.

Dodatek

Pajęczyna planów z garbatym szczęściem

.

Jej dzieciństwo miało zapach malin. Taniego mydła rozpuszczonego w wodzie, którym jej matka myła podłogi, co chwilę odrzucając na plecy spadające jej koło policzków włosy zaplecione w gruby warkocz przepleciony wstążką. Świeżych pomarańczy, które przywoziły razem do dziadków na święta w dużych, wiklinowych koszach przykrytych czerwono-białą serwetką w kratę i ziarnistego, różowego pieprzu, który babcia trzymała w szklanym, niezakorkowanym pojemniczku, leżącego obok innych przypraw na drewnianej, przenośnej półeczce postawionej na blacie przy ścianie. Herbaty z miodem i cytryną - na wpół słodkiej, na wpół kwaśnej, mającej swoją własną, unikatową, ciekawą gamę smakową - którą przygotowywała jej babcia na przeziębienie.

Jej dzieciństwo wybrzmiewało Mozartem, którego jej dziadek odtwarzał na starym patefonie stojącym w niewielkim przedpokoju i smakowało rozcierającą jej się na ustach, czerwoną szminką w odcieniu karmazynu, którą babcia trzymała na lustrze (wiecznie umazanym jej własnymi odciskami palców) z wbudowaną, drewnianą półką, a którą ona bez ustanku, z miną prawdziwego konspiratora, podbierała.

Jej dzieciństwo jest żywym obrazem, ma swoje smaki i zapachy, melodie, które teraz ledwo pamięta, a które niegdyś pobrzmiewały w jej głowie jak zakorzenione w umyśle echo. Urozmaiceniem piękna, o które wtedy nie dbała, które przyjmowała - jak coś oczywistego - ot tak, po prostu, a potem śmiała się i swawoliła, wywijała figle z kotem sąsiadów pośród świeżo skoszonej trawy, a zielone źdźbła przyklejały jej się do palców i zostawały we włosach.

Teraz barwy płowiały, zapachy mętniały, a ich źródła wysychały. Wojna miała w sobie coś z wielkiego odkurzacza, który zasysa do rozdętego brzucha technikolor i rytmikę dźwięków.

Nie rozumiała, czemu ktokolwiek miałby ją bronić przed rzeczywistością - owszem, brukowane ulice - kiedyś pełne kasztanów - okazały się składowiskiem śmieci, kurzu i prochu z broni palnej, nie była naiwna, widziała zmieniające się barwy świata, zauważała zieleń przechodzącą w brudny pomarańcz, pomarańcz nasiąkający brązem, brąz ciemniejący, ścierający się, popielaty, przybierający odcienie szarości.

Widziała rozpad i widziała cierpienie, tłumione krzyki i załamywane ręce - nie była ślepa na losy świata, nie była nieczuła i obojętna - a pośród całego, przegniłego rozpadu, pomiędzy prochem a dymem, w otoczeniu ryzyka skłębionego w powietrzu jak para, widziała Harry'ego.

Zakładał jej na nos różowe okulary. Nie dopuszczał w pobliże planów, których miał coraz więcej i więcej, które przelatywały mu przez głowę jak dzikie ptaki, jak łabędzie, choć gotowa była zacisnąć różdżkę w pięść, wyprostować plecy, zagryźć zęby, udać, że się nie boi i wyjść za nim w ferwor walki, którą staczał każdego dnia ze światem przykrytym płachtą dymu i popiołów.

Jego umysł zaprzątały plany - szumne, niekonwencjonalne i z daleka rzucające cień ryzyka. Grał w ciemno z życiem, przetaczając się przez nie jak na fali, pozwalając przekrętom Fortuny nieść się na nieznane głębiny, a ona, im mocniej się w nim zakochiwała, cały czas ucząc się go od nowa, tym coraz mniej widziała w tym szlachetności i coraz więcej braku przezorności.

Miała piętnaście lat, a przed nią leżał świat, otwarty i ogromny, przed nią leżało życie i setki, tysiące, setki tysięcy pomysłów, jak je przeżyć. Przyszłość odwiecznie niewiadoma, niekończąca się paleta planów, wielki kraj, miliony obyczajów, równoległe kontynenty, dziewięć milionów rowerów w Pekinie i siedem miliardów ludzi na świecie.

Otaczali ją ludzie zahartowani w wojnie, od dawna znający jej smak, ludzie, którzy nie uczyli się jej zawrotnych machinacji po raz pierwszy, którzy widzieli już nieraz kamień na kamieniu, rozdarte serca i blade, milczące usta niemające już siły na krzyk, ludzie, przyglądający się, jak kolej rzeczy sunie pospiesznie po jasno wytoczonych torach, nie mrugnąwszy powiekami.

A teraz przyszło jej uczestniczyć w czymś, czego nie znała, czymś, czego nie do końca rozumiała, za czego ponurą logiką bezskutecznie starała się nadążyć.

Czasami - a bywało takich chwil coraz więcej - odnosiła wrażenie, że jej uśmiech jest oderwany od rzeczywistości, że Harry i Draco - oni obaj - patrzą na nią z pobłażaniem jak na barwną plamę, którą jakiś malarz impresjonista wrzucił na pierwszy plan na tle czerni, bieli i szarości, że bawi ich pełen rozbawienia śmiech tańczący w jej gardle i na jej języku, że kręcą głową, uśmiechając się do siebie, jak na widok jakiejś barwnej papugi, która plecie coś od rzeczy, latając im nad głowami, kiedy tanecznym krokiem przemierzała salon, plącząc się w rąbku własnej sukienki albo codziennej szaty.

Dlaczego miałaby nie tańczyć, kiedy oni, zajęci układaniem planów, wypalają, siedząc na starej, zwietrzałej kanapie, paczkę papierosów? Dlaczego miałaby się nie uśmiechać i się nie zabawiać? Bo była wojna? Bo byli w środku konfliktu zbrojnego? Powiedziałaby, że właśnie teraz jest najlepszy czas na to, żeby tańczyć, pić wino w lodowate, zimowe wieczory i spoglądać w gwiazdy, korzystać z życia, czerpać z niego pełnymi garściami - szczególnie, kiedy jest wojna - bo innej okazji może już nie być. Bawić się różdżką i nie dbać o konsekwencje, czarować iskry kolorowe jak konfetti, skakać po schodach, kiedy inni idą powoli, patrzeć w oczy teraźniejszości i machać do niej ręką, zakochiwać się mocniej, pragnąć bardziej i śmiać się głośniej. Upijać się szczęściem.

Potrafiła promienieć, kiedy oni zwieszali głowy, być dla nich kontrastem, jaskrawą zorzą na ciemnym tle nieba - przypominać im, że szczęście nie jest ograniczone żadnymi barierami.

Tyle że każda linia ich planów miała w sobie supły nie do rozwiązania, haczyki nie do zdjęcia, sieci, w które tak łatwo się zaplątać - a sploty tych lin były Puszką Pandory, w której czaiło się nieszczęście.