.

Rozdział 48

Na przekór czasom i ludziom wbrew

.

Kiedy Lucjusz późnym zmierzchem złapał go za ramię i ścisnął tak mocno, że był pewien, że zostaną mu po tym, ślady: czerwone, podłużne pręgi (takie samie, jakie kiedyś pozostawiał po sobie jego mugolski, bezwartościowy ojciec), Severus obnażył zęby, pozwalając osobnikowi spod ciemnej gwiazdy żyjącemu w jego duszy rozerwać swoją skórę ostrymi jak brzytwa pazurami i wydostać się na powierzchnię.

— Mówiłem ci, Lucjuszu, że mam nad wszystkim kontrolę — oznajmił chłodno, wszczepiając oczy w srebrne tęczówki przyjaciela, który biegał wzrokiem po jego twarzy, jakby dokopywał się znaczeń w każdej zmarszczce znaczącej okolice oczu, przecinającej jego wysokie czoło.

Lucjusz wyglądał groteskowo z rozwichrzonymi włosami, zaczerwienioną na policzkach i przy skroniach twarzą, z dłońmi naprężonymi jak u dzikiego zwierzęcia i oczami płonącymi jak stal, wściekłymi, rozjuszonymi, niespokojnymi.

Stary przyjaciel po fachu dopadł go ciemną nocą w rozbłyskach spadających gwiazd i księżyca w pełni, wyrwał mu z dłoni szklany, pulchny kieliszek do jednej czwartej wypełniony ciemnym burgundem i wytargał bez delikatności za drzwi tarasowe w chłodną noc, warcząc przez zęby: „musimy porozmawiać", brzmiąc przy tym jak gwałtowna bestia, która lada moment zrobi mu z gardła kipisz plujący krwią i wyrywkami unerwienia.

— Przecież widzę, że Potter non stop wymyka ci się z rąk! — wycedził Lucjusz, kręcąc głową - przez jego jasną, lekko podstarzałą już twarz przemknął cień zniecierpliwienia. — Nie jestem ślepy, Severusie, Potter ślizga się pomiędzy twoimi palcami już od dawna. Nie zatrzymasz go, jeżeli...

Severus warknął i wyrwał się z uścisku przyjaciela, wiedząc, że jego czarne oczy ciemnieją, że opanowanie trzęsie się u jego stóp, grożąc upadkiem.

Nie będzie o nim z nikim rozmawiał, z pewnością nie będzie tego robił, to niepotrzebne, to zbędne, Potter będzie go słuchał, będzie posłuszny, będzie tam, gdzie Severus chciałby go widzieć - oczywiście, że on się wyrywa - i będzie szamotał się nadal, ma to we krwi, w duszy, zakorzenione w instynktach, gdyby się nie wyrywał, nie byłby dla niego żadnym wyzwaniem, byłby nudny, przeciętny; Potter nigdy nie będzie należał do osób przeciętnych.

— Nie ingeruj między mnie a Pottera — wypluł z siebie, odsuwając się gwałtownie od Lucjusza, patrząc w jego napiętą jak cięciwa łuku twarz.

— Severusie, mój syn się dla niego poświęca! — Głowa rodu Malfoyów miała w rozszerzonych źrenicach żar jak z rozgrzanych do białości węgli i wyglądała, jakby zamierzała za moment zacisnąć z całych sił dłonie na ramionach Severusa i potrząsnąć nim tak mocno, aby ujrzał gwiazdy przed oczami. — Nie będę stał z boku i się patrzył, jak raz za razem naraża się dla jakiś głupich ideałów, które nawet nie należą do niego!

— Twój syn jest dorosły, Lucjuszu, i sam jest kowalem własnego losu. — Rozdrażniony warkot przesunął się w górę chudego, bladego gardła jak ostrzeżenie.

— Nie doszłoby do tego, że leży teraz bez przytomności już drugą dobę, gdybyś na czas zacieśnił pełną władzę nad Potterem! — wydarł mu się w twarz Lucjusz, wyglądając, jakby go opętało. — Mój syn nie znalazłby się w takim położeniu, gdybyś zagarnął to, co twoje i zdusił cały ten zamęt, który Potter wokół siebie roztacza, w zarodku!

Stali na tyłach jego posiadłości na zaśnieżonym, niewielkim tarasie, okryci płachtą zaklęcia prywatności, mierząc się wzrokiem nad łagodną, śnieżną muldą, w którą ich nogi wbijały się jak w miękki biszkopt.

Snape zazgrzytał zębami; jego czarne oczy ciskały błyskawice.

— Nie będziesz mi mówił — powiedział powoli, obniżając tembr głosu — jak mam z nim postępować, przyjacielu.

Lucjusz zrobił krok naprzód, stając oko w oko z Severusem.

— Przestań — wycedził, wypluwając z siebie z niesmakiem słowa — być wobec niego taki zaborczy, to wpływa na twój chłodny umysł, zaczynasz działać w afekcie, a to nigdy nie wróży niczego dobrego. — Lucjusz pokręcił z politowaniem głową, mierząc się z Severusem na spojrzenia. — Bo czy nie raz odbiło się to już na twoich decyzjach? Czy to nie przez to wymknęła ci się spod kontroli twoja własna córka? Zamiast grać z Potterem w te swoje fantastyczne gry słowne, zamiast przeciągać się z nim jak liną jakimiś racjonalizacjami, mógłbyś choć raz porządnie przetrzepać mu skórę, żeby wybić mu z głowy jakieś idiotyczne zrywy wyzwoleńcze, żeby go przystopować.

Oczy Severusa pociemniały; wyprostował się, zaciągając sztywno barki do tyłu, patrząc chłodnym wzrokiem prosto w oczy Lucjusza, nawet nie mrugnąwszy powieką.

— To niesamowicie mało ślizgoński postępek, Lucjuszu — odparł lodowatym tonem, z satysfakcją dostrzegając, jak irytacja przesuwa się pod skórą jasnowłosego czarodzieja, jakby krew w jego żyłach zawrzała. Posłał mu złośliwy półuśmiech, przechylając w zainteresowaniu głowę. — Właśnie na tym polega cała zabawa — odezwał się miękko, pochylając nieznacznie twarz nad twarzą Lucjusza; czarne kosmyki włosów osiadły mu na policzkowych kościach jak cienie — żeby grać. Przyjmować rzewne prośby z piękną wyrozumiałością, a potem się z nich wymawiać wycierając łzy zawodu z młodzieńczych policzków, robić uniki, zwody i wykręty, korzystać z cudzych nadziei, obracając nimi w palcach jak fałszywą monetą. Odwracać uwagę od jednych działań i koncentrować ją na innych. Przepychać się na frazy jak za odbiciem pingpongowej piłki, przekonywać, że słuszność jest w twoich dłoniach i twoich ustach, mimo ewidentnego braku logiki twoich rozumowań i spoglądać jak młoda dusza kłóci się z samą sobą, mierzwiąc umysł, próbując odnaleźć drzwi prowadzące do odpowiedzi pośród egipskich ciemności. — Oczy Severusa błyszczały jak światło gwiazd. — On jest fantastyczny, Lucjuszu — wyszeptał, kręcąc głową — bo próbuje za tobą nadążyć, próbuje dotrzymać ci kroku w tej cichej zabawie, podejmuje wyzwanie, starając się nie zgubić rytmu. On cię nigdy nie nudzi, bo chwyta się twoich własnych zasad i stara się je przechytrzyć. Kiedy zaczyna się bać, stara się to przed tobą ukryć na miliony różnych sposobów, jakby je wypróbowywał, jakby stawiał stopę na trzeszczącym lodzie, testując, czy ten wytrzyma jego ciężar. Podczas kiedy ty próbujesz wywrzeć na nim jakiś efekt, on próbuje odkryć, do czego ma prawo się posunąć. Gryzie się z samym sobą, starając się pojąć, dlaczego raz mu pomagasz, a innym razem zastawiasz mu drogę przed jego możliwościami.

Lucjusz patrzył na niego spod głębokich zmarszczek przecinających jego czoło jak pęknięcia na szkle.

— Bawisz się nim — wyszeptał, zwilżając wargi koniuszkiem języka i zmarszczył mocno brwi; jego szare oczy przybrały jakiś głęboki, zaintrygowany wyraz. Jego oddech się pogłębił. Zerknął kątem oka w stronę tarasowych drzwi, by za moment na powrót skupić wzrok na ziemistej, spokojnej twarzy. — Ale przecież... — Przygryzł wargi, jakby starał się poukładać sobie wszystko we własnych myślach. — Przecież ci na nim zależy — stwierdził, kierując na powrót twarz ku obserwującemu go uważnym spojrzeniem Severusowi.

Ziemista twarz skrzywiła się nieznacznie.

— A tobie nie zależy na Draconie? — zapytał, odwracając wzrok.

— Nie zmieniaj tematu — ostrzegł Lucjusz, podnosząc dłoń i szturchając Severusa palcem w pierś.

— Nie zmieniam tematu — warknął cicho Severus; w jego głos zakradła się irytacja.

— Draco to mój syn, Severusie, i będzie nim, cokolwiek postanowi zrobić ze swoim życiem. Nie wmawiaj mi, proszę...

— Nie będę — przerwał mu ostro Severus, podnosząc prawą dłoń, jakby prosił grupę studentów zasiewających tłumnie salę wykładową o ciszę. Jakby był prelegentem, pragnącym rozpocząć głośną konferencję. — Mówiłem ci już, że to sprawa między mną a Potterem.

Severus rzucił spojrzeniem na wydeptane ślady ich podeszew na śniegu i owinął się szczelniej peleryną. Ich kroki odbijały się w bieli, wyglądając, jakby skupiło się w tej niewielkiej przestrzeni kłębowisko ludzi drepczących w miejscu. Czarne oczy uniosły się ku górze i zerknęły w stronę okrągłego jak piłka księżyca. Blade światło odbiło się w jego czarnych oczach, nadając im nieco melancholijnego wyglądu.

— Nie pozwolę mu umrzeć, Lucjuszu — powiedział cicho Severus i odwrócił się w stronę tarasu.

Lucjusz spoglądał za nim, jak znika w ciemnych, przykrytych nocą wnętrzach swojej posiadłości, wtapiając się w tło okrytych mrokiem ścian jak cień.


-VVV-


Być pod nadzorem McGonagall — pomyślał Harry, przewracając się z boku na bok, nie mogąc zmrużyć oka. — Co za absurd - myśleć, że mógłbym znajdować się pod wpływem dyrektorki Hogwartu. — Prychnął cicho, nakrywając się grubą pierzyną, zaciągając materiał pod sam nos. — To prawda, że ta wiekowa dama jest moim autorytetem moralnym, to prawda, że liczę się z jej zdaniem i mam na uwadze jej decyzje - jest wybitną czarownicą i wartościową, mądrą kobietą. Oczywiście, że z reguły stosuję się do jej zaleceń - to nawyk z czasów, gdy była jeszcze opiekunką mojego domu za szkolnych lat, to standard, do którego przywykłem, a który najprawdopodobniej nigdy mi się nie zmieni.

Harry przewrócił się na plecy, zerkając w stronę zaciemniających pokój zasłon, które tak doskonale tamowały światło, że Harry'emu ciężko było stwierdzić, jakiego były one koloru.

Podczas gdy leżał sam w ciemnym, cichym pokoju, otoczony miękkimi prześcieradłami i ciepłą kołdrą, na zewnątrz toczyła się wojna, która odbijała się na życiu czarodziejskiej społeczności z gwałtownym hukiem i trzaskającym szkłem okiennych wystaw i szklanych tarasów.

To moje własne decyzje sprowadzają mnie do pozycji, w jakiej w danej chwili się znajduję — rozmyślał Harry, oddychając głęboko. — Jestem kowalem własnego losu, bez względu na to, jak widzi mnie Snape'a, kiedy patrzy mi w oczy. Nikt nie zdoła powstrzymać mnie przed snuciem planów, mój umysł wciąż należy do mnie, nikt nie zdoła poznać mnie lepiej, niż ja znam samego siebie, nawet Snape parający się Legilimencją.

Choć jego plany opierały się na kruchych, niepewnych podstawach, nikt nie mógł mu ich odebrać, nikt nie mógł odwrócić się ku niemu i ich sobie zagarnąć, wyjąć mu z rąk jak różdżkę, zdjąć z palców jak rękawiczkę. Budował zamki na lodzie - wiedział o tym - ale te zamki miały swoje kształty, miały kontury i określoną symetrię. Zwymiarowane, przycięte w odpowiednich miejscach i rozbudowane w innych, nieroztapiające się tak szybko, jak można było przypuszczać.

Leżąc na miękkim materacu, nie mógł pozbyć się jednej, mglistej myśli, która napływała do jego umysłu jak fala: raz lekka, raz silna, spieniona, niecierpliwa, idée fixe kręcąca się w jego czaszce jak motyle. Myśli, że teraz należałoby skorzystać z położenia, w jakim się znalazł. Myśli, która miała imię i nazwisko, błyskotliwość dorównującą istnemu geniuszowi i niegasnące samozaparcie zrodzone z przeświadczenia, że wszystko, co robi, ma się przyczynić do powstania jakiejś zmiany na lepsze.

Myśli, która była krótka i silnie zwięzła.

Sophie Fisher.

Kto, jeśli nie ona, mogła dokopać się do informacji, których potrzebował, kto, jeśli nie ona, byłby w stanie w najkrótszym możliwym czasie zlokalizować te mugolskie magazyny, kto, jeśli nie ona byłaby w stanie wywieźć w pole mugolską gwardię narodową?

Luna, zapewne — pomyślał Harry, zarzucając ramię na czoło — tyle że Luny tu nie ma, za to jest Katrina. Katrina, która mogłaby podszepnąć swojemu ojcu słówko o tym, jakże ogromnie stęskniła się za matczynymi ramionami.

Mogła być jego kluczem do swobody ruchów, mogła być jego drzwiami do możliwości podejmowania samodzielnych decyzji, mogła nadepnąć Snape'owi na odcisk i uaktywnić działania, których on sam nie mógł się tknąć, nie w tak bliskim otoczeniu Snape'a, nie, kiedy ten przebiegły, stary demon rozłożył nad nim swój parasol nadzorczy, nie, kiedy jego pańskie oko zawisło nad nim jak miecz Damoklesa.

Katrina ma miejsce do popisu — westchnął w myślach Harry (kąciki jego warg drgnęły w lekkim, kąśliwym uśmiechu). — Zobaczymy, jak się z tego wywiąże.

Zamknął oczy z myślą, że pajęczyna, w którą dał się złapać, nie jest aż tak lepka, jak na pierwszy rzut oka można ocenić.


-VVV-


Obudziła go fala brązowych, miękkich włosów sypiących mu się na twarz, szelest poprawianej kołdry i ciepły oddech osiadający na jego uchu jak mżawka.

— Nie kłóćmy się już nigdy więcej — wyszeptała mu do ucha jakaś senna mara, trącając nosem jego szyję jak żądające uwagi szczenię.

Harry zamruczał, nie do końca wybudzony, z umysłem wciąż na wpół śniącym i wyciągnął ramię, żeby ocenić, że coś ciepłego i drobnego zwija się u jego boku jak kłębek włóczki.

— Ani teraz, ani później, ani wcale — mruczała nadal jego śpiąca halucynacja, kręcąc się obok pod gorącą pierzyną, sprawiając, że materac to uginał się, to naprężał jakby był polipropylenem naciągniętym na trampolinę. — Harry, śpisz?

Podniósł się ociężale na łokciu, ziewając mrukliwie i spojrzał z góry w twarz Katriny leżącej na jego poduszce jak kot.

— Już nie, skoro mnie obudziłaś — powiedział zaspanym głosem, wycierając dłonią oczy. — Weź mi podaj okulary. Są na szafce obok łóżka.

Katrina znów zaczęła się wiercić, wyciągając ramię, żeby sięgnąć po okrągłe oprawki. Moment później jej drobna dłoń wcisnęła mu okulary na nos, a uśmiechnięte oblicze dziewczęcej twarzy zamajaczyło przed nim jak pochodnia.

— Więc? — zamruczała Katrina, całując go w kącik warg.

— Więc, co? — nie zrozumiał Harry, starając się niewprawnie ułożyć palcami swoje roztrzepane po śnie włosy.

— Wiesz: co — odparła Katrina, odsuwając się nieznacznie, żeby spojrzeć mu w oczy.

Harry zmarszczył brwi, starając się sobie przypomnieć.

— Nie wiem — przyznał, wyciągając rękę i kładąc na jej ciepłym karku. Delikatnym gestem przyciągnął ją do pocałunku (Katrina zamruczała w jego usta jak kot). — Powiedz mi. Nie wiem — powtórzył, odsuwając się, nie walcząc z łagodnym uśmiechem, który rozlał się na jego twarzy jak karmel.

Katrina westchnęła cicho i oblizała wargi koniuszkiem języka.

— Nieważne — stwierdziła niedbale, przewracając się na plecy i uśmiechając do niego nie bez rozbawienia.

Harry spoglądał na nią długo, przeciągając palcami co jej długich, kasztanowych włosach. Na granicy świadomości majaczyło przeświadczenie o tym, że musi powiedzieć jej coś ważnego, ale chwilowo nie potrafił sobie przypomnieć, o co właściwie mogłoby chodzić.

— Dobrze wyglądasz, wiesz? — powiedziała cicho Katrina, przesuwając spojrzenie po jego włosach, w których zatapiała chude palce. — Kiedy śpisz.

Harry roześmiał się i pokręcił w niedowierzaniu głową.

— Na pewno nie — ocenił, czując, jak kąciki jego warg samoistnie wyciągają się w uśmiechu. Niemalże czuł milimetrowe zmarszczki powstające przy tym w kącikach jego oczu.

— Naprawdę — uśmiechnęła się Katrina, tym razem całując czubek jego nosa.

Jakaś myśl krążyła na dnie jego umysłu, nie mogąc wpaść mu go głowy - jak moneta sunąca po swojej węższej krawędzi.

— Hmm — mruknął, kolejny raz przeciągając się leniwie jak domowy kocur. — Jak się czuje Draco? — zapytał podsuwając się wyżej na łóżku i usiadł, opierając się wygodnie o miękki zagłówek.

Katrina poszła jego śladami, składając beztrosko głowę na jego - nieco kościstym - ramieniu.

— Obudził się, wyobraź sobie — powiedziała, wzdychając ciężko (ciepłe powietrze owiało mu szyję jak międzyzwrotnikowy pasat). — Na dzień dobry skrzyżował miecze ze swoim ojcem.

Harry odetchnął głęboko, dając tym wyraz przygnębieniu kotłującemu się z nieopuszczającym go uczuciem ulgi, spuszczając wzrok na miękką pościel. Moneta zaczęła zataczać coraz węższe kręgi, pochylając się jak narciarski skoczek.

— Bardzo jest wściekły?

Katrina wzruszyła ramionami.

— Odrobinę — przyznała, odgarniając włosy z twarzy — ale przejdzie mu. Zawsze przechodzi.

Moneta sunąca mozolnie po krawędzi, przewróciła się z brzdękiem; Harry otworzył szerzej oczy, kiedy w jego umyśle otworzyła się jakaś bariera, a jego myśli wskoczyły na swoje właściwe miejsca. Zerknął uważnie na Katrinę, która uniosła wysoko swoje chude, ciemne brwi, dostrzegając zmianę w jego zachowaniu.

— No, co? — mruknęła, marszcząc mocno czoło, jakby studiowała ciężką książkę (wyglądała dość komicznie w parze z nasuniętymi na czoło brwiami - przywodziła Harry'emu na myśl uśmiechającego się otępiale leniwca).

Harry zerknął niepewnie w stronę drzwi (brak szmerów na korytarzu nie świadczył jeszcze o tym, że ta rozmowa jest prywatna, oczywiście); po krótkim jak mrugnięcie powiek wahaniu, przycisnął wargi do jej ucha i wyszeptał, wdmuchując do niego salwę gorącego powietrza:

— Potrzebuję twojej matki. — Katrina odwróciła się ku niemu, zerkając pytająco w jego oczy; Harry tylko potrząsnął głową w odpowiedzi i na powrót pochylił się nad jej uchem. — Namów proszę ojca, żeby ją tutaj ściągnął. Twoja matka byłaby w stanie posiąść informacje, na których mi bardzo zależy.

Katrina przechyliła głowę, jakby nie do końca rozumiała jego słowa.

— Moja mama miałaby mieć jakieś... interesujące nas wiadomości? — powtórzyła przyciszonym głosem, brzmiąc, jakby podchodziła dość sceptycznie do tej myśli.

Harry zmarszczył się nieznacznie, zwieszając nos na kwintę na krzywy wydźwięk jej słów i wzruszył w odpowiedzi ramionami.

— To nie jest powiedziane, że na sto procent nimi dysponuje, Katrino — odezwał się cicho, wzdychając — ale nadzieja jest matką głupich, prawda? — Zielone oczy spotkały czarne. — I umiera ostatnia — dodał, uśmiechając się wymuszenie, trochę nostalgicznie, trochę melancholijnie.

Katrina pokiwała - bardziej do siebie, niż do Harry'ego - głową i z zamyśleniem wypisanym na twarzy niby pędzlem zerknęła w stronę drzwi do sypialni.

— Zobaczę, co da się zrobić — obiecała, wygrzebując się spod pościeli (Harry drgnął, gdy jego kolana owinął całun chłodnego powietrza). — Nie daję słowa, że...

— Wiem — przerwał jej Harry i skinął głową na znak, że jest zdecydowany, kiedy odwróciła się, by na niego spojrzeć. — Wystarczy, że spróbujemy.

Katrina pokiwała głową.

— Spróbujmy — potwierdziła; w jej oczach rozpalił się dawny, pełen zawziętości błysk.


-VVV-


Draco faktycznie chodził tamtego dnia z nerwami na wierzchu. Między Bogiem a prawdą, trochę się niepokoiłem, czy rzetelne opanowanie Snape'a się nie przełamie, kiedy to Draco w najlepsze okazywał szeroki poziom swojego zbulwersowania. Na pierwszy ogień szczęśliwie poszedł Lucjusz, co mogło nieznacznie ostudzić irytację oburzonego Snape'a. Trudno mi nawet powiedzieć na kogo Draco był bardziej wściekły: na mnie, że sprowadziłem nas do tych zamkniętych czterech ścian, na Katrinę, że się temu nie postawiła (jakby to było w ogóle możliwe) czy na samego siebie, że pozwolił mugolskim wojskom doprowadzić się do stanu, w którym jego świadomość poszła schować głowę w piach. Tym razem to jego przytłoczyły emocje - choć objawiło się to w zupełnie innym stylu niż w moim przypadku.

Tymczasem żywiłem głęboką nadzieję, że zebranie, które odbyło się po pierwszej bitwie z mugolami obudziło w Sophie Fisher niezachwianą ciekawość i powołało do zainteresowania się kwestią mugolskich magazynów z bronią. Oczywiście, szedłem w zaparte na ślepo - jak zazwyczaj - nie będąc pewnym niczego. Podświadomie wierzyłem, że fakt, że ta niemłoda kobieta była tak skora do pomocy ostatnim razem zaważy na trud planowanych działań, że być może rzuci jakieś nowe światło na tę sprawę, że ukaże przed nami kwestie, które toczą się mozolnie tuż koło nas, a których nie jesteśmy w pełni świadomi.

Podczas kiedy ja zajęty byłem układaniem planów, Katrina odwracała kota ogonem przed swoim ojcem - podwójnym szpiegiem, odwiecznym wojownikiem, Legilimentą. Nie rozumiem i nigdy nie rozumiałem, jak jej się to udawało. Zamieniała się w słodką dziewczynkę jak za pstryknięciem palców, a potem naciągała Snape'a na coś, na co Snape, którego znałem z Hogwartu nigdy nie wyraziłby zgody. Hipnotyzowała go jak efekty optyczne, wkładała w to całą siebie, kiedy śpiewnym głosem zawodziła: „tato, tatulku, kochany mój tatusiu", a świat zatrzymywał się wokół niej jak zwolniona klatka w mugolskim kinie.

Tkwił w niej jakiś przełącznik, jakieś niewidzialne pokrętło szukające fal, które rozbudzą jej działania niczym zastrzyk z adrenaliny. Radio „Katrina" nadające na kilku częstotliwościach. Aż ciężko było uwierzyć, że ta sama Katrina, która ignorując swojego ojca, wypalała ze znudzoną miną jednego papierosa za drugim, siedząc z głową podpartą o dłoń, z łokciem niedbale wstawionym w środek garstki kurzu zmieszanego z popiołem, że ta sama Katrina, która - marszcząc nos - wydychała dym samym kącikiem ust z umysłem błądzącym w chmurach, uśmiechała się jak małolat i szczebiotała z dziecięcą radością coś o rodzinnych, bliskich więzach, które należy zacieśniać. Ta sama Katrina, która marszcząc czoło, mówiła: „widzę, co dzieje się w kraju", potrafiła chichotać jak niedorosła, zasłaniając dłonią usta, ale też spoglądać kusicielsko w oczy jak dojrzała femme fatale.

Wciąż pamiętam zapach jej włosów, w które zagłębiałem nos, każde z tysiąca spojrzeń, które chodziły za mną jak cienie, pamiętam, jak uczyłem się języka, którym do mnie przemawiała: języka miłości; pamiętam, jak próbowałem zrozumieć zasady, jakie nim kierują, wszystkie jego reguły i każdy wyjątek. Byłem jak taki wielki, niezdarny niedźwiedź w obliczu dorodnego łabędzia, który stara się zachować równy łabędziowi majestat prężąc kark, strosząc wąsy i przebierając łapami.

Czasami trudno zrozumieć upadek czegoś, co miało być nieśmiertelne.


-VVV-


Trzeba tysiąca słów i jeszcze więcej krzyku i błagań, żeby Harry przestał popełniać szlachetne głupstwa w imię większego dobra — pomyślał Draco, kiedy uchylając powieki, pierwszym, co dostrzegł, były srebrne jak gwiezdny pył oczy wpatrzone w jego własne.

— Obudziłeś się — ocenił jego ojciec, nie odrywając wzroku od jego twarzy, a Draco miał ochotę zacząć się śmiać, wybuchnąć niczym wulkan pełnym szaleństwa rechotem i nie przestawać śmiać się już nigdy: z ludzkiej głupoty, z decyzji człowieka przypartego do muru, z bezsilności zwyczajnych, codziennych sytuacji, ale mu się nie udało, bo coś ciężkiego osiadło w jego gardle, skutecznie tamując dźwięki ponurego rozbawienia.

— Idź sobie — powiedział zamiast tego, nakrywając kołdrę na głowę jak dzieciak niezadowolony z tego, że wybudziło się go z głębokiego snu o godzinie szóstej rano.

Jego ojciec milczał przez dłuższą chwilę, ale nie wstał, aby odejść, nie oddalił się nawet o metr, nawet o centymetry, był tam - mglisty cień odbijający się na pościeli jak duch, cicha obecność trwająca u jego boku, obserwująca, analizująca każdy ruch, każde słowo.

Draco najchętniej nie wyściubiałby nosa spod kołdry, z cierpliwością czekając, aż jego ojciec wreszcie sobie pójdzie, ale na tyłach jego umysłu kołatało się pytanie, które nie dawało mu spokoju. Opuścił kołdrę na tyle, by wyściubić zza niej oczy, przez co zapewne wyglądał jak krokodyl łypiący na świat zza bagnistego mułu.

— Czy z Harrym wszystko w porządku? — Draco przeklinał się za niepokój, który odbił się w jego głosie jak w tafli zwierciadła.

Ojciec skinął głową, milcząc jak zaklęty i Draco zaczął się zastanawiać, czy powinien zacząć to interpretować jako zwiastun bliskiego nieszczęścia (bądź o czasie wczorajszym — pomyślał mgliście Draco, marszcząc mocno brwi — bo którego właściwie mamy?).

— Co jest dzisiaj za dzień? — zapytał, mimo solidnego postanowienia, że nie będzie wdrażał najmniejszych konwersacji ze swoim ojcem; przygryzł boleśnie koniuszek języka.

Ojciec wyciągnął dłoń i przyłożył mu palce do czoła, marszcząc w skupieniu brwi.

— Byłeś nieprzytomny przez całą noc — powiedział miękkim głosem, po czym zabrał dłoń, odgarniając włosy wpadające Draco na oczy — ale przynajmniej gorączka już spadła — dodał, zdając się kierować te słowa bardziej do siebie, niż do Dracona. — Jak się czujesz?

Draco skrzywił się, zanurzając twarz w miękkiej poduszce.

— Jakby mnie hipogryf poturbował — przyznał kwaśno, obmacując palcami swoje ciało i nie znajdując żadnych trwałych obrażeń. — Postrzelili mnie, co? — prychnął, jakby sam fakt, że oberwał z broni palnej był niegodny jego uwagi. Zupełnie jakby zranienie takiego kalibru można było porównać do ukłucia w palec. — Mugolskie szuje — mruknął pod nosem, oblizując suche usta. Podniósł się nieznacznie, spoglądając w twarz przyglądającego się mu ojca. — Czy Harry'emu nic nie jest? — powtórzył, próbując skupić się, pomimo pulsującej tępo skroni - czuł się trochę jak po wielkiej, obficie skrapianej alkoholem zabawie w Pokoju Wspólnym Slytherinu, które w weekendy organizowały starsze roczniki.

Jego ojciec wzruszył ramionami, jakby pragnął tym zakomunikować, że niewiele go to obchodzi, ale jego usta ułożyły się w słowa:

— Spanikował, kiedy się z tobą aportował pod dom. Dość mocno cię pogruchotali.

Draco prychnął i skrzywił się jak od skwaśniałej śmietany.

— Cały Harry: ckliwy aż do bólu.

Ojciec uniósł brwi, ale nie skomentował tego. Chwilę potem, z ledwo dostrzegalnym wahaniem, włożył dłoń w jego przydługie włosy, z niepospolitą dla siebie czułością gładząc go po głowie.

— Powinieneś przestać — powiedział cicho jego ojciec, buszując spojrzeniem po jego czole wolnym od napięcia, po jego chudych brwiach, po oczach tak samo srebrnych, jak jego własne.

— Co powinienem przestać? — Draco zwrócił ku niemu twarz, niespecjalnie szukając wyjaśnienia jego słów w ostatnich wydarzeniach.

Lucjusz spuścił nieznacznie głowę, spoglądając przez rzęsy na jego (zapewne zlewającą się kolorytem z prześcieradłem) twarz.

— Narażać się — odpowiedział cichym głosem Lucjusz, pochylając się nieznacznie nad jego materacem. — Nadstawiać głowę dla Pottera.

Twarz Dracona stężała, kiedy dotarło do niego, co próbuje wmówić mu jego ojciec. Poczuł sieć drażniącej irytacji, wspinającą się mozolnie wzdłuż jego łydek, prześlizgującą się przez kręgosłup, uderzającą do głowy jak mocny alkohol. Odwrócił wzrok.

— Przestań — wypluł z siebie, czując, jak wątła nić porozumienia, która na tę krótką chwilę się między nimi utworzyła, zrywa się bezpowrotnie. — Powiedziałem ci już, że wybrałem Harry'ego — przypomniał sucho, mając wrażenie, że w gardle ma sucho jak na pustyni. — Proszę cię, nie wracajmy do tej rozmowy.

Lucjusz Malfoy przyglądał mu się przez chwilę (jego twarz była dziwnie pusta - jak płótno bez jednego śladu farby). Draco przez moment pragnął powiedzieć coś więcej, chciał powiedzieć, że między nimi jeszcze wszystko się kiedyś naprawi, chciał powiedzieć, że jego przyszłość zawsze będzie otwarta na prośby ojca i ciche słowa jego podszeptywań, że każdego dnia marzy o tym, żeby losy magicznego świata nie były ojcu tak niemożliwie obojętne, żeby zrozumiał jego działania, żeby je docenił. Ojciec patrzył na niego, jak spogląda się na obcego człowieka mijającego cię na ulicy, po czym wstał i odwrócił się ku wyjściu, a Draco pomyślał, że takie odwrócenie się plecami to dla ojca jak wdech i wydech, jak splunięcie.

— Gdybyś czegokolwiek potrzebował, wezwij skrzata, dobrze? — odezwał się jego ojciec - ton jego wypowiedzi ochłodził się o kilka stopni (Draco poczuł, jak dreszcz przechodzi mu po kręgosłupie jak kolonia mrówek).

Nie odpowiedział, wpatrując się z zaciśniętymi zębami w wyprostowane (jak zawsze), ojcowskie plecy.

Lucjusz Malfoy zawahał się tuż przy drzwiach (iskra złudnej nadziei zapaliła się w głowie Dracona jak pochodnia) i nie odwracając się, oznajmił cicho:

— A gdybyś jednak zmienił zdanie — mówił powolnie, z rozmysłem, jakby ważył słowa na języku — będę w tej posiadłości przez kilka kolejnych miesięcy.

Draco milczał, obserwując z lekkim uciskiem gdzieś w piersi - czując się tak, jakby ktoś nastąpił mu butem na tchawicę - znikające za drzwiami, pasmo włosów białych jak śnieg, jak kaliny. Znikające za drzwiami życie, które mogło być podobne do jego własnego, gdyby losy świata potoczyły się innymi torami.


-VVV-


Tory były rozwidlone, kręte i przecinające się jak śnieżne płatki, i drażniące swoją asymetrią rozjeżdżającą się jak wygięte zęby widelca. I tak naprawdę sięgały znacznie dalej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.

A można podejrzewać, że zaczęło się w cichej kawiarence, w której młoda kelnerka balansowała z wielką tacą pomiędzy niedużymi, przetartymi stolikami, nad którymi zielone oczy uchwyciły spojrzenie szarych, ale tak naprawdę tory sięgały jeszcze dalej, ponad korzenny zapach espresso i skłębioną parę osiadającą na okrągłych szkłach okularów. Głębiej niż: „Mam ogon" i „Ja zapewne też", źródło obecnych wydarzeń niekoniecznie wypływało z gorących strug kawy przesuwających się w górę filiżanki, początków można szukać wcześniej, dużo, dużo wcześniej.

Być może początek miał miejsce tuż po drugiej wojnie, kiedy zaczęły się procesy, być może pomiędzy słowami: „pod moją pieczą" a „Malfoyowie" powinien doszukiwać się sygnałów, świadczących o tym, że jest to definitywny start w jego podróży. Być może początek był ukryty w zaciętej twarzy skierowanej nieugięcie w kierunku ławy przysięgłych, w słowach: „Czyżby sąd wątpił w moje zeznania, wysoki sądzie?", gdzieś pomiędzy zdaniem: „Narcyza Malfoy uratowała mi życie" a zdaniem: „Draco Malfoy był pod presją rodziny, niewielkie miałby szanse na przeżycie, gdyby zachodząc tak daleko, spróbował się odwrócić"; ale mógł też szukać początku gdzie indziej, mógł szukać wcześniej, dalej, głębiej. W obłąkańczym śmiechu toczącym się w poprzek pagórków Hogwartu i opętańczym, pełnym lodowatej satysfakcji wrzasku: „Harry Potter nie żyje!". W zgrozie chwytającej za gardło jak pięść. Tory mogły sięgać aż po zielone oczy zerkające w jego własne zza opuchniętej jak bulwa twarzy, mógłby szukać go w intensywnym spojrzeniu wpitym w jego oczy jak pijawka, w: „Draco, jeśli to on..." i w: „Nie wiem", „Nie jestem pewien" mamrotanych z sercem w okolicach gardła.

Oczywiście szyny mogły ciągnąć się jeszcze głębiej w ten tunel przeszłości. Mogły zahaczać o rozbite na drzazgi lustro, pęknięty jak porcelanowy wazon kran, wodę chlustającą z przeciętej rury i krew rozlaną na łazienkowych kafelkach. O strach zespolony z agresją tak naturalnie, jakby były to dwie strony tej samej monety. „Sectumsemprę" wykrzyczaną bez zastanowienia.

Ich wspólne tory mogły zaczynać się wszędzie - we wszystkich fragmentach układanki, która całościowo stworzyła scenerię, w której poruszali się obecnie - a w obecnej panoramie jak czarne na białym rysowało się żywe rozjątrzenie. Szał wypełniający umysł ogniem, szukający winnych, plujący jadem. Bo nie po to się wysilali, nie po to decydowali się na coraz śmielsze działania, nie po to narażali własne karki i wtapiali się w obecną wojnę jak kameleony, żeby przy jednej - jakkolwiek uciążliwej i bolesnej - porażce, pozwolić się zahamować, pozwolić się zatrzymać w posadach, pozwolić się zamknąć w posiadłości, w której okna i drzwi stanowiły barierę równie trwałą co betonowa ściana.

Chyba nie o to chodziło w walce, prawda?


-VVV-


Kiedy zszedł rano do salonu, Draco już tam był - siedział przy dużym stole, popijając gorącą kawę z wysokiej filiżanki i łypał na niego spojrzeniem pełnym morderczych zapędów. Rozumiał jego wściekłość - naprawdę rozumiał, ale przecież nie mógł jej ułagodzić, przecież nie mógł podejść do jego krzesła i ukucnąć przed nim, i oznajmić, że wszystko przebiega jak po maśle, że sytuacja, w której się znaleźli wcale nie musi być ich porażką, że wplótł ją we własne zamiary jak syntetyczne, sztuczne warkocze we włosy, przecież nie mógł wyszczerzyć zębów w łakomym rewelacji uśmiechu i powiedzieć, że niebawem efekty same wpadną im w dłonie jak krople deszczu podczas obfitej ulewy.

Draco prychnął gniewnie pod nosem i schował się za filiżanką swojej kawy, unikając jego wzroku.

Będzie chodził naburmuszony przez kilka następnych dni - Harry był tego pewien - będzie łypał na niego spode łba i mrugał, kiedy ich oczy się spotkają, będzie krzywił się jak od gorzkiego cukierka i zaplatał gniewnie ramiona na piersi. I nawet przez moment najpewniej nie pomyśli o tym, że fakt ich obecności w tym cichym, oddalonym od wojny miejscu, nie świadczy o tym, że Harry przestanie zacierać po kryjomu ręce, uśmiechać się jadowicie pod nosem, kiedy nikt nie patrzy i pilnować się mocno, by nie wymieniać z Katriną porozumiewawczych spojrzeń pomiędzy wysokimi, otynkowanymi ścianami. Nie przyjdzie mu do głowy - bo czemu by miało - że Harry widzi w tej sytuacji szansę, której w innym wypadku mógłby nie dostać, która w innych okolicznościach mogła mu zwyczajnie nie przyjść do głowy - krążyłby wokół niej jak wrona, nigdy nie dotykając sedna. Być może tego właśnie było mu trzeba - sytuacji bez wyjścia - żeby zaczął kombinować, szukając alternatywnych rozwiązań, szukając dziury w całym. Być może jedynie pod presją jego szare komórki potrafiły rozwinąć się do stu procent swojej sprawności i podsunąć mu idee krzyczące pomyślunkiem.

Harry wyciągnął rękę przez stół, spoglądając na niewielki koszyk zapełniony słodkim pieczywem.

— Podasz mi proszę croissanta? — zapytał, rzucając Draconowi przeciągłe spojrzenie, jakby chciał powiedzieć: „zaufaj mi, wszystko będzie dobrze", ale Draco nawet na niego nie spojrzał - zacisnął zęby, a jego palce trzymające filiżankę pobielały z tłumionego gniewu.

— Sam sobie podaj — warknął, brzmiąc, jakby ciskał w szkło kamieniem, jakby orał paznokciami w drewno.

— Draco — „spójrz na mnie" — proszę cię, podaj mi go.

Draco prychnął, wstał z impetem od stołu, niemalże rozlewając przy tym dzbanek pełen czarnej herbaty i ruszył ostentacyjnie w kierunku sofy, chwytając w obie dłonie filiżankę swojej kawy.

Harry opuścił dłoń i spojrzał w stołowy blat - choć zaklinał się, że nie może zdradzić się choćby spojrzeniem, choćby gestem, poczuł ostry ścisk gdzieś w żołądku, przyprawiający go o mdłości i fantomowy ból w skroniach błyskający mu przed oczami jak światło flesza.

Osunął od siebie swój talerz.

Siedząca na szczycie kuchennego stołu Katrina, wstała ze swojego miejsca, podeszła do koszyka z pieczywem, wyciągnęła z niego słodkiego rogala i podała ponad blatem Harry'emu.

— Proszę — odezwała się miękko, a Harry miał ochotę przycisnąć dłoń do ust i schować jakoś to głupie serce odciskające wyraźne piętno na jego twarzy, wcisnąć go na powrót za swoje tarcze, uciszyć jego szumne zrywy.

Chciałbym ci wszystko powiedzieć — pomyślał Harry, zerkając w stronę siedzącego plecami do niego Dracona — chciałbym cię uspokoić i zdjąć ciężar, który dźwigasz z twoich barków, chciałbym żebyś zrozumiał, że tak musi być, że jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, cała sytuacja odwróci się na naszą korzyść. Chciałbym, żebyś usiadł naprzeciw mnie i ze mną porozmawiał, i uśmiechnął się do mnie, i powiedział, że wierzysz w moje śmiałe plany, jakkolwiek feeryczne by one nie były. Chciałby, żebyś zrozumiał, że nie tak łatwo zmusić Gryfona do złożenia broni.

Zamiast tego skinął Katrinie głową i przyjął od niej croissanta, czując, że stracił już na niego apetyt, nie patrząc przy tym nikomu w oczy.


-VVV-


— Skąd mogłem wiedzieć? Sądziłem, że zakopałeś topór wojenny, zachowywałeś się, jakbyś go zakopał. Wydawało mi się, że postawiłeś krzyżyk na całej wojnie z mugolami, na sprzeciwianiu się autokratyzmowi.

Nie ulega wątpliwości, że nie mogłeś rozumieć moich motywów, Malfoy, że nie doszukiwałeś się spisku tam, gdzie na pierwszy rzut oka nie było go widać. Zareagowałeś jak każdy zdrowo myślący człowiek, któremu podetnie się skrzydła i nie winię cię za to. Być może twoja postawa zadziałała nam nawet na rękę - nie zdziwiłbym się, gdyby utwierdziła ona Snape'a w przekonaniu, że nie mamy żadnych koncepcji na to, co począć ze sobą dalej.

— Byłem na ciebie nieźle zacietrzewiony.

Zacietrzewiony? Nie powiedziałbym. Przede wszystkim byłeś naburmuszony jak primabalerina.

— Daj mi spokój.

Och, ależ byłeś, to nie podlega wątpliwościom. Katrina odegrała wtedy ładną szopkę. Chyba nawet ty, Draco, dałeś się przekonać co do jej nagłej chęci szybkiego zobaczenia się ze swoją matką. Pamiętasz, jak szkliste były jej oczy? Jak wielka prośba czaiła się na ich dnie? Bo ja pamiętam, pamiętam każde słowo („Nie możesz wiecznie uważać, że twoje intencje są ważniejsze od cudzych!" i „Od kiedy to nie mogę widywać się z mamą, gdy najdzie mnie na to ochota?").

— Sądziłem, że sytuacja zwyczajnie ją przerosła.

A no właśnie. Ona zawsze była silniejsza, niż było to widać powierzchownie. Z jej temperamentem i łzami, które przywoływała na zawołanie jak za pstryknięciem palców potrafiła zdziałać cuda i jeszcze sobie z tego żartować.

Wpadliśmy w pajęczą sieć, ale przecież musieliśmy iść naprzód, bo wojna wciąż trwała, władza utrzymywała się na swoich osowiałych stanowiskach, a czas nie zatrzymywał się dla nikogo.


-VVV-


Po pierwsze należy uczyć się humorów dręczących serca piętnastolatek, połykających je jak wysoka, nadmorska fala — pomyślał Severus, nie do końca wiedząc, jak powinien zareagować, kiedy jego córka, płacząc i zawodząc, deliberowała coś o tym, że izoluje ją od matki, bo nie wtapia się ona w pasmo jego przyszłych planów. Łzy płynęły w dół jej twarzy, ale kiedy próbował się do niej zbliżyć, zetrzeć je własnymi palcami, podać jej chusteczkę, położyć dłoń na chudym ramieniu, ta niespodziewanie tupała nogą i wykrzykiwała coś o niesprawiedliwości, która go cechuje, coś o tym, że jest nieczuły na ludzkie uczucia i że ona wcale się temu nie dziwi, bo można tego oczekiwać od kogoś tak odsuniętego od innych ludzi, jak on. Że jak na jej oko, to on jest zimny jak ryba i nie ma szans na poprawę. Co było absurdalne, oczywiście.

Po tym, jak niezliczoną ilość razy tupnęła nogą, wypłakała miliony łez, zarzuciła mu tysiące spraw, które nawet by mu do głowy nie przyszły, po tym jak - warcząc coś wściekle - obnażyła zęby i zacisnęła dłonie w pięści, a potem je rozluźniła, kiedy podłoga okazała się strukturą nie do przebicia gołymi rękami - po tym wszystkim usiadła na podłodze, przyciągnęła kolana pod brodę, objęła nogi ramionami i schowała twarz w fałdach swojej sukienki.

Zaledwie kilka lat temu, gdyby ktoś mu powiedział, że z piętnastoletnią córką ciężej sobie poradzić niż z sadystycznym Lordem, każącym ci podnosić różdżkę na wskazane przez siebie osoby, wyśmiałby idiotę prosto w twarz.

Severus, czując się jak boże cielę, nie wiedząc, jak postąpić, kiedy łagodność w jego głosie nie zdała egzaminu, podszedł na miękko ugiętych nogach do swojej córki - jakby podchodził do żmii, która lada moment może go ukąsić w nadgarstek - i przykucnął na podłodze naprzeciw niej.

— Mogę pomóc ci się spakować — powiedział ostrożnie, przypatrując się zaczerwienionej, mokrej od łez twarzy — mogę cię zabrać do dziadków, jeśli tego właśnie...

— Nie chcę jechać do dziadków! — obruszyła się Katrina, wycierając otwartą dłonią umazany łzami policzek. — Chcę, żeby przyjechała do mnie mama!

Severus bardzo się starał, żeby nie zacząć się krzywić, kiedy jej czerwona szminka rozmazała jej się na brodzie.

— Więc mogę się z tobą deportować do...

— Chcę, żeby przyjechała! — powtórzyła głośniej Katrina, krzyżując ramiona na piersi. — Nie chcę wyjeżdżać.

Ona nie chce wyjeżdżać. Chce, żeby przyjechała do niej mama. Ale sama jechać do niej nie zamierza. No tak, oczywiście. Merlinie, daj mi siłę, żeby zrozumieć piętnastoletnie dziewczynki — pomyślał Severus, pocierając palcami czoło.

— No dobrze, dobrze — wymamrotał, marszcząc brwi. — Tylko nie płacz już, w porządku? Po co marnować łzy...

Na głupoty", po co marnować łzy na głupoty, chciał powiedzieć, ale zawahał się i nie dokończył, obawiając się, że nie załagodzi tym sytuacji i rozbuchanego, piętnastoletniego ego.

Mógł rozumieć tajniki rządzące Czarną Magią, być mistrzem w dziedzinie Eliksirów, potrafić komunikować się w co najmniej dwóch obcych językach, ale na co mu te wszystkie umiejętności, kiedy nikt nie nauczył go, jak obchodzić się z kaprysami upartej jak osioł piętnastolatki.

— Już nie płacz. Nie płacz. Skontaktuję się z mamą, dobrze? — zapewnił Severus, marszcząc mocno brwi, zastanawiając się, czy może nie zaproponować jej jakiejś wycieczki do ZOO, czy coś w tym stylu. — Przyjedzie, kiedy tylko będzie miała czas, może tak być?

— Jutro.

— Słucham? — nie zrozumiał Severus.

— Chcę, żeby przyjechała jutro — sprostowała Katrina, podnosząc na niego błyszczące, czarne oczy.

Chce, żeby Sophie przyjechała jutro — pomyślał Severus, pocierając palcami nasadę nosa, przyglądając się z góry zapłakanej twarzy swojej córki. — Może to i dobrze, może to i lepiej. Być może Sophie zdoła przekonać Katrinę, żeby z nią wyjechała, być może uda im się w ten sposób odciągnąć ją od całego tego bagna, być może tak będzie łatwiej dla wszystkich. — Severus, przygryzając wnętrze policzka, starał się poukładać sobie wszystko w umyśle, jakby porządkował półki pełne dokumentów. — Pewnie pokłóciła się z Potterem — przemknęło mu przez myśl. — Choć nie, nie, gdyby się z nim pokłóciła, nie chciałaby zostawać w jego bliskim otoczeniu, wolałaby wyjechać, byle szybciej, byle dalej. O co więc mogło chodzić? Być może to nic innego, jak tylko głupi kaprys piętnastoletniego umysłu. Być może nie jest najlepszym materiałem na ojca, skoro nie potrafi pojąć życzeń własnej córki. Być może...

— Powiesz mi: „nie"? — oburzyła się Katrina, kiedy milczał zbyt długo, wyglądając, jakby za moment miała zacząć krzyczeć albo płakać, albo pogodzić obie te rzeczy na raz. — Powiesz mi: „nie", tatusiu? Nie mogę zobaczyć się z...

— Merlin mi świadkiem, że niczego takiego nie powiedziałem — wycedził Severus, starając się okiełznać rosnącą mu w piersi jak pasożyt irytację, ale zdusił ją w zarodku, kiedy kolejne łzy spłynęły po twarzy jego córki jak deszcz. — Przyjedzie jutro, na litość boską — powiedział szybko, nie chcąc dopuścić do jakiegoś niepoważnego ataku histerii na środku jego salonu. — Jutro rano. Z samego rana. Skontaktuję się z nią zaraz, dobrze? Katrino?

Jego córka pokiwała głową (jej włosy podskoczyły jak sprężyny) i obtarła wierzchem dłoni łzy z policzków; a potem podeszła do niego i wtuliła się w jego pierś. Severus był tym tak zaskoczony, że w pierwszej chwili w żaden sposób nie zareagował.

— Jesteś najlepszy, tatusiu — wymamrotała w jego szatę, a Severus, choć rozum podszeptywał mu, że nie ma za knuta racji, gratulował sobie świetnego wybrnięcia z sytuacji.

Później Katrina uśmiechnie się do niego, błyskając rzędem białych jak perły zębów, a Severusa opuszczą ciążące mu w umyśle wątpliwości, mówiące o tym, że coś w tym nagłym wybuchu jego córki nie trzyma się kupy, że coś nie leży tam, gdzie powinno, oceniając, trochę wbrew logice, że przede wszystkim, jest wyrozumiałym, dobrym ojcem.

Jeśli Katrina chce spotkać się z matką, nie może przecież jej tego zabronić.


-VVV-


Nadział się na jej blef jak oliwka na wykałaczkę. A blef był kulawy, lichy i miał ostre jak brzytwa krawędzie. Wciąż, mimo upływu lat, nie potrafił odnaleźć się w roli ojca i to go zgubiło. Widział w Katrinie kilkuletnią dziewczynkę, którą ta przestała już być dawno temu, ale potrafiła ją przywołać, ot tak, jak za mignięciem polarnej zorzy. Jeśli dla powodzenia danych zamiarów potrzebny był płacz i ocieranie łez, proszę bardzo, na tacy podana główna przystawka z zestawu dań serwowanych przez café Katrina. Potrafiła być wzruszająco bezradna, jak dziecko płaczem wymuszać pełną inicjatywę Snape'a. Naczelnik magicznej Anglii, czy nie, był dosyć nieporadny w kwestii radzenia sobie z nastoletnimi panienkami szczebioczącymi coś o słuszności idei i zalewającymi podłogę krokodylimi łzami.

Chciało mi się śmiać, kiedy Draco zacznie schodzić po schodach do salonu, ale rozmyśli się po drodze i zawróci, a potem wejdzie bez ceregieli do „mojego" pokoju i powiadomi, że Katrina odstawia jakieś cyrki na kółkach przed skonfundowanym Snape'em. Przyłożę wtedy palec do ust i wskażę ruchem głowy na swoją drżącą jak za sprawą turbulencji różdżkę i oznajmię mu: „ciszej, bo zagłuszasz mi podsłuch".

Zdębiała mina Dracona była z pewnością warta moich słów.


-VVV-


Klęknął przy kominku, nabierając w garść sypkiego jak popiół proszku Fiuu o barwie brudnego betonu. Przesypywał mu się przez palce w równym stopniu co jego uczucia zawsze tak trwałe, zlepione w całość jak stworzone z gliny, zamknięte na kłódkę głęboko w jego duszy (jakiej duszy, człowieku? — odezwał się cichy głosik z tyłu jego głowy — przecież ty od dawna już nie masz duszy. — Przeklęte sumienie, jak zawsze wiedziało lepiej. — „Nie prawda" — starał się z tym głosikiem spierać, ale jak zawsze doszedł do wniosku, że taka pertraktacja mija się z celem - to tak, jakby dać czarodziejowi różdżkę i zastrzec: „nie używaj jej"; równie dobrze można nie używać rąk). Stłumił westchnienie, rodzące się gdzieś w głębi jego gardła. Spojrzał na tą proszkowatą, szarawą substancję ściskaną w dłoni i pomyślał, że to tak, jakby ściskał w palcach swoje życie - równie brudne, równie kruche, istniejące tylko po to, by użyć go do celów innych ludzi (wielkich ludzi, Severusie — odezwał się ten niechciany, cichy głos — mocarzy, przywódców). Oszustów, manipulantów i maniakalnych starców — sprostował Severus i nie rozwodząc się nad tym dłużej, cisnął proszkiem do kominka jak klątwą.

Czas poinformować Sophie, że ich latorośl wróciła na salony.