.

Rozdział 49

Przekraczając granice, uważajmy by nie rozbudzić obłąkanego dyktatora

.

Jednak okazuje się, że młodzi ludzie nie są całkowicie odporni na dyktaturę — pomyślała Sophie, upinając włosy w wysoki, luźny kok i nasuwając obcasy na stopy. Zerknęła w wysokie lustro wiszące w przedpokoju, krzywiąc się krytycznie na nierówno pokryte pomadką usta. Wygrzebała z torebki chusteczki nawilżane, wyciągnęła z opakowania pierwszą z brzegu i strzepnęła ją, żeby się wyprostowała. Spoglądając w swoje odbicie w lekko zabrudzonym tłustymi odciskami palców lustrze, zaczęła ścierać krzykliwą szminkę, wydąwszy usta. — Chociaż, trzeba im przyznać, dzielnie się zapierają. Trzymają się własnych racji rękami i nogami. — Wytarła się wierzchem dłoni i zaczęła szukać pomadki w bocznych kieszeniach torebki, przerzucając z lewa na prawo tysiące zalegających w środku, częściowo bezużytecznych klamotów. — Szkoda, że wystarczy takimi potrząsnąć, a ci tracą wigor i zapał do sprzeciwu - chociaż w samotności pewnie krzyczą najgłośniej, że trzeba dyktaturę zepchnąć z piedestału, zmieszać z błotem i na dokładkę przyklepać podeszwami w miałki muł. — Wygrzebała pomadkę z torebki i z cichym pyknięciem ściągnęła wieczko. — Fakt, że na czele obecnego rządu stoi Severus też nie pomaga. Nie, póki po przeciwnej stronie w opozycji znajduje się Harry Potter. Tak, ta dwójka, choć będzie się ze sobą spierać jak pies z kotem, ma do siebie jakąś słabość, której przyczyny leżą naprawdę bardzo głęboko. A choć nie są jednomyślni i jeden drugiemu ma najwyraźniej wiele do zarzucenia, traktują się w bardzo specyficzny sposób — pomyślała, kręcąc sztyftem jak pokrętłem radiowym. — Mogłabym się założyć, że gdyby jakiś zachłanny, poszalały mugol przystawił Harry'emu Potterowi spluwę go skroni, Severus zareagowałby w niezwykle interesujący, neurotyczny sposób. Wszystko, co dzieję się z Harrym Potterem, odbija się jak refleks na szkle na Severusie, co jest bardzo ciekawym efektem, bo zdaje się, że nie jednostronnym. — Pomalowała na nowo usta, śledząc ruchy swojej dłoni w odbiciu. — Żeby było śmieszniej, zdaje mi się, że oni sami tego nie widzą albo widzą niedokładnie. Bawią się w zdawanie się na swoją łaskę czy niełaskę, podczas gdy Severus chucha i dmucha na Pottera, otaczając go swoją pieczą jak kocem, a Potter zdaje się na tę troskę, wiedząc, że jeśli szukać schronienia w bezpiecznych skrzydłach, to tylko u Severusa. — Zacmokała cicho, żeby uklepać szminkę na wargach i obróciła głowę to w jedną, to w drugą, oceniając efekty. — Uciekają od siebie, nigdy tak naprawdę nie chcąc uciec zbyt daleko, a potem wracają, krążąc wokół siebie ostrożnie jak dwa, masywne, silne wilki. Potrzebują siebie nawzajem - Severus Pottera, żeby umocnić się na stanowisku wszechmocnego Naczelnika, a Potter Severusa, żeby uleczył go po zranieniu zbyt ciężkiego kalibru, żeby Severus pomógł mu zastopować lawinę, którą Potter rozpętał własnymi postępkami, żeby zadziałał swoją siłą tam, gdzie Potter nie był w stanie. — Wrzuciła niedbale szminkę do torebki i zarzuciła jej skórzane ucho na ramię. „Katrina jest u mnie", powiedział jej dzisiaj Severus, a Sophie miała się ochotę roześmiać, domyślając się, że gdzie jej córka, tam także i Harry Potter, a gdzie Harry Potter, tam i Draco Malfoy, nieśmiertelne trio, które nawet nie próbując, nie łącząc się na siłę, wszczepiło się w swoje życie, jakby istnienie jednego zależało od dwóch pozostałych. „Katrina jest u mnie". Pewnie się spodziewał, że wpadnie tam jak strzała, chwyci Katrinę za nadgarstek i zabierze do siebie, kategorycznie zakazując jej zadawania się z pozostałą dwójką. Sophie wygrzebała z kieszeni torby pęczek kluczy i ruszyła ze stukotem obcasów o podłogę w kierunku wyjściowych drzwi. — Cóż, niedoczekanie twoje, Severusie — pomyślała z rozbawieniem.


-VVV-


— Podzielimy się zyskiem, Tommy — oznajmiła Lotty, siedząc po turecku na łóżku w obskurnym pensjonacie w Hogsmeade, w którym miejsce załatwił im Aberforth, rozkładając na pościeli gotówkę, którą otrzymała od kilku dzisiejszych (nie najbogatszych) klientów. — Cóż — odchyliła się do tyłu, kiedy skończyła liczyć i wzruszyła bez uczucia ramionami — na jakiś tydzień czy dwa powinno wystarczyć.

Tommy odwrócił się od otwartego okna, przez które do środka wpadał snop lodowatego powietrza i wypuścił z płuc dym z jakichś tanich fajek, które uprzejmie Aberforth wyciągnął dla nich spod lady. Były mocno zwietrzałe, a w smaku przypominały dym wypluwany przez kominy mugolskich elektrociepłowni; obydwoje wypalali je w takim tempie, jakby nie było jutra.

Może jutro jest nieważne — pomyślała Lotty, kiedy Tommy skinął głową, podszedł do łóżka i podał jej na wpół wypalonego papierosa.

— Zakręcę się u Aberfortha w barze — postanowił Tommy, opierając się biodrem o wysoką ramę łóżka i zapatrzył się gdzieś w szarawą ścianę. — Pomogę mu na zapleczu czy coś. Zaoszczędzę trochę pieniędzy.

Lotty przyglądała się długo starszemu mężczyźnie, nerwowo skubiąc końcówki swoich rudych włosów.

— A potem?

Tommy zassał dolną wargę, wciąż parząc gdzieś na ścianę, jakby widział na niej jakiś ciekawy, wielki plan rozrysowany pod tynkiem.

— Potem za zaoszczędzone pieniądze wynajmę jakąś klitkę na mieście i spróbuję rozkręcić interes.

Jego wzrok stał się mniej rozmyty i skierował się na nią jak szpikulec do lodu.

— A ty powinnaś zwrócić się do przybytku Russo i spróbować tam się zakręcić — zwrócił się do niej stary barman, brzmiąc z większą powagą, niż kiedykolwiek wcześniej.

— Zwariowałeś, Tommy! — oburzyła się Lotty, odrzucając do tyłu długie, rude włosy. — Nie pójdę do konkurencji.

— Teraz już nie ma żadnej konkurencji — warknął Tommy, świdrując ją miażdżącym wzrokiem. — Jest tylko walka o miejsce pracownicze.

Lotty zmarszczyła mocno brwi i czując, jak zaczynają ją powoli mrowić kolana, przewróciła się na materacu, kładąc się na brzuchu i podpierając łokciami o sfałdowane, zwijające się prześcieradła.

— To nieuczciwe — oceniła Lotty, zaplatając kosmyk włosów, spadających jej na policzki, wokół palca. — To złamanie umowy lojalnościowej.

Tommy zmrużył oczy, prychając szyderczo jak kundel ze wścieklizną.

— Nikt w twoim biznesie nie zawraca sobie głowy lojalką, Lotty — zwrócił jej uwagę, splatając ręce na piersi.

— Ja się nią przejmuję — oznajmiła zwyczajnie Lotty, wzruszając ramionami i zaciągnęła się głęboko papierosem, wypuszczając gęste kłęby dymu na lekko pożółkłą pościel.

Tommy patrzył na nią przez chwilę (zmarszczki na jego czole pogłębiły się jak bruzdy i przez moment wyglądał na znaczne starszego, niż był w rzeczywistości), zanim nie przyklęknął przed wymiętoszonym, rozkopanym łóżkiem z jakimś dziwnym wyrazem wypisanym na twarzy.

— Więc skończ szkołę — odezwał się cicho.

Lotty była tak zaskoczona jego propozycją, że nieomal wypaliła żarem tytoniowym dziurę wielkości knuta w twardym materacu łóżka. Tommy wyciągnął rękę i wyjął sękatymi palcami papierosa z jej dłoni, w ostatniej chwili ratując materac przed gradem ułamanego z końcówki popiołu.

— Co? — zaśmiała się Lotty, nieprzekonana, czy dobrze usłyszała.

— Skończ szkołę — powtórzył spokojnie Tommy, gasząc papierosa o marmurową podłogę — zdobądź wykształcenie. Aplikuj na jakieś studia. Jeszcze masz na to czas, Judith. Całe życie przed tobą.

Lotty milczała dłuższą chwilę, wpatrując się w jego twarz w taki sposób, jakby zobaczyła go po raz pierwszy w życiu i coś w nim - w jego prowadzeniu się, w jego wyglądzie, w jego sposobie mówienia, w jego głębokich zmarszczkach, w jego popękanych ustach, w jego ciężkich oczach - ją niesłychanie zdumiewało.

— A może ja nie chcę innego życia? — odezwała się cicho Lotty. — Może podoba mi się takie, jakim jest? Może nie chciałabym niczego zmieniać?

Tommy odetchnął ciężko i wyrzucił niedopałek do stojącej przy łóżku na podłodze popielniczki. Potem wyciągnął ręce i uchwycił drobne dłonie Lotty w swoje własne.

— Życie nie zatrzyma się dla ciebie w miejscu, Judith — powiedział powoli, jakby chciał, żeby każde jego słowo w pełni do niej dotarło. — I niedługo nie będziesz już miała możliwości odwrotu. Nie zawsze będziesz piękna i młoda, Judith, z czasem stracisz stałych klientów, oni w większości mają już swoje lata, część z nich nafaszeruje się narkotykami i eliksirami psychotropowymi i przestanie im starczać pieniędzy na domy publiczne, a ci, którzy przyjdą po nich, będą przebierać w młodszych, dorodniejszych i mniej doświadczonych. To imbecyle i samoluby, Judith, i przeszkadzać im będzie choćby nikła zmarszczka, nawet na twarzy tak kształtnej, jak twoja.

Lotty wyrwała dłonie z uścisku Tommy'ego i położyła się na łóżku, odwracając do niego plecami (grymas świadczący o tym, że nie podobało jej się to, co usłyszała, wykwitł na jej twarzy jak dorodny kwiat). Tommy westchnął ciężko i wstał z podłogi. Chwycił szary, bawełniany ręcznik leżący na niskim fotelu o zdartym obiciu i zarzucając go sobie na ramię, ruszył w kierunku obskurnej łazienki, do której wejście było od strony motelowego korytarza.

— Przemyśl to, Lotty — powiedział na odchodnym, chwytając za klamkę (której niewiele brakowało do tego, by po pociągnięciu za nią, została mu w dłoni jak urwana kończyna) i przechodząc przez próg. — Masz jeszcze trochę czasu, żeby podjąć decyzję. — Zamknął za sobą drzwi, słysząc głuche uderzenie poduszki padającej z impetem na futrynę i zsuwającej się po niej z cichym szmerem.

Nie odwracając się, ruszył w górę wąskiego, zawilgoconego korytarza, spoglądając na szerokie skupiska pleśni zalegające przy suficie jak chmara much. Może zaproponuje Abowi, że nieco posprząta mu ten przybytek za dogodną, niewielką cenę? Zetrze kurze, oczyści łazienkę z grzyba, doprowadzi do ładu meble, wymiecie pyły zalegające na podłodze, zedrze z kątów pajęczyny, naprawi złażące ze ścian tapety, pootwiera na oścież okiennice i wpuści w te cztery ściany nieco powietrza. Zmyje z korytarzy kilkanaście lat wspomnień zapisanych w przeciągłych rysach na zakurzonych, warstwowych szybach. Zajmie się czymś - przynajmniej do czasu, kiedy się ustatkują.


-VVV-


Harry na chybił trafił wyciągnął książkę z biblioteczki gospodarza i nieomal wybuchnął suchym śmiechem, gdy książka okazała się traktować o Oklumencji. Obserwującemu go z uwagą prawnego opiekuna - pilnującego, by podopieczny nie nabił sobie guza - Snape'owi wystarczyło jedno spojrzenie na tytuł, żeby jego chuda brew podjechała pod samą linię włosów.

— Czyżbyś, Potter, mimo zastosowania obronnych strategii, wciąż miał pewien problem z ochroną? — sparafrazował słowa, którymi cisnął w niego Harry pod koniec Drugiej Wojny Czarodziejów.

Zielonooki skrzywił się tak, jakby połknął cytrynę i wstawił tom na swoje miejsce, sięgając po kolejny.

— Bynajmniej — odburknął, przeciągając palcami po grubych grzbietach, wytartych z kurzu, na których czarny tusz rysował nazwiska autorów krągłymi arabeskami.

Był świadomy nieopuszczających go ani na chwilę, czarnych oczu, przesuwających się za nim jak cienie. Snape obserwował go z wnikliwością, z jaką studiuje się podział bakterii oglądany pod mikroskopem, z jakim ogląda się robaka pod lupą, przełożonego bezdusznie na grzbiet, wymachującego bezradnie odnóżami w powietrzu.

— Depczesz moją dumę, wiesz? — odezwał się cicho Harry, nie odrywając ani palców, ani spojrzenia od wypukłych, garbatych grzbietów tomisk. — Pozbawiasz weterana możliwości walki. Hańbisz mnie.

Snape milczał dłuższą chwilę, ale jego spojrzenie, które zdawało się osiąść na jego karku, piekło jego skórę jak żrący kwas. Jego serce zdawało mu się tak ciężkie, że miał wrażenie, że jeszcze moment, a zsunie się niczym kamień w dół jego ciała i przeciąży go do podłogi jak drzewo kładące się na wietrze.

— Błąkasz się po świecie jak bezpański pies, pozwalając życiu ranić się tak dotkliwie, że zaczynasz krwawić i pękać od środka jak chińska porcelana — powiedział głęboki głos za jego plecami, zdając się spoważnieć, zgorzknieć jak apatyczny starzec. — To nazywasz swoją dumą? — Harry zamknął oczy, starając się uspokoić roztańczony ogień emocji wirujący w jego piersi.

— Nazywam to walką, Snape — odezwał się cicho Harry; otworzył oczy i odwrócił się, by spojrzeć w ziemistą twarz swego nemezis. — Właśnie po to życie rzuca nam pod nogi kłody. Po to, żeby je pokonać i stać się silniejszym.

Czarne oczy lustrowały przenikliwie jego własne, jakby czegoś w nich szukały.

— Jeśli sądzisz, że pozwalając się krzywdzić mugolom i ich wojnie, pozwalając, by ich działania godziły rykoszetem w twoje przywiązanie do świata, stajesz się silniejszym, to jesteś głupcem jakich mało, bo dajesz im wolną rękę przeznaczoną do tego, aby cię niszczyć i, o ironio, przegapiasz momenty, w których to się dzieje.

Harry odetchnął głęboko, nieco chwiejnie, a potem podszedł do Snape'a - blisko, bardzo blisko, tak, żeby poczuć jego ciepły oddech tańczący na jego czole, przesuwający się wzdłuż blizny w kształcie błyskawicy - i spojrzał mu w oczy.

— Jestem szczęściarzem, Snape, nawet kiedy ranię się podczas tej rozpaczliwej zabawy, nawet kiedy stawiam błędne kroki w tę czy we w tę, jestem szczęściarzem, bo potrafię oddzielić możliwości od konieczności, jestem szczęściarzem, bo potrafię rozpoznać własne ambicje i oddzielić je od cudzych. Jestem szczęściarzem, bo doskonale wiem, czego pragnie moje serce.

Czarne oczy patrzyły prosto w jego własne, zdając się w ogóle nie mrugać, a Harry wytrzymał ten ciążący na nim jak tonowy głaz wzrok, utrzymując swój umysł na poziomie spokojnego opanowania.

Snape przechylił głowę, nie odrywając spojrzenia od jego oczu, jakby to się do nich przykleiło, jakby przyspawało się do ich powierzchni.

— I czego pragnie twoje serce, dziecko?

Harry odwrócił wzrok ku ścianie.

— Jesteśmy młodzi, Snape — powiedział cicho, pozwalając, by emocje spełzły mu z twarzy jak akwarela z płótna. — Staramy się tworzyć świat, który byłby dla nas ciekawszy. Mamy tysiące planów, których pewnie nie wdrożymy, bo nikt nas nie nauczył, jak się nimi posługiwać. Mamy tysiące marzeń i okazji, by je ziścić, które przelatują nam koło nosa, bo obawiamy się z nich korzystać. Powinniśmy uchwycić chwilę i spróbować ją naprawdę przeżyć, poczuć to, co w sobie ma, to, co ze sobą niesie, ale tego nie robimy, bo gnamy jak idioci w przyszłość, nie zastanawiając się nad tym, co jest teraz. Przeżywamy porażki, starając się biec od jednego sukcesu do drugiego, jakbyśmy sądzili, że wygrać wojnę to dla nas jak splunąć i dziwimy się, kiedy następujemy na przeszkodę, a cały świat łamie się przed naszymi oczami jak padająca, karciana wieża. Wiesz, czego się spodziewałem? Wydawało mi się, Snape, że po kilkunastu latach, parę razy złamanym sercu, siedmiu horkruksach i jednej wojnie, czeka mnie już tylko długie i szczęśliwe życie usłane różami. Naprawdę, oczekiwałem tego. Wiesz, dlaczego tego oczekiwałem? Bo mi się to należało, bo zasłużyłem sobie na święty spokój, bo spełniłem swoje powinności i udało mi się to przeżyć, cały ten wojenny absurd, i nie zwariować. Życie miało być piękne i różowe, i spokojne, już zawsze spokojne.

— A pomyślałeś o tym — odezwał się kobiecy głos gdzieś spod salonowych drzwi — że być może to nie jest wcale twoje przekleństwo, a dar? Zastanawiałeś się nad tym, czy potrafiłbyś żyć w świecie, który byłby inny? W spokoju, który sobie wymarzyłeś? Bez wojny, której tak nienawidzisz?

Harry i Snape odwrócili się jak na komendę w kierunku tych gładkich, miękkich słów, które przetoczyły się po pomieszczeniu jak nocna bryza. W wejściu do salonu - oparta leniwie jak żółw o framugę drzwi - stała Sophie Fisher i spoglądała między nimi swoimi błękitnymi, dużymi oczyma.


-VVV-


Nie mogłem do niej tak po prostu podejść i złożyć prośbę w jej gładkie dłonie, w każdym razie nie przy Snape'ie czającym się w pobliżu jak wąż w pomidorach. Musiałem czekać - a to coś, czego zawsze nienawidziłem - musiałem uzbroić się w cierpliwość i nie przegapić okazji, która w każdej chwili mogła się nadarzyć.

Ona musiała to widzieć - że obserwuję ją z zajadłością sępa - ale niczego nie powiedziała, nie traciła nad sobą panowania, tylko dlatego, że czuła się szpiegowana, nie handryczyła się ze mną o to, że moje oczy przyczepiły się jak rzep do jej karku i nie zamierzała iść ze mną na udry, kiedy zauważyła, że zacząłem chodzić po domu jak jej lunatyczny cień, obserwując ją z daleka jak hiena czekająca, aż lew się pożywi, żeby wylizać nagie kości.

Snape - tak podejrzewam - też to zauważył. Nie wiem, co sobie pomyślał, może sądził, że fakt, że zatapiałem oczy w jej kręgosłupie jak nóż w maśle, miał związek z tym, że byłem partnerem jej nastoletniej córki, być może myślał, że badam grunt, po którym przyjdzie mi się poruszać, być może wydawało mu się, że próbuję się rozeznać w tym, co matka Katriny tak naprawdę sądzi o tym wszystkim, co było między mną a jej córką. Cokolwiek sobie o tym pomyślał, nie zaingerował, nie tak od razu, czekał na rozwój wydarzeń jak przyczajony zając, a choć nie mógł wiedzieć, co tak naprawdę czaiło się pod moimi spojrzeniami, ja byłem mu za to jego niewnikanie na hejnał w tę kwestię niezwykle wdzięczny, bo to mi bardzo ułatwiało całą robotę.


-VVV-


Nie będę mu wchodził w paradę, odezwę się tylko wtedy, kiedy wywoła mnie do odpowiedzi, spuszczę nisko głowę i będę czekał, aż przestanie węszyć, aż się uspokoi, będę chodził wokół niego na palcach i nie patrzył w jego obecności bezpośrednio w twarz matki Katriny — myślał Harry, kątem oka obserwując Sophie pijącą z gracją herbatę, jakby nic innego nie robiła od lat, tylko wpadała wysączyć z kulturą coś gorącego w towarzystwie ojca jej córki i trzymającego fason Lucjusza Malfoya.

Czuł się tak, jakby uczestniczył w jakimś zmyślnym, mugolskim reality show, w którym każdy obserwuje każdego, czekając na jego błędy i nagłe potknięcia, podliczając pomyłki, kolekcjonując uśmiechy, oddzieliwszy te sztuczne od tych prawdziwych i przypisując im dualistyczne etykietki.

Sophie postawiła sobie denko filiżanki na kolanie i przeciągnęła spojrzeniem po twarzach siedzących w salonie osób, jakby nie do końca wiedziała, co ona tutaj właściwie robi i dlaczego się tu znalazła.

Muszę ją złapać w odosobnieniu — kombinował intensywnie Harry, szukając dziury w całym — muszę znaleźć dogodną chwilę, aby z nią porozmawiać. Przeklęty Snape, nie spuszcza mnie z oczu. Jakby wiedział, jakby się domyślał i czekał, aż wykonam jakiś błędny ruch, aż powiem o jedno słowo za dużo. Muszę to dobrze rozegrać, bo drugiej rundy może już nie być.

Nie zachowuj się jak dzieciak — warknął na niego sfrustrowany głos z głębi umysłu. — Ile ty masz lat? Dwanaście? Zaproponuj jej jakiegoś papierosa, czy coś.

Snape mnie obserwuje — przypomniał temu cichemu głosikowi Harry, starając się zachować racjonalność, na co ten (bezczelny) go wyśmiał.

Całe życie ktoś cię obserwuje, jesteś Chłopcem, Który Przeżył, pamiętasz? Zdarzało się, że cały czarodziejski świat siedział z nosem przyciśniętym do witryny, za którą się poruszałeś, śledząc cię z zawziętością sokoła. Jakoś wtedy podobne zachowania tłumów nie przeszkadzały ci rzucać się na głęboką wodę jak chojrak. Gdzie jesteś bohaterze Drugiej Wojny Czarodziejów?

Harry miał ogromną ochotę zatkać sobie uszy dłońmi i uprzejmie powiedzieć temu głosu, by serdecznie spierniczał tam, skąd przyszedł.

— Przespacerowałabym się po ogrodzie — oznajmiła nagle Sophie. — Zimą wygląda nawet ładniej niż latem.

Jej słowa uderzyły Harry'ego w tył głowy jak powracająca gwałtownie myśl i zielonooki - choć podejrzewał, że Snape ma oczy we właściwym miejscu i doskonale widzi, co tak naprawdę się dzieje - musiał stłumić podmuch satysfakcji rozlewający się w jego piersi jak obfita kałuża.

— Chętnie pani potowarzyszę — odezwał się cicho, podchodząc leniwym krokiem do kobiety i podając jej ramię.

Sophie rozpromieniła się jak płomienie słońca.

— Jaki dżentelmen! — zachwyciła się, pozwalając wziąć się Harry'emu pod rękę.

Snape nic nie powiedział, nie warknął zjadliwie pod nosem, nie łypnął na niego spojrzeniem godnym mordercy, więc Harry - nie słysząc protestów - poprowadził Sophie w stronę drzwi tarasowych wychodzących na zaśnieżony ogród.

— Moja córka ma wielkie szczęście, że trafiła na mężczyznę z zasadami — uśmiechnęła się do niego Sophie, błyskając na niego parą błękitnych oczu (nie to, co ja — zdawało się szeptać jej spojrzenie).

Harry przez cały ten czas czuł na plecach przyszyty do nich jak niewidzialna nić, odprowadzający ich, pełen przenikliwości wzrok Naczelnika.


-VVV-


Różdżka wydała z siebie cichy trzask przypominający łamiący się pod podeszwami chrust i stróżka spokojnego ognia zamigotała na jej czubku jak świetlik. Harry - prostując skulone z zimna ramiona - podał matce Katriny ogień, osłaniając nikły płomyk dłonią przed zimowymi, chłodnymi podmuchami wiatru. Kobieta zaciągnęła się głęboko papierosem i uniosła na niego chłodny wzrok swoich niebieskich jak lodowiec oczu. Harry nakreślił końcówką różdżki szybki zawijas w zimowym powietrzu, inkantując niewerbalnie zaklęcie prywatności, zanim nie wyjął drugiego papierosa i nie wepchnął go sobie między usta jak słodkiego cukierka.

Sophie Fisher wypuściła ciężko dym z płuc, przyglądając się siwym smugom rozmywającym się w zimnym powietrzu.

— To całkowicie zbędne — powiedziała trzeźwo, wskazując głową na jakiś zgoła niewidoczny punkt w przestrzeni — on i tak najpewniej nas podsłucha. Ma na to tysiące metod, które by nam nawet do głowy nie przyszły.

Harry wzruszył ramionami, chowając opakowanie z tektury do wewnętrznej kieszeni peleryny i podniósł różdżkę, przypalając końcówkę trzymanego pomiędzy wargami papierosa.

— Tak, pewnie tak — przyznał, wydychając kłęby dymu z ust, zerkając przy tym dyskretnie w stronę tarasowych, przeszklonych drzwi — ale być może zatrzyma go to na krótką chwilę. — Przeniósł wzrok na przyglądającą się jego twarzy kobietę i zmarszczył nieznacznie brwi. — Chciałem panią prosić o przysługę, pani Fisher. — Rzucił okiem w stronę ledwo udeptanej ścieżki prowadzącej przez śnieg w głąb białego jak pergamin ogrodu obrośniętego szronem. — Przejdźmy się — zaproponował, wskazując kobiecie uprzejmym gestem dłoni drogę przyklepaną jakimiś grubymi podeszwami, a ona zaciągnęła się z sykiem papierosem, opatuliła się szczelniej długą peleryną i pozwoliła mu poprowadzić się ścieżką lawirującą wokół ogrodu, klucząc między przysypanymi śniegiem niczym anielskimi włosami świerkami jak po labiryncie. Minęli jakieś dwa, kształtne, ozdobne głazy o barwie granitu i zaplątali się pomiędzy szerokimi pniami drzew obrosłymi w grubą korę, powoli wydeptując świeże ścieżki na miękkim śniegu sięgającym im za kostki, wsypującym się do butów. Kobieta dość sprawnie poruszała się pomiędzy konarami jarzębin, z których oszronionych gałęzi błyszczały w świetle zimowego słońca czerwone, zbite w skupiska korale, jak na manewrowanie w takich warunkach na - jakkolwiek niewysokich - szpilkach (zielonooki żywił nadzieję, że nie będzie miał na sumieniu jej zwichniętej, obrzękniętej kostki). Harry wziął głęboki oddech, zanim zdecydował się kontynuować. — Nie wiem, czy pani pamięta, ale na zebraniu mającym miejsce po szturmie na mugolskie więzienie, wspomniany został ichniejszy magazyn z bronią znajdujący się gdzieś na zachodzie Anglii. Wiem, że być może proszę panią o zbyt wiele — powiedział cicho Harry, przecierając palcami nasadę nosa i poprawiając bezwiednym gestem okulary — ale potrzebuję kogoś, kto będzie w stanie odnaleźć jakieś namiary na te magazyny. A pani...

Sophie przystanęła i Harry musiał spuścić głowę na zasypaną śniegiem nawierzchnię chodnika. Prosić tę kobietę o wybadanie terenu, to jak poprosić obcego człowieka na ulicy o możliwość skorzystania z jego różdżki - Harry był tego boleśnie świadom.

— Ja wiem, że nie mam prawa...

— Panie Potter — przerwała mu przyciszonym głosem matka Katriny (nie brzmiała wcale na oburzoną, jak Harry przypuszczał, że będzie); zielonooki czarodziej zaciągnął się głęboko papierosem, żeby uspokoić kotłujące się w jego piersi serce — doskonale pamiętam, jak pan o tym wspominał. — Jej głos nieco przycichł, a tym samym się ożywił, co było tak abstrakcyjnym połączeniem, że Harry uniósł na nią wzrok, lustrując jej chudą twarz spod mocno zmarszczonych brwi. — Doskonale pamiętam — powtórzyła, kiwając głową — i niech pan nie myśl, że nie zrobiłam niczego, w kierunku rozeznania się w sprawie.

Harry był tym faktem tak zaskoczony, że na moment zgubił język we własnych ustach.

— Wydaje mi się, że wiem, o jakim miejscu mowa — odezwała się cicho kobieta, schylając nieznacznie czoło i zaciągając się papierosem; czerwony ognik zatańczył żarem na jego końcówce wzbierającej w popiół — ale nie mam pewności. — Strzepnęła papierosa pod nogi; Harry spoglądał w szare drobinki nurkujące pod powierzchnią śniegu jak miniaturowe foki.

Sophie ponowiła spacer, a Harry, czując się, jakby znowu miał jedenaście lat, kiedy jego największym zmartwieniem był niezaliczony test praktyczny z Eliksirów, podreptał za nią, jak niegdyś chodził, powłócząc nogami, za McGonagall prowadzącą go do swojego gabinetu po jednym z jego szumnych wybryków.

— Zainteresowałam się tematem, kiedy pan o nim napomknął na tamtym zebraniu w murach Hogwartu — odezwała się Sophie, odgarniając włosy, które wiatr wwiał jej w twarz; zatrzymała się przy rozłożystym, krzyczącym ciemną zielenią cisie, przyglądając się jego gęstym igiełkom i kontrastującym z nimi, błyszczącym intensywną czerwienią, niewielkim owocom. — Zaczęłam grzebać — zaciągnęła się papierosem — skorzystawszy z wiedzy, którą nabyłam w czasie, kiedy jeszcze spotykałam się z tym bęcwałem, Lloydem. Chyba nie sądziłam, że naprawdę natrafię na coś wartościowego. — Wzruszyła ramionami, przeciągając paznokciem po filtrze papierosa. Zaciągnęła się dymem, przetrzymała go chwilę w płucach i wydmuchała powoli przez nos; Harry patrzył na rozmywające się jak oddech na szkle, białe, skłębione obłoczki tańczące koło jej nosa i policzków. — Niektórzy z nich to kretyni — prychnęła z dezaprobatą kobieta, machnąwszy na coś ręką trzymającą papierosa (dym upodobnił się na sekundę do niewielkiego zygzaka, zanim nie rozmył się na powiewach wiatru) — i chyba nie zorientowali się w czasie bitwy o odbicie z ich łap czarodziejskich więźniów, że walczyłam po przeciwnej stronie barykady. Dla odmiany, komendanci z innych pułków zdają się mnie pamiętać, panie Potter, Lloyd swojego czasu uwielbiał się wychwalać swoją: „zidiociałą, czarodziejską dupą", jak zwykł mnie nazywać, kiedy wydawało mu się, że nie słyszę. A że Lloyd, tak się składa, poległ w tej samej bitwie, w którym moja zdrada się wydała, nie było zbyt wiele wpływowych osób mogących uświadomić innych dowodzących, że odwróciłam się przeciwko nim.

Harry słuchał uważnie, mrużąc w skupieniu oczy, nie chcąc uronić ani jednego słowa.

— No więc poszłam do tych wojskowych szuj, na jakieś skrapiane rumem, opalane cygarami spotkanie komendantów i wylewałam im łzy na mundury, skomląc coś, o katastrofalnym losie mojego nieszczęsnego, wspaniałego kochanka. — Sophie przewróciła oczami, a Harry zmarszczył mocno brwi, czując nieprzyjemny, ślizgający się po jego piersi jak kostka lodu, ucisk w sercu.

Niebieskookie spojrzenie spotkało się z jego własnym.

— Jest pani bardzo odważna, pani Fisher — powiedział cicho, na co kobieta wygięła usta w uśmiechu, który bardziej przywodził na myśl krzywy grymas i wzruszyła od niechcenia ramionami.

— Odważna? — Zaciągnęła się z sykiem papierosem i głośno wypuściła dym pomiędzy zębami. — Uparta, to na pewno.

Harry wyciągnął rękę i chwycił jej chłodną od zimowego wiatru dłoń w swoją własną; kobieta uniosła brwi i spojrzała na niego poprzez obłoki nikotynowego dymu tymi chłodnymi jak kra na jeziorze oczyma.

— Mężna — sprostował Harry, patrząc jej prosto w oczy. — Honorowa — przyznał łagodnie, kręcąc z uznaniem głową. — Niewiele takich ludzi można jeszcze spotkać na tym marnym świecie.

Sophie patrzyła przez krótką chwilę na jego dłoń ściskającą pewnie jej własną, po czym cofnęła palce i skupiła uwagę na swoim papierosie.

— Tak czy owak, zaczęłam monologować o tym, jak to musimy wreszcie skorzystać z asa trzymanego w rękawie i rozgromić czarodziejów na pył z makiem. Jak to wspaniale byłoby wreszcie skorzystać z broni o nieco szerszym zasięgu niż nasze bomby napchane prochem. Zaczęli mi więc tłumaczyć, jak nierozgarniętej idiotce, że oni nie mogą tak po prostu skorzystać z broni biologicznej, że potrzebują nakazu, że jedynie głowa państwa w porozumieniu z kimś tam jeszcze ma prawo podjąć taką decyzję - o jej użyciu lub zaniechaniu jej użycia.

— Broni biologicznej? — zdumiał się niemało Harry, odsuwając od ust papierosa, którym właśnie miał się zaciągnąć. Miał wrażenie, że coś mocno nienaoliwionego przeskakuje mu w umyśle jak rygiel, jak zatrzask. Przyjrzał się w skupieniu kobiecej twarzy, skacząc spojrzeniem pomiędzy jej niebieskimi oczyma. — Byłem pewny, że mówiąc o broni masowego rażenia, rozmawiamy o broni jądrowej — wyszeptał, oblizując wargi, smakując rdzawy posmak tytoniu. — Nawet do głowy mi nie przyszło... — zaciął się, pocierając palcami wolnej ręki skroń; jego serce zaczęło wywijać w piersi kankana. — Cholera jasna — mruknął, kiedy jego umysł podsunął mu podszytą niepokojem myśl, jak oni, na Merlina, zabezpieczą skład broni biologicznej. Łatwo jest rzucić zaklęcie znikania na przeklęty reaktor, ale niemożliwe jest w ten sam sposób powstrzymać mikrometrowe patogeny. — O tym nie pomyślałem — wyszeptał, rzucając papierosa w śnieg i przydeptując go butem; chłodny dreszcz prześlizgnął się przez jego kręgosłup jak niewielka żmija.

— Rzućmy na cały teren zaklęcia ochronne — zaproponowała cichym głosem kobieta, jakby ta kwestia nie była niczym, nad czym by już nie rozmyślała, czego nie zaczęłaby już analizować, czego by nie przerobiła; Harry zmarszczył mocno czoło i uważnie wsłuchał się w jej słowa. — Salvio Hexia. Repello Muggletum. Zasłońmy kurtyny przed ich twarzami, żeby zdawało się im, że w miejscu składu jest pustka. Dzicz, samotnia.

Harry podniósł głowę, patrząc na kobietę błyszczącymi w słońcu zielonymi jak powierzchnia jeziora oczami. Na ich ramiona i głowy zaczynał leniwie prószyć śnieg (wyglądał trochę jak sypiący się z grudniowych chmur cukier puder). Harry zatrzymał się pod czerwono-brunatną koroną jednej z dorodnych jarzębin, mając wrażenie, że coś ciężkiego spada z jego serca, pozostawiając go lekkim, czystym i łagodnie odpowiadającym na sygnały z zewnętrznego świata.

To był pierwszorzędny pomysł, idea najwyższych lotów - która nigdy nawet do głowy mu nie przyszła. Po co kłopotać się z próbami wykurzenia mugoli z ich stanowisk i bronienia ich niczym zdobytej fortecy, aby mugole nie zdołali ich na powrót odbić, skoro takową placówkę można zwyczajnie ukryć przed mugolskim wzrokiem, zetrzeć z mapy, jak zbędną kreskę, przykryć płachtą zaklęcia jak kocem. Oczywiście — pomyślał Harry, zachwycony najświeższym konceptem jak czarodziejskie dziecko wizją latania na miotle — zaklęcia trzeba będzie odnawiać, trzeba będzie dopilnować, aby zawsze były silne, zawsze na stanowiskach, ale to żaden problem, wystarczy zaangażować byłych aurorów, wyznaczyć im zmiany, dyżury, obowiązek wznawiania rzuconych pierwotnie zaklęć. Cóż to byłaby za wspaniała próba - odcięcia mugoli od ich własnej broni, pozbawienia ich środków zaradczych, zostawienia samemu sobie czegoś, co istnieje, ale stanie się bezużytecznie bez ludzkich rąk, które to obsłużą, ukrycie tego w niebycie, w nicości. Założenia kurtyn przysłaniających mugolom scenę.

Harry pozwolił sobie na uśmiech, który posłał w stronę matki Katriny, jakby swoje serce wykroił z piersi i wykładał przed nią na tacy i w tej właśnie chwili, patrząc w jej niebieskie, spokojne jak bezchmurne niebo oczy, zdecydował się na to, by zaufać jej w pełni. Wysunął z kieszeni różdżkę i z konspiracyjnym błyskiem w oku, uśmiechając się niczym wąż boa, raz jeszcze zatoczył nią wokół ich głów, odnawiając zaklęcie prywatności, zanim przeniósł roziskrzony wzrok na kobietę, po której Katrina odziedziczyła fizjonomię skowronka i sieć gęstych włosów, i rzęsy grube jak szklane włókna, i uśmiech w ustach, w oczach, w duszy. Nachylił się nieznacznie nad jej twarzą i wszeptał, rozpylając wokół siebie mgiełkę własnego oddechu pachnącego tytoniem:

— Mamy poparcie dementorów.

Gdyby Sophie Fisher trzymała w ustach papierosa, nie ulega wątpliwości, że zadławiłaby się dymem.


-VVV-


Walcząc ze wzbierającymi w jej czaszce łzami, skrzyżowała ramiona na piersi, przełknąwszy ślinę, starając się oczyścić piekące jak kwas gardło.

— Oni nam nie pomogą — powiedziała cicho, roniąc zagubioną łzę, która spadła z jej rzęs na lewą kość policzkową i otarła ją pospiesznie, wściekłym ruchem dłoni.

Silne ramiona kołysały ją to w przód to w tył, jakby była dzieckiem potrzebującym opieki, jakby obiecywały jej, że nic nie jest jeszcze stracone, nic nie jest przesądzone, ale ona nie wierzyła tym niemym zapewnieniom, świat - już jakiś czas temu - udowodnił jej dobitnie, że wcale nie jest przyjaznym miejscem.

— Pomogą, pomogą — powiedział głośno obejmujący ją mężczyzna, brzmiąc, jakby samego siebie starał się przekonać.

Kobieta łkająca w jego ramię zadrżała jakby przeszył ją silny, zimny wiatr.

— Nie uczynili nic przez tak długi czas — powiedziała płaczliwie, krztusząc się łzami — więc na pewno nie są w stanie nic z tym zrobić.

— Na pewno, to wiesz co — odrzekł z siłą w głosie, z niegasnącą nadzieją klejącą się do oczu, jej wspaniały mąż, gładząc ją dłonią po policzkach, po skroniach, po włosach. — Kopernik nie żyje. — Pocałował ją miękko w skroń pulsującą napięciowym bólem. — A co nagle, to po diable. Oni to muszą jakoś rozegrać. Zaplanować.

— Jeśli dzieje jej się tam krzywda... — jęknęła przez łzy kobieta, oddychając ciężko, jakby za moment miała dostać jakiejś zapaści.

— Jaka tam krzywda — uspokajał ją jej mąż, przemawiając do niej kojącym głosem — to zastępcza rodzina, a nie zespół katowski.

Udławiła się własnymi łzami.

— Może to jacyś sadyści? — wyobrażała sobie najgorsze scenariusze, kaszląc potężnie i plując śliną jak alpaka.

Kołysał ją spokojnie, jakby była łodzią, a on falą na głębokiej rzece.

— To z pewnością prawi, porządni ludzie, którzy z mostu zakochali się w naszym małym, cudnym aniołku, Monico.

Monica Wilkins spojrzała w pełną wigoru twarz Wendella. Oddałaby cały swój majątek, głos i prawą rękę, żeby ktoś wstrzyknął w jej niemłode ciało wystarczająco wiele nadziei, aby była zdolna w te zapewnienia uwierzyć.


-VVV-


Harry siedział na ławce, z której odgarnął pelerynę śniegu, patrząc na biały ogród roztaczający się przed nim jak z obrazu.

— Proszę zgłosić się do Minerwy McGonagall — mówił powoli, obserwując kilka czarnych jak atrament wron, które jeszcze chwilę temu zażywały spoczynku na schodowej, metalowej barierce, a teraz wzbiły się głośno w powietrze, krążąc wokół siebie jak kosmiczne planety i przeniosły się, kracząc, na lepsze stanowisko na gęstych gałęziach jarzębiny, podbierając łapczywie czerwone owoce. — Powiedzieć jej, że zdobyła pani te namiary i że nie ma pani wątpliwości. Proszę posłuchać jej wskazań, to kobieta, której niestraszne najgorsze przeciwności. Prosiłbym, aby jej przekazać, że niebawem, za kilka dni, ewentualnie tygodni, jeśli coś pójdzie nie tak, jak powinno, zjawimy się u niej na dywaniku. Jeśli się nie pojawię, będzie to oznaczać, że mam znaczący problem z wydostaniem się z tego miejsca. Rozumie pani, o co mi chodzi?

— W rzeczy samej — pokiwała głową Sophie, spoglądając automatycznie w stronę wejścia do posiadłości Snape'a.

— Doskonale — odrzekł cicho Harry, zarzucając kaptur na głowę, kiedy chłodne powietrze zaczęło dokuczać mu jak drwina. Odetchnął głęboko, namyślając się. — Jeżeli się nie zjawię — powiedział, wzdychając — do czego, mam nadzieję, nie dojdzie, niech zarządzi o działaniu wojennym beze mnie, niech postąpi tak, jak uzna za słuszne.

Sophie spojrzała na niego uważnie, oglądając się szybko przez ramię, mnąc nerwowo skrawek peleryny we własnych palcach. Nachyliła się do jego ucha.

— Zawsze możemy spróbować was przerzucić bez jego wiedzy, panie Potter. Zorganizować kontrabandę którejś nocy.

— Nielegalny przemyt? — zaśmiał się ponuro Harry. — No proszę, proszę, zmalałem do rangi towaru.

— Nie to miałam na myśli — postawiła się kantem Sophie, błyskając na niego przejętym spojrzeniem błękitnych jak bezchmurne niebo oczu.

Harry westchnął ciężko, odchylając głowę na oparcie ławki i spoglądając w białe, zimowe niebo, mrużąc powieki, gdy rozproszone chmurami światło poraziło go w oczy.

— Oczywiście, że nie — odparł, zdejmując okulary i przecierając rękawem szkła, do których przykleiły się śnieżne płatki. — Postaram się to załatwić jak człowiek, pani Fisher, a jeśli naprawdę znajdę się w sytuacji, z której nie będę umiał wybrnąć samodzielnie, wyślę wam patronusa. Co jak co, ale szanowny Naczelnik różdżki mi nie zarekwiruje.

Sophie skrzywiła się i skrzyżowała ręce na piersi.

— Obyś miał rację — mruknęła pod nosem z wątpliwością tkwiącą w jej głosie jak ość.

Harry spuścił wzrok na swoje ręce, obejmując palce jednej dłoni, drugą, gdy te zaczynały mu kostnieć z zimna. Sophie najwyraźniej to zauważyła, bo wyciągnęła różdżkę i otoczyła ich ciasną kopułą zaklęcia rozgrzewającego.

— Porozmawiam z nim — zapewnił Harry, pocierając dłonią (zapewne już mocno poczerwieniały od zimna) nos. — Postaram się trafić mu do rozsądku.

Sophie wstała z ławki i przeciągnęła się (skostniałe kości strzyknęły jak stara podłoga przyjmująca na siebie zbyt wielki ciężar).

— Trafić do rozsądku bestii — mruknęła sceptycznie matka Katriny, poprawiając swoją przekrzywioną pelerynę i wygładzając palcami niewielkie fałdy zwijające się na materiale. — Cóż, życzę powodzenia.


-VVV-


Jak mogłem przypuszczać, że Snape usłyszy niewiele z naszej pogadanki z Sophie to największa tajemnica ostatniego stulecia. Byłem głupi i nieostrożny, i zbyt mocno zaufałem własnym zaklęciom. Zupełnie, jakby życie mnie nie nauczyło, że magia bywa wadliwa. Och, oczywiście, pogodziłem się z tym, że Naczelnik usłyszy część naszej konwersacji, byłbym niezwykłym optymistą, sądząc, że pozostanie ona w stu procentach prywatna, ale na litość Morgany, w moich najgorszych scenariuszach nie myślałem, że usłyszy on aż tyle. Bariery częściowo stłumiły jego podsłuch (Merlinowi niech będą dzięki), ale wyciekło do jego rąk zbyt wiele informacji, zbyt wiele moich planów, żebym mógł się przy nim poczuć swobodnie. To nie tak miało być, większość z tego, co nastąpiło później, było totalnie sprzecznie z moim zamierzeniem.

Ze Snape'a wydobyłem bestię, która powinna zostać na zawsze uśpiona. Odezwał się w nim dyktator, odezwało się w nim echo przeszłości, nieumyślnie rozbudziłem z letargu Śmierciożercę z krwią na rękach.

Nagle okazało się, że jesteśmy bezradni wobec wielkich sił, potężnych jak wieczność. Nagle wyrwaliśmy z głębokiego snu pana życia i śmierci, a ten spojrzał nam prosto w oczy i powiedział: „byłem cierpliwy; byłem cierpliwy, ale przeciążyliście szalę czynów, których wolno wam się było dopuścić".