. Radzisz z nią sobie... naprawdę dobrze, a twoja błyskotliwość...

— Pani dyrektor...

— Nie przerywaj mi — odezwała się McGonagall, choć w tonie jej głosu nie było zwyczajowej surowości, wręcz przeciwnie, pobrzmiewała w nim dziwna miękkość, jakby starsza czarownica samym głosem zamierzała pogładzić ją po policzku. — Jak już mówiłam, twoja błyskotliwość potrafi być dla nas prawdziwą kopalnią informacji i pomysłów, na które...

— Pani dyrektor — wtrąciła jej się w słowo Luna, podnosząc o ułamki ułamków własny głos. — Chciałabym aplikować na posadę nauczycielki Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami — powtórzyła, pochylając lekko głowę, starając się uchwycić spojrzenie dyrektorki, która uparcie i konsekwentnie uciekała spojrzeniem, błądząc nim po nierównościach sufitu i regałach uginających się od ciężaru przetrzymywanych na nich ksiąg o potężnych gabarytach.

— Jesteś pewna? — powtórzyła, trochę cichszym głosem McGonagall, spoglądając wreszcie na Lunę, która przypatrywała jej się zrównoważonym wzrokiem swoich błyszczących jak łzy oczu, w których niezmiennie utrzymywał się stan spokojnego szczęścia: jakby jej emocje były całkowicie odcięte od zdarzeń zewnętrznych. Luna milcząco skinęła głową, a dyrektorka odetchnęła głęboko, jakby starała się uspokoić jakieś wewnętrzne rozterki niedające jej o sobie zapomnieć. — Jesteś pewna — stwierdziła jej niegdysiejsza nauczycielka Tramsmutacji, kiwając głową, jakby porządkowała swój umysł do niezachwianej postaci ułożonej równo kompozycji, jakby coś przed sobą udowodniała. — W porządku — oznajmiła, przysuwając filiżankę z kawą pod nos i upijając niewielki łyk. — Zaczynasz od przyszłego semestru. Podeślę ci zakres podstawy programowej. Czy pokoje, które obecnie zajmujesz, ci odpowiadają, czy poprosić skrzaty, aby przygotowały dla ciebie inne lokum w zamku? Preferujesz czwarte, piąte czy może szóste piętro? Wolne są także kwatery na...

— Odpowiadają mi te, w których obecnie przebywam — odparła Luna, wiedząc, że są one dla przejezdnych, że są małe, że w niektórych przypadkach mogą się okazać nieporęczne, że w zamku istnieje dużo więcej o wiele dogodniejszych miejsc, bardziej przytulnych, cieplejszych.

McGonagall zmarszczyła brwi, a jej usta na sekundę zjechały się w cienką linię.

— Cóż, powiadomię zamkowe skrzaty.

Luna skinęła w podziękowaniu głową i skupiła się na swojej kawie, zastanawiając się, czy podejmuje słuszną decyzję.

Jeszcze możesz zrezygnować, jeszcze możesz się odwrócić — zadźwięczał jej w uszach cichy, piskliwy głosik, który odrzuciła od siebie jak niechciane wspomnienie.

Uciszyła krzyczące do niej głosem Harry'ego sumienie, mówiące, że nie może się ot tak odsunąć od całej konspiracji, pozwalając sobie na skupienie się na zgoła innym, zobowiązującym, odpowiedzialnym zajęciu.

Upiła spory łyk stygnącego, gorącego naparu.

Mam prawo do wszystkiego, czego sobie zażyczę, mam prawo do wszystkiego, co wymyślę, a co będzie ukierunkowywać dalsze ścieżki mojego życia — pomyślała i skinęła głową swoim rozmyśleniom, wróżąc sobie, że jeszcze wszystko się ułoży.

Wróci na właściwe tory - z Harrym, czy bez niego - ale wróci. Ponownie stanie na nogi, jej życie ruszy do przodu. Odnajdzie nowe dziedziny, w których mogłaby zacząć się doskonalić. Pozwoli sobie zrozumieć, że na świecie istnieje wiele bezpiecznych miejsc i nie trudno o zaaklimatyzowanie się w nowych progach.

Jej przyszłość ułoży się jeszcze z perfekcją, a wojenne rany nie będą aż tak dokuczliwe - nie, w ogóle nie będą jej przeszkadzać - wszystko się jakoś ułoży, a jej samej przyjdzie nareszcie odpocząć.


-VVV-


Straciłem wtedy szpiega. Straciłem niezrównanego informatora przez własną głupotę i zbytnią pewność siebie. Choć na dobrą sprawę straciłem go już dużo wcześniej, straciłem go, zanim zdołałem to w ogóle zauważyć. Nie wiem, dlaczego z góry założyłem, że Luna Lovegood zjawi się z pomocą dla moich działań za jednym moim skinieniem palca, dlaczego myślałem, że będzie dostępna na każde moje zawołanie niczym oswojony kundel, niczym panna spod latarni, z filuterią zakręcająca długie pasma włosów wokół przemokłych od deszczu palców. Patrząc z perspektywy czasu, nie rozumiem, dlaczego jej stan fizyczny, jej krzywda nie dotarła do mnie zupełnie, całkowicie, dlaczego jak na dłoni nie zobaczyłem jej walki z własnym sumieniem, z własną duszą, dlaczego nie przyjąłem do wiadomości, że ona nie będzie już w stanie pojawiać się i znikać, kiedy wymagać tego będzie okoliczność, że nie będę mógł dłużej wykorzystywać jej przebiegłości, jej przemyślności w akcjach przeciwmugolskich, jej gorącego, nietopniejącego zaangażowania. To było głupstwo z mojej strony - głupstwo, jakich popełniłem w życiu wiele. To dziwne, że po tym wszystkim, co mnie w życiu spotkało, wciąż nie potrafiłem wyciągnąć lekcji z tego, na czym przyszło mi się sparzyć; wyciągałem dłonie do żaru, a one puchły i czerwieniały, kłując bólem pulsującym w nerwach jak rozjątrzona rana, jak gangrena.

Powinienem zacząć się uczyć na własnych błędach - biegałem po kraju, chcąc ratować świat, stawiać zaporę stworzoną z własnego ciała pomiędzy mugolami a magią, pomiędzy czarodziejami a Naczelnictwem, pomiędzy słusznością a apodyktycznością, pomiędzy dzisiaj a wczoraj, jakbym był jakąś konstrukcją wspornikową, bez której wszystko legnie w gruzach, bez której cały wielki świat szlag jasny trafi.

Katrina to widziała, oczywiście, że tak, dostrzegała to: w moich oczach, w moich ruchach, w moich słowach i planach i starała się mnie przystopować, starała się uspokajać moją wieczną zapalczywość, ale ja byłem niczym wskrzeszona do ruchu reakcja łańcuchowa, biegłem przed siebie, spadając w nieznane, rozszczepiając się jak jądra atomowe na wszelkie możliwe strony.

Zapomniałem o tym, że taka reakcja zwykle prowadzi do wybuchu.


-VVV-


Przeklęta posiadłość była lodowata jak podniebne wyprawy czy wysokogórskie wspinaczki i kiedy siedział, starając się nie kulić jak zbity szczeniak, na miękkiej kanapie, mając po lewej ręce Katrinę, a naprzeciw siebie, wyprostowanego w fotelu, popijającego jakiegoś burgunda, przyglądającego mu się spod nieznacznie zmrużonych powiek Snape'a, pomyślał, że naprawdę jest niekompetentnym, zielonym jak niedorosły uczniak bachorem.

Katrina, kiedy weszła do salonu, nic nie powiedziała, ale jej oczy mówiły mu wszystko.

Rozczarowanie - zapiekło bardziej, niż był sobie to w stanie wyobrazić. Harry musiał odegnać od siebie niedającą mu spokoju myśl, jakim trzeba być żałosnym pacanem, żeby w tak poważnych kwestiach sprawić zawód piętnastolatce. Najwyraźniej miała ona sporo więcej rozumu niż on sam.

Teraz siedziała po drugiej stronie kanapy (niewidzialna bariera rozciągnęła się między nimi jak szyba), z nogami podciągniętymi na obicie, wypalając powoli papierosa, zupełnie nie zważywszy na obecność swojego ojca, strzepując go niemal niedostrzegalnymi ruchami palców do miski stojącej na kawowym stoliku, totalnie nieprzeznaczonej do tego celu. Harry'ego zastanawiało, czy ktoś jeszcze kiedyś będzie po tym przechrzczeniu naczynia przez Katrinę, używał jej do trzymania w niej owoców.

— No — odezwała się po długim milczeniu Katrina, przeciągając palcami po swojej łabędziej szyi, jakby prezentowała unikatowy eksponat w galerii sztuki — brawo. — Jej głos przebrzmiewał kąśliwą zjadliwością, jej obsydianowe oczy spoglądały na niego zza wpół otwartych powiek (jakieś zagubione refleksy lśniły w nich jak na szkle).

Harry chciał jej powiedzieć, żeby dała sobie spokój, chciał na nią nakrzyczeć, oznajmić, żeby się od niego odczepiła, żeby pilnowała własnego nosa, chciał ją przeprosić, wytłumaczyć się, wyspowiadać. Chciał przysunąć się na kanapie bliżej jej kolan i objąć ją w pasie ramieniem, i pocałować nadgarstek dłoni spokojnie trzymającej papierosa i przyznać, że to wszystko jego wina (moja, bardzo wielka), ale nie zrobił żadnej z tych rzeczy. Siedział na powycieranej jak papier ścierny sofie, patrząc w kominek, wcale go przy tym nie dostrzegając, nakładając na twarz maskę zobojętnienia niczym rękawiczki z jedwabiu.

Katrina prychnęła ze znużeniem i zaciągnęła się z sykiem papierosem.

— A szanowna siostrzyczka przyjaciółki — podjęła, odchylając głowę do tyłu, uwydatniając przy tym swoją długą, jasną szyję, wydmuchując kaskady dymu w powietrze — przeżyła twoją eskapadę?

Harry poczuł ból przeszywający jego kości jak grom z jasnego nieba, który w tempie mrugnięcia powiekami przemknął przez jego twarz, jakby jego umysł wypluwał z siebie wszelką nieczystość, która się w nim nagromadziła. Po chwili jego oblicze znów było nieczytelną, nieruchomą powłoką - jak twarz marmurowego posągu.

— Zamknij się — powiedział, jakby rzucał obojętną uwagę w jakiejś nieciekawej konwersacji — kochanie — dodał, spoglądając przeciągłym, intensywnym wzrokiem w stronę dziewczyny, która - jak gdyby nigdy nic - przechyliła głowę, układając ja na oparciu kanapy i przytknęła filtr papierosa do ust. Czerwona szminka odbijała się na nim jak słoneczne światło.

— Jeśli przeżyła, to ciekawe co oni teraz z nią zrobią. Te mugolskie szuje, które ją wychowują. Nie sądzisz, że to ciekawe?

Harry poczuł się tak, jakby żółć mu podeszła pod gardło, tak, jakby otrzymał solidny cios w i tak mocno wzburzony żołądek.

— Powiedziałem: zamknij się! — Jego głos zabrzmiał ostrzegawczo - trochę jak komunikat wysyłany przez kobrę indyjską, która rozpościera niczym wachlarz swój pokryty łuskami kaptur (uważaj, bo zaatakuję).

Katrina przechyliła głowę, jakby go oceniała, a Harry poczuł, jak coś nieprzyjemnego wżera się w jego żołądek. Nie wydawała się zaniepokojona jego agresywnym nastawieniem.

Snape przyglądał im się z boku, milcząco popijając swoje wino (Harry czuł jego oczy przeciągające się niespiesznie w górę jego ramion, sunące po szyi jak opuszki palców, diagnozujące wyraz jego twarzy, jakby studiował gładkie ryciny wyryte na płótnie). Jakby oglądał scenę mugolskiego przedstawienia teatralnego (aktorzy zajmują swoje miejsca? doskonale, doskonale, wobec tego kurtyna w górę!).

— Przecież wiem, że nie uda mi się ciebie zatrzymać. — Słowa Katriny chlusnęły na niego jak deszczówka z rynny i przez moment Harry zagubił język we własnych zębach, ginąc w plątaninie własnych myśli, wysilając się ponad miarę, ponad przeciętność, żeby jego maska nie spłynęła - wraz z tymi ostrymi słowami rzuconymi mu w twarz - jak akwarele ze szkła. Katrina zaciągnęła się głośno papierosem. — Harry Wielki Potter z sercem wyciosanym w górskim lodowcu.

— Przestań — wysyczał Harry, starając się utrzymać swoją maskę zobojętnienia, która zachwiała się jak karciana wieża nad głęboką przepaścią.

— Ciekawe, czym ty mnie tak kochasz, skoro zlodowaciałe serce nie uznaje miłości.

Wieża runęła z hukiem kamieni i odgłosem fanfar.

Kostki jego dłoni zatrzeszczały głucho, kiedy zacisnął dłonie w pięści tak mocno, że czuł się tak, jakby ktoś na siłę naciągał mu jego własną skórę na kości.

— Uważasz się za taką mądrą, prawda? — Odezwał się, brzmiąc, jakby przemawiał przez niego demon - to zdegenerowane bóstwo politeistyczne - obnażając zęby niczym wściekły wilk. — Mała, cudowna Katrinka, która uczy się czytać z ludzi i ma o swoich zdolnościach zbyt wysokie mniemanie.

Chciał ją rozdrażnić, chciał ją zdenerwować, sprawić, żeby jej opanowanie runęło w podobnym stylu, jak jego własne, żeby to nie on wyszedł na tego nieumiejącego okiełznać potwora żyjącego odwiecznie w jego piersi, przejmującego kontrolę nad jego logiką i spokojem ducha.

Katrina wzruszyła ramionami, odpalając kolejnego papierosa od poprzedniego.

— Zwyczajne wiem, jak wiele potrzeba, żeby ten huragan, który masz w głowie i w sercu zakorzenił się w jednym miejscu i znieruchomiał.

Harry powstrzymał chęć zazgrzytania zębami.

— Oczywiście, skarbie — oderwał się (jego głos brzmiał jak suchy lód) — bo przecież znasz mnie te kilka miesięcy i wiesz o mnie wszystko. Bo, tak, jak ja, nosisz w sobie ponad dwadzieścia lat planów, porażek i rozczarowań, i zmienności zdarzeń, które powalają na kolana. Bo, tak, jak ja, nie znasz nawet swoich przeklętych rodziców, bo nigdy niedane ci było żyć spokojnym, sielankowym, rodzinnym życiem, bo, tak, jak nade mną, wisi nad tobą cień maniakalnego psychopaty, który wziął w obroty twoje życie, bo tak, jak mnie, okrzyknięto cię wybraną do niemożliwego i podobnie jak ja...

— Skończ już, Potter — przerwał mu Snape, nawet nie podnosząc głosu, a ucinając tym samym jego wypowiedź jak za jednym zgrzytem ostrych nożyc; Harry zerknął na niego przelotnie, zacisnął zęby i splótł ramiona na piersi, spoglądając gdzieś w ścianę, poświęcając jej intensywną, silną uwagę.

Katrina syknęła jak kotka w rui.

— Biedny, nietykalny Harry, który sam nie wie, co czuje jego własne serce i nie rozumie...

Dosyć — wycedził Snape, brzmiąc, jakby miał gorącą ochotę zacisnąć komuś palce na gardle — mam po dziurki w nosie waszych dziecinnych kłótni.

— Dziecinnych kłótni! — wybuchła Katrina, zwracając się jednym, dramatycznym ruchem w stronę Snape'a, o mało nie wypalając dziury w obiciu swoim papierosem. — Ten idiota poszedł sobie spokojnie pod odstrzał mugolskich karabinów maszynowych, zamiast deportować się, kiedy tylko zauważył, że coś jest nie tak, zachował przy sobie swoją głupią, sławetną brawurę, a potem wymienił kilkuletnią dziewczynkę na Dracona, a ty mi mówisz, że prowadzę: „dziecinne kłótnie"?

Czarne oczy Snape'a zlustrowały jej twarz, jakby była pergaminem zapisanym treścią i Harry musiał się powstrzymać od jakiegoś niepożądanego, zjadliwego komentarza.

— Owszem — oznajmił Snape najspokojniej w świecie popijając swoje wino (obyś się nim zatruł — pomyślał Harry, zwracając wzrok gdzieś na sufit, po którym leniwie wędrował pochód głębokich cieni).

— Dobra! — zawołała wściekle Katrina, podrywając się z kanapy, gwałtownym ruchem gasząc swojego niedokończonego papierosa w zabrudzonej, oblepionej popiołem misce. — Głupio postąpiłeś, tyle ci powiem — oznajmiła, celując palcem w pierś Harry'ego, który nie spojrzał na nią, utrzymując z trudem swoją fasadę kamienia — a teraz, proszę bardzo, radź sobie sam z własnymi porażkami. Ja idę pod prysznic, bawcie się dobrze. — Odwróciła się ostentacyjnie i wypadła z salonu tak szybko, jakby niósł ją huragan, który nie opuszczał ani na krok rozjątrzonej duszy Harry'ego.

Spojrzał za nią z posępną miną, zastanawiając się, czy to istne rozjuszenie szybko jej przejdzie, czy zostanie w niej na długo jak emocjonalne wspomnienie.

Ciekawe, jak na tle tych skazanych na piekło wydarzeń, ma niby dojść do naszego planowanego dobicia się do mugolskich magazynów — pomyślał smętnie, obawiając się, że dementorzy nie będą mieli w sobie tyle cierpliwości, aby czekać na swoje wywiązanie się z umowy w nieskończoność, czy też tyle wyrozumiałości, żeby wyjaśnienia: „przeklęty Naczelnik, przeklęta wojna, przeklęta przewrotność losu" mogło ich udobruchać. Podejrzewał, że mogłoby to ich jedynie rozjuszyć - a tego by nie chciał; z pewnością nie potrzebował, obok mugolskiej armii, Naczelnictwa ze Snape'em na czele i głupich, gnuśnych organizacji antyrządowych, trzymających się na włosku czy też jakimś innym absurdalnie śmiesznym spoiwie, będących na moment przed upadkiem - obok tych wszystkich przeszkód stojących na jego drodze mieć jeszcze morze zniecierpliwionych dementorów na głowie, żądających wywiązania się z obietnicy, którą tak arogancko im złożył (mocny w języku i niczym więcej, tępy jak noga stołowa Potter — jego sumienie miało głos dziwacznie upodabniający się do głębokiego, aksamitnego tonu Snape'a - Harry miał ochotę bić głową w stół). Wizja tysiąca dusz musiała jaśnieć przed przeklętymi dementorami jak latarnia morska na Morzu Północnym; nie pozwolą mu o sobie tak szybko zapomnieć.

— Więc odpowiadasz przed McGonagall. — Cichy głos Snape'a przerwał jego rozważania jak stop-klatka na mugolskim filmie.

— Słucham? — Jeszcze nie do końca otrząsnął się z własnych myśli.

— McGonagall — powtórzył miękko Snape, patrząc na niego jak na nierozważnego gówniarza - trochę tak, jak wtedy, gdy miał jedynie jedenaście lat i nie wiedział, że nie istnieje żadna różnica między mordownikiem a tojadem żółtym. — To ona zleciła ci przewodnictwo w tej głupiej eskapadzie na Nokturn, którą miałem szczęście ominąć. To ona stoi na piedestale waszych byłych akcji przeciwrządowych i ona zatwierdza wszelkie pomysły, jakkolwiek absurdalne by one nie były.

Patrząc w ziemistą, nieugiętą jak stal twarz Snape'a, nie miał pewności, czy wszystko jeszcze uda mu się przeprowadzić tak, jak to sobie pierwotnie zaplanował. Czarne oczy wpatrywały się w niego, ciskając wywyższeniem i mroczną satysfakcją (nie utrzymasz mnie na dystans, wiesz? — szeptał do niego demon mieszkający w tym chudym ciele, patrzący tymi głębokimi jak dwie przepaście bez dna oczami, poruszający wystającymi pod ostrym kątem kośćmi, niemalże przecinającymi skórę).

Siedział na wytartej kanapie o wysokim oparciu naprzeciw Snape'a, spoglądającego na niego z miną ukontentowanego kota, popijającego leniwie swoje czerwone wino i patrzył, jak wszystko, co sobie doszczętnie przemyślał, sądząc, że rozumie machinacje żywiołów, którym musi sprostać, wszystko, w co włożył swój wielki wysiłek, gdzie zagnieździł swoje migoczące w piersi serce, chwieje się w tym tańcu nieposiadającym ani sensu, ani z góry ustalonych kroków, w tej walce, w której - bez względu na to, czy chce tego, czy nie chce - spadnie na niego niebo, śmiejąc mu się w żywe oczy, i wyszepcze lubieżnie do jego ucha: „widzisz, jak ciężko mnie przezwyciężyć?".

Czarne oczy Snape'a leżały na jego twarzy jak przystemplowana pieczęć, długie, ziemiste palce obracały powoli nóżkę trzymanego kieliszka, czarny umysł o aparycji labiryntu bawił się z nim w kotka i myszkę.

Widzę — odpowiedział w myślach drwiącemu z niego, ciężkiemu, walącemu mu się na kark i na szyję niebu — patrzę ci w oczy.


*Kortez - Stare drzewa